... telefonu. Kawa dla męża została zakupiona z wysupłanego bilonu (poetka); w południe Benedykt zniecierpliwiony czekaniem w końcu zadzwonił na numer biurowy, poza tym nieco się niepokoiłam rzadką, ale realną perspektywą zacięcia się pracowniczego emaila (odblokowanie go bez smartfonu byłoby awykonalne, a właśnie dzisiaj działająca poczta miała kluczowe znaczenie). Koniec końców jednak dzień nie taki najgorszy, zastartowałam papiery jedenastu osób, nie bez błędów, ale byłam błyskawiczna w ich naprawianiu (kopię się w kostkę, żeby nie przyzwyczajać góry do dobrego, z drugiej strony, trudno jest się mi opanować we własnej zajebistości ;)). Na koniec dnia jeszcze Kif z Dżajmim się przywlekli poopowiadać, co tam u starych Irlandczyków; nie miałam nawet chwili czasu, żeby poczytać i zająć się głupotami (karygodne!).
W domu podobnie, najpierw robienie obiadu (wróć, na samym początku odnajduję telefon w szafie z wełnianymi swetrami) i słuchanie nareszcie w spokoju, co Mieciu sądzi o kinowej Lalce, jedzenie, chodzenie po ciemku z myszakami, krótka rozmowa z mamą przez Whatsappa ... jebut! i jest po ósmej. Ziemia kręci się pono coraz szybciej, ale żeby aż tak?
To mi przypomniało, że powinienem sprawdzić, co pan Maj mówi o najnowszej okołotokarczukowej aferze (gdybyś była niezorientowana: wydawca odmówił przekazania noblistce pytań do wywiadu w Rzeczpospolitej).
OdpowiedzUsuń@Dariusz, faktycznie słaba ta afera, bo dopiero teraz doczytałam. Osobiście nie przepadam za wywiadami promocyjnymi, szkoda mi na nie czasu (aktorzy muszą się męczyć z tym syfem, ale teraz widać i pisarzy dopada trend).
Usuń