Strony

wtorek, 31 marca 2020

104-105. Sen i jawa.

Poniedziałek.
Załóż swoje drogowskazy, nakazał głos, i Fred spojrzał na skarpetki ze strzałkami — taki sen miał małżonek. Ja też wcześniej miałam sen, albo nie sen, w każdym razie była druga trzydzieści nad ranem. Boli mnie staw w palcu wskazującym, ostatnio to norma, gdy za dużo "myszkuję", więc od rana używam myszki lewą ręką. Wieczorem obejrzeliśmy sobie tymowego Rysia (2007), zbyt skomplikowana i niejasna fabuła (zresztą w Misiu było podobnie), tylko gang sprzątaczek mi się podobał.

Wtorek.
Żwawy marsz na pocztę po drugiej stronie wsi uświadomił mi po raz kolejny jak pięknie mieszkamy. Dość tego! Od dzisiaj spaceruję codziennie! Wypłatę dostałam za dwa tygodnie (korona korona), czyli za tydzień nie muszę się fatygować. Więc i spieszyć się z wysłaniem listu z poleceniem przelewu też mi nie trzeba. Ale kupiłam znaczek, a na nim:


Rock of Cashel. Chcę zobaczyć w tym roku. Świeżego chleba nie potrzebujemy (mamy pizzę), więc kolejny dzień obędzie się bez wyjazdu do miasta. Za to zaraz po moim powrocie, skoro Fred był już po śniadaniu, wskoczyliśmy w samochód, żedy dojechać na niebieską plażę.







Tym razem wiatr nie zatykał. Szliśmy na północ, aż do kamienistego brzegu. Po drodze spotkaliśmy kilka osób: dziewczynę z dwoma pieskami, parę w naszym wieku, biegacza, faceta, który grał na plaży w piłkę z trójką krasnali. Przypływ nadchodził bardzo spokojnie, żadnej presji. Dobry taki spacer, prawie w całkowitym milczeniu. Nie mogę powiedzieć, że byłam zatopiona w rozmyślaniach, po prostu byłam tu i teraz. W nadciągającej wodzie widzieliśmy spore stadko czarno-białych gęsi, które nadleciało znad morza. Sądzę, że były to białolice bernikle, które wracają na Grenlandię lub Svalbard, ale nie mogę tego potwierdzić, filmowałam je ze zbyt dużej odległości. Nauczka, żeby brać dobry aparat. Pizza, kawa, teraz mam ochotę na stare kroniki filmowe.
___
edit 22:50 Były kroniki filmowe z Łapickim, małżonek natomiast prasował nucąc nowofalową Siekierę. Przypomniało mi się, że mama zrobiła rano zdjęcie przed domem, a na zdjęciu śnieg w marcu. Gdybyśmy byli dzisiaj w Polsce ... Fred mówi brrrrr. Ale przez okno (w każdym oknie byłby kot) takie rzeczy nie szkodzą. I jeszcze, Stokrotki (1966) obejrzeliśmy, czeski film, co się zowie.

niedziela, 29 marca 2020

102-103. Weekend epidemiczny.

Sobota.
Od piątku, gdy wychodzimy na dwór, czuję wyraźny zapach obornika. Prace polowe zaczęły się na dobre. Varadkar ogłosił nowe obostrzenia w związku z koroną. Nie wolno oddalać się na więcej niż 2 km od domu, chyba, że w sprawach życiowych, jak zakupy lub wizyta w szpitalu. Ma to  pewnie powstrzymać migrację zarazy z miast na prowincję. Wiadomość o nocnym głosowaniu w polskim Sejmie tak mnie podminowała, że dałam programowi 2 PR dwie minuty i przerzuciłam się na BBC2. Nastrój ratował mi Graham Norton, Irlandczyk w brytyjskim radiu. Silver lining musi być. Wróciłam też do lektury Sagi Puszczy Białowieskiej Simony Kossak dokładnie tam, gdzie się rozstałyśmy w zeszłym roku — zaczęłam od rozdziału o sokole królewskim. Jestem rozgrzana, czyta mi się teraz o wiele lepiej. Jak i raz trafiłam na opis przypadku dżumy w wieku XVIII (nazywano ją Ona). Z Fredem obejrzeliśmy online Praskie si-fi Teatru Powszechnego. Bardzo rozczarowujące, trzy razy sądziłam, że coś zacznie się dziać i nic się nie zadziało. Pożytek taki, że sprawdziłam, gdzie w Warszawie jest ulica Tarchomińska.

Niedziela.
Przestawiam zegarek na czas letni i może to nie jest mocne usprawiedliwienie, ale obudziłam się przed południem, a śniadanie zjedliśmy o pierwszej. Jak u Czubaszek: parówki z chrzanem. Plany: spacer i książka. Przebukowałam nasze bilety do Polski na końcówkę czerwca wyrażając tym umiarkowany optymizm.
___
edit 22:10




Rekonesans króciutki, gdyż morze dmuchało nam pianą w twarz. Z wieści telefonicznych: ciocia eR nawróciła się na pisizm. Z wieści ogólnoświatowych: pani Kidawa zawiesiła kampanię prezydencką, a pan Penderecki wziął i umarł. Na zakończenie tego krótkiego dnia obejrzeliśmy Lekarstwo na miłość (1966), adaptację kryminału Chmielewskiej z dyszącą Jędrusik. Kiedyś wydawało mi się lepsze, mniej drażniło mnie ówczesne political correctness i kobiety-idiotki.

piątek, 27 marca 2020

101. Kolejny epidemiczny piątek

Kiedy to się skończy?
Dzień w zasadzie bez wydarzeń — Fred wrócił po siódmej nad ranem, a ja do wczesnego popołudnia zatopiłam nos w genealogii. Utknęłam na babci mojego taty, nie idzie ni wte, ni wewte. Trzy lata temu rodzice spędzili kilka dni w Sieniawie, żeby ją wytropić, ale początek historii prababci Heleny na razie rozpływa się we mgle. Tak na mnie działają książki, gdy fabuła kręci się gdzieś w okolicach, które znam lub coś dla mnie znaczą. W tym przypadku nadal myślę o Księgach Jakubowych.

Powietrze nad Boyne było nieco zamglone, dość ciepło, rudy łepek sporo dzisiaj biegał za ptakami (sama byłam świadkiem jednej akcji, dla wróbelków szczęśliwie nieudanej). Rano zadzwoniłam do taty, ale odebrała mama, jak zwykle, gdy jest w domu. Chyba u nich w porządku, chociaż media zdecydowanie ją nakręcają i w tym sensie martwię się o nią. W bezwirusowym świecie za dwa dni o tej porze bylibyśmy w Polsce dyskutując o polityce i przed północą jedząc ciasto, a ja miałabym umówioną wizytę u laryngologa. Bilety kupiliśmy ledwie ponad miesiąc temu... tyle może się zmienić w tak krótkim czasie. Któryś dzień dokucza mi lewy migdał, piję dużo płynów, zakładam, że zmogę to. Na pocieszkę obejrzeliśmy Poranek kojota (2001) z młodym Stuhrem, którego z biegiem lat coraz bardziej cenię. Całkiem sympatyczny film, chociaż w tym guście wolę Chłopaki nie płaczą.

czwartek, 26 marca 2020

99-100. Słoneczne dni.

Środa.
Dzień taki, że chce się wyjść. Z wolności korzysta głównie Rysiu, który nadzoruje prace ogrodowe u sąsiadów. Pogoda im sprzyja, małżonek twierdzi, że nasi sąsiedzi są jak pszczółki, wylegają na każdą słoneczną plamę, która się zdarza pomiędzy chmurami. Skończyłam czytać rozdział 28 w Księdze Dalekiego Kraju, Fred napoczął powieść o Breiviku, którą wieki temu pożyczyliśmy od Ka. Od razu mi referuje, co go w niej wkurza. Wieczorem oglądamy Billy'ego Elliota (2000). O dziwo, nie jest aż tak dobry, jak go zapamiętałam. Kiedyś pewnie świeży, nieopatrznie szur szur minęło pokolenie.

Czwartek.
Pszczoły. Po południu Anne w słuchawkach na uszach, zanurzona we własnym świecie, stojąc w ogródku odrapuje futryny okien ze starej farby. Przed obiadem przez okno w kuchni rozmawiamy też z Anną, akurat wracała z krótkiej przechadzki, miała różową kurtkę i sportowe buty w takim samym kolorze. Wtedy też postanawiam, że po obiedzie będzie krótki spacer.








Złota godzina, słońce wydłuża nasze cienie. Pomimo pięknej pogody, ludzi na wsi niewielu, nawet jest jeden gość w masce. Jakaś młoda para wyprowadza psa. To na pierwszym zdjęciu, to puste kapsuły jajowe trąbika zwyczajnego, bardzo pospolite na naszej plaży. Buccinum undatum. Wzruszona skończyłam czytać genialne Księgi Jakubowe, kwadrans przed tym jak Fred wyjechał o dziewiątej na jakąś idiotyczną, ponadwymiarową nockę. A skoro już jestem w trybie czekania, powracam do Panny Marple z Geraldine i porzuconego w lutym odcinka Hotel Bertram (2007). Nie wiem, co mnie wówczas tak odrzuciło, może początek faktycznie zbyt ... hałaśliwy.

wtorek, 24 marca 2020

Postscriptum #98.






98. Czuję zapachy.

Około południa na chwilę podjeżdżamy na pocztę i na plażę, akurat cofa się wysoka fala. Gdy wracamy, widzę, że Anne siedząc na chodniku maluje murek. Do piersi kaczki małżonek robi surówkę, doznaję nagłego zachwytu wyczuwając nosem kiszonego ogórka. Po pysznym obiedzie nurkuję pod kołdrą i przytulam się do pleców Freda. Nie wiem jak on, ale ja zapadam tylko w półdrzemkę. Taką kocią, jak Rysio, który zajmuje całą drugą stronę łóżka. Zamykam oczy, robi mi się ciepło, i jestem wtedy poza czasem i miejscem. Za oknem słychać ptaszki i wiatr. Mogę być wszędzie, mieć pięć lat i leżeć na tapczanie w starej kuchni. Po dwóch godzinach takiego leżakowania człowiek wyskakuje z łoża jak nowonarodzony, tylko staw w małym palcu prawej ręki nadal jest stary i spuchnięty. Zmierzcha, robię nam obojgu zieloną herbatę z pomarańczą.
___
edit 23:05 Wieczorem słuchamy pierwszej płyty Lady Pank (1983) z bonusami Tonpressu (1991). Faktycznie, jak już się na to zwróci uwagę, słychać jak zżynali z The Police. Fred robi kanapki studenckie (rybka, cebula, jajko), śmierdzimy oboje, aż budzi to Rysia. Potem po raz któryś z przyjemnością oglądamy Pokot (2017) Agnieszki Holland, a kot układa się nam na kolanach po połowie, żeby było sprawiedliwie. Piękny jest nasz Dolny Śląsk.
___
edit 00:41 Dziewięć minut wcześniej na facebooku:

— I see your lights are on. I’ve been baking. Do you want lemon blondies with lemon buttercream icing...? For a midnight snack...?
— Sure, we do ... :D

Za chwilę przybiega Anne w szlafroku, z czterema kawałkami ciasta cytrynowego w sreberku. Jest po północy. I ... to co, że już umyłam zęby. A tak w ogóle, to słuchaliśmy Znaków Kleyffa (2009).

poniedziałek, 23 marca 2020

97. Muć się za nami grzecznymi.

Nie mam pewności, czy termin egzaminu zostanie utrzymany, ale bez zastanawiania się nad tym przerobiłam sporą część przepisów drogowych. Przed południem gadam z Luś przez kamerkę ponad godzinę, dowiaduję się, jak wygląda praca w e-szkole i jak się ma morale. Do sklepu jedziemy po obiedzie, Fred zastanawia się, czy są jakieś nowe obostrzenia związane z social distancing (Räumliche Distanzierung, kocham ten język). Są lub nie, do sklepu wchodzi tylko on. W Lidlu nie było naszego chleba. Był za to bukiet kwiatów. Bukiety też są potrzebne w tych ciężkich czasach.

Norbert otworzył zbiórkę na pompę insulinową dla siebie, trochę zagadałam co tam u niego. Dorzuciliśmy kilka groszy.

niedziela, 22 marca 2020

96. Introwertycznie.

Cała północna Europa drży z zimna. Przed południem zadzwoniliśmy każde do swoich rodziców, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku. Małżonek pochwalił się teściom, że robię prawko, więc nie ma żartów. W nowym tygodniu przerobię wszystkie pytania do testów :). Obejrzałam w całości film złożony przez Freda — na laptopie, bo komputer czasami źle znosi podłączanie do innego ekranu. Tylko dźwięk wymaga poprawek. Niesamowite, że przy chałupniczej robocie, można udźwignąć taki kawał materiału. Basia na końcu brzmi jak dziewczyna z Ameryki, no i teksty piosenek robią dużą robotę. Wieczorem obejrzeliśmy wspólnie Baby są jakieś inne (2011), scenariusz równie dobrze mógłby zabrzmieć w teatrze, na ekranie forma po godzinie trochę męczy. Niedziela obyła się bez naszego wychodzenia z domu, wczorajsze sensacje zdrowotne zniknęły bez śladu i wyspałam się jak mops — bardzo introwertyczny dzień.

sobota, 21 marca 2020

95. Islands in the Stream.

Do regularnie oglądanych przeze mnie vlogów dołączyłam kanał Lisy Lansing, należący do Amerykanki mieszkającej na Mazurach. Podoba mi się jak opowiada o sobie. Po południu dostałam lekkej gorączki i nie pojechałam z Fredem do Ka&Jot — siedzę więc teraz pod kocem i gmyram paluszkami stóp w poszukiwaniu zaginionego ciepła. Nie słucham country (w zasadzie), ale dotknęła mnie informacja, że zmarł dzisiaj Kenny Rogers, islands in the stream, i takie tam.

piątek, 20 marca 2020

94. Pożegnanie wiernej, szarej toyotki.

Dzień nieco chłodniejszy, ale równie słoneczny, co poprzedni. Był cieniutki, pyszny rosołek na śniadanie. Był spacer nad morze w szczycie odpływu, połączony z rekonesansem rozpoznawczym jednego domku na sprzedaż. W drodze powrotnej napotkaliśmy Anne, co pozwoliło nam jeszcze raz podziękować za brownies, pozachwalać turystyczne walory Dolnego Śląska, porozmawiać o rodzajach pierogów i zapuszczaniu siwych włosów. Lubię ją, ona jest taka amerykańska w pozytywnym sensie tego słowa. W międzyczasie ktoś zadzwonił do Freda z pytaniem, czy nadal sprzedajemy samochód. Sprawę sprzedaży udało się załatwić jeszcze przed obiadem, i tak oto nasza stara Toyotka, która wszędzie nas zawiozła, ma nowego właściciela mieszkającego dwie ulice dalej (dopiero po piątej się okazało, że nowy właściciel Toyotki, to nie ten sam, który się zapowiadał wczoraj na obejrzenie  — kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi). Wieczorem jedziemy po chleb — ludzie zasłaniają buzie, zachowują dystans przy kasach, na podłodze są czarne paski pokazujące, gdzie mamy stanąć. Niebo nad Drołdą czerwienieje.

czwartek, 19 marca 2020

93. Wiosna wkracza do akcji.

Obudziły mnie śpiewy ptaków w ciemności za otwartym oknem. A sen miałam o trzech brodaczach.

Dzień był przepiękny, zupełnie wiosenny, pachniał pyrkolącym w kuchni rosołem. Też i dziwnie, że sąsiadki nie grzeją się w słoneczku — nie ma weranda news, jest korona. Fred umył okna, zasadził kupione jakiś czas temu hortensje, wysadził do ziemi lucyfera, który w doniczce wypuścił już kilka zachęcających listków. Przebrałam pościel i wywietrzyłam koc zamorusany dzisiaj przez Rysia. Myślę, że kot odwiedzając któregoś z sąsiadów, szpera mu w składziku na wegiel. Do ziemi poszła też jedna z lawend, bo doniczka okazała się w tamtym roku za mała na dwie, ekspansywne dziadostwo kłóci się korzeniami. Z rzeczy niespodziewnych: Po ósmej Anne puka do naszych drzwi, żeby nam powiedzieć, że na murku zostawiła nam świeżo upieczone brownies:


Daliśmy sobie koronawirusowy uścisk. Po kolacji dokończyłam z wielką przyjemnością rozpoczętą dzisiaj Księgę Metalu i Siarki.
___
Przepis na bejzik rosół:
Korpus i skrzydełka zalewam trzema litrami zimnej wody. Gotuję ok. godziny, następnie dorzucam dwie marchewki, średni korzeń pietruszki, kawałek pora. To razem pyrka jakąś godzinkę, gdzieś w międzyczasie dorzucam dwa listki laurowe, po pięć kulek pieprzu i ziela angielskiego, lubczyk, upaloną cebulę. Może pyrkać dłużej, jeśli akurat przesadzam lawendę. Z kwadrans przed końcówką gotowania solę (jakieś pół łyżki), jak mi się nie zapomni dodaję szczyptę kurkumy.

środa, 18 marca 2020

92. Panika po irlandzku.

Z rana miałam rześką przebieżkę na pocztę, pieniążki szczęśliwie jeszcze na mnie czekały. Mama przez telefon mi smarka, mówi, że pracuje co drugi dzień, po trzy godziny — taki system. Przed Lidlem spotkaliśmy aptekarkę z Nadbrzeżnej, która kiedyś myślała, że chodzi z Fredem — udała, że nas nie widzi. Panika po irlandzku w Tesco wygląda tak, że wykupiono wszystkie duże boxy Barrie's Tea oraz karmę dla psów. Pet Shop był nadal otwarty, pan jak zwykle przemiły, sprzedał nam kolejną obróżkę przeciwpchelną dla Rysia, aksamitną, w morskim kolorze. Fred przy okazji wizyty w mieście zapłacił podatek drogowy.

Co z Wu, nie wiadomo. Odpowiedzialni za niego nie odbierają telefonów, żeby się koroną nie zarazić.

Dokończyłam oglądać teatralną adaptację The Importance of Being Earnest z cudownym Davidem Suchetem w żeńskiej roli (2015). Przy okazji uświadomiłam sobie, że to nazwisko wymawia się Su-sze (jego dziadek był litewskim Żydem, który zmienił nazwisko wyjeżdżająć do Afryki Południowej). Sztuka zalatuje myszką, niezła na czas zarazy. I jeszcze: Imaginuj sobie Waść, że Herman Brunner nie żyje.
___
edit 23:00 Na deser dnia Elling (2001), film o kapuścianym poecie nie mógłby powstać w Holiłódzie.

wtorek, 17 marca 2020

91. Lá Fhéile Pádraig Epidemiczny.

Pamiętałam, ale zapomniałam, i nie działa poczta, która jest mi dzisiaj potrzebna otwarta, i chleba mieliśmy pół, akurat tyle, żeby przegryźć coś na śniadanie. Jutro to już trzeba nam się wybrać, zaczynając od poczty, a kończąc na zakupach jedzeniowych. Ania odpowiedziała w końcu Fredowi ... pisze, że walczy z depresją. Dzień szary jak mokry papier pakowy. Od rana bolały mnie stawy w dłoniach, ale w ciągu dnia jakoś się rozeszło. Małżonkowi odwołano ostatnie zlecenie w tym miesiącu. Siedzimy w domu, bo niewiele musimy.

poniedziałek, 16 marca 2020

89-90. Oddziaływania.

Niedziela.
Po południu, gdy Fred pojechał do pracy, posmarowałam bolący palec wskazujący Voltarolem i miałam taki atak paniki, że chyba więcej go nie użyję. Ostatnio zrobiłam się wrażliwa na takie dziwne historie, łeb mi wysiada, albo nabawiłam się uczulenia. No chyba, że to tak podziałała na mnie rozmowa z teściową przez telefon. Teściowie siedzą zamknięci w mieszkaniu i się boją. Tymczasem Fred wrócił z Północnej całkiem wcześnie, bo przed ósmą. Zgubił gdzieś swoją czapeczkę i punkowy szalik. Po pizzy zasiedliśmy do teatru tv na Ninatece, Komety (2015) w reżyserii Leszka Dawida z Kuleszą. Nie wiem o czym to było, ale dobrze zagrane.

Poniedziałek.





Przed południem poszliśmy na spacer, akurat morze zaczęło wracać. Chłodno, ale byliśmy właściwie odziani, marsz nas nie pokonał, tylko dodał wigoru. Już w domu Fred poprawia i renderuje, renderuje i poprawia, z pojedynczych scen zaczyna się układać coś dużego.

Jaki jest koronny argument mojego męża?
— Wcale że nie! 
___
edit 21:51 Skończyłam Księgę Komety — dość na temat, bo m.in. o epidemii dyzenterii we Lwowie 1759 roku. Wieczorem natomiast wyciągnęliśmy z domowej wideoteki Woody'ego Allena, tym razem Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się o to zapytać (1972), Burt Reynolds, taki młody, chyba jeszcze bez tupecika.

sobota, 14 marca 2020

88. Sprawy rozwiązują się same.

Spokojny dzień. W południe, gdy jedziemy do Drołdy po nasz chlebek, deszczyk zaczyna mżyć.


Żonkile rozkwitają w najdziwniejszych miejscach, sporo osób kolażuje na drogach, sklepy umiarkowanie napełnione, jest w każdym razie wszystko co trzeba, tylko po czosnek do kurzyny na obiad jedziemy na moment do Tesco. Gdy wracaliśmy na wieś, zaczęło dość intensywnie padać. Przystanęliśmy w Termon i kupiliśmy dwie filiżanki do espresso, każda od innej parafii. Akurat przy wejściu montowano pojemnik z płynem odkażającym. Małe buteleczki do dezynfekcji rąk były też przy kasie, a w kawiarni w porze lunchu tłum. Zamiast kawy, wybraliśmy plażę, która właśnie znikała:



... zostało pół godziny do szczytu przypływu.

Soundtrackiem dnia jest koncert Piotr Bukartyk Live – 25 l wody w ustach (2007) nagrany w radiowej Trójce. Jedziemy z nim do Drołdy. Gdy nieco zziębnięci wracamy z panem Piotrem do domu i pijemy rozgrzewające płyny, czytam na stronie Ryanaira, że loty do Polski zostały zawieszone do 31 marca. Czyli nie lecimy, sprawa rozwiązała się sama.

piątek, 13 marca 2020

87. Miłość w czasach zarazy.

Świeże powietrze wpada cały dzień przez otwarte okno w sypialni. Ryszard leżakuje i dopiero po szesnastej wymyka się oknem na dzielnię. Na naszym osiedlu samochody sąsiadów nie ruszają się z miejsca. Wyjeżdża tylko Anne, która pokazała na fejsie, że gdy przesiadła się do pociągu, miała cały przedział dla siebie. Po południu obejrzeliśmy Mów mi Vincent (2014) — fajnie zagrany przez Murraya i młodego Lieberhera, nie podobał mi się za to płasko potraktowany wątek hazardu. Ogólnie rzecz biorąc w filmie jest parę dobrych momentów, choć przypuszczam, że to jedno z tych dzieł, które szybko ewaporują z pamięci.

Wieczorem dowiaduję się, że w Polsce wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego. Oznacza to, że z soboty na niedzielę wstępnie na 10 dni wstrzymane zostaną połączenia lotnicze. Nasz wylot jest coraz mniej prawdopodobny, nie zamierzamy jednak na razie sami podejmować żadnych działań. Let it be. Chichramy się — odkryłam, gdzie jeszcze Fred ma łaskotki.

— Kota i męża się nie dręczy!

czwartek, 12 marca 2020

Postscriptum #86.

Ludzie różnie sobie radzą ze stresem, jedni łańcuszki rozsyłają, których z zasady nie czytam, nie oglądam i nie słucham, inni, tacy jak my, idą do kawiarni:


Zapomniałam wcześniej napisać, że po krótkiej przechadzce po polskim sklepie, na pożegnanie z Drołdą, zaszliśmy do naszego ulubionego miejsca, Stockwell Artisan Foods. Gwen akurat wychodziła z kubkiem kawy w dłoni (wpadliśmy dobrze po piętnastej), ale była Fiona, która zrobiła nam po kaffce i przyniosła to, co zwykle zamawiamy, falafel i ciasto marchewkowe. Lubię Fionę, jest jak dobrotliwa ciocia z angielskiej bajki dla dzieci, takiej z myszkami lub króliczkami. Kaffki były w bożonarodzeniowych kubkach, tym razem stolik w kąciku, prawie pusto, tylko dwie żywo dyskutujące panie przy oknie. Wyszliśmy tuż przed zamknięciem.
___
22:19 To dobry album na życie w czasach zarazy — The Doors (1967).
___
23:11 Kotlety skwierczą sobie na patelni, Fred cierpliwie czeka, żeby je przewrócić z plecków na brzuszki. W tle album Strange Days The Doors" (1967).

86. Odkładamy melanże?

— Mam najlepszą żonę na świecie!
— O matko, dzie? Jezdeś bigamistą??!

Przed południem wpadły nam do domu dwie szare koperty wyjaśniające finasowe zawiłości z dnia poprzedniego. Równie zawile, tak, że nic nie rozumiem, ale liczby w tabelkach wyglądają nieźle, tedy wczorajsze ciśnienie ze mnie zeszło. A było, bo noc miałam fatalną. Cały czas piekł mnie język, Fred obok też bardzo się wiercił. U niego zmęczenie po pracy, u mnie nie wiadomo co. Prawie z wywalonym językiem, podkreślającym wzmożony wysiłek intelektualny, policzyłam, że to nie my mamy im oddać, tylko oni nam mają oddać. Chyba. Kaś Matka Kotom przesyła nam codziennie kolejne memy i wice o koronie, bo jej lubelskie zadrżało i świeci pustymi półkami. To mądra dziewczyna, więc niedobrze jej się robi od głupoty. Znam ten stan.

Słońce świeci, wiatr gna, kot śpi na łóżku (nad ranem wyharatał kurzelczą nogę z garnka, który zapomniałam przykryć. Polizał, nadgryzł, zostawił na środku kuchni).
___
edit 12:53 Jakże wróżebny nadałam tytuł dzisiejszej notatce. Właśnie doczytałam, że chwilę temu Varadkar zarządził zamknięcie szkół, uniwersytetów, żłobków i państwowych instytucji kulturalnych. Jednocześnie zalecił odwołanie imprez powyżej 100 osób w hali. Wszystko to w reakcji na ogłoszenie wczoraj pandemii przez WHO. Za oknem znowu szara buka.
___
edit 17:20 Z pierwszych razów: pierwszy raz w drodze do Drołdy przejechaliśmy drogę przy Baltray zupełnie zalaną przypływem. Cool! Poza tym zauważyłam, że samochód, który mamy od ponad trzech tygodni ma szklany dach :D Lepiej późno niż wcale. Na parkingu przy polskim sklepie postawiono nowe parkomaty, teraz także na kartę. Do miasta przybyła cywilizacja. Panika koronawirusowa również. Pojechaliśmy na zakupy krótko po rewelacjach premiera — w Tesco nie było już ani papieru toaletowego, ani fasolki w puszkach (hm?). Zapłaciliśmy za nasze zakupy dwa razy tyle, co zwykle, ale to głównie przez mój zapas kolagenu na stawy i mięcho do przerobienia na kotlety, które Fred kupuje od czasu do czasu w dużych ilościach. W Lidlu lepiej. W polskim sklepie jest wszystko, co trzeba. Czytam tymczasem, że The Helix Theatre przeniósł na późniejszym termin gościnne przedstawienie warszawskiego Kwadratu, na które Fred kupił w poniedziałek bilety :(.
___
edit 22:01 Dzień się kończy tak, że najlepszy z mężów wstępnie kroi mięso na gulasz i miele na kotlety. Potem robi mi obiadek z rybki z Tesco. Ogórki w majonezie z cebulką są pieprzne, więc kaszlę jakbym miała koronawirusa. Na osłodę strucla serowa Oskroby, z polskiego sklepu. Jestem dobrej myśli pełna, i dobrej strawy.

środa, 11 marca 2020

85. Nie ma lekko.

Słoneczny poranek zamienił się w deszczowe popołudnie. Z Polski doszły nas hiobowe wieści, że wszystko się zamyka z powodu korony. Szkoły od jutra nie pracują, ale mama i tak musi iść, żeby w biurze na komputerze grać w mahjong. O naszą prowincję też coś zaczyna się obijać, Katlin zagadała o tym z mężem — kto może, pracuje zdalnie. Z wieści radosnych: przyznali mi allowance, płatny w każdy wtorek od następnego tygodnia, z wyrównaniem od końca grudnia. Tylko muszę się podpisać pod koniec miesiąca na liście, akurat wtedy, gdy wg planów będę w Polsce. Od razu pochwaliłam się Fredowi, który chyba właśnie kończył przerwę na lunch w Północnej. Z obiadem poczekam do wieczora, mam nadzieję, że Miły szybko wróci. Aj, deszcz zaczął groźnie walić o szyby i zapadł zmrok ... jakaś wiosenna buka.
___
edit 16:51 Włączyłam lampę od Katlin — tego nam właśnie tu brakowało. I kaffka z ekspresu. Optymalnie jest.
___
edit 23:00 Jak ci dobrze, to wiedz, że może być gorzej. Się cieszyłam z allowance'u, a tu się okazuje, że sprawa jest bardziej komplikejtyd, i jak nie przyjdzie drugi papier, to i tak nic nie wiem. A przyjdzie to to via snail mail. Poza tym weszłam sobie pod wpływem chwili na wagę. W czasie obiboctwa przybyło mi po kilogramie na miesiąc. Oczywiście wiem, że ten zacny cyc nie bierze się z powietrza, ale jakbym tak mogła troszkę uszczknąć z ud ... zresztą whatever. Miły wrócił o dziewiątej. Z rzeczy zabawnych: Rysio po zjedzeniu paszteciku, dwukrotnie odmówił wyjścia na dwór, głęboko wzburzony w swym kocim jestestwie całą tą bukową sytuacją na zewnątrz. Teraz leży w ciemnej sypialni i cierpi w milczeniu.

wtorek, 10 marca 2020

84. Artystyczny dom.

Małżonek mój mątuje i mątuje, dostał prawdziwie artystycznego zapału. I tak zleciał nam dzień na intelektualnych przyjemnościach. Oddzwoniłam do taty, babcia chciała pogadać. Przy okazji sypnęło się Mani, że w domu są jacyś robotnicy i mamą przygotowuje im kanapki. Czyli matka coś knuje, nic mi nie mówi, żebym się zadziwiła, jak wpadnę do domu. Nie lubię tajemnic, mamą umie zrobić tajemnicę z wszystkiego — tym się różnimy. Ale cicho szaaaaa ;). Przez kilka dni podczytywałam Księgi Jakubowe, wczoraj i dziś intensywniej, więc skończyłam Księgę Drogi, i najprawdopobniej dzisiaj jeszcze otworzę rozdział 19.

Od kilku dni czuję stawy w palcach jakby bardziej, tak na granicy bólu, choć Boginii widzi, że nic takiego nie robię, a nawet dość się pilnuję, aby robić nic.

poniedziałek, 9 marca 2020

83. Rocznica oświadczyn.

Deszcz, a gdy pada dzieci się nudzą. Lenimy się więc strasznie, piszemy, kaszlemy, Fred internetowo kupuje bilety do teatru na sobotę i od razu umawiamy się na spotkanie przed sztuką w trzy pary we włoskiej restauracji w Drołdzie. Wysyłam parę cv, zjadam mnóstwo ciasteczek, przez otwór w drzwiach wpada do nas Fredowa karta gp. Wieczór. Oboje siedzimy z poważnymi minami i słuchawkami na uszach, mąż nakłada filtry w swoim filmie, ja oglądam archiwalne The View, choćby dlatego, że lubię Whoopi Goldberg.

niedziela, 8 marca 2020

82. Dzień Kobiet.

W marcu jak w garncu. Zakupowo same niezbędniki: wiertarka, żarówki, dwie hortensje z Lidla (różowa i niebieska) i nić dentystyczna. Dzięki żarówce zaczęła nam działać lampa, którą dostaliśmy od Katlin w prezencie ślubnym. U Ka&Jot to w sumie epidemia, pochorowali się wszyscy, kwarantanna.

Muzycznie wieczorem, po zielonym tagiatelle z pesto, Space Oddity Davida Bowie (1969). Wcześniej, w podróży hortensjowo-wiertarkowej, Amy Winehouse Back to Black (2006). W głowie zaś od rana gra mi piosenka T. Rexów Children Of The Revolution z niezłego roku 1972.

sobota, 7 marca 2020

Postscriptum #81.

I hear what you're saying, but I still don't give a shit. Trochę mną wytelepało po chłodnym, morskim wietrze, dopiero Fredowa obiadokolacja i gorący prysznic pomogły mi dojść do siebie. A pod prysznicem miałam smutne i złe myśli o problemach jakie w życiu codziennym mają takie osoby jak Ma&De. Te całe rzymskokatolickie kocopoły, napuszczanie na LGBT i dorabianie ideologii do instytucji małżeństwa to działanie smutasów, którzy sami nie są pewni swojej orientacji — tak to widzę. De przypomniała mi coś, co wiedziałam: że w Północnej małżeństwa jednopłciowe są możliwe dopiero od stycznia tego roku.

Przez większą część dnia nucę I'm Only Sleeping Beatlesów. Z rana słuchaliśmy ich płyty Revolver (1966/2009).

81. Goście.

Zjawili się po południu i posiedzieli do osiemnastej. Ma&De, bardzo ciekawa para. Ona z Polski (mieszkała dość niedaleko mojego domu rodzinnego) i ona, Irlandka z Północnej. Podobnie jak my lubią oglądać filmy i chodzą po górkach. Strasznie dzisiaj piździ, ale zabraliśmy je chociaż na chwilę na wiejską plażę, a potem do portu. Z portu wróciliśmy z chowderem, który wszyscy zjedli ze smakiem. Rysio też przyszedł się przywitać, bo jest dobrze wychowanym kotkiem, poza tym to on był niejako inspiracją do odwiedziń (możliwe, że dziewczyny będą mu za jakiś czas ciociowały). Dziewczyny sprezentowały nam kuchenny ręczniczek z przepisem na irlandzkie soda farls i champ.

piątek, 6 marca 2020

80. Padam.

Małżonek z takim zapałem podsmażał mięso na gulasz, że udało mu się uruchomić w domu czujnik dymu. Jutro spodziewamy się gości, wyjechaliśmy więc na zakupy, przy okazji podrzuciłam cv w jedno miejsce, kilkaset metrów od starej pracy. Czułam się śnięta, więc po polskim sklepie na piechotę udaliśmy się nad rzekę, żeby sprawdzić Canale.



Fred dopatrzył się, że Włosi sami sobie palą kawę, no i obsługa jest dobra. Do obiadu napitek jest za darmo, wino sami proponują. Nie żebyśmi pili, ale powiało innymi standardami, nie z Costy. Kawa trochę mnie ożywiła.


Pojechaliśmy do domu. Ja do toalety, żeby pomyśleć, a po wyjściu Fred przywitał mnie w kuchni bukietem, który już widziałam (zwracam uwagę na zdjęciu powyżej na bohatera drugiego planu) i torbo-plecakiem, którego wcześniej nie widziałam. Śliczny, w gołębim kolorze, Paul Costelloe. Ich znakiem firmowym jest biegnący lis. Jutro mija pół roku od ślubu, a w poniedziałek pierwsza rocznica oświadczyn. Kocham tego mojego chłopa. I padam z nóg — to z pójścia spać dzisiaj po drugiej po północy i rozregulowania dobowego zegara. Mądrzejsza o tę wiedzę planuję zanurkować pod kołdrę około dziesiątej, tylko sprzątnę stół, matkoniechcemisię.

PS. U Ka to było zatrucie pokarmowe. Co ze sprawą Wu, nadal wiemy tyle co nic.

79. Tym razem żółty.

Mowa o bereciku w kontekście naszego spaceru po Carlingford (na koniec roku był czarny). Jak zwykle w tym mieście zaczęliśmy od spaceru do Aś. Chwilę musieliśmy poczekać, często przyjeżdżamy, gdy akurat ma lunch time :). Potem zaszliśmy na pieczonego ziemniaka do Ruby Ellen. Lubimy te ich filiżanki, każda z innej parafii.



Po obiedzie był port, najpierw przy naszej ławeczce patrzyliśmy na górę w Północnej, potem wolny obchód zamku króla Jana.




Po nadmorskim spacerze wróciliśmy jeszcze raz do Aś, pożegnaliśmy się i jeszcze mała rundka chodzona po mieście w poszukiwaniu nie-wiadomo-czego. Oficjalnie szukaliśmy filiżanek pasujących do naszego ekspresu. W związku z tym weszliśmy np. do tej rupieciarni:


Bardzo interesujące miejsce, którym zawiaduje pan w lokalnym kolorycie. Po powrocie na deser zrobiliśmy binge watching Detektywa (2014). Tym razem już do końca, cztery odcinki za jednym zamachem. Trzyma w napięciu mocno, w związku z czym końcówka pozostawia lekki niedosyt. Atmosfera za to przednia. Koteczek wchodzi i wychodzi, wchodzi i wychodzi, nawet trochę siedzi obok mnie i nie ogląda. Thomas mówił coś dzisiaj, że kawał z niego kociska. Thomas też do ułomków nie należy. I znowu coś je (kocisko). Zapasy się kończą. 

środa, 4 marca 2020

78. Wiosna.

Przynajmniej przez dwa dni. Słoneczko świeci inaczej, jest w nim przyjemnie, wiatr nikły. Dzisiaj mój osobisty reżyser, scenarzysta i autor tekstów w jednym zajął się montowaniem dłuższej sceny, tak, żeby film był gotowy, gdy polecimy następnym razem do Polski. Nie wyszliśmy więc nawet na plażę — mogłam iść sama, ale to co innego. Jutro pogoda też ma być podobna ... 

A tymczasem wielką frajdą było dla mnie przekopywanie się przez notatki z psychologii. I obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki Detektywa (2014), chociaż nam odtwarzacz robił psikusy. Naprawdę dobry jest.

wtorek, 3 marca 2020

77. Du dududu dum ...

Przed południem słuchamy Rodrigo y Gabrieli Live: Manchester and Dublin (2004). Płytę Fred dostał kiedyś na swoje urodziny od Krisa. Poza tym raz słońce, raz deszcz. Małżonkowi udało się jednak odkurzyć w środku stary samochód na wypadek, gdyby ktoś chciał go od nas kupić. Do mnie w tym czasie zadzwonił pan z Intreo i zaczął mnie przesłuchiwać na poczet złożonego ponad dwa miesiące temu papieru. Jakoś nie wierzę w pozytywne zakończenie tej sprawy, ale tak mi to podbiło ciśnienie, że musiałam się uspokoić przeredagowywaniem mojego cv. A to z kolei zaowocowało tym, że zeźlona wywaliłam cały Microsoft Office 2013 i zainstalowałam Apache Open Office. Warto od czasu do czasu coś/kogoś usunąć. Od razu poczułam się lepiej. Z powodu Rodrigo y Gabrieli gra mi teraz w głowie Metallica. Obejrzeliśmy właśnie pierwszy odcinek Detektywa (2014). Dobrze się zapowiada. Po przerwie na pizzę (jakaś nowa z Tesco) odpalimy następny.

poniedziałek, 2 marca 2020

76. Drugi marca.


A tak sobie tutaj śpię i jestem śliczny (zdjęcie wysłałam Kaś Matce Kotom). W tle drugi krążek z albumu Family In Their Own Time (2005). Już mieliśmy zaklepany wieczorny wyjazd do Ka&Jot oraz kino na 20:30 (leci oscarowy Pasożyt), ale Ka zadzwonił, że ma gorączkę. Z brzuszkami pełnymi po obiedzie teraz musimy wymodzić, co tu dalej robić, skoro już jesteśmy najedzeni. Fred wymyślił prasowanie.
___
edit 22:03
—Mam ładną żonę ...
— Kot też Ci się udał :D

Zanim wyjechaliśmy w kierunku kawy, mąż tłumaczył mi głębię tekstu Apteki: Byłeś wczoraj, byłeś dzisiaj / Mówią Też o Tobie Kasztan / Kasztan Kasztan Kasztan. Uroiło mi się, że italskie miejsce, które spodobało się nam jakiś czas temu, jest otwarte do późna, a tu zonk. Pojechaliśmy do miasta w rytmie albumu Rust In Peace Megadeth (1990). Darmowy parking wygląda inaczej — gdy chodziłam do pracy, po drugiej stronie ulicy był zielony gąszcz, taki małpi gaj. Kilka dni temu odkryłam, że działka jest sprzątana. Drzewa zniknęły, to samo czeka zapewne resztki fabrycznych zabudowań, które do niedawna stały w zieleni jak majańskie świątynie. Po sprawdzeniu, że Canale faktycznie po szóstej się zamyka, znaleźliśmy przystanek we włoskie pizzerii po drugiej stronie rzeki. Całkiem miło, choć nie tak smacznie, jak antycypowaliśmy, najlepszy był chyba deser i bardzo miła obsługa ...


Na zewnątrz ziąb. Ponieważ Fred czuł niedosyt chodzenia z żoną, zajechaliśmy do Tesco. Bez planu kupiliśmy na dvd pierwszy sezon Detektywa (2014) z Harrelsonem, bo poczuliśmy ciepło na sercu, że są napisy po polsku. Droga powrotna odbyła się z Faith No More Angel Dust (1992). Otwarte okno się sprawdza — Rysio wyszedł razem z nami, gdy wyjeżdżaliśmy, ale czekał w środku, gdy około dziewiątej wieczorem wracamy do domu. Fajna jest też Karolina Cicha, Do ludożerców (2010) ... więc słuchamy płyty dwa razy. Teraz  sobie przypomniałam, że dzień zaczął mi się od tego, że przez okno w sypialni fotografowałam gołębia grzywacza "pasącego" się na trawniku. A jeszcze wcześniej śnił mi się Wu. Szedł obok i uśmiechał się. Trochę to był Wu z brodą, a trochę Jakub Lejbowicz.

niedziela, 1 marca 2020

75. Niedziela bez wydarzeń.

Chyba, że jako wydarzenie policzyć poranne moczenie stóp w miednicy. Przy stole w kuchni. Rysiowi aż wypadło z pyszczka jedzonko. Sprawy się toczą, poranne słońce zamienia się w deszcz, czytam, rozmawiam przez telefon z Fredem, wieczorem odsmażam kartofle, jem ciastki, piję gorzką herbatę. Włosy mam związane w kucyk.