Strony

wtorek, 30 kwietnia 2024

1596. Zmęczenie materiału.

Kochany jest pomiędzy dwiema męczącymi szychtami, ale i tak podwiózł mnie w obydwie strony do pracy, która przebiegła bez większych potknięć. Po powrocie do domu zostałam nakarmiona obiadem mężowskim, potem Fred poszedł spać (jutro wstaje idiotycznie wcześnie), a ja zabrałam się za prasowanie prześcieradeł, żeby odgruzować trochę przestrzeni, której u nas nigdy za wiele. Do prasowania film, Ostatni świadek (1969) Batorego (sądziłam, że już widziałam, ale raczej nie). Cały czas wieje. Zwierzenie: czuję, że mi ten rok coś przez palce przecieka :I

***

'nuff said:

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

1595. Uniki.

Postanowiłam nie martwić się zbytnio. Zadania idą dzieciakom jak krew z nosa, ale co ja mogę? Gdy tylko dało się wyjść z Centrum, ewakuowałam się z przytupem. Po dwunastej Fred był w drodze do pracy, a ja po zakupie jogurtu na deser i w drodze do dworca. Obiad, deser, kawa, drzemka. Reaktywowałam się około piątej, żeby poserfować ostatni raz na jakiś czas na pełnym oddechu po MyHeritage, gdyż jutro powinnam zapłacić za kolejny rok przyjaźni, a na razie nie zamierzam tego uczynić :D Gdy mnię najuprzejniej zapytano, dlaczego rezygnuję z subskrypcji, zgodnie z prawdą i umysłową prostotą odrzekłam, że mnie na ten drogi biznes nie stać, w odpowiedzi natychmiast zaoferowano mi 60% upustu z którego nie skorzystałam. Na jakiś czas daję sobie spokój, przeżyję (tym łatwiej, że przez rok ani o krok nie zbliżyłam się do rozwikłania tajemnicy pochodzenia prababci Heleny).

Dwa dni temu zaczęłam czytać Babilon. Kryminalną historię kościoła Nowaka/Obirka (Agora, 2022) i tak sobie zagłębiam się jeszcze raz w znajome tematy. A tu Mieciu zachęca do Zbrodni i kary (nie obejrzałam całego filmiku, gdyż a) nie chciało mi się w tym oto danym momencie, ale z pewnością to zrobię na raty, oraz b) Mieciu zachęca do przeczytania książki przed obejrzeniem streszczenia i widzę tu nieodpartą logikę). Na ofertę Meciową założenia konta w Empik Go zerkam pożądliwie. 

Wieczorna rozmowa z mamą się odbyła. I Kochany przed chwilą wrócił. Radujmy się.

niedziela, 28 kwietnia 2024

1594. Niedzieli nie dość.

Chociaż dzień zapowiadał się na słoneczny (fałszywie, zresztą), postanowiliśmy spędzić go głównie domowo (dopiero po obiedzie Kochany wyjechał do miasta po kartofle i ryż, bo coś nam przysłoniło przytomną ocenę zapasów i nie kupiliśmy ich wczoraj). Dużo prania, poza tym blogowanie i rozmowy. Gdy pichciłam obiad wpadł do nas Ka z chłopakami (akurat byli w drodze do portu) i chwilę rozmawiał z Fredem na zewnątrz, tyle tylko, żeby mieć czas na zjedzenie lodów kupionych po sąsiedzku.

Robimy listę marzeń na czerwiec, z której pewnie jak zwykle połowa nie zostanie zrealizowana (chciałabym zobaczyć wystawę Banksy'ego, jakieś przedstawienie teatralne we Wro, no i oczywiście pojechać na wycieczkę z Tadkiem). Kochany myśli też o naszym gościu, który przylatuje za kilka dni (mąż już kupił dwa bilety na Brú na Bóinne Tour w przyszłym tygodniu; niestety, będę wtedy w pracy, buu). Trzeba dokończyć plany na jutro, to dokańczam. Ale znajdujemy z Kochanym czas na obejrzenie filmu, który Fred kupił w pakiecie już jakiś czas temu: Barany. Islandzka opowieść (2015) Grímura Hákonarsona. Podtytuł zbędny, opowieść atmosferą bardzo mi przypomina prozę Jona Fossego.

sobota, 27 kwietnia 2024

1593. Pobudki, kolce, geny.

Mama wyrwała mnie ze snu po trzeciej nad ranem, nie zdążyłam odebrać połączenia, więc musiałam oddzwonić. Tymczasem to ona była zaskoczona, bo twierdziła, że to ja zadzwoniłam do niej (możliwe, że psujący się WhatsUp zrobił nam takiego psikusa). 

Rano spadł grad wielkości dużego grochu, potem deszcz i ponownie grad, tym razem drobniejszy. Ochłodziło się, ale im dalej, tym milej. W południe wybraliśmy się z Kochanym na zakupy rzeczy niezbędnych (Fred kontynuował wymianę pojemników na śmieci i kupił w Homebase dwa kolejne do segregowania odpadów), przy okazji w tym samym miejscu został nabyty taki jeden kolczasty:

Mammillaria hahniana się nazywa, bardzo mi miło.

Gdy wyjeżdżaliśmy, przekręciłam do rodziców, żeby jeszcze raz się upewnić, że wszystko jest w porządku. A tu rodzice wracają z zakupów, z laurowiśnią w pojeździe, i właśnie zmierzają w kierunku obiadu (bynajmniej nie zrobionego w domu, tylko do restauracji). Moi kochani, niedaleko pada jabłoń od jabłka :D Małżonek poświęcił popołudnie na rycie w ziemi, obkopywanie roślin i zabezpieczanie brzegów trawnika korą, podczas, gdy żona nie zrobiła nic pożytecznego. Owszem, zaczęłam planować poniedziałkowe zajęcia i dokończyłam czytać Horney Neurotyczną osobowość naszych czasów (Rebis, 2021), poza tym objadłam się makaronem po jedenastej wieczorem (czyli teraz wypadałoby trochę strawić przed snem).

piątek, 26 kwietnia 2024

1592. A jeśli wojna? Diagonalnie? Sha!

Znowu budzę się wcześnie (i po co?). Po pierwszej herbacie zaczęłam przygotowywać bruschettę, a tuż przed dziewiątą zadzwoniłam do Saren uświadamiając ją, że planuję urlop w drugiej połowie czerwca. Śniadanie, mężowska kawa numer dwa i mogliśmy wybyć na spacer. Dobrze, że zatrzymaliśmy się w kawiarence (akurat gdy byliśmy w środku, na zewnątrz trochę się rozpadało; Fred wypił trzecią kawę ;)). Rundka plażą, potem domki i główna ulica wsi; pod domem zdybała nas Anna, która cały czas ostrożnie szukała punktu podparcia. Robię obiad, po obiedzie prace ogrodowe. 

Kupiliśmy bilety wakacyjne, Kochany w obydwie strony, ja na razie bilet wylotowy (zobaczymy jak się uleżą sprawy). Gdy wieczorem Fred walczył z murawą, zadzwoniłam do mamy, żeby przekazać rodzicom nasze mgliste plany. Mama wspomniała, że powinnam zabrać różne papiery niby-ważne, zaczęłyśmy rozmawiać o możliwości rozlania się wojny poza Ukrainę, o tym, co warto ze sobą brać i czego nie. Rodzice naprawdę powinni mieć kontener dla każdego zwierzaka (Niunia wpakowała się mamie na szyję i dupką zasłoniła kamerkę).

Dopiero teraz sprawdziłam kilka prac. Przynajmnie tyle. Fontaines D.C., Degrel.
___
Bruschetta: kilka pomidorów pokrojonych w kostki (odsączonych; tym razem było ich sześć), małą, drobno posiekaną czerwoną cebulę oraz kilka posiekanych świeżych liści bazylii mieszam tugeder, całość solę i pieprzę. Osobno łączę dobrą oliwę (cztery duże łyżki) z octem winnym (jedna łyżka), dodaję duży ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę; miksturą polewam pomidory, miskę odstawiam do lodówki przynajmniej na pół godziny, żeby się wszystko przegryzło (mieszam raz czy dwa). Jako bazy używam diagonalnie pokrojonej bagietki (pajdki kropię oliwą i wrzucam do piekarniki, do przyrumienienia).

czwartek, 25 kwietnia 2024

1591. Krótko.

Kochany wrócił nad ranem. Doturlałam się do pracy, odhaczyłam obowiązki, Fred przywiózł mnie do domu, żebyśmy mogli zacząć długi weekend. W głośnikach Bowie koncertowy (Hammersmith Odeon w 1973), potem The Smiths i Jethro Tull (albo w innej kolejności?). Przeczytałam jeden rozdział książki i dopadła mnie senność. Czyli dobranoc państwu.

środa, 24 kwietnia 2024

1590. Dzień-zwyklak.

Wstaliśmy o tej samej porze, niepogodzeni z losem (budziki w obydwu naszych telefonach były nastawione na szóstą, zgodnie barłożyliśmy jeszcze osiemnaście minut pomrukując do siebie pod kołdrą). Założyłam skarpetę z dziurą (lewa noga, dziura na paluchu) i zamiast coś z tym zrobić, najpierw patrzyłam na nią podczas pośniadannego relaksu, potem założyłam na nią buty. Kochany podwiózł mnie pod Centrum, po czym obrał kierunek na Letterkenny.

Po południu czekając na autobus natknęłam się na Krisa-woźnego, który jechał na turniej golfowy, ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o życiu, golfie, pracy (kto by pomyślał, że woźny jest romantykiem w temacie pięknej, wieczornej pogody na polu z dołkami). W autobusie miałam też inną krótką, a miłą pogawędkę, z gościem od chłopaka na wózku (jak on ma na imię, czy powinnam wiedzieć?), podpowiadał mi, że łososia można upiec na kołderce z pora. Wróciłam do domu, włączyłam Radio357, i zaczęłam robić obiad tylko dla siebie (łosoś na szparagach), który zjadłam patrząc jak Gosia ze Szkocji sprząta kuchnię. Przy kawie zadzwoniłam do mamy na pogaduchy (a wieści z Dolnego Śląska niewesołe: przymrozek zabił przedwcześnie rozwinięte pąki, omdlało wszystko, co jeszcze kilka dni temu cieszyło oczy). Przejrzałam trzy teksty uczniów, tak jednym okiem, żeby mieć poczucie poruszania się do przodu. Radiowo przełączyłam się na NDR Kultur (akurat kończyło się czytanie Der Pojaz). 

Z Kochanym rozmawiałam przed chwilą, mąż nadal walczy w Letterkenny ze złośliwością przedmiotów martwych; w radiu jazz; to sobie coś czytniem.

wtorek, 23 kwietnia 2024

1589. Learning curve.

Początek dnia raczej spoko (słonecznie, wyszłam na przystanek, bo Kochany wrócił bardzo późno; w świetle dnia na szykownych spodniach zauważyłam Rysiową sierść, ech), potem wtorek został zdominowany przez myśli porozmowne. Nie jestem zadowolona, ogólnie odpowiedzi na niektóre pytania przyszły mi do głowy po wszystkim i odnoszę wrażenie, że w drugiej części zaprezentowałam się słabo (wśród słuchaczy Gronja, Waleria i Ważny Facet). Cussssz. Po lunchu byłam już tylko ja ze swoimi rozkminkami (młodzież została rozpuszczona do domu), odrobinę nadgoniłam papiery, a po trzeciej wyszłam na miasto, żeby w Czarnej napić się z Kochanym herbaty/kawy (nie zrobiłam zdjęć napitkom, co mówi samo za siebie). Kiedy tylko zobaczyłam przez okno Freda zmierzającego w moim kierunku, w kaszkiecie i w żółto-czarnej koszuli, humor natychmiast mi się poprawił :)

Gdy pichciliśmy obiad, napisała do nas Anne z prośbą o sprawdzenie, czy przed jej domem stoją trzy nowe kubły. Faktycznie, stały. Przy tej okazji spotkaliśmy Katlin, która też zainteresowała się tematyką kubłową, i tak taszcząc one kubły na tyły domu (każde z nas po jednym) rozmawialiśmy o sytuacji sąsiedzkiej. Okazuje się, że drogi Anne i Majkela się rozchodzą, Majkel ma się wynieść z domu do końca kwietnia (jeśli tego nie zrobi, w sprawę zostanie zaangażowana garda). Dobrze się stało, ta kiepska sytuacja przeciągała się zbyt długo (może i Majkel na tym zyska, może nie jest dla niego za późno?). Zapakowaliśmy kubły do ogródka, zrobiliśmy sobie we trójkę machające selfie "strong neighbours team", które zostało przesłane do sąsiadki odbywającej gdzieś tam tournée po wyspie.

Na obiad gulasz (z zamrażarki) i placki ziemniaczane (z polskiego sklepu). Na chwilę wyszłam do ogródka powyrywać chwasty (napięcie jeszcze ze mnie nie zeszło; trochę chłodno). Wieczorem sprawdziłam tylko jedną pracę do końca. Nic to, Fred rozmawiał z Wu (wtrąciłam swoje trzy grosze), u mnie francuski na duolingo i książka.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

1588. Powrót do zwykłości.

W pracy jak na złość pojawili się wszyscy. Ale jestem jak gładka skała i mam głos przesłodki. Fred ma nockę, przed wyjazdem zdążył mnie przywieźć z miasta i wspólnie zjedliśmy obiad. Zagadałam do mamy, zapytać jak tam po wyborach. Wiadomo, stara władza wygrała, trudno, świetnie, bardzo się nie zdziwiłam (ale kontrkandydat zyskał sporo głosów w drugiej turze, czyli nie wszyscy zaropiali). Tak w ogóle to rano szukając wiadomości o wyborach niechcący napotkałam informację o pogrzebie mojego byłego ucznia, Matiego. Zaskoczenie. Żeby umierać przed trzydziestką! 

Dwa kolejne dni zapowiadają się na spokojne, będę mogła nadrobić papierologię w czasie pracy, więc dzisiaj tylko przygotowanie do jutrzejszej rozmowy ... ale co można przygotować? Jak przewidzieć pytania? Sklecam odpowiedź na dwa lub trzy, które przychodzą mi do głowy, czyli zapewne nie padną, poza tym kończę czytać Nakarmić kamień Bronki Nowickiej (Biuro Literackie, 2016), cieniuchną książeczkę grubej poezji.

Postscriptum #1587.

O czym to ja miałam? O wczorajszym koncercie w TLT. Cieszę się, że poszliśmy, chociaż dwie godziny przed wydarzeniem wcale a wcale nie chciało mi się wychodzić z domu. Siedzieliśmy na skraju trzeciego rzędu siedzeń wielopoziomowych (pewnie następnym razem wolałabym coś bliżej środka, ale pierwszy raz byliśmy w tym miejscu). Postmodern Jukebox to zespół, który najpierw był projektem na youtube — wykonywano na nim covery znanych przebojów w stylach retro (ragtime, swing, bepop, motown i in.). Trochę szkoda, że z plakatu nie bardzo można było się dowiedzieć, kto będzie występował, autorzy projektu są bardziej zainteresowani w promowaniu PMJ, a nie konkretnych osób, tych zaś przewija się dziesiątki, wszyscy zaś niesamowicie utalentowani. Stąd dopiero serfując w necie dowiedziałam się, że na perkusji i przeszkadzajkach grał Jack Amblin, a stepowała Demi Remick (z oddali kojarzyła się mi z młodziutką Lizą Minnelli). Wrażenie zrobiła Sarah Potenza o silnym, aksamitnym głosie, ale przede wszystkim Ashley Campbell śpiewając covery Bowiego (Life on Mars?) i the Smiths (There Is A Light That Never Goes Out).


Warto było :)

niedziela, 21 kwietnia 2024

1587. Plaża again.

Stały motyw moich snów ostatnimi czasy: jestem w Polsce, jakieś tam dziwne przygody się dzieją, ale zawsze przypominam sobie nagle, że powinnam wylecieć, a chyba tego nie zrobiłam, albo już nie zdążę. Budzę się (we śnie lub realnie) i okazuje się, że nie trzeba się martwić, bo jestem w domu.

Nastolatka przylatuje do nas szybciej niż sądziłam; Fred odprawił jej podróż lotniczą, żeby mieć to odhaczone. Śniadanie, planowanie wizyty, w końcu możemy iść. Poszliśmy na plażę, ale tym razem w kierunku Termon, żeby po drodze sprawdzić kolonię jaskółek i siedzieć na falochronie. Pogoda медленная.



Zrobiłam sporo zdjęć uchachanym psom, potwierdziłam istnienie kolonii, od czasu do czasu zastanawiałam się co tam po drugiej stronie plaży robią puchate dupelce (pewnie znowu się opalały przy popołudniowym sylfaju). Za tą skarpą ze zdjęcia powyżej jeździł ciągnik (nie ma przebacz, jest pogoda, trzeba obrobić). Siedząc na falochronie zjedliśmy po ciastku i zadzwoniłam do mamy. Dzisiaj rodzice, bardzo ładnie ubrani, jeszcze raz poszli na głosowanie (żeby oddać głos na kontrkandydata do obecnej władzy, pomimo tego, że to pewnie nic nie da; dumna z nich jestem). 

W drodze powrotnej niestety zgubiłam przycisk spustu migawki, mniej więcej wiedziałam gdzie, ale to było jak szukanie igły w stogu siania. Czyli tu kończą się harce aparatowe (przynajmniej na jakiś czas; nawet nie wiem, czy taki przycisk można gdzieś kupić). Fred próbując mnie pocieszyć dał mi kamień:


Coś wspaniałego, skamielina koralowca, pierwszy raz takie znalezisko w tym miejscu. Inna ciekawostka (której tym razem nie zabrałam do domu):


Czy to mogłaby być ludzka kość? Focza? Owcza? 

Wróciliśmy przez teren domków letniskowych, o trzeciej po południu byliśmy z powrotem u siebie. Fred zrobił obiad, zjedliśmy kalafiora w beszamelu, i Kochany poszedł na drzemkę (czekał nas jeszcze wieczorny koncert, a spacer w połączeniu z temperaturą był dość wyczerpujący). Mieliśmy bilety na Scott Bradlee's Postmodern Jukebox w TLT, ale o tem potem.

sobota, 20 kwietnia 2024

1586. Słoneczna sobota.

Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn. 

Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:



Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.

Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:


No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):


Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:


Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:




Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D







Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.

Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.

Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.

piątek, 19 kwietnia 2024

1585. Próby.

Praca przed południem (wyjeżdżając rano zauważyłam w otwartych drzwiach ostatniego domu zmarnowaną sylwetkę Anny Emerytki wspartą o laskę; czyli wróciła żywa, nie poznałabym jej, gdyby nie stała tam, gdzie stała); po dwunastej wyszłam z Centrum i wpadłam w objęcia Freda, który zakapturzony jak lord Sithów zmierzał ku mnie od wschodu; poszliśmy na lunch do CG, była rozmowa z Magdą, na koniec zapakowałam resztki na jutrzejsze śniadanie (z rozmowy wynikło, że do ichniego ryżu rzeczywiście dodają cynamonu, ciekawe, interesujące). Wróciliśmy do domu dwie godziny później i od razu zaaplikowaliśmy sobie leżaczkowanie (jeszcze tylko Kochany pokazał mi, że w ogródku czeka na mnie kolejna duża, okrągła donica, dla szczawika).

A tu wspomnienie Ryszarda Rabatkowego sprzed 4 lat:


Jakże marnie wyglądają dzisiaj kwiaty w zakątku Anny, wytarmoszone przez wiatr, wymacerowane deszczem, do tego pozbawione kociego towarzystwa. Niestety, wiosna nadal nie spełnia moich oczekiwań. Próbowałam ożywić się małą kawą, poza tym dzięki Hebiusowemi linkowi OperaVision zerkałam jeszcze raz na Salome, na której byliśmy w marcu. Poćwiczyłam (mów prawdę: tyle co nic) oraz spędziłam czas na nie wiadomo czym. Wieczorem czytnik w łóżku.

czwartek, 18 kwietnia 2024

1584. Leżakowanie na zdrowie.

Sandały Osprey, nowa misa na stół i sałatka grecka, takie zastałam rzeczy po powrocie do domu. W najbliższych dniach w pracy będzie trochę tumultu (zupełnie nagle zmarł członek rodziny Saren), podminowało mnie to niespodzianie, bo jutro jednak też jadę do Centrum (a miałam nie jechać). Po południu więc zamiast robienia ważnych rzeczy leżaczkowanie w łóżku z mężem (Zbynio zadzwonił do Freda, i właśnie wtedy zachciało się mi kasłać; Zbynio, nie przeszkadzaj leżaczkować).

środa, 17 kwietnia 2024

1582-1583. Kontrasty.

Wtorek letargiczny. Kochany wyjechał do pracy wcześniej ode mnie, ponownie spotkaliśmy się w mieście po południu, gdy akurat wybierałam nabiał w polskim sklepie. Reszta to ruchy bardzo wolne, zalegam, mielę w głowie, w genealogii dochodzę do Okoniów/Konieckich (znajduję trzy ciekawe akty). Danka się odezwała, jej latorośle chcą studiować za granicą; dość długo konwersujemy fejsbukowo, choć nie powiedziałabym, żebyśmy się kiedyś bardzo przyjaźniły (przypadku, gdy koleżanka zaczęła się przy kawie zalewać łzami z powodu sytuacji zawodowej, nie liczę), nie odnoszę też wrażenia, że była to rozmowa interesowna. Odbieram Dankę jako osobę zbyt spiętą, żeby była mnie w stanie dłużej tolerować. Może odnowimy kontakt, przyszłość pokaże. 

Od wczoraj bolący migdałek mnie rozpraszał, ale środa zaczęła się bardziej komfortowo, Kochany miał wolne i mógł mnie podwieźć do pracy (czyli wyciągnęłam nieboraka z łóżka o świcie; zrobiłam mu kawę, ale to słaba pociecha). Dżim odkrył, że w Irlandii chyba nigdy nie było bobrów, a szkoda (wg mnie i Dżima). Małżonek kupił trzy niebieskie, włoskie talerze obiadowe, osłonkę dla opuncji i bawełnianą pościel. Po południu podeszłam do rzeczywistości systematyczniej niż wczoraj: przewaliłam trochę papierów, rozmawiałam z mamą (o dawnej polonistce która spędzała swoje ostatnie chwile u Sióstr i właśnie umarła, o Staniszkis i ponad dziewięćdziesięcioletniej Ani Kusiak z UK). Ćwiczyłam pół godziny, umyłam włosy, obejrzałam memy z Najsławniejszym Janem Pawłem i wróciłam do papierologii. Kochany zawsze obok, robi obiad i słucha punka. O mały włos, a byśmy się w życiu rozminęli. I co by wtedy było? I u kogo Ryszard zjadłby wszystkie te paszteciki warte zjedzenia? Aż strach tak myśleć (bo groza i smutek).

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

1581. Poniedziałek piętnastego.

Rano zimno jak dyjabli, dobrze, że przynajmniej udaje mi się wbić w słoneczne plamy nieregularnie rozmieszczone pomiędzy strugami deszczu na mapie wybrzeża (unikam w ten sposób zalania prac, które taszczę ze sobą w obydwie strony). Fred jednak nie wrócił do domu i zaliczył drzemkę w samochodzie.

Gdy po południu stałam na dworcu, przyszło do mnie zawiadomienie z datą rozmowy o pracę. W końcu się ruszyli, mielą powoli, stosownie do tego tempa spada moje zainteresowanie tematem.

Postanowiłam, że już czas wykorzystać książkę fitnessowo-kucharską i zrobiłam łososia w wersji Tyrone'a Brennanda (filety pieczone w folii ze szparagami, brokułami, pomidorkami koktajlowymi, cytryną, czosnkiem, pietruszką i olejem kokosowym), więc już wiem, że następnym razem zieleninę przygotuję osobno, bo wyszła zbyt twarda. Kochany, bardzo zmęczony, wcześnie poszedł spać. Rozmowa z Luś: godzina minut czterdzieści i trzy, potem chwila na poprawki ocen (ale nie szalejmy). Od wczoraj czytam na czytniku Karen Horney Neurotyczną osobowość naszych czasów (Rebis, 2021).

niedziela, 14 kwietnia 2024

1579-1580. Weekend w środku kwietnia.

Pogoda niestabilna (słońce, deszcz, tralalala, wiatr). 

W sobotę wstaliśmy późno, późno zjedliśmy śniadanie, późno zdecydowaliśmy o co się rozchodzi. Po południu Kochany zadzwonił do Ka i umówiliśmy się na wieczór. Sprawdziłam jeden tekst (dałam radę, chociaż w tym samym czasie rozmawiałam z Kamą o jej przyszłych studiach), po czym zjedliśmy, co Fred ugotował, i wyjechaliśmy do Newry. A po co? A po suszone robaki i filtry do kawy (to ostatnie w M&S, zawodząc, że w Drołdzie już nie ma tej sieciówki, i buuuu, dlaczego).

W podróży zrobiłam prawie godzinną videokonferencję z mamą (kawiarnia, wizyta w myjni) na tematy dowolne. Nie wiadomo co to za objawy sercowe tatko miał ostatnio, badania nie wykazały nic do nazwania, kardiolog pochwalił tatkę, że świetnie się trzyma. Od mamy wiem, że Akebono zmarł kilka dni temu (jakoś mi umknęło). U przyjaciół zjawiliśmy się dobrze po siódmej, obgadaliśmy ich pobyt na Kanarach (ale sobie teraz nie możemy przypomnieć na której wyspie byli, tacy jesteśmy). Potem razem z Ka obejrzeliśmy trzy ostatnie odcinki pierwszego sezonu serialu 1670.

Poszliśmy spać w niedzielę, więc i poranek niedzielny nieco się wydłużył. Poza tym Fred był już w trybie praca, bo miał w planach wyjazd po drugiej na Dublin.

Chwilę pracowałam w ogródku; do niedawno kupionej, okrągłej, przysadzistej doniczki wysadziłam cebule Iksji. Zaznaczyłam też papierowymi wstążkami cztery Bridal Crowns, żeby móc je razem przesadzić, gdy liście wyblakną i cebule nasycą się słońcem na przyszły rok. Kosaćce wypuszczają pierwsze kiełki, podobnie ze Sparaksisem dosadzonym do obumarłych Bella Vist. Nieśmiało zakwitł drugi Pipit.

Kochany wyjechał po obiedzie, wpół do trzeciej. Do zobaczenia jutro, albo ... jutro (Fred jeszcze nie wiedział, czy po zmianie wraca). Walczyłam z sennością, trochę ćwiczyłam, nabrałam ochoty na makaron po mieciowemu, więc zapisuję do zrealizowania (melodyjka z reklamopiosenką się mi wkręciła). Wieczorem umówiłam się na videokonferencję z Luśkiem, ale jak to często bywa, Luśkowi coś się przeciągnęło (zarządzanie czasem nie jest jej najmocniejszą stroną). Trzeba nastawić budzik.

piątek, 12 kwietnia 2024

1578. Kręciołek.

Po śniadaniu wyjechaliśmy się pokręcić, Kochany miał pomysł na wymianę domowych koszy na nowe, więc zrobiliśmy badanie rynku wciskając pomiędzy spacery zakupowe wizytę w kawiarni. I tu ciekawostka, potwierdziło się Fredowe przekonanie, że Aura już nie pracuje w znajomym miejscu. Po drugie spotkaliśmy Ka (akurat był w pracy, z klientem). Chodziliśmy za rączkę, przyjemnie tak, więc chwilami zapominało się nam, czego szukamy. Jeden kosz na śmieci został zakupiony w Home Store TK Maxxie, a wcześniej, w Homebase, wypatrzyłam takie coś:

Opuntia tuna cristata, mały pomarszczeniec wrócił z nami do domu, stoi teraz na parapecie i czeka na nową osłonkę. 
___
edit 00:20 po krótkiej potyczce z liczbami źle podsumowanymi i długich małżeńskich rozmowach (o naszych nauczycielach i sprawach pierwszego świata) wskoczyłam do łóżka, żeby po ponad pół godzinie skończyć czytanie Odrzani (Znak, 2023) Zbigniewa Rokity. Dobre bardzo.

czwartek, 11 kwietnia 2024

1577. Kiedy przestanie padać? To nudne.

Deszczowy, wiosenny dzień. Całkiem sporo chodziłam dzisiaj za "rzeczami". Rozmawiałam też z Gronją, przedstawiłam jej sytuację, kiedy ewentualnie mogę być wolna. Kochany woził mnie w obydwie strony do pracy (popołudniem przyjechał do miasta w swoim nowym kaszkiecie Ralpha Laurena; wczoraj kupił sobie także nowy płaszcz Bakera w drobną kratę).

Zakwitło trochę Little Princess i jeden zabiedzony Golden Bell. Oraz Jeden Pipit! Chwalić Zeusa! Nadal jest za mokro i zazwyczaj zbyt wietrznie dla tych maluchów.

W czasie "robienia się" obiadu Fred zadzwonił do Krakuski z życzeniami, więc się podłączyłam; dyskusja trwała długo (przez cały obiad), nie potrafię wskazać jednej wiodącej tematyki wypowiedzi, ale było dużo śmiechu. Wieczorem zamiast filmu obejrzeliśmy z Kochanym Mietczyńskiego analizę 6 dni Strusia. Wyborne, zaiste. Czytanka. Jutro św. spokój.

środa, 10 kwietnia 2024

1576. Bez sumienia.

Pogoda nadal przetykana, rano nieprzyjemny deszcz (pewnie część tego odczucia związana była z chłodem domowym, bojler nadal milczał). Kochany wrócił do domu, gdy sama byłam gotowa do wyjazdu w drugą stronę, popukał, postukał, magia, bojler zadziałał, buzi, kocham go (męża mego), idę.

Zobaczyliśmy się ponownie po mojej pracy, Fred dotarł do CG, gdy już zamówiłam dla siebie sok z mango. Bardzo dobra decyzja, żeby zjeść obiad na mieście, żadnemu z nas nie chciało się nic robić, a tutaj same frykasy i miła obsługa (znajoma muzułmanka jest z miasta ... Szprotawy). Po posiłku spacerkiem wturlaliśmy się do parkingu przy King St, jeszcze na chwilę do Lidla (siedziałam w samochodzie i czekałam, bo mnie słabość wzięła poobiednia) i do domu. Na chacie poczęliśmy wydzwaniać: Kochany odzwonił do Zbynia i za bardzo nie dał mu dojść do słowa, a ja zadzwoniłam do tatki z zapytaniem "jak tam". Tatko podłapał irlandzkie ya know yourself :D. Sure, I do, ale i tak dowiedziałam się czegoś nowego: mama ma ochotę wyprowadzić się z Polski z uwagi na sytuację polityczną. Gdy zapytałam tatkę, czy rzeczywiście, mama pojawiła się w tle bardzo zadowolona. I teraz taka sytuacja, że mama woli Niemcy, tatko optuje za Czechami. Co robić? :D

Wieczorem nadrobiliśmy z Kochanym kilka starych Masochistów Miecia (m.in. Powrót wabiszczura), co spowodowało, że dzisiaj nic pracowniczego nie nadrobiłam. Nie czuję ani odrobiny wyrzutów sumienia :E

wtorek, 9 kwietnia 2024

1575. Do przodu.

Kochany wrócił po szóstej rano; zrobiłam mu herbaty owocowej, gdy pod prysznicem zmywał z siebie tę długą noc. Bán Freda wyhaczył (rozpoznał nasz samochód), więc śniadanie upływało mi do wtóru z kocim zawodzeniem za oknem. Uchyliłam okno w sypialni, żeby małżonkowi dobrze się spało i wybyłam w kierunku miasta (wtorek zrobił się słoneczny i całkiem znośny). 

Po południu znowu się z Fredem rozminęliśmy, Kochany jechał do Liffey Valley, a ja wręcz przeciwnie ;). Troszkę odgruzowałam stos papierów, niewiele, krótko, ale systematycznie do przodu. Ach, i bojler nie grzeje, sądziłam, że chodziło o godzinę na termostacie, ale jednak to nie to. Pewnie trzeba coś zrestartować, mężczyzna wróci do domu i zrobi cuda. Tymczasem pod kordełkę.

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

1574. Wydajność.

Rano sprawdziłam lokalne wyniki wyborów, więc wiem, że burmistrz pozostaje, za to kandydatów na wójtów czeka druga tura. Cieszę się, że w moim regionie pisuar przegrywa (Dolny Śląsk rules). Do pracy wyjechałam raczej niechętnie. Po wczorajszym odkryciu (większość zadań nie została przez Luizę sprawdzona) czuję się trochę jak frajerka. Dym mi szedł uszami jeszcze o jedenastej, ale zwyciężyła moja dobra natura: nie zamierzam się denerwować, ogony nadrobię, faceta rzucę, robaka rozdepczę (nie takiego robakowego robaka, tylko ludzkiego; normalne robaki są w porządku).

Po zajęciach (dzieciaki siedziały cicho jak trusie), poszłam do Czarnej, żeby nadrobić lunch i napić się dobrej kawy. Mój Kochany już podjeżdżał pod swoją pracę, chwilę rozmawialiśmy messengerowo o tym i owym, małżonek przesłał mi link dumny ze swojej krótkometrażówki. Rano i po południu pierwszy raz w tym mieście chodziłam pod wielkim parasolem sama. Jest za duży, aby brać go na autobusowe wycieczki, ale dzisiaj był wyjątkowy dzień: prognoza wyraziła się jasno i dotrzymała słowa (cały poniedziałek uporczywego siąpienia). 

Czyli do herbaty wieczornej wiadomo co, film mężowski oraz ... mietczyński :D (przy czym film mężowski trącał we mnie złą nutę, musiałam go odłożyć na lepszy dzień). Wieczorem spokojnie wzięłam się za przekopywanie papierów; pierwsze koty za płoty, oczywiście w kluczu są błędy, Zeusie, jacy ci ludzie są śmieszni. Kochany ma długą nockę, wpadnę nosem w poduszkę zanim zdąży przyjechać.

niedziela, 7 kwietnia 2024

1573. Niezmotywowana.

Obudził mnie słoneczny poblask; wiatr nadal wiał, ale sztorm przegonił chmury, poranek był jasny i optymistyczny. Postanowiłam zrobić sałatkę jarzynową, więc trochę mi zeszło i do śniadania siedliśmy dopiero po dziesiątej, przy folkowych nutach (Odpoczno, Same Suki).

Część dnia poświęciłam na dokończenie czytania książki Allena, À propos niczego. Autobiografia (Rebis, 2020). Ułatwiłam sobie życie przygotowując zawczasu kurczaka z tikka masala, tak żeby był gotowy do nadziania na wykałaczki; wymościłam się w sypialni, przy stoliku nocnym, podczas gdy Kochany pracował w Kuchniosalonie nad montażem swojego opus; w środku dnia zadzwoniłam do rodziców, zapytać, jak tam wybory samorządowe — mama oświadczyła, że oddała głos na gościa atakowanego epitetem "pedał" (mamie nie szło o stan faktyczny, ale potrzebowała pójść pod prąd, włożyć kij w szprychy, dla sportu).

Nie nacieszyliśmy się słońcem za długo, po południu deszcz znowu osmarkiwał okna, w taką pogodę punkt trzecia Fred wyjechał na zakupy i wrócił z bukietem białych róż dla żony. Znalazłam kilka aktów urodzenia (Skrobek, Cieślik); zjedliśmy obiad; Kochany zajął się oglądaniem zrenderowanego materiału; po ósmej chwilę rozmawiałam z mamą o wynikach wyborów; dopiero późnym wieczorem zajrzałam do materiałów na jutro (nie podoba mi się, trudno, świetnie).

sobota, 6 kwietnia 2024

1572. Urodzony do świętowania.

Fred pochował kosa jeszcze wczoraj. Do popołudnia prawie wcale nie wychodzę z domu, tylko na chwilkę wyskakuję, żeby przestawić dwie doniczki z wybujałymi narcyzami w pełni kwitnienia, bo wiatr siekł je bezlitośnie (nad wybrzeżem przechodził sztorm Kathleen). Kochany zaś przyjmował hołdy. Zadzwonił Wu, Perlisty, świekra z Usz.

— Znowu ten smutny dzień, zaintonował Perlisty.
— Skup się na tym, że to rocznica abdykacji Napoleona.

Stolik był zarezerwowany na piątą. Ładnie się ubraliśmy i pognaliśmy do Drołdy, żeby pod numerem 52 na przystawkę zjeść arancini i pasztet z kaczki, na główne morszczuka na ziemniaczano-porowym puree ze szparagami, a na deser podzielić się sernikiem z białą czekoladą. Kawy nie robią tam za dobrej, niestety. Wracamy, jest jeszcze jasno. 

Oboje jesteśmy padnięci, wyczerpani pogodą, albo nie wiadomo czym. Kochany jeszcze montuje; w łóżku doczytuję Allena (zostało mi kilkadziesiąt stron).

piątek, 5 kwietnia 2024

1571. Cebule, elf job, błahostki.

Obudziłam się po ósmej na skrzypnięcie drzwi szafy, z myślą, że to Rysio próbuje komunikacji przedśniadaniowej. Smutek wraca.

Oboje byliśmy dzisiaj w domu, Kochany pracował nad swoim drugim projektem (przeglądanie scen, przygotowanie do montażu), ja w teorii miałam dokończyć sprawdzanie egzaminu sprzed dwóch tygodni. Gdy byłam w Polsce Fred nakupił rzeczy, np. filtr do wody Brita oraz trzy spore donice ogrodowe (bo były w przecenie). Ponieważ nadal mieliśmy do wysadzenia dziesiątki cebul, zabrałam się raczej za sprawę cebulową (pomimo sztormu zbierającego się w sobie). I tak, do podłużnej białej donicy wysadziłam kosaćca cebulowego, odmianę holenderską, białą, a do dwóch okrągłych donic rozdzieliłam po równo pękate bulwy żółtej odmiany mieczyków. Tknęło mnie też, żeby pogrzebać w pustawej donicy z narcyzami Bella Vista. Nie ma po nich śladu! ostały się tylko dwa zmizerowane osobniki, które dopiero wypuszczają słabowite pędy :( Powinnam je była wykopać na zimę; z drugiej strony Delnashaugh nie miały problemu z zimowaniem w identycznych warunkach; czyli tajemnica. Postanowiłam wykorzystać puste miejsce w donicy — tam, gdzie nie wymacałam żadnych korzeni wsadziłam dwadzieścia parę cebul Sparaksisa, nazywanego Cygańskim Kwiatem. Zobaczymy, jak im się spodoba. Wróciłam do domu z brudem za paznokciami i po męczących deliberacjach wzięłam się za sprawdzanie drugiej części egzaminu; jutro będzie trzecia, bo na bogów, naprawdę nie chciało mi się dłużej przeglądać tych infantylnych głupot.

Gronja napisała do mnie z zapytaniem, czy miałabym czas i ochotę na kilka tygodni krótkiej robótki elfowej, gdyż jej współpracowniczka sobie poszła. Muszę pomyśleć; kasa by się przydała, z drugiej strony nie wiem, gdzie to upchnąć czasowo (w temacie podania o pracę ni widu ni słychu).

Po obiedzie (pierogi ruskie) wyjechaliśmy do miasta. Fred kupił trochę produktów spożywczych, ale też jedną dodatkową donicę. Pomiędzy Lidlem i TK Maxxem zaszliśmy do Costy na kawę. Było jeszcze jasno, gdy wróciliśmy do domu, na tyle jasno, że wymieniając grzeczności z Anne zauważyłam w  ogródku padłego kosa (jutro go pochowam, jeśli jeszcze tam będzie). Sąsiadka zrobiła nad ptakiem znak krzyża i opowiedziała mi z tej okazji o chłopcu, który chciał być księdzem i szukał zwierząt zabitych na drogach, żeby zrobić im chrześcijański pochówek. Rodzice skończyli jego zabawę, gdy się dowiedzieli, że dzieciak udzielał także komunii ;)

Wieczorem słuchamy muzyki, oprócz tego zajmują mnie sprawy na tyle relaksujące i błahe (jakieś myśli do kogo jestem podobna, wątki o piosenkach podnoszących nastrój, itp.), że kilka chwil później niewiele z tego pamiętam (była też rozmowa z rodzicami).

czwartek, 4 kwietnia 2024

1570. Wolny zapłon.

Nie musiałam się turlać autobusem, ale wolałam wstać o szóstej, żeby budzić się do życia przez następny dwie godziny (wiem, że dla wielu ludzi pobudki z tak dużym zapasem czasu to ekstrawagancja; cóż, tak mam). Trochę pomogło i byłam bardziej rozgarnięta ruchowo niż wczoraj.

Kolejny deszczowy dzień. Zanim po południu Kochany zdążył przyjechać do miasta, wyszłam zarezerwować dla nas stolik na sobotę. Po krótkiej rozmowie z miłym menadżerem wpadłam Fredowi w ramiona na ulicy Wiadomej i poszliśmy na kawę do Czarnej. W drodze do samochodu zaszłam do optyka, znalazłam ciekawe oprawki, więc pociągnęłam temat testu (coś tam wypełniłam, za jakiś czas dostanę wiadomość, czy przysługują mi zniżki; chyba przysługują, do tego czasu wytrzymam ślepnąc). 

Pod domem Delnashaugh w rozkwicie:


... i odnoszę wrażenie, że przynajmniej jeden Pipit zbiera się do kwitnienia (trzymam kciuki za to, że to on). Tulipany Queensland wypuściły w tym roku tylko liście (chyba w proteście, że jeszcze w lutym skubnęły je zimowe ślimory — też bym się zdenerwowała).

Po powrocie do domu Fred poszedł na drzemkę. Nie od razu miałam ochotę na obiad; podczas mojego surfowania w sieci na moment zgasło światło, chwilę później zauważyłam, że przegapiłam telefon od Anny. Oddzwoniłam. Niby chodziło o brak prądu, bardziej jednak o upewnienie się, że gdyby coś się działo, sąsiadka może do nas zagadać. Pewnie jest jej ciężko.

Wieczorem wjechała płyta Bukartyka O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Słuchamy i komentujemy każdy utwór. Delektuję się myślą, że jutro mogę dłużej pospać (albo nie 🫣).

środa, 3 kwietnia 2024

1569. Pierwszy dzień po urlopie.

Szum deszczu o godzinie trzeciej; pobudka tuż przed ósmą, zamiast o czasie, na który (jak mi się zdawało) nastawiłam budzik. Nie nastawiłam, wszystko to był sen, mgnienie zezującego oka.

W pracy zaskoczyła mnie kolejna zmiana planu: nie będzie tamtego, jednak będzie to. Ponownie przyjęłam to z niebiańskim spokojem, choć chyba musiało mnie to trochę kosztować, bo w drodze z miasta (tym razem autobusem) zaczęła mnie boleć głowa. Ból mógł być też spowodowany dietą (w porze lunchu zjadłam jeden kawałek pożegnalnego tortu; ostatni dzień Luizy, uścisnęłam ją, niech ma). A może to przez okularów postępujące niedostosowanie? 

(przypomniało się mi teraz, że podczas tortowej konsumpcji do piwnicy przyszła Katrina z drugim tortem i jakoś tak przy okazji zaczęła opowiadać o swojej mamie, która wylądowała w ośrodku, bo bardzo się jej pogorszyło, o poduszce, której nie użyła do uduszenia matki, chociaż chciała, oraz o widzianej dzisiaj sroce; "Dzień dobry, pani sroko, a może to już?")

Jeszcze gdy byłam w Centrum, Kochany zadzwonił podekscytowany, że przyszedł gość do bojlera, tym razem ten właściwy, który wiedział, co ma robić. W przypływie szczerości powiedział Fredowi, że urząd rzeczywiście zaniedbuje serwis, ale dla nas zrobili wyjątek, gdyż jesteśmy jak wrzód na dupie. Najs, i o to chodzi! ;)

Jeszcze nie jestem gotowa na pełną parę (dobra! nigdy nie jestem gotowa, wolę układać pasjansa); po powrocie do domu rozmroziłam gulasz i zamiast zająć się czymś praktycznym zaczęłam oglądać Gosię ze Szkocji, co mnie zainspirowało do zrobienia sobie identycznego testu na 16 typów osobowości. I włala, wyszedł mi dokładnie taki sam wynik jak Gosi, typ INTP A — logik, raczej introwertyczny, raczej intuicyjny, raczej analityczny, raczej poszukujący. Git. Reszta popołudnia upłynęła mi na przeglądaniu zdjęć, blogowaniu, krótkim kontakcie messengerowym z Kochanym i rodzicami (gdyż łeb boli, ale się nie poddaję).

wtorek, 2 kwietnia 2024

1568. Od sie do sie.

Kolejna słabo przespana nocka, mama obudziła mnie na śniadanie o ósmej.

Nie było nic takiego do pakowania, postanowiłam więc wziąć z domowej biblioteczki dwie stare książki, Orlanda Virginia Woolf i Sprawę Emila Magisa Féliciena Marceau. Po śniadaniu we trójkę jeszcze raz poszliśmy na cmentarz (pogoda się zmieniła, ubieram płaszcz) i przy okazji odnalazłam grób dziadka mojej szkolnej koleżanki, który mnie interesował z powodów genealogicznych. Po spacerze zaleganie, suszenie włosia, obiad, zaleganie, w końcu wyjazd w kierunku Wro, wcześniejszy ze względu na korki (faktycznie, ruch w którymś momencie zaczął się ślimaczyć). 

Tradycyjnie już na lotnisku usiedliśmy przed podróżą, zamówiliśmy herbaty/kawę. Wylot był o czasie; chwilę po tym, jak pomachałam rodzicom na pożegnanie odkryłam, że nie zabrałam z domu kabla do ładowania iphone'a, gdyż bywam Matołkiem.

Lot bez większych wydarzeń, doczytałam biografię Allena do strony 139. Był tylko jeden niepokojący moment, gdy usłyszałam, że piloci robią próbę podwozia sporo przed lotniskiem (chyba wyciągnęli i schowali). Dublin przywitał mnie grubą warstwą niskich chmur.

Kochany już na mnie czekał (podbudowany dobrą kawą, ciekawą rozmową z reżyserem na temat nowego projektu i wczorajszym nocnym seansem) i sprawnie przemieściliśmy się do wsi, więc oto jestem we własnym szlafroku. Dodawanie do wpisów informacji, zdjęć i przemyśleń post factum postanawiam zostawić na jutro.

Babcia Mania kończyłaby dzisiaj lat 92.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

1567. Śmigus.

Sen raczej kiepski, najpierw nie mogłam zasnąć, potem mama obudziła mnie o czwartej rano na śmigusa (pewnie sama też nie mogła spać).

Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na cmentarz (i tu widok dziwny: pod płotem cmentarza siedział w kucki jakiś gość, ewidentnie imigrant z Azji, który oglądał coś w telefonie). Nadal ciepło, ale nad lasem powoli zbierały się deszczowe chmury. Po powrocie załapałyśmy się na oglądanie drugiej części Emmy (1996) McGratha. Nareszcie pogłaskałam Rózię. Obiad. Poszłyśmy z mamą do drugiej rzeczki. Z tatką i Maciejem siedzieliśmy w ogrodzie (obserwowały nas dwie sroki); głaskałam Gosię. Poszłam na górę (do babci Mani) odwiedzić Stefana (zieleni się, nic mu nie dolega). Genealogia. Kolacja. Za oknem deszcz. Mama wcześniej kładzie się do łóżka. Wyłączam tv, więc słyszę jak tatko czyta jej z internetu nowiny pogodowe.




reministencje dziadkowej krajzegi