Strony

piątek, 31 lipca 2020

226-227. Dwa dni.

Czwartek.
Rysiu to taki kochany kotek. Wprawdzie mały dziabąg próbował mnie obudzić gryząc w rękę (w końcu poszedł obudzić ojca — tata! śniadanie!), ale po spacerze, przybiegł do kuchni i siedział na krześle obok mnie ponad godzinę, tak dla towarzystwa, gdy oglądałem różne rzeczy w sieci i jadłam śniadanie.

Połowę dnia spędziłam sądząc, że dzisiaj też jest środa. Mąż wyjechał na drugą popływać. Zostawił mnie z pyrkoczącym garem fasolki po bretońsku à la Woland do wymieszania. Po powrocie Fred złożył życzenia urodzinowe siostrze — w ten sposób wiemy od Usz, że diagnoza Wu wykreowana przez biegłych brzmi: zdrowy. Niby dobrze, ale źle. Bo Wu zdrowy nie jest. Bardzo gniewa mnie cała ta sytuacja. 

Na wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot, bo dzień wcześniej na Netflixie była premiera Hejtera (2020) Komasy. Niezły film w swojej klasie, aczkolwiek odczułam bardziej niż przy Mieście 44, że to film dla nastolatków, typu "mam focha, nie wiem czemu". W kinie amerykańskim już w latach 90-tych pokazywanie głównych bohaterów klikających na komputerze zrobiło się nudne. Trochę się kręciłam na siedzeniu w ciągu tych dwóch godzin. Do domu wróciliśmy o pierwszej po północy.

Piątek.
Przed śniadaniem Anna opowiedziała mi, że jakieś dzieciaki chciały w czasie naszej nieobecności wejść na ogródek, rzekomo po piłkę, której wcale tam nie było. Od jakiegoś czasu na naszą ulicę wpadają patrole gardy. Nigdy nie zapominam zabrać ze sobą obrączki i pierścionka zaręczynowego. Drugim zestawem koniecznym byłby dysk zapasowy z archiwum zdjęć. Jakoś nie wierzę w złodziei uprowadzających nasze książki.

Zasłona prysznicowa, którą atakował grzyb, wyprana. Soundtrack przy śniadaniu: Stars: The Best of 1992–2002 The Cranberries (2002).
___
edit 22:41 

Po południu mieliśmy burzę — był jeden błysk ostrzegawczy. Wieczorem już miło, ciepło, nawet słoneczko pogrzało złociście, a po deszczu nie trzeba podlewać ogródka. Danny Rose z Broadwayu (1984), mały, czarno-biały film Allena, zamiast solidnej kolacji. Ocena: może być.

środa, 29 lipca 2020

225. Nie dzieje się nic szczególnego.

Z rana piorę pościel i wykorzystuję choć chwilę bez deszczu, żeby mi ją trochę przewiało. Nie lubię zapachu schnącego prania w domu, nie lubi tego mój uczulony na coś nos, który kicha i marudzi.

Po obiedzie we trójkę leżakujemy w sypialni. Dobre takie leżakowanie. Tymczasem w głowie mój ohrwurm przestawił się z refrenu piosenki A Million Miles Away na drugą zwrotkę ... Why ask how I feel / Well, how does it look to you?

wtorek, 28 lipca 2020

224. Wtorek na prowincji.

Trochę czasu zajęły mi dziś porządki w archiwum zdjęć, wyrzucanie dubli i tworzenie kopii zapasowych. Tata zadzwonił, porozmawiałam przy okazji przez kilka minut z babcią. Fred dość wcześnie wyjechał do pracy, ja zaś przypomniałam się pannie Marple. Pierwszy odcinek z Julią McKenzie, Kieszeń pełna żyta (2009), ze złym Rupertem i dobrym Matthew. Sen będzie w świeżej pościeli. Oprócz szczurów po wsi grasuje złodziej, jakoś mnie nie pociesza, że znany z nazwiska. Nie chcąc iść spać za wcześnie, pozwoliłam sobie jeszcze na drugi odcinek, Morderstwo to nic trudnego (2009) z Cumberbatchem.

Czekam.

poniedziałek, 27 lipca 2020

223. Lekcja z nagrodami.

Są różne fajne pobudki, dzisiaj pobudka, gdy za otwartym oknem padał letni deszcz. Ja pod kołdrą, kot na kołdrze, a dach nie przecieka — optymalnie.

Lekcja odbyła się po południu, po postrzyżynach na mężu (golarka, nożyczki). Fred zrezygnował z basenu, ale pojechaliśmy na zakupy, a potem trochę parkowałam i dostawałam buzi. Buzi za dobre parkowanie jako nagrodę i buzi za złe parkowanie na pocieszkę. Robię postępy.

niedziela, 26 lipca 2020

221-222. Schowani w domu.

Sobota.
Dzień, w którym mrocznym popołudniem tęcza powstała na wschodzie, a Fred myjąc zęby zastanawiał się, jak będzie brzmiała Wielka miłość do babci klozetowej Big Cyca rozpisana na skrzypce.

Niedziela.
Przed południem zadzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że jest na facebooku transmisja mszy ze starym ksiundzem — może to babcię zainteresuje i rozweseli. Poza tym spokój i życie wg planu. Po obiedzie (dorsz, frytki z batatów, zielona fasolka) Fred jedzie na basen na siedemnastą, pomykam z nim, żeby po jego treningu pojeździć z 45 minut na pustym parkingu. W międzyczasie byłam w TK Maxxie, kupiłam zalotkę i z trampka udałam się w kierunku basenu. Od wielu dni jest pochmurno, ale i ciepło, więc spacer był bardzo przyjemny. Idąc wracałam myślami do wymiany informacji z Luś na fejsie — na jej zaczepki An też nie reaguje, nie wiemy, co się dzieje w jej głowie, i nie mamy kogo zapytać. Życzenia imieninowe wysyła do An mój były — nie widzę tego, bo jestem przez niego (a raczej nią) zablokowana, ale widzi to Luś i informuje mnie o tym z odrazą (cokolwiek kiedyś zrobił Dżi, zmarnował u niej szansę na pierwsze dobre wrażenie). Gdyby nie seria spokojnych decyzji, nieomal nonszalanckich, z rękami w kieszeniach, tkwiłabym tam nadal, w fermencie szkoły i kwasie prowincjonalnych rozgrywek. A tak mam trampki, tysiące kilometrów "gdzie indziej" idę otworzyć samochód swoim kluczem, chwilę jeszcze czekam na Freda. Po robieniu esów floresów na parkingu przed TK Mmaxxem, zjechaliśmy do domu i przy okazji odbyliśmy krótki chit-chat z Katlin i Majkiem. Majk przewiózł Freda swoim nowym Bentleyem (na poczet zakupu sprzedał Mini, Dodge'a Challengera i Harleya), ja pochwaliłam się Rysiem Pogromcą Szczurów. Cieszę się, że nasi sąsiedzi mają tego Bentleya — przed nimi kolejny rajd charytatywny, jeśli się odbędzie, zostaniemy ich sponsorami!

piątek, 24 lipca 2020

220. Ostatni piątek lipca.

Pod wieczór niebo ciemnieje, deszcz spokojnie podlewa nasz ogródek. An nie odezwała się, tak jak przewidywałam. Fred miał zabukowany basen na dwudziestą, pojechałam z nim, żeby potem móc pokręcić się naszym samochodem po pustym parkingu przed TK Maxxem. Jeżdżę jak sierota. Będzie lepiej.

Nie wierzę! W Polsce znowu potrzeba jest protestów kobiet. Kiedy i jak skończy się ta paranoja?

czwartek, 23 lipca 2020

219. Przestój 2.

Po przebudzeniu uświadamiam sobie, że Paweł, kolega z LO, gdyby żył, właśnie obchodziłby kolejne urodziny. Przedpołudniowa telefoniczna rozmowa z tatą i babcią trochę mnie podminowała. Tęsknię za nimi, fuck you covid-19! Z pozytywów, Rózia the Kot serducho ma na tyle ok, że może mieć zabieg u dentysty — odbędzie się to pewnie w następnym tygodniu. Pogodowo dzień nie różni się od poprzedniego, chmury, ciepło, nastrój burzowy. Fred jedzie na drugą na basen, więc obiad jemy po jego powrocie. Jaskółki od Judżina, które gnieździły mu się za lampą nad drzwiami wejściowymi, już odchowane, ich gniazdo właśnie wylądowało sąsiadowi na wycieraczce. Wieczorem telekonferencja z Luś, wałkowałyśmy temat An, stąd postanowienie, aby jutro do niej zagadnąć, sprawdzić jak tam z jej głową.

środa, 22 lipca 2020

218. Przestój 1.

Toma Waitsa Blue Valentine (1978) gra nam do śniadania. Plany na wieczór powstają same po telefonicznej rozmowie z Ka. Pierwsze 150 m do Ka&Jot prowadzę ja :D. Obejrzeliśmy na Netflixie Birdmana (2014), latka lecą panie Keaton. Film nas zaskoczył, obezwładnił. Po powrocie do domu, o pierwszej w nocy jemy pizzę, przy której Fred opowiada mi jak wyglądali panowie od Siekiery, gdy spacerowali po Nowej Aleksandrii. Dzwon miał długi płaszcz.

Postscriptum #217.

Gwoli wyjaśnieniabdo wczorajszych Szeptów i krzyków — wersja była fatalna dźwiękowo (to samo spotkało nas kiedyś przy okazji Siódmej pieczęci, szwedzki oryginał głośniejszy od polskiego lektora), a poszukiwania innej skończyły się tylko częściowym powodzeniem (mogłabym obejrzeć go z hiszpańskimi napisami, ale Fred nie). Tak więc, sorry Ingmar, innym razem. Dzień skończyliśmy biografią Edith Piaf Niczego nie żałuję (2007) z Cotillard. Wielki talent i społeczne niziny — nie takie to rzadkie, ale nadal sprzedaje się jako odkrywcze, że utalentowana piosenkarka chla i bełkocze. Seans zakończony o 1:35 w nocy, gdyż kontynuujemy życie szerokim gestem.

wtorek, 21 lipca 2020

217. Dzień niepodległości Guamu.

Wczesnym popołudniem pojechaliśmy do Drołdy dopisać mnie do polisy samochodowej (śmiesznie jest być zakwalifikowaną jako home maker). W efekcie poszliśmy do Stockwell Artisan na kawę, i kupiłam sobie u nich fartuszek z kotem. Do tego doszły jeszcze w TK Maxxie fredowy kaszkiet od Wigensa i lniana marynarka dla mnie od Hilfigera, w Tesco uzupełnione takim niezbędnikiem jak książka dla dzieci o dwóch zającach. Na końcu zaś siedzimy w samochodzie przed Lidlem i jemy pączki. Tacy to pożyją. Po powrocie do domu (jest po osiemnastej) okazuje się, że za bramką do ogródka leży upolowany szczur.

Fred robi nam na późny obiad gulasz, dla mnie z kartoflami, dla siebie z kaszą gryczaną. Słuchamy Automatic for the People (1992) R.E.M. i szukamy jakiegoś filmu na trawienie. Słuchając muzyki przypominam sobie nagle sprawę morderstwa małej miss, JonBenét Ramsey. Niedługo miną 24 lata, sprawa jest nadal nierozwiązana. Dobrze więc. Będą Szepty i krzyki (1972) pana Bergmana na dobranoc.

poniedziałek, 20 lipca 2020

215-216. Nowy tydzień.

Niedziela.
Odpoczynek po intensywnej sobocie. Fred w południe jedzie do pracy ...

Poniedziałek
... i wraca po czwartej nad ranem (z kraciastym płaszczem od William Hunta w bagażniku). Wpuszcza kota, daje potworowi jeść, bierze prysznic, kładzie się obok i mówi, że mnie kocha.

Złożyłam wniosek o refundację pieniędzy z lotu, który się nie odbył, Ryanair bardzo wolno to przepracowuje, liczę się z tym, że kasa nie przyjdzie raczej w tym miesiącu. Fred wstaje wcześniej niż planował. I robi nam obiad, gdy to ja drzemię a w odtwarzaczu gra Acid Drinkers Are You a Rebel? (1990). Do pracy wyjeżdża przed dziewiętnastą. Pogoda jest piękna, letnia, sąsiadki odpicowane jadą na bingo. Obejrzałam sobie Skradzioną kolekcję (1979) na podstawie Chmielewskiej. Straszliwie słabe, przestylizowane, zdecydowanie lata 70-te wolę w innym wydaniu.

niedziela, 19 lipca 2020

214. Sobota na Slieve Binnian.

Wczoraj ponownie weszliśmy na szlak w trójkę, ja, Fred i Aś. Tym razem tylko niedaleki wypad do Północnej. Byliśmy umówieni z Aś w Newry, tam ona zostawiła swój samochód niedaleko stacji benzynowej i zapakowała ekwipunek do bagażnika naszej strzały. Wędrowaliśmy tego dnia po pięknym, kamienistym szlaku początkowo pachnącym owcą.

Od parkingu za £3 blisko Carrick Little doszliśmy do muru Mourne.



Pod murem, dobrze wydeptanym szlakiem kontynuowaliśmy drogę do głównego szczytu Slieve Binnian. Po sesji fotograficznej (z góry widać Silent Valley) zatrzymaliśmy się w tym miejscu dłużej (pora karmienia).




Następnie ruszyliśmy w kierunku drugiego szczytu góry, Slieve Binnian North Top, a stamtąd do North Tor (Buzzard's Roost). Za tą formacją skalną zaczyna się kamieniste, momentami dość strome zejście zza którego wyłania się widok na tamę i górę Ben Crom (na dole byliśmy w styczniu).




Zeszliśmy do skrzyżowania pod górą Slievelamagan i wybraliśmy szlak prowadzący obok Blue Lough i spalonego Annalong Wood do początku trasy i parkingu. W spalonym lesie biwakowicze kopcili ogniskami, mijaliśmy też sporo ludzi, którzy dopiero wybierali się pod namiot.


Było dobrze po osiemnastej, gdy na parkingu zaczęliśmy się rozdziewać i rozobuwiać. Dzień był jeszcze młody i zamiast wracać od razu do Newry, skorzystaliśmy z bliskości malutkiego Annalong. Smak pieczonego dorsza ze stycznia był się nam łaskaw przypomnieć — ponownie znaleźliśmy się w The Galley Restaurant, tym razem na zewnątrz, przy stoliku tuż przy murku. Grzałam się w słońcu i jadłam do syta.


Dopiero w domu zauważyłam, że idąc tego dnia w rybaczkach, opaliłam sobe łydki na czerwono. Udał się nam dzień.

piątek, 17 lipca 2020

213. Piątek bez większych wydarzeń ...

... jeśli nie liczyć tego, że pocztą przyszło moje prawko. Gdy po południu Fred pojechał popływać, próbowałam obejrzeć allenowski Crisis in Six Scenes, ale po drugim odcinku postanowiłam go odłożyć na inny, bardziej sprzyjający dzień. Za to długi Happiness (1998) Solondza obejrzeliśmy wspólnie po późnym obiedzie (spaghetti z sosem a la Fred). O matko, ryje banię! To Allen na nowe czasy, satyra na amerykańskie przedmieścia klasy średniej.

Gdyby nie niskie, grube chmury, byłoby jeszcze jasno.

czwartek, 16 lipca 2020

212. Inaczej.

Zaczęłam dzień seansem Annie Hall (1977). Świat z budkami telefonicznymi i ceramicznymi kubkami w samolotach. Kot śpi na laptopie Freda, a Fred jest jeszcze na basenie, mam nadzieję, że dobrze się bawi. W czasie filmu zjadłam śniadanie, wczorajszą kurzynę z rosołu i surowego ogórka. Teraz jest mi dobrze, syto, jestem nadal w klimacie filmu. Chciałabym mieć stempel z ekslibrisem do znakowania książek, superozdobny, z moim podwójnym nazwiskiem i jakimś zwierzaczkiem.
___
edit 22:48 Fred wrócił z basenu i zakupów akurat, gdy walczyłam z naleśnikami. Kupił mi dwanaście róż i dwie rzeczy od All Saints, bluzkę z rozciętym tyłem i czarne spódnico-spodnie, które są trochę za duże, trzeba je będzie przerobić. Wieczorem Wspomnienia z gwiezdnego pyłu (1980), Allen bardziej depresyjny niż zabawny.

środa, 15 lipca 2020

211. Środek tygodnia.

Sporo rzeczy nie ma w lodówce, po śniadaniu Fred jedzie na zakupy, żebym mogła uczynić rosół i naleśniki. Przy okazji kupuje dla siebie wejściówkę na basen, na trzy miesiące. Czas pomyka tak szybko, a ruchu, jakiejś zmiany brak, frustruje mnie to. Czynię rosół, zostawiam go na wieczór. Po obiedzie jedziemy na długą plażę:


Po powrocie ze spaceru czatujemy z Anne pod jej domkiem, potem jemy rosół (o zrobieniu naleśników zapomniałam). W czasie tego rosołu Fred rozmawia telefonicznie z mamą, stara się jej przekazać jak najmniej informacji o sobie, zabawiając ją szczegółami z wycieczki i nie-pracą synowej ;). Dzień kończymy Zeligiem (1983) — świetny komentarz do absurdów konformizmu. Fred właśnie idzie (wcześniej) spać, jutro pierwsze pływanie jest o dziewiątej.

wtorek, 14 lipca 2020

209-210. Nadganiam.

Poniedziałek.
Nic specjalnego się nie dzieje, poza tym, że jestem bardzo osłabiona, a w drodze do Ka&Jot odkrywamy, że w Lidlu po kilkumiesięcznej przerwie pojawił się nasz ulubiony chleb z posypką. Oglądamy wieczorem Bandytę Dejczera (1997), świetna muzyka, za dużo teatru. Aaa, i jeszcze z mamą o wyniku wyborów rozmawiałam. ***** ***.

Dziś.
Deszczowo. Znowu mam jakieś osłabienie po śniadaniu. Fred wpadł na pomysł, żeby streścić się z prezentem dla chłopaków, więc pojechaliśmy do księgarni Waterstones w Drołdzie. Jak to się skończyło? A tak to, że kupiłam książkę dla dzieci o niedźwiedziu, który się gapił. I szliśmy pod parasolem. Potem, zamiast do domu, przez Omeath wylądowaliśmy w Carlingford na obiedzie u Ruby Ellen (sałatka z kozim serem). Znowu pod parasolem (na molu drogę przebiegł nam szczur, na szczęście). I w Newry, gdzie kupiłam sobie stanik Triumpha, kolejny cudny, a Fred buty Loake z wyższą cholewką. Do domu wróciliśmy przed siódmą. Mamy nie po kolei w głowie. Nad ranem śniły mi się naleśniki, ale upiekę już jutro. Mąż podsmaża pierogi.

U Wu bez zmian.

niedziela, 12 lipca 2020

208. Niedziela odpoczynkowa.

Sen po drugiej nad ranem, pobudka po ósmej (kot już siedział mi na brzuchu). Poszliśmy razem do kuchni, Rysio zjadł swój ulubiony pasztecik, poprosił o przysmaczek, wrócił do łóżka i tak mu zeszło. Jest po obiedzie, pogłaskałam go po łebku i zapytałam, czy ma zamiar przespać cały dzień. Na to się zanosi. Nasze wczorajsze outfity już wyprane, obiad zjedzony, Fred wstał później, usiłuje się obudzić kawami, ale jest jeszcze bardzo wyczerpany (oprócz wspinaczki ma za sobą osiem godzin jazdy samochodem). Oboje będziemy się dzisiaj odmóżdżać. Jestem zbyt zmęczona, by czytać, Fred też leżakuje. Mama z rana przesłała na facebooka kolejne zdjęcia z wyborów. W nowej stylizacji, w maseczce, w towarzystwie taty szła walczyć o przyszłość. Fajni ci moi rodzice.

Postscriptum #207.

Dotarliśmy w okolice Westport po godzinie jedenastej. O tej porze na górę wali najwięcej osób. Na szczycie, na który weszliśmy po piętnastej, tłumy. Po drodze owce, widoki zapierające dech, Atlantyk.

Croagh Patrick.








Najgorzej szło mi się pierwszą część, im wyżej tym lepiej, choć i tak mordęga. Schodzenie trudne, szlak mocno wydeptany, sturlanie się z góry zajęło mi ponad dwie godziny. Po dotarciu do parkingu, wyjściu z uprzęży i kupieniu prezentów ruszyliśmy w kierunku Westport. Aś zaprosiła nas na late dinner. Puby miały rezerwacje, więc trochę się kręciliśmy w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, aż wyszliśmy na włoską restaurację Passiona da Simone. Było pysznie.


Spędziliśmy tam czas do dziewiątej, poczem w samochód i prędziusio z zachodniego na wschodnie wybrzeże. W domu byliśmy przed pierwszą skonani jak należy. Kot czekał na naszym miejscu parkingowym. No i gdzie byliście, ja się pytam?

sobota, 11 lipca 2020

207. Przygotowania.

Słońce przesuwa się po domach naszych sąsiadów, bielizna na swoim miejscu, w głośnikach koncert Rory'ego z 1974, na patelni sześć jaj. Po siódmej zmierzamy na zachodnie wybrzeże, do hrabstwa Mayo.

piątek, 10 lipca 2020

206. Piątek przed wyborami.

Jeśli przez przypadek na facebooku zalezę do supportera obecnie miłościwie panującego PADa, zasysa mnie bagno. Nawet Ochojskiej najświętsi ze świętych wylewają pomyje na głowę za popieranie Trzaskowskiego. Jeszcze miesiąc temu u Krystyny śmichy-chichy, ale miny rzedną z każdym dniem, tylko, że mnie to nie pociesza. Gówno pozostaje gównem. Anyway, weekend położy kres temu cyrkowi, a u nas tymczasem plany na jutro skrystalizowane. Jedziemy w trójkę, kijki i buty już w bagażniku, zaraz wyciągam plecak i podpakuję go trochę, bo wstajemy wcześnie i będziemy tym wstrząśnięci. Cały dzień w głowie Rory gra mi na gitarze, a zachodzące słońce właśnie gra pomarańczą na ponurych chmurach.

czwartek, 9 lipca 2020

205. Prawko, pomadki, śmierć i plany.

Kilka telefonicznych prób połączenia się ze mną z Polski okazało się wiadomością od weterynarza na temat wizyty kardiologicznej kota. Przekazałam.

Kiedy długo nie ruszam się z domu w sprawach urzędowych, to potem jedna drobna rzecz stawia mnie na nogi od rana. Rzecz trwała sześć minut — Fred nie zdążył dokończyć ciasta marchewkowego, a już byłam z powrotem. Moje pierwsze prawko, z okropnym zdjęciem (zrobiono 9, żadne nie wyszło), ma przyjść pocztą w ciągu 10 dni. W nagrodę kupiłam w Bootsie trzy pomadki. Kolor 109 (Pursue Pretty) L'Oreala z serii riche shine, 055 (Bewitching Coral) Maxa Factora i 211 (Rosey Risk) Maybelline NY — ten ostatni najlepiej mi pasuje. Mąż mi je zjada, więc to ma być dobra wróżba na temat pracy. Gdy wróciliśmy głodni do domu, stało się jasne, że w kuchni ktoś nie żyje. Już kilka dni temu nos mi nie kłamał — pod biurkiem wiele księżyców nazad niepostrzeżenie wylądował kolejny ptaszek. Przed obiadem odbył się więc przyspieszony pogrzeb i zbieranie robaczków z podłogi.

Po obiedzie, co wypadło o ósmej wieczorem, Fred wstępnie umówił sobotnią wycieczkę. Croagh Patrick. Jedzie z nami Aś, być może Ka. Misterny plan zależny od pogody. Wieczorem znowu miałam ochotę na Allena. Zbrodnie i wykroczenia (1989), mniej komedii, więcej real life z morderstwem w tle. Świta mi myśl zakupienia paru filmów Woody'ego na dvd, bo gdy ten gość jest dobry, to jest doskonały.
___
edit 00:06 Słuchamy sobie świetnej muzyki Rory'ego Gallaghera z płyty koncertowej ostatnio kupionej przez Freda. Nieosłuchane, ma swój styl. Przy okazji wizyty w NDLS zajrzeliśmy do Dunnes Stores i wypatrzyłam dla męża rocznicowe wydanie Hot Press o muzyku. 25 lat minęło, jak zmarło się chłopakowi z Donegalu wychowanym w Corku.

środa, 8 lipca 2020

204. Ostatnia paróweczka.

Deszcz. Krótka rozmowa z Katlin o urodzinach jej wnuka. Wyciągnięcie prania z pralki. Przygotowanie papierologii na jutro. Drzemka poobiednia. Podgrzewam paróweczkę na kolację. Nic się nie dzieje, i bardzo dobrze.

203. Deszczowy dzień wyborczy.

Skoro już karty wyborcze zostały nam dostarczone, a my zrobiliśmy na nich krzyżyki, nie chcieliśmy dopuścić, aby głosy były nieważne, bo na ten przykład nie doszły na czas do adresata. Budzik przerwał nam błogi sen o ósmej. Jakoś się wykaraskaliśmy obolali po wczorajszych mękach, i po dziesiątej off we went. W deszczowym pyle dotarliśmy do stolicy, samochód został zaparkowany na zakapiorskim parkingu pod Connolly Station i stamtąd w trampach i glanach, pod gigantycznym parasolem, udaliśmy się do poczty głównej, tej obok iglicy na O'Connell St. Lower. Ponad kwadrans czekałam na Freda pod kolumnami, chłonąc miejscowy koloryt (jeden pan rozprawiał na głos oraz śpiewał piosenki). Poza nadaniem listów do konsulatu w planie miałam tylko kupno kijków dla Freda, więc skręciliśmy do najbliższego TK Maxxa, w Ilac Shopping Centre. Zamiast kijków wyniosłam z niego, oprócz bielizny, T-shirt Polo Ralph Laurent (identyczny fason jak ostatnio bakłażanowy w paski, tyle że tym razem paski są biało-khaki) oraz Stanleya, mniejszego braciszka dla naszego termosu, którego używamy w górskich wycieczkach. Teraz będziemy wyposażeni w odpowiednią ilość gorących napojów w każdej sytuacji. Następnie był Eason obok poczty — nie wchodziłam na piętro, zakupiłam dla siebie The Dubliners Joyce'a w wydaniu Pingwina (długo dumałam stojąc przed półką, księgarnia miała tę akurat książkę w ponad dziesięciu wydaniach). Tymczasem Fred po jakimś czasie rozpromieniony spłynął z piętra na którym jest filia Tower Records. Wiadomo dlaczego: dwupłytowa kompilacja The Yardbirds Smokestack Lightning (2012), Rory'ego Gallaghera Top Priority (1979) i Irish Tour'74 oraz dwupłytowe, rocznicowe wydanie Ziggy Sturdust And The Spiders From Mars (2003). Musieliśmy to uczcić obiadem, który nie wypadł nam daleko — na Middle Abbey St. weszliśmy do czegoś, co wydawało się z ulicy małą, wąską knajpą, a w środku rozrastało się jak borsucza nora. W.Plunket, tradycyjny irlandzki pub, wg internetu był tymczasowo zamknięty, w realu był jak najbardziej otwarty, nawet miał wywieszoną wiadomość "wchodźcie, potrzebujemy was", a w środku serwowano pysznego morszczuka na tłuczonych ziemniakach. Zostawiliśmy w nim 40 juro, plus 5 napiwku i najedzeni jak bąki powróciliśmy do tematu kijków. Już się rozwijał plan pomknięcia do Swords, gdy idąc w kierunku parkingu minęliśmy pomnik Joyce'a i na oczy napatoczył się nam sklep Sports Direct na N Earl St. Na jego piętrze Fred znalazł odpowiednie kijki Karrimor, a ja ich dwie pary skarpet z wełny merynosów, full wypas. Akurat w trakcie tych zakupów zadzwonił do Freda Ka, z pytaniem czy mamy plany na wieczór. I już mamy. Wróciliśmy do domu na godzinkę, żeby napić się herbaty i nakarmić kota. Fred w tym czasie zgrał płyty na komputer, ja spisałam wypadki dnia błądząc palcem po mapie. Dublin nadal jest dla mnie chaotyczną plątaniną ulic bez nazw, jak to dla wieśniary.

U Ka&Jot Chemia (2015) Prokopowicza z Żulewską, która ma w sobie miłego zadziora. Pół na pół, dźwięk fatalny. Za to nie mogliśmy się nagadać. I tak, cały dzień jazdy w deszczu, i ostatnia kromka chleba z pasztetem jedzona w pośpiechu po północy. W końcu przyszła mi paczka z zapasami żelu do twarzy Mixy, Anna, dobra dusza odebrała. Kończę kromkę i herbatę, idę upajać się myciem.

poniedziałek, 6 lipca 2020

202. Idziemy na Slieve Foy.

Czekamy na listonosza, plecaki już spakowane, Katlin widząc jak się kręcę wokół samochodu, podrzuca mi cztery cieplutkie sconesy i opowiada o wczorajszym wyścigu charytatywnym (było dużo samochodów, nawet kilkadziesiąt ciężarówek, uzbierano mnóstwo kasy, a sąsiedzi spotkali samych lovely people). Listonosz objawia się w ostatniej chwili. Karty wyborcze! — I sign myself, mówi nam. Nie ma sprawy, bro. Jest 12:34, wskakujemy w autko i lecimy na północ.

Z ekscytacji wzięłam wszystko, ale nie zieloną bluzę z kapturem, w której zostawiłam rękawiczki. Zajrzeliśmy do Aś, ale u niej nie ma niczego sportowego. Jestem więc tylko w krótkim rękawku, na górze wieje i muszę mieć na sobie goretex, chociaż nie pada. Dobre i to. Cały ten czas gra mi w głowie piosenka Sigur Rós "Glósóli".

Droga na i z Slieve Foy (ostatnio byliśmy tu w maju dwa lata temu):











Jedziemy do domu pod ósmą wieczór, niebo dość pogodne, chmurki tu i tam.

— Ta chmura wygląda jak piesek, mówię Fredowi.
— Tak!
— Myślałeś o tym samym?

Czasem mi się zdaje, że mamy mózgi połączone jakimiś niewidzialnymi kabelkami. A teraz jestem skonana. Zamrażanie rosołu na później to bardzo dobra rzecz i chwalebna.

niedziela, 5 lipca 2020

201. Czytanie, pisanie, gadanie, miodownik.

Po śniadaniu wideokonferencja z rodzinką, babcia też pozdrawia i całuje telefon. Wiadomości różne, o zwierzakach takie, że Gosia po śmierci Wali nadal wyje, a Rózi zrobiła się przetoka na pyszczku, zęby trzeba rwać, ale do tego potrzebna narkoza. Kota ma z tym problem, więc najpierw ją czeka wizyta u kardiologa. Pogoda nierówna, rano przejaśnia się, w ciągu dnia kiszka z deszczem walącym o szyby, teraz znowu jasno, przynajmniej od strony morza. Cały dzień przez okno w sypialni słyszę wietrzne dzwonki u sąsiadów. Ponieważ w ciągu dnia zajmowała mnie lektura, okołoposiłkowe rozmowy naturalnie kręciły się wokół patologii domowych. Trzeba przyznać, że obaj panowie mieli urwane śmigła. Skończyłam czytać Beksińscy. Portret podwójny (Znak, 2014) ok. 20:40, z powodu psychopatologii książka sprawiła mi dużo frajdy, choć nie jestem szczególnym fanem żadnego z nich. Przy najbliższej okazji obejrzę film biograficzny, zerknę na dokumenty dostępne w sieci, jestem pewna, że temat jeszcze jakiś czas będzie mnie bawił. Tymczasem Fred, szanując moje intelektualne wyłączenie, zaczął przerabiać swój scenariusz na prozę. Tylko raz zajęcia przerwało nam życie na zewnątrz domu. Przed południem Fred wręczył Anne w prezencie litrowy słoik polskiego miodu (wczoraj, gdy wróciliśmy z zakupów, na drzwiach wisiała obróżka Ryśka, Anne znalazła ją w swoim ogrodzie, gdzie rudy pulpet podobno nie chadza, w każdym razie ukrywa to przed nami. Nie dlatego daliśmy jej miodku, po prostu chcieliśmy). Po południu dzwonek u drzwi — sąsiadka przyniosła nam jeszcze ciepły kanadyjski miodownik.

— Może tak następnym razem dać jej mąkę i upiecze nam chleb?

sobota, 4 lipca 2020

199-200. Kot i drobiazgi.

Piątek.
Spokojnym pochmurny dzień. Do popołudnia majtając palcami pod kołdrą czytałam książkę o patoli u Beksińskich, Fred tymczasem zrobił dla nas gulasz (miał być z kopytkami, ale kopytka się w międzyczasie zamieniły w płynną masę). Od pobudki porannej do obiadu kot Ryszard towarzyszył ojcu w kuchni, w różnych kocich pozycjach medytacyjnych.

godz. 11:44 czasu dublińskiego.


godz. 15:31 czasu dublińskiego.


Na szóstą byliśmy umówieni z Ka&Jot. Było mięso z grilla, tort i seans Kleru (2018) Smarzowskiego na deser. Z nas czworo tylko Jot nie widziała go wcześniej, byliśmy na nim z Ka w irlandzkim kinie, gdy obraz robił furorę w box officie opowiadając o tym, o czym wszyscy od zawsze szeptali po kątach. Wróciliśmy do domu tuż przed północą.

Sobota.
godz. 11:10 czasu dublińskiego.
Hę?


Hęęę?


Przedawkowuję czytanie lub kawę, w każdym razie łeb mnie boli i Fred robi mi terapię, aż kot opuszcza miejsce akcji. Martwi mnie, że jeszcze nie mamy kart do głosowania, drogą porównania z I turą wyborów spodziewałam się ich wczoraj. Sprawdzam pogodę na nowy tydzień, marzy się nam niska choćby górka, gdziekolwiek, a tu kontynuacja szarości się bezczelnie zapowiada. Trzeba było kupić chleb, więc późnym popołudniem jedziemy na miasto i w kolejce do Tesco spotykamy Katlin i Majka. Po wizycie w polskim sklepie chodzimy przez chwilę bez celu po Drołdzie, o tej porze wyraźniej zauważam ogrom pustostanów, jest w tym coś bardzo niepokojącego. Poza tym pomimo bólu łba jestem gdzieś po trzystu stronach i jutro skończę książkę.

czwartek, 2 lipca 2020

198. Prezent, obiad na mieście, książka.

Jeszcze w nocy zaczęła mnie pochłaniać lektura autorstwa Grzebałkowskiej, Beksińscy. Portret podwójny (Znak, 2014). Zamierzałam fascynację kontynuować po śniadaniu, ale jak przyszło co do czego, wyjechałam z Fredem w poszukiwaniu prezentu urodzinowego dla Ka. Wizyta w TK Maxxie zakończyła się zakupem dwóch rzeczy na gorące lato (zielonkawa spódniczka z cieniutkiej bawełny Beacon Cove i lniane, obszerne spodnie Tahari; i jeszcze warte wspomnienia ineksprymable od Kleina — to oczywiście nie są prezenty dla Ka). Zmęczeni zjedliśmy lunch w Cafe Lemonade i w końcu, w sklepie, który odwiedziliśmy dzisiaj jako pierwszy, kupiliśmy młynek do kawy. Po powrocie do domu, bez przebierania się, tylko po herbacie, wyszliśmy na spacer. Pogoda umiarkowana, kilka osób kąpie się w morzu, przypływ spycha na piasek tysiące drobniutkich galaretek.

Fred chciał obejrzeć Disco polo z Ogrodnikiem, ale zapału wystarczyło nam na kwadrans. Za dużo pastiszu w tym pastiszu. Wskakuję pod prysznic, potem wracam do lektury zaintrygowana wszystkimi nerwicami Beksińskiego ojca.

środa, 1 lipca 2020

197. No i pięknie.








Pierwszy posiłek restauracyjny od czasu zamknięcia kraju przed covid-19. Wizyta w Carlingford, spacer po cmentarzu, broszka od Michelle Butler dla mnie, T-shirt z czarnym baranem od Mireog dla Freda, spacer po molu, obiad u Ruby Ellen w nowych warunkach sanitarnych, nasze pierwsze owce na górskiej drodze w takiej liczbie i późna herbatka u Ka&Jot.

Bíonn caora dhubh ar an tréad is gile.

Postscriptum #196.

Annagassan & Blackrock. Wczoraj.