Czwartek.
Rysiu to taki kochany kotek. Wprawdzie mały dziabąg próbował mnie obudzić gryząc w rękę (w końcu poszedł obudzić ojca — tata! śniadanie!), ale po spacerze, przybiegł do kuchni i siedział na krześle obok mnie ponad godzinę, tak dla towarzystwa, gdy oglądałem różne rzeczy w sieci i jadłam śniadanie.Połowę dnia spędziłam sądząc, że dzisiaj też jest środa. Mąż wyjechał na drugą popływać. Zostawił mnie z pyrkoczącym garem fasolki po bretońsku à la Woland do wymieszania. Po powrocie Fred złożył życzenia urodzinowe siostrze — w ten sposób wiemy od Usz, że diagnoza Wu wykreowana przez biegłych brzmi: zdrowy. Niby dobrze, ale źle. Bo Wu zdrowy nie jest. Bardzo gniewa mnie cała ta sytuacja.
Na wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot, bo dzień wcześniej na Netflixie była premiera Hejtera (2020) Komasy. Niezły film w swojej klasie, aczkolwiek odczułam bardziej niż przy Mieście 44, że to film dla nastolatków, typu "mam focha, nie wiem czemu". W kinie amerykańskim już w latach 90-tych pokazywanie głównych bohaterów klikających na komputerze zrobiło się nudne. Trochę się kręciłam na siedzeniu w ciągu tych dwóch godzin. Do domu wróciliśmy o pierwszej po północy.
Piątek.
Przed śniadaniem Anna opowiedziała mi, że jakieś dzieciaki chciały w czasie naszej nieobecności wejść na ogródek, rzekomo po piłkę, której wcale tam nie było. Od jakiegoś czasu na naszą ulicę wpadają patrole gardy. Nigdy nie zapominam zabrać ze sobą obrączki i pierścionka zaręczynowego. Drugim zestawem koniecznym byłby dysk zapasowy z archiwum zdjęć. Jakoś nie wierzę w złodziei uprowadzających nasze książki.
Zasłona prysznicowa, którą atakował grzyb, wyprana. Soundtrack przy śniadaniu: Stars: The Best of 1992–2002 The Cranberries (2002).
___
edit 22:41

















































