Strony

poniedziałek, 31 maja 2021

531. Pora zacząć tydzień.

Herbata, śniadanie, spacer nad morzem, rozmowa z tatą i babcią, powrót do domu, talerz fasolki po bretońsku. W sprawach zawodowych oddzwoniła do mnie Ela, kuzynka Freda. Przy okazji ją poznaję i przechodzimy do pogadanki nieomal rodzinnej. Mąż w tym czasie wyjechał do mechanika zapytać go o jakąś niedziałającą poprawnie pierdółkę.

Fred wrócił około trzeciej, z zapasem guzików do szelek i prowiantu od Jot, do której po drodze wstąpił na kawę. Zrobił nam pyszny obiadek, gdy spałam. Wieczorem The Highwaymen (2019), twórcom prawie udało się uniknąć patosu. Dawno już nie oglądałam niezłego filmu z Costnerem. Teraz pora posłać łóżko, świeżo uprana pościel pachnie wiatrem.

niedziela, 30 maja 2021

530. No power Sunday.

Półtorej godziny jogi yin o poranku przez zoom, na jajecznicy bez chlebka (Fred musiał pojechać rano do Lidla, żeby go kupić). Więc pierwszy większy posiłek to Fredowy żurek z chlebem, po południu, bo czas, kap kap kap, przecieka mi, gdy się tulam, rozmawiam o festiwalach piosenki żołnierskiej w czasach PRL-u i innych takich. Nadal nie mam dzisiaj połera. Leniwie gapię się jak Bernadette wszywa koronki do swojego nowego projektu.

Fred zadzwonił do brata, złożyliśmy mu życzenia. Długo Wu nie słyszałam, a w zasadzie nigdy nie słyszałam go w tak dobrym nastroju, gdy wiadomo przez słuchawkę, kiedy rozmówca się uśmiecha. 45 minut to niezły wynik. Na tapecie urodziny, choroba, yerba, szczepienia (Wu będzie miał za tydzień drugie dziabnięcie Pfizerem). Podbudował mnie ten kontakt. 

Wyjechaliśmy potem po chusteczki, a wracając z Drołdy Fred skręcił jeszcze na niebieską plażę. Pogoda była dzisiaj naprawdę letnia, tylko ja, jak ten dzik, przez większość dnia zalegałam w domu. Spacer był. I góry na Północy ledwo widoczne, jak namalowane akwarelą. Anna zapukała wieczorem, bo wyłączyła swoją Nokię i potrzebowała pomocy z ponownym włączeniem, więc jej powiedziałam o wszystkim, że Fred mnie rozpieszcza (znowu pół dnia gotował, tym razem fasolkę po bretońsku), i że no power.

Zatoki mam zaglucone, i nie mam nastroju. Wiem, co będzie, rozmowy nocne z Kochanym i klikanie, kaptur od szlafroka naciągnięty na głowę, jak u tego gościa z Gwiezdnych Wojen.

sobota, 29 maja 2021

529. Spadek energii.

Chciałam rozpocząć dzień od obejrzenia Friends: The Reunion, o którym przypomniał mi wczoraj Dean, ale przewinęłam kilka minut na początku, potem parę scen z półtoragodzinnego odcinka. Najmilej postarzał się LeBlanc. Odcinek specjalny może jeszcze obejrzę, ale nie dzisiaj, mam życie.





Po śniadaniu spacer naokoło Głowy. Mija sezon na gorse, za to whitethorns, głogi i tutaj kwitną jak szalone (zadzwoniłam do tatki, żeby zapytać, co to za jedne). Miałam ochotę na zupę rybną w porcie, ale gdy do niego doszliśmy okazało się że otwarto budkę z rybami, więc zjedliśmy konkretny lunch z widokiem na morze i czubek Slieve Donard wystający z chmur i morskiej mgły.

Po powrocie napiliśmy się kawy siedząc przy stoliku przed domem i zbierając njusy z okolicy, od Anne (zna dobrego cat sittera) i Katlin (była kilka dni w szpitalu, przewróciła się w domu). Potem Fred zabrał się za robienie bazy do swojego żurku, a mi odcięło zasilanie. Poszłam spać, obudziłam się, gdy zapukali do nas Ka&Jot z dzieciakami wracający z rybki w porcie. Posiedzieliśmy przed domem aż do późnego wieczoru. Sąsiedzi z ciekawością nas zagadywali, Anna nawet przyszła na chwilę przysiąść na krześle. Chłopcy wydeptali Fredowy trawnik.

Przy wszystkim asystował kot domowy, wybitnie zainteresowany motoryzacją i fotografowany z zapałem przez Jot:

I tak minął mi dzień. Żurek jest pyszny. Chociaż nie wiało, przez większość dnia odczuwałam chłód, teraz już lepiej, prysznic, zupa i nogi w misce z gorącą wodą robią swoje. 

piątek, 28 maja 2021

Postscriptum #528.

Ladida ladida. Gdy pracowałam listonosz wrzucił nam do domu list od Świadków Jehowy. Nic nie mam przeciwko, traktuję na równi z KrK pod względem merytoryki, ale ta ich socjotechnika wyblakła (list napisano odręcznie, choć osoba nie miała pojęcia do kogo ta mowa).

Skarpetki Levi'sa małżonek mi kupił, ale o czarnej herbacie Barry's zapomniał, więc wyjechaliśmy po nią jeszcze raz po obiedzie słuchając kawałków z płyty Aqualung Jethro Tull. Potem kawa z Costy i spacer od Ramparts aż do Starego Mostu. Kwiecie kwitnie i pachnie odurzająco, w murze ptasie gniazdo, ludzie się pozdrawiają, jedna para (on z brodą, ona z różowymi włosami) siedzi z nogami przewieszonymi przez murek, patrzy na rzekę i słucha A Million Miles Away — nie mogłam nie zwrócić im uwagi, więc we czwórkę zagulgotaliśmy porozumiewawczym śmiechem. Some good music!




Przynajmniej półtorej godziny, niebo zachmurzone, ale przyjemnie, wolnym tempem idziemy, jak królowie życia. Wróciliśmy do domu po siódmej, w sam raz, żebym mogła zjeść trzy pajdy chleba z truskawkami i zasiąść do Gabinetu (z Pauliną Holtz i Rafałem Koseckim), sztuki online warszawskiego Teatru MŁYN. Zgrabna jednoaktówka o rozczarowaniach macierzyńsko-małżeńskich.

Ostemplowanych papierów od mojej byłej dyrekcyi oczywiście nie dostałam (czekam już miesiąc). Więc zamiast się skupić na robocie, konkretach, odpisuję na komentarze, serfuję w sieci. Bardzo mnie takie przeciąganie demotywuje. Dodane do mojej własnej prokrastynacji robi mi w głowie coś jak popołudniowy korek w wielkim mieście. Więc zajmuję się rzeczami, zamiast zajmować się Rzeczami. Rano w niedzielę jest joga. Zabukowane. Płaci się.

527-528. W piątek o czwartku.

Platforma blogowa miała wieczorem jakąś usterkę, nie mogłam wkleić zdjęć, więc zachowałam sobie wspomnienia do opublikowania na ten poranek.

Wczoraj dobrze spożytkowaliśmy pierwszą, pogodniejszą część dnia. Fred zrobił sałatkę i ruszyliśmy przed siebie z nowofalową Siekierą w tle, po drodze kupując w porcie krewetki. U Aś mąż, ubrany w fartuszek w folkowe wzorki, przygotował lunch, po jedzeniu poszliśmy we trójkę na spacer. Kilka razy tego dnia łączyłam się z rodzicami, bo tatko miał okrągłe urodziny. W czasie spaceru Fred kupił dwa steki wołowe, i już u siebie w domu zjedliśmy je na kolację. Wróciliśmy na chatę z Puchatkowym balonem, który teraz buja się w kuchni. W drodze na wieś padał deszcz.






Wstałam z poczuciem spóźnienia i niepokoju. Sączę herbatkę. Muszę wysłać do tłumaczenia suplement dyplomu, a ogólnie ogarnia mnie poczucie bezsensu działania. Ciekawe, czy dzisiaj w końcu dostanę papierologię z pracy w Polsce. Od dziewiątej mam kilka godzin online. Za parę dni kończy się maj, wtf?
___
edit piątek 14:18 Zapomniałam dodać, że wczoraj po powrocie od Aś Fred wyciągnął z szafy karmelowe cielaczki Polo Laurena dla mnie, na razie bez sznurówek, ale ważne, że pasują. Uśmiecha mnie nazwa cielaki, której używa Fred. W moim regionie nazywało się je po prostu welurami. Takie buty były modne na początku lat 90-tych, gdy chodziłam do LO. W naszym mieście można było po nich odróżnić uczniów szkół średnich od uczniów zawodówek. Zazwyczaj można było, bo ja np. ich nie miałam. Moje pierwsze welury :)

środa, 26 maja 2021

526. U ślepej kury.

Rozpoczęłam dzień umyciem grzywki i telefonem do mamy. Ona już w pracy, to się jej poskarżyłam, że również muszę się zaraz zbierać, takie ze mnie stare dziecko. 

Pracowniczo dzień produktywny i spokojny. W Centrum pojawił się Vincent, na żywo też spoko z niego gość. 

Po szychcie Fred czekał na mnie pod Pietrem w swoich zajebistych, oliwkowych trampkach. Zawinęłam jeszcze na chwilę do polskiego sklepu, bo zachciało mi się ciasta karmelowego. W drodze do domu małżonek wyjawił mi plany na jutro: spotkamy się z Aś i zawieziemy jej nasze wsiowe krewetki. Pomyślałam sobie, że do tego pasowałaby Fredowa sałatka grecka — jako, że czytamy sobie w myślach, faktycznie ingrediencje do sałatki jechały już z nami w bagażniku. Po powrocie na chwilę zagadałam w ogródku z Anną. To dało małżonkowi czas na zaskoczenie mnie po raz drugi: dzisiaj mija kolejna rocznica naszego spotkania w realu i Fred wyszedł do mnie z prezentem. Dostałam bluzę Missoni w zielono-czarne kwadraty, mleczko do twarzy L'Oreala Age Perfect i krem do twarzy Givenchy L'Intemporel Blossom Compact. Trafił mi się chłop, jak ślepej kurze ziarno.

Na obiad morszczuk z portowego sklepu w towarzystwie kartofli i ogórka w majonezie, na deser kawa i karmelowe ciasto. Po chwili odsapki spacer nad morze. Podobnie jak wczoraj w wietrze trochę chłodno, za winklem przyjemnie, a że ta sama pora (po siódmej), spotykamy tych samych ludzi. I wieczór.

wtorek, 25 maja 2021

525. Sześć stopni oddalenia.

Wtorek trochę słoneczny, trochę zachmurzony. Z Fredem czekającym na mnie pod anglikańskim świętym Pietrem i kanapką na wynos zrobioną przez młodzież (guacamole i pasta jajeczna).

Po mężowskim obiedzie i kawie posnuliśmy się nad morze. Na samym początku, przy naszej ulicy znaleźliśmy pęk kluczy. Dobrze się złożyło, że z numerem telefonu, więc zaraz zza zakrętu przyszła do nas starsza pani pchająca przed sobą wózkek ze szkrabem. Okazało się, że to mama Alana, naszego sąsiada z tyłu. A ona jest z kolei ciotką Rachel, córki Thomasa. Koneksje wszędzie.

poniedziałek, 24 maja 2021

524. 144/21.

Morze było dzisiaj spokojne. Wyszłam na spacer po dziewiątej rano. Dwa statki wypłynęły z portu na Boyne, na plaży trwała lekcja jogi, mijali mnie staruszkowie dreptający w wodzie na bosaka i Cyklop ze swoim psem.

W tym czasie podjechał już pod dom gość z ESB wymieniający liczniki na urządzenia nowej generacji. Pan zaszedł najpierw do Judżina, i przyszedł do nas akurat, gdy wróciłam ze spaceru. Fred musiał w tym czasie wyjechać, żeby zgłosić w housingu ten nieszczęsny odpływ. Gdy był już na miejscu okazało się, że urząd jest zamknięty, więc i tak zgłoszenie awarii trzeba było zrobić zdalnie. Napisałam maila, potem na wszelki wypadek zadzwoniłam. Gdy już sprawa została zgłoszona na dwa sposoby, wzięłam się za zmywanie naczyń (w łazience), ale przy końcówce podkusiło mnie, żeby sprawdzić jeszcze raz jak bardzo zapycha się odpływ. Działał. Kiedy się naprawił, nie wiadomo. Powróciliśmy do cywilizacji.

Fred wykorzystał poobiednie popołudnie na odkurzenie wiertarki i zamontował kilka wieszaków na kapelusze, trzy pojedyncze i drewnianą listwę made in India z pięcioma haczykami. Kapelusze i szale pięknie sobie teraz wiszą. A jeszcze Kochany mi mówił, że w polskim sklepie (bo ogóreczki małosolne) pytano go, gdzie żona. Panie niby tak niezobowiązująco dzień dobry, a wszystko widzą i analizują.

Z teściową pogadanka na wieczorny deser (nie wspomniała o szczepionkach!). Coś mi romantyzm po kościach chodzi, więc jestem już po prysznicu i grzeję odnóża pod kołderką. Będę sobie klikała, piła zieloną herbatkę i nasłuchiwała jakie kawałki muzyczne Mężowski puszcza w kuchni.

niedziela, 23 maja 2021

523. I scream, you scream, we all scream for ice cream!

Powracając jeszcze do wczorajszego Dublina, tłumy w centrum miasta były nieprzebrane, żadnego dystansu w komunikacji miejskiej, kilka gigantycznych kolejek przed pubami, które sprzedawały piwo na wynos, w Stefanie to już kompletne ocieractwo.

A dzisiaj sąsiedzi skończyli imprezować o szóstej. Tym razem nie słyszałam śpiewanych przebojów, ale odnosiłam wrażenie, że gości było więcej, niż w poprzednią sobotę.

Niedziela pod znakiem niedrożnego odpływu kuchennego. Zaszłam do Anny z pytaniem o hydraulika i okazało się, że sąsiadka od piątku czeka na gościa, który uruchomiłby jej ogrzewanie, więc Fred mógł jej w tym pomóc. Z naszym niedrożnym odpływem bez zmian przynajmniej do jutra. Niby zmywania nie lubię, ale piętrzący się stos brudnych naczyń nastrój mi rozstraja.

Tymczasem u rodziców w Polsce goście, kontakt po latach był udany. Rozmawiałam z mamą ponad godzinę, snułyśmy plany dotyczące naszego przylotu, nie wiem czy realne, ale zawsze miło jest posnuć. 

W poszukiwaniu filmu na wieczór obejrzeliśmy z Fredem ostatnie pięć minut Harleya Davidsona i Marlboro Mana (1991). Był taki film i nie muszę już sprawdzać, jak był słaby. Za to posiedzieliśmy dzisiaj przy Down by Law (1986) Jarmuscha. Kapitalny, nie umiem uzasadnić, ale kapitalny.

sobota, 22 maja 2021

522. Sobota w Dublinie.










Pobudka, śniadanie, kawa, ubranie się, szybkie sprawdzenie co u rodziców (wczoraj mieli drugie szczepienie, jest git), ekspresowa rejestracja do szczepienia (bo nareszcie mogę) i idziemy do samochodu. Pierwsza płyta Rush w odtwarzaczu, po drodze Fred skręca do Costy po kawę dla siebie i lecimy autostradą na Dublin. W Dublinie: parking przy stacji Connolly niedaleko której wzięliśmy tramwaj linii czerwonej w kierunku Muzeum mieszczącym się w Koszarach Collinsa na Benburb St. W muzeum spędziliśmy sporo czasu zwiedzając wystawy militarno-historyczne i sztuki użytkowej (darmowy wstęp). Po obejrzeniu co było do obejrzenia ponownie skorzystaliśmy z tramwaju (tym razem wysiadka przy Jervisie). Na piechotę: Millenium Bridge, Temple Bar i skomplikowanymi zawijasami do Tolteki na Suffolk St, gdzie kupiliśmy burritosy na wynos, następnie Grafton St do Stefana brzęczącego ludźmi. Doszliśmy aż do południowej bramy parku w poszukiwaniu wolnej ławeczki. Obiad. Ze Stefana do mostu Sean O'Casey i wzdłuż wybrzeża przy pomniku Wielkiego Głodu, potem Amiens St do parkingu. Dużo chodzenia. Dobrze.

Wróciliśmy na wieś w okolicach godziny siódmej, żeby odkryć, że zatkał się odpływ wody od zlewu kuchennego. Tyle dobrego, że jest po irlandzku otwarty i dostępny. A sąsiedzi mają kolejną imprezę, ciekawe z jakiej okazji. Nucę coś z ABBy.

piątek, 21 maja 2021

521. Początek kolejnego weekendu.

Miło było posłuchać młodego głosu cioci Ce. Paradoks taki, że Fredowa ciocia jest zupełnie inna niż moja teściowa, niby podobny tembr głosu, a jednak dwa bieguny, osobowościowo i światopoglądowo. Ale to wieczorem. Fred pojechał w ciągu dnia do mechanika zrobić serwis samochodu, ja siedziałam parę godzin przed komputerem i skończyłam wcześniej, bo Luiza nie miała dla nas zajęcia. Potem spokojność, Kochany wrócił na obiad, poczem oddaliśmy się życiu rodzinnemu, w środku, gdyż na zewnątrz jesień. Kończymy piątek długą rozmową z Usz, która w weekend wylata ze swoim Cha na Kretę.

czwartek, 20 maja 2021

Postscriptum #520.

Prąd wyłączono dwukrotnie, raz na krótko, przed dziewiątą (uporano się w dwadzieścia minut), drugi raz po pierwszej. W tym czasie bujając się we Fredowym fotelu lub myrdając stopami w sypialni dokończyłam Pawia królowej, przeczytałam Między nami dobrze jest (Lampa i Iskra Boża, 2015), też Masłowskiej, oraz wróciłam do (ledwie) zaczętej w marcu Teethmarks On My Tongue Eileen, która tak mnie wkręciła, że się popłakałam przy stronie 122. W trakcie dnia dwa razy rozmawiałam z Fredem dzwoniącym do mnie ze swoich przerw w Dublinie, i wiele razy z kotem, któremu tłumaczyłam dlaczego nie może wyjść. Złośliwy wiatr ustąpił dopiero po czwartej, co Rysiu wykorzystał na krótki spacer, a ja na kontakt z Anną, żeby upewnić się, że światła nie ma na całej ulicy. Fred wrócił z pracy przed dziewiątą wieczór, pięć minut po tym jak odzyskałam prąd. 

Dobrze, że 1) nie musiałam dzisiaj nigdzie wędrować i 2) odpoczęłam od gapienia się w ekran. Książka Eileen zaskoczyła mnie łatwością z jaką weszłam w jej świat.

518-520. Ustałość i rezurekcja.

We wtorek wróciłam z pracy skonana. Teraz sądzę, że do wiwatu dały mi m.in. szkła kontaktowe, których szybko się pozbyłam. Fred przyjechał po mnie samochodem i kupiliśmy ciasto toffi w polskim sklepie. Po mężowskim obiedzie i deserze zaległam w łóżku na dwie godziny. Za oknem tego dnia padało, padało i padało. Wieczorem po zmartwychwstaniu zrobiłam trochę papierologii (a jednak!) i zaczęłam czytać Pawia królowej Masłowskiej (Noir sur Blanc, 2017).

W środę o jakże lepiej. Słońce, w pracy młodzież sztuk dwie (sądzę, że Emma jest anorektyczką), poznałam Dejwa, gościa od kateringu, i skończyłam zajęcia przed czasem, żeby wyjść na jaśniejące miasto. Były urodziny mamy, więc zaraz się z nią połączyłam i złożyłam życzenia (potem zapukaliśmy do niej jeszcze raz, z Fredem). Miałam kilka chwil czekania na męża, zaszłam do Bootsa i nareszcie kupiłam sobie szczotkę do włosów, Kent z nylonowymi kuleczkami i naturalnym włosiem. Teraz pewnie będę w zachwycie szczotkowała włosy 15 razy dziennie. Zamierzałam czytać więcej Masłowskiej, ale zmęczenie znowu dało o sobie znać, przed dziewiątą trzydzieści byłam już głęboko zakopana pod kołderką. Fred miał bardziej aktywne popołudnie, kupił Annie trzy żurawki i wykorzystał spokojny wieczór na wkopanie ich w rogu przy naszej działce.

Kochany kupił Ryśkowi zawieszkę z wygrawerowanym imieniem i numerem telefonu, od wczoraj kot nie jest bezimienny dla postronnych znalazców, ale dzisiaj nie ma to takiego znaczenia, bo nie będzie wędrowania. Obudziły mnie uderzenia wiatru w nasz domek i przeciąg spowodowany otworzeniem się drzwi wejściowych. Nad wybrzeżem przechodzi tropikalny sztorm, a Fred już w drodze do pracy. Siedzę nad zieloną herbatą, przy lampie, kot wymaszerował właśnie do sypialni zwinąć się w marciński rogal, za oknem poranna szarówka.

poniedziałek, 17 maja 2021

517. Kapelusz i przygody Ryszarda.

Wełniany, Bettina, kolor khaki. Albowiem otwarto dzisiaj TK Maxxy!

Z rana zadzwonił Ka z informacją, że jego Jot ma urodziny. Po śniadaniu ruszyliśmy po prezent radośni, że dzisiaj jest pierwszy dzień otwarcia naszego ulubionego sklepu. Trochę czekaliśmy w ogonku, ale prezent się znalazł (szykowna, skórzana torba na ramię). Dla mnie, oprócz wspomnianego kapelusza (mój pierwszy fedora, matko, trzeba wieszaki na kapelusze uczynić), do koszyka wpadł jeszcze Polo Lauren, sweterek z cieniutkiej wełny w podobnym do fedory kolorze i czarny podkoszulek American Vintage, cudowna, niewidzialna rzecz pod-koszulę. Fred znalazł sobie super-chruper portki codzienne Hilfigera, z kantem oczywiście, oraz bonusowo z mankietami. W Tesco dokupiliśmy dla Jot ciemnoróżową orchideę, a dla nas film na dvd (bo i w Tesco otworzono działy non-essential) z już obejrzanym nie tak dawno temu Pewnego razu w Hollywood. Pomiędzy tymi dwoma sklepami poleźliśmy jeszcze do Costy po kawę (skoro jest nowy kapelusz na głowie), którą dostałam za darmo, bo ja to przecież Ja, a obsługiwała mnie Shauna (Eric, dobry chłopak, zrobił dla nas flat white).

Wróciliśmy w porze obiadowej, akurat na czas, żebym mogła online wypełnić deklarację kowidową przed powrotem do pracy na miejscu. Po obiedzie (i Fredowym szybkim wkopaniu drugiego krzaczka, któremu towarzyszyła krótka pogadanka z Katlin) wyruszyliśmy do przyjaciół z prezentami i dwiema flaszkami musującego napoju (w deszczu, który postanowił się wypadać na całego). Wieczór był bardzo miło przez nas spędzony, gadany, nad dwiema ogromnymi pizzami. I wszystko pięknie gdyby nie niespodziewany telefon od Paula, brata Caroline. Czy mamy kota? Mamy. Czy ma rudy łeb? Ma. Serce mi stanęło, bo od razu pomyślałam o wypadku. Nie. Kot Ryszard zawędrował na ulicę, która prowadzi do morza (zwyczajowa nasza trasa do plaży), wlazł do ogródka byłej znajomej Freda i zapytał, czy mogliby go podwieźć do domu. Ludzie języka kociego nie kumaci po raz trzeci w ostatnich miesiącach (jeśli mnie pamięć nie robi w konia) umieścili zdjęcie naszego grubego kota-żebraka na lokalnej grupie Spotted na facebooku z zapytaniem, czy kto nie szuka tego biednego, głodnego czworonoga. Nieoceniona Anne trzymająca zawsze rękę na pulsie zapewniła, że kotek ani biedny, ani głodny i ma wracać na Odonel, dzięki czemu Paul zadzwonił do męża, po czym przywiózł go pod nasz dom. Skróciliśmy pobyt u przyjaciół, żeby co tchu pędzić na wieś i spotkać Bamburyłę, jak obierał już kolejny kierunek marszu. Dał się namówić na powrót, nażarł się i teraz śpi. Z dziećmi byłoby chyba łatwiej.

Na jutro nastawiam zegarek. Czuję się tak, jakbym po raz drugi miała zaliczać pierwszy dzień w tej samej pracy.

niedziela, 16 maja 2021

516. O!

Sąsiedzi skończyli imprezę około piątej rano.

Wstałam o dziewiątej i jeszcze przed śniadaniem obejrzałam filmik Gosi, która znowu zaczęła być Gosią ze Szkocji.

Po jedenastej niespodzianka. Sąsiad z tyłu przyszedł z flaszką i jadełkiem (curry z ryżem) na dwoje oraz wytłumaczeniem, że skończył czterdziestkę i jego żona też, i jakoś tak wyszło. Wyspałam się (chociaż pewnie na taką nie wyglądałam lukając zza drzwi w negliżu) i ... co mogłam powiedziec? Happy birthday. Wino oddaliśmy tłumacząc, że nie pijemy. Szkoda, że nie zapytałam go o imię.

Po curry poszliśmy na spacer z kotem, potem na spacer nad morze. Czuć (chłodne) lato i olej po smażeniu ryby, zauważyliśmy też jeden parawan, ale nie chciało się nam podsłuchiwać, czy to nasi. Intensywne przebieranie nogami spowodowało, że do domu wracałam rozdziana do krótkiego rękawka. 

Przy Fredowym spaghetti mówiłam niewiele, zerkałam przez okno rozmarzona, gdyż mąż mi w głowie zasiał był przed obiadem ziarenko pomysłu a co, gdybyśmy mogli połączyć nasz domek z działką Judżina. Judżina nie widzialam od miesięcy, choć wiem, że żyje — wczesnym porankiem, zanim wstałam, znowu wyrzucił przed dom kawałki zzieleniałego chleba.

Fred zdążył przed deszczem z zasadzeniem jednego krzaczka, ja pousuwałam trochę kamyczków z miejsca, gdzie będą sadzone rojniki. Miałam rękawiczki, ale i tak od wyrywania zieleniny trochę mnie swędzą dłonie. Drapiąc się zrobiłam sobie online test na spektrum autyzmu ze strony Clinical Partners. Wyniki:

O! Zrobiłam drugi test na stronie Psychology Tools. Tym razem 29 na 50, czyli some autistic traits. Trzeciego robić mi się nie chce, idę odgrzać sobie makaron.

sobota, 15 maja 2021

515. Fred mnie kocha. Wiem, bo mi powiedział.

Trzy doniczki rojników w różnych kolorach, w tym rojnik pajęczynowaty (w jednej z doniczek są trzy odmiany o nazwach Berry Bomb, Berry Blues i Cotton Candy) i jeden cienkolistny rozchodnik ... czyli Fred czuje się dobrze (wyskoczyliśmy do sklepu i proszę bardzo, znowu coś), a krajobraz często przysłania mżawka. Małżonek zaliczył dzisiaj dłuższą rozmowę z Andrju, kumplem ze szkoły (choruje na covida), i z bratem (u Stu wszystko dobrze, roboty huk). Kto je rosół o jedenastej wieczorem? My.

A sąsiedzi mają pod nową wiatą imprezę. Słychać dobrze.

piątek, 14 maja 2021

514. Druga dawka szczepionki dla męża.

Oprócz oczywistej zalety spędzenia czasu z rozsądnymi ludźmi, niespodziewanym plusem wczorajszej wizyty u Ka&Jot było pożyczenie przez Freda szlifierki delta. Kiedy ja wysiadywałam jajka online, Kochany zabrał się za oczyszczanie drzwi ze starej farby, ku uciesze i aprobacie sąsiadek (Katlin i Anne Emerytki). 

Po obiedzie mąż wybył na drugi zastrzyk antycovidowy, potem z marszu wyjechaliśmy do Newry z zamiarem kupienia tego i owego (mamy dwa dodatkowe krzaki na żywopłot: nandina Obsessed i choisya Sundance). Wracając z Irlandii Północnej w Dundalk znaleźliśmy farbę do drzwi o którą od samego początku się nam rozchodziło (kolor cynober), a ja (fosforyzujące trampki wożą się ruchomymi schodami w dundalskim Tesco) wypatrzyłam malutkie bułeczki z masłem czosnkowym, podobne do tych, które kiedyś tak mi smakowały w Swords. Przez większość dnia pogoda była przyjemna, tylko w drodze do/z Północnej napadał na nas deszcz. 

Na kolację jem bułeczki na ciepło, maczane w jogurcie, potem Fred przygotowuje świeży sok z jabłek, słucham Rory'ego i wyobrażam sobie, że A Million Miles Away grają muppety.

czwartek, 13 maja 2021

513. Małe radości.

Obudził nas o świcie wrzask wrony, a domyślamy się już co taki wrzask może oznaczać — Rysio wprawdzie wrócił (bardzo późno) na noc, ale o wczesnej porze okno znów było dla niego otwarte, jak nic więc spór terytorialny. 

Poszłam sama na plażę, gdy Fred pił pierwszą kawę (kończąc rundkę zauważyłam na dużym drzewie rosnącym za sąsiadką wronie dziecko dokarmiane przez rodziców). Po śniadaniu małżonek wziął się za wysadzenie starej paproci, wyrównywanie granicy trawnika i wysiew na tej granicy próbnej łączki, ja za przycinanie zeschniętych części lawend i obiad (łosoś z rozmarynem pieczonym w folii, pyszny). W głośnikach Tattoo (1973) Rory'ego (przydałby się jakiś t-shirt z jego podobizną "na Polskę"). Dzień niezbyt gorący, ale piękny, oficjalne prognozy podobnie jak wczoraj zapowiadały przelotne opady, których się nie doczekaliśmy (na horyzoncie od strony lądu pojawiały się brzydkie chmury, ale wiatr od morza załatwiał sprawę). Pod wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot (zawijając po drodze na plażę), na rozmowy i opychanie się bananowymi babeczkami. Szło nam tak dobrze, że na film nie starczyło już czasu. To pierwsza od kilku miesięcy wizyta u przyjaciół, ich chłopaki rosną jak na drożdżach. Lockdown be gone.

Annagassan.


Wieczór w ogródku u Ka&Jot.

środa, 12 maja 2021

512. Niskociśnieniowo.

Wstałam godzinę przed budzikiem, w ogrodzie o tej porze harcowały już ptaszki. Zmienna pogoda, dzień był z rodzaju niskociśnieniowych, aż za bardzo, trudno było skupić się na pracy. Po południu leżakowanie (Fred odsypiał wczesny wyjazd do Dublina), późnym wieczorem Słodki drań (1999) Allena, pięknie zagrany przez Penna i Morton, choć i tutaj odczuwałam zmęczenie. Jutro wolne i umówiony wieczór filmowy u przyjaciół, tymczasem pora już zmykać w sen.

wtorek, 11 maja 2021

511. Stop Making Sense.

Słoneczny dzień za oknem, w pracy zerkałam za firankę motywując Deana, żeby robił, co ma robić. W trakcie południowej przerwy zjadłam sconesa na ciepło i słuchałam z Kochanym nowego wydania (1999) Stop Making Sense Talking Heads (mam ją nadal w głowie). Podobno za tydzień Centrum się otwiera i żegnaj labo.

Pracę skończyłam o godzinę wcześniej i pomogłam Fredowi w wysadzeniu wszystkich chaszczy (wrzosów/wrzośców, macierzanki, żurawki, zawciąga), które nawet od poprzedniej niedzieli czekały w chwilowych doniczkach na swoją kolej. Dość mocno wiało i mordowanie się z glebą niekoniecznie było przyjemnością, ale przy pomocy przerwy na obiad z deserem daliśmy radę. Gdy po siódmej dumni z roboty nawijaliśmy z Anną o sprawach ogrodniczych, Ryszard przyczaił się w ogródku Anne i złapał wróbla z którym nieopatrznie wybrał się w naszą stronę. Nieopatrznie, bo ucapiłam niedoszłego mordercę, co tak go zaskoczyło, że otworzył paszczę i wróbel pofrunął ku drugiej szansie. Jeszcze parę razy opowiem tę historię sąsiadom (Anne już wie). 

Tymczasem kot właśnie wrócił na nocleg, choć ciemność za oknem pachnie wiosną. Fred też w łóżku, próbuje złapać kilka godzin snu (jutro wstaje o trzeciej nad ranem). Z Talking Heads w zwojach jeszcze chwilę posiedzę w świetle lampy.

poniedziałek, 10 maja 2021

Postscriptum #510.

Fred wrócił z bukietem tulipanów i tortem bezokazyjnym, a gdy po zjedzeniu kawałka słodkości wychynęłam na dwie sekundy na dwór, znalazłam też żurawkę Paris przycupniętą na zewnątrz drzwi. Pogoda grzebała się deszczem przez cały poniedziałek.

Dopiero przed ósmą zrobiliśmy sobie obiadokolację. Do steków z tuńczyka mój mąż wycisnął sok z marchwi, jabłek i czerwonych buraków. W tle pierwsza płyta Perfectu. Przez dwa dni broniłam się od konkretnych zajęć, które teraz piętrzą mi się w głowie. 

Fred myśli o wznowieniu wizyt u Ka&Jot, ja o wycieczkach poza nasze hrabstwo (od dzisiaj możemy podróżować po całym kraju), w mediach zapowiadają, że na dniach młodzież z mojego przedziału wiekowego będzie mogła się rejestrować online na szczepienia. Idzie ku lepszemu, a ja idę pod prysznic.

509-510. Nieogarnięcie.

Wczoraj wyjazd tylko po chleb, w drodze powrotnej jechaliśmy za naszą małą toyotką, która z kopyta zasuwała pod górę. Wiało. Mieliśmy ochotę na Czarną żmiję II (odc. 4). Krótko rozmawiałam z mamą (w Polsce ciepło, mama ma chyba uczulenie na słońce). Ogólnie dzień był rozlazły i pod hasłem wczoraj było fajniej.

Dzisiaj kontynuacja nastroju, chociaż przynajmniej się wyspałam i wstałam około dziewiątej. Brak poczucia kierunku utrzymuje się tym bardziej, że Fred wyjechał tuż przed południem do pracy pozostawiając mnie w domu owiewanym wiatrem, ze stukającymi drzwiami od łazienki. Bogowie, już trzynasta?!

sobota, 8 maja 2021

508. Okienko pogodowe.












Między dwunastą a czwartą miało nie padać. Tego dnia obudził nas deszcz i kot bardzo mokry przy śniadaniu. Po jedenastej ruszyliśmy w okolice granicy z Północną. I było tak, jak zaplanował mąż. Wzięliśmy Aś do samochodu, i od małego parkingu przy Maccans Bridge powędrowaliśmy Greenway pieszkom do miasta, przez zamek Jana, potem do domu Aś naokoło przez Ghan Rd. Na końcu tej przygody w nagrodę czekała nas kwaśnica, najpyszniejszy stek jaki w życiu jadłam i truskawki na deser.


Wróciliśmy samochodem przez górki. I zalegamy prawie milcząc, bardzo kontenci.

piątek, 7 maja 2021

507. Piątkowe ochłodzenie.



Po śniadaniu (okazało się, że faktycznie mam wolne) poszliśmy z Fredem na kawę na plaży (oraz ciastko z jabłkiem i lody). Przed południem pogoda była prawie taka sama, jak wczoraj, choć woda już się tak nie skrzyła (widoczność za to znacznie lepsza, na horyzoncie pokazała się nam latarnia morska Rockabill). Potem tylko wskoczyłam w inne spodnie i podjechaliśmy na zakupy spożywcze do miasta. Wróciliśmy dobrze po trzeciej po południu, małżonek zrobił dla nas obiad (klopsy w sosie pomidorowym z razowymi świderkami), i uparł się na dokończenie swojego projektu żywopłotowego, pomimo tego, że pogoda zrobiła się wietrzna i nieprzyjemna. Krzaczory zostały zasadzone, w międzyczasie zmarznięty kotuś wrócił z długiej przechadzki i biegał naokoło domu, żeby nam pokazać, że kotek chce do środka, i jeszcze, żeby ktoś mu podał kolację. 

Siedzimy w trójkę w ciepłym domku, a na zewnątrz słychać wiatr. Na jutro jest plan.

czwartek, 6 maja 2021

506. Czwartkowe ocieplenie.

Noc była zimna, tymczasem dzień (po wyjeździe Freda do pracy i śniadaniu) zachęcił mnie do spaceru nad morze. Dawno już nie było tak pięknie.

Woda skrzyła się w słońcu, fiszendczipsiarnia już śmigała (przed południem!), na płyciźnie, dosłownie sto metrów od plaży dwa kutry na połowie, dalej w kierunku ujścia Boyne kolejne trzy, daleko na horyzoncie półwysep Howth unosił się w powietrzu. Wracałam alejką z domkami letniskowymi i przez parking dla przyczep. W jednym miejscu usłyszałam miły dźwięk rozkładania talerzy, w drugim wietrzyły się pokoje, w trzecim przez otwarte drzwi słychać było dźwięk irlandzkiego stacji radiowej.

Przez resztę dnia zbijałam bąki, a pod wieczór obejrzałam kolejną adaptację Emmy (1996), tym razem z Kate Beckinsale. Zaskakująco ta wersja się mi podoba, wychodzi poza pastelowe kolory. W trakcie oglądania z Północnej wrócił mój Kochany, który znowu kupił mi prezent — kolorowe dżinsy Kleina i do pary kolorowe skarpetki Pringle. Spodnie pasują (na szczęście, są śliczne niebiesko-zielono-pomarańczowo-żółte, a ja jestem coraz grubsza). Czy ja jutro pracuję, czy nie pracuję, oto jest pytanie.

środa, 5 maja 2021

505. Kot wie.

Że spadnie grad. Gruby i ciężki. Białe kulki zniknęły w pięć minut, ale co wrona dostała po głowie, to jej. 

Wolnej Grupy Bukowina słuchamy po obiedzie (nagrania archiwalne Pomatonu, 1991). Dwa dni temu minęło 36 lat od śmierci Belona. Umieranie w wieku 33 lat z powodu choroby alkoholowej uważam za głupie i oburzające.

Kalkulator szczepionkowy na teren Irlandii obwieścił mi dzisiaj widełki od 3 do 30 czerwca i od 1 do 28 lipca jako możliwy czas, gdy będę mogła dostać pierwszą i drugą dawkę szczepionki antycovidowej. Wyliczenia są oparte o tygodniowe wyszczepienia dawek i pewnie nadal będą się zmieniały. Ale już bliżej niż dalej.

Zanim zaszło słońce obejrzeliśmy z Kochanym Tootsie (1982). Hoffman, Lange, Garr, Murray, przyjemna komedia, momenty niepotrzebnie papetyczne były w niej zawsze, ale reszta nie zwietrzała i nadal bawi. A teraz oboje grzebiemy się wieczornie. Fred jedzie jutro do Północnej, propozycja pracy pojawiła się niespodziewanie około południa, zmiana dzienna, ale niezbyt wczesna, Miły nie będzie się musiał zrywać nieprzytomnie, jak ja dzisiaj. Noc zapowiada się naprawdę mroźna. The blackthorn winter jak nic.

wtorek, 4 maja 2021

504. Wtorek, wątróbka, wrony.

Zimny, spęczniały wilgocią wtorek, z nitkami słońca z których nic nie wynika. Raz nawet, akurat, gdy rozmawialiśmy z Anną w ogrodzie, spadł nam na głowy gruby grad.

Pracowniczo było miło, aktywnie i krócej (Caron szukała zagubionego psa), Fred wybrał się sam na zakupy w swoich cool pasiastych spodniach — przywiózł z wyprawy dziewięć wrzosów/wrzośców i wątróbkę na obiad od rzeźnika (no, nie mogę z tej nazwy) rodzinnego. Wątróbka została przez męża przygotowana, żona została napasiona, następnie zjedliśmy resztkę truskawkowego torta, który pyszny był, zaiste.

Pod koniec tego chłodnego dnia Ryszard dwa razy został okrakany przez parę wron, które celowały w niego najbardziej obelżywym wronim żargonem. Kot tylko odmrukiwał pod nosem zmuszony do wycofania się na z góry upatrzone pozycje. Oby to nie przerodziło się w jakiś grubszy sasiedzki konflikt.

poniedziałek, 3 maja 2021

503. Deszcz, wiatr, deszcz.

Do Freda odezwał się telefonicznie Adam, jakiś znajomy z przeszłości. W zasadzie nie wiadomo dlaczego, nie miał biznesu, tak chciał pogadać. Więc mąż już wie, że zmarł Garnek, facet, który bardzo do siebie wziął ideę punkowania. I po Garnku.

Poniedziałek przesiedziałam w domu, bo na zewnątrz hulał wiatr i deszcz. Wyszłam tylko na chwilę, zaczerpnąć mokrego powietrza w przerwie tego repertuaru. Wieczorem długo szukałam czegoś do obejrzenia, Fred wyciągnął w końcu z naszej filmoteki MASH (1970) Altmana. Serial z Aldą też lubiłam oglądać. Uświadamiam sobie, że wszyscy ci piękni ludzie, jeśli żyją, są naokoło osiemdziesiątki. 

Jutro trzeba wcześniej wstać. Muu.

niedziela, 2 maja 2021

502. Drugi maja.

Wygrzebałam się z wyrka pustego, gdyż małżonek-obsesjonat chyba całą noc myślał o kopaniu dziur w ogródku. Przy pierwszej herbacie Ballady (2002) śpiewał nam Zembaty z Porterem zawodzącym w tle.

Lista zakupów w Woodisie (zanim wyjechaliśmy, spacer z kotem naokoło dzielnicy): po dwie skimmie Rubella, lawendy Hidcote i astilbe o niezidentyfikowanym kolorze, trzy macierzanki (Aureus, Faustini, oraz nieopisana odmiana przypominająca trochę Sparkling Bright), jeden osmantus (mam nadzieję, że) Goshiki, jeden zawciąg, jeden pszonak odmiany Bowles's Mauve. W Tesco kupiliśmy truskawkowego torta, bo przecież jesteśmy na diecie.

Pomimo nadciągającego chłodu Fred dostał po obiedzie ogrodowej gorączki. Ja tylko wsadziłam do ziemi dwie lawendy i nura do domu, małżonek zaś dalej że zajadle robić swój żywopłot, do dziewiątej obkopał pięknie trzy chaszcze. Teraz odpoczywa oglądając śmiszne obrazki na facebooku. Mmm, tort dobry, ale słodki strasznie.

sobota, 1 maja 2021

Postscriptum #501.

Siedzę z nogami w górze i się delektuję nieróbstwem. W ciągu dnia pracowaliśmy z Fredem w ogrodzie. Jeszcze zostały dwie skimmie do wsadzenia, ale wszystkie pozostałe kwiaty kupione kilka dni temu znalazły swoje miejsce. Na łyse placki po roślinkach, które obumarły zimą, wysadziłam też parę krzaczków męczących się w donicach. Na brak pracy nie będziemy narzekali, Fredowy projekt zrobienia żywopłotu od strony Judżina wymaga zrywania darni — dzisiaj ledwo zaczęliśmy, a znamy temat z zeszłego roku. Po drodze małe radości: pogadanki z sąsiadami i obietnica pomocy (Majkel, mąż Anne, zainteresował się naszym rozklekotanym zamkiem do drzwi), pogaduchy messengerowe z Aś i Kaś Matką Kotom (jedna spaceruje z psami, mamą i maleństwem, po szlaku sprzed tygodnia, druga oczywiście robi kocie sesje fotograficzne), wizyta jacka russella, którego mogliśmy nakarmić po długim niewidzeniu się, herbatka w przerwie prac na wystawionych przed domem krzesłach.

Pierwszy dzień irlandzkiego lata i święto pracy w jednym — ze swoim grzebaniem się w ziemi i sennym łażeniem po włościach nie byliśmy jedyni. Katlin i jej koleżanki z naprzeciwka w większości pracowały w swoich ogródkach, u Katlin był nawet jej pomocnik, Alkoholowy Paddy, który po tym jak pożyczył od nas sekator, zatrzymał się przy Fredzie na irlandzki small talk o tym, czy u nas w Polsce jest więcej krów czy świń. Podobnie nasi sąsiedzi z tyłu poświęcali się ogrodowo-domowej grzebaninie, a teraz słyszę ich głosy za płotem, pewnie inaugurują letnie posiaduchy pod zadaszeniem, które wybudowali na początku roku. Lubię takie oddalone odgłosy przyjacielskich pogaduch. Ryszard z ostatniej nocki wrócił z zadrapanym uszkiem, dzisiaj pomagał nam w ogródku, o tej porze zaś jest już w domu i przygotowuje się do snu.

501. Majówka.

Skoro doszłam już do wątku, że dzięki pracy weekend raduje mnie bardziej, zaczęłam dzień od zielonej herbaty (ostatnio odkryłam Macha Twiningsa), owsianki z bananem i jagodami, albumu Świnie MWNH (1985) i małej czarnej. Przed dziesiątą siedzę więc z kaffką wpatrzona w kotka na oknie oraz piękny poranek za nim i słucham muzyki. Dzień dobry.