Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2026

2491. Zapomniałam ...

... telefonu. Kawa dla męża została zakupiona z wysupłanego bilonu (poetka); w południe Benedykt zniecierpliwiony czekaniem w końcu zadzwonił na numer biurowy, poza tym nieco się niepokoiłam rzadką, ale realną perspektywą zacięcia się pracowniczego emaila (odblokowanie go bez smartfonu byłoby awykonalne, a właśnie dzisiaj działająca poczta miała kluczowe znaczenie). Koniec końców jednak dzień nie taki najgorszy, zastartowałam papiery jedenastu osób, nie bez błędów, ale byłam błyskawiczna w ich naprawianiu (kopię się w kostkę, żeby nie przyzwyczajać góry do dobrego, z drugiej strony, trudno jest się mi opanować we własnej zajebistości ;)). Na koniec dnia jeszcze Kif z Dżajmim się przywlekli poopowiadać, co tam u starych Irlandczyków; nie miałam nawet chwili czasu, żeby poczytać i zająć się głupotami (karygodne!). 

W domu podobnie, najpierw robienie obiadu (wróć, na samym początku odnajduję telefon w szafie z wełnianymi swetrami) i słuchanie nareszcie w spokoju, co Mieciu sądzi o kinowej Lalce, jedzenie, chodzenie po ciemku z myszakami, krótka rozmowa z mamą przez Whatsappa ... jebut! i jest po ósmej. Ziemia kręci się pono coraz szybciej, ale żeby aż tak? 

środa, 7 października 2026

2486. Dobre rzeczy wystąp.

Bardzo dziwny sen miałam, byli w nim syn i córka eM, oczywiście tacy, którzy nie istnieją, dzieci domyślne. Byliśmy w jakiejś podróży, nakupiłam im książek. Hm.

Jasny chłód, chodziłam w skórze, zimno przenikało przez skórę i wełniany szal. 

Spotkałam się na kawie z Benkiem, dopięłam zastępstwa na czas mojego wyjazdu. Głównie na tym się skupiam, na planowaniu późnego października; bardzo jest mi miło, że świat przychyla się ku takiemu sposobowi myślenia (nawet zestawów kluczy odkryłam w szufladzie tyle, ile mi potrzeba). Reszta jest jak brzydka plamka na szybie, mentalny przeszkadzaj.

Spacer myszowy krótki; znad lądu przyszła ciężka, zimna chmura, na jej tle mewy srebrzyste halsowały, ich brzuchy jaśniały w słońcu.

Mieciu wypowiedział się na temat kinowej Lalki, ale postanowiłam zostawić klip do obejrzenia na weekend, gdy też będziemy po seansie. Półgodzinna rozmowa z mamą pozytywna: mama jeździła dzisiaj na stacjonarnym rowerze (nareszcie!), oraz wyniki Niuniasi są dobre (wg weta koteczka jest zadbana i nie wygląda na swoje lata).

Wychłodziłam się na spacerze, więc wcześnie weszłam pod gorący prysznic. Już siedzę pod kołdrą, dogrzewam się. Kochany w Kuchniosalonie słucha KSU :)

poniedziałek, 5 października 2026

2484. O kruchości.

Była kawusia przed rozpoczęciem pracy (z Kochanym w Pe), była kawusia z Teresą (w Czarnej). Poniedziałek szary, raczej ciepły, chyba owocny (dodałam jeszcze jedną osobę do listy, odpukać), smaczny (mąż zrobił dobry obiad, plus garściami wepchałam w siebie jagody), jak zwykle za krótki (z kotami chodziliśmy o zmroku, pewnie będzie tak coraz częściej). Po spacerze pół godziny rozmawiałam z mamą, o pierdołach, żeby złapać kontakt (jednakowoż Niuniusia jedzie we wtorek do weta, w powietrzu dynda kolejne nieszczęście).

zmiany. zachodzą cały czas
odwieczny ruch rzeczy w tle niepokoi mnie tylko czasami,
dopiero gdy się na tym skupię, pewnie tak jest lepiej, bo inaczej można by oszaleć
od jakiegoś czasu Manisława bierze jedną ze starych zabawek Rysia i spacerując z nią w zębach po Kuchniosalonie zawodzi pieśni
coś nowego, nie wiem, co to znaczy

niedziela, 27 września 2026

2476. Przypływ.

Ulewa. Tak zaczęła się niedziela, jednostajnym, silnym deszczem, niebem zasnutym grubą warstwą chmur. Nigdzie się nie wybieraliśmy, ot, obiboctwo domowe. Sprzątałam w Kuchniosalonie głównie po to, żeby posłuchać kolejnych historii du Maurier (jestem w połowie zbioru, teksty w sam raz do lekkich prac domowych). Całkiem zjadliwy obiad zrobiłam. W trakcie obierania pieczarek zadzwoniłam do mamy; głównego tematu nie dało się zamieść pod dywan, bo ...

Gosia umiera. Już nie ma siły wstać, tatko przyniósł ją do kuchni, leży tam sobie w pampersie, przestała jeść. Tatko próbuje ją wzmocnić rosołkiem, ale sprawa wygląda znajomo, powoli od etapu do etapu, pewnie niedługo przestanie pić. Jakiś czas temu ucieszyła się z nowości, przybycia Felka, na chwilę odmłodniała, ale w ostatnich dniach znowu podupadła na zdrowiu, chudła w oczach, spacerowała bez celu po ogródku szukając zjaw. Kolejny smutek :I

W połowie dnia nastąpił przełom pogodowy, po obiedzie mogliśmy wyjść z koteczkami do ogródka. Nie trwało to długo, bo jakiś pies się wałęsał w pobliżu, poza tym wiał chłodny wiatr. Było nadal jasno, więc na chwilę wyszliśmy z Kochanym nad morze.

Właśnie zaczął się przypływ.


środa, 23 września 2026

2472. Jesień astronomiczna ...

przyszła w nocy.


W biurze na dobre odpaliłam ogrzewanie: jestem nadal wkurwiona, ale przynajmniej nie marznę. Kogut na głowie, wokół szyi kaszmirowy Smedley, do uszu wróciły ceramiczne kolczyki od artystycznej duszy (słonikomotylki spowodowały, że dziurka w lewym uchu znowu zaczęła krwawić). Po pracy zaszłam do Bootsa kupić coś do robienia kresek na oczach (Haute precision loreala w kolorze bordowy kaszmir). Można powiedzieć, że jestem w fazie kryzysu (zaufania, motywacji, wizji przyszłości), może wykluje się z tego coś nowego; asymetryczny sweter, nowy styl w makijażu, praca w innym zawodzie, nie wiadomo co wcześniej, co później oraz czy.

Jesień przyszła słonecznie. Nie jadłam, na porannej kawie do gazety/książki oraz na herbacie chodziłam do popołudnia, gdyż karmiła mnie nienawiść ;) Wpadłam do Saren zapytać what’s up, łgała tylko trochę, jak to ona. Z kolei Szefowa wpadła do mnie o trzeciej, trochę porozmawiałyśmy o różnych takich, w związku z czym spadło mi ciśnienie. Nie że rozmowa coś zmieniła, ale uspokoiłam się, bo naprawdę, nie ma się co ciskać, tylko działać trza w swoim własnym interesie ...

autor: mcfriendy

... poza tym już miałam w głowie plan wyjścia na miasto. O czwartej poszłam na obiad do Simony, restauracja była w połowie pusta, dostałam pochwałę moich siwków od wiekowych pań ze stolika po prawej (siwki borsucze dobrze widoczne, gdyż kogut) oraz boże błogosławieństwo od miejscowego świra z białą brodą – god bless you little flower, a proszę bardzo, proszę bardzo. Potem do Bootsa, jako się rzekło, oraz powrót do biura po lary i penaty. Zanim Kochany podjechał Babcią, zdążyłam sobie jeszcze próbne kreski wymodzić.

Ponieważ obiad miałam przed chwilą, od razu wzięliśmy koteczki na smycze. I tak sobie mrzonki snułam, że po obiedzie pójdziemy nad morze, gdyż pięknie, błękitnie, cicho, tymczasem przed ósmą mrok, że oko wykol. Najnowsza Gosia ze Szkocji obejrzana do połowy, bo chciałam jeszcze zagadać do mamy (omówienia: Gosia coraz słabsza, chodzi po dworze w kubraczku, skóra i kości, je niewiele, pies Felicjan śpi na fotelu brzuchem do góry, starość, pogoda, nasze koty, inne drobne sprawy). Zrobiłam na duolingo chwilę niemieckiego (widzę, że mama też) i zaraz zapuszczę nos w książkę przeżuwaną powoli. Dobranoc, miła jesieni.

sobota, 19 września 2026

2468. skrót

swetry wyprane ręcznie, kawa wypita, Mańka wygłaskana, Czas pogardy Sapkowskiego dosłuchany do końca (dobre), podłoga umyta, Rudzkiej Ślicznotka doktora Josefa zaczęta (mocne), rozmowa z mamą odbyta (mama słabo się czuła, zamiast na robieniu planów skupiłyśmy się na programie z Wajrakiem), obiad ugotowany i zjedzony, Bronka wyspacerowana pod niebem chmurnym i w trawie mokrej (Mańka też, szła z kotatkiem)

edit 21:32 pod prysznic znowu wpadł nocny motyl, bladożółty, ładny (przy tej okazji edukuję się, że na wyspie jest około tysiąc pięćset rodzajów ciem i że tę, która nas nawiedziła, wcale nie jest tak łatwo zidentyfikować)

sobota, 22 sierpnia 2026

2440. Sobota w odcinkach.

Jasny, zimny poranek. Wykaraskałam się z łoża na tyle wcześnie, że Kochany zdążył mi dać buzi przed wyjściem. Już zapakowałam do pralki koce i ręczniki, weekend ma być bez opadów, więc jest nadzieja, że wszystko będzie ładnie schło w ogródku.
___
edit 8:25 przed chwilą ktoś wrzucił do szpary w drzwiach ulotkę zatytułowaną Four Things God Wants You To Know. Same bullshit as always, oraz marnacja papieru; miałam ją tu nawet pokazać, bo obfociłam. Ale stała się ciekawsza rzecz: imigrant stuka we frontową ścianę naszego domu, czasem dość głośno :D Panowie przyjechali przed kwadransem, będą kończyli fragment, który nie został uprzednio docieplony. Dobrze, że nie wyszłam na poranny spacer, koteczki potrzebują wsparcia kociopsychicznego.
___
edit 11:20 panowie grzebacze zniknęli po godzinie, ściana jest docieplona, gotowa na położenie tynku. Śniadanie wciągnięte (homemade frytki z erfrajera, dwa jajka sadzone, na deser mała czarna i jeden Tunnock's tea cake). Obejrzałam pierwszy półgodzinny odcinek Normal People (2000). Drugie pranie rozwieszone pod ciemniejącym niebem. Na czytnik wrzuciłam dwie wypożyczone książki, nowelkę Keegan So Late in the Day oraz powieść Eileen Teethmarks On My Tongue (tę drugą wypożyczyłam tylko po to, aby biblioteka nie żałowała, że inwestuje w produkty niszowe, zaś Claire do przeczytania wieczorem). Cały czas wraca do mnie pewien pożegnalny wpis blogowy na który chciałabym zareagować współczująco, ale wiem, że nie powinnam. 
___
edit 20:05 miało być słonecznie? Ha! No dobra, nie padało. Gdy tylko skończyłam poprzedni wpis, biały van ponownie zjawił się na osiedlu. Było dalsze stukanie i pukanie, tynk nałożono, do odhaczenia zostały drobne poprawki na które będziemy czekali kto wie jak długo. Uwięziona w domu obejrzałam 25.3 odcinek Midsomer Murders (bardzo podoba się mi motyw z aktorami powracającymi w innych rolach — tym razem Kevin McNally, który nie wiedzieć czemu zapadł mi w pamięć jako Orville Tudway) oraz zaopatrzyłam się w papućki z rogami reniferów, wspomnienie po Kaś Matce Kotów. Zadzwoniłam do mamy (mama zafascynowała się historią Margaret Gallagher z Belcoo; postać jak najbardziej kojarzę, więc był to główny wątek naszej rozmowy). Jesteśmy z Kochanym napełnienie makaronem i wyspacerowani przez koty. Pora wziąć się za książkę.

środa, 19 sierpnia 2026

2437. Zajęta.

Gdyż mnie goni dedlajn. Słabo się przez to czuję, smarkam i kaszlę. Tak siebie żałowałam już od samego rana, że zaprosiłam Kochanego na kawę, zamiast od razu popędzić do pracy, hue hue.

Dzień deszczowy, przez to spacer z myszakami krótki (zaczynaliśmy w słońcu, zaraz jednak przypełza zła chmura i zrobił finito). Jeszcze chwilę po południu zrobiłam coś do pracy na jutro (buuuu), a potem już tylko głupoty (nawet odwiedziłam Gosię w Słupsku). Mama słabo się czuła (interpretacja: przez pogodę), ale i tak rozmawiałyśmy z pięćdziesiąt minut, o różnych takich, w tym o śmierci Traczyk-Stawskiej. Poza tym mama chwaliła nową pralkę, malutką ale sprytną, oraz nowe okulary dzięki którym jest modna (cool oprawki) i widzi wszystko na ekranie tv. Pod wpływem stresu na poczet jutra, które wcale mi się nie podoba, czytam Woolf; dobranoc pchły na noc ...

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

2435. Za pięć dwunasta.

W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E

Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.

Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).

Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.

sobota, 15 sierpnia 2026

2433. Bobkowym szlakiem.

Oj oj, spałam kiepsko i wogle, z rana trochę się mi nie chciało zwlec, ale byłam bardzo dzielna. I dobrze, gdyż:







Wyruszyliśmy w drogę po dziewiątej, ok. jedenastej zaczęliśmy spacer, ok. pierwszej byliśmy na górze, potem jeszcze zejście i ok. czwartej azymut na naszą wieść. 

Bardziej niż szlaków ludzkich, trzymaliśmy się bobkostrad; góra stała w jesiennej szacie, niżej wielkie paprocie, wyżej fjulytowe wrzosowiska buczące bombowcami. Oj dobre to było, dobre wyjście na świat sierpniowy w kolorach siana, zmęczonej zieleni, czerwieni jarzębin; pogoda w punkt, nie za gorąco, wiało niewiele. Trochę się ludzi nazłaziło, ale też bez przesady; pod szczytem dwie panie nas wyhaczyły, jedna pochwaliła się, że chodziła po Tatrach. Irlandka! 

Mały minus: jakaś menda przytarła nam Babcię zaparkowaną pod świętym Michałem, przytarcie z tyłu na prawym błotniku, niewielkie, ale jednak (żeby cię zatwardzenie chwyciło, a nie puszczało przez miesiąc, cunt!).

Z mamą rozmawiałam krótko, tuż po obiedzie; mama oglądała właśnie na BBC First jak Lady Catherine de Burgh przyjechała do Bennetów, więc nie chciałam jej rozpraszać uwagi ;) Jestem padnięta w miły sposób; i tylko łeb mnie napiernicza (mam nadzieję, że to nie zawianie, tylko tlenu przedawkowanie).

niedziela, 9 sierpnia 2026

2427. niedziela ...

... minęła mi na braku poważnych zajęć, snuciu się po domu i rozważaniach
miałam plan zrobienia krokietów
rozeszło się po kościach z powodu małej ilości grzybów w lodówce (w lokalnym sklepiku pieczarek brak; właścicielka pochylona przy ladzie czytała gazetę codzienną)
mała ilość grzybów odegrała zastępczą rolę jako dodatek do reaktywowanego plamiaka

z rzeczy obejrzanych i wysłuchanych:
nieuważnie Midsomer Murders 25.1
uważnie druga i trzecia opowiastka ze zbioru Ostatnie życzenie

rodzice odpoczywają pomiędzy jednym a drugim upałem
rozmawiałyśmy z mamą ponad 45minut

gdy Kochany wrócił z pracy pogoda akurat zmieniła się na siąpiącą radykalnie
daliśmy koteczkom wybór, wyszliśmy w deszcz na trzy minuty
dziewczyny zapoznały się z motywem: papierowy ręcznik dla kota

dobrze, że popadało
ziemia łaknęła deszczu

zauważyłam, że Wiki odbyła chrzest przez zanurzenie
przedziwne bywają ludzkie wybory (chyba przed chrztem zapytała w końcu jaki to kościół?)

sobota, 1 sierpnia 2026

2419. sierpnia początek.

podobnie jak wczoraj dużo kręcenia się w pościeli
palce spuchnięte, zatoki zapchane, wstawać się nie chce
a wstajemy o szóstej, bo jesteśmy aniołami

mieliśmy plan wspomożenia rodziny Ka, tak więc wspomagaliśmy
wyjazd do El Paso, żeby zabrać Alaudę,
w trójcy podróż do dublińskiego lotniska i odebranie Oazowiczki
potem w kwartecie zygzaki różne: cmentarz w Glasnevin, ogród botaniczny
odwiedzenie Oscara, Hodges Figgis, lunch w Bruxelles, Zielony Stefan




spoko młodzież, choć kościółkowa
(jest nadzieja, przynajmniej mają jakieś zainteresowania)
na dodatek w księgarni zrobiłam sobie prezent: Repetition Hjorth i Boathouse Fossego :D (bardzo jestem kontenta)

po długiej jeździe w kierunku północnym rozstaliśmy się w El Paso
nawrotka i do domu
na wsi zaistniała kolejna przygoda: dzięki bystrym oczkom Broniowym Kochany ugasił rozwijający się pożar (ktoś podpalił jedno z wronich drzew do których zazwyczaj dochodzimy w naszych kocich ekskursjach; tak dumam i dumam, to jest prawdopodobnie cyprysik Lawsona), zagadałam do Ivy, poinformowałam Katlin

czyny dobre, czyny bohaterskie
druga próba wyjścia z kotami, w kierunku przeciwnym do wronich drzew
rozmowa z mamą (w Polsce upał, że trudno oddychać, tatko musiał wczoraj nieść na rękach Gosię Psa, sama nie była w stanie dojść do budy)

ogólnie dobry dzień, choć w biodrze coś się mi przefasonowało
zaś patologia dublińska (szaraczek w kominiarce na hulajnodze) i patologia lokalna (gnojki od minipożarów) zawsze trochę zaburzają moją naturalną wiarę w młode pokolenia

nowa Hjorth kusi mnie niesamowicie, ale jestem twarda: najpierw Cusk

sobota, 11 lipca 2026

2398. Sobota we Wro.

Spóźniłyśmy się na szynobus, potem wysiadłyśmy z tramwaju nr 18 nie na tym przystanku co trzeba, ale poza tym sztos. Byłyśmy we Wro przed otwarciem muzeum narodowego, więc najpierw archikatedra. Następnie muzealna kawiarnia (ja-go-dzian-ka!!) i muzeum też (fotografowanie piesków i kotków) → spacer i grecka restauracja w Rynku → sklep z minerałami w którym kupiłam bransoletkę z akwamarynami → kawa w Cherubinowym Wędrowcu i lody dla mamy → na szybko katedra Marii Magdaleny → tramwaj nr 6 → gołębie w parku Staszica. W tym czasie Kochany wędrował z tatką po suszarni i kawiarni w Tcy. Spotkaliśmy się wszyscy o piątej, gdy minibusem wróciłyśmy ze stolycy do miasta powiatowego. Siedzieliśmy chwilę pod nowymi tężniami.







W domu opycham się ciastem, robię z mamą kanapeczki, zajadam, wieczorem gapię się na trzeci sezon Poirota (8, 9 i 10). Nieróbstwo i hedonizm, własna banieczka. Są, owszem, jakieś przeszkadzajki niewielkie, np. z rana widzę, że nie widzę, kamerka w Kuchniosalonie irlandzkiego domu nie działa, ale na szczęście to jakaś bzdurousterka. Nóżki mnie bolą, mam spuchniętą i siną kostkę palca wskazującego lewej dłoni, oraz bardzo jestem zadowolona.

środa, 24 czerwca 2026

2381. Kocham lato.

Rano mgła weszła do wsi. Widziałam. Budzę się, wchodzę do Kuchniosalonu, jeszcze na śpiocha odpalam czajnik, a tu patrzę, idzie, 

Nie miałam zamiaru dzisiaj szastać kasą, ale napatoczyła się sprzyjająca okoliczność: po południu, przed powrotem do domu, Kochany chciał coś sprawdzić w swojej pracy, zaparkowaliśmy pod Lidlem i przeszliśmy się kawałek, tak się zdarzyło, że obok sklepu sportowego. Przypomniało mi się, że warto byłoby obejrzeć sandałki. Bardzo słusznie. Trafiłam na wyprzedaż, kupiłam Karrimory w sam raz na polskie lato'26. Tartaletki i truskawki z Forge dopełniły przyjemności.

Rozwijamy nasz zwyczajny grafik: obiad, wyjście z koteczkami, ciastka z Forge do kawy (już siódma wieczorem, zadzwoniłam w tym czasie do mamy, pojarałyśmy się planami), wyjazd do niebieskiej plaży (doszliśmy do wniosku, że latem jest tu przyjemniej niż na plaży wsiowej, więcej przestrzeni). Nad morzem koń w galopie, jakiś rodzaj jaskółek tnących powietrze (a może jednak jerzyki?), foka pływająca tuż przy brzegu, bardzo charakterystyczny namiot stoi na wydmie od weekendu. Tuptamy w jedną stronę, tuptamy w drugą, wracamy do domu (ciotka Re słusznie mnie ostrzegała, że Fred lubi chodzić).

Pogoda na jutro będzie miała tak samo jak dziś, może być nawet 27 stopni, więc uważajcie na siebie, ludzie:


Słonko dopiero zaszło, nadal jest jasno, jeszcze z godzina czytania przede mną. Kocham lato.

środa, 17 czerwca 2026

2374. Rozleniwiona przez cukry.

Pochmurno, od czasu do czasu niebo grozi deszczem, popołudnie przyjemnie ciepłe. W drodze do domu zatrzymaliśmy się na chwilę w Termon, żeby kupić coś na obiad i deser. Przed obiadem podanym przez męża zdołałam jeszcze dokończyć czytanie Pięknych dwudziestoletnich Hłaski (Agora, 2014). Między obiad i deser wcisnęliśmy spacer z koteczkami (osiąg Mańkowy: skok z płotu na dach szopki, a następnie dzielny zeskok na dół z szopki owej), po deserze nastąpiła dłuższa rozmowa telefoniczna z mamą (jako pretekstu użyłam samochodu, ale tematyka i tak zeszła na politykę i ostatnie wyczyny prostaka Bąkiewicza; rodzice wypełniają sobie smutek po Maksiu frustracją na istnienie idiotów, nie wiem, czy to dobrze). Wzrost poziomu cukru mnie pokonał, rozleniwił, spacer nad morze został odwołany :) Od zeszłego tygodnia mam ochotę na wykopki kina europejskiego, ale film który mam na myśli ponownie zostawiam na później. Dzisiaj tylko książki.

sobota, 13 czerwca 2026

2370. Lodówka, lato, rozmowy o śmierci.

Sobotę zaczęliśmy dynamicznie: między dziesiątą a dwunastą zapowiedzieli się lodówkowi dostawcy, trzeba było rano wypatroszyć starego Zanussiego i wystawić go przed dom, włożyć szybko psujące się produkty do przenośnej paralodówki i zagadać do Anne czy jeszcze śpi, bo w jej zamrażarce przebywały nasze wkłady chłodzące. Kochany w międzyczasie wyjechał do pracy; pokicałam do sąsiadki po rzeczone wkłady, przy okazji pogłaskałam jej koteczkę, która właśnie piła wodę z kranu; rozmawiałyśmy z Anne tylko chwilę; poranek rześki, w sam raz na spacer nad morze, ale że utknęłam w Kuchniosalonie z produktami wyciągniętymi z lodówki, które idealnie nadawały się na zabawki dla Broni, wydarzenie zostało odwołane ;)

Fish był wczoraj live on Friday. Ładny dom, ładna wyspa, inne życie.

Panowie przyjechali przed jedenastą, szybko i sprawnie załadowali stare, wtoczyli do Kuchniosalonu nowe (młodziak dostał ataku kichania gdy tylko wszedł do naszego ogródka). Trochę mi zeszło na odpakowywaniu i postawieniu sprzętu tam, gdzie jego miejsce. Wykorzystałam nabytek, jako pretekst dla telefonu do mamy, która była dzisiaj rozmowniejsza, opowiedziała mi o śmierci Maksiutkowej i innych przemyśleniach. Temat ciężki, ale adekwatny, takie rzeczy trzeba wygadać. Wysłałam jej kilka zdjęć Maksia z ostatnich pięciu lat. Cieszę się, że mama nie odrzuca pomysłu adoptowania innej jakiejś pokraki potrzebującej domu, choćby i miała być ze Szczecina. Rozgląda się. Rozglądanie się jest rzeczą dobrą.

Wybrałam się na chwilę do rzeźnika rodzinnego, kolejna okazja dojścia do plaży przegapiona, był tylko spacer wsiowy z okazji którego specjalnie nadłożyłam drogi dwa razy przez osiedle :) W osiedlu mijałam dom Polaków i niestety muszę stwierdzić, że ci akurat potwierdzają stereotypy (pan w ogrodzie na tyłach głośno bełkotał coś do siebie okraszając niezrozumiałe zdania kurwami, wczesne popołudnie, dziwny moment na głęboką intoksykację).

Po powrocie Kochanego z pracy obiad, spacer z kotami połączony z sąsiedzką pogawędką, po czym na wieczór znowu poszliśmy na spacer, tym razem tylko we dwoje, zobaczyć nasze morze. W drodze zauważyłam Caroline siedzącą przed domem, robiąca na drutach, Kochany ją zignorował, ale wracając zaproponował ścieżkę alternatywną. W wodzie dużo glonów, fale płaskie, horyzont przejrzysty, kutrów brak, tylko jedna większa jednostka bujała się na tle naleśnika Howth. Niewiele osób; inaczej we wsi, sobota, więc tłum buczał u Przemytników, i po drugiej stronie pub też szumiał gawiedzią. To samo z Szarkeyem, wieś wszerz i wzdłuż oblazła samochodami zaparkowanymi przy drodze. Doszliśmy do domu o dziewiątej, a tu nadal jasno. Lubię kręcenie się to tu to tam, mam szczęście, że wybrałam Kochanego, który lubi kręcić się ze mną.

piątek, 12 czerwca 2026

2369. Piątek dwunastego.

W uchu od poranka Imię róży Eco. Bez napinki, książkę znam, audiobooka będę trawiła dłużej dla samej przyjemności słuchania głosu Gosztyły. 

Dzień miałam od samego początku pogodny, bo wiedziałam, że nie muszę niczego przygotowywać; kawusia z Pe, Teresa ogarniała, ja zarządzałam. W domu relaks; spacer z koteczkami, poza tym dość byłam objedzona burrito, więc nie mieliśmy z Kochanym wspólnego obiadu, dojadaliśmy resztki różności. Jedynym cieniem na popołudniu była rozmowa z mamą, która zdecydowanie nie była w nastroju, jest to dla mnie zrozumiałe, ale też niepokoi. Ach, i jeszcze Katlin wspomniała, że po osiedlu przemyka pomysł ścięcia wronich drzew, które patrzą na nas przez okno w sypialni. Że niby za wysokie są, i coś tam coś tam, mogą się przewrócić coś tam. Oj, bardzo jestem na nie.

Skończyłam czytać The Sea Banville'a (Picador, 2006). Zerknęłam na zwiastun Mistrza i Małgorzaty z Augustem Diehlem ... samo wyszło po tym, jak przeczytałam o śmierci Michałowskiego.

czwartek, 4 czerwca 2026

2361. Postęp.

Obudziłam się po pierwszej w nocy i już nie mogłam zasnąć, drzemka przed ostateczną pobudką była płytka i mało satysfakcjonująca. Dzień mimo wszystko się rozbujał, nie odczuwałam większych przykrości z powodu niedospania. Rano jechałam do pracy autobusem; podziwiałam świeżo zamontowane oznaczenie naszego przystanku i zawieszony na słupie jak najbardziej aktualny rozkład jazdy (teraz to jesteśmy paniska, a nie jakieś wsioki, które wiedzą, gdzie należy czekać na autobus i kiedy, bo mieszkają po sąsiedzku ... do tego dzisiejszy pojazd miał aktualny rozkład gadany, przemiły głos informował mnie w dwóch językach jaki jest an chéad stad eile).

Dalsza część serialu remontowego. Ciepło wróciła do domostwa — wprawdzie w ogródku nadal stoi rusztowanie, ale pompa już ruszyła. Wygląda na to, że zupełnie niechcący wymienimy sobie kuchenkę z gazowej na elektryczną, zmiana nieplanowana, ale w sumie ma sens. Dziewczyny mega zestresowane, tym bardziej, że tym razem hałasu było więcej, panom udało się nawet zastartować alarm w Kuchniosalonie.

Dobrze, że na ten czas wypadło Fredowe wolne, inaczej musielibyśmy partaczy zaprosić na inny termin. A tak Kochany siedział z myszami i robił im terapię grupową, znękany był tym jednak setnie. Czekając na niego po południu zaszłam do meksykańskiej, kupiłam burrito i wróciłam do biura na konsumpcję, potem już razem pojechaliśmy do Costy (mąż musiał się zrelaksować przy kawie). 

Po powrocie do domu żadnych wydarzeń poza spacerem myszowym i prawie godzinną rozmową z mamą (tatce wyszły w badaniu jakieś zmiany, ale w sumie chyba nie o to chodziło; dowiemy się czegoś więcej w przyszłym tygodniu). 

Maszeruję goła do łazienki i odkrywam, że prysznic nie działa. Jutro będziemy mieli nowy. Zmiany, zmiany, zmiany, trudno nadążyć.

wtorek, 26 maja 2026

2352. 9 lat.

Drugi upalny dzień. Byłam w pracy sama na włościach, z klientami oczywiście, więc gdy odkryłam, że nie mamy połączenia z Internetem, stresu było więcej niż gdybym była sama. Internet wrócił, wysiadł telefon stacjonarny. Poza tym typowe sprawy, emilki, zapytania i takie tam. Miałam na sobie lniane spodnie, więc byłam w łaskawym nastroju (Dżejmi z ubrań zimowych zmienił tylko czapkę, na prawie wiosenną; niewola zbroi jest straszna). Pod koniec dnia pracowniczego zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia z okazji DM. Też była w pracy, za biurkiem, ładnie umalowana, profesjonalna. 

Kochany porwał mnie do domu (chustę mam przywiązaną do szlufki u szerokich spodni, powiewam, łopoczę), zrobił obiad, wyszliśmy z koteczkami do ogródka (pierwszy raz w tym roku założyłam szorty, nogi jeszcze zimowe, szorty letnie, ale nic to, ciepło słoneczne na odkrytej skórze ważniejsze jest od autoprezentacji).

Wieczorem relaks przy laptopie, pralinkach, The Great British Bake Off z Januszem (13.8). Rozchełstana z gorąca kończę czytać Mykwę Rudzkiej (W.A.B., 2023), książkę bardzo dziwną.

piątek, 22 maja 2026

2348. Początek weekendu.

Aj, po trzeciej zajrzałam do Bootsa, kupiłam krem z filtrem, ale też mascarę Elfa i teraz testuję, czy oczy nie będą mi łzawiły (na razie jest ok, kto wie, może znowu będę piękna!). Kochany pojawił się, gdy wracałam do biura zgarnąć papiery. Z miasta od razu pojechaliśmy do portu, żeby zjeść obiad.

Pogoda jak na obrazku poniżej. Dziwnie, szaro, raczej ciepło, wrażenie takie, jakby miała nadejść burza. Morze lekko faluje, góry Mourne zasnute grubą warstwą mgły. W porcie codzienna praca, ludzie pakują i rozpakowują dziwne ładunki, irenki wylegują się brzuchami do góry, czekają, mewy prowadzą obserwacje z powietrza.

Byliśmy najedzeni, czyli koci patrol odbył się od razu po naszym powrocie do domu. Reszta dnia rozlazła, nie wiem na czym minęły mi kolejne godziny. Wieczorem w końcu dodzwoniłam się do mamy; rozmowa turlała się bez konkretnego celu, podczas gdy mama mieszała w fasolce.

Dobrze jest, cieszą mnie drobne rzeczy, że np. dzisiaj mogę siedzieć tak długo, jak tylko mam ochotę, albo, że są plany na jutro.