Strony

niedziela, 31 sierpnia 2025

2084. Lubię ...

... nasze spokojne, niedzielne poranki, gdy oboje nie pracujemy, wolno wygrzebujemy się z pieleszy. Pierwsze pół godziny zeszło mi na kocóreczki (nazwa, której Kochany użył wczoraj po raz pierwszy), koty sąsiadki i robienie herbaty. Jeszcze nie wiem, co na śniadanie.
___
edit 14:10 Kochany właśnie robi obiad. Skończyliśmy oglądać Drzwi w podłodze (2004), film z Jeffem Bridgesem będący częściową ekranizacją książki Irvinga, którą doczytałam po północy. Ciekawe jest takie bezzwłoczne porównanie obrazów wykreowanych przez własną wyobraźnię, z wyobraźnią twórców wizualnych. Poza tym jeszcze raz zajrzałam do sąsiadki; usiłowałam znaleźć obróżkę zgubioną przez jednego z kotów, dość ważną, z airtagiem, umożliwiającą im  korzystanie z kocich drzwiczek. Wiatr pizga, protestuję, więcej nie wychodzę.
___
edit 17:05

Tymczasem, sierpnisko nam mija:


___
edit 21:35 nadprogramowo, obejrzeliśmy biografię Boba Dylana, A Complete Unknown (2024), którą mamy na płycie dvd. Równie nadprogramowo wyszłam w ciemności do sąsiadki (byłam u niej dwie godziny wcześniej), żeby sprawdzić, czy obroża z airtagiem naprawdę ponownie pojawiła się w domu (nie ma śladu, być może "wędrująca" obroża jest tam cały czas przykryta czyimś ogonem; podrzuciłam saszetkę jednemu z kotów, który był nieobecny podczas wcześniejszej wizyty). Wyskoczyłam na chwilę, ubrana jak Kociary Bator: na głowie narciarka w neonowym kolorze, pod kurtką przeciwdeszczową szlafrok, rozciągnięte domowe gatki z lampasem i ogrodowe klapki z plastiku; sztos end ot kotjur :D
___
edit 22:05 właśnie wróciłam z ponownej wizyty u sąsiadki. Alarm pożarowy. Spotkałam sąsiadów, zajrzeliśmy do kuchni, obwąchałam kąty, system ma zwidy, życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego i haha. 

sobota, 30 sierpnia 2025

2083. Sztorm Gerben ...

... nie był przeze mnie oczekiwany. Uświadomiłam sobie jego istnienie przed południem, gdy za oknem nasilać się począł wiatr i deszcz. Niedogodność, ale ostrzeżenia były tylko dla floty, na lądzie nic ciekawego; pogoda w sam raz do zalegania w sypialni i leczenia smarków. Tak też robiłam po śniadaniu: książka, drzemka, książka, drzemka, aż do drugiej po południu, gdy stwierdziliśmy, że trzeba wyjechać do miasta, kupić przynajmniej chleb i chusteczki do nosa. Przytrzymując kapelutki wsiedliśmy do Babci i zawędrowaliśmy do El Paso, by przy okazji kawy zrobić sobie przerwę na całkiem smaczny lunch (frytki ze słodkiego ziemniaka bardzo bardzo):

Po zakupach, pomni, że w drodze do miasta widzieliśmy na pasie powrotnym poważny wypadek i duży korek, wracaliśmy drogami n-tej kategorii przez prowincjonalne krajobrazy. W czasie tej podróży niebo częściowo się rozpogodziło: granatowe chmury na horyzoncie, bałwany morskie, a my z naszą Babcią skąpani w słońcu (po piątej znowu na chacie).

Reszta soboty to moje zaleganie i lektura, przerwane telefonem do mamy, przejętym później przez tatkę. Dzięki dociekliwości tatki zauważyłam, że jeszcze w lipcu ktoś z Archiwum Państwowego w Przemyślu odpowiedział mi "w sprawie" (przegapiłam tego maila). Poza tym pokazywaliśmy rodzicom Siuśkę Maniuśkę i Brylską Bronisławę; poza tym zaszłam "z mamą" do sąsiadki, żeby nakarmić koty. Przyjemnie. Po ósmej orient, że nie jedliśmy w zasadzie obiadu. Trudno, kalafior przeniesiony został na jutro. Miałam monofazę: wyjadłam cały pasztet i prawie wszystkie ogórki kiszone.

Wyniki lekturowania się: z sześciuset czterdziestu stron e-booka Jednoroczna wdowa Johna Irvinga (Prószyński i s-ka, 2016) przeczytałam dzisiaj z trzysta, zostało mi ok. pięćdziesięciu. Albo zaraz dokończę czytanie tej powieści, albo, co mniej prawdopodobne, przeniosę przygodę na niedzielny poranek. Jakkolwiek by nie było, mam poczucie osiągnięcia zamierzonego celu ;)

piątek, 29 sierpnia 2025

2081-2082. Chora.

W czwartek marzył mi się weekend. Zasmarkałam się dokumentnie, więc po pracy (było łażenia w deszczu, z biura do Biura i z powrotem) ... poszłam z Kochanym na kawę do Costy przy Tesco. Byliśmy też chwilę w TK Maxxie. Potem obiad zrobiony przez Kochanego i moje zaleganie. Na nic nie miałam ani siły, ani ochoty (wieczorem wyszłam nakarmić koty Anne, ale nie zdobyłam się na więcej).

Dzisiaj mogłam pospać trochę dłużej, ale w końcu i tak trzeba było jechać do pracy. Merytorycznie, piątkowa burza mózgów w koledżu była stratą czasu, ale spotkałam dawno już nie widzianych Lorejn, Saren, Dejwa, czyli opłacało się wziąć z domu torbę na laptopa i ciągnąć sprzęt w tę i z powrotem jako rekwizyt uwiarygadniający. Skończyłam przed drugą i udałam się na azymut. W drodze napotkałam jeszcze Kalema; złapał mnie drobny deszcz (najgorsze pięć minut przeczekałam we wnęce pod sklepem). Wypiliśmy z Kochanym kaffki w Czarnej gapiąc się na ludzi za oknem.

Mini-twister sprzed kilku dni ułamał czubek jednej z jabłonek — po spacerze z kotami (niebo, mewy, szpaki, samotny gawron zawodzący, poświata jesienna, drobne sieci pajęcze na brązowiejących hortensjach), Fred uwolnił golden delicjusza od tego ciężaru. Nadal dokarmiam koty sąsiadki, poza tym dwuminutowym obowiązkiem unikam wszelkiej pracy domowej.

Mam dwa dni na jako takie wykaraskanie się z zasmarkanego marazmu (cieszę się, że za to Maniutce katar zelżał). Idę czytać nudną książkę, której nie mogę skończyć od kilku tygodni.

środa, 27 sierpnia 2025

2080. Normalizacja.

Dopadła nas jesień i zmienna pogoda, czyli wróciła irlandzka aura — w trakcie drogi do pracy oberwanie chmury, w południe w mieście nawet przyjemne słoneczko, po powrocie do domu deszcz, potem znowu spokój i niebo, o, takie dziwne:

Kochanego zdumiał widok trampoliny wyrzuconej na teren zielony przy wjeździe na nasze osiedle i jakieś walające się śmieci. Dopiero FB i Anne uświadomili mnie, że rano, kiedy pokonywaliśmy głębokie kałuże w Termon, pod naszymi oknami wystąpiło mini-tornado, które zerwało sąsiadce lampki z tarasu, a nam przypłaszczyło hortensje. No proszę.

Dotelepaliśmy się prowincjonalnymi drogami do domu, a tam na łóżku czekały na mnie prezenty: trzy T-shirty, dwa z kotami i jeden taki jak poniżej, bo Kochany kupił i sobie większy rozmiar:

O, to na wizytę u teściowej, zauważyłam mając na myśli oczywiście świekrę i naszą wizytę "bliźniaczków". Że kotki takie raczej asertywno-demoniczne, też pojadą ze mną na wyprawę za granicę.

Wieczorem na chwilę zaszłam do Anne ustalić, kiedy właściwie wyjeżdża i poprosić o jasny sygnał, bo mi takie rzeczy z głowy wypadają. Od jutra wieczór będę wpadać do niej, żeby podkarmić czworonożnych lokatorów. Poza tym, nihil novi. (w pracy o poranku znowu zajrzał Czarli i przyniósł nam słodycze; poznałam Dżejmiego, chyba będzie się nadawał). Od poniedziałku drapie mnie w gardle, chcę sobie wyobrażać, że zaraz minie. Właśnie zachciało mi się parówek i będą parówki, już się pyrlą w garze. Zrobiłam Kochanemu herbatę, gdyż nie mógł wstać — przebywa pod kotem, konkretnie pod drzemiącą Maniuśką. Bronisława, jak zwykle o tej porze, w oknie na czatach nietoperzowych. Życie rodzinne plum plum.

wtorek, 26 sierpnia 2025

2079. Wydarzenia wtorkowe.

Kochany wyjechał mega wcześnie do pracy, żeby odrobić sobotnie zawirowania. Pojechałam i wróciłam autobusem, podziwiając poranne i popołudniowe krajobrazy za oknem. 

W pracy nudy (jedną z irytujących cech tego zajęcia jest, że albo nawał spraw, albo flauta na morzu i śmierć mózgowa). 

Widoczki: rzeka Boyne pękała w szwach, nad morzem granatowe chmury. Zasmarkaniec czekał na mnie w oknie Kuchniosalonu (ostatnio czyszczę Maniusi te gluty, wycieram oczka i nos). 

Ach, szybko wrzuciłam kawałki wołowiny na patelnię, bo dwie godziny się to musi pierniczyć, żeby gulasz był jadalny. Gulasz, kasza gryczana, kiszone ogórki. Po obiedzie spacerek myszowy połączony z rozmową z rodzicami (najpierw mama, potem przejął nas tatko). I ciekawa sytuacja się wydarzyła: Bán się pojawił i był bliski kontakt z Manią (dotknięcie nosami, którego nie zdążyłam obfotografować; strzeliłam fotkę chwilę później, gdy Maniuchna już zdążyła się przestraszyć). Wzruszyłam się: Bán zmężniał, chodzi teraz z taką godnością, jak wujek Rysio.

Kochany rozmawiał ze zbolałym Perlistym — przyjaciel ma problemy zdrowotne, rozważa operacje-sracje, tymczasem zaś jak zwykle przed kamerą siedział bez koszuli i wyjaśniał nam, że czytanie, mój borze, czytanie to byłaby fajna rzecz, że Dostojewski to wiadomo, a teraz Miłosza czyta, i chciałby zamknąć się w Białowieży, żeby mu kurier przynosił jedzenie i wodę mineralną; ale niestety, praca, casu mało.

Przez chwilę cieszyłam się z fake newsa jakoby Colin Farrell i Cillian Murphy mieli zagrać w kontynuacji Banshees. Argrgrghh! Kanalie.

Myszy bawią się zatyczką od długopisu. Kupi im człowiek piłeczki, entuzjazm ograniczony, za to taka zatyczka!

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

2078. Meteo, praca, dom.

Na wyspę nadbieżały pozostałości huraganu Erin. Nic o tym nie wiedziałam aż do czasu, gdy trzeba było się zdecydować, czy wychodzimy z myszami. Trochę wiało. Z drugiej strony, wysechł nam ładnie ciężki koc, który Kochany wywiesił przed południem. Z innej jeszcze strony, media zapowiadają, że to ostateczny gwóźdź do trumny meteorologicznego lata. 

Dzień raczej pokrzepiający. Zaprosiłam Szefa na kawę, pomna, że zostało już tylko trzy tygodnie współpracy; poszłam z buta do Biura, niby odebrać papiery, ale tak naprawdę zrelaksować się spacerem (w tamtym czasie aura nadal złota i zachęcająca; przy okazji poznałam Polkę z recepcji); pod koniec pracy miałam jedną rozmowę z narybkiem (dopisuję go do grupy, kamyczek z serca). 

Pojechaliśmy z Kochanym do polskiego sklepu; potem już tylko domowo, wciągnęłam sklepowe krokiety do sklepowego barszczyku, łaziłam po Kuchniosalonie w krótkich gaciach, przepłoszyłam domokrążców (wystarczyło powtórzyć akwizytorom Vodaphone I am happy dwa razy). Ach, jeszcze z poranka wiadomość jest taka (Kochany z tego powodu musiał rano czatować przy drzwiach), że wymieniono nam miernik gazu: maluchy były wstrząśnięte, że ktoś okrążą ICH dom.

niedziela, 24 sierpnia 2025

2076-2077. Przez weekend.

Sobota
szara i lepka. Nie mogłam wywiesić prania na zewnątrz, paprochy deszczu groziły powrotem w każdej chwili. Zrobiłam spacer po okolicy i zakupy w jednym (wybrałam się do rzeźnika po filety steka wołowego). Zaczęłam słuchać po kolei solowych płyt Fisha (na razie pierwsze trzy). Kociaki są bardzo namolne, gdy nie śpią, bardziej Maniutek, który odnalazł szczególną przyjemność we włażenie mi na ramię i gnieżdżeniu się za moją głową, gdy siedzę przy laptopie. Pod wieczór już zupełnie zaciągnęło się deszczem i nie mogliśmy wyjść z kotami na spacer. Kochany zmęczony, mimo wszystko jednak coś mu się tam kołatało po głowie, bo poszedł spać później ode mnie.

Babcia ma szczęśliwie wymienione klocki hamulcowe.

Niedziela
jaśniejsza. Od razu nastawiłam drugie pranie z myślą, że będzie można coś wynieść na dwór. Sny miałam dziwne, generowane stresem pracowniczym; na dobre przebudziłam się po ósmej, gdy Kochany właśnie wychodził do pracy spakowawszy do torby resztki cold brew (wczoraj małżonek z dumą spakował pierwszą porcję domowego wyrobu — niedawny zakup dzbanka do cold brew w Dublinie najwyraźniej będzie dobrze spożytkowany). Spacer nad morze z mamą (pokazywałam jej widoki). Przeglądanie zawartości szafy (włożyłam nowe paski przeciwmolowe między ubrania w jednej z szaf, powinny wystarczyć do późniejszej zimy). Robienie obiadu (przepieprzyłam sos do świderków!). 

A skoro pogoda lepsza, po powrocie Kochanego i obiedzie, oczywiście wyszliśmy z myszami; zdarzyło się nawet, że dziewczynki zobaczyły po raz pierwszy brudnego Jacka Russella sąsiadów.

Siedzę przed laptopem, z rozmruczaną Bronisławą na kolanach. Włos mokry, w brzuchu nieco pustawo (zjadłam ograniczoną ilość makaronu na okoliczność przekombinowania), myśli krążą już wokół poniedziałku. A sio, myśli! Idziemy czytać książkę!

piątek, 22 sierpnia 2025

2075. Ostatnia rozmowa ...


... kwalifikacyjna była stratą czasu (ktoś inny dostanie propozycję); przy okazji schodząc z górki zauważyłam młodą mewę i zaczęłam się w swojej chorej głowie zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest ta mewa, nieszczęśnik sprzed tygodnia. Żwawa, żebrząca, nie fruwa, ale jak najbardziej używa dźwięków. Pomyślałam sobie: cudnie, przeżyła, uprawia zbieractwo, zakręciłam więc na wysokości kościoła i weszłam do ukraińskiej kawiarni. Kupiłam sausage rolls, trzy, jedną rzuciłam mewie, resztę zabrałam ze sobą. Zapewne nie jest to ta sama mewa, ale chciałam mieć pozytywne zakończenie historii, że ptak żyje sobie na górce i chodzi po zielonej trawce, czyli świat nie jest taki zły (zdjęcie jest z momentu wchodzenia; lubię pracownicze spacery, głównie dlatego, że na razie nie pada, a przechadzka przez zieloną część miasta działa na mnie medytacyjnie).

Wczoraj w Babci zaczęły piszczeć hamulce; Kochany spał dłużej, potem wyjechał do El Paso, zapytać mechanika co to takiego i za ile. Samochód będzie naprawiany jutro, może szybko i może niedrogo; na razie po pracy podeszłam do parkingu przy dworcu autobusowym i od razu pojechaliśmy do domu, pomni, że trzeba się ogarnąć przed spotkaniem z Ka&Jot. 

Przed spotkaniem wyszliśmy też do ogródka z myszami. I tutaj osiąg: Mania dwa razy wykonała numer ze skakaniem na murek oddzielający nas od sąsiadów. Zrobiła to dokładnie tak, jak Rysio. Bez treningu, bez nieudanych prób. 

Pogoda marzenie; wprawdzie rano chłodno, ale w południe słonecznie, a później przyjemna, nieco duszna szara cisza (aura przypomina mi jesienne popołudnia w Polsce). Zajechaliśmy do centrum od mańki, bo i tutaj korkowa wścieklizna (wyszłam z samochodu za zakrętem, żeby poinformować przyjaciół czekających w suszarni, że Kochany nadal szuka miejsca parkingowego).


Stół zarezerwowany na sześć osób, czworo dorosłych i drobnica (wizyta w restauracji była z okazji rozpoczęcia nowego etapu szkolnego przez Seamusa); każdy zamówił, co sobie wymarzył, objedliśmy się, docisnęliśmy deserem, super było. Po wyjściu z suszarni rozdzieliliśmy się na chwilę (każda grupka szła do samochodu zaparkowanego w innej części miasta), żeby spotkać się jeszcze raz, u przyjaciół na herbacie. Pożyczyłam od Jot najmniejsze szydełko (może coś wyjdzie z naprawy Fredowego T-Shirta) i do domu, z Marillionem w głośnikach. Hamulce jakoś nie skrzypią. Ale czas na nie. 

czwartek, 21 sierpnia 2025

2074. Plusy dodatnie.

Rano przeczytałam bardzo miłą wiadomość od sąsiadki, która poinformowała mnie, że ma dwa miejsca na lokalny koncert. Jeśli tylko nie jest to disco polo, ja zawsze koncert za darmoszkę bardzo chętnie (coś ostatnio mało uczestniczymy, może jesień nas rozrusza w tym temacie). Czyli początek września będzie miał elementa artystyczne. Dobrze, bo już mi mózg paruje.

Efekty lekkiego pobudzenia w pracy są owocne: odkryłam na jednym z mailowych adresów info od banku, że ubezpieczenie podróżne nam wyszło po angielsku. Zawsze to lepiej wiedzieć późno niż później, zostało sporo czasu na wykupienie nowego przed kolejnym lotem. Poza tym przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić kartę EKUZ. Również wyszła. Już odhaczyłam podanie o nową (proces prosty jak dłubanie w zębie).

Ponieważ Kochany pracował, a do tego pogoda była ładna, po mojej szychcie wybrałam się z buta na obrzeża cywilizacji. Spotkaliśmy się i w żółwim tempie przesunęliśmy się w kierunku domu (zaczęły się zwyczajowe korki w tej części miasta, koniec wakacji; z parkingu wyjeżdżaliśmy pół godziny, bez żartów). Na miejscu ogarnianie (karmienie, kup usuwanie, obiadu robienie, obiadu jedzenie, wyjście z kotami do ogródka, pyk i po dniu). Teraz tylko lektura (książka się nieco rozkręciła), prysznic i spać. Na razie, Bronka w oknie, a Mańka (ta co ciągle potrzebuje pomocy) wtulona, zasnęła na kolanach.
___
edit 21:35 Prysznic i spać? Buahaha! Gotuję jaja na twardo. Poza tym patrzymy na koty, bo to lepsze niż kino. Bronisława ściągnęła z szafy jedną z karteczek samoprzylepnych (z moimi notatkami, jak sobie radzić w razie blokady komputera). Ostatnio zauważyłam, że parę takich karteluszek (akurat z chwytami gitarowymi Freda, notatki, które były przylepione na szafie zanim się tu wprowadziłam) wala się po podłodze. Czyli to tak. Za chwilę Bronisława usiłowała powtórzyć swój numer, a gdy wstałam, schowała się w zakrytej kuwecie. Mała spryciula.

O cholera, Soyka nie żyje :I, krzyczy Fred.

środa, 20 sierpnia 2025

2073. W poszukiwaniu zen.

Ach, praca. Tzn. nic takiego, ale od rana mam przemyślenia (start projektu może być przeniesiony na kolejny tydzień, a ja mam już nerwy i zaczynam się rozglądać za innym zajęciem, serio). 

Dostaliśmy z Fredem info, że z lipcem wygasła nam licencja na tv i se musimy wykupić nową. Telewizji nie oglądamy, do tej pory licencji nie opłacaliśmy, ale sytuacja się zmieniła, a mamy telewizor (podłączany do odtwarzaczy), czyli rachunek uregulować trzeba. Rocznie €160. Oh, well. 

Poza tym wszystko pięknie. Ostatni mleczakowaty kieł Bronki mocno siedzi, ale to jego pożegnalne podrygi. Była rozmowa z mamą. Był spacer myszowy (dziewczyny coraz bardziej się rozbrykują, dzisiaj już szurały po trawniku sąsiada z prawej). Była drzemka, która mnie zaskoczyła na tapczanie w Kuchniosalonie. Obiecuję sobie, że jedno ciasteczko i idę wcześniej spać, co by nerwy ukoić, gdyż nic nie poradzę. A tu ciasteczka ni ma. Czyli trzeba będzie wdrożyć bez ciasteczka. 

wtorek, 19 sierpnia 2025

2072. Sześćdziesiąty dzień lata.

Przegląd blogów poranny skierował mnie na myśl o mijającym czasie (Natthimlen napisała coś na ten temat). Trzydzieści lat od matury* i od śmierci dziadka Józka.

Powinien być już czwartek, ale ogon się ciągnie wtorkowy: w pracy znowu intensywniejszy dzień, tym razem na wychodnym. Przy okazji kontaktów międzyludzkich, machania, uśmiechania się, potwierdzania imienia, natknęłam się na dziewczynę z którą dobre sześć lat temu pracowałam w mojej pierwszej pracy w Irlandii. W tamtym czasie L. robiła wszystko, żeby nie musieć pracować zawodowo; odnalazłam ją dzisiaj dokładnie w tej samej sytuacji, najwyraźniej zdziwioną progresem świata.

Czyli pół dnia przemknęło, wróciłam z Kochanym do domu, chwilę się zdrzemnęłam, zrobiliśmy obiad, zjedliśmy, nie opanowałam się, żeby nie pójść do sklepu po loda włoskiego w wafelku, choć wcale nie jest aż tak ciepło (pogoda odwróciła się ogonem), wyszliśmy też z myszami do ogródka. Skoro wczoraj była Bronia, dzisiaj fotka ślicznej Mańki, która lubi pokazywać brzuszek:

Na wieczór Kochany włączył koncert, żeby Bronia mogła sobie obejrzeć; takoż, pierwszy rząd na koncercie Tiltu:

Sterana jestem; muszę swój wschodni łeb zamienić na łeb gaelicki.
Może jednak granola? A i owszem, zrobiłam, jemy.

Kochany zauważył, że wieczorem Bronia siedzi w oknie i czeka na nietoperze.

* a nieprawda, bo trzydzieści jeden, co odkryłam tydzień!!! później.

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

2071. Poniedziałek.

Pomyślałam nagle o Fishu, czy obudził się na Hebrydach Zewnętrznych. Może dzisiaj nawet bym chciała obudzić się na Hebrydach Zewnętrznych.
___
edit 18:50 dzień pracowniczy był gęsty — z biura do Biura i nasiadówka przy rozmowach o pracę. Nieprzyjemna rzecz, szczególnie, gdy siedzi się w centrum panelu. Ale poszło. Zamiast spieszyć się ponownie z Biura do biura, przystanęłam w zapoznanej w piątek kawiarni i rozpłaszczyłam się na chwilę z kawą i tartoletką owocową. Po południu Kochany przyjechał do miasta, poszliśmy zapłacić za ubezpieczenie Babci (tuż przed naszym spotkaniem, zostałam złapana za rękaw przez nieznaną panią, którą mi oświadczyła you look stunning!; bardzo to było miłe, sękju weri macz) i podjechaliśmy w inne miejsce, kupić prowiant koci, gdyż małe myszy mają wielkie brzuchy. Przy okazji do Costy, kawa dla Kochanego, smoothie dla moi. Patataj do domu, Kochany wziął się za gotowanie obiadu, ja wzięłam się za czekanie, i tak do jestem już po nagrodzie, bo umierałam, a wątróbka przywróciła mnie do świata żywych.
___
edit 20:30 Myszy były na ogrodowym treningu, Fred dokupił dzisiaj kolejną smycz automatyczną, więc także Bronia zażywała więcej swobody. Koty dobrze bawiły się w ogródku, aż zauważyła nas Anne i podeszła zagadać do sąsiadów. Wyniknęła z tego bardzo miła rzecz, która jest remedium na poranne rozważania. Rano bowiem doszłam do definitywnego postanowienia, że hotel dla kotów w czasie naszej nieobecności nie wchodzi w grę; myślę, że w ułożeniu sobie tej sprawy pomógł mi prezent od Ka. Zainstalujemy kamerkę, rozłożę parę podkładów w newralgicznych miejscach i dziewczyny będą się czuły znacznie lepiej mogąc przebywać w bazie, którą znają (Mania oczywiście zasika pół Kuchniosalonu, trudno). A skoro w mojej głowie wykiełkował już rozumny plan rozglądania się za opiekunem, zaczęłam od pierwszej nadającej się do tego osoby, od Anne. I od razu trafiony. Anne sprawdziła kalendarz i może zaglądać do dziewczyn.

niedziela, 17 sierpnia 2025

2070. W niedzielę o niedzieli.

Dzień zaczęłam nie tak późno, myślę, że obudziła mnie nieobecność Kochanego (który zaraz wrócił do łóżka). Podczas śniadania przypomniało mi się, żeby kliknąć na link od Hebiusa: nagranie z Festiwalu Bachowskiego w Świdnicy (parówki był dzisiaj podawane z barokiem).

Kochany postanowił ustalić miejsce na tyłach domu na zakupioną niedawno suszarkę ogrodową. Miejsce jak miejsce, gorzej z instalacją. Kopiąc dołek mąż ciągle napotykał kamienie, wbijanie metalowego kołka zajęło wieki i zabrało mnóstwo energii (młotek od Anne został pożyczon, a nawet ważniejsze, bo drewniana deska tysz). Już stoi!

Pomimo zmęczenia, Kochany miał ochotę przejść się ze mną na plażę. Najpierw zatrzymaliśmy się w kawiarence, na sok jabłkowy i kawę: 

Doszliśmy całkiem daleko, po drodze ściągnęłam sandały i człapałam na bosaka, przyjemnie. Oto widok z naszej Stacji Suszenia Stóp oraz Otrzepywanie ich z Piasku:

W drodze powrotnej szliśmy przez wieś pod prąd, reszta mieszkańców, schludnie ubrana, zmierzała w przeciwnym kierunku. Przypomniałam sobie ogłoszenia o dzisiejszym grobbingu, Cemetery Sunday, bardzo irlandzkim zwyczaju święcenia grobów, które odbywa się w miesiącach letnich. Rodziny odwiedzają się wówczas, przyjeżdżają nawet z daleka, jest muzyka, można se walnąć kielicha, a na grobach poza kwiatami przybywa tokenów (drobnych przedmiotów, które mają przypominać o zmarłym). Nom, to był ten dzień.

No i nic, nie ma wydarzeń. W domu wskoczyłam pod prysznic, coby mieć na jutro włosie raczej czyste, zjadłam obiad i przebimbałam resztę niedzieli. Oto zdjęcie Broni na deser dnia (górne kły też już po wymiance, nie wiadomo kiedy się to wydarzyło, nowa para kielców w zaawansowanej fazie wzrostu):


Bo Bronia jest śliczna i mądra. I lubi kino. Gdy Kochany włączył odtwarzacz płyt cd, koteczka weszła na oparcie tapczanu i chwilę czekała, czy będzie kino. Nie ma kina, tylko leci muzyka z głośnika. Rozczarowanie kocie. Soyka na dobranoc (jakieś głąby strzelają fajerwerkami). Niech nam nie przeszkadza groźny pomruk świata, niech nam nie przeszkadza, kocham.
___
edit 22:10 przerwaliśmy sobie na chwilę, bo Maciek Stuhr :D

2069. W niedzielę o sobocie.

Na śniadanie wczorajsza Fredowa sałatka grecka i bagietki podrasowane masłem czosnkowym (podgrzane we frajerze), plus parówki i ser halloumi, na ciepło oczywiście. Zacne, zacne. Sobota przemile przebimbana. Po śniadaniu Maniowe całusy. Do wczesnego popołudnia netowałam, zajadałam winogrona, przyglądałam się ospałym kociakom. 

Fred przygotował i smażył wołowe kotlety mielone; zajrzałam na chwilę do ogródka (pielenie i podcinanie, kwadrans przyjemności; gdy tak chodziłam po ogródku, rozsłonecznionym, cieplutkim, pod błękitnym niebem, przypomniało mi się, że od wielu miesięcy nie rozstawialiśmy krzeseł i stolika, Fred nie popijał na widoku swojej yerby; dla Ryszarda to robiliśmy, bez niego jest inaczej). Telefon do mamy (njus z tego tygodnia: z grobu pradziadka i jego niewidomej siostry w Zirkwitz, zniknęły marmurowe wazony; pewnie przydały się na innym grobie jakiejś rozmodlonej rodziny; żebysz mieli parchy!); obiad; idę za winkiel kupić loda dla siebie i zimny napój dla Freda; myszowe wyjście do ogródka; w końcu przed szóstą byliśmy gotowi do wyjazdu.

Po drodze niebieska plaża (wiało):

W Lidlu niespodziewanie natknęliśmy się na Aś robiącą zakupy z siostrą (nie poznałam jej, jakby przyjaciółka na czas przyjazdu rodziny upodobniła się do jakiegoś tła z którego zazwyczaj z łatwością odstaje), chwila czatu i lecimy dalej. U Ka&Jot niespodziewanie zostaliśmy obdarowani: Ka wręczył Fredowi kamerkę do zainstalowania w domu (w celu obserwacji myszowych). 

Na deser spotkania obejrzeliśmy film na Netflixie, Django (2012) Tarantino. Film długi, przeciągnęło się nam z przyjemnością. Powrót do domu o pierwszej w nocy, nad nami wyraźna trzecia kwadra.

Ach, i jeszcze dostałam linkowe puezento od Hebiusa :), którego nie zdążyłam odsłuchać z powodu zajętego przyjemnościami popołudnia.

piątek, 15 sierpnia 2025

2067-2068. Zagęszczenie sytuacji.

Czwartek.
Kolejny ładny dzień. W pracy najpierw pojawił się Czarli, potem Li. Nawet przyjemnie się rozmawiało. 

Zaczęłam wczoraj oglądać peerelowski film z Mikulskim, Powrót na ziemię (1966). Dokończyłam dzisiaj. Starocie nieźle mi wchodzą, nawet gdy nie są najwyższych lotów. Sentymentalna się zrobiłam.

Kochany przywiózł mnie do domu przed czwartą. Kiedy zjedliśmy Fredowy obiad, trochę odpadłam, wybrałam się na drzemkę i przegapiłam krótki deszcz, który spadł na wybrzeże. O siódmej wyszliśmy z dziewczynkami do ogródka: mały Ethan podszedł i zaczął robić koteczkom zdjęcia; odwiedziliśmy też Anne, która wróciła z kilkudniowej podróży (Mańka niczego się nie bała i nawet ostrożnie zaczęła zwiedzać korytarz jej domu).

Wieczorem do wsi wkroczyła morska mgła.

Piątek


Dzień o mewie. Idąc z biura do Biura zauważyłam na środku dwujezdniowej drogi krążącego bezcelowo młodego ptaka. W widoczny sposób coś mu dolegało, bo nie podrywał się do lotu, tylko człapał. Miałam chęć zignorować całą tę nieprzyjemną sytuację, ale gdy byłam już bardzo blisko wejścia na schody do osiedla, jednak się nie dało. Wtargnęłam na jezdnię, z łatwością złapałam stworzenie i machając do kierowcy najbliższego samochodu, poszłam z tym dziwnym pakunkiem w rękach na schody. Wypuściłam mewę na łące, ale o niej nie zapomniałam; kiedy wracałam, była w zupełnie innym miejscu, gnieździła się w wysokiej trawie. Po powrocie do biura postanowiłam poszukać jakiegoś przybytku leczącego dzikie zwierzęta, dodzwoniłam się do miłej Sophie obsługującej hrabstwo Meath. Rozumiałam jej logikę: zdecydowałam się po pracy wrócić do mewy i sfilmować jak się zachowuje, ewentualnie zabrać ją do Sophie (moja rozmówczyni chciała się upewnić, że to nie ptasia grypa). Nawet zaangażowałam w to już Kochanego, który do miasta przyjechał z dużym pudłem po butach. Gdy jednak zaraz po pracy pojawiłam się na ścieżce, mewy nigdzie nie było. Może ktoś jej pomógł — jest to możliwe, wokół tego miejsca była wydeptana trawa — albo, co bardziej prawdopodobne, mewa schowała się głębiej we wszechobecnych chaszczach. Nie lubię takich sytuacji, poczucia bezsilności.

Dobro, które z tego wynikło: po zakupach podjechałam z Kochanym do osiedla na wzgórzu i zaparkowaliśmy przed niedawno otwartą kawiarnią. Najpierw jeszcze raz doszliśmy z Fredem do miejsca, gdzie po raz ostatni widziałam mewę, rzuciliśmy okiem na panoramę miasta, potem rozsiedliśmy się w kawiarni. Chwilę rozmawiałam z obsługującą nas Poliną. Ukraińskie miejsce; jeszcze do niego wrócę.

Kochany zrobił sałatkę grecką à la Fred (do tego krewetki z portu i bagietka); bardzo zacny obiad. Pogoda nadal przecudna, więc po piątej wyszliśmy z myszami do ogrodu. 

Wieczorny spacer (jedna z ruin po starym budynku na Nadbrzeżnej, gdzie kiedyś robiłam zdjęcia kotka, zniknęła na dobre, w tym miejscu pojawiły się już fundamenty nowego domu; za to na plaży są już galaretowate ciała lwich grzyw):


Zrobiłam ponad trzynaście tysięcy kroków.
Myszy są bezustannie wspaniałe.
Maniusi wypadają dolne perełki.

środa, 13 sierpnia 2025

2066. Lato, latko.

Początkowo miałam wątpliwości, czy słusznie uwierzyłam prognozie, bo o poranku na wybrzeże wpełzła gęsta, dość chłodna mgła. Finalnie, ubranie się "na letnio" (fru fru spodnie w trupki, lniana bluzka, dziurawa narzutka) wyszło mi jednak na dobre. Szef zachęcił mnie do szybszego urwania się z pracy (nasze ostatnie żwawe podrygi przed początkiem roku); z miasta do miasta: najpierw w El Paso suszi na obiad, potem kawa; przy okazji Fred oddał Jot klucze od domu; powrót na wieś ze Screamin' Jay Hawkinsem (wozi się z nami od kilku dni), dokarmienie dziewczynek i spacer nad morze (trzeba było nam iść przed siebie, bo albo to, albo głęboka drzemka poobiednia, obojgu nam oczy zamykały się na stojąco). Wracając ze spaceru zaszliśmy do sklepu za rogiem, po włoskie lody w wafelku. Przerywnik na jednej z ławeczek niedaleko domu, potem wyjście z myszami do ogródka i rozmowa z mamą (pokazywałam rodzicom, jakie fajne mamy koty). Czyli spokojnie zagnieździłam się w Kuchniosalonie dopiero o siódmej wieczorem — dobrze wykorzystany letni dzień.



Na plaży tuż przy kafejce nadal utrzymuje się morska sałata, więc zanurzyliśmy stopy w wodzie trochę dalej od części strzeżonej. Na horyzoncie rozmazana sylwetka tylko jednego statku, Dublin zupełnie niewidoczny, góry na Północy zniknięte od rana do wieczora.

Kochany rozmawiał przez telefon z Ka, zdawał relację z tego, jak mu się mieszkało; przyjaciel trochę opowiedział o spotkaniach i irytacjach domowych, temat zapewne będzie miał kontynuację, bo jesteśmy zaproszeni na weekend.

wtorek, 12 sierpnia 2025

2065. Ciepło.

Wspaniały dzień zapowiadał się od rana, także pogodowo, choć przede wszystkim spałam spokojnie, przywrócenie rutyny dobrze zadziałało na mój dziwny Mózg. Zabrałam się do miasta z Kochanym, kupiłam mu kaffkę, wyjęłam czytnik i zaczęłam nową, od dłuższego czasu łypiącą na mnie lekturę, Jednoroczną wdowę Johna Irvinga. W południe zaliczyłam spacer przez rzekę, później jeszcze jeden dłuższy spacer, do pracy Kochanego. Trzeci spacer nie wyszedł, szkoda, bo wieczór był równie ładny.

W drodze do Kochanego spotkałam różnych takich: czarnego kota łypiącego na mnie zielonymi oczami niedaleko skrzyżowania z Cementową, polującego ptaka drapieżnego, a w kawiarni menadżerkę z byłej pracy, która akurat była w pracy, i która wychodząc krzyknęła do mnie po polsku rozpoznaję twarz!, gdy jadłam flatbread z chorizo bez chorizo.

A to koty bardzo zmęczone po bawieniu się z mamą w dżunglę oraz zabijanie węży i po wysłuchaniu kołysanek poobiednich, improwizowanych (myszy dostały dzisiaj drugą tabletkę na robactwo; dwa grube "węże", prezent od Anne, doskonale się sprawdzają, są trudne do zepsucia i odwodzą maluszki od gryzienia kabli):


Od dzisiaj do czwartku zaglądam do kotów goszczonych przez Anne, bo sąsiadka jest na wyjeździe.

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

2064. Ostatni dzień ...

... zawracania sobie głowy Piesełem. Rano kupiłam bilety lotnicze na październikową wizytę w Polsce. Po pracy wróciłam z Kochanym do domu, zjedliśmy obiad opędzając się od myszy i wyjechaliśmy do El Paso, żeby posprzątać u przyjaciół i podkarmić Pieseła, któremu musi już wystarczyć do powrotu rodziców (przyjaciele wracają późną nocą). Wcześniej jeszcze zajrzeliśmy na kawę do Costy i zrobiliśmy zakupy dla podróżników (chleb Brennana i 3l mleka). Czekając, aż Pieseł załatwi po posiłku swoje psie sprawy, siedzieliśmy w ogrodzie przy herbatkach dyskutując na temat tego, jak upadają imperia i niezwyciężone armie (przy okazji przypomniały mi się dzisiejsze rewelacje mojego Szefa: Spłonęła biblioteka Trumpa, oświadczył z grobową miną. Obydwie książki, dodał po chwili. Trump jest wściekły, drugiej nie zdążył pokolorować). Miłe takie siedzenie, niespieszne pociąganie z filiżanek/kubków, gapienie się na niebo, wyjątkowo pogodne i spokojne. Chwilę rozmawialiśmy też o niewychowaniu Pieseła, ale to tylko takie szkice, w sumie nie psujące nam humoru. 

Sprawy pracownicze, po chwilowym zatorze, toczą się swoim trybem; do podjęcia nowych obowiązków zostało mi naprawdę niewiele czasu. Nie czuję się bardzo gotowa, ale nie ma już nic do nauki na sucho, trzeba będzie wskoczyć do tego basenu. Sporo niewiadomych to zwykła rzecz o tej porze roku; staram się nie wymyślać, co może się wykrzaczyć, zadaję pytania dotyczące problemów realnych i do rozwiązania.

Myszy jeszcze harcują, Kochany pod prysznicem; cieszy mnie powrót do naszej rutyny.

niedziela, 10 sierpnia 2025

2063. Relaks z przerwą na frustrację kartoflaną.

O dziesiątej byłam już po śniadaniu, a grubasinki zmęczone harcami zapadły w głębokie kocie spanie. Ojadłam się śledzia, trochę pisałam po angielsku, co sprawiło mi dużo frajdy; postanowiłam wyoctować najbardziej śmierdzącą sikami książkę (kryminał Krajewskiego, przebywający na stałej emigracji w szopce, ze względu na zjadliwe wapory). Poza tym dzień cichy, relaksacyjny. Chwilę rozmawiałam z mamą. Kochany wrócił jak zwykle po piątej, zjedliśmy obiad (niedogotowujące się kartofle wkurwiły mnie na jakieś pięć minut) i dość szybko poszliśmy z myszami do ogródka. Aura wietrzna, przykryta chmurami, które spadły na Kochanego wyjeżdżającego do Pieseła. Myszy ktoś chce zobaczyć? Proszę bardzo, myszy wieczorne, zdegustowane, że Kotatko wyjechał:


Z mokrą głową ślęczałam jeszcze przy laptopie, nowy mietczynski poszedł na pierwsze. Miałam zamiar obejrzeć jakiś film, ale wpadłam w króliczą norę kanału Shakespeare Network i już nie skupię się na niczym sensownym.

Dzisiaj mija 8 lat, jak po raz pierwszy postawiłam stopę na Wyspie.
Kocham Cię, Srogi Fredzie.

sobota, 9 sierpnia 2025

2062. Pięćdziesiąty dzień lata.

Po kocim śniadaniu odkryłam, że Bronce wychylił się drugi kieł na dole, a ten po prawej stronie zniknął. Bronka Szczerbula. To jest zapewne powód dla którego niewiele je ostatnio suchych chrupek, musi ją boleć, malutką, ale bardzo dzielna jest. Sobota upływa mi więc na głaskaniu szczerbatego kota i głaskaniu zasmarkanego kota, na czytaniu powieści — przed drugą ukończyłam Will and Testament Hjorth (Verso, 2019) — gotowaniu obiadku (sos pomidorowy z pieczarkami i cukinią do świderków), na rozmowach video (rodzice idący właśnie do sklepu, Fred w czasie krótkiej przerwy w pracy i w czasie długiej przerwy w pracy). Rano miałam świetny pomysł, że cały dzień będzie ładny i wyniosłam pranie do ogródka, żeby nawet go nie rozwiesić, bo poczułam na rękach delikatne igiełki deszczu. Czyli pogoda taka sobie, jak należało się spodziewać, zamiast wierzyć naiwnie prognozom z AccuWeather, które są bardzo dokładne do czasu aż nie są, bo tak naprawdę, żeby przewidzieć tutaj pogodę, koniecznie jest wyjście przed dom, przy czym trzeba się pogodzić z rzeczywistością, że prognoza będzie trafna tylko na najbliższe kwadrans. Gdy po południu Kochanie przyjechał z pracy, obiad był już prawie gotowy, tylko kilka minut i najadaliśmy się do wypęku. Potem spacer z dziewczynami po jesienniejącym ogródku:


Zanim Kochany wrócił do domu, zdążyłam jeszcze potraktować octem jedną z osikanych książek, również Hjorth; na efekty trzeba trochę poczekać, niestety. Siedzę teraz przy biurku męża i klikam. Maniuśka drzemie na moim fotelu (bardzo udany dzień, dwa razy odwiodłam ją od siuśkania byle gdzie — maleństwo po otrzymaniu odpowiedniej porcji głasków, samo trafiało do jednej z kuwet). Bronisia siedzi na oknie obok biurka, na drapaku, i obserwuje ćmy buszujące w ciemniejącym ogródku, kuszone światłem z Kuchniosalonu (oczywiście od czasu do czasu rzuca się do polowania i odbija od szyby). Koty wydają się szczęśliwe, że cały czas ktoś z nimi jest, nawet, gdy chrapią i tylko strzygą uszami (chętnie poszłabym w nowym tygodniu na kocierzyński). Na osiedlu zapada zmrok.

piątek, 8 sierpnia 2025

2061. Aaaaa! ...

... już wiem, co sobie życzę na urodziny: życzę sobie zajrzeć do Narodowego, zobaczyć czasową wystawę Rubensa. 

Obudziłam się przed budzikiem; sen krótki (przed północą doczytywałam jeszcze parę kartek Hjorth; czytam wolno, ale lektura nie nudzi; mocne pisanie, sama bym tak chciała). 

Dynamika domowa mnie zastanawia: od kilku dni dziewczyny nie bawią się razem tak często, jak przedtem, nie wiem, czy to powód, który znam, czy inny. Mania dalej ma lekki katarek. Bronkę swędzą zęby (wieczorem zauważyłam, że powoli wyłamuje się jej dolny, prawy kieł, koniec mleczakowania, ech).

Praca była. W pracy miło bardzo: przyszedł Czarli, przyniósł ciasteczka oraz dwie kartki z podziękowaniami, że w niego wierzyliśmy. Kochany zwinął mnie spod budynku i pojechaliśmy na zakupy spożywcze zaopatrujące nas na weekend (w Lidlu widzieliśmy genialnie ubranego czarnoskórego pana, kowbojki do szortów i w ogóle, oczywiście musiałam mu powiedzieć, co o tym myślę ;)).

Gdy wróciliśmy do domu, zauważyłam, że Fred poczynił zakupy ubraniowe dla siebie. Kupił w the Kooples zajebistą koszulę w paisley i super kaszkiet, który tak naprawdę jest maciejówką, i który na pewno będę mu podbierała :D. Ale na tym nie koniec, ponieważ mąż dał nura do sypialni i wychynął stamtąd z pakunkiem, prezentami dla mnie z okazji naszej zbliżającej się rocznicy: biała koszula Scotch & Soda, kremowy pulower Montcrief, czerwony, pleciony pasek RL, jedwabna kurwatka Missoni oraz interesujące perfumy Miller Harris, L'eau Magnetic. Wszystko stylowe i super pasujące.

Po obiedzie jeszcze trochę ślęczałam przy laptopie, wkrótce jednak dołączyłam do Fredowego drzemkowania. Zamierzenia były takie, że zaraz obudzi mnie wypita przed drzemką kawa, tymczasem wstaliśmy dopiero po szóstej. Myszy zaliczyły dłuższy pobyt w ogródku (dopisało słoneczko, choć nadal było nieco wietrznie; ogród przeobraża się w jesienną szatę, może jutro zrobię parę zdjęć; Katlin zauważyła nasze obsypane owocami jabłonie; rozmawialiśmy z nią chwilę o wydarzeniach sąsiedzkich).

Jak zwykle, Fred jest już w drodze do El Paso.

czwartek, 7 sierpnia 2025

2060. Śpiączka ...

... złapała mnie po pracy. Z rana miałam plan, że zrobię trochę kroków wybierając się popołudniem za miasto, ale byłam tak zmęczona niczym, że zamiast iść na spotkanie z Kochanym, udałam się na dworzec. 

Wchodząc na osiedle natrafiłam na Ivę spacerującą z psem. Sąsiadka nie bez satysfakcji poinformowała mnie, że rano kolejny raz po Annę przyjechała karetka. Nasze relacje z Anną mocno rozluźniły się w zeszłym roku (pisałam o tym na pewno, nie wiem dlaczego chcę to powtórzyć), zresztą  starsza pani naprawdę niedomaga, rozmowy z nią stały się monotonne, niczego nie wnoszące. Ostatnio często ktoś do niej zagląda. Domyślam się, że takie rodzinne przysługi (jej liczne rodzeństwo mieszka tu i tam na terenie hrabstwa) są uciążliwe, na dodatek sąsiadka to uparta sztuka, trudno jest jej zrezygnować z niezależności (co akurat bardzo dobrze rozumiem, współodczuwam, ale to jest jedna z tych sytuacji, gdy nic mądrego nie da się zrobić). Jak zwykle, będziemy się zastanawiali, kiedy/czy sąsiadka wróci na swoje stałe miejsce.

Po przyjściu do domu nakarmiłam Mleczaki i walnęłam się na godzinny odpoczynek przed obiadem. 

Pobudka, robię obiad, przyjeżdża Kochany, jemy. Myszki są trochę spowolnione, więc rezygnujemy z wieczornego ćwiczenia. Zastanawiam się, czy przypadkiem to Fredowe wyjeżdżanie na noc nie działa na nie podobnie, jak działa na mnie — źle. Już się nie mogę doczekać końca przyjacielskiej przysługi, bo mi to zupełnie rozregulowuje życie rodzinne. Słucham opowieści o Japonii, przeglądam zdjęcia; zaraz wskakuję do łóżka, będzie czytane. Dobranoc.

środa, 6 sierpnia 2025

2059. Przemienienie jak nic ...

... tylko czyje? Myszy wcinają wszystko, aż się serce cieszy. Kochany zarezerwował wizytę u onkologa na wrzesień, będzie miał też tomograf, kolejny w tym roku (GP jeszcze się nie odezwał po badaniu w Clane). U mnie dzień pracowniczy przebiegł cichutko jak myszka, ustaliłam sobie zakończenie pracy na 3:30, bo jestem nadgorliwa, gdy siedzę w biurze sama. Krótka wizyta w polskim sklepie i dom; Kochany gotuje obiad, najadamy się do syta; czas rozłazi się jakoś tak dziwnie, że Mleczaki nam zasypiają, a tu już się robi po siódmej wieczorem, Kochany pastuje buty do pracy, niby nie ma czasu na wspólny spacer myszowy, ale wykroiliśmy chwilę (aura znacznie chłodniejsza niż wczoraj i pies sąsiadów wprowadzał na tyle niepokoju, że dziewczyny po dziesięciu minutach same podążyły z ogródka w kierunku drzwi).

A Mańka, ten kot nasz niezwykły, po prostu rozpierdziela mnie emocjonalnie. Po pierwsze, sikacz wrócił (po dwóch dniach przerwy kałuża pod stołem); po drugie po raz kolejny taki sam przypadek: widzę, że kotka pobieżnie zagląda do kuwety zakrytej, ale do niej nie wchodzi. Maluszka drepcze dalej, ale nie rezygnuję, przytrzymuję drzwiczki, wołam Mania, Mania, Mania. W końcu Mleczak zauważa, że trzymam drzwiczki, wraca, wchodzi do środka, natychmiast robi siku, próbuje zakopać, wychodzi, dostaje pochwały (Siuśka Maniuśka ma również problem z zakopywaniem swoich "skarbów). Dziewczyny niedługo będą miały cztery miesiące, Bronka jest już jak panienka, Mańka — bezustannie zdezorientowany skrzat, kiedy dostaje ochrzan, widać jak odchodząc tuli w złości uszka. Nie można jej nie kochać, ale wkurwia mnie codziennie.

Kochany już pojechał, zrobiliśmy plan, o jakiej porze widzimy się jutro i co z piątkiem. Tęsknię, jakby jechał beze mnie do Grajdołkowa.

wtorek, 5 sierpnia 2025

2058. Jeszcze trochę ...

... wieje. Wtorek jak poniedziałek, otworzyłam oczy i trzeba było iść do pracy. Kochany służył mi pomocą w przemieszczaniu się, więc byłam jak ta królewna czekająca na karocę z dyni (tylko buty miałam wygodniejsze). Po pracy od razu pojechaliśmy do domu. Obiad; serfuję w sieci, Kochany drzemie na tapczanie, w zagłębieniu pod kolanami zagnieżdżają się mu kotki. Czyli chwila odpoczynku, po czym spacer myszowy:

Akuratnież Katlin jechała zagrać w lotto, podeszła do nas i nawet chyba Mańka dała się pogłaskać, tak trochę, prawie, nieco na odległość, ale ważne jest, że Mańka była bardzo dzielna (Bronka za to zwiała do ogródka, z obcymi gadała nie będzie na ulicy).

Ostatnio na yt czekam wyłącznie na nowe filmiki mietczynskiego, Gosi ze Szkocji i Emisi; nie było nic nowego, więc obejrzałam nowinki japońskie odleżałe kilka dni. I fajnie. Przed wyjazdem Kochanego siedzieliśmy w Kuchniosalonie i pokazywaliśmy sobie różne rzeczy na swoich laptopach (koty dołączały się z atakami czułości).

Wieczór pogodny, można byłoby pójść na spacer z żoną, ale niestety Kochany obiecał i musi wywiązywać się z obietnicy (Ka nie ma pojęcia jaka to trudna sprawa, bo na spacery chodzi tylko z psem i o życiu nie ma pojęcia). Kurwa, Fred, ty to jesteś zajebisty hedonista, takim bon motem Perlistego pożegnaliśmy się z małżonkiem mym. A za chwilę odkryłam (tzn. myszy odkryły, zainteresowało je miarowe plumkanie) przeciek pod zamrażarką. 

Aktualnie siedzę przed laptopem (oczywiste), w nogi zaś wchodzą mi małe igiełki pazurków — Siuśka Maniuśka Z Zakitolonym Nosem ma fazę na robienie ciastek. Mam nadzieję, że się jej kinol odblokuje, bo inaczej znowu trzeba będzie do weta. Niemniej apetyt dopisuje obydwu królewnom (czy ktoś tu na parapecie przed chwilą beknął?), więc sygnały są mętne. 

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

2057. Sztorm Floris ...

... uderzył w hrabstwa zachodnie nad ranem. U nas jedynie podmuchy, które łopatkę do wygarniania kocich kup przeniosły pod lawendy. Kochanie moje jak zwykle wróciło z miastowego wygnania gdzieś po dziewiątej, gdy piłam herbatę i planowałam czyszczenie miejsc kuwetowych. Na śniadanie resztki wczorajszego obiadu, na obiad fish'n'chips z portu, bo jesteśmy leniwi i nic się nam nie chce. 

Wietrznym popołudniem (mimo wszystko jest słonecznie, a wiatr został pożytecznie zaprzęgnięty do suszenia prania), gdy nasze małe myszy się pospały, zasiedliśmy do oglądania jednej z niedawno zakupionych płyt dvd, T2 Trainspotting (2017). Zasiadając przed ekranem, nadal sądziłam, że będziemy oglądali pierwszą część :D

Rozmawiałam z mamą.
Jakiś marazm się wkrada.
Zerkam na Siuśkę Maniuśkę, bo jest nietypowo cicha jak na rozrabiakę.

niedziela, 3 sierpnia 2025

2056. Sen o ...

... powodzi na Wiśle. Co ja robiłam w Warszawie? Któż to wie. Ale widziałam jak przybierała woda i jak golden retriver o sześciu nogach uciekł jej w ostatniej chwili.

Pobudka prawie o tej samej porze, co wczoraj, tuż przed ósmą. Pomiędzy śniadaniem i wyjazdem na kawę klarowałam Kochanemu, dlaczego Spadek Hjorth tak mi się podoba (książka traktuje o kłamstwach rodzinnych i nierównym traktowaniu własnych dzieci; bardzo powszechna sprawa, podobne scenariusze dotknęły zarówno mojego tatę, jak i naszych bliskich znajomych). 

A co z kawą? El Paso, tym razem kawa i naleśniki w Rocksalt (nasza pierwsza wspólna wizyta; Fred wspominał, że kiedyś była tu inna knajpa, serwująca cyklicznie kuchnię litewską, ale to było przed erą Świechny, za czasów Fredowej przygody z wolontariatem, która obrodziła znajomością i współpracą z Aś). Źle nie było, jednak za dużo cukru, naleśniki rozmiarów słusznych zbyt. Po tej przygodzie kulinarnej nie chciało się nam od razu wracać do domu, postanowiliśmy zrobić kocie zapasy na tydzień lub dwa (chociaż raczej na tydzień, sądząc z dziennych ilości pochłanianych przez Mądralę i Sikacza), więc przejechaliśmy niewidzialną granicę z Północą. Newry jakieś takie przyklapnięte, nieciekawe, szare, asortyment kocich smaczków też bez rewelacji, to samo, co w Republice. Oczy się nam kleiły od nadmiaru cukru w drodze powrotnej, więc włączyłam muzę starego Marillionu.

Przy obiedzie (przygotowanie, jedzenie, trawienie) kolejne, jedna po drugiej, wszystkie cztery płyty Marillionu z Fishem. Wieczorne wyprowadzanie kotów nie trwało długo. Długa była za to rozmowa z Celtem, bo gawędziliśmy niemalże do naszej dziesiątej, czyli prawie dwie godziny. W tym czasie Kochany zdążył wyjechać do Pieseła, wyjść z nim na spacer za miasto oraz zjeść sporo czipsów. 

Nareszcie łóżko, lektura, układanie myślowej galopady do odpoczynku.

sobota, 2 sierpnia 2025

2055. Pierwsza sobota sierpnia.

Mania, mistrzyni spadania
do kuwety,
niestety

(wiersz Freda, naokołośniadanny, bo akurat konsumowałam owsiankę z bananem i jagodami).

Kochanie najpierw do mnie zadzwonił przed ósmą (byłam jeszcze w łóżku), potem przyjechał całkiem wcześnie do domu. Cała sobota była bardzo domowo-książkowo-sieciowa. Gdzieś w połowie uświadomiłam sobie, że poniedziałek przecież też mam wolny (bank holiday, azaliż), więc doprawdy, wakacje.

Błogosławieni, którzy siusiają
albowiem do nich należy
wszystko


To uwaga Fredowa przed konsumpcją wątróbki, w temacie Mani obudzonej ze snu popołudniowego zapachami jakże miłemi. Oraz inne takie, np. przy okazji mężowskiego komentarza, że do ogródka przyleciały wróble, dochodzi do podziału na team "liszka" (Fred) i team "wąsiówka" (moi).

Maniusia do tej pory głównie "ćwierkała" (cieniutkie, kociaczkowe pomiaukiwanie), Bronia ma podobny głosik, którego jeszcze z 2-3 tygodnie temu nie dało się rozróżnić. Ale dziewczyny rosną i głosy zaczynają brzmieć coraz dojrzalej. Dzisiaj po spacerze (bo spacerowaliśmy w ogródku; Mleczaki już rozpoznają sytuację, że szelki=wyjście na dwór) Mańka wypróbowała zupełnie inną tonację, coś jak kotka Cala znana z I Go Meow. Puściłam ten przebój, dziewczyny zachwycone, Mańka próbowała wokalizy.

Skończyłam czytanie The Summer Book Tove Jansson i pozostając w Skandynawii wezmę się zaraz za Will and Testament Vigdis Hjorth, po której bardzo dużo sobie obiecuję. Szary, ale ciepły sierpniowy wieczór, nadawałby się na spacer z mężem nad morze; niestety, Kochany właśnie wsiadł do samochodu i gna na północ.

piątek, 1 sierpnia 2025

2054. Sierpniu, sierpniu.

Porządkując po śniadaniu papiery wybrzuszające etui telefonu, znalazłam odręczne notatki z zeszłorocznej przygody karkonoskiej. Włożyłam je tam, skąd je wyjęłam, żeby nadal wybrzuszały rzeczywistość :D

Na polach wielkie bele siana.

Po pracy rozważyliśmy z Kochanym różne opcje pizzowe; znaleźliśmy się w końcu w Il Forno, ale ze średnią satysfakcją — obsługa jak zwykle bardzo spoko, niestety coś się dzieje z jedzeniem w tym miejscu, pizzom też nie zostało oszczędzone.

Popołudnie domowe. Pełna ciasta, dużo czasu spędziłam drzemiąc. Dopiero po szóstej stanęłam na nogi; wyszliśmy z Mleczakami do ogródka i skończyliśmy tę przygodę, gdy Mańka zaczęła pokazywać, że coś ją ugryzło w łapkę. Była też długa rozmowa z rodzicami (przede wszystkim z mamą) rozciągnięta poza wyjazd Kochanego do miasta. Odgrzewam sobie właśnie kawałek pizzy we frajerze rozważając różne możliwości wieczorne.
___
edit 21:50 jeszcze nie chce się spać. Przed snem zapewne książka (nie skończyłam Jansson, a bardzo już ostrzę sobie zęby na Hjorth). Obejrzałam ciekawy vlog na temat problemów niektórych internetowych nauczycieli irlandzkiego z wymową (różnice w sposobie wymawiania, zbytnie zanglicyzowanie języka irlandzkiego to utrapienie, przynajmniej dla mnie; lubię uczyć się od ludzi, którzy wiedzą, co robią). Koty się pobudziły, dostały jeść i angażują się w kocie zapasy.