To ważne, kochanie.
czwartek, 15 października 2026
2494. Zaangażowanie ...
środa, 14 października 2026
2493. Ksiunszki za dwa grosze, zdrowie oraz front.
wtorek, 13 października 2026
2492. Kolejny dzień,
kolejne pif paf. Papiery robię szybko i efektywnie, zabawiam grupę dynamicznie. Po pół dnia jestem nieco wymiętolona, ale ogarniam, głowa jest jakby gdzie indziej. Około drugiej wyszłam do Pe na chwilę, potem znowu papiery, o czwartej na azymut.
Po obiedzie były dwa spacery, najpierw z koteczkami, w zachodzącym słońcu, potem spacer z Kochanym do morza i z powrotem. W oknach światła, na plaży bezwietrznie, spotkaliśmy matkę Humphreya z Humphreyem oraz Johna Sprzedawcę Butów, też z psem (mijamy się rzucając cienie zawdzięczane lampom ulicznym).
Po powrocie zerknęłam na pracowniczy email, raz, żeby się dowiedzieć, że moja własna szefowa budżetowa nie wie, jak się rozlicza kasę, dwa, najprawdopodobniej będziemy mieli (my, czyli ludzie pracujący w tym samym zawodzie co ja) sporą podwyżkę wynegocjonowaną przez związki zawodowe. Domyślam się, że radosna nowina (nr 2) ma sporo wspólnego z zapowiedzianym na jutro strajkiem generalnym. Obydwa zerkania niezobowiązujące, mam priorytety, zaraz będę czytała powieść.
poniedziałek, 12 października 2026
2491. Zapomniałam ...
... telefonu. Kawa dla męża została zakupiona z wysupłanego bilonu (poetka); w południe Benedykt zniecierpliwiony czekaniem w końcu zadzwonił na numer biurowy, poza tym nieco się niepokoiłam rzadką, ale realną perspektywą zacięcia się pracowniczego emaila (odblokowanie go bez smartfonu byłoby awykonalne, a właśnie dzisiaj działająca poczta miała kluczowe znaczenie). Koniec końców jednak dzień nie taki najgorszy, zastartowałam papiery jedenastu osób, nie bez błędów, ale byłam błyskawiczna w ich naprawianiu (kopię się w kostkę, żeby nie przyzwyczajać góry do dobrego, z drugiej strony, trudno jest się mi opanować we własnej zajebistości ;)). Na koniec dnia jeszcze Kif z Dżajmim się przywlekli poopowiadać, co tam u starych Irlandczyków; nie miałam nawet chwili czasu, żeby poczytać i zająć się głupotami (karygodne!).
W domu podobnie, najpierw robienie obiadu (wróć, na samym początku odnajduję telefon w szafie z wełnianymi swetrami) i słuchanie nareszcie w spokoju, co Mieciu sądzi o kinowej Lalce, jedzenie, chodzenie po ciemku z myszakami, krótka rozmowa z mamą przez Whatsappa ... jebut! i jest po ósmej. Ziemia kręci się pono coraz szybciej, ale żeby aż tak?
niedziela, 11 października 2026
2490. W niedzielę o niedzieli.
Ze względu na późny powrót do domu dłużej pospaliśmy, obudziłam się dopiero po ósmej. Koty nieszczególnie nas motywowały, brzuszki miały pełne karmy. Ja z kolei pełna byłam wczorajszego wychłodzenia, wewnętrzny dygot mnie dopadał, towarzyszył mi przez większość dnia. We własnej głowie walczyłam z planem na tę niedzielę, przez okno wyglądającą jasno i zachęcająco. Jechać do Oldbridge czy nie jechać? Ach, bardzo chciało mi się jechać i męczyłam wątpliwościami Kochanego. W końcu postąpiłam jak osoba dorosła — posłuchałam dygotu. Nie mogę się teraz rozłożyć, nie w tygodniu, gdzie nie ma za mnie zastępstwa, nie w miesiącu w którym mam Plany. Skoro dygot, trzeba oszczędzać energię, delegować, zwijać się w kulkę, pić herbaty. Zamiast do ogrodów, poszłam do łazienki, rozgrzałam się pod prysznicem, potem susząc włosy dogrzewałam się w sypialni. Pod koniec dnia stwierdzam, że dobrze zrobiłam, dygot jakoś ustał, chyba mniej więcej w czasie, gdy około piątej piliśmy kawę w Czarnej ...
... bo niewielkie zamieszanie z kinem (ekran szósty zamieniono nam na drugi) nie zepsuło koncepcji na wieczór. Seans Lalki Kawalskiego w Arc został przeniesiony na pół godziny później. Drażniło mnie, że ludzie włażą po rozpoczęciu filmu, poza tym po mojej prawej siadły przeżuwaczki, ale cóż, zawsze się ktoś napatoczy, zawsze ktoś się spóźni. Bardzo nostalgiczna wersja Wokulskiego ... nadal rozmawiamy z Kochanym na temat różnych wątków.
2489. W niedzielę o sobocie.
Nie jestem siłą dyscyplinującą w tym małżeństwie, gorzej nawet, pytam się, czy Kochany ma ochotę jechać do El Paso, a on się od razu zgadza ;) w sobotę po śniadaniu jedziemy więc w górę mapy, parkujemy jak zwykle w pętli pod drzewami, Kochany jeszcze płaci za parking, ja już cisnę do 3rd Place, a tu niespodzianka — kawiarnia została rozbudowana, zajęła drugą taką przestrzeń obok, po innym sklepie. Adekwatnie do sytuacji tłum klientów. Jeszcze się zagnieżdżają, ale niedługo będzie więcej stolików. Bardzo to pokrzepiające, znaczy, że biznes się rozwija i trwa; dla nas rewelacja, bo kawę serwują niezmiennie bardzo dobrą.
Zwyczajowo przespacerowaliśmy się do księgarni, dużo nowych tytułów, nie czułam jednak pilnej potrzeby, nic nie wpadło mi w oko.
Następnie przekroczyliśmy granicę z Północną i zrobiliśmy zakupy w TK Maxxie w Newry; znowu z kieszeni wypadło trochę grosza, jestem jednak bardzo kontenta, bo kupiliśmy prezent dla mamy (dwa topy Tahari z merynosów: burgundowy sweter na teraz oraz bezrękawnik w kolorze morskim na porę letnią), poza tym w końcu znalazłam sensowną suszarkę do naczyń na podmiankę starych, rdzewiejących zygli. Nie wiem, co jest grane, ale w sklepie kicham i smarkam, przechodzi mi na świeżym powietrzu (być może świeczki, świeczunie, akcesorium niezbędne dla każdej modnej kobietki, pani domu).
W drodze na chatę podjechaliśmy do portu po fish'n'chips na obiad. Rybkę wzięliśmy na wynos, wiatr był zbyt silny, żeby jeść na zewnątrz; wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (przenikliwy chłód utrzymuje się już cały dzień, zmiana nastąpiła nieodwołalnie). Po obiedzie, około czwartej, zupełnie spadła z nas energia, nie miałam ani siły ani ochoty przestawiać suszarek, Kochany poszedł na godzinną drzemkę, dołączyłam niebawem.
A tu, prosz bardzo:
Anonimowy obgryzek zrobił sobie sławojkę, zagłębienie w trawie niedaleko wejścia do ogródka, które konsekwentnie napełnia nowym nawozem. Ma też wygodne, ocienione trawą schowanko pod jedną z jabłonek. Poza tym Bronia znalazła pod stertą skoszonej trawy resztki panierki z dzisiejszego obiadu (ale to już nie obgryzek; wyrzuciłam resztki dla ptaków, domyślam się, że wrona przygarnęła na później, już raz widziałam ją w takiej akcji).
Byliśmy umówieni z Ka na dokończenie oglądania Lalki Maślony, więc o siódmej znowu to samo, dyrdu dyrdu do miasta. Pogadanka przy herbacie we czworo, głównie o zdrowiu psychicznym, potem seans we troje, dwa odcinki. Co tu można dodać? Prus też oglądałby z zaciekawieniem ;) W domu dopiero trochę po północy ...
piątek, 9 października 2026
2488. O szyby deszcz dzwoni ...
W pracy ostatni dzień względnego spokoju, od poniedziałku będzie strun napięcie, głowy zawracanie. Skoro deszcze przestał "dzwonić", przeszłam się z biura do Biura, "pozyskałam" kilka opakowań ciastek na poniedziałek, upociłam się w pilotce i grubym szalu.
czwartek, 8 października 2026
2487. Leń jesienny.
W nocy budziłam się kilkakrotnie, z grubsza miałam sny o pracy, ale zupełnie umknęło mi sedno fabuły. Nie było to bardzo męczące, raczej dziwne. Rano pod wpływem chwili zwinęłam z półki stare wydanie Procesu Kafki, będzie przerywnikiem dla Manna.
Na zewnątrz przenikliwy ziąb. Zamieniam skórę na pilotkę. Po kawie z Kochanym w Pe od razu sprawdzam dostępność biletów kinowych, i tutaj niespodzianka, wszystkie wygodne miejsca na tyłach zarezerwowane; po kontakcie z mężem zmieniliśmy plany piątkowe na niedzielne. Z innych "małe, ale cieszy": Kochany łaził po TK Maxxie, kupił nowy drapak dla kocóreczek (rodzaj drapakobudki, podobny do poprzedniej, zupełnie złachanej i wyrzuconej), oraz perfumy dla taty (teraz trzeba odbyć wędrówkę w poszukiwaniu prezentu dla mamy). W południe obejrzałam live Nobla z literatury (Anne Carson).
W porze lunchu chciałam zjeść coś w Moorlandzie, ale przestrzeliłam, nie ten dzień, nie te smaki, przeszłam do Czarnej po rogalik francuski na ciepło i niechcący utknęłam — miałam zamiar wziąć go na wynos, ale na chwilę przystanęłam rozmawiając ze znajomym od sztuki (nazwijmy go Garrym), w tym czasie puszysta baristka, pani Stempelek któryś-tam-numerek, już zrobiła mi kawę. Garry jest najprawdziwszym artystą, choć w stroju bezdomnego kręci się po West St w towarzystwie równie przefasonowanych stałych bywalców.
Wieczorem obejrzeliśmy z Kochanym bardzo krindżową kobrę Strzał o świcie (1976), dla Gajosa warto. Poza tym nic się nie wydarza, nie wychodzimy, pada deszcz listopadowy. W drodze z pracy zastanawiało mnie kilka samochodów gardai przed domem na skraju sąsiedniej wsi, ale jeśli to coś nadającego się do gazet, dowiemy się jutro. W tym tygodniu uaktywniam jesiennego lenia, który po godzinie ósmej z obowiązków wybiera tylko mycie zębów.
środa, 7 października 2026
2486. Dobre rzeczy wystąp.
wtorek, 6 października 2026
2485. Plumkanie, brak wyjaśnień, muzyka.
Pogoda mogłaby być również nazwana ponurą. Ale ja lubię takie siąpanie, przynajmniej teraz, gdy żyję komfortowo i wygodny transport zapewnia, że ani nie moknę, ani nie zostaję przewiana do szpiku. Nawet spacer w wilgotnej ponurości jest spoko. Wyszłam z pracy wcześniej, bo wczoraj zaproponowano mi wizytę u lokalnego dochtóra na trzecią trzydzieści. Mój gp nie jest geniuszem diagnostyki, ale skoro były wyniki skanu i inne fidrygałki, nie chciałam zwlekać. Podróżowałam autobusem, spóźniałam się na umówioną godzinę, ale i tak czekałam następne pół. I co? Nic ciekawego. Niby dobrze, ale w takim razie nie wiadomo skąd wyniki z krwi takie jakie były. Znowu za półtora tygodnia pobranie, żeby sprawdzić coś innego, czego nie sprawdzono wcześniej. Pewnie w międzyczasie powinnam zmienić dietę.
W głośnikach Variété Variété ;) Poszłabym już pod prysznic, ale potrzebuję dosłuchać do końca.
poniedziałek, 5 października 2026
2484. O kruchości.
Była kawusia przed rozpoczęciem pracy (z Kochanym w Pe), była kawusia z Teresą (w Czarnej). Poniedziałek szary, raczej ciepły, chyba owocny (dodałam jeszcze jedną osobę do listy, odpukać), smaczny (mąż zrobił dobry obiad, plus garściami wepchałam w siebie jagody), jak zwykle za krótki (z kotami chodziliśmy o zmroku, pewnie będzie tak coraz częściej). Po spacerze pół godziny rozmawiałam z mamą, o pierdołach, żeby złapać kontakt (jednakowoż Niuniusia jedzie we wtorek do weta, w powietrzu dynda kolejne nieszczęście).
zmiany. zachodzą cały czas
odwieczny ruch rzeczy w tle niepokoi mnie tylko czasami,
dopiero gdy się na tym skupię, pewnie tak jest lepiej, bo inaczej można by oszaleć
od jakiegoś czasu Manisława bierze jedną ze starych zabawek Rysia i spacerując z nią w zębach po Kuchniosalonie zawodzi pieśni
coś nowego, nie wiem, co to znaczy
niedziela, 4 października 2026
2483. Zbyt leniwa na cokolwiek.
Na śniadanie zjadłam urodzinową pizzę z Tesco, całą :D, bo byłam sama. Nie poszłam na spacer, chociaż mogłam (usprawiedliwienie sobie wypisuję, że wiało). Uciekłam kotom na godzinę do sypialni, rozmawiałam przez chwilę z tatkiem (mama akurat drzemała po podróży grobbingowej). Kiedy wczesnym popołudniem z mokrymi włosami wyszłam spod prysznica, Anne zaczepiła mnie messengerowo. Jesteś? Jestem. Dostałam od sąsiadki słodkie bułeczki z Tesco i kartkę okolicznościową:
(tak podejrzewałam ;)) Zajadając erzatz obiadu (kawałek pieczonego łososia + pajdka chleba) dokończyłam słuchać Uwikłanych Miłoszewskiego (przy słuchowisku było urodzinowe mycie podłogi).
Wieczorem pojechaliśmy z Kochanym do Ka, na czwarty odcinek Lalki. Dostałam prezent, od Ka (jestem pewna, że to była jego własna inicjatywa), bo Jot już wcześniej umówiła się z przyjaciółmi ...
Jot lubi być akuratna, więc dobrze, że się zasiedzieliśmy; myślę, że robiłaby Ka wyrzuty, że nie obchodziliśmy jak należy. A tak, po jej późnym powrocie, mogłam ją zgodnie z prawdą kilkakrotnie zapewnić, że mi to loto. Konwencje mnie męczą.
sobota, 3 października 2026
2482. Sobota w odcinkach.
Gosia umarła w nocy.
Obudziłam się razem z Kochanym i już nie mogłam zasnąć, leżąc w łóżku zaczęłam przeglądać fotki na blogu z początku października zeszłego roku, gdy przewidywałam rychłe odejścia. Maksiu, Maciejek, zaginiony Filemon ... wszyscy pomarli w przeciągu kilku miesięcy, do tego dwa młodziutkie dyjabły, Bronek i Frania, zupełnie bez sensu (ofiary wiejskich filozofii weterynarza, wg których jak koty są niewychodzące, nie trzeba się spieszyć ze szczepieniem na białaczkę). Potem zerknęłam na facebooka i od razu zadzwoniłam do mamy. Gosia wczoraj odmawiała picia, więc tatko już wiedział, z babcią Manią było tak samo, stwierdził (mówił to poza kadrem, ale czułam, że kiwa przy tym głową; tak, etapy umierania ze starości, kiwałam ja). Psina umarła spokojnie, bez hałasu, więc najpewniej we śnie. Zakończyła się epoka Dziewczynek, tak jak wcześniej ze śmiercią Bobisi skończyła się epoka Koszykarek.
[Dziewczynek było pięć. Tatko sprowadził je z lasu pewnego sierpniowego dnia szesnaście lat temu: sześć kulek (pięć dziewczyn, jeden chłopak) turlało się za dużą matką, którą tatko wiódł na sznurku na którym jakaś kurwa przywiązała ją do drzewa. Lala — najbardziej miękka w dotyku, najbardziej strachliwa, Wala —największa indywidualistka, wolałaby być jedynaczką, wesoła i zgodna Zosia, która po kilku latach stała się nieodłączną towarzyszką gapy Mal(w)inki — dziewczyny o krokodylim pysku, koźle ofiarnym, i Gosia — najszybsza, najwytrwalsza, najdzielniejsza z dzielnych, urodzona przewodniczka stada. Tak było]
Śniadanie i herbata raz dwa (małżonek w tym czasie wybył do pracy), chciałam wyjść nad morze możliwie najwcześniej; spacer energiczny. W osiedlu natknęłam się na zgęzionego Gerarda, który cierpliwie czekał, aż Molly załatwi swoje sprawy. Bo zimno. Pierwszy raz tej jesieni założyłam uszatą czapkę.
___
edit 11:00 dwóch panów przyszło obejrzeć zakończenie prac remontowych. Wyszłam zapytać, czy w czymś pomóc, oczywiście nie chcieli kontaktu, tylko się szwendali po ogródku. Zaniepokoili tym Manię. Mania to jest naprawdę egzemplarz, kot specjalnej troski, ze spowolnionym rozwojem i lękiem separacyjnym (ostatnio zaczęła się bawić w wyciąganie długopisów z przegródki na biurku ... Bronia robiła to jak miała kilka miesięcy). Wrzuciłam do pralki zasikany przez nią koc i osłonę na szafkę, lary z penatami już się wyprały, koc zaraz rozwieszę w ogródku.
___
edit 19:30
Piękny dzień; niefortunnie się zdarzyło, że właśnie wypadł weekend w którym Kochany pracuje. Przeszłam się po wsi jeszcze raz, tym razem do rzeźnika rodzinnego, bo już dawno nie jedliśmy dobrego steka. Miałam kaprys posiedzieć w ogrodzie, ale tylko na moment wyciągnęłam matę; gdy ją zwijałam w osiedle powoli wsączał się zapach obornika, który rozkwitł na dobre późniejszym popołudniem. Dosłuchałam trzecią część Uwikłanych. W czasie kociego spaceru po obiedzie dowiedzieliśmy się od Ivy, że Gerwazy zrezygnował z przeprowadzki do pustego domu po Annie (czyli jednak miał pod kopułą nie halo bardziej niż to wyglądało na jeden rzut oka). Zapukałam na chwilę do Anne, obie widziałyśmy tego biednego kota przejechanego wczoraj rano w niebezpiecznym punkcie, gdzie zginęli Rysio i Ukrainiec. Zauważyłam, że Lalka z Dorocińskim będzie w następny weekend blisko nas.
___
edit 20:50 Prezent w wigilię urodzin: piękne wydanie Alicji w Krainie Czarów.
piątek, 2 października 2026
2481. Mało czasu.
czwartek, 1 października 2026
2480. Mój miesiąc.
Zaczęłam dzień w Pe, najpierw kupiłam kochanemu podwójne espresso, a gdy mąż wyjechał w swoim kierunku, zjadłam rogalik i czytając dopiłam w kawiarni espresso z wodą. W biurze włączyłam Program 2 niechcący załapując się na kawałek Zony Mathiasa Énarda czytany przez Bonaszewskiego (już któryś raz natykam się na tę książkę). Biurowe pierdółki zostały przerwane przedpołudniową kawą z Benkiem, poza tym siedziałam w excelu, przygotowałam umowy dla pracowników (tych samych co zwykle). Z rozmowy kawowej wynika, że nie będzie problemu ze znalezienia zastępstwa na czas mojej nieobecności; bardzo mnie to cieszy.








