Strony

czwartek, 31 października 2024

1780. The wolf is sleepy.

Pani Stempelek 3 (hebanowa) była przebrana za królewnę Śnieżkę. Królewna Snieżka usłyszawsze zamówienie o 7:25 zabrała się najpierw za robienie kawy na wynos i pewnie nawet nie musiałam jej mówić, że zaraz wrócę i zapłacę, ale powiedziałam :) Praca w Jamie łatwa jak zwykle (założyłam swojego wilkołaka tylko na chwilę, za gorąco), w drodze do/z czytałam Tortilla Flat Steinbecka i dokończyłam książkę po południu, jeszcze na dworcu. W domu czekał na mnie pyszny gulasz, czegóż chcieć więcej? Zanim Kochany zdążył wrócić z pracy, ściągnęłam nowego audiobooka Ewy Woydyłło o przydługim tytule, Zakręty życia (coś tam coś tam). Za darmoszkę, bo za pieniążki to bym pewnie aż tak bardzo nie chciała. Mam więc materiał do słuchania na jutro, pewnie szybko to łyknę.

Cały wieczór napierdalanie fajerwerkami. Szkoda, że zwyczaje zmieniły się tak bardzo na niekorzyść. Osobiście mi to loto, ale cały czas mam z tyłu głowy, że zwierzaki są zdegustowane. Obejrzeliśmy z Kochanym 1/3 Rękopisu znalezionego w Saragossie (1965) Hasa, kontynuacja jutro. Jestem zmęczona, zamierzam noc duchów wyleżeć na wznak.

***

Rok temu (gdy nie miałam ochoty na nic) z ówczesnego month in pics pozostały mi takie skrawki, które właśnie odnalazłam:


Ziemia się poobracała i zaraz znów wskoczymy do listopada; jeszcze tylko rzut okiem na piździernik'24:

środa, 30 października 2024

1779. W domu.

Dzień bardzo jesienny, szaro, dość ciepło, w tle ciągle słychać świst sztucznych ogni (dzieciaki już świerzbi, noc halloweenowa rozlewa się na cały tydzień). Bán nas odwiedził, najwyraźniej dyskretnie patroluje ogródek po wujku Rysiu, zajrzał też na chwilę do domu (tym razem zaproszony):

Śmierć lorda Edgware'a (1985) z Ustinovem to taki film, że wymaga prasowania, albo jakiegoś innego zajęcia; tak też się stało, nieco odgruzowałam tapczan na którym zalegało pranie z ostatnich kilku tygodni.

Korzystając z ciepłej szarości wyszłam na chwilę do ogródka, żeby odchwaścić donice ze sparaksisami (podłużną) i iksjami (okrągłą). Podpisałam je nawet, mam nadzieję, że deszcz nie zatrze śladów do nowej wiosny.

Kochany zrobił obiad, upichcił gulasz wołowy na jutro i wyjechał kupić chleb; wrócił po ćmoku z bukietem białych róż za pazuchą. Po mojej stronie trochę papierologii, ale krótko, postanawiam nie iść przed wozem i nie robić więcej, niż ma to sens. Kilka razy odpowiedziałam na wiadomości od Safron, która zaczęła coś za mną tęsknić; zadałam szefowej jedno pytanie na które oczywiście nie umiała mi odpowiedzieć; książka na dobranoc.

wtorek, 29 października 2024

1778. Idziemy razem.

Obudziłam się godzinę przed budzikiem, a jakże.

Dostałam propozycję robienia całego poniedziałku, zamiast pracy w odcinkach. Zgodziłam się, choć nie wiem jak dzieciaki to zniosą ;). Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie, zaparkował na tej samej ulicy i poszliśmy na lunch do CG. Po obiedzie była jeszcze kawa i ciastko w Czarnej. Dobrego mam męża, czułego; jakoś próbowaliśmy znieść to popołudnie; rok temu zginął Ryszard (Bán jakby wiedział, przylazł z samego rana, dla odmiany cały czyściutki, nawet uszy miał umyte). A dzień podobny jak rok temu, szarość, niespodziewany chłód, miasto pełne ludzi, Halloween spirit all over, sporo buskerów wzdłuż głównej ulicy, nie jeden jak zwykle, ale kilku po obydwu stronach.

Zadzwoniłam do mamy po czwartej naszego czasu. Mama siedziała w samochodzie i czekała na rozwój akcji, bo dosłownie kilka minut wcześniej tatko wyszedł z psem do lecznicy. Czatowałyśmy tak z czterdzieści minut i nic się nie działo, tylko po tamtej drugiej stronie zapadła noc. Wiadomości z domu: Rozalka czuje się lepiej, wczoraj dostała jeszcze jedną kroplówkę, tym razem podskórną, ale już jej wraca normalny Rozalkowy napęd. Podobno w szpitalu znalazła sobie kolegę z którym miauczała przez ścianę, mała gaduła.

W kinie domowym obejrzeliśmy Grzeszny żywot Franciszka Buły (1979) Kidawy. Scenografia czy też pokazanie życia cyganerii i codziennej śląskiej patologii jak najbardziej spoko.

Wracając zaś do Maksia, zadzwoniłam po godzinie, okazało się, że Maksio jednak nie będzie miał operacji. Źle to wygląda, guz na wątrobie i gdzieś tam jeszcze coś tam, szczegółowe wyniki będą za kilka dni. Tymczasem pies znudzony usg zasnął do góry nogami i zaczął chrapać. Kiedy wrócił do domu, ze smakiem zjadł kolację. Nie ma sensu martwić się rzeczami o których nic nie wiemy.

poniedziałek, 28 października 2024

1777. W kawałkach.

Odkryłam, że żubry online można też obserwować przy paśniku na terenie nadleśnictwa Browsk. No i super, więcej żubrów, więcej spokoju i szczęśliwości. Wydaje mi się, że to stara lokalizacja, ta którą śledziłam wiele lat temu. Różnica taka, że Kobiór to Śląsk, a Browsk to Podlasie; do miejsca podlaskiego mam ogromny sentyment.
___
edit 12:40 Kochany pojechał kupić paszę. Dokończyłam czytać Cursed Bunny Bory Chung (Honford Star, 2021) i niestety muszę przestać jutrać, bo jutro jest coraz bliżej. Do roboty.
___
edit 15:22 Po obiedzie (makaron z pesto) Kochany wybiegł na dwór z pudełkiem ferrero roche, nieco już nadjedzonym, i złożył Anne spóźnione życzenia urodzinowe. Dołączyłam, chwilę rozmawialiśmy, m.in. o tym, że koty jakieś na nas na pewno czekają. Zaskoczyła mnie łagodna pogoda, nie jest słonecznie, ale też nie wieje, może pójdziemy na spacer.
___
edit 17:30

___
edit 19:20 Przez to, że oglądałam mietczynskiego robiącego dwa razy spaghetti bolognese, słuchamy teraz płyty Jethro Tull, Stand Up (1969). Nie dzwoniłam do tatki, jak tam z koteczką, bo nie ma sensu ludzi stresować, i tak niczego nie przyspieszę. Dzień dobiega końca (spacer był całkiem przyjemny, duży odpływ, mało ludzi). O tej porze jest już zupełnie ciemno. Z rzeczy sensownych, wysłałam list z oficjalnym zapytaniem o możliwości rejestracji w towarzystwie zawodowym. Znalazłam też fajną książkę z tekstami na jutrzejsze zajęcia, może się spodoba. Żubry podlaskie zjawiły się przy paśniku, podjadły i układają się do drzemki. Po kolacji, spocznij. Trzeba rozłożyć matę.
___
edit 22:00 o tej porze jest już późno, spać się chce. Fred bardzo długo rozmawiał ze Stu, potem zreferował mi najważniejsze punkty, w tym harce świekry, które nas omijają, bo relacje syna z matką są raz na zawsze ustalone. Stu ma się chyba dobrze, po raz kolejny Kochany wystosował w jego kierunku zachętę do kilkudniowego pobytu u nas (może na wiosnę?).

niedziela, 27 października 2024

1776. Zaleganie na tapczanie.

Przestawienie godziny na czas zimowy, w smartfonach automatycznie, w innych zegarkach trzeba samemu i jeszcze się nam nie chciało. Trudno. Jak będzie się wstawało, okaże się w praniu od wtorku. Na razie leniwy dzień toczył się powoli od śniadania do obiadu bez wielkich wydarzeń, potem zresztą to samo.

Po obiedzie obejrzeliśmy na Ninatece Między nami dobrze jest (2014) Grzegorza Jarzyny, przedstawienie na podstawie Masłowskiej. Pani, która weszła z całymi drzwiami, złoto po prostu, zresztą ogólnie Masłowska grzebie w ranie polskiej bardzo umiejętnie, dlatego wielką pisarką jest.

Rozmawiałam z tatką; walczy o tę Rozalkę, walczy. Dla podratowania nastroju obejrzałam kolejny vlogoween Gosi; w takim samym celu Kochany kupił bilety na Nicka Cave'a, mówiąc do mnie uprzedzająco Kochanie, kupuję bilety na Cave'a. Zerknęłam na żubry online: żubrów brak (polana w Jankowicach, nadleśnictwo Kobiór), słychać jedynie sygnał karetki gdzieś w tle. Paśnik online w nadleśnictwie Babki również działa, ale tam też na razie pustki. Będzie na co patrzeć i czego słuchać, gdy spadnie śnieg. Z domu nie wychodzimy, bloguję, zbijam bąki, jutram.

sobota, 26 października 2024

1775. Sobota wychodna.

Obudziłam się bardzo wcześnie rano, trochę nie mogłam zasnąć, a potem jak chrapnęłam to prawie do dziesiątej. Po śniadaniu poszliśmy z Kochanym na spacer nad morze (pogoda nareszcie możliwa), po drodze sfotografowałam wyłysione gawronie drzewo oraz nowe "groby" z kośćmi wystającymi z trawnika. 

Spotkaliśmy Paula, brata Caroline, który wykazał się bardzo dobrą pamięcią.

Rozalka jest na razie w domu, w poniedziałek wraca do szpitala; jeszcze nic nie wiadomo, wprawdzie zjadła parę chrupek, ale sytuacja jest cały czas poważna. We wtorek będą się z kolei ważyły losy Maksia. Mama przy okazji wspomniała, że będąc na cmentarzu spotkała moją biologiczkę z podstawówki, zupełnie niepodobną do siebie. Rak. Tymczasem pogoda w Polsce piękna, dwadzieścia stopni, słońce, nie ma sensu umierać.

Tak sobie rozmawiałam z mamą, a Kochany robił obiad (spaghetti z sosem), więc mąż też dorzucił kilka grzybów do dyskusji. Gdy skończyłam, zaskoczyło nas pukanie do drzwi. Katlin przyprowadziła niezależnego radnego (facet wygląda, jakby miał zęby z Turcji; znam go ze sprawy Rysiowej), przywitaliśmy się, poskarżyliśmy się na drzwi i łazienkę, skarga została odnotowana (bardzo to było miłe ze strony sąsiadki).

Na wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot. Po dyskusjach herbacianych próbowaliśmy we trójkę obejrzeć Figuranta (2023) Glińskiego, ale temat nas zmęczył w kilka minut (czy Karolek Wojtyła może coś zrobić źle/nagannie? Bez potrzeby oglądania całości domyśliłam, że nie w tym scenariuszu). Od Jot mamy słoiczek domowego dżemu z jabłek.

piątek, 25 października 2024

1774. Plany, choroby, ploty.

Mam wolne do wtorku (w poniedziałek jest u nas bank holiday z okazji Halloween), Kochany też będzie kilka dni pod rząd moim Kochaniem domowym, ruchy więc mamy wolne, niezobowiązujące. Po południu wybyliśmy na zakupy spożywcze, przed całą procedurą zachodząc do Costy. Gdy tak sobie siedzieliśmy na piętrze, niespodziewanie znalazł nas Ka (był w pracy, towarzyszył klientowi, nie mogliśmy dłużej rozmawiać), umówiliśmy się na sobotę.

W domu małżonek serwuje kalafior z beszamelem na obiad. Posilona, gruba jak bania, zadzwoniłam pod wieczór do taty i tutaj wiadomości dostałam niepokojące: mała Rozalka bardzo się rozchorowała, jest w szpitalu pod kroplówką. Kto by się spodziewał. Możliwe, że zatruła się jakąś rośliną zniesioną na zimę do domu. To taka pocieszna koteczka, bardzo mam nadzieję, że wyzdrowieje i będzie wesoła jak dawniej :( Mama przesypiała stres, tatko był ożywiony, właśnie wybierał się na rozmowę z weterynarzem.

Nareszcie odbyła się długo odkładana wideokonferencja z Luś. Konferencja łóżkowa, bo obie leżałyśmy pod kołdrami, co nie przeszkodziło nam nawijać przez minut pięćdziesiąt dwie. Kochany w tym czasie tworzył. 

Co jeszcze? Miły mój przez trzy dni jest na antybiotyku oftalmologicznym, do tego wykupił preparat nawilżający. Oko chyba ciut lepiej, wieczorem pomagam Fredowi pociapać się tym czymś w rodzaju maści.

czwartek, 24 października 2024

1773. Bulgotanie.

Tak pracować to mogłabym codziennie. Żadnych zakłóceń, na odchodnym zamknęłam Jamę i Kochany już na mnie czekał w bocznej uliczce (z prezentem w postaci trzech par skarpet, Pringlesy i RL), polski sklep i do domu. Na obiad miałam resztki z wczorajszej uczty. Irytująca jest jedynie kwestia wypłaty, payslip znowu się opóźnia. Oczywiście, moja głowa coraz bardziej się tym nakręca (ja pierdzielę, ile można spędzić czasu nad jednym papierkiem dla trzech osób), niemoctwo szefostwa coraz bardziej mnie wkarwia. Wszyscy pracują nad tym, żebym miała motywację do zmian :]

Kochany był znowu u dochtóra z oczkiem, i mu dochtór zmienił krople, najwyraźniej samozadowolony, że jego kuracja działa. Za trzy tygodnie ma być pięknie; lepiej dla dochtóra, żeby było.

Marksistka się odezwała i pokazała swoje trzy szczury, oraz przedstawiła je z imion. Mają już wyjebiastą kwaterę, plany hamakowe, i tak dalej, tylko nazwa dla centrum dowodzenia nie została jeszcze ustalona. Poza tym, gdy tak sobie wymieniamy opinie na messengerze, jako szybką reakcję Marksistka ustawiła trumienkę ⚰️. Halloween, indeed.

Z różnych możliwości wybraliśmy na seans wieczorny film Zaorskiego, Pokój z widokiem na morze (1977); no proszę państwa, pierwszorzędne kino psychologiczne o którym w ogóle nie słyszałam, how come? Nie planuję niczego czytać, głowa jeszcze nie ta, bulgocze mi pod deklem od różnych emocji, ale idzie ku lepszemu. Chyba. Maybe. Może i tak.

środa, 23 października 2024

1772. Powolne ożywienie.

Śniłam, że zatrzymałam samochód, żeby uratować przed rozjechaniem zwierzę, którym okazała się mikroskopijna papuga nimfa. Mieszkaliśmy z Kochanym w bloku ze szklanymi ścianami, salon wyglądał jak wielki balkon. Jakieś interpretacje?

Wstałam późno, małżonek był już na nogach, rozpoczęłam dzień zieloną herbatą i piosenką o kotach jedzonych w Springfield. Nadal jestem osłabiona, najchętniej wróciłabym do łóżka. Kawa; spa stóp. Trochę nam schodzi, nie myślę za dużo, coś tam rozmawiamy, aż nagle przed drugą Kochany proponuje nalot bez ostrzeżenia na Aś. Nalecieliśmy :D Jechaliśmy przez góry usiane białymi kropkami owiec, brązowe od zeschniętych paproci, zielone zgniłą zielenią starej trawy. I widzieliśmy osły (Kochany zawrócił na wąskiej drodze, żebym mogła im zrobić zdjęcie).

Aś chwilowo nieobecna. Zrobiliśmy niewielkie kółko po wsi, żeby się przekonać, że nasze ulubione miejsce jest zamknięte; obiad zjedliśmy w tradycyjnym irlandzkim pubie, Carlingford Arms (u Freda roast, u mnie dewolaj, do tego champ i duszone warzywa).

Środek tygodnia, w knajpie ruch środkowotygodniowy, że aż ciepło się robi na sercu: w głośnikach stare przeboje, na ekranie serial w telewizji państwowej, przy barze jeden lokales, a kuchnia działa (nawet mieli świeże ostrygi). Po lunchu spiknęliśmy się z Aś. Dobrze u niej, nowiny głównie pozytywne, nadal jest Pewna Osoba, rodzina zadowolona, są koty, więc było okazanie zdjęć, że długowłose. Z sentymentem myślę o czasie, gdy widywaliśmy się częściej, ale życie jest dobre, więc nie ma co szukać dziury.

Powrót przez góry i doliny już przy zachodzącym słońcu.
Góry w chmurach, doliny w wodzie.

Wieczorem rozmowa z Usz. Poza tym Kochany odpakował Ferdydurke (1986), skończyliśmy oglądanie po dziesiątej. Dzisiejsza wyprawa dobrze mi zrobiła, przynajmniej nie słaniałam się po meblach i nakaszlałam trochę poza domem. Jutro znowu trzeba się spiąć.

wtorek, 22 października 2024

1771. Notatka dokończona.

Wróciłam z pracy głodna i zmęczona, wciągnęłam zupę pomidorową z pieczywem czosnkowym i czekając na powrót Kochanego tak zmarzłam z przyczyn nieznanych (nawet na krótką chwilę skuliłam się pod kołdrą, ale nie pomogło), że aż musiałam się ratować wrzącym prysznicem. Oglądam dziwne rzeczy, w rodzaju PKF 67/45B, potem skrollowałam telefon. A teraz siedzę tu i szamię sałatkę kupioną przez męża, bo się mi przypomniało, że ogólnie jadłam niewiele. Skoro umyłam zęby, a i tak podjadam nocnie, to mogę dokończyć notatkę, pomyślałam. Nic się dzisiaj nie wydarzyło. Miejsce obok Kochanego jest milusio ciepłe. The end.

poniedziałek, 21 października 2024

1770. Poniedziałki wracają.

Budziłam się kilkakrotnie, w końcu wstałam o siódmej, zakropiłam misiowi oczko (Kochany zaraz wyjeżdżał w swoim kierunku), włączyłam laptopa i zaczęłam słuchać NDR Kultur. Akurat leciał szósty odcinek Kalte Füße (Francesca Melandri, w czyt. Niny Kunzendorf; niemiecki mi śniedzieje, dlatego). Miałam w głowie rozpisany poranek: serfowanie, herbata, odpisywanie, lekkie śniadanie, o dziewiątej ustalenie co mam na zajęcia & zrobienie rozpiski, o dziesiątej ubieranie się, może deser (mam coś na deser?), druga herbata, po jedenastej wyjście na przystanek. Plan zadziałał prawie prawie, tylko zirytował mnie emilek od szefowej. Na przystanku Eugene Gej i sąsiadka (chyba po wylewie, bo chodzi o kuli). Znowu mam szczęście, mili ludzie, do tego ciepło i słonecznie.

W Centrum jak to w Centrum, niezbyt długo, z uśmiechem Giocondy piję hektolitry bardzo rozwodnionej herbaty i nie daję się wyprowadzić z równowagi, gdyż nie warto.

Kochany miał dzisiaj szczepienie przeciw covidowi, więc o czwartej wyszedł z pracy i mógł mnie zabrać z miasta. We wsiowej przychodni kolejka do szczepienia, osób z piętnaście, jak twierdzi mąż (nie było gdzie usiąść, wszyscy po nanochipa). 

Zadzwoniłam do domu zapytać jak tam z Maksiem, tymczasem zabieg przeniesiono z powodu choroby personelu. Miałam nadzieję, że skoro nikt nie puszcza pary z ust, to wszystko się udało, a tu taki gips. Mały głównie śpi, ma jeszcze tydzień czasu.

niedziela, 20 października 2024

1769. Ashley.

Sztorm przyszedł tuż przed drugą w nocy, połamał mi chryzantemy, potem przez pół dnia udawał, że go nie ma i wrócił o trzeciej po południu. Do tego większość dnia zapchany był odpływ w kuchni, Kochany udrożnił go po powrocie z pracy. Nadal wściekle wieje, prąd jako tako mamy, światło przygasło tylko na chwilę. Za ścianą w ogrodzie sąsiada rozpacza jego pies, pewnie ze strachu przed zjawiskiem

Mam jakieś materiały na jutro, więc pozwalam sobie na kontynuację mentalnego i emocjonalnego lenistwa. Dokończyłam tylko oglądanie The Black Tower z Artem Malikiem, binge-watching trzech odcinków, oraz chwilę czytałam Borę Chung.
___
edit 20:05 wjechała czarna herbata z cukrem i cytryną, rzadko pijam, więc mam z tego dużo frajdy. Jeszcze nic robienie, słuchanie buszującego wiatru, siedzenie niedaleko Freda, który relaksuje się po pracowitym dniu.
___
edit 22:00 na deser rozmowa z Krakusami, którzy chcieli Fredowi zwrócić pieniądze, a przy okazji jeszcze czatowaliśmy sobie o tym i owym, planach, górach i historiach. Wcześniej rozmawialiśmy z Kochanym o ewentualnej podróży w okolicach świąt; wylot w kierunku stolicy małopolski byłby ciekawym rozwiązaniem logistycznym, tylko na razie bilety są zbyt drogie, żeby na poważnie ekscytować się tą myślą. Sprawdziłam kiedy kupowałam bilety w ostatnich dwóch latach, jest jeszcze czas na przemyślenia i podejmowanie ostatecznych decyzji.

sobota, 19 października 2024

1768. Chyba będziemy żyli.

Wyskoczyłam z łoża, żeby zakropić oko mojemu misiu (krople trzymamy w lodówce) przed jego wyjazdem do pracy i już tak zostało. Jest o wiele lepiej, wprawdzie kaszlę, ale nie mam takiej mgły we łbie. Zaczęłam oglądać starego Dalgliesha, The Black Tower (1985), jak do tej pory trzy odcinki i trzy trupy, super. W międzyczasie odbyłam drzemkę, długą i pokrzepiającą. Mózg działa normalnie. 

Wieczorem dodzwoniłam się do rodziców. Wieści: Maksio będzie miał w poniedziałek operację i nie wiadomo, czy przeżyje, bo serce ma bardzo słabe (mama mierzy mu ilość oddechów za pomocą specjalnej aplikacji); rodzice wycięli Malince wrastający wilczy pazur, już się z nim nie męczy wielka gapa; tatko ma od lekarza długi plan wypiękniania zębów (mama stwierdziła, że wszystko będzie nieomal w cenie samochodu); zamówienie z Empiku przyszło kompletne (jest najnowsza Masłowska, Tokarczuk x 2, płyta Prońko, i tak dalej). U nas ekscytacji mniej, ale przy okazji dowiedziałam się, że idzie na nas pierwszy sztorm sezonu, Ashley; poza tym Fred przypomniał sobie, że w czwartek pytała o mnie pani Stempelek (zawsze to miło). Ach, i test na covid wyszedł mi negatywny.

Wciągnęła mnie genealogia, zaczęłam robić rozpiskę dziwnych przemieszczeń tajemniczego prapraprapradziadka Macieja. Niektórzy mają ciekawych przodków, ja mam samych wędrownych biedaków. No i co zrobić? Siedzi w genach ;) 

Może jeszcze jeden Dalgliesh? Mózg nadal pobudzony, szuka zajęcia.

piątek, 18 października 2024

1767. Chowam się.

W czwartek wieczorem miałam spać, zamiast tego wciągnęłam jeszcze pierwszy długi rozdział autobiografii Herberta w ebooku, którą dostałam od Wu. Książka autorstwa Franaszka ma dwa tysiące stron, więc nie wiem, kiedy ją skończę, na chwilę obecną czytam trzy książki.

Rano pobudka po ósmej, jakieś sny głupie, nos zatkany, na szczęście Kochanie moje jest obecne, więc aż tak nie lamentuję nad swoim losem. Jemy obiad o trzeciej, bo czuję, że coś muszę jednak zjeść. Z rzeczy prostych i głupich, w sam raz dla mnie dzisiaj do pojęcia, obejrzałam film Kariera (1954), propagandówkę z czasów późnego Bieruta. Fakticznie, cymesik :D Poza tym chowam się i zakapturzam, nawet przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby tak przesiedzieć do wiosny (za oknem szaruga jesienna w najbardziej odrażającym wydaniu). Tylko żeby kaszel minął, bo to nie jest zabawne 👎

czwartek, 17 października 2024

1766. Kupa.

Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Byłam jednocześnie zadowolona, że nie poszłam do pracy i zła, że nie poszłam do pracy. Nos zatkany, kaszlę, nie mogę się jasno wysłowić. A potem coś robiłam, nie wiem co. Usiłowałam oglądać filmik z Lucy Worsley o śmierci Jane Austen — aktywność dość mnie znudziła, zaczęłam czytać przywiezioną z Polski Tortilla Flat Steinbecka — fabuła mnie irytowała (dzisiaj słabo toleruję ironię, szczególnie taką, którą wszyscy inni wydają się nie za bardzo łapać, mam pretensje i do autora i do świata). Czyli deficyty uwagi indukowane przeziębieniem. Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy ziemniary z jajkami sadzonymi i buraczkami z polskiego sklepu (mój Anioł nie wiedział, które będę dobre, więc kupił dwa różne słoiki buraczków). Wieczorem trochę radochy za sprawą Krakusów, którzy zadzwonili, gdyż Starsza Latorośl miała marzenie butowe. Marzenie butowe zostało spełnione. Przy okazji poruszony został temat grudniowego koncertu w grodzie Kraka. Ach, ach, pora spać, ale spanie też nie wydaje się atrakcyjne, jakież cienszkie życieeee.

środa, 16 października 2024

1765. Miau miau miau miau.

Tak jak sobie wczoraj umyśliłam, na śniadanie zrobiłam dla siebie frytki (Kochany nie jest fanem tego dania o poranku), żeby wykorzystać sos czosnkowy sprzed dwóch dni. Noc taka sobie, nie kaszlałam bardzo dużo, a pomiędzy atakami nawet wydajnie mi się spało. Rano weszła do wsi morska mgła, normalnie byłby to dobry moment na pracę w ogrodzie (zostało jeszcze kilka donic do zabezpieczenia), ale nie dzisiaj, nie wystawiam nosa. W tej białoszarości wolę siedzieć w domu, pić kawę, czytać lub coś oglądać, np. vlogoween Gosi.

Kochany poszedł do lekarza, a stamtąd wyjechał na zakupy. Gdy wychodził z domu, został zauważony przez Bána, który natychmiast do nas przykłusował, przywitał się, a nawet dał się pogłaskać po uszach przyprószonych opadającą właśnie chłodną mgłą. Rzadko do nas zagląda, ale też nie zachęcamy go, okna zazwyczaj pozostają przezornie zamknięte, nie ma zanęty jedzeniowej, wujo Rysio odszedł nie zostawiając darów dla natrętów.

Kilka dni temu odezwała się do mnie niejaka Emily, daleka kuzynka taty. To efekt DNA umieszczonego w sieci i mojego listu do niej. Być może mamy wspólnego prapradziadka, choć genetycznie Emily jest spokrewniona z tatą, ze mną nie (co nie jest niczym niezwykłym, widocznie akurat tych genów nie odziedziczyłam).

Małżonek wrócił z wątróbką na obiad, oraz z njusem, że zaszczepił się przeciw grypie i pewnie zaszczepi się przeciw covidowi. Takie darmowe gifty od tutejszej służby zdrowia, gdyż Kochany jest na liście jednostek wrażliwych. A mnie coraz bardziej kręci i dusi, trudno przewidzieć, co się jutro wydarzy. I piosenka kocia się przyczepiła. 

wtorek, 15 października 2024

1764. Carry on.

Kolejny dzień, kolejne zajęcia, walczyłam z gardłem, jakoś udało mi się dotrwać do końca. Kochany przyjechał po mnie o wpół do pierwszej, o pierwszej już byłam w domu (mój Anioł). Małżonek zrobił obiad, a ja się snułam. Nie bardzo uśmiechały mi się dzienne pokładanki, ale mięśnie bolały i ogólnie byłam dość rozkojarzona. Piję więc kawę, próbuję czytać, trochę drzemię. Napoczęłam zbiór opowiadań Bory Chung, Cursed Bunny, dokończyłam też rozwleczoną w czasie lekturę O stawaniu się sobą Carla R. Rogersa (Rebis, 2023). Tę ostatnią książkę nosiłam w czytniku miesiącami, chyba trzy razy leciałam z nią nad Europą w tę i z powrotem. Forma eseju tym razem mnie nie porwała, ale nareszcie koniec. 

Kochany zamówił sobie dochtóra na jutro (oko się grzebie mojemu misiu) oraz zadowolony bardzo chodzi, bo rozmawiał z panem reżyserem i była wymiana opinii na temat Fredowego projektu. Był też telefon od Wu, typowa aktualizacja sytuacji rodzinnej. A że w głowie mam papkę bardziej niż zwykle, mężulo mój kochany zaproponował obejrzenie Poranku Kojota (2001), na co chętnie przystałam. Jest lepiej, coś mi dolega, ale czuję jakby zeszła ze mnie gorączka. Nawet poczułam głód, więc po dziesiątej wieczorem zjedliśmy na spółkę robaki smażone w maśle czosnkowym. Jakam szczęśliwa, że jutro wolne, będę sobie mogła chorować wzdłuż i wszerz. 

poniedziałek, 14 października 2024

1763. Nowe.

Poranek ciężki, dobrze, że zaczynałam pracę tuż po południu, mogłam jeszcze chwilę poleżeć, wygrzać się. Kochany jechał na rano, u mnie ostatni autobus przedpołudniowy. Na szczęście pogoda piękna, było bezwietrznie, a w słońcu wręcz gorąco. Rzadko jeżdżę o tej porze, w bonusie miałam miłe towarzystwo lokalnych wirażków, Eugene'a Geja i Gerarda. Trochę snuliśmy o pogodzie i różnych takich randomowych rzeczach (Eugene podzielił się myślą, że wprowadził się tu dwadzieścia kilka lat temu i do miasta wracać nie zamierza), aż temat zszedł na Rysia i do końca już opowiadaliśmy sobie jaki to był wspaniały egzemplarz kota. 

W pracy na początku małe zawirowania, jak zwykle, gdy nie informują o zmianach ludzi, którzy nie są stałymi bywalcami; ogólnie raczej bezboleśnie. Wróciłam wcześniej niż Kochany, więc upichciłam strawę. Pod wieczór dokończyłam Przetainę Pilipuka (Fabryka snów, 2022); pół na pół. Coś tam wymyślam na jutro. W tle kompilacja Voo Voo, Nabroiło się (2021). Nogi ciężkie, zmęczenie mnie dopada, kicham, pół obiadu zostawiłam na jutrzejsze śniadanie, może się zje.

niedziela, 13 października 2024

1762. Wylot/powrót.

Wyjazd z domu  przed trzecią czasu lokalnego. Czyli musieliśmy wstać o drugiej nad ranem, kolejna zgroza :D Kochany prowadził samochód w drodze do lotniska, potem rodzice tylko zmienili miejsca i wiśta wio wracać do domu, zanim drogi się zapełnią. Przed przejściem za bramki przysiedliśmy nad kawą. Trzeba przyznać, że były niecodzienne tłumy, jak na tę porę dnia. Większość lotu przebiegła sprawnie, na początku skoki ciśnienia, lądowanie pół godziny po siódmej, u mnie widoki na drobnego pijaczka, który siedział na fotelu przede mną. Facet młodszy, taki w typie wesołka, co to coraz bardziej bełkocze. Akuratnież siedziała obok kulyżanka, teoretyczka alkoholizmu, wyjaśniała mu po kolei o co w tym wszystkim chodzi, jak rozumiem, na bazie własnego związku, że geny, że środowisko, ale już z praktyką u niej słabo, bo chłopaczek wyczuł, że może kontynuować i przyciąć na niej komara przy lądowaniu (to i tak lepsze od spadamy, spadamy intonowane przez pajaca kilka minut wcześniej). Po wylądowaniu musieliśmy chwilę czekać, bo sanitariusze w towarzystwie gardy zabierali innego pasażera. 

Przed wyjściem na przystanek usiedliśmy w Cloud Picker i w końcu zadałam dręczące mnie od jakiegoś czasu pytanie, gdzie jest mój ulubiony rogal z malinami. Zmienili dostawcę, Donnerwetter. Jeszcze się nie pogodziłam. W autobusie byliśmy sami samiuteńcy, dojechaliśmy do parkingu aut i szybko zlokalizowaliśmy Babcię. Jeszcze tylko krótki przystanek w Tesco i już: o dziesiątej siedzę w swoim fotelu i marznę :)  Gdyż temperatura w domu spadła do siedemnastu stopni, więc wciągam coś dobrego na drugie śniadanie, żeby pomóc organizmowi (od rana boli mnie gardło, prawy migdał bolesny). Sytuacja temperaturowa jest na tyle nieciekawa (ociepla się bardzo powoli), że po południu biorę gorący prysznic i wskakuję pod kołdrę obok Kochanego, czytam Przetainę, albo drzemię (à propos, znowu przywiozłam z Polski parę książek, mniej lub bardziej antycznych, Krajewski, Steinbeck, Remarque i ... Gösta Knutsson). Leżąc w łóżku czułam się coraz bardziej chora, więc w końcu wstałam, zrobiłam Kochanemu kawę. Mąż zrobił pyszny obiad, bakłażany w czosnkowej zaciapie, dla zdrowotności.

I jeszcze Perlisty do małżonka dzwonił. Ale ty to jesteś świr, orzekł w temacie naszej krótkiej podróży. To mógł być nawet komplement ;)

Rodzice nie odbierali telefonów przez większość dnia, dopiero wieczorem tatko oddzwonił, że przed południem mieli załamanie pogody, gwałtowne zjawisko atmosferyczne, które na kilka godzin odcięło ich od prądu. Teraz myślę, że zmiany ciśnienia w czasie lotu nad zachodnią Polską i Niemcami były zapowiedzią tego wydarzenia. No nic. Podróż była jak sen, trzeba zbierać mózg ze ściany. Wykluwa się mi jakaś choroba, mam nadzieję, że do jutra sczeźnie.

sobota, 12 października 2024

1761. Domowo i koncertowo.

Wstaliśmy po ósmej (budziłam się wcześniej, ale niedospanie z poprzedniej nocy skutecznie zniechęcało mnie do pochopnych aktywności). Śniadanie we czworo. Pogoda była idealna (słonecznie, bezwietrznie) więc poszłam z Fredem na cmentarz, a że w drodze znalazłam maślaczka i mieliśmy ze sobą torbę, łącząc spacer z wypatrywaniem grzybów przełajem wybraliśmy się zobaczyć bliznę po lesie. Łazęga była owocna. Znalazłam jelenie bobki, kupę dzika, stare ptasie gniazdo i trochę grzybów :D Las, gdzie kilka lat temu przełaziłam przez płot (mama robiła mi zdjęcia, wiadomo) przestał istnieć.


Po pierwszej obiad; tv binge-watching Kojaków; pijemy kawy (do zaparzenia wymiatam ostatnie ziarna Sumatry), jemy ciasta, głaskamy zwierzaczki. Pesymistyczne rozkminki są takie, że wszystkie psy zbliżyły się ostatnio do granicy wieku bardzo zaawansowanego za którym już tylko cień. Zakładam mamine kamaszki i trochę chodzę po podwórku, głaskam Gosię, portretuję Miauczysława. Tatko poszedł zebrać jeszcze kilka siniaków, skoro są, potem kuchnia pachnie suszonymi grzybami (będą do kapusty wigilijnej, mama zarządza). Nie przepracowujemy się, nie wykonujemy gwałtownych ruchów, wystarczy nam ta szybka podróż w tę i z powrotem, żeby dusze nie nadążały.

Po siódmej wyjeżdżamy do Tcy (mieliśmy najpierw zajrzeć do Kota i kupić ziarna, ale dla kawiarni było zdecydowanie za późno, poza tym, jak wyżej, spokojnie). Parkujemy, idziemy, wchodzimy, koncert zaczyna się tuż po ósmej.

Cieszę się, że pojechaliśmy; panowie z Voo Voo w składzie obecnym (Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz, Bryndal) zaczęli od Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było, a na bis zagrali Nabroiło się, pomiędzy stare piosenki wymieszane z utworami z albumu Premiera (2022). Zawsze to miło posłuchać ludzi, którzy potrafią grać.

Kochany kupił na miejscu dwie płyty, dostał autograf wszystkich członków zespołu i zagadał w temacie interesującego go albumu koncertowego (Waglewski jest mały i chudy), po czym ruszyliśmy w drogę powrotną na wieś.

Punkt jedenasta byłam już w łóżku, ale cudów nie ma, zaraz trzeba będzie wstać.

piątek, 11 października 2024

1760. Wylot/przylot.

Zasnęłam dopiero po pierwszej, o piątej trzeba było wstać, zgroza. Jestem niewyspana, więc od razu mam negatywne myśli o stanie rzeczywistości, choć od wczoraj nic się przecież nie zmieniło. Ogarniamy się, mało jemy, mało pakujemy, wyjeżdżamy. Na autostradzie takie uśmiechające nas widoki: 

Krowy na moście dla krów (wiec się nie dziwię, tylko zachwycam), akurat przechodziły do dziennego pastwiska. Na drugim moście z kolei zauważyłam dwie panie (twarze omotane) z flagami Palestyny (no przecież ledwie słonko wstało, zimno, myślę). Nie zdążyłam zrobić fotki, bo akurat słuchaliśmy z telefonu Małomiasteczkowego Podsiadły (oraz sporo innej polskiej muzyki, w rodzaju Koteluk czy Mikromusic). Kolejka na lotnisku była niewielka, prawie żadna, oboje zabuczeliśmy na bramce i błyskawicznie przeszliśmy do strefy bezcłowej. Kochany zauważył nową kawiarnię trzeciej fali, Blue Bird (w menu kawa nitro, więc przysiedliśmy na chwilę; Fred stwierdził, że pił już lepsze kawy nitro, ba, byłam tam, wiem ososięrozcho ;)).

Wylot o czasie. Siedzieliśmy oddzielnie, ale oboje mieliśmy sporo miejsca na nogi, pierwszy raz siedziałam w fotelu 1a, podczas gdy Fred relaksował się na skrzydle. Po raz któryś zaobserwowałam widmo Brockenu (dla odmiany przy podchodzeniu do lądowania w Polsce, ciekawe).

Najpierw musieliśmy się przemieścić po Breslau, autobus 106 dowiózł nas pod Główny, w czasie drogi Kochany kupił przez Internet bilet na szynobus, więc i tutaj nie mieliśmy żadnej obsuwy czasowej, szczęściarze. Zaskoczenie: nieintencjonalnie siedliśmy naprzeciwko siostry An. Nigdy wcześniej jej nie widziałam, ale zanim odebrała telefon wiedziałam, że to ona, podobna mimika, podobny styl ubierania się na lamperię.

Na dworcu powiatowym, czecia czydzieści, wpadliśmy na mamę i we czwórkę (tatko czekał w samochodzie) pojechaliśmy na obiad do chińczyka. Makarony, ryże, indyki, bambusy, tofu, wszystko pyszne, jako się należy, jemy, aż się z uszu kurzy.

W domu pod lasem Komitet powitalny zacny: najpierw Mruczysław, potem Maciej, w drzwiach Filemon, w domu Rózia, Maksiutek, Rozalka. I cała reszta. Niuniasia przyszła się poniuniać, schudła, idzie jej rok piętnasty. Wygłaskałam też małą Zosię. Rodzice dostali swoje prezenty (mama ponczo, tatko koszulę).


Okazało się, że książki doszły. Jedna od Stokrotki, i dwa tomy od Saguli.

W sieci mnóstwo zdjęć zorzy nad naszą wsią (z zeszłej nocy; pewnie będę musiała pojechać do Norwegii, żeby to zobaczyć, duh). Po dużym obiedzie na mieście nie mamy już siły na kolację, ot zalegamy, rozmawiamy, zerkamy, głaskamy. Przed dziesiątą jesteśmy gotowi do snu.

czwartek, 10 października 2024

1758-1759. Przed podróżą.

Środa
Nie wiem, co spowodowało taką senność, jakaś pobudka była wcześnie rano, ale dospaliśmy z Kochanym do dziewiątej. Wstałam pierwsza, zrobiłam nam napitki, Kochany zorganizował śniadanie (biała kiełba) po którym zachciało się mi kawy, a jak kawa, to wiadomo, że relaks, więc się wzięłam do roboty dopiero po południu. Pracę przerwał mi chwilowy brak prądu, niedługi, na tyle, żebym doczytała dziesiąty rozdział Kurskiego. Potem powrót do układania planu na jutro. Kochany jedzie do rzeźnika, robi nam obiad, wcinamy w milczeniu, oboje głodni jak wilcy. Najedzeni zasiedliśmy do filmu ze strony 35mm; Zdjęcia próbne (1977) w reż. Holland, Kędzierskiego i Domaradzkiego, ciekawy, świeży, dobrze pokazujący mizerię epoki. Było jeszcze trochę czasu wieczorem, więc dokończyłam czytać Dziady i dybuki Kurskiego (Agora, 2022). Rozkoszujemy się dobrze działającym ogrzewaniem, poza tym dzień szary, spokojny, prawie nie wychodzę na zewnątrz. 

Czwartek
Śpię jak dziecko. Budzę się przed siódmą, zanim zawrzeszczy budzik. I wiadomo, jeść się nie chce, ale trzeba, skoro mam dzisiaj wędrowniczka pracowniczego. Huragan Milton demoluje Florydę, tymczasem u nas prawie nie ma wiatru, słonecznie, o takiej pogodzie mówi się crispy. Praca przebiega sprawnie, po pierwszej jeszcze zaglądam na chwilę do Centrum, upewnić się co do grafiku na przyszły tydzień, a potem już wpadam w ramiona Kochanego, który czeka vis-à-vis. 

Spod Centrum pojechaliśmy z Kochanym na chwilę do jego pracy, a potem poszliśmy na kawę do Costy. I takiego pieska spotkaliśmy wychodząc:

Toby, a very good boy, mix bichon frisé, chwilę rozmawiamy z jego tatą. Toby jest przyjacielem wszystkich miłych ludzi, którzy się do niego uśmiechają. 

Czekając na mnie Kochany kupił prezent dla mamy, bardzo ładne ponczo, rodzaj nietoperza (będę musiała je zarzucić na siebie w podróży, bo nie zmieści się do tyci bagażu). W domu małżonek nas odprawia, potem jemy obiad (makaron z pesto). Wczoraj przed północą zaczęłam czytać Przetainę Pilipiuka, więc pewnie jeszcze do tego wrócę. Nie czuję, żeby to była bardzo moja rzecz (moje pierwsze zetknięcie z Pilipiukiem, książkę kupiłam ponad rok temu), ale fabuła przeleci szybko, Tomasz Mann to to nie jest. Korzystając z bezwietrznej pogody, Fred kosi trawę.
___
edit 22:47 Z Pilipiukiem rozstaję się na piątym rozdziale, nie będę poganiać, tym milszy będzie powrót. Wieczór jakoś się rozlazł, Kochany odkrył w szafie spodnie nadgryzione przez mole, które wyglądały, jakby zaatakował je bardzo źle wychowany ratlerek, w związku z czym zrobiłam pobieżną inspekcję wełnianych swetrów. Rozmawiałam też chwilę z rodzicami. Wstajemy wcześnie, powinnam iść już spać, ale nie mam melodii, w głowie się kotłuje nie wiadomo co. I nagle Dyjaka słuchamy, Piosenkę w samą porę, wersję z lat bardzo młodych, gdy jeszcze chrypił tylko wtedy, gdy chciał.
___
edit 22:55 a poza tym znajomy Freda sfotografował zorzę na horyzoncie. Wyszłam przed dom, ciemność rozświetlają osiedlowe lampy, krowy ryczą w oddali, zorzy brak, zresztą patrzę w złą stronę. Musielibyśmy w celach obserwacyjnych pojechać do portu, ale oboje mamy już gołe tyłki, czyli sorry zorzo.

wtorek, 8 października 2024

1757. Chaotyczny wtorek.

Kiedy sobie pomyślisz, że specjalizda może przyjść wcześniej, ale potem odrzucisz tę myśl, bo irlandzcy spece nigdy nie przychodzą wcześniej, to jednak istnieje właśnie spore prawdopodobieństwo, że tym razem przyjdą wcześniej. Prawo Murphy'ego :) Bojlerzyści, mistrz i jego giermek, zjawili się kwadrans przed dziewiątą. Oczywiście, zapukał giermek (zawsze wysyłają giermka, niech się uczy). Lary i penaty, które trzymamy w sekretnych miejscach, musiałam usuwać chybcikiem, ale poszło sprawnie, bo niedawno to robiłam. Poza tym, mistrz był mało irlandzki (mało uśmiechnięty), ale mówił dość jasnym językiem, co nie jest takie oczywiste, zaś Giermek miał na imię Oisín i okazał się miłym chłopcem (pozostawiony przez szefa na czas lunchu otrzymał ode mnie zasłużoną herbatę). 

Jak na złość przedpołudnie było ciepłe i bezwietrzne, gdyby nie "zaproszeni" goście, chętnie poszłabym na spacer nad morze. 

Magicy od bojlera wyszli o pierwszej. Wszystko działa. Półtorej godziny później Oisín wrócił jeszcze po bluzę z kluczami do domu i otwarty kartonik mleka. Miałam robić co innego, ale rozkojarzona wizytą do reszty wciągnęłam się w tropienie przodków zamieszkałych w okolicy Piotrkowa. Po kolei indeksowałam akty urodzenia ciotecznych pradziadków, w tym Stanisława, który, inaczej niż myślałam, nie został stracony w Auschwitz, ale dostał się do KL Gross Rosen, potem do KL Flossenbürg, gdzie ślad po nim zaginął. Czyli ... nie zrobiłam dzisiaj nic pożytecznego, nawet obiadu. Idąc za ciosem ^^, wieczorem wpadłam do Anne, na ciastko, herbatkę i pogaduchy.


Jutro będzie mniej chaotycznie, obiecuję sobie, jutro nie prokrastynuję, tylko krok po kroku ...

poniedziałek, 7 października 2024

1756. Do roboty!

Wyczytałam gdzieś, jak wyglądał grafik dnia w średniowiecznym klasztorze kluniackim, co mi przypomniało, że podobno bardziej naturalne dla człowieka jest spanie w dwóch turach (wybudzenie się w nocy, krótka aktywność i ponowne zaśnięcie). Mam tendencję do wybudzania się ok. pierwszej, może po prostu warto wtedy wstać?

Gdy robiłam poranną kawę, zaskoczył mnie telefon od naprawiacza. Saga bojlerowa może zakończyć się happy endem, jutro mają nam wymienić piec na nowy. Bardzo miło, że do przodu, skoro jakby wszystko inne do tyłu. Wprawdzie dostałam nowy kontrakt od następnego poniedziałku, ale nawet myślenie o tym wprowadza mnie w zły nastrój. Nie tego oczekuję od życia (zawodowego).

Wiosenne przygody z pobzygą zniechęciły mnie do zajmowania się narcyzami, w końcu jednak trzeba się było zebrać do kupy, coś zdecydować i przygotować to, co rokuje, do zimowania.


Z doniczki kosaćców usunęłam przytłumiające je chwasty, podobnie zrobiłam z mieczykami, Ripami van Winkle i Lucky Numbers. Jedynego żywotnego cyklamena z całkiem pokaźną bulwą przesadziłam do osobnej doniczki i wystawiłam przed dom, a na jego miejsce w donicy podłużnej wysadziłam umęczone cebule tulipana Little Princess (może jeszcze coś z nich będzie). Przy Delnashaugh byłam bardziej zdecydowana, odsłoniłam cebule i wzruszyłam się, że roślinki odporne jak stonka już przygotowują się do zimowego snu. Dałam im więcej miejsca przemieszczając kilka okazów do osobnego pojemnika (mniejsza, ceramiczna donica). Cebule ocalone z wiosennego pogromu pobzyga wsadziłam do czterech innych donic, zobaczymy czy cokolwiek z tego wykiełkuje na wiosnę, mogę żałować tego braku zdecydowania, ale trudno, mam miękkie serce. Zostało jeszcze kilka doniczek do odchwaszczenia i inspekcji.
 
I tak, Kochanie moje wróciło, to żeśmy się całowali. I lektura mnie wciągnęła, a jeszcze bardziej genealogia (jakiegoś pociotka tropiłam z nosem w internetach, ale się schował skutecznie; wyjechał do Stanów, na jego syna wołali Fred; poczekaj, ja cię dorwę). Siedzę z mokrymi włosami nad laptopem, bujam się do Cichej śpiewającej różnymi językami, i zapomniałam, co ważnego miałam zrobić. Co ważnego miałam?

niedziela, 6 października 2024

1755. Deszczowa niedziela.

Kochany jechał na dziewiątą, o czym nie wiedziałam, więc przekonana, że w domu nikogo już nie ma, zwlekałam z wygramoleniem się z łoża. Do porywistego wiatru doszedł deszcz, szarość za oknem powodowała, że pół dnia siedziałam przy zapalonych światłach. Po południu, gdy Fred wrócił z pracy, lepiej, słoneczniej.

Trzeba było odgruzować posiadłość z zalegającego, wysuszonego prania, zrobiłam seans prasowalniczy do Mordu w hurtowni (1967), starej kobry z Czesiem Wołłejko. Ach, i jeszcze skorzystałam z pomysłu Hebiusa, żeby zrobić frytki na drugie śniadanie, tylko z małym udoskonaleniem, bo w ruch poszła frytkownica beztłuszczowa.

Kochany znękany pracą. Miał zadzwonić z drogi powrotnej, nie zadzwonił, miał kupić warzywa do ryżu, zapomniał. Trzeba było przytulić :) A jutro może ryba z frytkami w takim razie, bo dlaczego by nie, skoro dzisiaj frytki wyszły bardzo smaczne. I tak peroruję Kochanemu, co tam wyczytałam u Kurskiego w kolejnym rozdziale (piątym), a małżonkowi oczy się zamykają, aż w końcu znika w sypialni i zasypia zwinięty w croissanta. OK, 50 brzuszków. I może przejrzę oferty pracy (przeglądałam rano, ale może jeszcze raz).

sobota, 5 października 2024

1754. Wietrzna sobota.

Wstałam przed siódmą, żeby dać Fredowi buzi przed wyjściem do pracy. Za oknem wiatr, najprawdopodobniej forpoczta szumnie ogłaszanego w sieci huraganu Kirk. Śniadanie pojedyncze (kanapki z pomidorem, dwa sadzone jaja, na deser mielę sobie kawę ręcznym młynkiem), jednocześnie nadrabiam oglądanie dwóch ostatnich vlogów Gosi ze Szkocji).

Zadzwoniłam do tatki, najpierw tato opowiedział mi o wycinanym lesie (właśnie wrócił z wędrówki), las za pierwszą rzeczką po prawej przestał istnieć. Tymczasem "nasz" las ma już ponad 120 lat, ale chyba w tym roku jeszcze nie będą cięli. Potem rozmawiałam z mamą, która wczoraj miała mieć wybielanie zębów, ale się sprawa odłożyła w czasie. Grzyby rosną; w następny weekend może będzie ładnie; Zosia sobie radzi z wszystkimi i leje Filemona po pysku. 

Wróciłam do lektur przerwanych przed przyjazdem gości, skończyłam czytanie Scenes From a Childhood (Fitzcarraldo Editions, 2023) Jona Fossego, kontynuuję Dziady i dybuki Kurskiego. Po zakończeniu pierwszej lektury zdrzemnęłam się nieco. 

Wiatr przybrał na sile, uderza od strony drzwi frontowych (jak zwykle), ale w sypialni okno można spokojnie nadal otwierać, z czego korzystam (jak zwykle). Speculoosy i czarna herbata.

piątek, 4 października 2024

1753. Happy b-day 2 me.

Budziłam się nad ranem z trzy razy, najpierw około szóstej, potem po siódmej, i tak się kręciłam jak jeżyk zawijający się w kulkę, i nawijałam na siebie kołderkę, że kiedy nareszcie postanowiłam coś zrobić z tym porankiem, Freda obok nie było, a na zegarku stała 9:40.

Przy herbacie i granoli odbierałam hołdy na FB i poza. Kochany odpalił Tatę Kazika Kultu. Tatko zadzwonił z życzeniami, przy okazji podzielił się ze mną odkryciem, że prof. Reinert u którego kiedyś pracował, zmarł jeszcze w 2017 roku (27.11).

Na obiad po pół porcji łazanek z polskiego sklepu i po drugiej wyjechaliśmy w siną dal. Tzn. nie aż taką znowu siną, bo do El Paso na urodzinową kawę i równie urodzinowe naleśniki. Chociaż może troszkę, bo im bardziej na północ, tym bardziej mżawka zmieniała kolory krajobrazu. Naleśniki z syropem klonowym zjadłam tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia ;D Potem poszliśmy z Kochanym do księgarni i takie oto książki urodzinowe wybrałam:

Powód dokonanego wyboru jest taki, że łączy je królik na okładce :D Dobry powód, moim zdaniem. Dopiero potem zauważyłam, że jedna dostała Bookera, a druga była na liście do tej nagrody. Well. Gdy wracaliśmy do samochodu, jakiś Irlandczyk na chwilę zawiesił na nas wzrok; Young love! orzekł ;D

Byliśmy na wieczór umówieni z Ka & Jot; ponieważ zostało trochę czasu do wizyty, najpierw udaliśmy się w gęstniejącej deszczomgle do Newry, gdzie Kochany kupił sobie ciekawą marynarkę, koszulę dla taty i szkicownik dla mnie, a w innym miejscu zimowy zapas ziarna dla ptaków. Potem wróciliśmy do El Paso i na godzinkę weszliśmy do suszarni. U przyjaciół siedzieliśmy do dziesiątej wyjaśniając sobie w chaotycznych dyskusjach, co to jest gender identity, i różne takie inne. Bardzo dobry dzień. Słuchamy Faun Fables, Kochany już sposobi się spać (gdyż jutro musi do pracy, blee).

czwartek, 3 października 2024

1752. Czasami pracuję.

Pobudka o 5:30. Wyjazd z Kochanym do miasta. Zanim jeszcze wyszłam zamówić mężowi kaffkę, wpierniczyła się przed nas gigantyczna ciężarówka, której kierowca cofając usiłował zaparkować swój rydwan, zawadził przyczepą o latarnię, po czym zwiał. Kochany zrobił zdjęcie sytuacji, na wszelki wypadek. 

A Pani Stempelek to już wie wszystko, że czasami mąż sam zamawia, a jak ja przychodzę wpół do ósmej, to wiadomo, że on czeka w samochodzie, i wiadomo, że bierzemy brazylię, albo salwador, jedną na wynos, jedną w porcelanie; i że ja zaczynam (p)o dziewiątej, więc nic dziwnego, że siedzę jeszcze godzinę z książką albo przeglądając obrazki ze świata. Tzn. dla Pani Stempelek nic dziwnego, gdyż przekrój ekscentryków w Czarnej jest spory i mam silną konkurencję.

Zajęcia minęły szybko, choć coraz bardziej wychodzą deficyty podopiecznych i moja praca polega w sporej części na tłumaczeniu one-to-one. Przed czwartą wyturlałam się z autobusu, w odcinkach zaczęłam przygotowywać strawę (kaczka, kartoffeln, tarta marchewka). Wspaniałą kaczkę robisz, kochanie, rzekł mąż. No wiadomo ;D Lidlową.

Kontynuując szuranie po 35mm.online obejrzeliśmy Ostatni dzień lata (1958), debiut Konwickiego. I tak sobie porozmawialiśmy z Fredem o różnych rzeczach, że czas minął, rozgrzebanych vlogów oglądanie nie zostały dokończone, mata nierozłożona, trudno. Gdyż mi uszka ze zmęczenie opadają i trzeba ich posłuchać.

środa, 2 października 2024

1751. Środa przebimbana.

Od rana rozpieszczamy się: kaffka z ręcznego młynka, jogurt z granolą i malinami. Dopiero około południa wzięłam się za konkretną robotę, ale chęci starczyło mi na pół godziny. Za to zrobiłam inny dobry uczynek, ostrzygłam męża (bardzo udanie, uważam). Kiedy zniknęłam w sypialni, żeby scrollować internety na telefonie, mój skarb zrobił nam obiad, kalafiora w beszamelu.

W Centrum zaczynam dopiero od czternastego, taką dostałam wiadomość. Jeszcze dwa tygodnie, dobrze to i źle (cierpię z powodu braku kasy).

Pod wieczór wyszliśmy z Kochanym na spacer nad morze. Słonecznie, ale chłodno, mewy pięknie halsowały, gawrony już not so much ;) Zawróciliśmy przy ostatnim zejściu z plaży. Następnym razem trzeba założyć coś cieplejszego.

Od szwagrostwa pożyczam dwie inspirację: picie większej ilości wody i medytacja. Dzisiaj relaksacja progresywna Jacobsona. Ale to na deser dnia, na razie Fred puścił płytę zespołu Kury, czy kumasz Kęstowicza?; biorę się za przygotowanie zajęć.

wtorek, 1 października 2024

1750. Znowu październik.

Poranne rytuały (blogówka/prasówka, zielona herbata). Kochany ma dwa dni wolnego, więc razem mogliśmy słuchać jak kolejne prania mielą się w bębnie. Wtorek zrobił się niespodziewanie słoneczny; rozmawiałam chwilę z Anną, która wyraźnie chciała odnowić sąsiedzkie kontakty, wyszła do ogródka, kiedy tylko zauważyła, że kręcę się bez celu czekając na Freda. Bo w południe poszliśmy z Kochanym na krótki spacer do morza i z powrotem, takie tam tuptanie z opowiadaniem sobie myśli. 

Usz wysłała kilka zdjęć, które zrobiła nam w czasie pobytu tutaj, przy okazji zagadnęłam ją o medytację (nie jestem przekonana do tej, którą ona robi, ale poczytam i może wezmę coś z tego dla siebie). 

Kochany wyjechał na zakupy spożywcze (zdrzemnęłam się) i wrócił przed szóstą. Z płytą Odpoczno zaczęliśmy robić obiad (ryba, ryż, pomidory w śmietanie). 

Była też rozmowa z Ka, przyjaciel zadzwonił, żeby mi opowiedzieć, czego się dowiedział w sprawie mojej ewentualnej pracy, poza tym zaprosił nas na piątek. 

Wieczorem obejrzeliśmy Niezwykłą podróż Baltazara Kobera (1988) Hasa, film tylko częściowo spełnił oczekiwania; zbyt był hermetyczny, no i kim był Jarosław Musiał, że musiał zagrać małego ducha?