Strony

niedziela, 31 października 2021

684. Halloween.

Z tej okazji dostaliśmy od Marksistki prezent, jej próbę tłumaczenia opowiadania George'a Moore'a, Teatr na pustkowiu. Oboje jeszcze trochę chyrlamy i jesteśmy zmęczeni. Po powrocie z zakupów spożywczych (jest słonecznie, mimo to ignorujemy inne powody do wyjścia na zewnątrz) obejrzeliśmy do końca drugi sezon Ojca Teda, a ja chybcikiem doczytałam tych kilka pozostałych mi stron Erystyki Schopenhauera (MG, 2020). Słuchamy Serca (1987/2005) Rezerwatu. Za oknem przynajmniej do ósmej na niebie sztuczne ognie odpalane z sąsiednich osiedli, u nas żadnych strachów, przebierania się i trick-or-treatingu, ambicję mam taką, żeby mieć spokój i nie myśleć o pracy. Rozmawiam z Marksistką, na początku o opowiadaniu, potem jak leci, chociaż sprawy kocie są oczywiście priorytetowe. 

sobota, 30 października 2021

683. Sprintem przez sobotę.

Pomimo słońca rozlanego po dzielnicy, siedzimy w domu. Gra nam dzisiaj Żywiołak, jego Muzyka psychoaktywnego stolema (2016), Pieśni Pół/nocy (2017) i Wendzki szczyt (2019), a potem Lady Pank z O dwóch takich, co ukradli księżyc (w wydaniu z 2019). Loguję się na stronie krematorium w Cavan, ale pożegnanie Judżina jest ekspresowe, tylko ksiądz coś tam gada, pewnie o wieczności bla bla. Oglądamy trzy odcinki Ojca Teda (czyli na jutro zostały dwa, żeby skończyć drugi sezon). Wieczorem Fred długo rozmawiał z bratem. Przez cały dzień żrę sałatkę jarzynową (zrobiłam po pierwszym śniadaniu), nawet na obiad, teraz też. Chciałbyś coś dodać, mężu?

piątek, 29 października 2021

682. Zmęczona piątkiem.

Na początku sporo entuzjazmu (kot odprowadził mnie po ciemku na mokry przystanek, w robocie łatwo i miło, w międzyczasie się rozpogadza, po robocie przygotowuję mężowi obiad i jestem nim, tym obiadem mym, zachwycona, bo mężem to wiadomo), ale potem mam ochotę wskoczyć pod kołderkę (któremu to uczuciu przeciwstawiam się z całą mocą). Okazało się, że w zeszły piątek byłyśmy z Sziwan same, ponieważ Lorejn zapomniała, że ma zastępstwo za koleżankę. I nic się nie stało, nikt nie zauważył niemalże do końca zmiany. W sumie to nie chirurgia naczyniowa.

Fred dostał wyniki testu kowidowego, oczywiście negatywne. Kochany słusznie zostaje w domku przynajmniej do niedzieli. 

Jedyną większą rozrywką tego wieczoru są dwa kolejne odcinki drugiego sezonu Ojca Teda. 

Anne się odzywa, chwilę rozmawiamy o Judżinie. Miał 76 lat, obie byłyśmy tym zaskoczone. Pamiętam go jako niezwykle postarzałego, nieomal przezroczystego leprechauna.

czwartek, 28 października 2021

681. Dość wylegiwania się.

Kontynuacja dziwnych snów z porywaniem: tym razem to ja byłam porwana, przez stalkera. Na szczęście były koty do karmienia, a jak mi się znudziło być porwaną, wyszłam ;)

Fred źle się czuje, zadzwonił do lekarza i trochę czekaliśmy na feedback, bo gp miał pełne ręce roboty. Test kowidowy męża nie ominął, a ponieważ wizyta w szpitalu była zapisana dopiero na drugą po południu, zdążyliśmy posłuchać Pięknego instalatora Dyjaka (2019) i jeszcze raz ostatniej płyty Bukartyka.

Podobnie jak w moim przypadku, wizyta u Brygidy nie trwała długo. Pojechaliśmy też do Dundalk zrobić większe zakupy (Kochany nas podwiózł i znękany objawami przeziębienia czekał na mnie w samochodzie), wróciliśmy do domu trasą widokową przykrytą kocem mokrej chmury. Wystarczyło, że zaparkowaliśmy pod domem, żeby usłyszeć powitalny okrzyk Ethana, który na tę okoliczność wybiegł z domu. Stek dla Freda, dla mnie kartoffeln ze śmietaną i już witamy się z mrokiem. Mży i bździ cały dzień. Wieczorem rozmawiałam z moją mamą, obejrzeliśmy Tentacles of Doom i Old Grey Whistle Theft, sprawdzam jutrzejszą pogodę: deszcz.

środa, 27 października 2021

680. Mokrzej i ciemniej.

Najpierw obudził mnie kot z prośbą, żeby go wysuszyć. Po raz drugi obudziłam się sama i to późno, po dziewiątej. Miałam sen w którym porywano ludzi i ci porwani byli bardzo szczęśliwi, bo nie musieli być w nowym życiu nikim ważnym.

Przez pół dnia łeb bolał, przeszło dopiero po obiedzie (rybka od Thomasa). Gdy wyszłam na moment do ogródka sprawdzić, co tak Rysia interesuje (kot obserwował płot na granicy z sąsiadem, Judżinem), do Freda podeszła Katlin z informacją, że naszego sąsiada zeszłej nocy zabrała karetka. Podobno to wylew i pomyślalam, że już tu nie wróci. Faktycznie, gdy po południu byliśmy w trakcie oglądania dwóch odcinków drugiego sezonu Ojca Teda, Katlin zapukała do nas z informacją, że Judżin zmarł, poor devil. Bardzo cierpiał, nie spał po nocach, koniec tego.

Wysłuchałam drugiego podcastu Szymańskiej z Gutral w temacie #teżodchodzę.

W nietypowym czasie, po ósmej wieczorem, przyszło mi tekstowe zawiadomienie o wyniku testu kowidowego, negatywne, jak się spodziewałam. Jest lepiej, nie smarkam, nie kaszlę aż tak bardzo, niestety teraz to Kochany walczy z bólem gardła.

wtorek, 26 października 2021

679. Even better.

Wizyta u dochtóra ograniczyła się do rozmowy telefonicznej, za to już dwie godziny później miałam test na covid w szpitalu w Ardee. Nie za dużo o tym myślałam, i dobrze, bo test nie był tak nieprzyjemny, jak się spodziewałam po opisach, które znam z mediów społecznościowych. W kolejce stałam wielokrotnie dłużej niż trwało samo grzebanie w otworach twarzy. 

Przejechaliśmy się z Kochanym po naszej prowincji, potem trochę kimnęłam obok kota, gdy mąż gotował obiad. Już syta porozmawiałam z mamą, która dopiero wróciła "z grobów" i zajęłam się szukaniem pomysłów na raport na studia, bo mamy go przygotować w pięcioosobowej grupie, na razie pomysłów brak (nie przepadam za projektami). Ponad pół godziny na google meet i za oknem zapadł zmrok. Dobry kot czuwał obok. Skoro już siedziałam w łóżeczku postanowiłam obejrzeć ostatni odcinek Midsomer Murders z 10 sezonu (wątek psychoterapeutyczny raczej słaby). 

Na kolację pizza. Obejrzeliśmy z Miłym dwa odcinki kończące pierwszy sezon Ojca Teda. Coraz bardziej żałuję, że w lipcu jadąc do Burren nie wiedziałam jak blisko byliśmy tej kultowej lokalizacji w hrabstwie Clare.

poniedziałek, 25 października 2021

678. Not bad.

Noc nie była taka najgorsza, katar jest w odwrocie, tyle, że dla odmiany przyplątała się gorączka i znowu nie mogłam spać. Myślę, że Ryszard jest bardzo kontent z moich postępów — pobudka o 3:30, więc jest posiłek o tej porze, w ciągu dnia zalegam w łóżku, czyli może mi towarzyszyć rozłożony na miejscu Freda. Z kociego punktu widzenia wreszcie pojęłam na czym polega dobre życie. Na pewno chcesz wyzdrowieć w tej sytuacji?, pyta Kaś Matka Kotom.

Zapomniałam napisać, że wczoraj Kochany kupił mi bukiet kwiatów (róże w towarzystwie kapusty). Dzisiaj natomiast mąż wrócił z pasiastym sweterkiem Hilfigera i syropami na różne rodzaje kaszlu, bo zaczyna się faza wypluwania płuc. Na zewnątrz znowu słonecznie, że można zwariować.

Napisanie nawet krótkiej notatki to wyzwanie, mózg mam rozmiękczony, wolę oglądać kryminały (Picture of Innocence i They Seek Him Here), albo bezmyślnie jeść winogrona. Jest bank holiday, jutro już trzeba zadzwonić do pracy, coś ustalić.

Wieczorem słuchamy Dezertera, Ziemia jest płaska (1998) i oglądamy trzy odcinki (2-4 z pierwszego sezonu) Ojca Teda.

niedziela, 24 października 2021

677. Były plany.

Pogoda ładna, a ja siedzę cały dzień w szlafroku Freda i skarpetach z merynosa odmóżdżając się przy kolejnych odcinkach dziesiątego sezonu, The Axeman Cometh i Death and Dust, i robiąc co jakiś czas przerwę na tamowanie krwotoku z nosa. Ryszard towarzyszył mi w łóżku pół dnia (zawarliśmy sztamę dzisiaj po drugiej nad ranem, że jak będę wstawała o tej porze coś zjeść, to kot też dostaje posiłek). Tymczasem Aś poszła popływać w zatoce, wiem, bo przesłała mi zdjęcia.

Wieczorem oglądamy z Kochanym studio Sekielskiego, traktujące m.in. o Flaszce Głódziu.

Szykuje się kolejna ciężka noc.

676. Choruję sobie.

Pociągam nosem, inhaluję się herbatami. Jak na zawołanie nad wybrzeżem przechodzi sztorm (to podobno nadal Hendrik, przez Francuzów nazywany dla odmiany Aurore) i kot spędza większość dnia w domu, zwinięty w obwarzanek na tapczanie. Obejrzałam jeden odcinek Midsomer, King's Crystal, nie za bardzo wyrafinowaną wariację na temat Hamleta. Cztery godziny nieprzerwanego snu. I proszę bardzo, 02:31 w nocy.

piątek, 22 października 2021

675. Skichana.

Gardło zaczęło mnie boleć jeszcze wczoraj późnym wieczorem, domyślam się, że chodzi o zimne smoothie. Boli tak jak już dawno nie bolało, nie jest to miłe.

W pracy tylko Sziwan i dwa dzieciaki, bo wszyscy na coś chorują. Fred się ze mną cacka, przywozi mnie i odwozi. Gdy po pracy rozmawiam z rodzicami, którzy akurat wracają do domu, tata śmieje się, że to u nas rodzinne. Rodzice opowiadają o wczorajszej paskudnej pogodzie i powalonych drzewach (głęboki niż dostał nawet imię, Hendrik).

Nie robię nic, Kochany przygotowuje obiad, ja się kręcę po domu, pocieszam się karmelowym ciastem, które kupiliśmy dzisiaj w polskim sklepie albo drzemię przy nowym filmiku Ask a Mortician o kompostownikach na ludzkie ciała. Nawilżam gardło herbatą zostawiając orofar na ostatnią instancję.

Fred rozmawiał z Usz, o kotach, Wu, życiu. Nie ma za dużo nowości, koty pozostają najwdzięczniejszym tematem.

czwartek, 21 października 2021

674. Księżyc garbaty.

Jeszcze zanim zjedliśmy śniadanie i wypiliśmy smoothie, odsłuchałam webinar na temat używania EBSCO (dla odświeżenia wiedzy). Słonecznie jest i zimno do kości, więc mamy kotka w oknie zamiast gdzie indziej. Do śniadania Fred włączył płytę Niewierne Samych Suk (2013). Dobra.

Aś wróciła z Polski i się pyta, czy mamy plany na długi weekend, bo chętnie się dołączy. Czyli będziemy mieli plany, i bardzo dobrze. A na razie zielony płaszcz miał wychodne, pojechaliśmy do Drołdy kupić drugi karmnik dla ptaków (już wisi w ogrodzie, na lince do suszenia prania). Przy okazji byliśmy na kawie w miejscu, gdzie kiedyś pracowałam, a potem kupiłam sobie w TK Maxxie spódniczkę z brązowego sztruksu, Great Plains. Spódniczka jest prosta, niemodna, ma duże kieszenie, tak jak lubię.

Wieczorem Beksińscy. Album wideofoniczny (2017), inna wersja Ostatniej rodziny, też ciekawa, równie przygnębiająca. Od postaci Zofii wieje cichą grozą.

673. Złota irlandzka jesień.

Środę rozpoczęłam pastą z awokado oraz oglądaniem Bernadette ubierającej świnkę morską w kostiumy halloweenowe i Nicole Rudolph, która rozprawiała o rozmiarze retro obuwia.

Dzień był złoty. Za oknem obserwowaliśmy z Kochanym stado szczygłów, które przylatuje poskubać przekwitłe lawendy. Na obiad wyjazd do Termon, Fred rozsmakował się w chowderze, wróciliśmy napchani dobrocią po uszy. Mąż wysypał w ogrodzie ziarna dla fruwającej malizny, zaczynamy wcześniej sezon dokarmiania, żeby inni też byli szczęśliwi.

Przed wyjazdem do Ka&Jot rozmawiałam dłużej z mamą. Mama energiczna, choć wieści takie sobie: rachunek za gaz wzrasta o ponad 100%; z Maryśką, sąsiadką z tyłu, krucho, tatko podwiózł ją na badania, chyba niewiele zostało do zrobienia; babcia Mania coraz bardziej niesamodzielna, nie robi to różnicy, że niesamodzielność jest tworem jej umysłu, a nie ciała.

U przyjaciół obejrzeliśmy Czas mroku (2017) z Oldmanem w roli Churchilla. Oczywiście rola tytułowa zagrana bardzo dobrze, tylko czemu wszystko inne takie mdłe i szablonowe? Pograłam z chłopakami w twistera, podyskutowaliśmy o drugiej wojnie. W drodze powrotnej towarzyszył nam po północy wielki, zimny księżyc.

wtorek, 19 października 2021

671-672. Odcięta.

Poniedziałek ... w poniedziałki nie biorę do pracy lunchu. Gotujemy coś z młodzieżą, dowiaduję się przy tej okazji, że np. chiński makaron jest pyszny, gdy go podsmażyć z ciemnym sosem sojowym wymieszanym pół na pół z miodem.

W tym tygodniu wioska jest odcięta od komunikacji, kładą nową nawierzchnię na głównej ulicy i właśnie ten dźwięk obudził mnie rano. Wczoraj autobus powrotny dojechał do szkoły (Eugene, Lokalny Gej, pospieszył z informacją, że przez to dwa razy czekał na autobus bez sensu. Wracając na piechotę z drugiej strony osiedla słuchałam morza gniewnego po bardzo wietrznym i mokrym poranku), dzisiaj inny kierowca wysadził nas na skrzyżowaniu (idąc od czercza podziwiałam ptaszki kwilące w grubych żywopłotach).

Irytują mnie drobne rzeczy, znak, że zjeżdżam z hormonalnej górki. Obecność Kochanego ratuje mnie przed samą sobą. Dzisiaj Fred jest wcześniej, już wszedł do domu. Słucham Bukartyka, gra Nowy świat.

niedziela, 17 października 2021

670. Coś tam.

Śniadanie: parówki i muzyka grupy Sedes, Lekcja historii (2004). Potem rozmowa z rodzicami i babcią, i trochę Kobranocki Sztuka jest skarpetką kulawego (1987), ale Fred już musiał zwiewać do pracy, tym razem do Belfastu. Poza rozmową z Anną o tym, że fajnie mieć sąsiada, za wiele się nie działo. Z Midsomer obejrzałam The Animal Within (2007), całkiem przyjemny odcinek, tyle, że jak gra Samuel West, to od razu wiem, kto zabił. Wieczorem godzinna pogadanka z Luśkiem była. Przez całą niedzielę Ryszard wchodził i wychodził, spał lub protestował, i żądał posiłków na czas. Niewiele czytam, coś tam piszę.
___
edit 23:11 Bardzo się cieszę gdyż: mąż już w domu, czyli będę mogła się do niego przytulić zasypiając. I jeszcze, Fred kupił sobie fajny, punkowy płaszczyk w pepitkę Majestic Filatures. Taki na Syców lub Włoszczową.

sobota, 16 października 2021

669. Na chwilę razem.

Syte śniadanie, a po kawie spacer z mężem nad morze. Pogodowo dzień rozpadł się na dwie części, pierwsza była bezwietrzna i całkiem przyjemna. Po południu odrobiłam nieobecność na studiach z poprzedniej soboty, nic nadzwyczajnego, trzeba było posiedzieć. Drugą praktyczną rzeczą jaką uczyniłam bez zwłoki było przesłanie do tłumaczenia papieru, który dostałam z MEiN. I na tym koniec, weekend jest do weekendowania się.

Po obiedzie, już pod zachód słońca, ruszyliśmy do Drołdy na niewielkie (w nierealistycznych planach) zakupy. Wśród wielu różnych rupieci kupiliśmy box z serialem Father Ted, wszystkie sezony. No i pięknie, będzie oglądane, nie dzisiaj, bo jesteśmy sfilcowani podrożą jak emeryci (chociaż dokazywaliśmy w Tesco, aż mała dziewczynka się nam przyglądała; wcześniej, w Lidlu, jedyna para jaką widzieliśmy bez maseczek to oczywiście byli Polacy).

Na kolację pizza z bakłażanem i kolejna płyta schowana do tej pory w pudle, Waglewski Gra-żonie (1991, ale reedycja Agory, 2020), o dziesiątej dopchnęłam to wszystko bezą z Tesco. Siły brak, z przyjemnością myślę o śnie. Gdy wracaliśmy ze sklepów pogoda zepsuła się na całego, teraz kot suszy się na tapczanie.

piątek, 15 października 2021

668. Pole świadomości.

Przez część dnia głównie Sziwan i dwóch uczniów, na zewnątrz słoneczny ziąb, w Centrum z każdego kąta wyzierają trupy, nietoperze i nagrobki. Po południu po raz pierwszy włamywałam się do domu (od strony ogródka). Za łatwo mi poszło, trzeba zamykać okno, bo trochę strach.

Ryszard dojadał przegapione posiłki. Na szamę przyszedł też nie za często widywany przeze mnie jack russell. Jeśli już się pojawia, potrafi długo i cierpliwie czekać na trawniku.

Kochany wrócił jak zwykle w tym tygodniu, po obiadku gadamy sobie o tym i owym, np. o Łomnickim Tadeuszu, słuchamy tego i owego, np. Cave'a Nicka. Mąż przywiózł mi z TK Maxxa dziwną koszulę Levisa, niby oversize i nie wiadomo do czego, gruby, roboczy materiał, łączka na białym, krótka, a w szerz weszłyby dwie mnie, ale im dłużej na nią patrzę, tym bardziej widzę zastosowanie. Chyba pole świadomości mi się poszerza, albo co.

czwartek, 14 października 2021

667. Grzebię w ziemi.

Dla odmiany późna pobudka (po jedenastej jem śniadanie), przy zielonej herbacie jeszcze raz słucham Bukartyka. Zamiast spaceru gimnastyka w ogrodzie: wysadziłam do ziemi dwie z czterech prymulek tłoczących się w doniczce. Jeden z cyklamenów najprawdopodobniej padł (chyba czerwony), ale reszta rozmnaża się z korzenia jak szalona. W innej doniczce kiełkują Pipity przypominając mi, że rok to kontinuum i za bardzo przejmujemy się porami. Czwartek przeciekł mi przez palce. Chłonęłam radość z obecności kota, który po kilku dniach niebytu drzemał na naszym łóżku do podwieczorka.

Fred wrócił po szóstej, zjedliśmy obiad słuchając Voo Voo, bo odpakowałam z folii kolejną płytę czekającą na wolny czas u męża, Samo Voo Voo (2008). 

środa, 13 października 2021

666. Nie mam tytułu.

Spacer bardzo rano, krótka rozmowa z tatą i babcią, pranie wywieszone, wczesny obiad, dłuższa rozmowa u Katlin o problemach Majkela i Anne, praca w ogródku (wycięłam łączkę, przesadziłam jeden wrzos, pozbyłam się sporej ilości chwastów). W międzyczasie obejrzałam pierwszy odcinek Midsomer z 10 sezonu przecinając go na pół wspomnianą wizytą u sąsiadki. Było ostrzeżenie przed dzikimi i niebezpiecznymi mgłami atlantyckimi, ale nic takiego nie miało miejsca. Szary, bezwietrzny, niezbyt chłodny dzień.

Po obiadokolacji przygotowanej przez męża rozpakowałam jedną z płyt, które nadal czekają w pudle na Fredowy czas i przegrywanie do komputer, Bukartyka Być może to wszystko (2020). Słuchamy i dobrze jest, ciekawe aranżacje, teksty do ponownego wysłuchania.

wtorek, 12 października 2021

664-665. Dzień za dniem.

Poniedziałek zaczął się chłodem, potem było lepiej pod każdym względem. Kochany wystartował do pracy przede mną, więc kupiłam bilet autobusowy w dwie strony. W pracy zrobiło się mniej osób już w zeszłym tygodniu — na stałe z listy spadły Summer i on/a, Lauren. W grafiku nie ma Emmy z którą pracowałam zaledwie dwa tygodnie z nową grupą od września (podobno coś psychicznie nie było z nią za rewelacyjnie). Pod koniec szychty Lorejn mnie spytała, czy to prawda, że Polska wychodzi z Unii Europejskiej.

Tak się złożyło, że w drodze powrotnej, po wyjściu z autobusu minął mnie sąsiad z którym chciałam się zapoznać (ten, który kiedyś był bezdomny). Ma na imię Gerard, lubi koty i przyznał, że faktycznie Ryszard do niego wpada na small talk. W związku z tym, nawet jeśli ma coś za uszami, będziemy żyli w zgodzie.

Obiad zjedliśmy z Kochanym dopiero o ósmej, bo małżonek utknął w dublińskim korku na dłużej. Dopiero gdy mąż poszedł spać zabrałam się za papierologię.

Dzisiaj podobnie, choć inaczej. Budzik przerwał mi sen w którym pojawił się wujek Józek, taki, jakim go pamiętam z czasów, gdy do nas wpadał. Po raz kolejny nie udało się zrealizować planu pracy z powodu absencji uczniów. Za to Paul zrobił nam kawę z nowej maszyny, a ja ją wypiłam na krzywe ryło chwaląc espresso i mleko (Luiza wspaniałomyślnie wyskoczyła z €3,20). Potem spacerując z papierowym kubkiem w dłoni w kierunku dworca zauważyłam sporo osób robiących jesienny lifting ogrodom. Domy już przystrajają się w halloweenowe straszydła.

Fred znowu trudnił się rozwożeniem współpracowników. Czekając na niego z obiadem zajęłam się czyszczeniem martwych lajków na facebooku i w ten sposób dowiedziałam się, że 1 sierpnia w wieku 101 lat zmarła Ilona Rosenkranz, znana jako Ilona Royce-Smithkin. Życie miała pełne życia.

Wieczorem Porter Band Helicopters (1980), dddddddddddddd.

niedziela, 10 października 2021

663. Koty za płoty.

Trochę się jarałam tym, że dzisiaj pierwsze zajęcia online, więc ... zapomniało mi się zjeść obiadu. Śniadanie było, relaks łóżkowy był, potem zaczęłam czytać podręczniki i tak zleciało. Pierwsze koty za płoty, Fred pojechał do pracy, a ja trochę się polansowałam przed kamerą. Po krótkich zajęciach na szybko wcisnęłam parówki i z jabłuszkiem w ręku (dla mnie) oraz kocią karmą w kieszeni (dla usmarkanego Mruczka) wyruszyłam nad morze. Złapałam w locie zachód słońca i głęboki odpływ.

Kota nie było na posterunku przy kebabowni. Trudno, może ktoś go przygarnął. Za to spacer wyborny, niby chłodno, ale to przyjemny chłód, do zniesienia. Wieś bardzo cicha. Kochany już zdał mi relację, że wraca do domu około północy, a na kilka następnych dni ma nietypowy, dzienny grafik. 

Plany: prysznic, herbata i ciastki (niedawno odkryte) Malted Milk, ostatni odcinek Midsomer Murders z 9 sezonu, sny o wielkości.

662. Druga sobota października.

Przy kawie rozmowa z Dżadziją: 

I swojego pędraka urodzonego we wrześniu mi pokazała.

Pytanie mnie też nurtuje, kto umarł. (Przed)wczoraj zauważyłam u córki kuzynki mojej mamy czarną wstążkę w opisie na facebooku, u samej kuzynki zresztą też. Kontakt z nimi jest luźny, zastanawiam się czy przypadkiem nie zmarł brat babci Mani, albo jego żona.

Mieliśmy z Kochanym plan taki, że idziemy na spacer, potem wracamy, jedziemy do portu po składniki na obiad i może siedzimy z chowderem patrząc na góry. Chowdera niestety w rybnym nadal brak, ale zaczynając trochę wcześniej: i owszem, przeszliśmy się nad morzem i postanowiliśmy wrócić przez wieś. A tam spotkaliśmy kota, który zagadał do mnie w środku tygodnia. Może nie był chudy, ale usmarkany jak nieszczęście, poza tym na grupie fejsbukowej były już dwa zapytania w temacie czyj to kot. Zaglucony Mruczek podążył w naszą stronę, więc nawet powstał pomysł, żeby go zabrać. Fred poszedł do domu, wrócił samochodem z dwiema saszetkami kociego żarcia i kontenerkiem. Nieszczęście zostało nakarmione, ale w międzyczasie wrócił nam rozum. Zadzwoniłam do weta, napisałam do schroniska prowadzonego przez wolontariuszy, ale zero odzewu. Zagilonego kota nie mogliśmy zabrać, bo może mieć FIV. Nadal o nim myślę.

Pojechaliśmy za to do rybnego, jako się rzekło chowdera brak. Na obiad była ryba zagryzana chlebkiem, potem wyjechaliśmy na zakupy do Drołdy zakończone kawą w Coście, i w kierunku Dundalku. Fred zatankował autko, a ponieważ byliśmy chwilę przed umówionym czasem Kochany zawiózł nas do Blackrock: 

U Ka&Jot herbatka i film — nareszcie obejrzeliśmy Ostatnią rodzinę (2016), biografię Beksińskich tak dobrą, jak oczekiwałam. Powrót po północy, do naszego kota, który już przebierał łapkami przed domem.

piątek, 8 października 2021

661. TGIF.

Pięknie, bo piątek. Rano trochę posiedziałam w samochodzie czytając książkę (Fred już musiał iść na przystanek, a mnie się jeszcze do pracy nie spieszyło).

Zorientowałam się, że nie wiedzieć czemu pominęłam odcinek Four Funerals and a Wedding. A może wiedzieć, bo koniec końców przysnęłam w trakcie oglądania i obudziło mnie dopiero walenie do drzwi. Jakieś dziecko zbierało datki na szkolne coś tam, mózg miałam zbyt zresetowany nagłym atakiem śpiączki, żeby się zaangażować. 

Kochany wrócił z pracy autobusem byle jakim, byle tylko wydostać się z miasta, w Dublinie dzisiaj manifestacje, aż się kurzy. Wieczorem zjedliśmy razem obiad i porozmawialiśmy przez telefon z Marksistką. Oboje jesteśmy zmęczeni, choć tylko mąż ma powód, ja mam lenia i dwa duże pryszcze na twarzy. Jutro wspólna sobota.

czwartek, 7 października 2021

660. Dobrze.

Znalezienie kota w stanie spoczynku po wejściu do domu jest bardzo pokrzepiające, jest tym, co powinno być.


Ryszard wrócił po czwartej nad ranem, cieplutki, tylko trochę głodny i zupełnie w swoich oczach niewinny w temacie przebywania w nieznanej lokalizacji przez ponad 24h. Zjadł, zdrzemnął się, wyszedł, wrócił, zjadł, wyszedł, wrócił, zjadł, wyszedł (to wszystko do południa); znalazłam go w takim stanie skupienia jak na zdjęciu po powrocie z nadmorskiego spaceru. Rano wspomniałam Fredowi, że mamy chyba zbyt permisywny styl wychowania.

Dochodzę do wniosku, że 9 sezon MM jest jednym z najlepszych do tej pory (dzisiaj Country Matters). I w ogóle, dzięki kotu i Billy'emu Joelowi wszystko wygląda lepiej. Chyba przepłaciłam za studia. W głośnikach Glass Houses (1980) i The Nylon Curtain (1982). Fred pojawił się w domu przed ósmą, a jutro rano wspólnie wyruszamy do naszych prac. Kochany był w centrum Dublina, więc przy okazji kupił dwie płyty, Waiting for the Sun Doorsów (1968) i 1979-1983 Volume One Bauhausu (1986). Wszystko to po zgraniu też wskakuje do odtwarzacza. Słuchamy, jemy, rozmawiamy o muzyce, suszę włosy.

środa, 6 października 2021

659. Czekanie na Ryszarda.

Wykorzystałam przedpołudnie na spacer nad morze, potem już tylko padało, a ja czekałam i czekałam na kota. Niestety Ryszard już tak ma, że od czasu do czasu odpala mu wędrówka. Kilka razy zdarzało się, że znikał na kilkanaście godzin, po czym wystraszony i głodny zjawiał się, żeby znowu być przez jakiś czas trochę grzecznym (nie ma to, jak przypadkowe zatrzaśnięcie się głodomora w cudzym składziku). Ostatni scenariusz jest podobny, przez trzy-cztery dni niewiele go widzieliśmy w domu, po posiłku biegł gdzieś zaaferowany (pewnie pojawiła się interesująca miejscówka pachnącą szczurami i kocią karmą, raz wrócił utytłany pyłem węglowym, raz zakrwawiony po świeżym obiedzie), wyszedł wczoraj przed północą (gdy Fred wrócił z pracy), od tego czasu nie było go na śniadaniach, obiedzie i podwieczorku. Na grupie fejsbukowej śladu kota brak, co tylko trochę pociesza (sąsiedzi zaalarmowali by nas w razie wypadku). Kot ma tag z numerem telefonu Freda, ale nikt nie dzwoni (Kochany zagaduje z pracy w Dublinie). Trudno się czeka.

Chociaż po śniadaniu obejrzałam już jeden odcinek Midsomer, mam taki bezwład w głowie, że zajmowanie się czymś wymagającym myślenia odpada (w ciągu dnia bez spektakularnych sukcesów szukałam w sieci tekstów do najbliższych zajęć na studiach), więc po Down Among the Dead Men będzie jeszcze Death in Chorus. Może kocie łapki zrobią w miedzyczasie pciup.

wtorek, 5 października 2021

658. Czyli wtorek.

Goretexowa kurtka w plecaku to game changer; słoneczny, okrutny ziąb.

Kochany obudził mnie tuż po północy, buziakiem i prezentem, drugą częścią książki Old Ireland in Colour. Dzisiaj znowu ma późną zmianę, a w międzyczasie poszedł do lekarza. Zamiast skierowania dostał mocniejsze pillsy od naszego regularnego gp, bo Hindus się zapodział (poprzednio melfen, teraz difene i kapake, informacja, że specyfiki działały kiedyś na mężowskie bóle nowotworowe nie wprowadza mnie w euforyczny nastrój). Po powrocie do domu zastałam w kuchni kolejny Fredowy podarunek, rude pumpki Great Plains (z cieniutkiego lyocellu, do noszenia za rok) i trzy pary merynosowych skarpet.

Wtorek po południu zaplanowałam sobie jak wakacje, na obiad krewetki w maśle czosnkowym, kawa, maślane ciasteczka, relaks z nogami na krześle.

A propos wczorajszego odcinka Midsomer, same gwiazdy (może twarze nie wszystkim coś mówią, mnie tak): Thompson, Callow, Bamber, a z powodu duetu Cant-Spriggs déjà vu męczyło mnie pół odcinka. Dzisiaj zaś Vixen's Run, też odprężający. Różne ludzie mają umilacze, ja mam chwilowo taki. Zupełnie już późną nocą przeglądam zdjęcia w Old Ireland in Colour 2 i na google street view sprawdzam jak teraz wyglądają różne miejsca.

poniedziałek, 4 października 2021

657. 46, I say.

Pomimo tego, że o tej porze siedzę sama w domu (niby nie sama, skoro kot to też osoba) i wcale mi nie jest smutno. Kochany nadal w robocie (z rana mnie podwiózł w ten chłodny dzień). Praca była prawie przyjemna, bo pamiętałam, żeby do plecaka spakować cieplusi sweterek z kaszmiru. W drodze na przystanek skręciłam do Tesco po niesprecyzowane wcześniej ingrediencje i wyszły mi z tego tortille na obiad. Ponieważ wieczorem przestał działać facebook (podobno to jakaś gigantyczna awaria), zadzwoniłam do rodziców telefonem, jak to ludziska dawniej robili, i podziękowałam za poranne życzenia, a po obiedzie czas spędziłam na przygotowywaniu się do jutrzejszej pracy. Zadowolona jestem. Nie z rzeczy, które wymieniłam, ale po prostu dlatego, że wiem jaka ze mnie szczęściara. Bardzo dużo mam, choć niewiele zrobiłam, żeby sobie na to zasłużyć.  To może ... kryminał? Dead Letters, dobry tytuł ;)

niedziela, 3 października 2021

656. Wigilia urodzin.

Przejrzysty chłód tego dnia sprawił, że pierwszy odcinek 9 sezonu Midsomer został obejrzany jeszcze przed obiadem (gdzie zapodział się DS Scott, gdy już do niego przywykłam?). Spaceru nie było, bo mi się nie chciało. 

Kochany wrócił około czwartej po południu, przywiózł mi jesienny bukiet i prezent urodzinowy, śliwkowe dolczegabany, które kiedyś mierzyłam w Północnej. Nic nie robimy, nic. Tylko przedostatni odcinek Blackaddera III sobie razem oglądamy na laptopie. Widzę, że już wsiąkłam w nowy grafik, bo z niechęcią myślę o poniedziałku i planuję środę.

sobota, 2 października 2021

655. People people.

Obudziłam się po wyjeździe Freda do Północnej i z dwie godziny zajęło mi ponowne zaśnięcie. Po śniadaniu (w czasie którego trochę pogadałam z Kamą i dowiedziałam się, że wygrała proces, ale niestety kasy za wózek raczej nie odzyska) uskuteczniłam swój plan wspierania lokalnej kawiarni:

Siedząc przed plażą zadzwoniłam do mamy i tu spotkała mnie niespodzianka: trafiłam na wizytę Magdy, która właśnie żegnała się z moimi rodzicami. Nie pamiętam, kiedy była u nas po raz ostatni w czasie, gdy tam mieszkałam. Zadziwiające wydarzenie.  

Jeszcze stojąc w kolejce po flat white zaczepiłam small talkiem jedną kobietę bez maseczki, i od słowa do słowa poznałam Niamh. Jest drugą osobą, która w tym tygodniu mi oświadczyła, że wyglądam na Francuzkę (nie wiem, co to znaczy, wątpię, że Irlandczycy znają dużo Francuzów). Trochę się przeszłyśmy i pożegnałyśmy się przy domkach, nowa znajoma mieszka w kierunku Termon i często robi rundki po plaży, więc pewnie jeszcze ją spotkam (inna sprawa, czy poznam, z moim upośledzeniem rozpoznawania twarzy).

Po spacerze szybka lektura Chryzostoma Bulwiecia podróży do Ciemnogrodu (Warstwy, 2019). Mamy ten tekst także w antologii, ale bez tak uroczych ilustracji. Fred wrócił do domu po czternastej. Siedzimy i gadamy. Po obiedzie zapukała do nas Anna, nie została na herbacie, ale posiedziała chwilę, żeby nam opowiedzieć, że zmarł jeden z jej braci (ten, z którym od dwóch tygodni było krucho, bo miał już wszędzie przerzuty). To miłe, że pamiętała o mojej propozycji wpadania do nas, kiedy jej smutno. 

Kochany znowu wcześnie poszedł spać w związku z jutrzejszym, bardzo porannym zleceniem, a ja trochę podczytałam Erystykę Schopenhauera i przerzuciłam się na odcinek Midsomer Murders (zamykający ósmy sezon). Jeszcze ślęczę przed ekranem, w zasadzie bez celu, Fred śpi, słyszę jego oddech.

piątek, 1 października 2021

654. Wielogłos.

W pracy spokój, bo cały czas spędziłam ze Sziwan, która jest zakręcona jak słoik na zimę, co mi charakterologicznie bardzo odpowiada (jak się coraz bardziej okazuje).

Przed osiemnastą dojechał do nas polski kurier z paczką nadaną w zeszłym tygodniu, a w niej opatulone jak mumia 29 płyt, oraz 15 sztuk książek i tyle samo filmów na dvd. Żeby zrobić sobie miejsce w głowie, nadrobiłam 150 stron Angoli Winnickiej (Czarne, 2014). Gdyby nie podejrzanie uporządkowany język wielogłosu, byłaby to lepsza książka.

Fred już zeszłej nocy niespokojnie kręcił się w łóżku, a po ostatnim nocnym powrocie z pracy było jeszcze gorzej. Prawa noga boli go na leżąco i siedząco, ból przechodzi na stojąco-chodząco (takie dziwo). Jako laicy wieszczymy, że to nerw, lekarz-Hindus nie wywieszczył nic, Kochany dostał lek przeciwbólowy na ibupromie i uparł się przy nieodwoływaniu sobotniego zlecenia. Później w ciągu dnia jakby lepiej, painkiller chyba działa, przenikliwie zimna pogoda nie pomaga, mąż upichcił gulasz i po długiej rozmowie z Jackiem wcześnie położył się spać.