Strony

sobota, 28 lutego 2026

2265. Błogosławiona sobota.

Po zapadlisku piątkowym (ku któremu nie było większego powodu: w pracy rozmiar zmartwienia pozostał ten sam, w domu przyjemnie), barometr idzie ku lepszemu (nie wiem w którą stronę jest to ku lepszemu, ale odczułam poprawę). Z rana słucham Bystroušky (że też nie znałam wcześniej tej ślicznej opery, a już adaptacja rysunkowa jest mega sztos). 

Po szybkim śniadaniu zbieram się do porannego spaceru (Kochany przy kawie, pod kotem; Mańka osikała z rana niedawno zakupiony koci tunel i jest bardzo z siebie dumna).

Czy to możliwe, że nie byłam kilka miesięcy na wsiowej plaży? Jak to? Ostatnie wpisy wskazują na listopad, może się mylę.

Rozmowa z mamą w drodze do plaży, nieliczni spacerowicze, głównie z psami (minęłam Gerarda z małym, białym terierem), na horyzoncie duży statek chyżo zmierzający ku Boyne i fatamorgana południowego wybrzeża; zaloty kosów, Alkoholowy Paddy (Jimmy) z załzawionym okiem, unikający mojego spojrzenia; cicha główna ulica wsi. Tak było na spacerze pierwszym.

Drugi wydarzył się bliżej południa, gdy Kochany ubrał się odpowiednio (mimo wszystko jest chłodno, mężowi na wietrze ekspresowo grabieją ręce). Wychodząc ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z Anne, przy okazji dołączyła do nas żyjąca połowa Ukraińskiego tandemu:

Tym razem wiatr był znacznie bardziej odczuwalny, musieliśmy się co nieco okapturzyć. Od razu skierowaliśmy kroki do Głowy, ale pierwsza grząska przeszkoda onieśmieliła nas na tyle, że zrobiliśmy w tył zwrot. W drodze do domu natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen, która nam obwieściła, że ona musi zrobić dwie rundki dziennie bez względu na aurę: idzie na plażę i się modli.

Powrót pod dom: weszłam na chwilę, żeby w termosie wziąć ciepła wodę do popicia i wyjechaliśmy Babcią do portu od innej mańki. Obiad z widokiem:


Pyszota: plamiak w panierce, fryty, sos czosnkowy, sok z cytryny.
Po drugiej znowu u siebie. I choć miałam "wielkie" plany na temat wyrywania badyli we frontowym ogródku, prawie od razu po wypiciu gorącej herbaty wzięła mnie taka senność połączona z odczuciem wychłodzenia, że udałam się na popołudniową drzemkę. Kochany obok mnie, wygrzewamy się do piątej jak dwa borsuki. Po przebudzeniu odkładam plany ogrodnicze na czas nieokreślony.

Kontynuuję słuchanie Żon nazistów.
Mija luty.

piątek, 27 lutego 2026

2264. ... (beztemacie)

W drodze o poranku zebrało się nam na wspominki, pewnie dlatego, że wiosnę wyczuwamy (o świcie i wieczorami w ciemności coś kwili). I tak sobie rozmawiamy, Kochany i ja, że Ryśkowi by się podobało. Tymczasem nie ma Rysia, nie ma też bladych twarzy obserwujących kiedyś okolicę z okna vis-à-vis. Pamiętam, tylko od czasu do czasu panta rhei mocniej pobudza świadomość.

Po pracy wyszłam w kierunku polskiego sklepu, Kochany nadjechał zza winkla, zrobiliśmy zakupy, poszliśmy na kawę do Costy. 

A ty wiesz, że narcyzy ci kwitną? zapytał mnie mąż znienacka tuż po powrocie do domu. Aaaaaa, nie wiedziałam. Na jesieni jedną doniczkę z cebulami upchnęłam między płot i murek, prosz bardzo:

Musiały rozkwitnąć z dobry tydzień temu (pęcznieją także Ripy van Winkle); moja niewiedza jest najlepszym potwierdzeniem negatywnego całokształtu sezonu zimowego — mokro, grząsko, niechęć do wystawiania trepka za próg domostwa, trawnik przed domem zarośnięty mchem. Pozytywy: okoliczności przyrody podlewały wszystko tak konkretnie, że przydomowa choinka odratowana przez Freda w zeszłym roku chyba przetrwała kolejny czas niepogody.

W domu znowu uszka mi oklapły, naprawdę brakuje mi ruchu, nowości, Kochany zajęty swoimi sprawami, a ja klikam na oślep w poszukiwaniu strawy dla synapsów; Anne zaprosiła mnie na jogę, niestety w czasie, gdy nas nie ma w okolicy :(

czwartek, 26 lutego 2026

2263. Okropną ...

... miałam noc, nie mogłam się zrelaksować, odpocząć. Ale nie ja jedna, nawet myszy wstały zaspane. W ciągu dnia ciało jako tako przystosowało się do wyzwania. Jeszcze tylko mój krótki wypad po pracy do Pań Wytrzeszczających (rozmawiałam z Carol) i możemy wracać do domu (gdy wyszłam z Gmachu, Kochany właśnie parkował naprzeciwko). 

Z rzeczy miłych niezwykle: mamy bilety na marcową premierę Rusalki Dvořáka. Ach! Tymczasem, przez nocne niewyspanie wieczorem jestem szybko znużona. Znajduję czas na miecia gotującego za 29,99 oraz na Gosię farbującą sobie brwi, wszystko inne przepływa w oddali (słucham kawalątka Żon nazistów, zaglądam na chwilę do Tokarczuk, ale priorytetem jest sen).

środa, 25 lutego 2026

2262. Miła ...

... pobudka w ramionach mężowskich, tym bardziej niezrozumiałe jest dla mnie rosnące poczucie irytacji w ciągu dnia. W pracy mielę papiery, kaffkę siorbię, przewracam oczami i czekam, kiedy dzień pracowniczy dobiegnie końca. Osłabiona jakaś jestem, niedotleniona, czuję, że walę głową w mur, aż się nawet o ten mur opieram, żeby klepki wskoczyły na swoje miejsce. 

Po czwartej uskuteczniamy z Kochanym plany: zakupy spożywcze oraz nabycie kociego kontenera dla panny Bronki (przeciągnęliśmy odkładanie wizyty u weta, ile się tylko dało, ale dość tego dobrego — dziewczynom na wiosnę potrzebny jest odrobaczacz i drugi ładny transporter, identyczny z Rysiowym zakupion więc został). 

Podwójna, bardzo jaskrawa tęcza wydobywająca się z zatoki prowadziła nas do domu. Mąż w kuchni robi eksperymenta: w sosie pomidorowym do makaronu wylądowały małe krewetki. Git. Od kilku dni mam w czytniku ściągnięty z biblioteki debiut pisarski Enright, ale lektura poczeka ze mną na weekend lutowo-marcowy, tak postanowiłam. Tymczasem, zamiast czytać, dzwonię do mamy. Nie mamy żadnych nowych wiadomości, wymieniamy się więc starymi wymieszanymi z prognozą pogody.

wtorek, 24 lutego 2026

2261. Ping ...

... — po północy bank mnie powiadomił, że zeszła mi z konta opłata za Audiotekę. Wyszło mniej więcej tyle, ile płaciłam za porzucony word, czyli super. Wysłucham, co jest do wysłuchania i może przerzucę się na Storytel; na razie to, co jest dostępne, jak najbardziej mi wystarczy, i tak już zachłystuję się i wybiegam w przyszłość. 

Po pracy, czekając w biurze na Freda, skończyłam czytać biografię Czechowa autorstwa Triolet, więc na wieczór pozostaje zbiór opowiadań Tokarczuk (Dantego dawkuję sobie ostrożnie).

Wtorek naprawdę ciepły, z zimowej kurtki przeciwdeszczowej i glanów przeskoczyłam do pilotki i wełnianych conversów; spacer do Tesco odbyłam rozchełstana, ale z uszatą czapką na głowie.

Kochany zrobił obiad, zjedliśmy, porozmawialiśmy o różnościach i już wieczór. Dziewczynki domagają się pieszczot — nie tylko Bronka zawodzi, Mańkę też musiałam wygłaskać przed snem (Kochany ogląda z Bronią Ojca Teda).

poniedziałek, 23 lutego 2026

2260. A …

… miało być ładnie. Wstałam, juhuuuu słońce, wiosna, niestety wiosny nie wystarczyło do popołudnia. Gdy wracaliśmy przez Termon (przystanek, bo steki i tartaletki z jabłkiem), do lokalnego sklepu szliśmy już w łagodnej chmurze, która przyprószała nam włosy. Miałam ogromną ochotę wyjść w taką pogodę nad morze, ale po obiedzie było zbyt ciemno, zbyt wietrznie. Trudno, jutro, mañana, albo co. Rzuciłam się za to na książki.

niedziela, 22 lutego 2026

2258-2259. Leń.

Weekend zupełnego lenistwa choć jak zwykle gdy mogę pospać, zrywam się bladym świtem. W sobotę obudziłam się wg budzika w telefonie męża. Objadłam się robakami, poprawiłam jogurtem, słuchałam audiobooka. Postanowiłam się nie przepracowywać, skoro napięcie w dłoniach łaskawe było się zmniejszyć. Aura deszczowa.

Niedziela dla odmiany jasna, ale nie skusiłam się na spacer, wystawiłam tylko nos za próg i pomruczałam do siebie, gdy nos został owiany podmuchem zbyt zimnym. Tak w ogóle w ten weekend dotarło do mnie, że przykurcze odczuwane w całym ciele są związane z nieruchawością — od jakiegoś czasu nie ćwiczę, praca do spółki z parszywą pogodą rewidowały też moje potrzeby spacerowe. Jestem coraz bardziej garbata i zasapuję się idąc pod górkę. Postanowiłam choć trochę to zmienić, poruszać się w czasie kończenia słuchanki, wyszło niemrawo, choć nadal potrafię podnieść nogę wyżej niż przeciętna pięćdziesięciolatka. 444 Siembiedy (Agora, 2024) zostało skończone.

Koty od rana szalały, bo do Kuchniosalonu przedostał się komar. Komar długo nie pożył. Bronka wpadła w kolejną euforię.

Po południu grzebałam w genealogii, znalazłam ciekawe dokumenty. Otóż roku osiemnastego mój pradziadek oraz prapradziadek, obaj ze strony dziadka Bronka, stanowczo żądali zwrotu majątku zagrabionego w czasie przemarszu wojsk (w jednym przypadku chodziło o 223 rubli, w drugim o 609 rubli i kopiejek 26. Pradziadek jako piśmienny złożył nawet swój podpis :)). Oczywiście, znaleziskiem podzieliłam się z mamą. Rozmawiałyśmy dzisiaj dwa razy, m.in. o tym, że przez zepsutą krajalnicę do chleba dom rodzinny mógł pójść z dymem.

Jeszcze wcześnie. Jesteśmy z Kochanym po obiadokolacji. Herbata i czytanka.

piątek, 20 lutego 2026

2257. Sypię się z godnościom.

Aaaaa, od rana bolą mnie dłonie, szczególnie stawy w prawej ręce spuchły. Zamieniam się w starą babę dręczoną artretyzmem. Pogoda constants, więc pewnie chodzi o czarne worki, które jak co czwartek rano niosłam do najbliższej śmieciary ustawianej za winklem. Worków liczba nadprogramowa, do tego cięższe niż zwykle, a kontenery wysokie. Po raz kolejny potwierdza się, że nie jestem stworzona do pracy fizycznej, tylko do spraw wyższej wagi, jak spryskiwanie się perfumą i picie kawy w cienkich filiżankach.

Do pełni szczęścia dochodzi chwilowy ból głowy, inny niż zatokowy, ten jest z tyłu, tu i tam, bez sensu, nie wiadomo czym spowodowany.

Po pracy byliśmy z Kochanym w Tesco i na kawie. Obydwie czynności miłe, bo jestem z mężem i szwendamy się (do torby wpadają ulubione jogurty kokosowe, a w kawiarni jak zwykle wydłubuję z kanapki chorizo i podsuwam je Kochanemu do konsumpcji, typowe).

Skończyłam czytać w ebooku Dependency Ditlevsen. Ciekawa, odrażająca; dzielę się wiedzą z mężem, rozmawiamy o pustce.

czwartek, 19 lutego 2026

2256. Krótko.

Wczoraj Macdara Yeates i Johnny I Hardly Knew Ye, dzisiaj Corellego Adagio z Concerto Grosso g-Moll op. 6 nr 8. Nie wiem skąd to mi przyszło, ale takie mam we łbie melodie poranne. Za to po pracy motyw z Zaczarowanego ołówka z tekstem miau miau miau ;)

Czwartek jak zazwyczaj, wyjazd z Kochanym (w ciemności ptaki śpiewają) i przyjazd z Kochanym, praca, trochę czytania w wolnych chwilach. Późny obiad, potem za którymś razem dodzwaniam się do mamy, która nie wiedzieć czemu widzi nas w negatywie. Tydzień zmierza ku weekendowi, za co jestem bardzo wdzięczna; konsekwentnie posuwam się w lekturach.

środa, 18 lutego 2026

2255. Środa w odcinkach.

Były już ostrzeżenia, bo deszcz, były bo lód, teraz bo wiatr. Czy ta zima wiosną nareszcie się skończy? Tak sobie myślę o pogodzie tutejszej, gdyż ...

Mama właśnie wstawiła fotki z rodzinnej wsi. Biało. Na śniegu zaledwie kilka śladów łap. Koci patrol. Ciekawe, czy to Mruczysław przejął schedę po Macieju i dba o podwładnych, czy już się schodzą lokalne nieszczęścia po coś "na ciepło". Ach, mogłabym tam być, miód i herbatę pić, nie iść do pracy ...
___
edit 13:00 ogrzewanie szumi, deszcz za ścianą siąpi, oczy się mnie zamykają. O drugiej mam dwugodzinną sesję gadaną, do tego czasu najchętniej walnęłabym się do łóżka.
___
edit 20:10 ziew. Tak to na ziewaniu, słuchaniu kryminału historycznego i jedzeniu minął dzień. Że z samochodu do Jamy i z powrotem przemknęłam (po porannym gradzie pogoda sparszywiała do reszty), a w czasie pracy wyszłam tylko na chwilę (natknęłam się na Saren, branczowała, zapewne z mężem), nie rzucili mi się na oczy Irowie z głowami w popiele. Ramadan też właśnie się zaczął, ale w tym roku jest to bez znaczenia (w zeszłym jedna z uczennic pościła, a potem biedna objadała się po zmroku, dobrze jej to na zdrowie nie robiło). Na dodatek od wczoraj mamy chiński rok konia. Tutaj żadnych wyrzeczeń, tylko przepowiednia: wg horoskopu króliki takie jak ja mają wybierać jakość, oszczędzać kasę i jogować dla zdrowotności. Nie powiem, brzmi rozsądnie ;)

Postscriptum #2254.

Makarony w Simonie były przesolone, przez to później chciało mi się pić. Po raz drugi zapomniałam o końcu karnawału, w czwartek o pączkach, wczoraj o naleśnikach — nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio tańczyłam w karnawale, chodzi raczej o rytualne odmierzanie czasu, rzecz dla mnie zajmującą. Trudno, nasmażę naleśników w weekend. 

Droga do Navan odbyła się przez* zwłoki, tylko Kochany szukał jeszcze miejsca do zaparkowania. I tak byliśmy dużo wcześniej przed głównym występem, bo jak się okazało godzina podana w sieci oznaczała czas na koncert małych harfistek z the Music Generation Meath Harp Ensemble. Piękny instrument, ładne brzmienie nawet jeśli małe rączki jeszcze walczą z materią. 

Po operze wpadliśmy na Anne, wyglądała na zmęczoną, więc nie zawracaliśmy jej głowy (zresztą też byliśmy padnięci). W domu przed jedenastą. Przywitały nas zaniepokojone koty (Maniutek z tej okazji stał w oknie i robił zmartwione miny, jak to ona).




* jak pięknie napisało się mnie po wioskowemu. I niech tak zostanie.

wtorek, 17 lutego 2026

2254. Lubisz króliki?

Przygotowań nie powinno się zostawiać na później, bo potem chaos. Czyli po prostu wzięłam pierwsze lepsze ubranie na zmianę: jakąś koszulę, inne spodnie (siem wysztafirowałam na różowo: sztruksy i kamizelka w odcieniach). Po pracy już nie wracałam do domu. Kochany podjechał naszą karocą, przebrałam się w toalecie, zamknęłam Jamę na klucz i heja. Tzn. najpierw heja pieszkom do Simony na obiad, a potem heja do Navan.

The Cunning Little Vixen Janáčeka, a w niej Amber Norelai jako lisiczka, sopran Jade Phoenix w roli lisa i baryton Benjamin Russell jako leśniczy. Jako że z nóg padam, dopiszę jutro. Albo futro.

poniedziałek, 16 lutego 2026

2253. Pod wpływem...

 ... impulsu postanowiłam oddać Finklera do biblioteki. Stał rozgrzebany od dłuższego czasu, czasu który bezproblemowo poświęcałam innym lekturom. Czyli to nie jest ten moment. Odłożyłam książkę na listę "na później", kiedyś do niej wrócę, zacznę od początku. Tymczasem ustawiłam się do horrendalnie długiej bibliotecznej kolejki po dwie książki Rachel Cusk.

Po pracy wybyłam w kierunku pustawego centrum handlowego, gdzie umówiliśmy się z Kochanym. Mąż postanowił pozbyć się ajfona i wrócić do androida. Słusznie, też mam taki zamiar, ale rozglądam się jeszcze za sensownym dostawcą wifi, bo obecny na wyjeździe poza wyspę doprowadza mnie do rozpaczy. Kochany kupił S25, podpisał umowę; poszliśmy do Czarnej, żeby to opić i zagryźć;)

W domu słuchanie i czytanie, niewiele ponad to (mąż robi obiad). Najchętniej zabrałabym się za nowy projekt dziewiarski, ale po kolei, trzeba najpierw kupić włóczkę. Wyleguję się więc, dzielę czas na dwie historie. Przygotowanie na jutrzejszy wieczór zostawiam na później.

niedziela, 15 lutego 2026

2252. Słuchanie i sztrykanie.

Poranek poświęciłam na wysłuchanie do końca Sobowtóra Siembiedy. Ściągnęłam też na czytnik dostępny od wczoraj w bibliotece ostatni tom Trylogii kopenhaskiej Ditlevsen. 

Kochany dodzwonił się do świekry, jako pretekstu użył zaproszenia na wiejskie wesele, które dotarło do nas niedawno pocztą. Świekra brzmiała marnie, podobno któryś tydzień męczy ją koklusz. Rozmowa potoczyła się w kierunku genealogicznym, w konsekwencji spędziłam trochę czasu na poszukiwaniu kolejnych dokumentów, jak się okazało nie tak trudno dostępnych i zaprzeczających rodzinnym teoriom. Rozmawiałam też z mamą, niezbyt długo, wymieniłyśmy się kocimi wieściami, stanami umysłu i pogody.

Drzemię, biorę prysznic, suszę włosy, oglądamy z Kochanym miecia krojącego jabłka, w końcu decyduję się na rozpoczęcie słuchania cyklu z Kanią od pierwszego tomu i odpalam 444 jednocześnie radośnie używając nowych igieł. Czapka z diabełkowymi uszkami gotowa. Jest śmieszna, trochę krzywo zszyta, bardzo ciepła, stworzona głównie w celu utwierdzenia mnie w poczuciu, że umiem sztrykać i chodzi tylko o praktykę. Umiem :)

sobota, 14 lutego 2026

2251. Walenty.

Sobota była długa i satysfakcjonująca, choć zaczęła się nijako — przed czwartą nad ranem postanowiłam w końcu wstać i trochę się zmęczyć, inaczej z dalszego snu nici (po nocnym przebudzeniu długo nie mogłam zasnąć). Gdy tak się gramoliłam, Kochany również się obudził i zaanonsował, żebym sprawdziła, co jest pod łóżkiem. Pod łóżkiem był zestaw dwudziestu dwóch dramatów Szekspira wydany przez firmę z Mumbaju, moje ulubione perfumy Millera Harrisa (setka L’Eau Magnétique i trzy inne próbki) oraz kraciaste skarpetki Perry’ego. Czyli zaczęłam dzień od prezentów, powtórki z Ilii Malinina Upadłego oraz drzemki.

Następna pobudka w okolicach dziewiątej. Audiobook, śniadanie, telefon do Freda od Ka, z zaproszeniem i pogadanką o łyżwiarstwie oraz sporcie zawodowym ogólnie, zwykły domowy rozruch, pogoda nawet ok.

Chciałam zaprosić Kochanego na naleśniki, więc krótko po południu wyjechaliśmy do El Paso. Droga do miasta wiodła przez niedawno podtopione drogi prowincjonalne okraszone widokiem ośnieżonych gór. 

Oczywiście, po kawie w ulubionym miejscu był zwyczajowy spacer do księgarni, gdzie znowu coś kupiłam, tym razem Parade Rachel Cusk (ostatnio zadałam SI pytanie, czy są jakieś pisarki a la w podobie Hjorth, w odpowiedzi pojawiła się m.in. Cusk, zobaczymy, ile warte są rozmowy z modelem szurającym bez filtra po każdej dziurze). W Guineysie po drugiej stronie ulicy kupiłam z kolei zestaw igieł dziewiarskich. Obydwa nabytki wprawiły mnie w nastrój osobliwie kontenty; do książki nie chciałam papierowej torby, wolałam trzymać ją w ręce, żeby podczas spaceru móc dotykać chropowatej grafiki na okładce, a igły co trochę wyciągałam z prawej kieszeni i podziwiałam ich piękną prostotę.

Kochany miał plan dodatkowy, obkupić żarciem nasze zdrowo jedzące myszy, po El Paso kontynuowaliśmy więc podróż bardziej na północ, do Newry. Widok gór przyprószonych śniegiem wyskakujący za nieośnieżonym, burym miastem wydał się mi jeszcze bardziej oniryczny. 

Mieliśmy trochę czasu do spotkania z przyjaciółmi; po powrocie do Republiki pierwszy przystanek był pod Tesco, drugi pod Costą, gdzie zamówiliśmy kawę do papierowych kubków i ... kilkadziesiąt minut spędziliśmy w samochodzie, popijając kofeiną fabułę Sobowtóra (Kochany również wciągnął się w słuchanie, które zapewne skończyłabym w sobotę, gdyby nie ta wieczorna wizyta). W międzyczasie pogoda zmieniła się ze spacerowej w deszczową, trzymałam obute kopyta na desce rozdzielczej i bardzo się czegoś cieszyłam.

U przyjaciół godka o pogrzebach (nie wiem jak to się zaczęło) oraz ostatni odcinek drugiego sezonu 1670 (Fred przewidział zmartwychwstanie Bogdana). Dobry dzień, bardzo gruntujący w rzeczywistości, mojej, nie cudzej.

piątek, 13 lutego 2026

2250. Radość z łopatki.

Duje o poranku, potem do Wyspy wkracza chłodne słońce. W pracy letarg, jestem raczej cicha, strapiona mokrą wykładziną, nic dziwnego, że najwięcej frajdy sprawiło mi kupienie plastikowej łopatki :) Poza tym postanawiam nie przejmować się rzeczami na które mam wpływ minimalny — niby to oczywista oczywistość, ale periodyczna aktualizacja powyższego programu jest konieczna, mikroruchy z łatwością rozstrajają go w kierunku rojeń wielkościowych.

Poszliśmy z Kochanym na kaffkę:


W drodze do domu widziałam góry pobielone śniegiem. I dobrze, niech ziębi. W domowym cieple słucham Sobowtóra Siembiedy.

czwartek, 12 lutego 2026

2249. 120226.

I cóż, smutki w domu moim. Dowiedziałam się dopiero w pracy, od Kochanego. Kiedy zadzwoniłam po obiedzie, mamie głos się łamał … wieczorem poszła do Bronisia, przed snem kotek oczka miał takie miodowe, wielkie, jakby było lepiej. Jednak o drugiej, gdy tatko wstał na obchód, już było po wszystkim. Broniś przymilaczek umarł. Zjadł tyle tabletek, przyjął tyle zastrzyków, ale do wiosny czasu nie starczyło. Bardzo niesprawiedliwe. Już przecież znalazł najlepszy dom.

Kochany wymienił Babci dwa kółka i przywiózł mnie do domu. Deszczowo dzisiaj było, z rana deszczowo wręcz paskudnie (jechałam autobusem pierwszy raz po długiej przerwie, więc dopiero teraz mogłam się przekonać, że przystanek przesunął się o kilkadziesiąt metrów). 

Zapomniałam, że dzisiaj Tłusty Czwartek. 

Skończyłam słuchać Wzgórze psów.

środa, 11 lutego 2026

2248. Idzie wiosna.

Przygoda: gdy odjeżdżaliśmy spod Tesco, przednie prawe koło zaanonsowało flaka. Mieliśmy dużo szczęścia, bo przestało padać, a opona zapasowa nie puszczała powietrza. Mąż był bardzo dzielny. Niestety, stało się to w czasie, gdy większość mechaników w mieście kończy pracę. Musieliśmy dojechać do wsi na zapasówce i wszelkie inne działania zostały odłożone do jutra. Po przygodzie wcisnęliśmy makaron z pesto. Znowu zadzwoniłam do mamy: Bronuś już nie ma zapowiedzianych wizyt u weterynarza, nie poprawia mu się, żeby to zauważyć nie trzeba specjalisty. Transfuzja wystarczyła na miesiąc, tak jak przewidywano, następnej nie będzie. Tymczasem idzie wiosna :I
___
edit 21:00 czyli nie jestem w miłym nastroju, choć umiem liczyć błogosławieństwa: właśnie półleżę w łóżku jak caryca, prysznic był, kołdra grzeje, Kochany siedzi w Kuchniosalonie z maluchami, może zrobię sobie jeszcze jedną herbatę, światło mamy, bateria w laptopie naładowana, a zepsuty czujnik napierdala tylko od czasu do czasu, już zdążyłam się przyzwyczaić. Nastrój niemiły jest smutkiem połączonym z wyczerpaniem. Bronusia mi żal, przygoda z samochodem była bardzo męcząca, choć oboje zachowywaliśmy pozorny spokój. Wbrew przewidywaniom, nie skończyłam słuchania Żulczyka tak szybko, jak mi się roiło. Historia jest przygnębiająca, przez jakiś czas współgrała z moim nastrojem jakby była na tym samym poziomie oklapnięcia, ale właśnie zaczęła ściągać mnie w dół. Słuchać, nie słuchać, słuchać, nie słuchać, może jeszcze jeden rozdział, jutro dokończę resztę.

wtorek, 10 lutego 2026

2247. Lekka poprawa.

Znowu leje. Szczególnie popołudnie coraz bardziej mokre. Nastrój nieco mi się poprawił, choć nie rozwiązałam problemu mokrej wykładziny, ani tym bardziej spadu; ot, zwykła akomodacja. Dzisiaj Kochany pracował, podróżowaliśmy razem w obydwie strony. Po powrocie do domu głównie niańczenie przymilających się kocóreczek, zeszło nam na tym mnóstwo czasu i pseudo-obiad zjedliśmy bardzo późno. Zagadaliśmy się o różnych adaptacjach Lalki Prusa, pewnie dlatego, że właśnie wyszły zajawki obydwu nowych wersji (adaptacja z Schuhardtem spodziewanie odjechana, film kinowy z Dorocińskim niepokojąco pastelowy). Wróciłam do kilku scen z poprzednich ekranizacji (Hasa i Bera), długo podtrzymywaliśmy temat. 

Zapukali do nas zbieracze donacji z Breakthrough Cancer Research — po chłopaku ściekała woda, aż przykro było patrzeć, próbowałam pomóc skracając tę wizytę, więc wspomniałam, że mąż tu stoi, prawda, i wie wszystko w temacie. Nie decyduję się na wspieranie instytucji podczas rozmowy w drzwiach, więc tylko tyle mogłam zrobić.

poniedziałek, 9 lutego 2026

2246. Ciemno i jasno.

Odmowa z uniwerku i jeden spad — poniedziałek zaczął się źle, to pierwsze nieco przedawnione, bo odkopałam emilka sprzed kilku dni, to drugie zupełnie niespodziewane. Aaaa. Zalewa mi też wykładzinę pod drzwiami wejściowymi (kto robi wykładzinę pod frontowymi drzwiami bez progu? Debile). Już w domu, alarm przeciwpożarowy włącza się nam bez pożaru, gdy Kochany robi obiad, uciszenie go zabiera nam sporo czasu (myszy przerażone, mąż wprawiony w rezonans, wyczerpany, już poszedł spać). A na koniec dnia kupując bilet powrotny z Wrocka daję sobie wcisnąć rajanerowy przelicznik złotówek na euro (złodzieje), chociaż jeszcze minutę wcześniej pamiętałam, żeby nie dać sobie wcisnąć. To nie jest mój dzień. 

Po jasnej stronie mocy, spotykam się z Kochanym w polskim sklepie (ciśnienie spada), czapka jest prawie skończona (wełna milutka w dotyku), poza tym właśnie rozmawiałam z mamą. Sama rozmowa jest krótka i dobra, choć pojawiła się w niej zapowiedź śmierci Bronusia. Zapowiedź powinna zostać odhaczona w poprzednim, negatywnym paragrafie, ale Bronuś jeszcze żyje, więc piszę o tym tutaj. Jeszcze żyje. Mama wolałaby, żeby umarł w domu, we śnie, potwierdziłam jej, że też bym tak wolała. Gdy rozmawiamy, mama zazwyczaj pokazuje tylko czubek głowy, więc widzę jak poprawia sobie włosy i jak marszczy się jej dłoń.

niedziela, 8 lutego 2026

2245. Sztryken, sztryken.

Co robiłam? To robiłam:

Zmieniłam koncepcję czapki, zamiast dwa na dwa jest dżersej, zamiast na okrągło jest na płasko, czyli żyłka zbędna, ale nie mam innych drutów. Sztrykowałam bobę metodycznie, słuchanie książki też zamieniło się w przyjemność. Kochany zadzwonił w przerwie w pracy i poinformował mnie o zaproszeniu do przyjaciół. 

Wyjechaliśmy do miasta po obiedzie. Trochę gadania, siorbania herbaty; obejrzeliśmy z Ka kolejne dwa odcinki drugiego sezonu 1670  (został jeszcze jeden). Noc ciemna, w drodze dziury, widzieliśmy żywego borsuka.

sobota, 7 lutego 2026

2244. Sobota …

… rozpoczęta kolejnym stłuczonym kubkiem, znowu myszy, kubek z kotami, odpadł tylko kawałek ucha, ale właśnie ten kawałek, który czynił go poręcznym.

Dzień zupełnie senny, pod znakiem słuchanki, genealogii, a po powrocie Kochanego do domu, także pod hasłem robótki na drutach. Gdzieś w trakcie rozmawiałam prawie godzinę z mamą, na jej kolanach wylegiwał się chory Bronuś. Myśli zachwaszczają się mi pracą, daję temu odpór z połowicznym sukcesem.

piątek, 6 lutego 2026

2243. Wychłodzenie.

No przecież nie jestem normalna, tak? Mąż już planował, co tam mamy w lodówce, a ja do niego może by do El Paso, frytki ze słodkiego ziemniaka, frytki. Pojechaliśmy na frytki, przy kasie prawie zapomniałam zapłacić, ewidentnie nie teges robi mi się z głową. W zasadzie rozumiem, zen bywa łatwiejsze lub trudniejsze, dzisiaj było trudniejsze, bo nieoczekiwanie potrzebne na cito. Czyli zasobów zużycie nastąpiło przed trzecią po południu, ale ramen & halloumi, mamy piątek :) Pogoda oczywiście nadal kiepska, z miasta do miasta i z miasta na wieś jechaliśmy z Kochanym w mżawce, pod koniec podróży, po krótkim przystanku w Lidlu, byłam już nieźle wychłodzona. Aktualnie dopijam gorącą herbatę całkując plany na wieczór.

czwartek, 5 lutego 2026

2242. Pogoda sparszywiała ...

... do szczętu, od południa w hrabstwie był alarm pomarańczowy, chwilę potem przy okazji morskiego pływu rzeka zalała główny most miasta, płytko, ale malowniczo (Blackrock zalane na początku grudnia i dwa dni temu, znowu zostało zalane). Wiatr był wystarczająco silny, żeby kilkakrotnie otworzyć drzwi; przy którejś okazji zawiało mnie tak, że natychmiast dostałam bólu głowy, który nie opuścił mnie aż do popołudnia (automatyczny zamek jest rozregulowany, na co dzień jednak nie ma zagadnienia, reaguję adekwatnie do sytuacji). Po pracy poszłam do pań wytrzeszczających, przypomnieć im o bojlerze, a potem, jak to zgodne małżeństwo, oboje z bólem głowy, udaliśmy się z Kochanym do Costy na kawę. Tutaj zrobiłam fotkę bransoletki z hematytem (Kochany poprawiał mi zegarek, żeby na zdjęciu było równo):


Przystanek w ciepłym miejscu i kofeina zrobiły mi dobrze na głowę, choć na zewnątrz zmrok i mokre bździny na szybach.

Jeszcze przed obiadem zadzwoniłam do domu. Tam też nieprzyjemność pogodowa, tyle że innego rodzaju: gołoledź. Ach, poza tym niestety, wyniki Bronisia lecą na łeb na szyję. Ile to potrwa? Jeśli cuda się nie zadzieją i szpik nie ocknie się do działania, raczej nie spotkamy się więcej z czarnym Bronisiem :I Mama przeżywa, spodziewa się, że na dniach po raz kolejny będzie musiała podjąć decyzję o uśpieniu. Ciężko. Myśli dobre przeplatają się z myślami niedobrymi. Za oknem wiatr. Mąż rozmawiał z Perlistym o różnych dziwach, np. o tamie. Gdyż tamy są ważne. Żulczyk jest w sam raz na aktualne nastroje, niestety.

środa, 4 lutego 2026

2241. Plany i zwyczaje.

Ustalone. Opiekunka do kotów jest, urlop i potencjalne kandydatki na zastępstwo są, samochód jest (zamiast do Poznania lecimy do Wawy). Wieczorem przy dźwiękach Cream rezerwujemy bilety "do" (decyzje o "z" nie zostały jeszcze podjęte). O planie poinformowałam mamę w czasie pracy, każda z nas w swoim biurze (biuro mamy jest mniejsze, ale jaśniejsze i po prostu ładniejsze).

Przez ostatnie kilka dni najwięcej rozmawiamy z Kochanym w samochodzie, albo przy obiedzie, gdyż poza tym separujemy się, żeby nie zaburzać Fredowi jego procesu twórczego, a mnie słuchania audiobooków bez słuchawek. I tak, po dłuższym czasie, z chłodnawej sypialni wchodzę do zaparowanego Kuchniosalonu, gdzie mąż słuchając antycznej muzyki rockowej pichci obiad (dzisiaj wątróbka i sałatka z pora). Jestem szczęściarą, notuję se we łbie po raz kolejny

Pomiędzy obiadem i rezerwacją biletów rozmawiamy o zabójstwie pod Narożnikiem. Ciekawe, czy kiedyś ich znajdą, morderców.

Kochany zadzwonił już do Stu, żeby poinformować go o naszym dziwnym rozkładzie jazdy i pożądanym czasie podstawienia samochodu. Dobrze mi. Planowanie jest dobre, planowanie cieszy duszę. W międzyczasie wyciągnęłam bransoletkę, którą dostałam pod choinkę. Hematyty i turmalin. Odwaga i determinacja, ochrona i wewnętrzna równowaga, głosi opis kamieni. Pierdoły, mamroczę. Noszę od jutra.

wtorek, 3 lutego 2026

2240. Kontynuacja ...

... poniedziałku we wtorek. Tylko musiałam obudzić się zbyt wcześnie, wychynąć na świat, poudawać, że coś tam mnie obchodzi i że jestem miła. Bardzo męczące, ale do zrobienia. Ponieważ jednak wrażenie było przytłaczające (pogoda wstrętna, szok poweekendowy, oraz marazm ogólny), złamałam niedawno wprowadzoną zasadę, aby nie leźć w trakcie pracy do kawiarni po kubełko kawy. Polazłam. Trochę nastrój mi to poprawiło, jutro postaram się bez tej protezy. 

Kochany natychmiast uwiózł mnie do domu, gdzie po dłuższych przygotowaniach wciągnęliśmy spaghetti. Potem zanurzenie: mąż w tekst własny, ja w słuchanie Wygasania Terlikowskiego, które niedawno byłam skończyłam, żeby wybrać następny audiobook, Wzgórze psów Żulczyka. Zapowiada się najs.

Po obiedzie rozmawiałam z mamą — temperatura na minusie, ale nie aż tak, jak na wschodzie. Koty funkcjonują dobrze; jeśli z Bronisiem gorzej, manifestacja jest nieoczywista. Tatko jak zwykle gdzieś tuptał, Wojciech jak zwykle nastawiał się do głaskania.

Kminimy z mężem podróż marcową. 

poniedziałek, 2 lutego 2026

2239. Długi weekend .

… oferuje szerszą paletę możliwości do wyboru: nudzić się, czy się nie nudzić? Skoro przez dwa ostatnie dni się szwendaliśmy, dzisiaj był czas na słodkie nieróbstwo domowe. Późne śniadanie, leniwe rozmowy, czytam, drzemię, słucham, Kochany pisze, co sam sobie zadał do pisania.

Na LC zagłosowałam na najlepszą ekranizację książki (The Outrun) i dostałam w prezencie trzy bezpłatne tygodnie na Audiotece. Skorzystałam bez wahania. Na pierwsze słuchanie poszedł Terlikowski z Wygasaniem (jestem w trakcie). Poza tym, właśnie skończyłam czytać Jednoaktówki Czechowa (officyna, 2022). Wiatr duje. Pora iść spać.

niedziela, 1 lutego 2026

2238. Nie no, wiosna, tak?

Pomysł na niedzielę: jedziemy do Inchicore. Pojechaliśmy. Zostawiłam im Pilipiuka, do którego nie zamierzam już wracać, na wymiankę wygrzebaliśmy ze stosów makulatury trzy tomy (Freda zainteresował Knopp, wybrałam dwa pozostałe):

Po wizycie książkowej podjechaliśmy do Coffee Works w Blanchardstown, żeby uczcić Imbolc. Ładna pogoda, bez szkody dla zdrowia można było usiąść na zewnątrz, ale wybraliśmy mały stolik w środku, tuż pod ekspresem do kawy, w tle leciała jakaś składanka Billy'ego Joela (bo i The Longest Time, i You May Be Right), podjedliśmy, wypiliśmy, sztos. 

A skoro byliśmy niedaleko TK Maxxa w Blanch, zajechaliśmy i tam. Kupiłam szerokie dżinsy (mam podobne, tylko z krótszymi nogawkami obgryzionymi przez niedźwiedzia; nie planowałam zakupu, ale trzeba korzystać z chwilowego powrotu mody lat 80. dopóki trwa). 

Po powrocie do domu i rozprawieniu się z czymś na kształt obiadu (smażony łosoś zagryziony chlebem) rozmowa z rodzicami: idzie mróz (-10°C), zaczynają się ferie, Gosia Pies ma dużą narośl na łapie. Minął rok od śmierci Malineczki.

Reszta niedzieli to długi Oppenheimer (2023). Oraz może Czechow, którego zaczęłam podczytywać wczoraj późnym wieczorem. Jutro nie ma pośpiechu, gdyż bank holiday. Ramen & halloumi!