Strony

piątek, 28 lutego 2025

1900. Za szybko.

Mama jak zwykle rano próbowała narzucić swoje tempo, poza tym głowy bym nie dała, czy o trzeciej nad ranem nie pytała odprawiłaś się? ;D

Wszystko za szybko. Wyjechaliśmy do Wro, posiedzieliśmy przy pączkach hiszpańskich, zaraz przeszłam przez kontrolę bezpieczeństwa, samolot podstawiony na czas i ... półtorej godziny siedzenia w środku, ponieważ zaciął się trap i nie można go było wciągnąć. W locie nadrobiliśmy jakieś pół godziny, rząd nr 14 przy przejściu, nic nie wyszło z podziwiania świata przez okno. Czytałam. Przed czwartą wpadłam Kochanemu w ramiona. Wydostaliśmy się ze stolicy, obiad w Borzalino, potem do domu, żeby wysłuchać wszystkich świeżo kupionych przez Kochanego płyt Patti Smith. Starzeję się, szybkie zmiany krajobrazu powodują u mnie zawroty głowy.
___
edit 20:30 Nom, tumult, mało uważności (podróż spędziłam nad ebookiem, co spowodowało, że przyziemienie było jeszcze bardziej zaskakujące). Aktualnie mózg włączył mi tryb awaryjny, walkę o nawodnienie i wypoczynek.
___
edit 08:50 next day

I do tego wszystkiego jeszcze, luty się zapodział.

czwartek, 27 lutego 2025

1899. Tłusty i leniwy.

Spałam długo, kręcenie się z boczusia na boczuś, nad ranem ebooki. Mama wzięła wolne, miałyśmy w planach wyjazd nie-od-razu-wiadomo-gdzie. Padło na Magnolię (łatwo dojechać, pogoda nie wchodzi w paradę); przed drogą zjedliśmy po małym pączku; przystanek w Tcy, punkt pocztowy i Rossmann.

Wyruszyliśmy we trójkę „starą” trasą (zamiast drogi szybkiego ruchu wybudowanej w 2012), wjechaliśmy więc do środka miasta przez Nadodrze podziwiając nowe budynki, które rosną jak na drożdżach. W drodze rozmawiałam z Kochanym, który poinformował mnie o dziwnej śmierci Gene’a Hackmana.

Chodziłam z rodzicami po centrum handlowym tylko trochę, nic nie kupiliśmy, tak naprawdę w planach był obiad i kawa; to pierwsze w Lepione, potem zeszliśmy do Karmello (w Sowie wszystkie stoliki zajęte).

Powrót do domu o czwartej, kanapki, ciasto, płaroty; znowu rozmawiałam z Kochanym, mąż pokazał mi nowe płyty kupione dzisiaj w Dublinie. Spać się chce, może jutro dodam coś jeszcze.

środa, 26 lutego 2025

1898. Dobre wiadomości.

Coś mnie rano strzykało między uszami, żeby zajrzeć na emilka pracowniczego. Okazało się, że jeszcze w piątek dostałam zaproszenie na drugą rozmowę. Aaaaaa, major fail. No cóż, potwierdziłam termin na przyszły tydzień (nie powinni byli pisać na tego maila, bo nie taki mieli podany na CV. Aggghhrhr!). Drugim strupem na głowie była poranna wizyta Kochanego u onko, mieliłam ją cały czas we łbie, bo wiadomo, wszystko jest świetnie, aż przestaje być świetnie. Kochany tymczasem rozmawiał o dziesiątej rano z profesurem (tym, któremu kiedyś dłoń uścisnęłam osobiście) i onkologicznie jest bardzo dobrze, czyli nic ciekawego, żadnych zmian w kształcie łba konia i in., markery też w porządku.

Po śniadaniu i krótkiej rozmowie z Kochanym poszłam do sklepu po więcej wkładów do zniczy i zakręciłam na cmentarz. Przyjemny taki spacer, pogoda szara, ale wiosenna, w oddali słychać było żurawie na bagnach, kruki gadające do siebie w lesie za płotem i jakąś ptaszą drobnicę z godowymi przebojami.

Wyjechaliśmy z tatą do miasta trochę wcześniej, żeby odhaczyć zakup dobrej kawy w Kocie. A skoro byliśmy już na miejscu, zaprosiłam tatę na kawę na miejscu. Potem zakupy kociego żarcia, i czekanie na mamę. W rozkmince bigosik czy testowanie restauracji pogodziłam obydwie sprawy. Zaprosiłam rodziców na obiad do Taorminy (może być, rodzicom smakowało), bigos maminy był zaś na kolację.


W temacie domowym, Rozalka kręci się obok mnie bezustannie. To mała dziczka, kiedy bierze się ją na ręce, jej małe ciałko zastyga, spina się, chce zwiewać, ale pomimo tych naturalnych skłonności koteczka odkryła, że ręka mizia za uszkami i drapie pod bródką, a temu trudno się oprzeć.

Po bigosie szarlotka (kupna oczywiście, z piekarni Familijna), rozmowa z Kochanym przez messengera, zaleganie pod kołderką, życie jak w Madrycie.

wtorek, 25 lutego 2025

1897. Nieambitnie.

A jednak nie muszę pisać postów zdalnie, laptop mamy jest wolniejszy, ale daje radę.

Noc spędziłam częściowo w towarzystwie Wojtusia, który wieczorem natychmiast zajął dogodną pozycję w nogach. Wypoczęłam, zregenerowałam się po poprzedniej, słabo przespanej nocy. Rano zielona herbata, zupa pomidorowa, którą mama ugotowała specjalnie dla mnie, kawa, rozmowa z tatkiem. Przywitałam się z Gosieńką, która jest już zupełnie głucha, ale jak na piętnastoletniego psa ma sporo wigoru. Przed południem poszłam na cmentarz, rozruszać nogi, zaświecić dwa wkłady, u dziadków i cioci Stachy. Genealogia. O drugiej ubraliśmy się ładnie, żeby z tatkiem pojechać po mamę (tatko założył swój kraciasty płaszcz, który dostał pod choinkę). Zakupy w Netto, odebranie mamy i do domu. Skończyła się dobra kawa, więc jutro kupię. Zanęciła mnie też wizja domowego bigosu vs testowanie włoskiej restauracji. Co wybrać? ;D Ogólnie spędzamy czas na rozmowie, wałkowaniu obserwacji, jedzeniu; żadnych ambitnych planów. A skoro nieambitnie, chyba dam się namówić na Bitwę pod Wiedniem (2012).

poniedziałek, 24 lutego 2025

1896. W drodze.

Czwarta trzydzieści to doprawdy nie jest czas na wstawanie. Za to dobrze zapamiętał się mi sen, w którego oparach wstałam: coś w rodzaju filmu kryminalnego z wątkiem romantycznym (główny bohater przypominał Brodsky'ego, takiego jakim go sobie wyobrażam; mylę go zapewne z jakimś amerykańskim aktorem w słowiański stylu), dokończonego, po którym we śnie pomyślałam, że trzeba mi obejrzeć więcej rosyjskich filmów :D

7:04 jestem pod terminalem, buzi, Kochany odjeżdża, kwadrans po siódmej przechodzę przez odprawę, zaglądam do perfumerii (krótka rozmowa z miłą panią pracującą od godziny czwartej rano); aktualnie jestem w miejscu, gdzie teoretycznie podstawią samolot, kawa, krłasant & czytnik, rozglądam się, nasłuchuję.
___
edit 19:50 (czasu lokalnego) Miałam rację z tą teorią, gate zmienił się z numeru 111 na 105. Niewielki poślizg czasowy bez wpływu na przylot, lot bez wydarzeń (siedzę obok dwóch Latynosów, którzy udostępnili mi fotel obok przejścia, czytam na zmianę dwie biografie). Nad Dolnym Śląskiem wszystko jest inaczej, lekka mgiełka chmur, słońce, przyjemne ciepło (w porównaniu z Dublinem). Autobus 106, Dworzec Główny i okienko kolei dolnośląskich, bilet za zł 14,70, widoki z okna szynobusu (warstewka zmarzliny na Odrze, kaczki, sarna przy torach na obrzeżach miasta, duży ptak drapieżny na drzewie pod którym przejeżdżamy). Mama wychynęła zza winkla uśmiechnięta od ucha do ucha, tatko w samochodzie, wydaje się coraz kruchszy; zaraz pojechaliśmy do Chińczyka na obiad. Potem wieś. Komitet powitalny: Mruczysław, za nim Maciej. W domu wszyscy oprócz Malinki.

Czesc. Wies, ze Malinki nie ma?

Tak to o piątej czasu lokalnego kawa z Rwandy w szklance babci Mani, ciastko, w tv Kojak.

Wieczorem z mamą nosami w MyHeritage. Wzięłam ze sobą tylko telefon, przez kilka następnych dni będę klikała wszystko jednym paluszkiem jak się należy.

niedziela, 23 lutego 2025

1894-1895. Drobne ...

... sprawy domowe. W sobotę pranie, słuchanie Prób, przeglądanie papierów, wypełnianie witryny papierami owymi, telefon do mamy. Pod wieczór zauważyłam, że rozkwitły pierwsze narcyzy. Do tego genealogia: coś ciekawego, nowego na MyHeritage — info o starożytnych korzeniach dostarcza mi super zabawy na wieczór, poza tym uruchamiam nowe wyliczenia pochodzenia etnicznego dla całej naszej czwórki. Moje wychodzą takie:

Te dwa inne to Bałkany (13.1%) i Germania (8.2%), jednakowoż raz kartofel, zawsze kartofel!

Ach, i jeszcze parapetowe chabazie ożyły, orchidea o którą w ogóle nie dbam od lat, znowu wypuściła chyży pęd i to maleństwo, Mammillaria hahniana, też wystroiło sobie w koronę:

(mały mózg, Opuntia tuna cristata, niestety padł, prawdopodobnie od początku był czymś zarażony).

Dzisiaj obudziłam się, gdy Kochany był jeszcze w domu. To sobie pogadaliśmy i on heja, niestety do pracy, a tu deszcz zacina, wiatr przekracza 50 km/h (więc nie aż tak źle, niemniej niemiło) i Kochany po otwarciu drzwi udawał przez chwilę, że robi Rysia (panika w oczach i w tył zwrot).

Słuchając trzeciej księgi Prób (skończyłam przed czwartą) kręciłam się po domu organizując, co musi być zorganizowane. I tak guzik płaszcza został przyszyty, jego kieszenie pozbawione zbędnych papierów, glany wypastowane bezbarwną pastą, bielizna spakowana, grzywka przycięta. Zrobiłam zdjęcie pierwszym narcyzom (jeszcze schowanym na tyłach ogrodu, żeby wiatr ich nie połamał); jak widać, pierwsze wystartowały "bezimienne":

Mieszkające z nimi w tej samej doniczce Lucky Number nie wyglądają najlepiej, prawdopodobnie zaatakowała je pobzyga cebularz, bo liście są anemiczne i nieregularnie rozmieszczone. 

Wieczorem jemy, planujemy wczesną pobudkę. Kochany nie doczekał się telefonu od Stu, ja za to ponad pół godziny rozmawiałam z rodzicami, którym opowiadałam o Rurykowiczach :D Najważniejsze rzeczy przeniesione do Kuchniosalonu; Kochany próbuje zasnąć; za oknem wiatr.

piątek, 21 lutego 2025

1893. W lutym ...

 ... jak w garncu. Z rana zaliczyliśmy sztormik, gdy o pierwszej wychodziłam z Jamy, był zwykły deszcz przechodzący po drodze w ulewę, po czwartej przed domem wysiedliśmy przy pogodnym niebie i zefirku.

Praca została odhaczona. Szef zbierający się do odjazdu na swoim motórze poczekał, aż Kochany podjedzie, żebym nie zmokła jak kura; no to sayonara za tydzień. Pomysł zaś był świetny taki, że skoro mamy voucher, to trzeba z niego skorzystać. Wyruszyliśmy do El Paso, w drodze opad, samochody skąpane w deszczowym pyle, Babcia dzielnie pruje na azymut, beemkom się nie kłania. Na obiad suszi w Atami (w restauracji pustka i komfort dźwiękowy), na deser naleśniki w ulubionym miejscu i kawa, oczywiście, na deser deseru powrót do domu drogą nadmorską, podziwianie widoków (morze czesane wiatrem pod włos, tęcza). Fred idzie nakarmić ptaszory, robię herbaty, nogi na krzesło, weekend (mój, gdyż małżonek jutro do pracy).

O tej porze siedzę już w szlafroku, rozgrzana prysznicem (strasznie stygnę), czytam na zmianę z przebieżkami herbacianymi, bo dłuższe leżakowanie w pozycji zbyt wygodnej bardzo mnie zamula.

czwartek, 20 lutego 2025

1892. Splot ...

okoliczności bez związku. Dzień zaczął się pechowo, zapomniałam czytnika i w kawiarni musiałam posiłkować się telefonem. Poza tym jednak nie tak najgorzej. Po pierwsze, ociepliło się nieco, a nawet wyszło słońce (po południu tęcza nad rozlewiskiem rzeki widziana z okna autobusu). Po drugie, praca w Jamie bardzo miła i krótka. Po trzecie, po powrocie do domu na podłodze znalazłam list od Anne, kartkę z podziękowaniami i voucher. Napisałam jej wiadomość, rozmawiałyśmy chwilę i przy okazji dowiedziałam się czegoś jeszcze lepszego: w końcu założą rampy spowalniające na drodze na której zginął Rysio (efekt działania naszego lokalnego polityka, gdy już myślałam, że o tym zapomniał). 

Po pracy wypluta z energii, wsuwam zupkę z papierka (grochowa, całkiem zjadliwa) i zalegam na łożu czekając na Kochanego. Gdy mąż przyjechał z pracy, odgrzałam mu wczorajszy obiad i ruszyłam zalegać dalej. Oglądam na insta śmieszne koty, mieszanie kolorów piasku kinetycznego i inne równie zajmujące rzeczy. Nie mam siły na przygotowania (jutro znowu do Jamy, żeby odrobić czwartek z przyszłego tygodnia). Nie szkodzi, jest dobrze.

środa, 19 lutego 2025

1891. Zwodniczy ...

... poranek (niby jaśniej). Sporo czytałam. Po południu jedziemy do Tesco (wtedy jest już oczywiste, że nie jest jaśniej, mglista klucha wisi nad horyzontem, gór brak). Najpierw Costa. Potem TK Maxx (dostaję od męża prezent: lnianą bluzeczkę w grafitowym kolorze, jak zwykle Majestic Filatures). W domu robię obiad, mąż mówi, że dobry, ale ja zjeść nie mogę (czyżby jednak uczulenie na miód?). Wieczorem papierologia pracownicza, próba zagryzania tego chlebkiem z pasztetem była, ale nadal jestem trochę zbyt poruszona. Tymczasem zaczął wzmagać się wiatr. Czyli mamy sztorm rozciągnięty na jutro, bezimienny biedaczek, ale i tak słychać jak łomocze, przestawia bezdomne sprzęty.

wtorek, 18 lutego 2025

1890. Wtorek w drodze.

To może zrobisz dla nas dwojga, by Ty robisz taką fajniejszą? poprosił mąż punkt dziesiąta. Zrobiłam. Później pożałowałam, bo jajecznica leżała mi na żołądku do popołudnia. Kochany pamiętał o naszej wczorajszej rozmowie o mydłach. Kończy się nam mydło bez oleju palmowego, szukamy nowego, kminiliśmy, czy może było jakieś u Aś. Może. Czyli jest plan, jedziemy do Aś obmacać i wywąchać mydła.

Skręciliśmy w drogi mniej znane, żeby nie wlec się za przewożonym na przyczepie ruchomym domem; zatrzymaliśmy się w El Paso na kawę. 

Z miasta wyruszamy do miastka drogą główną. Na miejscu pokazało się, że Aś ni ma, wyleciała do Polski, jeszcze nie wróciła, Obejrzeliśmy ładne rzeczy, Kochany kupił mydła z Donegalu, przy kasie rozmówiliśmy się z Garetem o języku irlandzkim (został nam polecony film Kneecap), oraz o okropnych zakonnicach.

Po small talku spacer do cmentarza i mola, potem lunch w typowym, kartoflanym miejscu (pogoda szara, zgryźliwa, czyli to samo, co przez wiele ostatnich dni).

Wracamy górami, gdzie na chwilę zatrzymują nas owce:



Poruszały się leniwie, myślałam, że w nieskończoność będą bawiły się w truchtanie przed samochodem, na szczęście zielenina na poboczu drogi była bardziej atrakcyjna niż jogging. 

W El Paso tankowanie, myjnia, Lidl, Tesco, sprawdzenie co tam w kinie (nico) i jazda do domu drogą nad morzem. W domu herbaty, mandarynki, przywracam ciału normalną temperaturę. I doczekuję się Franaszkowej diagnozy u poety: choroba afektywna-dwubiegunowa. Dojście do sedna zajęło biografiście ponad tysiąc sto stron. Dżizas!

poniedziałek, 17 lutego 2025

1889. Zaskoczenia różne.

Źle spałam, mieliłam taktykę (tzn. mózg mielił bez mojej woli, śnił zresztą też jakieś głupoty, tylko, że nie pamiętam o co cho, pewnie i dobrze). Kochany jechał do pracy, dałam mu buzi, kilkanaście minut później wyszłam na przystanek. Kawa i krłasant w Czarnej, kawiarniane przeglądanie papierów, zbieranie myśli, dziesięć minut przed jedenastą wyszłam na azymut (pogoda ta sama od kilku dni, znowu w kurtce od nosa po kolana).

Rozmowa trwała ponad pół godziny. Poszło nieźle choć najpierw musiałam rozwiązać problem, gdzie to jest (rozwiązałam dzięki panu z dwoma grubiutkimi psami w kolorowych sweterkach), a potem niemal dostałam ataku serca, gdy się okazało, że Szef jest jednym z przepytujących. Było dobrze, zrelaksowałam się, poza Szefem jeszcze jedna przepytywaczka mnie rozpoznała w pozytywnym kontekście, ludzie notowali, popijałam wodę, puściłam wodze fantazji. Ogólnie było to doświadczenie dramatycznie różne od poprzedniego związanego z identyczną posadą. Wyszłam z poczuciem, że zrobiłam, co mogłam, wstydu sobie nie narobiłam; wszystko zależy teraz od preferencji pytaczy i potencjału innych kandydatów, więc na razie odkładam to na bok.

Po powrocie do domu byłam tak umysłowo sterana, że przegryzka i sen, który nie chciał nadejść (łeb dalej się ekscytował, przeżuwał słowa). Wstałam z wyrka dla męża :D Obiad (Kochany opowiada mi jak to jego koleżanka-Irlandka odkryła, że na strychu jej domu mieszka tumak, czyli pine martes, kuna leśna, Martes martes, w Irlandii stworzonko bardzo rzadkie i pod całkowitą ochroną, które zeszło po schodach i zjadło jej cukierki wcześniej odwijając je z papierków). Czytanka. Po siódmej rozmowa z mamą na kamerce (o interview, o meblach, o pogodzie). Pisana rozmowa z Celtem (mocno zaskakująca). Napitki, dużo napitków i mandarynek (pożeram je, jakbym obudziła się na pustyni). 

niedziela, 16 lutego 2025

1888. Odpoczynek.

Tu mieszkają wariaci, orzekł Fred na moje pytanie, co by sobie pomyślał złodziej przyzwyczajony do statystycznych irlandzkich mieszkań, gdyby wszedł do naszego Kuchniosalonu. Po wczorajszych przesuwaniach obecnie w drzwiach rzuca się na człowieka widok lodówki sąsiadującej z solidną szafą na książki wypełnioną do ostatniego miejsca, cóż, książkami.

Kochany wstał dużo później, wczorajsze ekscytacje źle wpłynęły na jakość jego snu. Po pseudośniadaniu (ni ma chleba, ni ma) i moim powolnym zbieraniu się do opracowania pytań na jutrzejsza rozmowę, pojechaliśmy po trochę glutenu. Lidl (przystanek Costa), Homebase (likwidują sklep, kupiliśmy sporo przydasiów, jakieś metalowe podpórki do roślin, jakieś segregatory lodówkowe i nakuchenne), Tesco. Przed czwartą w domu, biorę się za obiad, Kochany sortuje karton do recyklingu, ale też trze marchewkę do surówki. Niczego więcej nie ustawiam dzisiaj w nowej witrynie, przegląd i sortowanie domowych folderów zostawiam na jutro. Na razie podrzucamy tylko skorupy (na najwyższej półce będą stały talerze i miseczki, nagle okazuje się, że talerzomisek mamy pięć różnych rodzajów, jak dla wojska), kubki zostają w części kuchennej.

Muzycznie pod wpływem białego albumu Beatlesów.

sobota, 15 lutego 2025

1887. Dzień składania z chaosu.

Trzeba było to kiedyś zrobić, szafa lintrup czekała na nas w trzech pudłach już jakiś czas. To był ten dzień, Pat i Mat ponownie uderzyli :D Nie wzięliśmy się za skręcanie mebla zbyt wcześnie, żeby nie doznać szoku. Zajęło nam to wszystko od południa do godziny 21:34. W międzyczasie dwa razy wychodziłam do Junony (raz na dłużej, żeby porządnie wyczyścić kuwetę), rozmawialiśmy też z mamą (żeby jej pokazać rozmiary bajzlu), Perlistym i Usz, poza tym wystąpiły tzw. niespodziewane okoliczności. 

Obojgu nam wydawało się, że szafa zmieści się tam, gdzie planowaliśmy, ale przy składaniu jej rozmiar okazał się zbyt dominujący. Efekt: totalne przedefiniowanie przestrzeni mieszkalnej. Uwaga: tam gdzie stała szafa z książkami, jest teraz nowa witrynka, szafa z książkami jest w miejsce półki na papiery, półka na papiery opiera się o biurko Freda, ponieważ stoi w miejscu, gdzie kiedyś był stół, którego tam nie ma, bo jest tam, gdzie sofa, a sofa tam gdzie nie stało nic, gdyż teraz sofa stoi przed kominkiem, ale nie tak przed kominkiem, tylko inaczej, tyłem do kominka (zasłania go, bo i tak go nie używamy). W ten sposób zostało ocalone miejsce kawowe, ale za to zamiast siedzieć naprzeciwko siebie, gdy pracujemy na laptopach, siedziby w jednym kątku nieomal ramię w ramię, jak squad do walki z dezinformacją. Dodam jeszcze, że przyszedł dzień, gdy przydały się wypociny Bogumiły Konstancji Załęskiej, cieniutki tomik jej krotochwilnej grafomanii był właśnie tym, co umożliwiło Kochanemu swobodnie przykręcić drzwi na zawiasach.

Nasi rozmówcy zaś wieści mieli różne. W domu rodzinnym Gosia przeżywa drugą młodość. Perlisty został poinformowany, że bilety kupione, hotel kupiony i teraz tylko trzeba kręcić młynka do marca. Usz dopiero teraz poinformowała nas, że umarł jej młodszy kot. Widzieliśmy go jeszcze w sierpniu, niestety nowotwór był podstępny i błyskawiczny. Usz bardzo źle to wszystko zniosła, niejako w konsekwencji rzuciła pracę i szuka teraz czegoś nowego. Bardzo przykra sytuacja po całości, no i małego, mięciutkiego jak jedwab, bardzo szkoda.

Padam na twarz. Kochany w ramach relaksu po raz drugi rozmawia z Perlistym. Pora pod prysznic.

piątek, 14 lutego 2025

1886. Wyprawa szpitalna 2.

Czyli Walętego.

Gdy wróciłam z łazienki, żeby wybrać z szuflady skarpetki "na dzisiaj", Kochany bardzo zadowolony wskazał mi worek z napisem Merry Christmas leżący na łóżku. W środku była kurtka z goretexu w moim kolorze (kolor winny; Sprayway), dzianinowa spódnica w czarno-białe pasy (Polo Ralph Lauren, można, a może nawet trzeba, nosić ją jako sukienkę) i punkowy płaszczyk z lnu (Majestic Filatures), taki z rozwiewanymi połami, bez guzików. Nie możesz dziewczynie kupować tyle rzeczy! mówię ja. No wiadomo, łaskawie zgadza się on, dlatego kupuję tylko najpotrzebniejsze. I taka to jest rozmowa z chłopakomężem. Walentynkowo zrobiłam mu poranną kawę.

Początek dnia był dla Freda nieszczególnie rewelacyjny, bo około pierwszej po południu mąż miał pobranie krwi i musiał na czczo przegibać do tej godziny. Pogoda wstrętna, przy (moim) śniadaniu zaczyna padać, czyli wiadomo już, że outfit na ogaconego Paddingtona został powtórzon. Naprawdę uwielbiam ten plecaczek (prezent od sąsiadki, ekologiczny, bo zrobiony z recyklingu plastikowych butelek):

Zawartość na dzisiaj: mały portfel, piórnik, telefon, czytnik do książek, krem z korektorem, korektor, etatowe perfumy, klucze, szminka, rękawiczki z palcami, paczka chusteczek. Kiedy idę do pracy, mieści mi się w nim również kubek termiczny.

Najpierw Kochany chciał zobaczyć dziwny parking lotniskowy, z którego kiedyś będziemy korzystali. Jest, istnieje, ale nigdy więcej takiego zawracania głowy. Potem do szpitala, parking cyk, do pobierania krwi cyk, i tym razem wszystko przed czasem i bez perturbacji (tylko Kochanie musiał sobie rozgrzewać żyły pod ciepłą wodą, bo wszystkie gdzieś poznikały). Na wychodnym kilka sekund rozmowy z Justiną, która zabroniła Fredowi wracać do szpitala w charakterze pacjenta. Kochany naprawdę chce przestrzegać tego zakazu.

Do czego przydaje się pisanie dziennika? Chociażby do tego, żeby sprawdzić, co to była za mała dziura, gdzie pysznie karmili, gdy siedem lat temu zawitali do nas Andrju z Natką, włóczyliśmy się po Dublinie i na cito trzeba było coś zjeść. Da Mimmo na Taobh Ó Thuaidh. Zjedliśmy dania od włoskiej mamusi, miejsca na kawę i deser po czymś takim ani hu hu.

U Freda penne salsiccia e funghi, przede mną na talerzu ravioli ricotta e spinachi w sosie pomidorowo-parmezanowym.

W drodze do domu Fred odebrał telefon od Elizabety, więc smętno-deszczowa trasa częściowo upłynęła mi na sennym dosłuchiwaniu rozmowy męża z przyjaciółką przyjaciela o dolach i niedolach ludzi w wieku średnim.

W domu, po wypiciu dwóch herbat, walnęłam się na drzemkę, Fred również i tak sobie drzemaliśmy przez dobrą godzinę. Dzisiejsze podkarmianie Junony było dłuższą wizytą miziano-walentynkową: zasiedliśmy przed tv, kotka przyszła się połasić, obejrzała z nami Prostą historię o morderstwie (2016) Arkadiusza Jakubika.

czwartek, 13 lutego 2025

1885. Wilijo świyntygo Walyntygo.

Ależ jadowity mrozik, niby wcale go nie ma, a jak człek wyjdzie słabo odziany, przenicuje do kości. Za to dzień człowieczy rewelacyjny. Czwartki to jak zwykle przyjemność (będę tęskniła za tą grupą), dłubiemy sobie coś tam, czytamy kryminały, dostaję ferdufko od Aszlin.

Kochany przyjeżdża po mnie, zatrzymuje się za rogiem, jedziemy jeszcze na chwilę do polskiego po herbatę liściastą i gdy na parkingu wychodzę z samochodu wpadam na Kalema (szybciutko mi się przyznał, że już do szkoły nie chodzi, ale pochwalił Luka i Emmę, Aleksa też, ale jego akurat nie lubię, więc tego nie liczę, on mnie nie obchodzi ;) za to Dżima szkoda).

W domu robimy makaroni z sosem na wysoki cholesterol (tzn. taki, żeby go mieć wysokim). Kroję pieczarki, miły zajmuje się mięsem mielonym, słuchamy Nicka Cave'a. Po biedzie ogon mi się ciągnie, a mąż przetwarza w głowie weekend marcowy, aż po krótkich ustaleniach rezerwuje miejscówkę, żeby potem czytać o Hildegardzie z Bingen :D

Oddałam audiobooka i wypożyczyłam w ebooku Spare, autobiografię Harry'ego Mountbattena-Windsora. Nie kupiłabym, biblioteka jednak rządzi, roztacza przede mną horyzonty dotąd schowane.

środa, 12 lutego 2025

1884. Liczymy wróble, robimy plany.

Drzewiej na przednówku była rzeźnia, przodkowie padali jak muchy, dziatwa zasypiała snem wiecznym hurtowo. Nie będę więc narzekała, że nie mogę się doczekać jakiejś możliwej pogody, skoro mam pełną lodówkę, pod ręką witaminy i serum do skóry głowy, a rano wstaję i w domu jest ciepło. Nigdy, przenigdy nie chciałabym żyć w dawnym, "lepszych" czasach! Faktem jest, że ogon mi się trochę ciągnie, ale w roku musi być jakiś czas spowolnienia i na to jest zima z przednówkiem, żeby się ciągnął. Powiedziałam! Trochę mi lepiej ;)

Po ósmej oboje byliśmy już na chodzie jak dwa niedźwiedzie dopiero co obudzone z zimowego snu. Słucham, ale nie słyszę, coś tam piszę, herbata się wypija, tulanie, Kochany kawę prokuruje, w sypialni ryczy alarm, że czas iść do Junony, co zmusza mnie w końcu do przebrania się ze szlafroka.

Śniadanie. Papiery na jutro. Kochany wyjeżdża po chleb znikający w tempie ekspresowym. Odkrywam, że robi mi się na ustach "zimno", w tym miejscu, co zawsze. Czyli nie złudzenie, że mam zniżkę formy.

Odkrycia ogrodowe: moje jest takie, że jest dwóch panów kosów, mężowskie takie, że już wiadomo, co w ostatnich czterech dniach tak przyspieszyło proces znikania ziarna (gdy Kochany wracał z zakupów i rzucił okiem do ogródka, zauważył, że w gęstwinie wspinającego się po płocie bluszczu irlandzkiego siedzi ze 30 wróbli, dosłownie na każdej gałązce, i to nie jest slim fit, zakończył mąż). Mamy własne wróble z nadwagą czyli.

Mąż wrócił akurat gdy skończyłam papiery i zaraz zaczął robić obiad. Dorzuciłam swoje trzy grosze w temacie brokułów gotowanych na parze i sosu jogurtowego. Po obiedzie zadzwoniłam do mamy, żeby uaktualnić stan pogodowo-zwierzakowo-mentalny. Nawijałyśmy prawie godzinę, Fred wyjaśnił, co to jest kontrast, w międzyczasie tatko wrócił ze spaceru z psem i też się dołączył (obłożony kanapkami). 

Umysłowo przeskakuję płotki, wybiegam dalej i lepiej: jaram się, że lecę do rodziców, tym bardziej, że odkryłam reaktywację włoskiej restauracji, która ma nastąpić na dniach. Kiedyś, ach, kiedyś chodziło się do niej z przyjaciółką, potem przestali podawać makarony, potem chyba zmarł właściciel, budynek zasnął, w jego brzuchu spał piec. Kogoś na szczęście skusił dobry piec i wiem już, gdzie zaproszę rodziców na obiad. 

Kochany tymczasem, po konsultacji z Perlistym, kupił bilety na marcowy wylot w okolice Moguncji. I żonę zabiera, będziemy się niemczyć! Małe potknięcie (kosztujące mnie godzinę czekania): nie wiadomo, który parking lotniskowy nabyliśmy drogą kupna. Czekając na swoją kolejkę do zadania pytania na czacie (na początku byłam ponad trzysta pięćdziesiąta) wysiedziałam jajo. W tym czasie rozmawialiśmy z mężem o Rewolucji Francuskiej. Bardzo dobry temat, it seems like a good solution now.
___
edit 21:55 Skoro już emocje opadły i weszłam pod prysznic, przypomniało mi się, że rodzicom spodobał się nowy ksiądz, co to był po kolędzie chodził. Wieś rodzinna nie miała szczęścia do księży, czyli to miła wiadomość. Na czacie rozmawiałam z Polką, po angielsku; pewnie trudna taka praca (Ryanair to nie jest rewelacyjny pracodawca). A poza tym, chyba już wiemy, gdzie w czasie weekendu w Niemczech chcemy mieszkać: w pewnej pięknej dziurze. 

wtorek, 11 lutego 2025

1883. Wyprawa szpitalna 1.

Oboje wstaliśmy około ósmej, ja wcześniej i nastawiłam jeszcze pranie, żeby można było rozładować pralkę przed wyjściem. Herbata, wizyta u grubasinki, płyta Fresh Evidence Rory'ego w głośnikach, śniadanie (tylko ja, Kochany woli być na czczo, więc zajadam owsiankę z bananem). Tomograf w prywatnej klinice przy szpitalu zapisany na 11:40, byliśmy wcześniej ze względu na zwyczajowe korki przy parkingu. Tymczasem Kochany znalazł miejsce bardzo dobre (od razu na piętrze niedaleko wyjścia na szpital), wszedł do badania 10 minut przed czasem, jeszcze pięć minut i wychodzi z opatrunkiem na prawej ręce.

Pół godziny później jesteśmy już w kawiarni (Costa w Airside Retail Park), małżonek się nawadnia, ja wydłubuję chorizo z kanapki, Kochany dumny z uwiecznienia żony w outficie na misia Paddingtona pokazuje dowody rzeczowe komu popadnie, czy trzeba czy nie trzeba:

Po drodze zajechaliśmy do pawilonów Swords, w sumie na lunch do Milano (restauracja puściutka, pizza dobra jak zwykle). Poza tym wcześniej Fred chciał zajrzeć do TK Maxxa, w tym czasie poszłam do Easona i odbyłam tam ciekawą a niespodziewaną rozmowę. Zrobiłam bowiem kilka zdjęć książkom, których zamierzam poszukać w bibliotece, następnie stanęłam przy słownikach i właśnie wzięłam do ręki słownik angielsko-irlandzki, gdy usłyszałam za sobą słowa powitania i nGaeilge. Stał za mną starszy pan, któremu przez zaskoczenie nie mogłam na poczekaniu nic wydukać, na co on do mnie skąd jestem, a ja mu skąd jestem, to on do mnie jaksiemaszzz? To mu mówię, że dobrze. Pan ok. osiemdziesiątki powiedział mi, że pracował kiedyś na Białorusi i że polskiego też trochę liznął. I mówi po irlandzku, ale akcentem z Kerry. Przy czym jest z Dublina. Brian Lynch. Bo przedstawiliśmy się sobie, wiadomo, jak to w Irlandii po wymianie kilku zdań z nieznajomymi. Sprechen Sie Deutsch? zapytał mnie usłyszawszy moje nazwisko brzmiąco mu niepolsko, na co ja mu, że trochę szprechien. Pan bardzo chciał mi pomóc znaleźć coś do nauki irlandzkiego, i nawet w tym celu zabawił rozmową dwóch sprzedawców, którzy niestety najwyraźniej mówili tylko po angielsku. No cóż. Pożegnaliśmy się po jakichś 10 minutach, желаю тебе удачи (oczywiście, nie zrozumiałam, musiał powtórzyć drugi raz, że udaczi to po rosyjsku szczęście). Bardzo nietypowe spotkanie, pierwszy raz natknęłam się na Irlandczyka, który mówił tyloma językami, najwyraźniej dla przyjemności.

Po pizzy jeszcze się trochę pokręciliśmy w pawilonach, Kochany na spróbowanie kupił ziarna z Roasted Notes (irlandzka firma, która sprowadza kawę ze stanu Minas Gerais w Brazylii), zajrzeliśmy do Diesla, a ja do jeszcze jednej księgarni, Dubray. W drodze do domu zatrzymaliśmy się na chwilę w naszym mieście, bo chleb, chleba nam brak do szczęścia, i przed piątą jesteśmy u siebie, płaszcze ściągnięte, napoje zaparzone.
___
edit 21:25 Poza tym, muszę napisać, że moje Kochanie jest nieustraszone. Gdybym miała mieć tomograf z kontrastem, kisłabym przez kilka dni wałkując temat. Tymczasem Srogi Fred wyszedł po zabiegu z miną cokolwiek znudzoną i apetytem na sałatkę. 

Właśnie skończyliśmy oglądać na RTÉ My Left Foot: The Story of Christy Brown (1989) z Danielem Day-Lewisem. Jest co analizować (podczas oglądania połowa chleba zniknęła w tym samym miejscu, co pasztet).

poniedziałek, 10 lutego 2025

1882. Pomimo skłonności ...

... do rozlazłości, postanowiłam nadać kształt poniedziałkowi: jakieś dwie godzinki sprawdzania prac (kiedyś trzeba to zrobić; myślę, że 1/5 mąk sprawdzalniczych za mną), wyjście do rzeźnika po steki (tuż po południu; pan z tasakiem patrząc na mój czerwony nos przywitał mnie formułką, że piękną mamy pogodę, ba!; nadrobiłam trochę drogi idąc dwa razy przez osiedla, bo przecież mimo szczypiącej aury taki spacer to przyjemność), słuchanie audiobooka (Foster czytane przez Aoife McMahon pewnie dokończę jutro).

Kochany wrócił, fik pod prysznic, ja fik steki na patelnię, jemy, idę do Junony (nie wiem, który raz w ostatnich dniach wracając od kotki idę w ciapiącym deszczu, jakby pogoda nad tą częścią świata zacięła się na autopilocie). O tej porze już czyściutcy, bo czystość jest najważniejsza, nawadniamy się słuchając gitary Rory'ego. 
___
edit 21:40 A jednak! Skończyłam słuchanie audiobooka przed chwilą. Film na podstawie Foster (Faber & Faber, 2021) Claire Keegan tylko trochę odbiega od pierwowzoru, głos lektorki znakomity.

niedziela, 9 lutego 2025

1881. Dół lutowy.

Kochany na dziewiątą do pracy, wygramoliłam się z łóżka, żeby mu towarzyszyć przy porannych rozkminkach i nakleić plaster. Znowu nie zdecyduję się na spacer. Pogoda meh. 

Do śniadania obejrzałam na RTÉ Player pierwszy odcinek The ABC Murders (2018) z Malkovichem. Miałam zamiar na tym poprzestać, ale po dodaniu dwóch do dwóch, zjedzeniu kabanosów i przygotowaniu sobie kawy, reszta weszła o wiele gładziej. Nie no, spoko.

Wieczorem za to, również na RTÉ, obejrzeliśmy z Kochanym dokument Rory Gallagher: Calling Card (2024). Bardzo przyjemny, nawet się nam przypomniało, że byliśmy w Ulster Hall (mąż się wzruszył, bo on się wzrusza :)).

U grubasinki ekspresowo, dziewczyna już chodziła w tę i z powrotem, włączając światła w korytarzu (z głodu przecie umierała ;)). Mam nadzieję, że prysznic mnie ożywi, bo czuję się jak martwa krewetka.

sobota, 8 lutego 2025

1880. Arrrrghhhh.

Obudziłam się po szóstej, pamiętałam, że Kochany będzie chciał, żebym mu zawinęła świeży plaster na palcu u nogi (od kilku dni grzebie mu się obtarcie).

Po śniadaniu dokończyłam czytać w ebooku Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny (Czarne, 2018) pod red. Magdaleny Kicińskiej & Moniki Sznajderman.

Dzień arcychłodny i ponury. Zimnicy towarzyszy sporadyczny deszcz, po południu nawet z gradem.

Drzemka, ale przypomniałam sobie, że drobnica fruwająca marznie, najpierw napełniłam karmniki, potem jeszcze raz wyszłam z jabłkiem. Do jabłka prawie natychmiast przyleciał pan kos, za nim do strawy dotarła banda szpaków, wróble z mazurkami, para zięb, dwie pary sierpówek, pliszka, nawet malutka modraszka zwabiona gwarem. Z dachu długo obserwowała mnie wrona, która cierpliwie czekała aż pójdę sobie od okna. 

Rozmawiałam z mamą. Do Kochanego oddzwonił Perlisty.

A czemu ten dzień taki rozlazły, to nie wiem.

piątek, 7 lutego 2025

1879. Objazd fotelowo-kulinarny.

Po śniadaniu przejrzałam trochę papierów i wysłałam do Saren informacje zwrotne o uczniach, jak obiecałam. Potem trochę domowej nasiadówki, aż powodowani nieprzewidzianymi okolicznościami wyjechaliśmy do miasta. Fotel Freda niestety przestał być używalny (w newralgicznym miejscu pęka metal), wybraliśmy się do TK Maxxa z nadzieją, że znajdziemy dla niego godne następstwo. Mieliśmy szczęście, Kochany wybrał fotel na kółkach prawie identyczny z moim, różniący się tylko kolorem (brązowy). Zupełnie nie zależało mi na dopasowaniu, mój i tak opatulam kocykami i poduszkami.

Skoro zaś byliśmy w mieście, postanowiliśmy przetestować miejsce jedzeniowe (w ranie po CG już otwarto nową pizzerię, mąż orzekł, że jeśli coś nazywa się King, to nie może być dobre; sporo w tym racji). Odwiedziliśmy Duende, restaurację w południowej części miasta. Spodziewałam się więcej hiszpańszczyzny, ale widać, że menu dostosowano do lokalnego gustu. Nie szkodzi, bo żywią bardzo smacznie, same okoliczności też są zachęcające, miejscówka przestrzenna i ciekawie zaaranżowana.

Pomimo kąśliwego zimna (+6°C, ale wg pogodynki odczuwalne -8°C), niebo jaśniało nawet przed szóstą, gdy dojeżdżaliśmy do domu. Podobno taki ma być cały weekend, wiatr przybywa ze wschodu, dzieli się z nami wspomnieniem Morza Północnego.

"Stary" fotel, kupiony już za Rysiowych czasów, więc wcale nie taki wiekowy, wylądował w szopce.

Tak sobie siedzę w łóżku i uzupełniam to dzisiejsze pisanko pogryzając pain aux raisin, ciastko kupione przed Kochanego w czasie naszej wyprawy. Miło, ciepło. Zakończyliśmy dzień godzinną wizytą u Junony; koteczka najpierw dostała kolację (w drodze do sąsiadki natknęliśmy się na Katlin parkującą swojego czerwonego żuczka, Katlin zdradziła nam, że też była przed chwilą i dała grubasińce coś na ząb ... gdzie to się w tym kocie mieści?), potem mizianko przy oglądaniu serialu Father Brown, 10.07. 

czwartek, 6 lutego 2025

1877-1878. Relaksy i jarania.

Środa
Pobudka dopiero na dzwonek Junonowy (w nocy obudziłam się i długo nie mogłam zasnąć), sprint do sąsiadki, potem życie domowe, ze śniadankami, kawulinkami (zrobiłam cappuccino z mlekiem z prasy francuskiej), dyskusjami. Pomogłam Kochanemu sformatować tekst na nowym laptopie. Na chwilę wpadła do nas Katlin z wyceną ewentualnego podjazdu (drogo, cholera). Dzień jest jasny, ale powstrzymujemy się przed łażeniem. Czytam, mąż pisze, co ma do napisania, przeglądam papiery na jutro, Kochany robi obiad. Dobrze, że kupiłam już bilety na wyjazd, inaczej zaczęłabym się wycofywać z planów, dogadzać innym (menadżerka zapytała czy tego i tego dnia może zorganizować spotkanie pracowników, oczywiście, że może ;)). Po obiedzie pojechaliśmy kupić chleb i inne takie, była więc i kawa, tym razem w kawiarni na piętrze. Z niespodzianek dzisiejszych: prawdopodobnie w marcu będziemy na premierze opery Wagnera, wszystko zaczęło się od przeglądania oferty kulturalnej na naszej prowincjonalnej wyspie oraz od zupełnie niewinnego pytania do Anne, czy poleca nowego Latającego Holendra.

Zaczęłam czytać zbiór reportaży różnych autorek Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny.

Czwartek
Poranek jaśnieje. Gdy wyjechaliśmy do miasta po siódmej, na horyzoncie widoczna była różowa strużka, na łagodnym morzu przynajmniej trzy kutry, oświetlone łupinki. Przybyły na stanowiska przed świtem, czy też spędziły tu noc? Ich właściciele nie śpią od dawna, ciekawe, czy właśnie rozgrzewają się kawą patrząc na bliski brzeg. 

Praca w Jamie miała spokojny rytm, choć Szef przywitał mnie zagadnieniami związanymi z interview. Się przygotuję, ale na tę chwilę o tym nie myślę. Mañana. Za to myślę o bibliotece. Cztery lata temu zapisałam się online do lokalnej biblioteki. Kod dostępu był czasowy, zajęłam się innymi sprawami i do tematu nie wróciłam. Do dzisiaj. Zapisałam się, na tymczasowym koncie ściągnęłam aplikację BorrowBox i wypożyczyłam już na weekend audiobooka, Foster Claire Keegan (akurat była dostępna, jaram się).

wtorek, 4 lutego 2025

1876. Dokazywania domowe.

Na zewnątrz rano deszczowa ciapa (w tej ciapie idę do Junony). Smażę naleśniki na drugie śniadanie. Kupuję bilety lotnicze. Kaffka, rozmowa z tatą (do Kochanego przyszła paczka, mąż kupił sobie letnią koszulę Kooplesa i jest bardzo zadowolony z koloru, to ta czerwona w pepitkę; zaraz pokazał się tacie w nowym outficie) ...

... lektura poetycko-biograficzna, blogowanie, kręcenie się po domu, spanko. Na dobre obudził mnie telefon od pewnej menadżerki z zaproszeniem na rozmowę o pracę. Data rozmowy wypadła dokładnie tak jak myślałam, nie muszę niczego zmieniać w swoim grafiku na luty (no i ogólnie, zaproszenie wprawiło mnie w dobry nastrój). 

Kochany pojechał po steki, obiad był bardzo zacny, z sosem pieprzowym (z torebki, ale to mu nic nie odjęło ;)) i resztkami kiszonej kapusty à la Fred. Po obiedzie zachciało mi się kawy i bardzo łatwo zgodziliśmy się, że pora nam jechać przed siebie. Najpierw zajrzeliśmy do Costy, siedzieliśmy sobie w ciemnym kącie (było trochę przed szóstą, ruchy wolne, niektóre krzesła już kopytkami do góry) robiąc pojedynek na selfiki i plotkując o nieżywych (o żywych również), potem poszliśmy do Woodiesa, gdzie Kochany kupił dwie szafki do szopki (kiedyś będzie porządkowanie, kiedyś). Mieliśmy już wracać, ale może jeszcze coś do jedzenia i tak postanowiliśmy przejechać na drugą stronę miasta, gdy nagle po lewej wyrósł McSean czekający w ciemnicy i deszczu na autobus. McSean, duży chłopak, w dużym płaszczu (z tyłu wyglądał w nim trochę jak Fish z Marillion, którego akurat słuchaliśmy w drodze) został podwieziony do głównego dworca. Zakupy w Tesco, powrót. W drodze zadzwoniłam do mamy, jeszcze raz potwierdzić, kiedy przylatam (spodziewałam się, że tatko pokręci daty, faktycznie pokręcił); czyli jesteśmy umówieni, będzie inspekcja ;)

Dobra ta herbata malinowo-truskawkowa. Dzień coraz dłuższy (do Drołdy jechaliśmy obserwując piękny spektakl zachodu slońca). W głośnikach (rano, po południu, w samochodzie, wieczorem) najnowsze Kjury, stary Marillion, jeszcze starsi Stonesi (płyta Aftermath). Takie nuty mnie ruszajo dzisiaj.

poniedziałek, 3 lutego 2025

1875. Przeciek.

Obudził mnie dzwonek własnego budzika nieopatrznie pozostawiony. Bank holiday. Za drugim razem (gdyż przysnęłam) budzę się magicznie: włączam telefon, Kochany właśnie napisał mi komentarz, puszczam przez moderację, wstaję, Kochany w tej chwili robi sobie kanapki, za moment musi jechać do pracy, chociaż bank holiday. Przed jego wyjściem zdążyłam jeszcze ubrać się byle jak i zajść do Junony. Poranek szarobarwny, ale wyraźnie wiosenny, w osiedlowym bezruchu wybrzmiewały zalotne głosy ptaków i pomruk morza.

Przed dziesiątą, zanim jeszcze zrobiłam sobie kawę, dokończyłam czytanie książki Tokarczuk, Dom dzienny, dom nocny (Wyd. Literackie, 2023). Siedząc tak i myśląc nad książką, słyszałam za oknem dalekie, uporczywe pianie koguta. Jak u nas na wsi, u nas na Dolnym Śląsku.

Czekając na powrót Kochanego coś tam na pewno robiłam, jak mniemam, skoro w szufladach leżą zwinięte w kulki skarpety, na suszarce nowa porcja prania, w recyklingowanych papierach zgnieciony karteluszek z bazgrołami, a w przeglądarce zapisała się informacja, że sprawdzałam połączenia, a oni mają tanio i co ja na to. Ogólnie jednak czas przepłynął mi przez palce. Wieczorem rozmawiamy, śmiejemy się czytając to samo, fikam nogami na macie przez minut łącznie pięć.

niedziela, 2 lutego 2025

1874. Niedziela przelotem.

Przy śniadaniu na ciepło (focaccia, jajka sadzone, parówki, halloumi) słuchamy z Fredem Odpoczna, cofamy się w rozmowach hen gdzieś, do dziadków, pradziadków, rozmawiamy o ich podkutych butach, ich morgach, ich grubych płaszczach i czytanych gazetach. Potem dobra lektura (nadal Tokarczuk), w trakcie martwię się, że czytam za szybko, więc zaraz skończę, czyli będzie smutno. Gdy w południe Kochany zagaduje, że musi jechać po małe zakupy, wiem, że nie chcę zostać sama z książką. Lidl, potem Costa, siedzimy przy oknie, wątki snują się o rodzinie, jakichś kuzynach dawno niewidzianych, postarzałych, zakopanych. Po drugiej w domu; wychodzę na chwilę do Junony, żeby w świetle dnia porządnie wysprzątać jej kuwetę; dzwonię do tatki (akurat ogląda wojska Szwejka, mówi, że Gosia biega po podwórku, interesuje się wszystkim, ale kotów nie rusza); znowu czytam. Z niejakim zaskoczeniem zmieniam kartkę kalendarza na luty. Luty? Przed czwartą Kochany włącza Nohavicę (2015, płyta z polskimi wykonaniami jego piosenek, jedna historia lepsza od drugiej) i robi obiad. W książce zostawiam sobie 20 stron na jutro, bo jesteśmy umówieni z Ka i nie zamierzam przelatywać tekstu łubudu na główkę. Droga już ciemna zupełnie, z Nohavicą w głośnikach (Kochany śmieje się, że znowu czytam mu w myślach). Rozmowy przy stole we czworo, angielski przetykany polskim, herbata, beza z owocami, w końcu po dziewiątej zasiadamy we trójkę do filmu Mowa ptaków (2019), no nie, bardzo nie, wyłączamy po ok. 20 minutach. Jeszcze chwila rozmowy z Ka i jedziemy do domu.

sobota, 1 lutego 2025

1873. Pogoda i niepogoda.

Dzień zupełnie inny, szarość, z rozpoczęciem działania zwlekamy tak, że w końcu za późno jest na składanie szafy. Jest za to wiele innych miłych sytuacji:

  • Robię dobre śniadanie z guacamole, jajkami na twardo i czerwoną papryką, 
  • Kochany oswaja się z nowym laptopem i zajmuje się swoim projektem oglądając nagrane z rok temu materiały, 
  • Myję włosy, bardzo długo stoję pod prysznicem w środku dnia, a potem jeszcze dłużej czytam różne rzeczy zalegając pod kołdrą, rozmówki francuskie, przygody Herbercie, Dom dzienny, dom nocny Tokarczuk, Herbercika prozę poetycką.

Potem dowiaduję się, że Malineczka umarła. Po pierwszej. Jednak było jej za ciężko dożyć do wiosny. I tak, niby się spodziewałam, ale wcale nie byłam przygotowana. Zrezygnowałam z wyjazdu do Ka&Jot. Kochany też postanowił zostać. Przeglądam stare albumy, wysyłam do mamy kilka zdjęć i filmików, o których istnieniu zupełnie zapomniałam. Markotno.

Pierwsze zdjęcie zrobione w listopadzie'10, z Zosią, która zmarła we wrześniu'21.
Pod spodem, zdjęcie z popołudnia.