Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ka and Jot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ka and Jot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2026

2489. W niedzielę o sobocie.

Nie jestem siłą dyscyplinującą w tym małżeństwie, gorzej nawet, pytam się, czy Kochany ma ochotę jechać do El Paso, a on się od razu zgadza ;)  w sobotę po śniadaniu jedziemy więc w górę mapy, parkujemy jak zwykle w pętli pod drzewami, Kochany jeszcze płaci za parking, ja już cisnę do 3rd Place, a tu niespodzianka — kawiarnia została rozbudowana, zajęła drugą taką przestrzeń obok, po innym sklepie. Adekwatnie do sytuacji tłum klientów. Jeszcze się zagnieżdżają, ale niedługo będzie więcej stolików. Bardzo to pokrzepiające, znaczy, że biznes się rozwija i trwa; dla nas rewelacja, bo kawę serwują niezmiennie bardzo dobrą. 

Zwyczajowo przespacerowaliśmy się do księgarni, dużo nowych tytułów, nie czułam jednak pilnej potrzeby, nic nie wpadło mi w oko.

Następnie przekroczyliśmy granicę z Północną i zrobiliśmy zakupy w TK Maxxie w Newry; znowu z kieszeni wypadło trochę grosza, jestem jednak bardzo kontenta, bo kupiliśmy prezent dla mamy (dwa topy Tahari z merynosów: burgundowy sweter na teraz oraz bezrękawnik w kolorze morskim na porę letnią), poza tym w końcu znalazłam sensowną suszarkę do naczyń na podmiankę starych, rdzewiejących zygli. Nie wiem, co jest grane, ale w sklepie kicham i smarkam, przechodzi mi na świeżym powietrzu (być może świeczki, świeczunie, akcesorium niezbędne dla każdej modnej kobietki, pani domu).

W drodze na chatę podjechaliśmy do portu po fish'n'chips na obiad. Rybkę wzięliśmy na wynos, wiatr był zbyt silny, żeby jeść na zewnątrz; wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (przenikliwy chłód utrzymuje się już cały dzień, zmiana nastąpiła nieodwołalnie). Po obiedzie, około czwartej, zupełnie spadła z nas energia, nie miałam ani siły ani ochoty przestawiać suszarek, Kochany poszedł na godzinną drzemkę, dołączyłam niebawem.

A tu, prosz bardzo:

Anonimowy obgryzek zrobił sobie sławojkę, zagłębienie w trawie niedaleko wejścia do ogródka, które konsekwentnie napełnia nowym nawozem. Ma też wygodne, ocienione trawą schowanko pod jedną z jabłonek. Poza tym Bronia znalazła pod stertą skoszonej trawy resztki panierki z dzisiejszego obiadu (ale to już nie obgryzek; wyrzuciłam resztki dla ptaków, domyślam się, że wrona przygarnęła na później, już raz widziałam ją w takiej akcji).

Byliśmy umówieni z Ka na dokończenie oglądania Lalki Maślony, więc o siódmej znowu to samo, dyrdu dyrdu do miasta. Pogadanka przy herbacie we czworo, głównie o zdrowiu psychicznym, potem seans we troje, dwa odcinki. Co tu można dodać? Prus też oglądałby z zaciekawieniem ;) W domu dopiero trochę po północy ...

niedziela, 4 października 2026

2483. Zbyt leniwa na cokolwiek.

Na śniadanie zjadłam urodzinową pizzę z Tesco, całą :D, bo byłam sama. Nie poszłam na spacer, chociaż mogłam (usprawiedliwienie sobie wypisuję, że wiało). Uciekłam kotom na godzinę do sypialni, rozmawiałam przez chwilę z tatkiem (mama akurat drzemała po podróży grobbingowej). Kiedy wczesnym popołudniem z mokrymi włosami wyszłam spod prysznica, Anne zaczepiła mnie messengerowo. Jesteś? Jestem. Dostałam od sąsiadki słodkie bułeczki z Tesco i kartkę okolicznościową:

(tak podejrzewałam ;)) Zajadając erzatz obiadu (kawałek pieczonego łososia + pajdka chleba) dokończyłam słuchać Uwikłanych Miłoszewskiego (przy słuchowisku było urodzinowe mycie podłogi).

Wieczorem pojechaliśmy z Kochanym do Ka, na czwarty odcinek Lalki. Dostałam prezent, od Ka (jestem pewna, że to była jego własna inicjatywa), bo Jot już wcześniej umówiła się z przyjaciółmi ...

Jot lubi być akuratna, więc dobrze, że się zasiedzieliśmy; myślę, że robiłaby Ka wyrzuty, że nie obchodziliśmy jak należy. A tak, po jej późnym powrocie, mogłam ją zgodnie z prawdą kilkakrotnie zapewnić, że mi to loto. Konwencje mnie męczą.

sobota, 26 września 2026

2475. Harvest moon.

Obudziłam się wcześnie, jak do pracy, zjadłam jajecznicę i ... wróciłam do łóżka. Fajnie było sobie chwilę poczytać, a potem zdrzemnąć się przy Kochanym. Badanie miałam umówione dopiero po trzeciej; czekając długo spałam, potem zaczęłam oglądać polską starotkę, Lokis. Rękopis profesora Wittembacha (1970), głównie żeby zobaczyć, czy Braunek naprawdę miała problem z rolami kostiumowymi. Coś w tym musi być, bo i tu nieciekawa.

Na badaniu byłam kwadrans przed czasem, trafiłam na Chinkę. Bardzo skrupulatna, zrobiła ze sto zdjęć moich podrobów, wyniki będą za kilka dni. Nie dowiedziałam się, czy coś ciekawego się pojawiło, bo inaczej niż w Polsce pani Chinka była tylko sprawnym technikiem pilnującym swojego poletka, pary z gęby nie puściła. Od razu pojechaliśmy z Kochanym do Costy, żeby posiedzieć na piętrze w wygodnych fotelach (ciastka przywieźliśmy ze sobą, do kawy wciągnęłam dwa danishe z Lidla).

Podczas treningu Broniowego przy płocie granicznym z sąsiadem takie coś:


Gugiel mi podpowiada, że to jajko grzywacza, zwanego tutaj gołębiem drzewnym. Możliw, możliw ... kury mieszkają po sąsiedzku, nie wiedziałam tylko, że tak późno wyprowadzają młode.

Chwila, żeby przysiąść i pojechaliśmy na północ: pogryzanie chipsów, herbaty zielonej picie z dolewką oraz dwa odcinki Lalki Maślony (Braciak nadal cycuś, muzyka robi niezły klimat). Wychodzimy od Ka&Jot, a tu centralnie księżyc w pełnej krasie.

niedziela, 20 września 2026

2469. Morze, chmury, Lalka.

W ten weekend raczej nie pospałam; znowu obudziłam się razem z Kochanym, a nawet już kręciłam się po Kuchniosalonie, gdy wychodził do pracy. Kaprawa sobota zamieniła się w niedzielę słoneczną, więc jeszcze raz wywiesiłam w ogródku swetry, doprałam kilka rzeczy, po śniadaniu dłużej rozmawiałam z rodzicami czekając aż doczyści się pralka, po czym wyszłam na krótki pacer.



Jasno, przejrzyście, ładnie.

Popołudnie: po obiedzie wyszliśmy na spacer z koteczkami pod takim niebem:


Chmury wyglądały jak powiększony wzór grubego koca przesuwający się nad wybrzeżem. Undulatusy? Ich ruch po niebie nie wydawał się być szczególnie energiczny, ale gdy przed siódmą kończyliśmy spacer, koc już znikał na horyzoncie.

Szybkie ogarnięcie i wyjechaliśmy w kierunku północnym na zaproszenie Ka, który zanęcił nas na wieczór z Lalką Maślony. U przyjaciół rozmowy pod ser i herbatę były różne, a to o zagrożeniach kataklizmami i wojną (wszyscy dostaliśmy ostatnio ulotkę "Be Emergency Ready"), o butach do biegania, o spaniu nago. Gdy chłopaki skończyły grać, obejrzeliśmy we trójkę pierwszy odcinek serialu. Trzeba przyznać, że Maślona wie jak zaskoczyć. Już jesteśmy umówieni na kontynuację :)

sobota, 12 września 2026

2461. Rosina, bambosze, ciepło.

Sobotę zaczynam późno, ósma, okna zapłakane deszczem, pod kapturem szlafroka słucham Dove solo w wykonaniu Dorothei Röschmann (2006). Melodia towarzyszy mi przez cały dzień.

Po śniadaniu dzwonię do mamy, rozmawiamy o pogodzie, o wypadkach pociągowo-samochodowych, o sąsiedzie, który nie lubił Filemona i jest może przygłuchy, a na pewno głupi, o Felku, który wyleguje się na maminym łóżku brzuchem do góry. Tatko też się pojawia, w kapeluszu roboczym referuje ostatnie przemyślenia.

O jedenastej wyjeżdżamy z Kochanym do miasta, najpierw do TK Maxxa, na kawę i do Tesco (w pierwszym sklepie szukam domowych bamboszy, znajduję coś o nazwie Monique w kolorze mocha jak głosi etykieta niby z UK, a w realu pewnie z Chin; nie szukam, ale znajduję kolejną czapkę Seebergera, tzn. mąż mi znajduje w dziale męskim, bordową z guziczkami, i kiedy trącamy się dupkami podczas przymierzania, Pan Murzyn nas zaczepia mówiąc It's the best love I never see, guys, the best love I never see). Potem jeszcze do kociego sklepu po drugiej stronie miasta, jedziemy więc prowincją — Fred wskazuje mi biały krzyż postawiony tam, gdzie Eileen miała wypadek po którym zmarła. Skoro ciągle kupujemy żwirek w Maxi Zoo, w końcu przełamuję się i ściągam ich aplikację.

Pomiędzy powrotem do domu i wyjazdem wieczornym wciskamy obiad Fredowy, przeglądanie Internetu i prawie godzinne wyjście kocie (dziewczyny zasadzają się na ogromniejące z dnia na dzień stado młodych szpaków kołujące nad osiedlem).

Wieczór z Ka&Jot, rozmawiamy głównie o medycynie, trochę o migrantach i polityce (czyli najbardziej o biednej Catherine, naszej prezydentce, co się musiała dzisiaj witać z Pomarańczowym knurem). Po rozmowach kuchennych jak zwykle przechodzimy do salonu obejrzeć oferty Netflixa (kontynuacja 1670, trzeci sezon, odcinki 3 i 4).

Wróciliśmy niedawno. Nadzwyczaj ciepła noc jak na tę porę roku, ciepła i bezwietrzna, więc cicha tak, że gdyby zając, lub inne stworzenie nad wyraz zębate, rąbał jabłka w ogródku, najpewniej bym go usłyszała. Podeszłam ostrożnie do bramki, nasłuchiwałam chwilę. Jeszcze nie.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

2448-2449. Sierpień zmyka.

W niedzielę, po rozmowie z mamą (mama zdała relację ze stanu domostwa, Felek już się rządzi, rozwala się na fotelach i naprawia z tatkiem rower), podjęliśmy konkretne decyzje w sprawie dat wyjazdu. Kochany kupił lot do Warszawy i z powrotem; jeszcze się waham, przez kilka dni będę obserwowała fluktuację cen (plan jest taki, że wylatuję dwa dni po mężu, a gdy on wraca do domu, przenoszę się na kilka dni na zachód Polski). Śwogier już wie.

— Wstępnie się umówiłem że u Wu będziemy spali, zagaił mąż po rozmowie telefonicznej z bratem.
— Uuuuu, trochę strach!, mówię pół-żartem pół-serio. Fred zrobił cwaniacką minę ...
— I jak leci? :D (inside joke, nieważne, ale może tak być)

Poza tym grzebiemy się ze wszystkim, długo jemy śniadanie, po kawie wyprowadzamy koteczki (myszy uciekają do domu z powodu deszczu; nad wybrzeżem krążą burzowe chmury). Czytam, Kochany robi żurek, ogarniamy się do wyjazdu na wieczór. W drodze ku północy zatrzymujemy się przy niebieskiej plaży, ale spacer robimy krótki, trochę mi zimno. U Ka&Jot nadrabiamy najnowsze wiadomości z pobytu przyjaciół w matczyźnie (kilka strupów się uzbierało, Ka już nie dla Polski, za dużo spraw go wkurwia, inny już on) oraz oglądamy dwa pierwsze odcinki trzeciego sezonu 1670 na bardzo dużym i bardzo zajebistym ekranie.

Po powrocie na chatę późny wieczorem, ziewając jak smok, przez chwilę zastanawiałam się, czy wkleić tu screen komentarza pod poprzednim postem, który został już skasowany przez autorkę. W końcu jednak ... nie, że nie jestem małostkowa, bo jestem, ale w dupie mam. Ludzie są głupi jak buty, a ja w temacie SI robię się coraz bardziej radykalna, bo jednak ... narzędzie to straszliwie obnaża płytkość człowieczą w różnych tematach (rzekomych więzi międzyludzkich, zdolności rozumienia słowa pisanego i tak dalej).

Poniedziałek w pracy spędziłam bardzo wydajnie. Po pracy od razu żurek Fredowy i spacer z kotami. Potem kilka chwil tu i tam, obrałam nowe okna z resztek kleju, Kochany przytwierdził do drzwi numer domu, chwilę latałam z mopem mając w planie rozłożenie w wąskim korytarzu maty do ćwiczeń. Koniec końców podłoga wymopowana, ale ćwiczeń nie będzie, coś mnie żołądek gniecie (podejrzany jest jogurt, niestety) ...

Znowu odłożyłam Herman, jestem na 112 stronie, ale musiałam jej zaniechać, bo nawet tytuł mnie irytował (pozostawiłam w niej zakładkę, treści są dobre, tylko mój Łeb się wzbrania, a ja go słucham). Kończę sierpień z dziewięcioma przeczytanymi książkami i trzema w czytaniu (po odłożeniu Herman dodałam do czytanych aktualnie książek słuchowisko Krew elfów). No i git.

Sierpniu, sierpniu ...

niedziela, 5 lipca 2026

2392. Pakowanie.

Nasze koteczki są jedyne w swoim rodzaju. Bronka ma już spojrzenie dorosłej damy, z chudej łasiczki zmieniła się nie wiedzieć kiedy w zwartego kota. Maniuśka za to ciągle robi miny małego głuptasa. Dzisiaj były noski z lokatorką Anne — tylko Mania się odważyła, ze strony Bronki było wrogie zainteresowanie.

Jesteśmy jedną nogą w podróży. Wykaraskaliśmy z szafy dużą walizkę, sprawdzamy prognozy pogody. Nie mieliśmy dzisiaj w planach obiadu poza domem, ale Ka zapytał, czy zamierzamy wpaść do suszarni i się okazało, że zamierzamy ;) Spotkaliśmy się z przyjaciółmi i narybkiem, potem jeszcze zajechaliśmy do nich na kawę i ciastko, ogólnie od drugiej do piątej byliśmy poza domem, potem trzeba było wyjść z koteczkami i tak jakoś szybko się ta niedziela rozlazła po kościach. Grzebanie w ciasnych szafach sprzyja odkryciom, wydłubuję rzeczy o których zapomniałam, że je mam. Kochany już odetchnął, z Haną jest normalna rozmowa organizacyjna. Wyjaśniła się też kwestia noclegu poza domem na czas, gdy małą przestrzeń będziemy musieli dzielić z gościnią (będziemy chwilowymi miastowymi, przyjemna sytuacja). Ziew. Jeszcze gadamy, ale pora spać.

niedziela, 28 czerwca 2026

2385. Ostatnia niedziela czerwca.

Wylazłam z łoża przed siódmą, żeby pobyć z Kochanym o poranku, zanim wyruszy do pracy. Pogoda się poprawiła, wpadłam na pomysł ręcznego wyprania paru "delikatesów", poza tym byłam zdecydowana zakończyć czytanie Breathless Swärd (Viking, 2012), co doszło do skutku po południu. Dzień wietrzny, nie miałam ochoty nigdzie wędrować, za to na chwilę goście zawędrowali do nas: Jot bardzo chciała zobaczyć kotki, i zobaczyła (nie lubię, gdy ludzie wpadają bez zapowiedzi). Długo słuchałam Eco, ostatnie cztery godziny zostawiłam na jutro. Za oknem słychać pomruki pompy, wiatr, stukanie furtki.

niedziela, 21 czerwca 2026

2377. W niedzielę o sobocie.

Wróciliśmy do domu od Ka&Jot dokładnie o północy między sobotą i niedzielą; czerwcowe nocne niebo nadal miało słoneczny poblask. Nie chciało mi się już tutaj pisać, prysznic i sen (Kochany w Kuchniosalonie klął na czym świat stoi — w czasie naszej nieobecności zdolne myszy przerobiły papierowy ręcznik na drobny mak).

Sobotnią labę miałam przeciętą wyjazdem parapracowniczym (a Fred ze mną): po śniadaniu pojechaliśmy do miasta, żebym mogła odhaczyć kilka chwil na zawodowej imprezie. Wpadłam jak śliwka, zaraz przedstawiono mnie siostrze miłosierdzia (to nie jest przenośnia, osiemdziesięcioletnia Sister of Mercy w żakiecie chwyciła mnie swoją kosteczkowatą dłonią nie znającą sprzeciwu; po trzydziestu sekundach przebywania w otoczeniu siostry mąż wycofał się na z góry upatrzone pozycje, wyszedł i czekał na mnie w Czarnej), poza tym obfocono mnie z lokalnym politykiem, który ostatnio awansował społecznie. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę, że już się poznaliśmy, jego łańcuch błyskał, zęby lśniły, z ust spływały teksty dyplomatyczne. Szybko się zmyłam, nie zrobiłam ani jednej fotki (chyba zdeprymowały mnie te wszystkie szyszki hojnie robiące sobie zdjęcia do gazet z randomami takimi jak ja). Catering nie był ciekawy, również i ta szansa na przytrzymanie mnie dłużej zawiodła (spotkałam znajomego, który kiedyś prowadził w Centrum zajęcia artystyczne, jego ocena jedzenia była zgoła odmienna).

Pojechaliśmy z Kochanym na zakupy, poszwendaliśmy się (szukamy nowej suszarki do naczyń), a później już normalnie, powrót, obiad, spacer myszowy, w końcu wyjazd do przyjaciół. Pogoda dopisała, pościel wyschła jak należy, wieczorem zrobiło się zimniej, ale to wiadomo, wiatr od morza. Intencjonalnie wyjechaliśmy wcześniej, żeby po drodze zaparkować przy niebieskiej plaży i przejść się trochę, zobaczyć ilu piratów nazjeżdżało się w weekend, żeby w nocy patrzeć na horyzont. Tutaj ciekawa sytuacja: sporo muzułmanów, których rozpoznaliśmy oczywiście głównie dzięki obecności kobiet z nakryciami głowy. Meandry myśli pobiegły mi w tym kierunku, bo jest to bardzo dla mnie intrygujące jak ludzie z kultur Islamu radzą sobie z naporem oficjalnej wykładni: z jednej strony dwie kobiety ogacone całkiem szczelnie ichnimi chustami, obok dziewczyna w bikini (czyli półgoła, jak na to spojrzeć z innej strony) z odkrytymi włosami, obok pan pół-na-pół, kozia broda, ubranie zachodnie.

U przyjaciół jakoś tak wyszło, że sporo rozmawialiśmy o trudnych rzeczach, jak ADHD, trauma, itp. Na dokładkę w kinie Netflixowym, niejako pozostając w temacie, obejrzeliśmy Steve'a (2025) z Cillianem Murphym. Mimo tematyki, dobry dzień.

piątek, 29 maja 2026

2355. Algorytmy ...

... mózgowe — odkąd zaczęłam czytać o Broniewskim, zauważam Płock na mapie Polski, do tej pory miasto dla mnie niewidzialne. Poza tym wczoraj dwa razy w różnych socjalach narzucił mi się temat etapów umierania (ale to już nie wiem dlaczego). Słuchankę Urbanka, Broniewski. Miłość, wódka, polityka (Wyd. Estymator, 2023) skończyłam po powrocie z pracy.

Szukamy lodówki dla dziwadeł, niedużej, z nieistniejącą lub małą zamrażarką: 60/40, albo lepiej 70/30. Tymczasem małe lodówki z niewielkimi zamrażarkami są jak jednorożce, widać jest to znak czasów Człowieka Mrożonkożernego. Byliśmy zaproszeni na wieczór do Ka&Jot, wykorzystaliśmy wyjazd do miasta, żeby rozejrzeć się w Currys, Ka podpowiedział nam też inne sklepy. Potrzeba zakupy lodówki na cito pojawiła się, gdy dotarło do mnie, że Hana może wpaść na dłużej niż tydzień. Przyzwyczailiśmy się do codziennego chaosu, ale lepiej byłoby zdjąć z głowy gościni jeden problem.

Wizyta u przyjaciół była krótka, głównie ploty (głośne, bo Jot czuje się z nami swobodniej i wpada na coraz wyższe rejestry). Wyjechaliśmy do domu po dziewiątej, zmrok jeszcze całkiem nie zapadł. 

piątek, 15 maja 2026

2341. Dzień z ulubionym popołudniem.

Do południa nawet obleci (jak się już człowiek przyzwyczai do szpitala psychiatrycznego ;)). Odwiedziłam Saren i tę drugą, porozmawiałyśmy jak fachowiec z fachowcem, wróciłam do biura, powyłączałam wszystko, co miało być wyłączone, i wyszłam mężowi naprzeciw. Kochany właśnie wracał ze Specsavers, z dwiema parami nowych okularów. Od razu zabraliśmy się do domu, bo grafik mieliśmy jasno określony: zjeść coś przed wyruszeniem na północ (Ka zaprosił nas na wieczorną herbatkę urodzinową Jot). Mąż wziął się za gotowanie, ja za nadrabianie lektur blogowych. 

Jedzenie pyszne, aż mi się uszy trzęsły. Między obiad i wyjazd zdołaliśmy upchnąć dwudziestopięciominutowy spacer z kotami oraz dokument Ani Kazejak, Bocznica (2009). Myślałam, że już go razem oglądaliśmy, ale nie. Sama obejrzałam go 11 lat temu.

Nareszcie się wytoczyliśmy. W El Paso Kochany skręcił na chwilę po żwirek dla kotów, potem tylko przyjemności i pizza urodzinowa:

Ciekawie rozmowy nam skręciły, bo Jot wspomniała o poprzednio oglądamy filmie z Cillianem.

Już u przyjaciół odkryłam że nie mamy połączenia z kamerką w Kuchniosalonie. Dla spokojności głowy zaalarmowałam Anne, która wykorzystała zapasowy klucz, żeby odwiedzić dziewczynki. To się wydarzyło:

Któryś ostry ząbek odłączył kamerkę od zasilania ^..^ Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Sąsiadka przekazała fotkę, pogłaskała dziewuchy, a nawet już znalazła mi kabel na wymianę, który może dla mnie zamówić na Amazonie (dobrze się składa, bo jestem z Amazonem na bakier, ale jednak lepiej jest mieć kabel niż go nie mieć). Wszystko to w czasie naszego pobytu u przyjaciół. Kochany pracuje w weekend, więc wspólne kino domowe nie doszło do skutku, urwaliśmy się około dziesiątej. 

Zieeeeeew. Myszy polują na jakieś kuchenne baboki. Mąż pod prysznicem. Mnie oczy się zamykają (w samochodzie miałam toż samo — ucięłam sobie drzemkę, potem nagle otwieram oczko, a tu na horyzoncie czarne góry odcinające się na tle jaśniejącego nieba). Na pewno Duolingo, czy książka ... dunno, dobranoc, pchły na noc ..

niedziela, 3 maja 2026

2328-2329. Sobota z niedzielą.

Przez większość soboty bawiłam się genealogią (byłam skupiona na dwóch miejscach, Majdanie Sieniawskim i Luchowie Górnym; wsie są od siebie oddalone o mniej niż 10 km, ale należą nie tylko do różnych parafii, ale także do innych województw, więc biurokratycznie sytuacja skomplikowana). Skoro zaś ślęczenie przy laptopie, to na końcu marazm. Pewnie dobrze by mi zrobił spacer nad morze, ale gdy się ocknęłam, Kochany już był w drodze do domu; gotowałam obiad słuchając mieciowego streszczenia Odprawy posłów greckich :D, zjedliśmy i szlus, po dniu, na dodatek zaczął padać deszcz ...

Od dawna już nie oglądam regularnie Stacey, ale dzisiaj kliknęłam z ciekawości, przyciągnęła mnie wiadomość o jej dwudziestoleciu na yt.

Rekonwalescencja Broni i Mani przebiega prawidłowo; nasza calico-królewna przez większość dnia próbowała osikać kosz na śmieci, a ja usiłowałam temu zapobiec. Mania dostaje krople przeciwbólowe i uważam, że widać ich działanie: koteczka jest rano w lepszym nastroju, na powrót przy śniadaniu zaczęła się wspinać na moje ramię (siedzi na nim jak mrucząca papużka).

W niedzielę pobudka o siódmej. Mąż był jeszcze w domu, więc mogliśmy razem zmienić podkład pod jedną z kuwet. Rozruch bardzo wolny: mizianie z dziewczynami, przygotowywanie śniadania (zrobiłam sałatkę z tuńczykiem, trochę zeszło), aktualnie kawa pośniadanna. Co by tu jeszcze?
___
edit 14:10 właśnie wróciłam znad morza. Obiektywnie morze chłodne, na samej plaży wiatr, subiektywnie po spacerze roztapiam się z gorąca. Przed wyjściem z domu rozmawiałam z mamą, którą chwaliła się lokalnym rodos: temperatura ponad dwadzieścia stopni, pod tarasem jakaś malizna fruwająca wije gniazdo, Maksiu i Rózia towarzyszą rodzicom porozkładani na trawniku. Z rzeczy nietypowych: wczoraj nad domem rodzice wypatrzyli parę bielików! Orły wróciły dzisiaj, może gdzieś w pobliżu mają kwaterę.

Plany na wieczór same się pojawiły: Kochany zadzwonił z zapytaniem, czy mamy ochotę jechać do Ka&Jot. Mamy, zaiste.
___
edit 00:05 bardzo miłe popołudnie i wieczór. Oczywiście, papiery zrobiłam w stopniu minimalny, coś tam zaplanowałam na wtorek, bardziej mentalnie niż inaczej. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad; u przyjaciół zjawiliśmy się przed ósmą, były ploty przy kawałku apple pie do zielonej herbaty, a na koniec wieczoru zasiedliśmy we czwórkę do Netflixa, żeby obejrzeć Small Things Like These (2024). Byłam już na tym z Kochanym w kinie, na małym ekranie też dobrze się ogląda. 

Do domu, bo myszy czekają. Krople w jedzeniu dla Mańki. Ziew. Jeszcze chwila lub dwie, tak szybko dzisiaj nie zasnę, ale bank holiday, więc nic nie szkodzi.

niedziela, 12 kwietnia 2026

2308. Na prowincji.

Mieliśmy plany na wczesne popołudnie; przed wyjazdem w kierunku północnym dzień turlał się bez spiny. Dobry sen, pogodna pobudka, śniadanie. Zrobiłam kawę i zasiadłam do oglądania Pani Dalloway (1997) z Vanessą Redgrave. Po filmie rozmowa z mamą (nie było niczego nowego do przekazania, po prostu chcę trzymać kontakt jak często się da).

Przed wyjazdem do El Paso rozmawiałam chwilę z Anne, która w dość ponurym nastroju wyszła na zewnątrz. Widać, że konsumpcja dużej ilości mediów nie wpływa na nią dobrze, wszystko bierze sobie za bardzo do serca. Kochany zatrzymał się na pierwszej stacji benzynowej przy prowincjonalnej drodze, zatankowaliśmy, wysłałam Anne rachunek, żeby pokazać cenę i adres (nie wnikałam, czy sąsiadka skorzystała z tego miejsca i poczuła się lepiej, nie ma co jątrzyć). Od kilku dni trwają protesty spowodowane ceną paliw, które wg mediów powodują, że w 2/3 stacji w kraju nie ma benzyny. Niczego podobnego nie zaobserwowaliśmy po drodze w naszym regionie (najprawdopodobniej temat bardziej dotyczy zachodu)

W Atami byliśmy na miejscu chwilę przed czasem, spotkaliśmy Ka&Jot z dzieckami na przejściu dla pieszych przed restauracją. Dobre jedzenie, trochę wiadomości z kraju i ze świata (zamiast o benzynie rozmawialiśmy o rodzajach pogrzebów i księżach błogosławiących wszystkich jak leci), chłopcy siedzieli naprzeciwko mnie: Seamus wziął jakiś bardzo ostry ramen, którego nie dokończył jeść, Domhnaic zachęcony przez Jot zabawiał nas scenką o tym, jak w restauracji zachowują się bogacze (ma chłopak talent aktorski). Mieliśmy z Kochanym pomysł, żeby po obiedzie w rewanżu zaprosić przyjaciół do kawiarni, ale koniec końców wylądowaliśmy u nich w domu, bo Ka miał jeszcze prezent dla Freda. Herbata, ciasto, Pieseł biegający między domownikami.

Po powrocie do domu oklapłam, za to mąż pełen energii zabrał się za prace domowe: umył podłogę, naprawił szufladę ze skarpetkami, zawiesił w ogródku bee house. Zerkałam chwilę na teleturniej The Money List. Dobry dzień. 

wtorek, 17 marca 2026

2282. Pisałam ...

... że od lądowania do łóżkowania minęło jakieś dwie i pół godziny? Czyli o trzeciej teoretycznie sen. Ale pobudka po siódmej, bo przecież myszy. Dziewczyny przywitały nas niezwykle entuzjastycznie (włączyłam wcześniej kamerkę, żeby zobaczyć, jak zareagują; Bronia była pierwsza, Maniusia zaspała, za to dobiegła od szafy do okna w przeciągu dwóch sekund). Rano musiałam Maniuśkę długo trzymać na kolanach i na plecach, aż koteczka upewniła się, że jestem i mogła spokojnie zasnąć w swoim gnieździe.

Kochany wstał trochę później; gdy wypił kawę wyruszyliśmy do miasta uzupełnić zapasy. Poza tym wylądowaliśmy na kawie (przepraszam się ze słabą americaną). W TK Maxxie kupiłam szklane pojemniki na lunch, z przegródkami, które ułatwiają porcjowanie. Cały czas mocno wiało; nawet nie myśleliśmy o oglądaniu dzisiejszej parady skupionej na kilku głównych ulicach miasta, zresztą rozminęliśmy się czasowo. Po powrocie do domu Kochany włączył pierwszą nową-starą płytę przywiezioną z Polski, Alchemy Live Dire Straits. Obiad i wyjazd do Ka. Zmęczona jestem; środa już nade mną majaczy.

sobota, 14 lutego 2026

2251. Walenty.

Sobota była długa i satysfakcjonująca, choć zaczęła się nijako — przed czwartą nad ranem postanowiłam w końcu wstać i trochę się zmęczyć, inaczej z dalszego snu nici (po nocnym przebudzeniu długo nie mogłam zasnąć). Gdy tak się gramoliłam, Kochany również się obudził i zaanonsował, żebym sprawdziła, co jest pod łóżkiem. Pod łóżkiem był zestaw dwudziestu dwóch dramatów Szekspira wydany przez firmę z Mumbaju, moje ulubione perfumy Millera Harrisa (setka L’Eau Magnétique i trzy inne próbki) oraz kraciaste skarpetki Perry’ego. Czyli zaczęłam dzień od prezentów, powtórki z Ilii Malinina Upadłego oraz drzemki.

Następna pobudka w okolicach dziewiątej. Audiobook, śniadanie, telefon do Freda od Ka, z zaproszeniem i pogadanką o łyżwiarstwie oraz sporcie zawodowym ogólnie, zwykły domowy rozruch, pogoda nawet ok.

Chciałam zaprosić Kochanego na naleśniki, więc krótko po południu wyjechaliśmy do El Paso. Droga do miasta wiodła przez niedawno podtopione drogi prowincjonalne okraszone widokiem ośnieżonych gór. 

Oczywiście, po kawie w ulubionym miejscu był zwyczajowy spacer do księgarni, gdzie znowu coś kupiłam, tym razem Parade Rachel Cusk (ostatnio zadałam SI pytanie, czy są jakieś pisarki a la w podobie Hjorth, w odpowiedzi pojawiła się m.in. Cusk, zobaczymy, ile warte są rozmowy z modelem szurającym bez filtra po każdej dziurze). W Guineysie po drugiej stronie ulicy kupiłam z kolei zestaw igieł dziewiarskich. Obydwa nabytki wprawiły mnie w nastrój osobliwie kontenty; do książki nie chciałam papierowej torby, wolałam trzymać ją w ręce, żeby podczas spaceru móc dotykać chropowatej grafiki na okładce, a igły co trochę wyciągałam z prawej kieszeni i podziwiałam ich piękną prostotę.

Kochany miał plan dodatkowy, obkupić żarciem nasze zdrowo jedzące myszy, po El Paso kontynuowaliśmy więc podróż bardziej na północ, do Newry. Widok gór przyprószonych śniegiem wyskakujący za nieośnieżonym, burym miastem wydał się mi jeszcze bardziej oniryczny. 

Mieliśmy trochę czasu do spotkania z przyjaciółmi; po powrocie do Republiki pierwszy przystanek był pod Tesco, drugi pod Costą, gdzie zamówiliśmy kawę do papierowych kubków i ... kilkadziesiąt minut spędziliśmy w samochodzie, popijając kofeiną fabułę Sobowtóra (Kochany również wciągnął się w słuchanie, które zapewne skończyłabym w sobotę, gdyby nie ta wieczorna wizyta). W międzyczasie pogoda zmieniła się ze spacerowej w deszczową, trzymałam obute kopyta na desce rozdzielczej i bardzo się czegoś cieszyłam.

U przyjaciół godka o pogrzebach (nie wiem jak to się zaczęło) oraz ostatni odcinek drugiego sezonu 1670 (Fred przewidział zmartwychwstanie Bogdana). Dobry dzień, bardzo gruntujący w rzeczywistości, mojej, nie cudzej.

niedziela, 8 lutego 2026

2245. Sztryken, sztryken.

Co robiłam? To robiłam:

Zmieniłam koncepcję czapki, zamiast dwa na dwa jest dżersej, zamiast na okrągło jest na płasko, czyli żyłka zbędna, ale nie mam innych drutów. Sztrykowałam bobę metodycznie, słuchanie książki też zamieniło się w przyjemność. Kochany zadzwonił w przerwie w pracy i poinformował mnie o zaproszeniu do przyjaciół. 

Wyjechaliśmy do miasta po obiedzie. Trochę gadania, siorbania herbaty; obejrzeliśmy z Ka kolejne dwa odcinki drugiego sezonu 1670  (został jeszcze jeden). Noc ciemna, w drodze dziury, widzieliśmy żywego borsuka.

niedziela, 25 stycznia 2026

2231. Kilkakrotnie ...

... prułam i nabierałam, mam też swoje przemyślenia o metodzie zachodniej i wschodniej (mama nauczyła mnie przerabiać oczka metodą heretycką). Poza tym cisza, czas przeciekł mi przez palce, mielizna (która częściowo wynika z tego, że ani audiobook mnie nie porywa, ani rozgrzebany ebook na razie nie jest tym, co lubię najbardziej). Dobrze po południu przypomniało mi się, że muszę się ogarnąć z włosami, bo mamy zaproszenie do Ka i nie będzie czasu na wieczorne ablucje. 

U przyjaciół herbata, ciasteczka, wykrzykiwanie opinii w dwóch językach, seans filmowy (dzisiaj Dzikość serca Lyncha). Padam.

niedziela, 4 stycznia 2026

2209-2210. Czy Irlandia to shih tzu?

W sobotę za drzwiami popłakiwania Maniowe i szurania w kuwecie, więc z wylegiwania się do dziewiątej nici, drogie państwo. Przywieziona z Polski Kocia Guji Shakiso została otworzona (chyba zepsułam Kochanemu napar, ale i tak mąż chwalił kawę, taki ten mój mąż chwalący ;)).

Na dworze szron, słońce przenikające do duszy (gdy głaskałam Bronię, Kochany robiący sobie kolejną kawę odwrócił się do mnie na chwilę i odsłonił okno przez które do oczu wpadł mi dziki promień światła; nosiłam go w sobie przez następny kwadrans).

Przed południem zadzwonił Ka z zaproszeniem na wieczór. Bardzo dobrze, jest okazja, żeby odpakować kolejną płytę dvd. 

Naokoło pory obiadowej zbijaliśmy bąki, obejrzeliśmy przedświąteczne testy tanich bigosów u Miecia, oraz nadrobiłam Gosię ze Szkocji, bo nie śledziłam jej przez jakiś czas.

U przyjaciół, akurat gdy wchodziliśmy, dopadły nas życzenia z Polski (Zbyniu i wszyscy inni zebrali się razem i postanowili zawideować). Po rozmowach przy stole do odtwarzacza zawędrował Strach na wróble (1973) z Hackmanem i Pacino. Nabrałam smaku na filmy z lat 70.

Kwadrans po północy w końcu w łóżku. Kolejna pobudka około dziewiątej rano. Znowu zmotywowały nas myszy. Koty nakarmione, kuwety wyczyszczone, podkład zmieniony, zielona herbata zrobiona, mąż właśnie obudzony nosi Manię na rękach, Dzień dobry w niedzielę :)
___
edit 19:35 Zimno, zimno, zimno, zimno. Po szybkim śniadaniu wyruszamy zygzakiem: jaja z automatu, Lidl, TK Maxx, Costa. W Lidlu znaleźliśmy świeży chleb. W TK Maxxie nie znalazłam małego kalendarza o który mi chodziło. Gdzieniegdzie na wiejskich drogach gołoledź, na innych hojnie wysypana sól daje złudne poczucie, że na zewnątrz jest cieplej niż w rzeczywistości. Gdy w Coście stałam na piętrze czekając na Kochanego z tacą kawowo-ciastkową, jeden gość zaczepił mnie pytaniem czy go przypadkiem nie szukam. Randka z Tindera? :)

Po powrocie do domu lenimy się, czytam, słuchamy Czyżykiewicza płyty Ma chérie, gdy kartofle w garze się pyrlą, a myszy drzemią, jedna na moim krześle, druga w krześle-gnieździe. Po obiedzie skończyłam czytać Childhood Tove Ditlevsen (Penguin, 2019). Po tak pięknej prozie strasznie zrobiłam się głodna wszystkiego i od razu oddałam książkę do biblioteki, żeby móc się ustawić w kolejce po tom trzeci (drugi mam już na liście, może uda mi się go dostać w drugiej części stycznia).

niedziela, 30 listopada 2025

2175. Na razie, listopadzie.

Dzień znacznie gęstszy i przyjemniejszy. Przed południem obejrzałam trzeci odcinek dziwacznego serialu z nowelkami Christie, zjadłam śniadanie, zrobiłam pranie, naniosłam poprawki na plan egzaminu (pogodziłam się, że współpracuję z melepetą i co ma być zrobione, trzeba zrobić samodzielnie, bo to ja na końcu będę miała strupa na głowie) i wyszłam na szybki spacer nad morze. Już w drodze zorientowałam się, że powinnam wziąć szalik do ochrony zatok, ale trudno. Doszłam do morza, zrobiłam trzy zdjęcia i zawróciłam. Zimno. Wyżarłam ze słoika resztki sałatki z tuńczykiem. W ogóle, dzisiaj nic, tylko jem. Kochany zadzwonił ze swojej przerwy w pracy, pokazał mi kaffkę, podjęliśmy decyzję co na obiad i takie tam.

Miesiąc była taki dziwny, że nawet nie zrobiłam za wiele zdjęć, to chwilowe, mówię sobie, zaraz będzie klik:


Po powrocie z pracy Kochany wykonał telefony andrzejkowe. Dokończyłam czytanie Chłopek Kuciel-Frydryszak (Marginesy, 2023) i chyba się nawet wzruszyłam. Potem jeszcze trochę słuchania szumu deszczu za oknem (po południu pogoda zmieniła się diametralnie).

…

A teraz padam. Wróciliśmy od Ka; podczas oglądania Być jak John Malkovich (1999) mózg zaczął mi się rozłączać, na chwilę nawet przysnęłam. Spać, wskoczyć do grudnia.

niedziela, 23 listopada 2025

2167. Wracając do soboty ...

... rano szpaki, wróble i pięć sierpówek, takich zastałam sąsiadów za oknem, gdy po ósmej wychynęłam spod kołdry. Towarzystwo nieco napuszone przeczesywało trawę, a karmnik z resztkami kulek tłuszczu bujał się rytmicznie.

Przy zielonej herbacie intensywnie bawiłam się z Manią w kociego chowanego: kocóreczka lubi przebiegać od jednej do drugiej szafy po karniszach, następnie będąc na tej drugiej szafce trąca łapką sznur od rolet. Gdy tylko się odwrócę sprawdzić, co się dzieje, koteczka wskakuje do pudełka, które stoi na szafce i "chowa się" (gdy długo nie zwracam uwagi, widać jak z pudełka ponownie wystają uszy i mała mordka jednym okiem łypie, czy patrzę czy nie patrzę). Druga część zabawy polega na tym, że należy wziąć pudełko i opróżnić je na tapczanie dnem do góry, tak jak wykłada się z miski wyrośnięte ciasto na chleb. Kot wyturliwuje się z pudełka do góry nóżkami, chwilę bryka, po czy wskakuje na szafkę i karnisz, żeby powtórzyć sekwencję.

Bardzo jestem kontenta z sobotniego śniadania: guac, jajka (na twardo dla Freda, sadzone dla mnie), robale smażone w maśle czosnkowym, wołowina z angusa i ogórek dla Kochanego, fasolka w tomacie na ciepło dla mnie. Podczas jedzenia rozwiązywaliśmy problemy pierwszego świata: znajoma z pracy podpowiedziała mi kawiarnię w Skerries, Goat in the Boat. Czy jest sens jechać tam w przedświątecznym czasie? Za dużo zajęcy, może w styczniu. A może na naleśniki do El Paso? Ale kuchnia działa do czwartej, czyli musielibyśmy pojechać w tym samym kierunku dwa razy, bo Ka zapraszał dopiero na wczesny wieczór. I ten problem został rozwiązany z sukcesem, pojedziemy dopiero na wieczór, obędziemy się bez naleśniczków.

Przed obiadem udałam się na dłuższą drzemkę, która okazała się tylko leżakowaniem, m.in. za sprawą dzwoniącej do mnie świekry. Dłuższą chwilę zajęło mi składanie do kupy, jaka była intencja, ponieważ świekrze na chwilę wyłączył się głośnik i przegapiłam moment z życzeniami. Po wygramoleniu się z łóżka, zadzwoniliśmy z kolei do cioci Ce, w tym samym celu: złożenia życzeń. Po obiedzie, zadzwoniłam do rodziców, pokazywaliśmy swoje koty.

Wieczorem wyjazd do Ka&Jot. Droga częściowo we mgle, na szczęście nie było zimno na tyle, żeby pojawiła się gołoledź. Poopowiadaliśmy sobie historie, we trójkę obejrzeliśmy Mistrza (2012) P.T. Andersona i o północy byliśmy w domu. Trochę zeszło zanim łeb mi się wyciszył i zasnęłam, nic dziwnego, że dopiero teraz byłam w stanie coś napisać. Dzień dobry :)