środa, 14 października 2026
2493. Ksiunszki za dwa grosze, zdrowie oraz front.
niedziela, 11 października 2026
2489. W niedzielę o sobocie.
Nie jestem siłą dyscyplinującą w tym małżeństwie, gorzej nawet, pytam się, czy Kochany ma ochotę jechać do El Paso, a on się od razu zgadza ;) w sobotę po śniadaniu jedziemy więc w górę mapy, parkujemy jak zwykle w pętli pod drzewami, Kochany jeszcze płaci za parking, ja już cisnę do 3rd Place, a tu niespodzianka — kawiarnia została rozbudowana, zajęła drugą taką przestrzeń obok, po innym sklepie. Adekwatnie do sytuacji tłum klientów. Jeszcze się zagnieżdżają, ale niedługo będzie więcej stolików. Bardzo to pokrzepiające, znaczy, że biznes się rozwija i trwa; dla nas rewelacja, bo kawę serwują niezmiennie bardzo dobrą.
Zwyczajowo przespacerowaliśmy się do księgarni, dużo nowych tytułów, nie czułam jednak pilnej potrzeby, nic nie wpadło mi w oko.
Następnie przekroczyliśmy granicę z Północną i zrobiliśmy zakupy w TK Maxxie w Newry; znowu z kieszeni wypadło trochę grosza, jestem jednak bardzo kontenta, bo kupiliśmy prezent dla mamy (dwa topy Tahari z merynosów: burgundowy sweter na teraz oraz bezrękawnik w kolorze morskim na porę letnią), poza tym w końcu znalazłam sensowną suszarkę do naczyń na podmiankę starych, rdzewiejących zygli. Nie wiem, co jest grane, ale w sklepie kicham i smarkam, przechodzi mi na świeżym powietrzu (być może świeczki, świeczunie, akcesorium niezbędne dla każdej modnej kobietki, pani domu).
W drodze na chatę podjechaliśmy do portu po fish'n'chips na obiad. Rybkę wzięliśmy na wynos, wiatr był zbyt silny, żeby jeść na zewnątrz; wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (przenikliwy chłód utrzymuje się już cały dzień, zmiana nastąpiła nieodwołalnie). Po obiedzie, około czwartej, zupełnie spadła z nas energia, nie miałam ani siły ani ochoty przestawiać suszarek, Kochany poszedł na godzinną drzemkę, dołączyłam niebawem.
A tu, prosz bardzo:
Anonimowy obgryzek zrobił sobie sławojkę, zagłębienie w trawie niedaleko wejścia do ogródka, które konsekwentnie napełnia nowym nawozem. Ma też wygodne, ocienione trawą schowanko pod jedną z jabłonek. Poza tym Bronia znalazła pod stertą skoszonej trawy resztki panierki z dzisiejszego obiadu (ale to już nie obgryzek; wyrzuciłam resztki dla ptaków, domyślam się, że wrona przygarnęła na później, już raz widziałam ją w takiej akcji).
Byliśmy umówieni z Ka na dokończenie oglądania Lalki Maślony, więc o siódmej znowu to samo, dyrdu dyrdu do miasta. Pogadanka przy herbacie we czworo, głównie o zdrowiu psychicznym, potem seans we troje, dwa odcinki. Co tu można dodać? Prus też oglądałby z zaciekawieniem ;) W domu dopiero trochę po północy ...
czwartek, 8 października 2026
2487. Leń jesienny.
W nocy budziłam się kilkakrotnie, z grubsza miałam sny o pracy, ale zupełnie umknęło mi sedno fabuły. Nie było to bardzo męczące, raczej dziwne. Rano pod wpływem chwili zwinęłam z półki stare wydanie Procesu Kafki, będzie przerywnikiem dla Manna.
Na zewnątrz przenikliwy ziąb. Zamieniam skórę na pilotkę. Po kawie z Kochanym w Pe od razu sprawdzam dostępność biletów kinowych, i tutaj niespodzianka, wszystkie wygodne miejsca na tyłach zarezerwowane; po kontakcie z mężem zmieniliśmy plany piątkowe na niedzielne. Z innych "małe, ale cieszy": Kochany łaził po TK Maxxie, kupił nowy drapak dla kocóreczek (rodzaj drapakobudki, podobny do poprzedniej, zupełnie złachanej i wyrzuconej), oraz perfumy dla taty (teraz trzeba odbyć wędrówkę w poszukiwaniu prezentu dla mamy). W południe obejrzałam live Nobla z literatury (Anne Carson).
W porze lunchu chciałam zjeść coś w Moorlandzie, ale przestrzeliłam, nie ten dzień, nie te smaki, przeszłam do Czarnej po rogalik francuski na ciepło i niechcący utknęłam — miałam zamiar wziąć go na wynos, ale na chwilę przystanęłam rozmawiając ze znajomym od sztuki (nazwijmy go Garrym), w tym czasie puszysta baristka, pani Stempelek któryś-tam-numerek, już zrobiła mi kawę. Garry jest najprawdziwszym artystą, choć w stroju bezdomnego kręci się po West St w towarzystwie równie przefasonowanych stałych bywalców.
Wieczorem obejrzeliśmy z Kochanym bardzo krindżową kobrę Strzał o świcie (1976), dla Gajosa warto. Poza tym nic się nie wydarza, nie wychodzimy, pada deszcz listopadowy. W drodze z pracy zastanawiało mnie kilka samochodów gardai przed domem na skraju sąsiedniej wsi, ale jeśli to coś nadającego się do gazet, dowiemy się jutro. W tym tygodniu uaktywniam jesiennego lenia, który po godzinie ósmej z obowiązków wybiera tylko mycie zębów.
niedziela, 4 października 2026
2483. Zbyt leniwa na cokolwiek.
Na śniadanie zjadłam urodzinową pizzę z Tesco, całą :D, bo byłam sama. Nie poszłam na spacer, chociaż mogłam (usprawiedliwienie sobie wypisuję, że wiało). Uciekłam kotom na godzinę do sypialni, rozmawiałam przez chwilę z tatkiem (mama akurat drzemała po podróży grobbingowej). Kiedy wczesnym popołudniem z mokrymi włosami wyszłam spod prysznica, Anne zaczepiła mnie messengerowo. Jesteś? Jestem. Dostałam od sąsiadki słodkie bułeczki z Tesco i kartkę okolicznościową:
(tak podejrzewałam ;)) Zajadając erzatz obiadu (kawałek pieczonego łososia + pajdka chleba) dokończyłam słuchać Uwikłanych Miłoszewskiego (przy słuchowisku było urodzinowe mycie podłogi).
Wieczorem pojechaliśmy z Kochanym do Ka, na czwarty odcinek Lalki. Dostałam prezent, od Ka (jestem pewna, że to była jego własna inicjatywa), bo Jot już wcześniej umówiła się z przyjaciółmi ...
Jot lubi być akuratna, więc dobrze, że się zasiedzieliśmy; myślę, że robiłaby Ka wyrzuty, że nie obchodziliśmy jak należy. A tak, po jej późnym powrocie, mogłam ją zgodnie z prawdą kilkakrotnie zapewnić, że mi to loto. Konwencje mnie męczą.
sobota, 3 października 2026
2482. Sobota w odcinkach.
Gosia umarła w nocy.
Obudziłam się razem z Kochanym i już nie mogłam zasnąć, leżąc w łóżku zaczęłam przeglądać fotki na blogu z początku października zeszłego roku, gdy przewidywałam rychłe odejścia. Maksiu, Maciejek, zaginiony Filemon ... wszyscy pomarli w przeciągu kilku miesięcy, do tego dwa młodziutkie dyjabły, Bronek i Frania, zupełnie bez sensu (ofiary wiejskich filozofii weterynarza, wg których jak koty są niewychodzące, nie trzeba się spieszyć ze szczepieniem na białaczkę). Potem zerknęłam na facebooka i od razu zadzwoniłam do mamy. Gosia wczoraj odmawiała picia, więc tatko już wiedział, z babcią Manią było tak samo, stwierdził (mówił to poza kadrem, ale czułam, że kiwa przy tym głową; tak, etapy umierania ze starości, kiwałam ja). Psina umarła spokojnie, bez hałasu, więc najpewniej we śnie. Zakończyła się epoka Dziewczynek, tak jak wcześniej ze śmiercią Bobisi skończyła się epoka Koszykarek.
[Dziewczynek było pięć. Tatko sprowadził je z lasu pewnego sierpniowego dnia szesnaście lat temu: sześć kulek (pięć dziewczyn, jeden chłopak) turlało się za dużą matką, którą tatko wiódł na sznurku na którym jakaś kurwa przywiązała ją do drzewa. Lala — najbardziej miękka w dotyku, najbardziej strachliwa, Wala —największa indywidualistka, wolałaby być jedynaczką, wesoła i zgodna Zosia, która po kilku latach stała się nieodłączną towarzyszką gapy Mal(w)inki — dziewczyny o krokodylim pysku, koźle ofiarnym, i Gosia — najszybsza, najwytrwalsza, najdzielniejsza z dzielnych, urodzona przewodniczka stada. Tak było]
Śniadanie i herbata raz dwa (małżonek w tym czasie wybył do pracy), chciałam wyjść nad morze możliwie najwcześniej; spacer energiczny. W osiedlu natknęłam się na zgęzionego Gerarda, który cierpliwie czekał, aż Molly załatwi swoje sprawy. Bo zimno. Pierwszy raz tej jesieni założyłam uszatą czapkę.
___
edit 11:00 dwóch panów przyszło obejrzeć zakończenie prac remontowych. Wyszłam zapytać, czy w czymś pomóc, oczywiście nie chcieli kontaktu, tylko się szwendali po ogródku. Zaniepokoili tym Manię. Mania to jest naprawdę egzemplarz, kot specjalnej troski, ze spowolnionym rozwojem i lękiem separacyjnym (ostatnio zaczęła się bawić w wyciąganie długopisów z przegródki na biurku ... Bronia robiła to jak miała kilka miesięcy). Wrzuciłam do pralki zasikany przez nią koc i osłonę na szafkę, lary z penatami już się wyprały, koc zaraz rozwieszę w ogródku.
___
edit 19:30
Piękny dzień; niefortunnie się zdarzyło, że właśnie wypadł weekend w którym Kochany pracuje. Przeszłam się po wsi jeszcze raz, tym razem do rzeźnika rodzinnego, bo już dawno nie jedliśmy dobrego steka. Miałam kaprys posiedzieć w ogrodzie, ale tylko na moment wyciągnęłam matę; gdy ją zwijałam w osiedle powoli wsączał się zapach obornika, który rozkwitł na dobre późniejszym popołudniem. Dosłuchałam trzecią część Uwikłanych. W czasie kociego spaceru po obiedzie dowiedzieliśmy się od Ivy, że Gerwazy zrezygnował z przeprowadzki do pustego domu po Annie (czyli jednak miał pod kopułą nie halo bardziej niż to wyglądało na jeden rzut oka). Zapukałam na chwilę do Anne, obie widziałyśmy tego biednego kota przejechanego wczoraj rano w niebezpiecznym punkcie, gdzie zginęli Rysio i Ukrainiec. Zauważyłam, że Lalka z Dorocińskim będzie w następny weekend blisko nas.
___
edit 20:50 Prezent w wigilię urodzin: piękne wydanie Alicji w Krainie Czarów.
czwartek, 10 września 2026
2459. Lusterko, wdzianka, ślady po zębach.
Ach, z rana nieprzyjemna sytuacja — gdy jechaliśmy w kierunku miasta, drugi samochód zahaczył nas lusterkiem. Nic grubszego się nie stało, ale od naszego lusterka odpadła obudowa, która potem okazała się popękana i świecąca dziurą. Babcia jest z deczka oszpecona :I W związku na okoliczność, zaprosiłam Kochanego do Czarnej na poranną poprawę nastroju kawą. I fajnie, opowiadaliśmy sobie o tym, jak powinna być grana Łęcka :)
W pracy nie zjadłam porządnego lunchu, zdarzają się bowiem takie osoby, które nie mając pojęcia o własnej niewiedzy pracowicie wypełniają druki odpowiedziami bez sensu; zeszły trzy godziny, po następnych dziesięciu minutach już wiedziałam, że moja odpowiedź brzmi: nie.
Kochany wyruszył na łowy do Północnej, przywiózł z Newry nie tylko zapasy kocie oraz metalowe poidełko dla ptaków, ale jeszcze prezenta żonine, dwie koszule i spodnie. Pierwsza koszula (Farhi) wiskozowo-lyocelowa na lato, bo choć z długimi rękawami, na plecach ma rozcięcie z kukardkom, druga (Thomas Pink) bawełniana, w kolorze dunkelgelb :E. No i spodnie (POLO RL), zajebiaszcze, ciemnopiaskowe dzwony z grubej, dżinsowej bawełny, za długie, trzeba będzie je podwinąć.
W ogródku nie tylko rozłożyliśmy metalowy stojak-poidełko, ale też zauważyliśmy, że tajemniczy kupkacz-obgryzek kontynuuje nocne pałaszowanie jabłek.
Skończyłam Huellego Talitę (Znak, 2020).
Hebius poleca — L'Arpeggiata: The Three Countertenors na NPO Klassiek.
środa, 15 lipca 2026
2402. Dzień szósty.
O czwartej nad ranem obudził mnie silny deszcz, burza z piorunami, musiałam wstać, żeby zamknąć okno; okazało się później, że nikt oprócz mnie tego zjawiska przyrodniczego nie zarejestrował. Może więc jestem zającem pod miedzą z okiem zawsze gotowym do otwarcia.
Środa była znacznie wolniejsza w porównaniu z ostatnimi dwoma dniami. Mieliśmy z Agniechą pogadankę poranną, poczem, wyturlawszy się i wydrapawszy się po leniwych brzuszkach, o jedenastej wyjechaliśmy we troje do Jeleniej na brunch w to samo miejsce Januszowe, co w poniedziałek (wcześniej zajrzeliśmy do pałacu w Miasteczku, żeby odebrać klucz od pokoju i mieć z głowy martwienie się, czy zdążymy na czas; Janusza brak, za to pierogi z jagodami tak samo dobre). Po udanym posiłku podjechaliśmy do pałacu w Pakoszowie na kawę (statysta postanowił kosić trawnik centralnie przed nami, poor devil). Był jeszcze przystanek w Kopańcu, oraz widok spod dawnego Förstelbaude w Gierczynie (ośrodek odrestaurowany dość festyniarsko, w stylu hotelu dla nowej-klasy-średniej).
Po tych podróżach lokalnych, o piątej byliśmy ponownie w zakątku Agniechowym tchnącym zenkiem. Obejrzeliśmy umocnienia przeciwpowodziowe, napiliśmy się zielonej herbaty, pogadaliśmy, zapuściłam ciekawskiego żurawia do prywatnego siedliska i dostałam w prezencie książkę oraz poradę w jakiej kolejności czytać historię wiedźmińską.
W Miasteczku pojawiliśmy się o ósmej; pałac wydawał się zupełnie opuszczony, ale mieliśmy kod do budynku i klucze do pokoju (znowu, tak jak w 2021, gdy byliśmy tutaj z tatką, urzędujemy pod jedynką), więc brak ludzi i duchów w niczym nam nie przeszkadzał. Rozpakowaliśmy lary i penaty, odbyłam krótką rozmowę z mamą (oberwanie chmury i lokalne podtopienia w Tcy), i wyjechaliśmy za rzekę. Ciocia eR była zaskoczona, przyjęła nas jednak miło, mogliśmy w jej lodówce zdeponować zapasy kiełby, strzeliliśmy po herbatce, zerknęliśmy na mecz Anglia-Argentyna, i wyszliśmy w ciemniejące miasto.
piątek, 10 lipca 2026
2397. Dzień pierwszy.
Zasnęłam po trzeciej (dobrze było zobaczyć drzewa te same, gwiazdy nad drzewami, mrok za płotem), obudziłam się około siódmej i już nie mogłam spać, natłok myśli. Zaraz wypróbowałam, czy na emailu pracowniczym działa mi automatyczna odpowiedź (cholera, nie działa). Musiałam wstać i się zmęczyć jeszcze bardziej, nie było innej rady, więc wyciągnęłam mężowskiego laptopa (zostawiłam mój w domu), zaczęłam uzupełniać wpisy blogowe, porządkować myśli.
Prezencik mężowski odpakowany z rana:
Bo rodzicom Fred wręczył prezenta już o trzeciej rano.
Ruchy jak zwykle wolne, domowe. Poczekałam, aż Kochany obudzi się, zje śniadanie, o pierwszej wyruszyliśmy do Tcy. Kot, Rossman, krótki wypad do fryzjera, żeby się umówić na później (jakoś nie wiem sama ... przestaję lubić to miejsce, coś jest z paniami, jakieś coś off). Siedliśmy pod bazyliką, akurat odbywał się ślub, więc nie weszliśmy do środka. Powrót na wieś po telefonie od mamy, że już jadą w tamtym kierunku. Obiad, fragmenty Midsomer Murders z sezonu 22, spacer z mamą na cmentarz, chill, robienie kanapek, kolacja i dyskusje o historii.
Wieści z domu: stabilnie, choć Hana wpuściła gościa od kuchenki, co jest irytujące, bo prosiliśmy ją o coś przeciwnego. Well. Padam. Na jutro są plany.
czwartek, 2 lipca 2026
2389. Układa się.
Rano kontynuacja zachwytu nad drzwiami. Przed moim wyjazdem do pracy pojawili się panowie, nie wiem czy obrażeni, ale zapewne już wiedzą, że wschodnie babiszcze długie listy pisze. Uczciwie trzeba przyznać, że ta ekipa, znowu inna od wczorajszej, oraz od poprzednich partaczy, wykonała kawał dobrej roboty.
Zamiast zabrać się od razu za pracę, doczytałam Rudzkiej Tylko durnie żyją do końca (W.A.B., 2025). Super literatura; na tę okoliczność poszłam do Pe, zjawiłam się akurat w momencie, gdy Broda wywieszał nad wejściem chorągiewki na cześć drużyny GAA (w mieście coraz więcej biało-czerwonych flag, na prowincji toż samo). W pracy zaczęłam też słuchać reportażu Potaczały o Bieszczadach, a wieczorem zabrałam się za Szatańskie tango Krasznahorkaia w papierze (miejmy nadzieję, że coś z tego skończę przed wylotem).
Kochany rozpoczął wakacje. Z powodu wczorajszego stresu przed południem mąż czmychnął do Swords i przywiózł mi stamtąd cieniusi top z długimi rękamia, Majestic Filatures w kolorze, jak mówi etykieta, elephant grey.
O jakem się zirytowała, że strona Herbimanii zniknęła, a wraz z nią przepis na prosty sweter! Na szczęście wynalazłam tę stronę w przepastnych i często zawodnych archiwach Internetu i przeniosłam opis do worda. Uff. Będziem dziergać, tylko potem potem, some other time.
Dostaliśmy od Lisy lilie w doniczce (tzn. mąż dostał i gdzieś postawił, nawet ich nie widziałam), do wysadzenia, gdy Wandale już pójdą na zawsze. Miły gest.
Wieczorem pochłaniamy ciastka z Termon; zanoszę Anne nowy klucz do naszego domu, zapraszam ją na chwilę, rozmawiamy i śmiejemy się z niemieckich odmian zapytania pojebało cię?; Hana potwierdziła, że jednak przylatuje sama (kamień z serca, bo jakoś nie widziałam tu pobytu zupełnie nieznanej nam osoby o której nawet nie wiadomo do końca, czy lubi koty).
środa, 27 maja 2026
2353. Rada: nie machać łapulkami.
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
2302. Mruczymy ...
... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.
Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):
Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.
Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).
piątek, 3 kwietnia 2026
2298-2299. Czasem słońce, czasem deszcz?
Na to wychodzi. Czwartkowy poranek chłodny i jasny, wieczór deszczowy, więc gdy zajechaliśmy do Pieseła, obyło się bez spaceru. Śpisz? zatekstowałam do mamy o naszej dziewiątej wieczorem, gdy akurat chodziłam po Tesco w El Paso. Nie śpię. I tak to z mamą sobie porozmawiałyśmy, a to o tym, że w pewnej publikacji tytuł naukowy się pojawił przed moim nazwiskiem, i że w takim razie nobles oblige, że afera jest w powiecie, gdyż po Ojca Narodu przyjechali o szóstej rano, oraz że, imaginuj sobie, jesteśmy z nim prawie jak rodzina, przez ciocię Stachę, która była przecie kuzynką babki szwagra od starszej siostry. Niby wiedziałam, ale proszę mamę o rozpisanie tego ostatniego na diagramie. Pokazałam też mamie dom, i Pieseła, który postanowił nam towarzyszyć w salonie razem ze swoją gumową żabą.
Sen aż za dobry, przez dłuższy czas o piątkowym poranku nie rozpoznawałam dźwięku budzika w moim własnym telefonie. W końcu nie dało się tego wypierać, mąż jeszcze wciągnął kawę, ja majtki na tyłek (już w majtkach, a nawet chyba czapce na głowie, zdołałam zrobić kilka lekcji Duolingo i zapaść w mikrosen czekając na Kochanego) i wracamy (deszcz). Na chwilę skoczyliśmy do Tesco, tuż po jego otwarciu, a potem już do domu, gdyż myszy nas wypatrywały, mocno zaniepokojone i głodne.
W domu, zachęcona wczorajszą rozmową zajęłam się genealogią, aktywnością bardzo satysfakcjonującą, bo w końcu znalazłam w aktach tę ciociną kuzynkę, która w innych czasach mieszkała w odległości 150 m, więc może nawet ją znałam, choć kontury wydarzeń bardzo zatarły się w mojej pamięci. Kochany wrócił od GP, zjedliśmy późne śniadanie (m.in. guacamole) i wyjechaliśmy do Drołdy. Polski sklep, Czarna, spacer do Szkota. W tym ostatnim odkryłam, że najnowsze tłumaczenie na angielski Hjorth jest już w księgarniach (kochany kupił dwie płyty Queen). Deszcz, słońce, deszcz. W drodze do samochodu kupiłam mężowi skarpetki Barbour, w bażanty :)
Ach, to obrazek z życia rodzinnego, gdy nurkuję w genealogii okolic Dębicza (jedne zagadki są bliskie rozwiązania, więc oczywiście pojawiły się inne), na gazie pyrka rosół, w głośnikach płyta Innuendo Królowej, a Mańka Sikawka relaksuje się przy włochatej nodze Kochanego:
Rosół w końcu dopyrkał, zjedliśmy i Kochany musiał jechać z powrotem do Pieseła, po drodze robiąc "niewielkie" zakupy dla przyjaciół, którzy niedługo wracają z zagranicznych wojaży. Zostałyśmy z dziewczynami same, cisza zaległa, zrobił się nastrój na książkę (wprawdzie słonecznie, ale mam niechcieja związanego z samotnymi spacerami, wolę towarzystwo męża).
Doczytałam przed chwilą autobiografię Keaton, wcześniej, przy myciu garów zaczęłam słuchać Panią Dalloway. Ciężkie lektury sobie ostatnio wybieram, nie wiem czy to potrzeba, czy zbieg okoliczności.
Rosół przeniesiony tuż pod drzwi, niech przeciąg do czegoś się przyda ...
środa, 18 marca 2026
2283. Przedłużone wakacje.
Od rana walczyłam z małą akuratnisią siedzącą w środku Świechny. Wzięłam dzisiaj wolne, żeby towarzyszyć Kochanemu u lekarza, ale tydzień temu coś tam bąknęłam pod nosem, że jeśli rano wszystko pójdzie sprawnie, pojawię się w Jamie po południu. Oczywiście łeb sobie zapamiętał i zamartwiał się bzdurami. Gdy się okazało, że wizyta odbyła się o czasie, wbrew akuratnisi wysłałam wiadomość, żeby na mnie nie czekali. Przywitaliśmy się z Justiną, która dla nas przerwała swoje bardzo ważne rzeczy, po czem zamiast wracać do pracy, chodu na miasto stołeczne.
Zaparkowaliśmy pod Merrion Square i zaczęliśmy zmierzać w kierunku Dawson Street. Po drodze kupiłam mężowi kaszkiet Mucros Weavers, w miejsce gołębiego Wigensa zgubionego kiedyś tam hen na lotnisku. Skoro Dawson st, to Hodges Figgis, Tower Records i Caffè Nero.
W pierwszym miejscu są oczywiście wszystkie książki, w drugim wszystkie płyty, minęliśmy też wielkanocnego zajączko-króliczka ;)
Na pierwszym zdjęciu notatniki holenderskiej firmy Blanks. Najpierw myślałam, że to używane książki i rzeczywiście, okładki są stare, za to w środku czyściutkie kartki wszyte w te stare okładki. Pomysł ciekawy, ale mam ambiwalentne odczucia — szkoda mi tego, co było.
Wracając do porannej wizyty: profesor B przywitał nas, pokazał skany i powiedział, że nic to. Wyniki są dobre, następna wizyta na jesieni.
Gdy przed drugą w końcu zajechaliśmy do Drołdy (kiwałam się na boki i zapadałam w zadowolone mikrosny), wszyscy już dawno opuścili Jamę. I bardzo dobrze, o to się rozchodziło. Przygotowałam kosze na jutro, wykasowałam głupie emilki, przeczytałam ważne emilki, wydrukowałam parę papierów, zadzwoniłam do Szefowej, w końcu z nudów wybrałam się z biura do Biura, po jeden świstek papieru, który był tylko pretekstem do spaceru przez stare, brudne miasto, które lubię. Dzięki spacerowi odkryłam, że niedługo na miejscu znikniętej burgerowni (żalu brak) otworzy się duża suszarnia. Szefowa zdybała mnie na ulicy, zaprosiła do siebie, rozmawiałyśmy o potencjalnym transferze mojej osoby do innych usług. Po drodze jest mnóstwo niewiadomych, więc to tylko niezobowiązujący zapis wymiany myśli, oddechu nie wstrzymuję.
W domu obiad, telefony, telefony (rozmawiałam z mamą, Kochany zadzwonił do świekry z dobrą nowiną zdrowotną oraz do kuzyna, żeby go w końcu poinformować, że jesteśmy zbyt omotani rzeczywistością i na ślub nie przylecimy) oraz oglądanie filmu na dvd: Chłopi (2023).
czwartek, 12 marca 2026
2277. Baba ze wsi.
Około północy czasu lokalnego na MOPie Wiśniowa Góra zajadamy hot dogi, a wpół do trzeciej stoję w lesie przed zamkniętą bramą i się chichram, bo mama się chichra. Rzeczone parówki:
W drodze, już w lasach przed wsią, trzy razy Kochany zwalniał dla bezpieczeństwa spacerujących saren. Piękna jest noc. Po trzeciej układamy się do snu, niezbyt długiego (za kilka godzin mama wyrusza do pracy, Maksiu plącze się pod łóżkiem, koty wymieniają myśli). Dopiero w świetle poranka, przy pierwszej herbacie otwieram paczki skitrane za łóżkiem. A w nich ładne rzeczy, Empikowe prezenty od Kochanego (Rudzka jeszcze bożonarodzeniowa, paczka gdzieś się wówczas zawieruszyła):
Cuda z Tezeusza (jestem pod wielkim wrażeniem, wszystko było opisane na stronie antykwariatu bardzo adekwatnie):
Oraz inne dobra kultury:
La la la, Vaim zaczęłam czytać. Oraz dużo spałam w południe (Kochany wyjechał do Tcy sam, zamówił mi na jutro fryzjerkę i kupił w Kocie herbatę jaśminową). W outficie baby ze wsi spędziłam cały dzień w domu rodzinnym. Zajadając bułeczki obejrzeliśmy MM (początek czwartego sezonu). Teraz zerkam na Zemstę z Gajosem.
Anne przesłała dwa zdjęcia myszowe, dziewczyny ujęte w pozach klasycznych, oraz kupiła mi kartę SD (w przyszłości będę mogła zdarzenia domowe nagrywać).
Czytam, oglądam, koty głaskam, piję dużo wody, epatuję.
niedziela, 8 marca 2026
2273. Ósmy.
Ależ długa i pokrzepiająca była ta noc. W planach miałam czytać, w praniu wyszło, że położyłam się pod kołderkę wczoraj po dziewiątej i nie chcąc przeszkadzać Kochanemu zgasiłam światło. W ciemności jeszcze chwilę rozmawialiśmy o filmach Smarzola, po czym spanko. Bez męczących pobudek, bez ciężkich snów. Obudziłam się o szóstej, fresh as a daisy.
Aaaaa, kiedy przypomniałam Kochanemu, że dzisiaj ósmy, mąż zdradził mi, że do Polski już jedzie paczka, w paczce najnowsi Fosse i Krasznahorkai, ale też Wharton, którego czytałam ponad 30 lat temu, poza tym płyty dvd i cd. Ale super. Przypomniało mi to, że w antykwariacie chciałam kupić brakujące tłumaczenia Vigdis Hjorth. I tak, klik klik, zamówiłam w Tezeuszu kilka innych książek (w tym Woolf i Czechowa); zobaczy się kiedy dojdą, mgliście pamiętam negatywną opinię mojej promotorki o Tezeuszu. Skoro Woolf ... wróciłam do słuchanki, wciągnęło mnie, choć dołujące, dokończyłam książkę tuż przed dziewiątą wieczorem (myślę, że podświadomie nie chciałam się dołować przez jeszcze jeden dzień ;)). Rozglądałam się też za wełną na prosty sweter, który mam na myśli, bezowocnie, bo upatrzona alpaka jest chwilowo niedostępna. Cierpliwości. Szacuję pojemność walizki, zerkam w prognozy.
czwartek, 26 lutego 2026
2263. Okropną ...
... miałam noc, nie mogłam się zrelaksować, odpocząć. Ale nie ja jedna, nawet myszy wstały zaspane. W ciągu dnia ciało jako tako przystosowało się do wyzwania. Jeszcze tylko mój krótki wypad po pracy do Pań Wytrzeszczających (rozmawiałam z Carol) i możemy wracać do domu (gdy wyszłam z Gmachu, Kochany właśnie parkował naprzeciwko).
Z rzeczy miłych niezwykle: mamy bilety na marcową premierę Rusalki Dvořáka. Ach! Tymczasem, przez nocne niewyspanie wieczorem jestem szybko znużona. Znajduję czas na miecia gotującego za 29,99 oraz na Gosię farbującą sobie brwi, wszystko inne przepływa w oddali (słucham kawalątka Żon nazistów, zaglądam na chwilę do Tokarczuk, ale priorytetem jest sen).
sobota, 14 lutego 2026
2251. Walenty.
Sobota była długa i satysfakcjonująca, choć zaczęła się nijako — przed czwartą nad ranem postanowiłam w końcu wstać i trochę się zmęczyć, inaczej z dalszego snu nici (po nocnym przebudzeniu długo nie mogłam zasnąć). Gdy tak się gramoliłam, Kochany również się obudził i zaanonsował, żebym sprawdziła, co jest pod łóżkiem. Pod łóżkiem był zestaw dwudziestu dwóch dramatów Szekspira wydany przez firmę z Mumbaju, moje ulubione perfumy Millera Harrisa (setka L’Eau Magnétique i trzy inne próbki) oraz kraciaste skarpetki Perry’ego. Czyli zaczęłam dzień od prezentów, powtórki z Ilii Malinina Upadłego oraz drzemki.
Następna pobudka w okolicach dziewiątej. Audiobook, śniadanie, telefon do Freda od Ka, z zaproszeniem i pogadanką o łyżwiarstwie oraz sporcie zawodowym ogólnie, zwykły domowy rozruch, pogoda nawet ok.
Chciałam zaprosić Kochanego na naleśniki, więc krótko po południu wyjechaliśmy do El Paso. Droga do miasta wiodła przez niedawno podtopione drogi prowincjonalne okraszone widokiem ośnieżonych gór.
Oczywiście, po kawie w ulubionym miejscu był zwyczajowy spacer do księgarni, gdzie znowu coś kupiłam, tym razem Parade Rachel Cusk (ostatnio zadałam SI pytanie, czy są jakieś pisarki a la w podobie Hjorth, w odpowiedzi pojawiła się m.in. Cusk, zobaczymy, ile warte są rozmowy z modelem szurającym bez filtra po każdej dziurze). W Guineysie po drugiej stronie ulicy kupiłam z kolei zestaw igieł dziewiarskich. Obydwa nabytki wprawiły mnie w nastrój osobliwie kontenty; do książki nie chciałam papierowej torby, wolałam trzymać ją w ręce, żeby podczas spaceru móc dotykać chropowatej grafiki na okładce, a igły co trochę wyciągałam z prawej kieszeni i podziwiałam ich piękną prostotę.
Kochany miał plan dodatkowy, obkupić żarciem nasze zdrowo jedzące myszy, po El Paso kontynuowaliśmy więc podróż bardziej na północ, do Newry. Widok gór przyprószonych śniegiem wyskakujący za nieośnieżonym, burym miastem wydał się mi jeszcze bardziej oniryczny.
Mieliśmy trochę czasu do spotkania z przyjaciółmi; po powrocie do Republiki pierwszy przystanek był pod Tesco, drugi pod Costą, gdzie zamówiliśmy kawę do papierowych kubków i ... kilkadziesiąt minut spędziliśmy w samochodzie, popijając kofeiną fabułę Sobowtóra (Kochany również wciągnął się w słuchanie, które zapewne skończyłabym w sobotę, gdyby nie ta wieczorna wizyta). W międzyczasie pogoda zmieniła się ze spacerowej w deszczową, trzymałam obute kopyta na desce rozdzielczej i bardzo się czegoś cieszyłam.
U przyjaciół godka o pogrzebach (nie wiem jak to się zaczęło) oraz ostatni odcinek drugiego sezonu 1670 (Fred przewidział zmartwychwstanie Bogdana). Dobry dzień, bardzo gruntujący w rzeczywistości, mojej, nie cudzej.
środa, 14 stycznia 2026
2220. Ci migranci ...
... to są doprawdy wszędzie. Spodziewałam się z rana jakiegoś irlandzkiego chłopa, żeby mi alarm naprawił jak się należy, a tu proszę, przychodzi Fabio Portugalczyk :D No i dobrze. To ja też mu się oryginalnie przedstawiłam i było bardzo miło. Alarm nadal nie jest naprawiony, czyli cdn.
Po pracy wybyłam za winkiel, zostałam porwana przez własnego męża, chwilowo znaleźliśmy się w Lidlu, po czym dojechaliśmy do Borzalino na obiad. W restauracji pustki, ale to i lepiej, spokój, cisza. Niestety, tym razem mój ulubiony ryż był mocno przesolony (albo robię się coraz wrażliwsza na sól).
Broniś na razie się trzyma, ma specjalną karmę i jakieś tabsy na lepsze życie — tyle wynikało z krótkiej rozmowy z rodzicami, krótkiej, bo dopiero co weszliśmy do domu, a u nich był akurat czas podawania lekarstwa, w który mama zaangażowała się jak nigdy. Na razie dobrze, a może nie być, więc przez chwilę trzymajmy się kurczowo dobra, które jest.
Z innych rzeczy, które są: Anne sprezentowała nam bilety na operę Janáčka w lutym (w miejscu, którego wcześniej nie odwiedzaliśmy, więc ciekawie). Kochany zaś kupił nam obojgu szal (Joshua Ellis), piękny kaszmir w brązowo-burgundowym kolorze. Dobro. Oczywiście, Fred czyta w tle, że Pomarańczowy może zaraz zaatakować Iran, więc biorę głęboki oddech i popijam zieloną herbatę.
___
21:45 czytam półleżąc. Dobre to. Już przedłużyłam wypożyczenie, choć mogłabym na szybkiego dokończyć bez problemu. Kochany właśnie sobie przypomniał, że rano napotkał komitet remontowy. Czyli jednak będzie remont, choć jak widać, nie w styczniu.
środa, 24 grudnia 2025
2199. Wilija’25.
O 3:27 padał śnieg. Prawdziwy, najprawdziwszy, mokre kłapcie. Gdy wstałam rano, nie było po nim śladu, ech. Śniadanie, krokiety, wyjazd na cmentarz (ziąb dotkliwy), dokańczam robić sałatkę, woda ze śledzia na obiad, i tak dalej.
Tymczasem Jagiełło wygrywa pod Grunwaldem, a Baśka zaprawia Azję w łeb, jak co roku. Za ozdoby służą tylko światełka, nie mamy żadnych stroików, totalny minimalizm ozdobowy.
I jeszcze Wojtuś wylegujący się na rozłożonym łóżku, Rozalka, z której zrobiła się duża, okrąglutka dziewczyna, oraz Zosia Kot, która właśnie dzisiaj dała się namówić tacie na przebywanie w domu (najpierw owrzeszczała dyjabły i długo żądała otworzenia drzwi na dwór, ale w końcu są święta).
Po piątej zasiedliśmy do kolacji. Kochany też akurat jadł uszka. Ponownie połączyliśmy się z mężem mym przez messengera, gdy z rodzicami zaczęliśmy wyjmować prezenty. Gdyż, poza dużą ilością łakoci:
oraz bransoletka "codzienna" z turmalinem i hematytem. Książki czekały na mnie od wielu dni, nie zerkałam na nie, choć mogłam, chciałam mieć miłą niespodziankę właśnie dzisiaj. Wszystkie prezenty bardzo mnie cieszą i cieszy mnie to, co daliśmy rodzicom.
Po kolacji mama długo rozmawiała z kuzynką Es, Kochany zaś w domu połączył się z innymi ludźmi, w tym z ciocią Ce, która, proszę bardzo, ma koty terapeutyczne.
Wczoraj późnym wieczorem, gdy lekka bezsenność szczypała mnie w nos, zaczęłam nawet czytać Ucztę Trymalchiona Petroniusza, ale cóż :D trzeba to odłożyć, bo dzisiaj wywiad z Fossem, przy jednoczesnym zerkaniu na Śledztwo siostry Bonifacji. Jest mi dobrze :)
piątek, 19 grudnia 2025
2193-2194. Napełnianie pustego słoika.
Jem ostatnio regularne, dziwne śniadania, prawie jak Grandad Joe: fasolka w tomacie i dwa jajka sadzone (tylko z lepszym chlebem, bo nie znoszę tego ichniego, białego i miękkiego jak nie powiem co, ale coś niedobrego). Bawi mnie myśl, że za kilka dni radykalna zmiana: będą świeże bułeczki kupowane rano przez tatkę. Byle dowiosłować.
W czwartek rano dopadła mnie zmęczenio-nerwowość (czekam na spotkanie online), po południu zniechęcenie orką na ugorze. Energia ze mnie wyciekła; nie stało się nic dodatkowego, po prostu chyba deadline piątkowy, poczucie, że większość podopiecznych stosuje obstrukcje typowe dla niedojd pierwszego świata, oraz nadodpowiedzialność za cudze sprawy wytrąciły mnie z zen ku odrętwieniu. W takiej sytuacji nawet czytanie Pałacu to jak nóż w serce, nie mogę. Ale w domu, na łóżku, znajduję skarpetki w muchomory tygrysa, prezent od męża (muchomory były od Katlin), i gapię się na autopilocie w przedostatni odcinek Dalgliesha. Słoiczek z energią powoli się napełnia.
W piątkowe przedpołudnie użyłam swojej władzy: po dwóch godzinach rozpuściłam wszystkich do domu, bo już nie chciało mi się na nich patrzeć; uporządkowałam papiery, wysłałam parę emilków z życzeniami, dokonałam kolejnej próby napełniania słoika, działało, bo mogłam już przeczytać kilka stron Pałacu. O trzeciej Kochany się zjawił w swoim różowym płaszczu i wyjechaliśmy w kierunku północnym (miałam ochotę na obiad w mieście, ale zaczęły się właśnie świąteczne imprezy pracownicze i Simona była zarezerwowana na cały piątek), do stolika dla dwojga w The Valley Inn, przydrożnej knajpy dla klasy robotniczej, gdzie obiady są robione tak, jakby podawała irlandzka babcia: mash, gotowana kapusta, marchew i pasternak okalające kurzynę w białym sosie z leśnych grzybów, rozkosz! Przeżuwam, mniam, mniam, mniam, i czuję, że żyję, że oboje żyjemy:
Ze ścian patrzyły na nas lisy z limitowanych grafik Jonathana Walkera albo nieżyjącego Micka Cawstona, w tym z jednej podpisanej adekwatnym tytułem Friday Afternoon (po prawdzie lis nie patrzył, bo czytał gazetę):
Po obiedzie ruszyliśmy do El Paso, oficjalnie, żeby umyć Babcię w myjni (co w końcu się nie wydarzyło, jakiś kiks systemu), ale skoro jesteśmy w mieście to wiadomo, kawa:
W następstwie kawy spacer miejski, światełka i mała księgarnia Riverside czynna do szóstej, w niej dwie starsze panie Irlandki God bless you, thanks God, oraz jedna imigrantka (Irlandia powoduje, że God mnie nie drażni, nie jest to God różnych odwróconych baś, tylko zupełnie inny gościu). Więc musi być książka, wącham to i tamto, Kochany znalazł dla siebie taki prezent, który oczywiście zaraz mu wyczytam:
Wracamy do domu niby wieczorem, ale nocą. Ciemno. Zaniepokojona Mańka siedzi w oknie i zerka. Mąż kupił tacie dwa dodatkowe prezenty perfumowane, czyli na lotnisku dokupię coś tylko dla mamy. Zaraz robię nam herbaty, trochę piszę, potem wybieram się do sypialni na samotnicze dooglądanie A Taste for Death (1988; już wiedziałam, kto zabił), na koniec online kupuję włóczki i druty.
Oczywiście, gdy tylko otrząsnęłam się ze słoikowej zadumy, przeczytałam ilustrowaną książkę Gavina Fridaya o Piterze i wilku.
Bronisława kilka dni temu nauczyła się zdobywać szafę, na którą Maryja wchodziła spacerując po karniszu. Kochany kupił im dzisiaj drapak-siedzisko, teraz obie kocóreczki leżakują w nim pod sufitem przytulone do siebie. Z fotela widzę tylko jedno różowe uszko Manii, wystawione za nowe posłanko. Nie do wiary, mam wolne.









































