Strony

czwartek, 15 października 2026

2494. Zaangażowanie ...

... w tsundoku przyczyniło się do rosnącej potrzeby skończenia Czarodziejskiej góry. Może jutro? Zostało mi stron ponad siedemdziesiąt. Poza tym pod koniec pracy wyciągam karty (dwa razy nie udaje mi się rozłożyć pasjansa) oraz chichram się oglądając jak kate_aizin parodiuje Slavoja Žižka. 


Dobry dzień pod wieloma względami (może tylko wizyta w Simonie mi słabo podeszła, mniejsza z tym jednak): popracowałam, wysłałam, poczytałam, Kochany po skończeniu swojej pracy zabrał mnie z biura (tylko na moment skręciliśmy do Forge, rzutem na taśmę, bo parking pod lokalnym sklepem zupełnie już opustoszał i pewnie niedługo zamykali bramę wjazdową). Przed obiadem wyszliśmy z myszkami, niebo było podobne do ostatniej sytuacji z zaćmieniem słońca, częściowo sepiowo-pomarańczowe, z chmurami-wymionami leniwie przemieszczającymi się po seledynowym tle. Dłubałam obiad słuchając bardzo długiej wypowiedzi Miecia na temat Netflixowej Lalki słusznie zakładając, że skoro tak szybko pojawił się klip na ten temat, sprawa była dla autora poruszająca. Obiad późny został pochłonięty z przyjemnością.

Elementów halołinowych jest wszędzie coraz więcej, ale umysł odrywa mi się od lokalnego klimatu, przecież nie będzie mnie tu w czasie kulminacji. Przeliczam czas na książki, które da się skończyć przed wylotem. Może trzy?

środa, 14 października 2026

2493. Ksiunszki za dwa grosze, zdrowie oraz front.

Ksiunszki z Wicka (zaszłam po drodze z kawy w Czornej jak już odprawiłam młodzież uczącą się):


Radosna wiadomość Kochanego: nic interesującego nie pojawiło się na jego CT skanie. Same nudy. Od rana w tle widać było dumnie maszerujących ohasłowanych pracowników budżetówki, oflagowanych członków związków zawodowych, po drodze szkoły zamknięte, szpitale ograniczały przyjęcia. Tym bardziej mąż miał prawo czuć się zaniepokojony, że jego wizyty nie przeniesiono na lżejszy czas. Ale spoko, Kochany z wąskiej grupy przypadków niezwykle frapujących przeszedł do szerokiego i głębokiego dołowiska standardowych nudziarzy do odhaczenia. Niech tak będzie.

Z frontu: jeszcze dwa dni, w następnym tygodniu będzie odsiecz, trzeba wytrzymać. Jest lżej niż sądziłam, niech i to tak zostanie. 

Kochany kupił mamie trzeci prezent, letnią koszulkę bez rękawów w Burberry Barbour kratkę.

Dostajemy z boku niewielkim sztormem rozrabiającym na zachodzie. Chmury przemieszczają się dynamicznie, są porywy, deszczu brak. W takich warunkach atmosferycznych odbyliśmy kocie harce (być może to przez ten wiatr dziewczyny są bardzo niespokojne).

wtorek, 13 października 2026

2492. Kolejny dzień,

kolejne pif paf. Papiery robię szybko i efektywnie, zabawiam grupę dynamicznie. Po pół dnia jestem nieco wymiętolona, ale ogarniam, głowa jest jakby gdzie indziej. Około drugiej wyszłam do Pe na chwilę, potem znowu papiery, o czwartej na azymut.

Po obiedzie były dwa spacery, najpierw z koteczkami, w zachodzącym słońcu, potem spacer z Kochanym do morza i z powrotem. W oknach światła, na plaży bezwietrznie, spotkaliśmy matkę Humphreya z Humphreyem oraz Johna Sprzedawcę Butów, też z psem (mijamy się rzucając cienie zawdzięczane lampom ulicznym).

Po powrocie zerknęłam na pracowniczy email, raz, żeby się dowiedzieć, że moja własna szefowa budżetowa nie wie, jak się rozlicza kasę, dwa, najprawdopodobniej będziemy mieli (my, czyli ludzie pracujący w tym samym zawodzie co ja) sporą podwyżkę wynegocjonowaną przez związki zawodowe. Domyślam się, że radosna nowina (nr 2) ma sporo wspólnego z zapowiedzianym na jutro strajkiem generalnym. Obydwa zerkania niezobowiązujące, mam priorytety, zaraz będę czytała powieść. 

poniedziałek, 12 października 2026

2491. Zapomniałam ...

... telefonu. Kawa dla męża została zakupiona z wysupłanego bilonu (poetka); w południe Benedykt zniecierpliwiony czekaniem w końcu zadzwonił na numer biurowy, poza tym nieco się niepokoiłam rzadką, ale realną perspektywą zacięcia się pracowniczego emaila (odblokowanie go bez smartfonu byłoby awykonalne, a właśnie dzisiaj działająca poczta miała kluczowe znaczenie). Koniec końców jednak dzień nie taki najgorszy, zastartowałam papiery jedenastu osób, nie bez błędów, ale byłam błyskawiczna w ich naprawianiu (kopię się w kostkę, żeby nie przyzwyczajać góry do dobrego, z drugiej strony, trudno jest się mi opanować we własnej zajebistości ;)). Na koniec dnia jeszcze Kif z Dżajmim się przywlekli poopowiadać, co tam u starych Irlandczyków; nie miałam nawet chwili czasu, żeby poczytać i zająć się głupotami (karygodne!). 

W domu podobnie, najpierw robienie obiadu (wróć, na samym początku odnajduję telefon w szafie z wełnianymi swetrami) i słuchanie nareszcie w spokoju, co Mieciu sądzi o kinowej Lalce, jedzenie, chodzenie po ciemku z myszakami, krótka rozmowa z mamą przez Whatsappa ... jebut! i jest po ósmej. Ziemia kręci się pono coraz szybciej, ale żeby aż tak? 

niedziela, 11 października 2026

2490. W niedzielę o niedzieli.

Ze względu na późny powrót do domu dłużej pospaliśmy, obudziłam się dopiero po ósmej. Koty nieszczególnie nas motywowały, brzuszki miały pełne karmy. Ja z kolei pełna byłam wczorajszego wychłodzenia, wewnętrzny dygot mnie dopadał, towarzyszył mi przez większość dnia. We własnej głowie walczyłam z planem na tę niedzielę, przez okno wyglądającą jasno i zachęcająco. Jechać do Oldbridge czy nie jechać? Ach, bardzo chciało mi się jechać i męczyłam wątpliwościami Kochanego. W końcu postąpiłam jak osoba dorosła — posłuchałam dygotu. Nie mogę się teraz rozłożyć, nie w tygodniu, gdzie nie ma za mnie zastępstwa, nie w miesiącu w którym mam Plany. Skoro dygot, trzeba oszczędzać energię, delegować, zwijać się w kulkę, pić herbaty. Zamiast do ogrodów, poszłam do łazienki, rozgrzałam się pod prysznicem, potem susząc włosy dogrzewałam się w sypialni. Pod koniec dnia stwierdzam, że dobrze zrobiłam, dygot jakoś ustał, chyba mniej więcej w czasie, gdy około piątej piliśmy kawę w Czarnej ...

... bo niewielkie zamieszanie z kinem (ekran szósty zamieniono nam na drugi) nie zepsuło koncepcji na wieczór. Seans Lalki Kawalskiego w Arc został przeniesiony na pół godziny później. Drażniło mnie, że ludzie włażą po rozpoczęciu filmu, poza tym po mojej prawej siadły przeżuwaczki, ale cóż, zawsze się ktoś napatoczy, zawsze ktoś się spóźni. Bardzo nostalgiczna wersja Wokulskiego ... nadal rozmawiamy z Kochanym na temat różnych wątków.

2489. W niedzielę o sobocie.

Nie jestem siłą dyscyplinującą w tym małżeństwie, gorzej nawet, pytam się, czy Kochany ma ochotę jechać do El Paso, a on się od razu zgadza ;)  w sobotę po śniadaniu jedziemy więc w górę mapy, parkujemy jak zwykle w pętli pod drzewami, Kochany jeszcze płaci za parking, ja już cisnę do 3rd Place, a tu niespodzianka — kawiarnia została rozbudowana, zajęła drugą taką przestrzeń obok, po innym sklepie. Adekwatnie do sytuacji tłum klientów. Jeszcze się zagnieżdżają, ale niedługo będzie więcej stolików. Bardzo to pokrzepiające, znaczy, że biznes się rozwija i trwa; dla nas rewelacja, bo kawę serwują niezmiennie bardzo dobrą. 

Zwyczajowo przespacerowaliśmy się do księgarni, dużo nowych tytułów, nie czułam jednak pilnej potrzeby, nic nie wpadło mi w oko.

Następnie przekroczyliśmy granicę z Północną i zrobiliśmy zakupy w TK Maxxie w Newry; znowu z kieszeni wypadło trochę grosza, jestem jednak bardzo kontenta, bo kupiliśmy prezent dla mamy (dwa topy Tahari z merynosów: burgundowy sweter na teraz oraz bezrękawnik w kolorze morskim na porę letnią), poza tym w końcu znalazłam sensowną suszarkę do naczyń na podmiankę starych, rdzewiejących zygli. Nie wiem, co jest grane, ale w sklepie kicham i smarkam, przechodzi mi na świeżym powietrzu (być może świeczki, świeczunie, akcesorium niezbędne dla każdej modnej kobietki, pani domu).

W drodze na chatę podjechaliśmy do portu po fish'n'chips na obiad. Rybkę wzięliśmy na wynos, wiatr był zbyt silny, żeby jeść na zewnątrz; wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (przenikliwy chłód utrzymuje się już cały dzień, zmiana nastąpiła nieodwołalnie). Po obiedzie, około czwartej, zupełnie spadła z nas energia, nie miałam ani siły ani ochoty przestawiać suszarek, Kochany poszedł na godzinną drzemkę, dołączyłam niebawem.

A tu, prosz bardzo:

Anonimowy obgryzek zrobił sobie sławojkę, zagłębienie w trawie niedaleko wejścia do ogródka, które konsekwentnie napełnia nowym nawozem. Ma też wygodne, ocienione trawą schowanko pod jedną z jabłonek. Poza tym Bronia znalazła pod stertą skoszonej trawy resztki panierki z dzisiejszego obiadu (ale to już nie obgryzek; wyrzuciłam resztki dla ptaków, domyślam się, że wrona przygarnęła na później, już raz widziałam ją w takiej akcji).

Byliśmy umówieni z Ka na dokończenie oglądania Lalki Maślony, więc o siódmej znowu to samo, dyrdu dyrdu do miasta. Pogadanka przy herbacie we czworo, głównie o zdrowiu psychicznym, potem seans we troje, dwa odcinki. Co tu można dodać? Prus też oglądałby z zaciekawieniem ;) W domu dopiero trochę po północy ...

piątek, 9 października 2026

2488. O szyby deszcz dzwoni ...

... deszcz dzwoni jesienny / I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny / Dżdżu krople padają i tłuką w me okno ... przynajmniej na wsi ciemnym porankiem, godzinę później w mieście, gdy wychodziliśmy z Kochanym z Pe, niebo się rozpogadzało. Kaprysy irlandzkiej aury. Coś wisi w powietrzu, bo ciągnie mnie do Joyce'a, a teraz nie mogę, poza książkami aktualnie rozgrzebanymi, mam jeszcze jeden opasły tom do odświeżenia, w międzyczasie zaś chcę posłuchać Melaszwili, ach, im wolniej czytam Czarodziejską górę, tym bardziej dławi mnie chciwość książkowa.

W pracy ostatni dzień względnego spokoju, od poniedziałku będzie strun napięcie, głowy zawracanie. Skoro deszcze przestał "dzwonić", przeszłam się z biura do Biura, "pozyskałam" kilka opakowań ciastek na poniedziałek, upociłam się w pilotce i grubym szalu. 

Z Kochanym zrobiliśmy niewielkie zakupy tu i tam, głównie jedzenie oraz żwirek dla kotów. W drodze powrotnej mama niespodziewanie zagadała na whatsapie z telefonu tatki, szukała numeru telefonu sołtyski, która, tak się składa, była moją koleżanką z podstawówki. Rodzice zamartwiają się jakimiś kotkami, które w każdej chwili mogą zginąć na drodze. Oczywiście, telefonu do sołtysa w sieci brak (logiczne! jeszcze ludzie by dzwonili).

Wieczorem oglądam antyczną kobrę z Karewiczem, Iryd (1968), mylycja, promieniowanie, takie tam. Dżadziji zostawiam na fejsowym feedzie życzenia urodzinowe (messenger zrobił się do dupy, nie możemy się zgrać). Whatsapuję do rodziców, żeby jeszcze raz pogadać, tym razem na spokojnie i o czym innym.

czwartek, 8 października 2026

2487. Leń jesienny.

W nocy budziłam się kilkakrotnie, z grubsza miałam sny o pracy, ale zupełnie umknęło mi sedno fabuły. Nie było to bardzo męczące, raczej dziwne. Rano pod wpływem chwili zwinęłam z półki stare wydanie Procesu Kafki, będzie przerywnikiem dla Manna. 

Na zewnątrz przenikliwy ziąb. Zamieniam skórę na pilotkę. Po kawie z Kochanym w Pe od razu sprawdzam dostępność biletów kinowych, i tutaj niespodzianka, wszystkie wygodne miejsca na tyłach zarezerwowane; po kontakcie z mężem zmieniliśmy plany piątkowe na niedzielne. Z innych "małe, ale cieszy": Kochany łaził po TK Maxxie, kupił nowy drapak dla kocóreczek (rodzaj drapakobudki, podobny do poprzedniej, zupełnie złachanej i wyrzuconej), oraz perfumy dla taty (teraz trzeba odbyć wędrówkę w poszukiwaniu prezentu dla mamy). W południe obejrzałam live Nobla z literatury (Anne Carson).

W porze lunchu chciałam zjeść coś w Moorlandzie, ale przestrzeliłam, nie ten dzień, nie te smaki, przeszłam do Czarnej po rogalik francuski na ciepło i niechcący utknęłam — miałam zamiar wziąć go na wynos, ale na chwilę przystanęłam rozmawiając ze znajomym od sztuki (nazwijmy go Garrym), w tym czasie puszysta baristka, pani Stempelek któryś-tam-numerek, już zrobiła mi kawę. Garry jest najprawdziwszym artystą, choć w stroju bezdomnego kręci się po West St w towarzystwie równie przefasonowanych stałych bywalców.

Wieczorem obejrzeliśmy z Kochanym bardzo krindżową kobrę Strzał o świcie (1976), dla Gajosa warto. Poza tym nic się nie wydarza, nie wychodzimy, pada deszcz listopadowy. W drodze z pracy zastanawiało mnie kilka samochodów gardai przed domem na skraju sąsiedniej wsi, ale jeśli to coś nadającego się do gazet, dowiemy się jutro. W tym tygodniu uaktywniam jesiennego lenia, który po godzinie ósmej z obowiązków wybiera tylko mycie zębów.

środa, 7 października 2026

2486. Dobre rzeczy wystąp.

Bardzo dziwny sen miałam, byli w nim syn i córka eM, oczywiście tacy, którzy nie istnieją, dzieci domyślne. Byliśmy w jakiejś podróży, nakupiłam im książek. Hm.

Jasny chłód, chodziłam w skórze, zimno przenikało przez skórę i wełniany szal. 

Spotkałam się na kawie z Benkiem, dopięłam zastępstwa na czas mojego wyjazdu. Głównie na tym się skupiam, na planowaniu późnego października; bardzo jest mi miło, że świat przychyla się ku takiemu sposobowi myślenia (nawet zestawów kluczy odkryłam w szufladzie tyle, ile mi potrzeba). Reszta jest jak brzydka plamka na szybie, mentalny przeszkadzaj.

Spacer myszowy krótki; znad lądu przyszła ciężka, zimna chmura, na jej tle mewy srebrzyste halsowały, ich brzuchy jaśniały w słońcu.

Mieciu wypowiedział się na temat kinowej Lalki, ale postanowiłam zostawić klip do obejrzenia na weekend, gdy też będziemy po seansie. Półgodzinna rozmowa z mamą pozytywna: mama jeździła dzisiaj na stacjonarnym rowerze (nareszcie!), oraz wyniki Niuniasi są dobre (wg weta koteczka jest zadbana i nie wygląda na swoje lata).

Wychłodziłam się na spacerze, więc wcześnie weszłam pod gorący prysznic. Już siedzę pod kołdrą, dogrzewam się. Kochany w Kuchniosalonie słucha KSU :)

wtorek, 6 października 2026

2485. Plumkanie, brak wyjaśnień, muzyka.

Pogoda kawiarniana. Jeszcze przed wrzaskiem budzika obudziło mnie szemranie i plumkanie w ogrodzie; wyjrzałam z nadzieją, że w mroku objawi mi się tajemniczy obgryzek, który w nocy skonsumował resztki marchwi pozostawionej dwa dni temu (metodyczne tempo znikania marchewki sugeruje, że obgryzek jest reprezentowany przez jedną mieszkającą w pobliżu sztukę).

Pogoda mogłaby być również nazwana ponurą. Ale ja lubię takie siąpanie, przynajmniej teraz, gdy żyję komfortowo i wygodny transport zapewnia, że ani nie moknę, ani nie zostaję przewiana do szpiku. Nawet spacer w wilgotnej ponurości jest spoko. Wyszłam z pracy wcześniej, bo wczoraj zaproponowano mi wizytę u lokalnego dochtóra na trzecią trzydzieści. Mój gp nie jest geniuszem diagnostyki, ale skoro były wyniki skanu i inne fidrygałki, nie chciałam zwlekać. Podróżowałam autobusem, spóźniałam się na umówioną godzinę, ale i tak czekałam następne pół. I co? Nic ciekawego. Niby dobrze, ale w takim razie nie wiadomo skąd wyniki z krwi takie jakie były. Znowu za półtora tygodnia pobranie, żeby sprawdzić coś innego, czego nie sprawdzono wcześniej. Pewnie w międzyczasie powinnam zmienić dietę.

W głośnikach Variété Variété ;) Poszłabym już pod prysznic, ale potrzebuję dosłuchać do końca.

poniedziałek, 5 października 2026

2484. O kruchości.

Była kawusia przed rozpoczęciem pracy (z Kochanym w Pe), była kawusia z Teresą (w Czarnej). Poniedziałek szary, raczej ciepły, chyba owocny (dodałam jeszcze jedną osobę do listy, odpukać), smaczny (mąż zrobił dobry obiad, plus garściami wepchałam w siebie jagody), jak zwykle za krótki (z kotami chodziliśmy o zmroku, pewnie będzie tak coraz częściej). Po spacerze pół godziny rozmawiałam z mamą, o pierdołach, żeby złapać kontakt (jednakowoż Niuniusia jedzie we wtorek do weta, w powietrzu dynda kolejne nieszczęście).

zmiany. zachodzą cały czas
odwieczny ruch rzeczy w tle niepokoi mnie tylko czasami,
dopiero gdy się na tym skupię, pewnie tak jest lepiej, bo inaczej można by oszaleć
od jakiegoś czasu Manisława bierze jedną ze starych zabawek Rysia i spacerując z nią w zębach po Kuchniosalonie zawodzi pieśni
coś nowego, nie wiem, co to znaczy

niedziela, 4 października 2026

2483. Zbyt leniwa na cokolwiek.

Na śniadanie zjadłam urodzinową pizzę z Tesco, całą :D, bo byłam sama. Nie poszłam na spacer, chociaż mogłam (usprawiedliwienie sobie wypisuję, że wiało). Uciekłam kotom na godzinę do sypialni, rozmawiałam przez chwilę z tatkiem (mama akurat drzemała po podróży grobbingowej). Kiedy wczesnym popołudniem z mokrymi włosami wyszłam spod prysznica, Anne zaczepiła mnie messengerowo. Jesteś? Jestem. Dostałam od sąsiadki słodkie bułeczki z Tesco i kartkę okolicznościową:

(tak podejrzewałam ;)) Zajadając erzatz obiadu (kawałek pieczonego łososia + pajdka chleba) dokończyłam słuchać Uwikłanych Miłoszewskiego (przy słuchowisku było urodzinowe mycie podłogi).

Wieczorem pojechaliśmy z Kochanym do Ka, na czwarty odcinek Lalki. Dostałam prezent, od Ka (jestem pewna, że to była jego własna inicjatywa), bo Jot już wcześniej umówiła się z przyjaciółmi ...

Jot lubi być akuratna, więc dobrze, że się zasiedzieliśmy; myślę, że robiłaby Ka wyrzuty, że nie obchodziliśmy jak należy. A tak, po jej późnym powrocie, mogłam ją zgodnie z prawdą kilkakrotnie zapewnić, że mi to loto. Konwencje mnie męczą.

sobota, 3 października 2026

2482. Sobota w odcinkach.

Gosia umarła w nocy.

Obudziłam się razem z Kochanym i już nie mogłam zasnąć, leżąc w łóżku zaczęłam przeglądać fotki na blogu z początku października zeszłego roku, gdy przewidywałam rychłe odejścia. Maksiu, Maciejek, zaginiony Filemon ... wszyscy pomarli w przeciągu kilku miesięcy,  do tego dwa młodziutkie dyjabły, Bronek i Frania, zupełnie bez sensu (ofiary wiejskich filozofii weterynarza, wg których jak koty są niewychodzące, nie trzeba się spieszyć ze szczepieniem na białaczkę). Potem zerknęłam na facebooka i od razu zadzwoniłam do mamy. Gosia wczoraj odmawiała picia, więc tatko już wiedział, z babcią Manią było tak samo, stwierdził (mówił to poza kadrem, ale czułam, że kiwa przy tym głową; tak, etapy umierania ze starości, kiwałam ja). Psina umarła spokojnie, bez hałasu, więc najpewniej we śnie. Zakończyła się epoka Dziewczynek, tak jak wcześniej ze śmiercią Bobisi skończyła się epoka Koszykarek.

[Dziewczynek było pięć. Tatko sprowadził je z lasu pewnego sierpniowego dnia szesnaście lat temu: sześć kulek (pięć dziewczyn, jeden chłopak) turlało się za dużą matką, którą tatko wiódł na sznurku na którym jakaś kurwa przywiązała ją do drzewa. Lala — najbardziej miękka w dotyku, najbardziej strachliwa, Wala —największa indywidualistka, wolałaby być jedynaczką, wesoła i zgodna Zosia, która po kilku latach stała się nieodłączną towarzyszką gapy Mal(w)inki — dziewczyny o krokodylim pysku, koźle ofiarnym, i Gosia — najszybsza, najwytrwalsza, najdzielniejsza z dzielnych, urodzona przewodniczka stada. Tak było]

Śniadanie i herbata raz dwa (małżonek w tym czasie wybył do pracy), chciałam wyjść nad morze możliwie najwcześniej; spacer energiczny. W osiedlu natknęłam się na zgęzionego Gerarda, który cierpliwie czekał, aż Molly załatwi swoje sprawy. Bo zimno. Pierwszy raz tej jesieni założyłam uszatą czapkę.


Dwie-trzy osoby, kafejka jeszcze zamknięta. Podeszłam do tafli odpływu (woda nadal się cofała), zrobiłam kilka zdjęć, przyjrzałam się fatamorganie Howth i zawróciłam do domu. Wszystko w pół godziny, wróciłam przed dziewiątą. Teraz dopijam kawę. Maniuśka nareszcie się uspokoiła, zasnęła na fotelu obok.
___
edit 11:00 dwóch panów przyszło obejrzeć zakończenie prac remontowych. Wyszłam zapytać, czy w czymś pomóc, oczywiście nie chcieli kontaktu, tylko się szwendali po ogródku. Zaniepokoili tym Manię. Mania to jest naprawdę egzemplarz, kot specjalnej troski, ze spowolnionym rozwojem i lękiem separacyjnym (ostatnio zaczęła się bawić w wyciąganie długopisów z przegródki na biurku ... Bronia robiła to jak miała kilka miesięcy). Wrzuciłam do pralki zasikany przez nią koc i osłonę na szafkę, lary z penatami już się wyprały, koc zaraz rozwieszę w ogródku. 
___
edit 19:30 


Piękny dzień; niefortunnie się zdarzyło, że właśnie wypadł weekend w którym Kochany pracuje. Przeszłam się po wsi jeszcze raz, tym razem do rzeźnika rodzinnego, bo już dawno nie jedliśmy dobrego steka. Miałam kaprys posiedzieć w ogrodzie, ale tylko na moment wyciągnęłam matę; gdy ją zwijałam w osiedle powoli wsączał się zapach obornika, który rozkwitł na dobre późniejszym popołudniem. Dosłuchałam trzecią część Uwikłanych. W czasie kociego spaceru po obiedzie dowiedzieliśmy się od Ivy, że Gerwazy zrezygnował z przeprowadzki do pustego domu po Annie (czyli jednak miał pod kopułą nie halo bardziej niż to wyglądało na jeden rzut oka). Zapukałam na chwilę do Anne, obie widziałyśmy tego biednego kota przejechanego wczoraj rano w niebezpiecznym punkcie, gdzie zginęli Rysio i Ukrainiec. Zauważyłam, że Lalka z Dorocińskim będzie w następny weekend blisko nas. 
___
edit 20:50 Prezent w wigilię urodzin: piękne wydanie Alicji w Krainie Czarów.

piątek, 2 października 2026

2481. Mało czasu.

W mieście od rana zapachy kupowe. Nawet nie wiedziałam, że rolników obowiązuje zakaz wylewania gnojowicy i zasilania obornikiem w okresie zimowym (ale już wiem, się to nazywa National Nitrates Action Programme). Skoro jest październik, rolnicy mają jeszcze miesiąc na używanie obornika (czas na gnojowicę właśnie się skończył) i zapewne wszyscy rozsypują go mniej więcej w tym samym czasie w rejonach podmiejskich. Delicje.

Kochany do pracy. Pogoda przez pół dnia jako tako się trzymała, poszłam do Simony suchą stopą (przy stoliku na zewnątrz zastałam Szefową; a podobno taki ciężki miała ten tydzień, głowy urwanie; trzeba się uczyć od lepszych od siebie), ale im później, tym gorzej ... po piątej zamykałam biuro w rzęsistym deszczu. W pracy było ok, choć już mi się cofa na myśl o rozpoczęciu regularnego nadzoru. Gp milczy. Zachciało mi się frytek na obiad, spełniłam swoje marzenie. I w zasadzie to wszystko. Jeszcze, skusiłam się na słuchankę Uwikłanie Miłoszewskiego. Zmrok, mało czasu na cokolwiek. 

czwartek, 1 października 2026

2480. Mój miesiąc.

Będzie dobry i trudny jednocześnie. W drugiej części czeka nas wyjazd, spotkania, doświadczenia, relaks. Najpierw jednak trzeba odmanianić sprawy biurowe, za półtorej tygodnia zacznie się grubszy przepływ indywiduów, papierologia i psychoterapia zagubionych w świecie ;E Po drodze kolejna wizyta u gp.

Zaczęłam dzień w Pe, najpierw kupiłam kochanemu podwójne espresso, a gdy mąż wyjechał w swoim kierunku, zjadłam rogalik i czytając dopiłam w kawiarni espresso z wodą. W biurze włączyłam Program 2 niechcący załapując się na kawałek Zony Mathiasa Énarda czytany przez Bonaszewskiego (już któryś raz natykam się na tę książkę). Biurowe pierdółki zostały przerwane przedpołudniową kawą z Benkiem, poza tym siedziałam w excelu, przygotowałam umowy dla pracowników (tych samych co zwykle). Z rozmowy kawowej wynika, że nie będzie problemu ze znalezienia zastępstwa na czas mojej nieobecności; bardzo mnie to cieszy.

Czwartek był jasny, ale coraz zimniejszy. Trochę grzebałam się z makaronem na obiad, więc wyszliśmy z koteczkami podczas zachodu słońca. Gdy wróciłam z Bronią z krótkiego spaceru, było już zupełnie ciemno. Zajrzałam do Anne, na chwilę, żeby zapoznać się z nową sąsiadką, drobną, śliczną koteczką, która miała być na tymczasie, ale najprawdopodobniej zostaje na stałe. Poza tym właśnie kupiłam bilet z Warszawy Wschodniej do Nadodrza (wcześniej zadzwoniłam do mamy, czy grafik pasuje; w Polsce dziewiąta, ale rodzice jeszcze czuwają, jak zwykle przy tv nastawionym na publicystykę). Ciemno. Chociaż dziesięć minut na ćwiczenia, prysznic, trawienie z książką, spać.

(notatka na jutro: myślę, że powinnam napisać o dziadku i jego Mrówce)