Strony

środa, 30 kwietnia 2025

1961. Ulga.

Powrót na własne śmieci ucieszył mnie jak wakacje na Hawajach. Z wielu negatywów naszego domku: mamy mało miejsca na wszystko, wpadamy na sprzęty, poza tym nie mamy zmywarki do naczyń. Z drugiej strony, nie mamy też blatu na którym odbija się każda postawiona szklanka, ani psa-atencjusza z lękiem separacyjnym i nawykami żebraka.

W pracy miła odmiana, najpierw wyjście na świeże powietrze i spotkanie z lokalnymi organizacjami, potem trochę finansowych papierków na koniec miesiąca. Pieniądze innych ludzi. Na szczęście na razie pracuję pod nadzorem. Wyszliśmy z Jamy o trzeciej, na miasto zalane słońcem. Pod dawnym M&S spotkałam Ger Bez Zęba Na Przedzie, teraz już z zębem, a nawet z całym garniturem nowych siekaczy. Jest już na emeryturze, pomalowana samoopalaczem i zadowolona, pogratulowała mi zatrudnienia (btw, w czasie spotkań pracowniczych wyhaczyłam Ronę, nowe ploteczki są takie, że i Bridżet znalazła lepszą pracę). 

Przed powrotem na wieś Kochany zabrał mnie do Woodiesa, gdzie kupił kilka roślin: dwie ozdobne szałwie na miejsce tych, które się w zeszłym roku wyrodziły (Hot Lips i greggi Royal Bumble), nowy łubin (tym razem kremowo-żółty), stokrotkę marokańską (Rhodanthemum Casablanca) i nachyłek (Up Tick Gold'n'Bronze). Mamy nadzieję, że bombowcom się spodobają, bo wszystko to z myślą o nich.

Na wsi wiadomości sąsiedzkie raczej smutne: wczoraj Kochany rozmawiał z Katlin, która poinformowała go, że Anna Emerytka już długo nie pożyje, odstawili jej leki i czekają. Sąsiadka zmarła kilka godzin po tej rozmowie. Z Junoną też jest źle. Zagadnęłam Anne przez messengera, koteczka miała w poniedziałek poważny zjazd (rak prawdopodobnie przemieścił się w kierunku kręgosłupa). 

Kochany zabrał się za prace ogrodowe, a ja padłam na twarz jak kawka. Dopiero kilka minut temu ocknęłam się na tyle, żeby zauważyć, że Anne do mnie napisała jeszcze raz przed dziewiątą. Oddzwoniłam. Rozmawiałyśmy chwilę, sąsiadka zapłakana; zaoferowałam się, że wpadnę, ale późno już. Zresztą, nie pomogę. Może jutro rano.

wtorek, 29 kwietnia 2025

1960. Odpływy i przypływy.

Ależ mgła mózgowa! Przez część dnia chodziłam jak śnięta, kawa w południe średnio pomogła. Pogoda jak marzenie, a na stópkach nowe trampy w których sunęłam po mieście opatulona kaszmirowym szałem (jedyna kurtka jaką wzięłam z domu, jest od kilku dni zdecydowanie za ciepła). W kawiarni rozpoznała mnie Emma; bardzo miłe spotkanie, dziewczyna właśnie kończy następny etap edukacji, a sądząc z sytuacji (spotkałyśmy się w gwarnym miejscu, Emma siedziała ze znajomą), spektrum daje jej żyć.

Po południu Kochany zabrał mnie z miasta. Pojechaliśmy do Trzeciego Miejsca. Po powrocie do Pieseła zjedliśmy steki (Pieseł został wystawiony za drzwi i szczekał), potem obejrzeliśmy Nyad (2023) z Bening i Foster. 

[Cieszę się, że jutro wracamy do siebie, bo zaczęłam się zamieniać w Jot z tym łażeniem i wycieraniem powierzchni płaskich. Poza tym wolałabym być matką psa mądrego ;)]

Po filmie całowaliśmy się w kuchni.

Ze spaceru wróciliśmy długo po zachodzie słońca.
Na niebie anorektyczny sierpik.
Jeszcze herbata, pakowanie, prysznic.

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

1959. Niedotlenienie biurowe.

Ciepły, ładny dzień. Może nie dla wszystkich, wiadomo (na przystanku obserwowałam jak ptaszki wielkości różnych zbierały świeżo rozrzucone piórka od dorodnego grzywacza, któremu już się nie przydadzą), tym bardziej starałam się uwrażliwić na przyjemny fakt istnienia.

W pracy po kilku latach (ile to minęło? trzy?) ponownie spotkałam Teresę. Bardzo miła kobitka, cieszę się, że będziemy współpracowały.

Po południu zeszłam się z Kochanym w polskim sklepie, kupiliśmy coś prostego na obiad i heja do domu, żeby nie trzeba było wycierać kałuży ;) Zadzwoniłam do tatki, rozmawiałam z nim i z mamą dobre 45 minut (wszystko w porządku, gorąco, koty rozwalone na meblach). Aaaa, dalszy ciąg zmęczenia biurowego. Trochę się zdrzemnęłam, Kochany sam poszedł przespacerować psa i właśnie przed chwilą wrócił.

niedziela, 27 kwietnia 2025

1958. Spacerem.

Spałam głęboko; dopiero rano się okazało, że Kochany z powodu bólu, który chwycił go jeszcze wczoraj po obiedzie, zszedł na dół do salonu i leżakował pod kocem na tapczanie.

Na dziesiątą byliśmy umówieni z Aś; mój Mózgu cieszył się na naleśniki; podczas pośniadannej rozmowy uzmysłowiłam sobie, że Trzecie Miejsce jest w niedzielę zamknięte i spotykamy się w Coście w której byliśmy wczoraj. 

Po spotkaniu z przyjaciółką (wymiana ciekawostek zajęła nam ponad godzinę) pojechaliśmy w kierunku Carlingford, Aś swoim samochodem inną drogą, my przez góry (na pastwiskach pojawiły się młodziutkie owieczki, białe i czarne). Za chwilę zobaczyliśmy się z przyjaciółką ponownie, a nasza wizyta w sklepie skutkowała całkiem miłym zakupem: nabyłam różowe mitenki naokoło których nabożnie tuptałam przez ostatnie pół roku. Zostawiliśmy Aś w pracy i poszliśmy na spacer po miasteczku, zaszliśmy na cmentarz, na molo i przez zamek wróciliśmy do centrum, na obiad w herbaciarni.

Powrót do El Paso odbył się regularną trasą; reszta dnia bezwydarzeniowa, Kochany próbował drzemać, ja zerkam na któryś tam odcinek MM (sezon 23, jak mniemam). Jestem przesolona paczką popcornu (obiektywnie ohydztwo); włączyłam ogrzewanie, chcę iść pod prysznic trochę wcześniej, może poczytać, albo coś (za kilka dni znowu się przenosimy, trochę już tęsknię za domem).
___
edit 22:25 to prawda, że miałam iść wcześniej spać, ale prawda to nie wszystko ;) Wieczór był na tyle ciepły, że wyszliśmy na spacer z Piesełem. Przechadzka między domami układającymi się do snu: główna droga nadal porykuje w oddali, a po lewej w ciemności stoi bydło rogate — wiem, że tam jest, bo gdy przechodziliśmy tamtędy kilkadziesiąt minut wcześniej, rogacizna patrzyła na nas z pagórka ... może towarzystwo już się położyło i teraz tylko w letargu strzyże uszami.

sobota, 26 kwietnia 2025

1957. Sobota śpiocha.

Skończyłam czytać Little birds i zabrałam się za książkę kupioną w czwartek. W odbiorniku nadal ITV3: płaroty, marple oraz midsomery ;) zerkałam jednak nieregularnie. W ogóle sobota mnie zaskoczyła, albo sama siebie zaskoczyłam, bo miałam śpiocha przez większość dnia. Tak długo marudziliśmy z obiadem, że gdy skończyliśmy było już dobrze po czwartej, za późno na kawę w Trzecim Miejscu, które zamykało się za godzinę (bogowie wiedzą przecież, że nie lubimy się spieszyć). Kochany wziął więc misia w teczkę na wycieczkę: pojechaliśmy do Costy pod kinem, potem przeszliśmy się leniwym spacerkiem do kina, żeby zobaczyć, co dają (nic pilnego). Było miło, nawet słonecznie, więc przemieściliśmy się do Blackrock:


Spacer orzeźwiający, obserwacje ciekawe (gdy tak sobie szliśmy, przed nami sfoszyła się polska para, z małym dzieckiem i psem; ona poszła na plażę, on z psem wrócił, skądkolwiek przyszedł).

Wieczór w domu, zerkałam na Downton Abbey: A New Era (2022), w sam raz na tyle, żeby odkryć, że to nie dla mnie (wtórne i bez wciągających wątków). Przez internet zamówiłam dla siebie małą pizzę u Tony'ego, Fred był tak dobry i pojechał ją odebrać; czyli opchałam się na wieczór po kokardy, zapiłam to zieloną herbatą liściastą i leżę teraz w sypialni na piętrze bardzo zadowolona. 

Kochany uchylił okno, miasto jeszcze mruczy.

piątek, 25 kwietnia 2025

1956. Śpioch.

Cały dzień deszczowy. Po pracy pojechaliśmy z Kochanym na moment na wieś, na tyle, aby wziąć jakieś przydasie, ubrania i nakarmić ptaszyska (to Fred). Na obiad odgrzany bigos, na deser krótki wyjazd do centrum miasta i chwila nad filiżankami kawy. Mamy jutro pojutrze w planie spotkanie z Aś, poza tym zamierzam się porządnie wyspać, bo dzisiaj trochę jak zombie, za pierwszym razem wstałam tylko po oto, żeby nastawić budzik na za pół godziny, które odczułam jak pięć minut. 

Pod wieczór zerkamy na kryminałki w ITV3 (osiemnasty sezon Midsomer trudno zaliczyć do nowości). Kochany idzie na spacer z Piesełem. Jak zwykle rozmawiamy i zdumiewają nas różne rzeczy.

czwartek, 24 kwietnia 2025

1954-1955. Z pamiętniczka kobity chodzącej legularnie do pracy.

Środa
Kochany miał wolne, więc było mi bardzo wygodnie: pobudka po piątej, spokojne dochodzenie do siebie, potem kawa dla Kochanego, przed ósmą wyjazd z miasta A do miasta B. Mąż zostawił mnie pod pracą i pojechał w siną dal, najpewniej najpierw do kawiarni, potem na wieś, zrobić pranie i spakować parę przydasiów. Jak się później okazało, Kochany pojechał jeszcze do Swords. A skund wiem? A stund, że po powrocie do El Paso został mi wręczony prezent od zajączka: trampy Conversa, model All Star Hi, w kolorze dark green.

Przed powrotem do domu zajechaliśmy na zakupy spożywcze. Wątpię, żeby to miało decydujące znaczenie, ale Pieseł niestety zostawił w kuchni mokrą pamiątkę. Ech, potem robił niby takie mądre miny, gdy mu Kochany tłumaczył: Bo wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a jak nie ma ojca to nawet ważniejszy.

Zjedliśmy dobry obiad i zapadliśmy się w relaks. Nie za bardzo miałam ochotę oglądać tv, ot, góra-dół, herbata, zerkanie w sieć, rozmowa.

Czwartek
Spałam aż do budzika bez dłuższych pobudek, czyli nietypowo. Kochany podwiózł mnie w obydwie strony, tzn. po południu zwinął żonę nieomal z ulicy i jedziemy sobie do El Paso na napitki i przegryzki (zjadłam zupę w 3rd Place, trochę byłam głodna). Potem spacer do księgarni. Tym razem to ja kupiłam Kochanemu prezent: tomik z tekstami Leonarda Cohena, sobie zaś Wired Our Own Way, książkę o autyzmie. Po czwartej w domu; Pieseł dostaje w prezencie nową obrożę; trochę genealogii (testuję nowy dings w MyHeritage o nazwie Cousin Finder, i odkrywam, że Ryszard Jabłoński jest kuzynem piąta-woda-po-kisielu tatki).

Rozmawiałam z mamą; Kochany zrobił obiad; wieczorem obejrzeliśmy do połowy Mary, Queen of Scots (2018) z Saoirsą (może wrócimy do niego jutro, choć filmowi brakuje rozmachu); Pieseł dostał jeść i właśnie poleciał z wujem na spacer za osiedle ...

Wczesne wstawanie mnie zużywa. W ciągu dnia nie robię nic takiego, ale około dziewiątej jestem już padnięta. Czyli czytanie opowieści erotycznych kuleje, tym bardziej, że do tej pory tylko jedna nowelka była jako tako ciekawa (a tu zaraz wirtualna biblioteka będzie mnie ponaglała — może wcisnę dzisiaj z dwie historie, oby nie były za bardzo podniecające ;)). 

wtorek, 22 kwietnia 2025

1953. Powrót do aktywności.

Pobudka o piątej. Jeszcze przez chwilę mijaliśmy się z Kochanym, który zaraz wyjeżdżał do pracy. Herbata, śniadanie (moje i Pieseła), wyjście na przystanek. Podróż szybka, poranek słoneczny, praca niewyczerpująca, pełna długich dyskusji o sprawach pobocznych (angielski mój został pochwalon). 

Skończyłam wcześniej i poszłam z buta w kierunku Fredowej pracy, niebo zaczęło się po drodze nieco chmurzyć, ale wstrzymało się do momentu aż zamówiłam herbatę, wypiłam herbatę, przyszedł Kochany i wsiedliśmy oboje do samochodu.

Pieseł bardzo grzeczny, nie nabrudził, próbował wprawdzie wymusić coś w trakcie obiadu, ale zgasiliśmy jego zapał nie zwracając na niego uwagi. Dłuższa rozmowa z mamą. Deszcz się nasilił, więc nie tylko nici ze spaceru psowego, ale też spadek energii. Może tak lepiej. Ósma, a ja już pod kołderką; zamiast filmu książka erotyczna.

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

1952. Lany poniedziałek.

Gdyż padało tu i tam. Myślałam wyjść z domu na miasto, ale mamy w sumie spory kawałek do interesujących miejsc oraz żadnej pewności, że deszcz nie pojawi się ponownie w kwadrans. Przejaśniło się dopiero dobrze po trzeciej, gdy blisko już było Fredowego powrotu. Pewnie z tego wynikła chętka obiadu w suszarni. Kochany zaskoczył mnie przyjeżdżając przed piątą, wziął prysznic, przebrał się i mogliśmy wyjechać na miasto.



Suszarnia, spacer z psem wcześniej niż grafik przewiduje (i tak pod koniec złapał nas deszcz); włączam zmywarkę, siedzimy w salonie z Piesełem. Jutro wczesna pobudka i senne wędrówki ludów.

niedziela, 20 kwietnia 2025

1950-1951. Szał świętowania.

Sobota
Bardzo późno poszłam wczoraj spać, albo raczej dzisiaj, bo brałam prysznic już po północy. Wszystko przez to, że pośród wielu nieprzydatnych umiejętności AI natknęłam się na przynajmniej jedną przydatną: chatGPT fajnie wypełnia luki pomiędzy trudnymi do odcyfrowania bazgrołami, a to znaczy, że sprawniej tłumaczy rosyjski pisany ręcznie od zwykłego tłumacza Google. Oczywiście, nadal zmyśla, ale razem szybciej odcyfrowujemy dokumenty.

Poza tym dzień raczej o niczym. Kochany wyjechał do pracy, gdy spałam. Nie miałam planu przygotowywania się do wyjazdu przed jego powrotem (najpierw obiad, histeria później). Po czwartej długo stałam pod prysznicem, orzeźwiło mnie to. 

Zaczęłam czytać zbiór opowiadań z biblioteki, które od dobrych kilku dni mam na czytniku. Little Birds Anaïs Nin traktuję jako ciekawostkę.

Kochany wrócił, nawinęliśmy makaron na widelce. Z Ka&Jot byliśmy umówieni dopiero na dziewiątą. Tak też nam wyszło, kilka minut po dziewiątej przywitanie z przyjaciółmi, przywitanie z Piesełem, dzieciaki już w piżamkach, więc tylko im pomachałam. Krótkie przypomnienie, gdzie co jest, i zaraz sami poszliśmy spać w pokoju Damhnaica.

Niedziela
Przyjaciele wyjeżdżali o drugiej w nocy. Nie słyszałam, obudziłam się dopiero dwie godziny później, chyba zmęczona ciepłem. Kochany zaczynał pracę przed dziewiątą, dopiero wtedy wygrackałam się z łóżka. Zrobiłam sobie herbatę, zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (byli już pełni śniadania) i zaczęłam dzień (ze szlafroka wskoczyłam w nowiutkie kaszmirkowe spodnie i noszony już kilka dni T-shirt z Siekierą, oczywiście po inspekcji a la Big Lebowsky). Była krótka rozmowa internetowa z Celtem; próbowałam obejrzeć Netflixową ekranizację Rebeki (2020), ale znudziłam się chwilę po przybyciu nowej pani de Winter do Manderley; testowałam bigos, a po południu postanowiłam dać Netflixowie szansę jeszcze raz i na chybił trafił wybrałam do oglądania The Outrun (2024) z Saoirsą Ronan. Bardzo ciekawy.

Pieseł nie sprawiał kłopotu, głównie drzemał. Ożywił się po powrocie męża do domu. Zjedliśmy solidną porcję żurku, rozmawialiśmy telefonicznie ze świekrą (padło pytanie, kiedy nas zobaczy; zobaczymy), potem Fred wziął prysznic i jeszcze raz obejrzeliśmy The Outrun (nie planowałam oglądać ponownie, ale towarzyszenie pojawiło się naturalnie). Skończyliśmy niedawno; Pieseł ekspresowo zjadł drugą porcję karmy podekscytowany perspektywą wieczornego spaceru po osiedlu; przed chwilą oboje, mąż i Pieseł, zniknęli w ciemności za rogiem. 

piątek, 18 kwietnia 2025

1949. Good Friday.

Za oknem deszcz. Czyli wczorajsza prognoza, którą uznałam za aktualną, była absolutnie poprawna, tylko że dla piątku :) 

Oboje wstaliśmy około dziewiątej, Kochany dopiero, gdy zaparzyłam mu kaffkę. Zjedliśmy nieco dziwne śniadanie (świderki z wczorajszym sosem), obejrzałam jeden z przegapionych filmików Ask a Mortician (o wypadku na Tamizie w roku 1989 i odciętych rękach, bardzo ciekawy), potem popijając w sypialni ciepłą wodę i słuchając deszczu za oknem dokończyłam czytanie Septologii 3-5, czyli Ja to ktoś inny (ArtRage, 2024) Jona Fossego. Po takiej lekturze musiała być kawa w kawiarni, nie inaczej (Fosse jest moim pisarzem, zdecydowanie). W deszczu, z klasykami w głośnikach, pojechaliśmy na północ, aż do El Paso, wyłącznie na kawę i naleśniki, bo jednak opad atmosferyczny nie zachęcał do wycieczek pieszych po głównej ulicy miasta. O trzeciej byliśmy ponownie w domu. Dalsza część dnia poturlała się spokojnie: z vlogosfery nadrobiłam jeszcze świąteczną Gosię ze Szkocji malującą jaja różnymi dziwnymi metodami; zrobiłam Kochanemu postrzyżyny, gdyż mężowi czupryna za bardzo zarosła; po rozmowie ze sztucznom yntylygencjom napisałam do archiwum państwowego w Przemyślu; po ósmej wieczorem zadzwoniłam do mamy, rozmawialiśmy o pogodzie (niebezpieczne anomalie pogodowe omijają cudowne miejsce, choć gorąco jest u nich jak wszędzie), pokazałam mężowską koafiurę, pochwaliłam się rozmową z AI i wysłaniem pożytecznych treści o ciężarze urzędowym (tatko się oczywiście ucieszył). Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że w maju zjeżdżamy do domu rodzinnego w czasie urodzinowym, więc będą torty, będą hulanki ;), już teraz miło jest o tym pomyśleć.

I tak, Kochany pod kołdrą, jutro zaczyna się mu czterodniowy zapiernicz; przymknęłam drzwi od sypialni, żeby moje łażenie go nie budziło, bo nie mam jeszcze ochoty na sen.

czwartek, 17 kwietnia 2025

1948. Don't party too hard.

Rano sprawdziłam pogodę dla miasta. Wzięłam płaszcz przeciwdeszczowy zamiast płaszcza przeciwmrozowego, spory błąd, bo deszcz w ogóle nie spadł. Tralalala (reaktywowaliśmy z Kochanym grafik ostatnio rzadziej obecny: kupiłam dwie kawy, jedną na wynos, potem bimbałam w kawiarni aż do czasu, gdy trzeba mi było iść do pracy). Na pożegnanie z Szefem życzyliśmy sobie wzajemnie, jak ateista z ateistką, żeby nie imprezować zbyt intensywnie, i tyle w temacie. Jutro Good Friday, więc wolne. Szef siadł na motór, ja poszurałam do polskiego sklepu, potem na dworzec.

Wróciłam do domu po trzeciej, autobusem, po krótkiej rozmowie z Dżejmim, który znowu pytał o Ryszarda. Odmroziłam sos do makaronu zrobiony przez Kochanego, wrzuciłam do niego kilka grzybów oglądając starą kobrę, Elegia na śmierć nieszczęśliwej damy (1975). Obiektywnie nie warto, chyba, że ktoś lubi krindż, no ale to można powiedzieć o większości peerelowskich teatrów kryminalnych.

Cokolwiek mnie wczoraj atakowało, jakoś to odpędziłam i czułam się dzisiaj znacznie lepiej. Może po prostu praca mi dolegała ^..^ Teraz cztery dni laby, książki, wyglądanie przez okno. Kochany wrócił z pracy po piątej, jedząc makaron zaczęliśmy rozmawiać o Waglewskim i Hołdysie, więc wiadomo, że trzeba było włączyć Świnie. Po obiedzie, żeby się wszystko uleżało, wskoczyłam do łóżka z powieścią norweską. Czytałam, ale też trochę leżakowałam, bo to książka z rodzaju, których nie chce się szybko kończyć (zostało ok. czterdzieści stron).

W głośnikach zespól Kryzys, płyta 78-81. Już po prysznicu, gdyż poważnie zagrożona byłam głęboką drzemką i szukałam otrzeźwienia. Kochany dalej w mundurze, z włosem nastroszonym, szelkami dyndającymi u spodni. Jesteśmy gotowi na piątunio.

środa, 16 kwietnia 2025

1947. So much effort!

Śniło mi się, że mieliśmy z Kochanym wykupione bilety kolejowe, ale obudziliśmy się za późno, po szafkach szukałam bielizny :D

W Jamie siedzę z Szefem, później wpada zakapturzona Meły (leje od rana). Miło, relaksacyjnie, hitem dnia jest, że udaje się połączyć dwa komputery i teraz widzę to, co trzeba, z mojego stanowiska pod meblościanką. Dzięki temu sukcesowi można przejść do omawiania historii Irlandii z uwzględnieniem podziału na katolików i protestantów oraz ustalaniem jak daleko właściwie sięgał region the Pale i czy jesteśmy culchie, czy jeszcze nie.

Kochany czeka na mnie za rogiem, przywozi mnie do domu i serwuje na pierwsze żurek z jajem, potem leżakuję czekając na drugie danie (trochę mnie siekło, nie wiem czy ogólne zmęczenie, czy jakaś choroba, czy po prostu mózg się mnie zapytowywuje dlaczego dzisiaj kawy nie piliśmy). Drugie danie. Ponad godzinna rozmowa z rodzicami  (przekazuję im grafik na najbliższe tygodnie: najpierw siedzimy w El Paso, potem może widzimy się z Atlantykiem, gdyż Kochany rozmawiał z Elizabetą i jest pierwszy szkic planu na weekend majowy, następnie Fred nawiedza moich rodziców, później ja dołączam, w międzyczasie strasznie ciężko pracuję, a przecież jeszcze jestem żoną, czyli nie ma lekko, gdyż po ślubie wszystko się zmienia ;)))), so much effort! powiedziałby Kalem zawodząco ... swoją drogą coś przeczuwałam, i dzisiaj się potwierdziło, że Kalem się do nas zgłosił).

Tak, czyli powoli do przodu. Kochany pakuje bigos do pojemników.

wtorek, 15 kwietnia 2025

1946. Mam w domu kucharza.

Żurek w wolnowarze, obiad (kurczak z frajera, kartoffeln plus surówka z selera i jabłka), sos do makaronu na później, bigos. To wszystko powstawało i powstaje dzisiaj, podczas mojego pobytu w pracy, i później (mąż mnie zawiózł, przywiózł, podstawił obiad pod nos). Dom pachnie różnymi ingrediencjami, w głośnikach The Cure oraz Kasia Krzaczek, czytam powieść norweską — oto życie kobiety, której się powodzi.

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

1945. Miło i spokojnie.

Dobry dzień. Po pierwsze, rano drzwi udało się zamknąć od razu; po drugie, autobus się nie spóźnił; po trzecie, po rozpoczęciu pracy poszliśmy z Szefem na kawę; po czwarte, przejrzałam mnóstwo papierów, których zastosowania teraz nie pamiętam, ale to nie jest istotne, bo istotne jest, że podpisałam kontrakt. Poznałam Kifa i Lizę, może ich jeszcze zobaczę, bo gościa z węsem to raczej z pewnością. Z rozmowy wynikło też, kiedy mogę wziąć urlop, więc gdy już w domu zjadłam obiad, kupiłam bilety majowe i od razu zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzić co i jak.

Tydzień zapowiada się na deszczowy; dobrze, bo zima była bardzo sucha, Kochany nadal ratuje mały świerk z sytuacji dość beznadziejnej i ogólnie kraj wysycha na wiór (gdy odgrzewałam obiad, mąż wsadził do ziemi dwa rododendrony, niech im będzie na zdrowie).

Słuchanie Tria fortepianowego Es-dur Schuberta z jesieni 1827 zrobiło mi ogromną ochotę na obejrzenie Barry'ego Lyndona, ale to długi film, więc kiedy indziej, może bliżej weekendu. Za to na książkę czas w sam raz.

niedziela, 13 kwietnia 2025

1944. Niedziela w odcinkach.

Znowu późna pobudka. Z tyłu głowy niepokój o jutro, a ja tutaj na miejscu próbuję się relaksować, nie myśleć. Bloguję, dumam, Kochany robi gulasz wołowy (cebula już obrana, uuuuu), w tle szemrze pralka (pralkę mamy w kuchni; zaciekawiona tematem doczytałam, że w Polsce do 2018 roku było to nielegalne), za oknem sypialni ptaki ptasio korzystają z ogrodu. Mamy dzisiaj w planach wizytę u Ka&Jot, ale to znacznie później, na razie sprawy domowe.
___
12:35 w miseczce czeka na mnie jogurt kokosowy z granolą, zaraz zrobię sobie dobrą kawę (Fred otworzył dzisiaj ziarna jasnopalonej Tabi, którą kupiłam w Kocie); tymczasem za oknem ciepło; wywieszając przed chwilą pranie rozmarzyłam się z Kochanym wyglądającym przez okno, jak to byłoby cudownie, gdybyśmy mogli połączyć nasz mały ogródek z domkiem i ogrodem sąsiadki. Dobudówka, obiady w ogrodzie chroniącym od wiatru, kot w fotelu.
___
13:20 nowy filmik z Gosią ze Szkocji motywuje do zmian. Tzn. nowy jak nowy, gdy jestem w Polsce, albo dzieje się coś "gęstszego", nie oglądam i potem nadrabiam; filmik jest z początku kwietnia. Tak sobie myślę, że z bardziej regularnym, raczej biurowym tygodniem pracy przyjdą zmiany żywieniowe. Z ćwiczeniami jest jednak ciężko, od kilku tygodni nie rozłożyłam maty.
___
15:00 szef kuchni podawał dzisiaj placki ziemniaczane z gulaszem wołowym w towarzystwie korniszonów prosto ze słoika. Tabi jest mocna, przez pięć minut odczuwałam niepokój. Za oknem wiosenny deszczyk; włosy powoli schną na świeżym powietrzu.
___
17:35 I tak, gdy pisałam o deszczu, zupełnie zapomniała, że w ogrodzie oprócz ptaków jest także pranie. Cóż. Kochany wyjechał na zakupy spożywcze, przy okazji węsząc za prezentem — dowiedzieliśmy się z godzinę temu, że Seamus obchodzi urodziny. Pora wyleźć z sypialni, przyczesać włoski i przygotować się do wyjazdu. Kochany właśnie wrócił bez prezentu; damy mu kasę, sorted.
___
22:40 pojechaliśmy i wróciliśmy z irlandzką muzyką w głośnikach (Thin Lizzy, The Pogues, The Dubliners). Nie obejrzeliśmy filmu, wystarczyło nam obgadanie meandrów życia. W drodze powrotnej towarzyszył nam ogromny księżyc w pełni. Herbata, lektura, próba snu.

sobota, 12 kwietnia 2025

1943. Zmianę ...

... czuć w powietrzu; mgła widoczna dotąd na horyzoncie przeciskała się w kierunku plaży, na niebie pojawiły się chmury niewidziane przez ostatnie dwa dni. Obudziłam się zaplątana rękami i nogami we Freda, mruczeliśmy sobie do uszu jak dwa koty. Śniadanie było więc późno, trzeba się było najpierw rozplątać. Kochany dłubał przy tekście; udałam się nad morze sama, pozdrawiając po drodze przechodniów. Iva spacerująca z psem zamachała do mnie i podzieliła się świeżynką: jest kasa na remont domów, Iva twierdzi, że nasz będzie pierwszy. Super, oby szybko.

 

Doszłam tylko do kawiarenki, przysiadłam na chwilę, i w drogę powrotną. Reszta dnia blogowo-domowa; Kochany pracuje nad tekstem, za oknem mżawka, sąsiedzi cisi jak myszy pod miotłą. Po obiedzie obejrzeliśmy film, Aż poleje się krew (2007) z Danielem Day-Lewisem, płytę dvd pożyczyliśmy od Ka wieki temu. Świetny.

piątek, 11 kwietnia 2025

1942. Kończąc i zaczynając.

Piękny, spokojny piątek. Do wczesnego popołudnia byłam w Centrum. Mój ostatni oficjalny dzień w tym budynku; już mnie żegnano w sierpniu zeszłego roku, gdy kończył mi się kontrakt w innej roli, teraz na dobre znikam im z horyzontu. Saren oczywiście pobiegła po torta, zjedliśmy po kawałku Victoria sponge, zapiłam to bawarką, dostałam kartkę okolicznościową, jeszcze z godzinę posiedziałam z młodzieżą, przekazałam brakujące pliki i kopa na drogę. A na zewnątrz irlandzki ukrop! Czekałam chwilę na Freda pod polskim sklepem; zrobiliśmy zakupy spożywcze, poszliśmy do Czarnej na kawę i skoczyliśmy do Woodiesa obejrzeć kwiatki (kupiłam dwa małe rododendrony).

Annę znowu zabrało pogotowie, coś kiepsko to wygląda. Za to Anne wróciła z Londynu ze swoją mamą, poznam ją, jeśli trochę lepiej się poczuje; rozmawiałyśmy przed domem, po jakimś czasie sąsiadka zapukała, żeby mi wręczyć kartkę okolicznościową z okazji nowej pracy (czyli teraz mam dwie karki okolicznościowe)

Po obiedzie Kochany mocował się z chwastami w ogródku. Rozmawiałam z mamą i przypomniałam sobie o majowych wyborach — zarejestrowałam się w jednej z komisji w Dublinie. Odhaczone. Kochany toż samo, poza tym mąż już zaplanował swój urlop i kupił bilety lotnicze w obydwie strony. Jak będzie ze mną, to się okaże.

Jeszcze dodam, że wczoraj bardzo późnym wieczorem doczytałam do końca Norwegian Wood Murakamiego (Muza, 2024). Nah. Za to dzisiaj zacznę drugi tom Septologii Fossego. Poza tym wypożyczyłam w bibliotece Little Birds, zbiór opowiadań Anaïs Nin.

czwartek, 10 kwietnia 2025

1941. Spacer, kawa, buty, papiery.

W południe wyszliśmy z Kochanym na spacer, wg zasady "jest ładnie, trzeba to wykorzystać". Oczywiście nie są to upały afrykańskie, od morza nadal wiał chłodny wiatr, założyłam na drogę długi rękaw i apaszkę. Wróciliśmy z plaży trasą przez domki na kółkach, żeby przyjrzeć się ciągłym zmianom: powstały kolejne drewniane domy letniskowe z widokiem, wiele innych wyremontowano. W drodze powrotnej spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen z córką. Wróciliśmy około drugiej; robiłam obiad słuchając pierwszej płyty Kasi Krzaczek (doskonała).

Papierologię na jutro odkładałam, ile się da. Po trzeciej, zamiast zabrać się za coś konkretnego, postanowiliśmy ruszyć w drogę. Pretekstem był tym razem brak jaj w Lidlu. Kochany chciał sprawdzić automat z jajami u lokalnego farmera, ruszyliśmy więc zieloną prowincją i nasza ciekawość szybko została nagrodzona: jajka free range nie tylko dostępne, ale też tańsze niż w hipermarkecie. Skoro zaś byliśmy już tutaj, gdzie byliśmy, droga do El Paso stała otworem. Pojechaliśmy do 3rd Place na kawę. Nie spieszyło się nam, parking opłacony do jutra, po kawie poszliśmy na spacer Clanbrassil St w kierunku księgarni. Ponieważ Kochany zawsze przy takiej okazji zachodził do pewnego sklepu, zaszedł i dzisiaj. A tam Barkery, normalnie za €310, przecenione do jakiejś przedziwnej sumy. Ach, jestem zadowolona, bo kupiłam Fredowi prezent urodzinowy :) Historia za tą magiczną przeceną jest jednak raczej smutna. Właściciel po 50 latach w biznesie odchodzi na emeryturę, Top Style Shoes został sprzedany innej firmie z tej samej branży; podobno ma być remont, a potem ponowne otwarcie, ale czy utrzyma się poziom asortymentu, trudno przewidzieć. W świecie, który zamienia Stockwell Artisan Foods na Loaf'd, bardzo wątpliwe.

Wróciliśmy do domu trasą nadmorską. Z ociąganiem wzięłam się za papiery i nie zrobiłam za wiele z tego, co zamierzałam. Drukarka odmówiła skanowania, czyli jutro zabieram makulaturę i przekażę ją w takiej formie. Kochany rozmawia przez telefon już z dobrą godzinę; za oknem ciemno; buty są piękne.

środa, 9 kwietnia 2025

1940. Dzień Freda.

Kiedy wczoraj rano stałam na przystanku, zakiełkował mi taki pomysł, że dzisiaj zrywam się świtem jeszcze nieco mrocznym, idę w kierunku morza i witam wschód słońca z herbatką w dłoniach. Coś nie wyszło ;) Wprawdzie obudziłam się mrocznym świtem, ale przewróciłam na drugi bok i zasnęłam na następne dwie godziny.

Inny pomysł: po śniadaniu zaproponowałam Kochanemu, że jedziemy na urodzinowy wyjazd tam, gdzie on chce (sprytek, miałam kłopot z wybraniem kierunku, więc zwaliłam to na męża); mus wyjazd, gdyż pogoda piękna. Mąż postanowił, że jedziemy do zoo oglądać dzikie zwierzęta. Zanim wyjechaliśmy, rozgrzebałam szafy. I tak od dołu: karmelowe barkery, skarpetki w jeże, różowe sztruksy, koszulka polo (wczorajszy prezent mężowski), kamizelka w romby, jasna marynarka, punkowy płaszcz oraz włoski kapelusz, który wisiał, wisiał, aż się dowisiał. Wisienka na torcie: chusta-apaszka, czarna w białe ćmy, czyli nowy prezent mężowski, znowu All Saints. Gdy pakowaliśmy się do samochodu, zaczepiliśmy Katlin. Sąsiadka bardzo pochwaliła wysiłki stylistyczne i zrobiła nam zdjęcie na tle naszego kurnego osiedla :) (raczej filmik, bo się jej coś tam nacisnęło).

Po drodze przystanek na kawę (rozmowa z Andreą). Dalsza podróż ciekawa, zamiast autostradą jechaliśmy bardziej prowincjonalnymi drogami wśród zielonych pastwisk.



Oczywiście, jako że jestem rozpuszczona przez zoo wrocławskie, tego w Dublinie nie ma sensu porównać (może tylko wstęp, też jest dość drogi ;)). Ale jestem zachwycona; dużo zieleni, przestrzeni dla zwierząt, naczelne nie są stłoczone, mogą się schować. Najlepszy był wybieg żyraf i nosorożców, oraz koegzystencja zwierząt egzotycznych z lokalesami (widzieliśmy np. szczura odwiedzającego lemurzą wysepkę i srokę zaglądającą do wilczych domków). Gdybym mieszkała w Dublinie, wykupienie całorocznej wejściówki uznałabym za dobry pomysł. 

Zaskoczeniem było spotkanie z Ka, który miał ten sam pomysł wyjścia na spacer, tylko, że był ze swoim podopiecznym.

Po długim spacerze (łaziliśmy trzy godziny) Kochany zabrał mnie w kolejne świetne miejsce, do Milano w Blanchardstown, na pizzę. Wcinaliśmy w milczeniu, tak nam spacer dał popalić — nie wiedziałam wcześniej, jak byłam głodna (trafiliśmy na dobry moment, brak klientów, więc cisza w eterze).


Ach, i tak, to tu, to tam, przez to w domu dopiero o siódmej. Padam z odwodnienia, nie tak bardzo jak wczoraj, ale zmęczenie znowu mnie dopadło. Ożłopałam się płynów; chciałabym poczytać, ale się jeszcze zobaczy, może zapadnę się w poduchę i tyle.

wtorek, 8 kwietnia 2025

1939. W domu i w ogrodzie.

Wtorek zastał mnie w samolocie, właśnie frunęłam nad Wielką Brytanią; lot bez wydarzeń, choć znowu cwany system Ryanaira wybrał mi fotel pośrodku (na szczęście nikt nie wychodził na siku oraz nie przejawiał dziwnych zachowań, mogłam się skupić na Murakamim, przy czym nad GB już lekko niedomagałam, oczy same się zamykały).

Wylądowaliśmy ledwie pięć minut po zapowiadanym czasie, samolot doturlał się gdzieś blisko granicy, jak nigdy, luzy, przechodzę trasę lotem błyskawicy, że aż zaskakuję Kochanego. Idziemy do Babci, po drodze moja Irlandia:

Przed drugą nad ranem jestem w domu, pod prysznic, do łóżka, nastawiam budzik na kwadrans po szóstej. Kochany wstał dużo wcześniej, ponieważ zaczynał pracę o siódmej; w tym czasie napychałam się jajecznicą; myję zęby, wychodzę z zapasem na wypadek problemów z zamkiem (drzwi zatrzaskują się przy pierwszej próbie), idę na przystanek. A tam piękny, irlandzki poranek bum!

W pracy same trusie. Zostałam na dodatkowe pół godziny, żeby wyjaśnić Saren i Kwietniowej ile zostało zrobione i co trzeba jeszcze zrobić. Dzięki temu witam się, a za chwilę żegnam z Conorem od matmy — okazji do spotkań nie będzie za wiele, jeśli kiedykolwiek.

Po pracy lunch w Moorlandzie i cisnę z buta do Kochanego; jestem na miejscu 40 minut przed czasem, zamawiam kawę, macham wirtualnie do Freda, chwilę rozmawiam z rodzicami, którzy bardzo kontenci turlają się w kierunku domu z nowo zakupionymi grabiami. 

Ogrodowo: w czasie mojej nieobecności rozkwitły Little Princess i narcyzy Delnashaugh. Z choinką niestety kaplica.

W porze obiadowej niespodziewanie zapukała do nas Anna; wróciła po sześciu tygodniach w szpitalu, ciężko z nią było, ale jakoś postawili ją na nogi. Zmieniła się, skurczyła jeszcze bardziej, brak górnej sztucznej szczęki też zrobił swoje.

Prezent od męża: szara koszulka polo Smedleya.

Kochany zjadł obiad beze mnie, po lunchu na mieście nie miałam szczególnej ochoty na nic, a później dopadła mnie jakaś niemoc, leciałam z nóg, więc prysznic i próba łóżka; nie zasnęłam, skrolowałam FB oraz Instagrama, filmiki o znajdywaniu dziwnych rupieci w błocie Tamizy oraz Luke Hamnett zadziałali/ły (yy?) terapeutycznie. Chaos, ale nie poprawiam. Umywalka brudna, ale umyję jutro. Dzisiaj tylko nawadnianie się i głupoty.

poniedziałek, 7 kwietnia 2025

1938. Przed lotem.

Pozwoliłam sobie dłużej poleżakować, wstałam dopiero po dziewiątej. Zjadłam zupę pomidorową, spakowałam się w pięć minut, przejrzałam trochę książek z intencją znalezienia jeszcze jednej do "wypożyczenia". W końcu znalazłam: nieprzeczytane nigdy Ostatnie kuszenie Chrystusa Kazandzakisa. Zaintrygowało mnie, że powieść miała tylko jedno polskie wydanie, w roku 1992. Sądząc z daty na ostatniej stronie, kupiłam ją wiedząc już, że dostałam się na studia, po czym odłożyłam ją na później; książka w idealnym stanie, przemówiła do mnie dopiero teraz, po trzydziestu latach :) Biere.

Mama w pracy; wyjechaliśmy po nią z tatkiem trochę wcześniej, żeby jeszcze raz pójść do Kota na kawę i ciastko. Zanim to nastąpiło był jeszcze Poirot, Appointment with Death (do połowy, bo zdecydowanie nie była to historia na dzisiaj). W mieście padał deszcz, żaden problem, gdy siedzi się w kawiarni. Przy kawie z Kenii (syfon) i ciastku marchewkowym rozkminialiśmy z tatkiem sprawy z przeszłości. Kochany zadzwonił z pracy; jeszcze chwila marudzenia i trzeba było jechać po mamę.

W domu obiad (młoda kapusta), genealogia, powolne dopakowywanie i krążenie. Wyjechaliśmy o wiele wcześniej, głównie po to, żeby we trójkę posiedzieć przed podróżą. W drodze znowu padał deszcz. Na lotnisku zaskakująca cisza, niemrawy ruch, tylko grupka panów grała w karty. Pięć przed dziesiątą zebrałam się do kupy. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że sama samiuteńka byłam na sprawdzeniu bagażu. Nikogo przede mną, nikogo za mną, spokój, więc wszystko przebiegło w zrelaksowanej atmosferze.

Samolot miał być nieco opóźniony, ale teraz nic na to nie wskazuje. Czas lokalny 22:22.

niedziela, 6 kwietnia 2025

1937. Przedostatni.

Ach, rano zupełnie przez przypadek natknęłam się na pierwszy odcinek Robina z Sherwood z Michaelem Praedem. Wielki sentyment.

Temperatura bardzo niska, przed południem z nieba spadł pierzasty śnieg; nie było go dużo, ale sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie, pierzaste, białe ciapki fruwające na wietrze. Zostaliśmy w domu; czas spędziliśmy na gadaniu, szuraniu w genealogii i zerkaniu w odbiornik tv.

Zjadłam pyszny rosół i wyszłam na chwilę pomyszkować w obejściu. Znalazłam stare wydanie Pałacu Myśliwskiego, które zamierzam wziąć do domu na poczytanie i oddanie.

Wieczorem zafascynował mnie dokument Zagadka egipskich hieroglifów i bracia Champollion (2022). Tak się zajęłam rozkminkami umysłowymi, że rozmawiając po raz pierwszy z Kochanym zupełnie nie zatrybiłam, dlaczego wszyscy do niego dzwonią (choć wiedziałam to jeszcze rano). Jeden z plusów wieku: można zwalić na starość. Happy birthday, my love.

sobota, 5 kwietnia 2025

1936. Obiad wychodny.

Byliśmy z rodzicami na obiedzie w Greco (ich gyros jest jednym z niewielu fast foodów, które nieźle toleruję), potem zmieniliśmy stolik, żeby zjeść desery u Grycana. Fred złapał nas na video, gdy już wracaliśmy z Wro.

W domu Columbo, bo wiadomo. Tylko na chwilę wyszłam do furtki, żeby (w zastępstwie taty, który załatwiał jeszcze sprawy na mieście) porozmawiać ze Stefą. Sąsiadka przyszła zapytać o ewentualny konflikt interesów — przybłąkał się do niej ładny kot i jeśli coś o nim wiemy, albo to nasz, to ona się nie będzie do niego przyzwyczajała. Lubię Stefę, choć potrafi bardzo wrzeszczeć; takie mam zawsze wrażenie, że pod tym wrzeszczeniem jest jednak całkiem fajny człowiek (który świeci świeczki za swoje zmarłe koty). Dużo złego spadło na nią w ostatnim czasie.

Poza kilkugodzinnym wyjazdem do stolicy, nic takiego się nie działo. Od rana czuć było wyraźne ochłodzenie, pod koniec dnia zimny wiatr coraz bardziej się wzmagał. Na jakąś godzinę straciliśmy też Internet w domku pod lasem, ale to chyba bez związku z wiatrem (mama wysłała im zawiadomienie; Internet pojawił się pewnie niezależnie od zawiadomienia, mama jednak nie ustaje w wysyłaniu takich treści na chat 💬, słusznie dowodząc, że płaci, więc wymaga).

W łóżku już pańciu Wojciech leży po-kotem.

piątek, 4 kwietnia 2025

1935. Obiboctwa ciąg dalszy.

Obudziłam się dość wcześnie, nic w tym dziwnego, bo mama szykuje się z rana do pracy, więc dźwięków pobudki nie da się uniknąć. Po śniadaniu i sugestii Kochanego, zadzwoniłam do cioci Ksty, rozmawiałam z nią chwilę, ale nie udało się nam zgrać i wyszło, że nie spotkamy się w mieście. Trudno. W południe wyjechaliśmy z tatkiem na włóczęgę: Kot, bazylika, spacer wokół stawów zdrojowych.


Popołudnie i wieczór z dobrym jedzeniem i drzemką w środku odcinka Murder on the Links. Trochę dyskusji bardzo żwawej o genealogii (to u nas zawsze rozpala emocje). Z powodu drzemki poobiedniej jeszcze nie chce mi się spać. Dzień był bardzo ciepły, temperatura przekroczyła 20°C, jutro ma być spora zmiana aury.

czwartek, 3 kwietnia 2025

1934. Spokój i ciepło.

Jak zawsze, pierwszej nocy odkrywam jak tu jest sucho. Nie jest to jakaś suchość nadzwyczajna, po prostu brak morza w pobliżu. Czwartek jasny i nadzwyczaj ciepły (rano wyprałam T-shirt, który do popołudnia bez problemu wysechł na dworze).

Wyskrobałam z paczki resztki zielonej herbaty, zjadłam śniadanie, dokończyłam czytać Filonka Bezogonka Gösty Knutssona (Nasza Księgarnia, 1980) i wyszliśmy z tatkiem na spacer na cmentarz (wczoraj babcia Mania skończyłaby 93 lata). Zaproponowałam też tatce wcześniejszy wyjazd w kierunku Tcy i może wizytę na cmentarzu Hochkirch, potem zabranie mamy z pracy, oczywiście z międzylądowaniem w Kocie.

Tak właśnie uczyniliśmy: ze wsi do Hochkirch, weszliśmy na górkę i tak dalej.

Potem do Tcy na zakupy i na posiedzenie przy kawie oraz spacer okoliczny. Przed trzecią zaszłam do mamy, chwilę czekałam na korytarzu aż skończy. Po trzeciej jeszcze jeden sklep i do domu na obiad. Reszta czwartku domowa, a wieczorem Światła wielkiego miasta (1931) obejrzane do połowy. To jednak nie jest dobry wieczór na kino nieme, ciągle odwracam wzrok, myślę o książce, o napisaniu notatki. Odkładam Chaplina na nieokreślone później.

Spokojny dzień (Kochanym zajęty pracą, potem przestawianiem rupieci, rozmawialiśmy krótko dwa razy); chrapią zwierzęta i ludzie, tatko jeszcze ślęczy w kuchni nad historiami.

środa, 2 kwietnia 2025

1933. Dzień pierwszy.

Pobudka przed szóstą, myję włosy, żeby zdążyć je naturalnie wysuszyć przed wyjazdem z domu. Robię kawę dla Kochanego po siódmej. Zbieramy się, wyjeżdżamy przed dziewiątą, bo jest pomysł, żeby zatrzymać się jeszcze na kawę przy M1. Poranek jasny, ale na horyzoncie mgła morska, góry na Północy zniknęły. Pijemy, robimy sobie zdjęcia; wjazd na autostradę. Jestem na lotnisku tuż przed dziesiątą, Kochany zajeżdża tylko na chwilę niedaleko T1. Od razu idę do kontroli. Coś nowego: skanowanie. Nie pamiętam, czy ekrany były tu wcześniej, ale wiem już, że gumki do włosów w kieszeni spodni widać na prześwietleniu ;)

Na lotnisku nic ciekawego, ale pod wejściem 102 dosiada się do mnie Ordinary Anne, lat 73, bardzo miła starsza pani, która leci do Polski z mężem, bo on lubi zwiedzać, a ona mu towarzyszy, choć tak naprawdę głównie czyta książki w pokoju hotelowym. Ucinamy sobie irlandzki czacik o życiu, bardzo miłe spotkanie. 

Zanim zapakowałam się do samolotu, już się dowiedziałam, że Kochany pojechał do Swords i kupił trzy płyty Kasi Krzaczek po bardzo okazyjnej cenie :D

Wzięłam ze sobą czytnik, więc w trakcie lotu mogłam zacząć czytać Norwegian Wood Murakamiego (oczywiście w plecaku mam też niedokończonego Filonka). O czwartej, po niezbyt przyjemnych ostatnich km, ląduję we Wrocławiu. Na dole pogoda ładna (zaskoczenie po mocnych powiewach na górze). Z dużego miasta pojechaliśmy we trójkę na obiad do chińczyka. Spędziliśmy tam trochę czasu, rozpoznały mnie z tej okazji dwie osoby, była uczennica i jedna z mam zaangażowanych. 

Po obiedzie zjazd na wieś. Witam się z Maciejem. Witam się z całą resztą. Robię zdjęcia śliwce Kaczyńskiego (kwitnie). Robię kawę dla tatki i dla siebie, rozkładam się z ciastem przed tv (płaroty, siesaje nowojorskie). Potem herbaty i herbaty, nie robimy oficjalnej kolacji. Coś tam w międzyczasie drzemię, oczywiście rozmawiam kilka razy z Kochanym. 


Czyli chaos. Nie chce mi się pisać, nie chce mi się myć zębów, ale za to coś bym jeszcze poczytała. Ene due ...

wtorek, 1 kwietnia 2025

1932. Zabłąkańcy.

Glut spłynął, będziem żyli dalej, w szczęściu i pomyślności. Kochany podwiózł mnie do pracy i czekał na mnie po pracy. W Centrum niejako ostatki, jeszcze dwa spotkania w przyszłym tygodniu i szlus z tą karierą. W drodze do domu ... minęliśmy dom i pojechaliśmy dalej. A stało się to za przyczyną taką, że najpierw pomyśleliśmy, że zjemy obiad w Termon, niestety akurat nie było wolnego stolika wewnątrz (tylko parę stolików na zewnątrz, a jednak troszkę zacinało chłodem). Kolejny przystanek: The Glyde Inn. Yyyyyy. We wtorek zamknięte. Freda oświeciło: może do Blackrock. Pojechaliśmy do Blackrock, samochód zaparkowany, było nawet zerknięcie na głęboki przypływ. Poszliśmy na spacer wokół znanego terenu. Nic, same kawiarnie. No to już trudno, przed nami tylko El Paso. Otóż i wylądowaliśmy w Trzecim miejscu na lunchu. Pierwszy raz zamówiłam tam zupę. Bardzo zupowa, kciuk w górę. Oczywiście kawę kupiliśmy, do filiżanek i na wynos. A potem ciągnęliśmy się prowincją bogowie wiedzą po co (odpowiedź: bo już tacy jesteśmy i szlus), aż do ślepej uliczki. Tak, że tak:

Błąkaliśmy się po hrabstwie do czwartej po południu i dopiero w czasie tej niespiesznej podróży spłynęło na mnie objawienie, że w marcu skończył się marzec, więc po powrocie zrobiłam na kolanie marcowy kolażyk:


Ale wcześniej jeszcze odprawiłam się. A później rozmawiałam z mamą. Za jednym posiedzeniem przeczytałam Aleksandra Fredry Piczomirę, królową Branlomanii. Zerknęłam, co mi tam dzisiaj na emilku pracowniczym naprzysyłano. Spakowałam plecak. Postanowiłam, kiedy jutro wstanę. Teraz tylko książeczka i spać.