Strony

poniedziałek, 30 listopada 2020

349. Koniec listopada, o jakże mi nie przykro.

I bardzo dobrze. Mój Kochany wrócił jeszcze przed północą, pospaliśmy godnie, a po śniadaniu pojechaliśmy na spore zakupy. Obydwie sąsiadki (Anna i Katlin) osobno zachwyciły się gołębim płaszczem Freda. Sąsiedzkie pogadanki były o tym i owym, Anna wypytywała, czy wylatujemy do Polski i chyba cieszyła się, że dom nie będzie stał pusty w ten czas, Katlin wyszła do nas ze sconesami, które czekały na nasz powrót. W Północnej od zeszłego czwartku wzięli się za poważny, dwutygodniowy lockdown, tymczasem republika z lockdownu wychodzi w środę, na jak długo, nie wiadomo. W każdym razie można będzie podróżować w granicach hrabstwa, a w piątek otwierają się restauracje. Już dzwonił Ka z pytaniem co tam jak tam. Jeśli nic się nie zmieni, nasz filmowy klub dyskusyjny wystartuje niebawem, a tymczasem zrobiliśmy sobie dzisiaj jego wersję domową — Ciemno, prawie noc (2019) Borysa Lankosza (tego od świetnego Rewersu) na podstawie książki Joanny Bator. Wystawiam oceny na filmwebie, więc chcąc nie chcąc widzę jaką ma słabą średnią. A  mnie się podobał, choć miał za dużo zakończeń. Film oglądaliśmy w towarzystwie Rysia, który pchając się pomiędzy nas bardzo dzielnie walczył o swoją kanapę.

niedziela, 29 listopada 2020

348. Krajobraz z mgłą.

W ciszy szłam sobie i szłam.

Około południa umościłam się wygodnie we fredowym fotelu, z nogami na tapczanie, pod zielonym kocem. Z paroma przerwami, przed czwartą było już po książce, tym łatwiej, że wczoraj doczytałam Pod Mocnym Aniołem do rozdział trzynastego włącznie. Bardzo sprawnie napisał to deliryk, trochę się krygując, że już delirykiem nie jest. Tym chętniej wciągnęłam jego biografię pióra Kubisiowej na listę " do kupienia", tym bardziej też doceniam kunszt scenariusza smarzowskiego, który to Smarzol wytrawnym scenarzystą będąc, nie dał się zwieść.

Rozmowa z Lusią trwała nieomal dwie godziny — co dziesięć minut już prawie szłam pod prysznic, ale tematyka naszego życia romansowego okazywała się zbyt wciągająca.

Zauważyłam na facebooku, że Strajk Kobiet odbył się dzisiaj także w moim rodzinnym mieście, z tej okazji nowa lektura zaraz odpali: Z nienawiści do kobiet, zbiór reportaży Justyny Kopińskiej (Świat Książki, 2018). Pachnąca, czyściutka i mądra czekam na Freda.

sobota, 28 listopada 2020

347. Słowo pisane.

Na jeden raz połknęłam dzisiaj książkę Simony Serce i pazur. Opowieści o uczuciach zwierząt (Marginesy, 2019) z emocjami mieszanymi. Z jednej strony nie lubię zdań typu "był taki badacz", bo ja chcę znać nazwisko badacza. Niucham wtedy copywriting, niuch, niuch. Z drugiej strony podobają mi się przemyślenia o wyrażaniu radości, zabawie, gniewie, mam też na uwadze, że tekst jest zbiorem radiowych gawęd, które brzmiały o tyle lepiej czytane przez samą autorkę. Dodatkowo, książkę kupiłam w zeszłym roku w Tykocinie, w sklepie przy synagodze, i podoba się mi ta myśl.

Rodzice się mają dobrze, mama wynalazła kolejny francuski kredens, a tatko służył Maciusiowi za drapaka. Dzień minął mi błyskawicznie, bez wychodzenia, tylko z machaniem Fredowi na pożegnanie (znowu Belfast, jutro również). Fred miał w nocy paskudny sen, a ja to nie wiem, ale na pewno kręciłam się w ciemności po kuchni.

Szarówka, noc wydawała się zapadać już po drugiej po południu. Na łydkach nadal mam opaleniznę z lipcowej wspinaczki na Slieve Binnian. Z półki wzięłam właśnie Pod mocnym aniołem Pilcha (Świat Książki, 2012) — nawrócenie na czytanie pozwala mi się poczuć mniej bezużyteczną.

piątek, 27 listopada 2020

Postscriptum #346.


Tak moja mama zaczyna dzień — od raportu na temat tego jak (bhp, odpowiednie ubranie) jej pies towarzyszy jej w drodze do pracy.

346. Rhut, rhut, rhut.

Wróciłam po spacerze tuż po dwunastej, spocona jak ruda mysz. Przewidująco ubrana w zimową kurtkę nie przewidziałam, że mój organizm przyzwyczaił się do temperatury 4℃ bez wiatru. Ponownie pożałowałam, że nie wzięłam normalnego aparatu — ze zdjęć kalkulatorem wynika, że przysiadły u nas bernikle jasnobrzuche, zimowi goście z kanadyjskiej arktyki. 

Jako się rzekło, na wybrzeżu stadko gęsi, trochę ludzi, przy zejściu na plażę trzyłapek Cookey przygotowujący się do spaceru ze swoją mamą, w szkole dzieci ryczące tak głośno "Jingle bells", że słyszałam je ze stu metrów przez ściany. Pod domem wpadłam prosto w objęcia męża milusio gawędzącego z Katlin. Fred w czerni i żółci, jak wielki, pluszowy szerszeń z kaszkietem na głowie, czekał na pożegnalny pocałunek przed wyjazdem na Belfast. Pierwotnie miała to być nocka, ale nad ranem szef zadzwonił informując o zmianie planów i małżonek był na nogach dość wcześnie. Anne niepotrzebnie więc wahała się zapukać do naszych drzwi przed wyjazdem. Gdy do niej tekstowałam, była już na lotnisku wyglądającym jak w Langolierach Kinga, gotowa rozpocząć kilkugodziny lot do domu rodzinnego i zaprawiająca się do boju pintą Guinnessa. 

Podbudowana słońcem przelałam symboliczną kwotę na konto ratujemyzwierzaki.pl, żeby pomóc Przystani Ocalenie w zdobyciu zwierzakobusa.

Zakończę dzisiaj ogladanie serii Panny Marple z Joan Hickson — przedostatni odcinek towarzyszył mi przy rozkoszach prasowania i mycia kuchenki, ostatni będzie teraz, gdy czekam na Freda. Długa noc.

czwartek, 26 listopada 2020

345. Dużo myślenia, mało działania.

Dwa spacery z wczoraj kompensują, mam nadzieję, nieruchawość i objadanie się słodyczami dzisiaj. Małżonek wyjechał po siódmej do Dublina, chociaż miał jechać do Dundrum (to w przeciwną stronę jest), i nawet dość szybko wrócił, bo już po drugiej po południu chodził naokoło domu z łopatką i wykopywał chwasty w towarzystwie swojego wiernego, futrzastego giermka. Dobra żona natomiast krzątając się po domu o poranku obejrzała do końca dokument BBC z Lucy Worsley o Bożym Narodzeniu w czasach Tudorów i zanotowała sobie w pamięci, że pani Worsley napisała kilka książek historycznych. Była też wieczorna gawęda z rodzicami do których zadzwoniłam, żeby poinformować tatę o śmierci drugiej teściowej jego brata. Przy okazji taka wymiana zdań z mamą nastąpiła:

— Małżonek czyta książki w okularach progresywnych. Musiałabyś go zobaczyć, jak się rozsiada. Inteligent. Ja za to do czytania ostatnio okulary ściagam, wolę bez.
— Jak ja.
— No tak, tylko, że kiedyś mnie to dziwiło. Teraz już wiem.
— Starzejesz się.
— Starzeję się od urodzenia, ale do tej pory mi to nie przeszkadzało. Mówię ci, wyszłam za mąż rzutem na taśmę.

W toku dnia dwa odcinki Marple, 4.50 from Paddington (1987) i A Carribean Mystery (1989), drugi obejrzany połowicznie z mężem, oddelegowanym na krzesełku obok w charakterze masażysty. Zupełnie już pod wieczór, zainspirowani imieniem kota u pewnego internetowego znajomego, oboje przypomnieliśmy sobie jednocześnie tytuł spektaklu dla dzieci, który nas wzruszał, gdy byliśmy bardzo młodzi. O pięknej Pulcheryi i szpetnej bestyi. Jestem z tych, co natychmiast dłubią i drążą, żeby wiedzieć, więc zaraz dowiaduję się, że reżyser przedstawienia z 1983 roku, Zbigniew Poprawski, zmarł miesiąc temu. Myślę o naszych dziecięcych buźkach, które w dwóch krańcach Polski wpatrywały się zafascynowane w ekran telewizora nic jeszcze o sobie nawzajem nie wiedząc.

środa, 25 listopada 2020

Postscriptum #344.

 Słońce zachodzi nad Oldbridge.



— Widzieliście to?!! Krzyczę do niego: człowieku, uważaj! Ale za późno. Może nie śpiewał tak ładnie jak my, wrony, ale dobry był z niego little paddy.  Jeszcze nie dalej jak godzinę temu o pogodzie rozmawialiśmy. Poor little chap. I po rudziku. Chamie jeden! Ptakożerco! A żeby ci w gardle stanął! Morderca! Morderca!!!


— No i proszę, przez to wronie gadanie straciłem apetyt ...


Cisza w ogrodzie. 



— To znowu wy? Bez oskarżycielskich spojrzeń. La la la la.


Księżyc wschodzi nad Drołdą.

344. Listopad plecień.

Pierwszy raz użyłam krokomierza w drodze nad morze i zostałam poinformowana, że machnęłam 6 tys. kroków. Bardzo miło, na plaży pustki, słonecznie, wróciłam chłodna, ale spacer bez porywów wiatru zazwyczaj odbieram jako komfortowy. Wróciłam na herbatkę z lukrecją, do męża, który skończył pić kawę i nastawił dla nas lasagne do spożycia przed wyjazdem po chleb. Odnowienie licencji programu antywirusowego okazało się proste, wystarczyło wpisać kod gdzie trzeba, zajęło mi to akurat tyle czasu, co parzenie herbaty. Przed wyjazdem z domu Maleńczuk gra Młynarskiego (2017) — płyta wydana już w czasach dobrjnej zmiany, z historycznymi tekstami, a mój borze, jak to brzmi aktualnie.

Zajechaliśmy do Lidla, potem do parku w Oldbridge, gdzie byliśmy świadkami generalskiego polowania ... razem z jedną wroną wrzeszczącą za myśliwym, który uciekał z rudzikiem w pysku. Szkoda ptaszka, kot i tak porzucił go na ścieżce i zajął się innymi sprawami. Może się obawiał wroniej klątwy. Zrobiliśmy kółeczko po walled garden, ja z kubkiem kawy w jednej dłoni i trzymając się chłopakomęża drugą kończyną górną. Wychodząc rzuciłam oskarżycielskie spojrzenie kotu, który zbył mnie po kociemu.

Po powrocie rozgrzaliśmy się herbatami słuchając folku. Dwa spacery nastawiły mnie optymistycznie — dobrze, że mąż ze mną chodzi, jakoś zleci ten listopad.

wtorek, 24 listopada 2020

343. Jeszcze trochę.

Od północy, od momentu, gdy próbowałam zasnąć, prześladował mnie ból zatok. I taką zastał mnie nad ranem mąż po powrocie z Północnej — z głową opatuloną w poduszkę, sapiącą z irytacji. W próbach zaśnięcia nie pomagały masy powietrza do późnego poranka przewalające się nam nad głowami. Nie było bardzo źle, pospałam pomiędzy pobudkami, but still thumb down.

Odnowiłam licencję programu antywirusowego do której system i telefony od nieznajomych ponagłały mnie już od miesiąca (no żebycie się nie zesrali; instalacją zajmę się jutro). Po raz kolejny płacąc kartą kredytową miałam doświadczenie takie, że sugerowano mi przewalutowanie jako bardziej opłacalne, a gdy z niego zrezygnowałam okazało się, że bank chciał mnie po prostu rąbnąć na kilkadziesiąt centów. Ziarnko do ziarnka, jak mniemam. Licencja jest na rok.

Najweselsza myśl z dzisiaj (poza tym, że Fred mnie kocha) jest taka, że za miesiąc o tej porze dojdzie do zimowego przesilenia i dnia zacznie przybywać. Doba od ósmej do czwartej doskwiera mi, więc cieszę się na tę myśl. Bimbamy jak rozespane koty, chleba w domu brak, ale załatwimy to jutro, gdyż dzisiaj rzeczywistość za progiem jest zbyt okrutna.

poniedziałek, 23 listopada 2020

342. Szynki w plasterkach już nie ma.

Tak więc Fred musi na dziesiątą wieczór jechać do Antrim. No i ja się pytam po co, kot się pyta po co. Wiadomo oczywiście po co — żeby były pieniążki na zapas kocich chrupek. Gdyby wczoraj nie było tak słonecznie, napisałabym dzień jak co dzień. Pobudka o 7:20, doing  t h i n g s, i nagle w czasie obiadu o czwartej po południu okazuje się, że za oknem noc. Wieczorem mężczyzna poza domem, w domu bałagan, czyli zrobiła się pora na seans panny Marple, dziś Nemesis (1987). Obejrzałam go podjadając z Rysiem plasterki szynki prosto z opakowania. Ponieważ niczego nie skrywam przed mężem, poinformowałam go o tym szczególe, gdy przed chwilą zadzwonił z Północnej.

niedziela, 22 listopada 2020

341. Imieniny.

Dostałam wirtualny bukiecik od mamy, rozmawiałam też z tatą i babcią Manią. Przed wyjazdem z domu telefonicznie złapała mnie jeszcze teściowa, która przy okazji poinformowała Freda, kto z jego znajomych umarł ostatnio na covid. Gdy wracamy około trzeciej z Oldbridge, małżonek dzwoni do swojej cioci, mojej imienniczki, żeby i jej złożyć życzenia.

Ogród Oldbridge.






Ogród w zimowej poświacie (dzień zaczął się szronem). Posiedzieliśmy trochę na ławce patrząc na skrzące się w słońcu pajęczyny. Różano-kapuściany bukiet czekał w bagażniku aż skończymy (Fred wychodząc z Tesco kupił go dla mnie rzutem na taśmę).

Do obiadu słuchamy Through the Looking Glass Siouxie & The Banshees" (1987) i Treasure Cocteau Twins (1984). Potem Fred idzie na drzemkę zmęczony chłodem dnia, dołączam do niego po gorącym prysznicu. Jeszcze odbieram telefon z życzeniami od teścia. Wracamy do funkcjonowania o ósmej, kochany włącza pierwszą płytę Comy.
___
edit 22:50 Odkryliśmy Cardiacs.

sobota, 21 listopada 2020

340. Uprzejmości, zdjęcia, galasy.

W Polsce nad ranem był przymrozek, który zamienił się w piękny, jasny dzień. Mama jest w dobrym nastroju, ale gdy schodzimy na politykę, pochmurnieje. W kraju-raju codziennie umiera na covid-19 kilkaset osób, a policja chodzi po domach zastraszać młodzież biorącą udział w protestach przeciw nierządowi. Fred chce aplikować o irlandzkie obywatelstwo, dobrze, że o tym myśli. 

Po śniadaniu idziemy na spacer. Pozdrawiamy i jesteśmy pozdrawiani. Chłopak, który zna naszego kota, zaczepia nas klasycznym lovely morning, isn't it? stojąc przed drzwiami swojego domu i paląc papierosa. Dobry chłopak, Ryszard dał mu się kiedyś pogłaskać.









Przed piątą, po powrocie do domu z zakupów (w Tesco jest już mince pie, czyli pachnie świętam), ściągam pranie, które powiesiłam w ogródku po spacerze. Jest zmrok, cicho, bezwietrznie, tylko w krzaczorach u sąsiadki coś kosowatego nadaje. Tak mi dobrze tutaj. Gdy otworzyłam internety okazało się, że online trwa właśnie warsztat w ramach weekendu z kaligrafią hebrajską organizowany przez Centrum Kultury Jidysz. W związku z tym podpatruję zajęcia prowadzone przez Nibme, dzisiaj o otrzymywaniu atramentu z galasów i z Pieśnią nad Pieśniami czytaną po hebrajsku. Wspaniale, że są ludzie, którzy zajmują się takimi pięknymi rzeczami. Poszłam za ciosem i zanurzyłam się w zaległy webinar SWPS-u o wykorzystaniu psychodelików w psychoterapii (z Fidler i Jamrozem). Słabo, za dużo eeeemmmm yyyy aaammm, wątłe umocowanie w badaniach, szkoda.
___
edit 23:10 Na odsłuchu płyta Night Time Killing Joke (reedycja z 2007 albumu wydanego oryginalnie w 1985 roku).

piątek, 20 listopada 2020

339. Żadnej głębi ;)

Jesteśmy szczęśliwi. Za oknem plucha. Fred odpoczywa po kilku dniach pracy, która sama za nim łazi — podczas obiadu odrzucił zlecenia na weekend, bo chce pobyć w domu. Gdy tak siedzimy sobie bardzo kontenci po posiłku w kuchni rozświetlonej lampami (słońce zdążyło już zajść), przypomniało mi się rychło w czas, że dzisiaj jest online premiera Teatru Polskiego w Wawie — Baba-dziwo wg Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Za zł 15 spektakl online, ale grany na żywo, zapowiedziany przez A. Seweryna i Janusza Majcherka. Tekst z 1938 roku i nadal na czasie.

czwartek, 19 listopada 2020

338. Słońce coraz niżej.

Kot wypowiedział wojnę pliszkom — po późnej pobudce znalazłam w kuchni pióra po kolejnej potyczce (pobudka była późna, bo dużą kolację zjadłam wczoraj dopiero o jedenastej wieczorem, po tym jak Fred zaśpiewał w kuchni:

Moje życie jest tak proste jak piosenka ta / Rano wstaję doję krowy, potem idę spać / A gdy wstanę włożę buty, jakiś obiad zjem / Drugi raz wydoję krowy, i znów kładę się)

Po śniadaniu (nikły wiatr) wybrałam się nad morze. Pierwszy raz w tym sezonie ubrałam puchową kurtkę i wykorzystałam klapki od bezpalcowych rękawiczek. Dobrze jest iść przed siebie, nasłuchiwać swojego ciała, gdy myśli przeskakują z tematu na temat nie zatrzymując się na niczym szczególnym. Słońce przechadza się coraz niżej, w bezchmurną pogodę oślepia zaglądając w oczy, a Dublina nie widać na horyzoncie w ogóle, pomyślałby kto, że nigdy go tam nie było. Rozruszałam bolące biodro, porozmawiałam chwilę przez kamerkę z tatą, który akurat w ciepłej czapce na głowie kończył przyklejać kafelki na schodach tarasowych, w drodze powrotnej zaczepiłam zatopionego w swoich myślach, ukrytego za grubymi szkłami Majkela i pomachałam do Uśmiechniętej Kathleen, która przez drogę przedstawiła mnie swojej córce. Wróciłam odświeżona i gotowa na rosół. Małżonek przyjechał z niewidocznego Dublina przed trzecią po południu wzbudzając tym we mnie i kocie entuzjazm. Wir łóżkowego czytelnictwa, przerwany jedynie mężowskim stekiem z kartofelkami, pozwolił mi rozprawić się z pozostałymi pięcioma opowiadaniami Dubliners (Penguin Books, 2000) — ostatni rozdział skończyłam po jedenastej wieczorem, akurat gdy Fred śpiewał pod prysznicem O przyjaźni Bukartyka. Jestem zachwycona.

środa, 18 listopada 2020

337. The regular.

Przed południem Fred potwierdził mi telefonicznie, że głodne kocie, które tuptało naokoło mojego łóżka po siódmej rano, naprawdę nie dostało od niego śniadanka (Rysio lubi trochę wyolbrzymiać te sprawy). 

Nie wydarzyło się nic szczególnego. W trakcie różnych domowych czynności obejrzałam dwa kolejne odcinki Panny Marple z roku 1987 (A Sleeping Murder, który bez lektora oglądało się o niebo lepiej niż w sierpniu, i At the Bertram's Hotel, o wiele znośniejszy od hałaśliwej wersji nagranej 20 lat później), a wieczorem przeczytałam dwie opowiastki z Dublińczyków (Counterparts i Clay). Zbiór opowiadań jest z rodzaju takich, które rozgrzewają moje serce, pełen ważkich drobnostek. Po Clay wzięłam się za tekst o symbolice zawartej w tej historii.

Nadal czekam na męża, który dopiero wraca autobusem z lotniska. Podpiekę łososia, żeby chociaż wieczorem mógł zjeść coś na ciepło.

wtorek, 17 listopada 2020

336. Rozrywki różne.

Obudziłam się, gdy zaczęła mi przeszkadzać cisza w kuchni. 7:40, Fred dziesięć minut wcześniej wyjechał złapać autobus w Drołdzie. Do porannej kawy obejrzałam Murder at the Vicarage (1986), przeznaczając resztę dnia na bardziej intelektualne rozrywki i walcząc z pragnieniem zastartowania kolejnego odcinka tego umilacza. Spacer? Nie. Nieufnie zerkałam w kierunku brzydkich chmur nad lądem, które, jak się później okazało, słusznie oceniłam negatywnie. Z Joyce'a przeczytałam Two Gallants, The Boarding House i A Little Cloud — nie spieszę się, dodatkowo wnikliwe przypisy okazują się równie interesującą lekturą.

W ciągu dnia odebrałam telefon od Ka, który w czasie swojego wolnego usiłował dodzwonić się do Freda. Przy okazji rozmawiamy przez chwilę o tym, co to za heca z nagłówkami w anglojęzycznych mediach o polsko-węgierskim wecie. Ka pyta mnie, co się dzieje w Polsce. I co ja mam mu powiedzieć? Rozmawiałam też z mamą, tu nie ma zaskoczenia, znowu o kredensach. Kolejny, który ją interesował, ktoś sprzątnął jej sprzed nosa. Mama w przeciwieństwie do Ka doskonale wie, co się dzieje i jest mocno przywiązana do myśli któregoś dnia to wszystko pierdolnie. Pamiętam kilka takich sytuacji, gdy przepowiednie mojej mamy się sprawdzały.

Zarejestrowałam się na stronie Deutsch für dich i od razu trafiłam na lekcję na temat niedyskryminujących zwrotów w języku niemieckim. Minuta i rozumiem ideę Gendersternchen.

Małżonek wrócił do domu około dziewiątej wieczór, podgrzałam mu pierogi ruskie, Fred spożywa, nucimy i komentujemy piosenki Bukartyka z płyty O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Myślę o tobie, kiedy to robię ...

poniedziałek, 16 listopada 2020

335. Literatura jest wszędzie.

Przez sen słyszałam nad ranem jakieś kocie pyskówki, Rysiu w tym czasie był zamknięty w domu i wzburzony zajściami biegał od okna do okna. Z Fredem rozmawiam o tym dopiero po ósmej, w trakcie jego przerwy w pracy.

Lektura: Trzy historie z Dublińczyków — od Araby do After the Race. Przelotnie poświęcam kilka myśli wiktoriańskiej pornografii i sprawdzam jak parę ulic w Dublinie wygląda obecnie. W sieci jest nawet strona dotycząca mapowania lokalizacji opowiadań z Dublińczyków Joyce'a. To jest ciekawe :)

Dwuodcinkowy A Pocket Full of Rice (1985) z przyjemnością porównuję z ekranizacją z Julią McKenzie obejrzaną w lipcu. Fred w tym czasie był już w domu i dosypiał noc. Przez kilka następnych dni Miły będzie budził się rano i obierał azymut na Dublin, dwa razy na lotnisko, potem na Grafton Street. W After the Race to ta ulica na rogu której a short fat man was putting two handsome ladies on a car in charge of another fat man. W Bibliotece Narodowej przeglądam fantastyczne zdjęcia miasta z tamtej epoki autorstwa J.J. Clarke'a.

niedziela, 15 listopada 2020

334. Senna niedziela.

Śniłam urodziny mamy — jakby dopiero miały być te, które już były. Przechodziła na emeryturę, co w realu nie miało miejsca, i była bardzo szczęśliwa, a ja z nią. Coś tam liczyłam, ile będę miała lat za ileś lat, ale na jawie widzę, że wychodziły mi liczby bez sensu. Sen był po tym jak przed ósmą Fred obudził mnie swoim przyjazdem z Północnej, otworzył okno i ogłosił powrót mokrego kota. Procedura suszenia kota ukołysała mnie do tego snu :).

Dzień był uneventful, pogodowo na tyle niezachęcający, że myśl o spacerze nawet nie przeszła mi przez głowę.  Po obiedzie małżonek stargany nocną szychtą zosiadł błogo przed laptopem, a ja z przyjemnością obejrzałam A Murder is Announced (1985), doskonałą adaptację Miss Marple z Johnem Castle. Jutro znowu zmiana zmiany i początek pracy o pogańskiej godzinie — Fred musi wstać po drugiej nad ranem, żeby dotrzeć na czas do Dublina ...

sobota, 14 listopada 2020

333. Psia pogoda.

Właśnie kończyłam oglądać drugą część The Moving Finger (1985), gdy otrzymałam taką wiadomość: 

— I just baked some onion rolls — would you like some?

Więc piszę Kaś MatkaKotom, że ludzie są tu tacy mili, jakby byli naćpani. A rzeczone onion rollsy Anne przyniosła za minutę. Jeszcze ciepłe bułeczki w półmroku wyglądały tak:


Fred pojechał do Antrim na dziesiątą wieczór, zanim je dostałam. Ryś zwlókł się z tapczanu i po fotelu wgramolił za roletę, żeby odprowadzić samochód wzrokiem aż do zakrętu. Cały dzień był nie w humorze, bo wszystko nie tak. Współodczuwam. Pół dnia okropny wiatr i deszcz równie paskudny, drugie pół niewiele lepiej. Rano rozmawiałam przez kamerę z mamą — temat kredensów nie ma końca, są do kupienia dwa podobne, z międzywojnia — za dużo gadam, nie pomogłam, mama musi zdecydować sama. Po bułeczkach rozmawiałam jeszcze chwilę z Anne na fejsie — jest na kwarantannie przed wyjazdem do Stanów, po powrocie znów kwarantanna, tak więc nasz wspólny urodzinowy obiad z października odbędzie się w roku 2021. I jeszcze rozmowa z Luś o ciężkim losie studenta online hispanistyki nowadays oraz ogólnie, o życiu. Reszta wieczoru dla mnie. Prysznic i zeszyt z nazwiskami przodków.

piątek, 13 listopada 2020

332. Piątek, trzynastego.

Od kilku dni wzmaga się mój ból zatok, takie powolne, wewnętrzne grzebanie, które powoduje, że budzę się zaglucona. Problem powraca od wiosny, a dzisiejszy dyskomfort jest pewnie związany z tym, że wczoraj na plaży szłam pod wiatr. Nie ma na to idealnego rozwiązania, antybiotyków nie chcę i wezmę to na przeczekanie, na tyle na ile mogę. Jeśli przestanie mnie głowa napierdalaćniczać, może zacznę używać wody morskiej, na razie jestem w złym nastroju i zabijam oddechem.

Małżonek podpisał nową umowę z naszym dostawcą internetu, zlikwidował telefon stacjonarny, który i tak się psuł, i ma na to konto zgrabniutkiego iphone'a — obsłużył go duży, rudy Ciarán w wieku średnim z długą, zadbaną brodą, równie rudą jak cała reszta dużego Ciarána. "Ciaran" po irlandzku oznacza "little dark-haired one", just so you know ;). Bo pojechaliśmy na zakupy do Drołdy i m.in. na pocieszkę kupiłam sobie w Bootsie dwa lakiery do paznokci, kolory 42 i 514 firmy Essie, którą bardzo lubię. Chciałam kupić Fredowi golarkę i nawet za nią zapłaciłam, ale okazało się, że na magazynie nie ma już żadnego egzemplarza. Zwrot pieniędzy dostałam do ręki, zamiast na kartę, ale nie robi mi to żadnej różnicy. W ogóle, nawet z bolącą głową jestem z rodzaju zgodnych klientek, które po prostu pragną radości i pokoju na świecie, chociaż są tacy, którzy przeciągają tę strunę — gdy wróciliśmy do domu, na podłodze w kuchni znowu zastaliśmy spory stosik czarnych piór. Ryszard potraktował sprawę z nonszalancją. Nic nie wie, bo go tu nie było.

Tak więc paznokcie u rąk mam w kolorze czekoladowym. Obejrzeliśmy do końca Obrazy bez autora (2018) i mam kłopot z oceną tego filmu. Główna postać artysty bardzo spaskudzona w scenariuszu, ale film mówi kilka ważnych prawd i po seansie rozmawiamy z mężem o roli sztuki w życiu. Paznokcie u stóp będą zaraz w tym drugim kolorze, różowym brokacie (odrósł mi paznokieć środkowego palca lewej stopy, który straciłam w marcu, rewelacja!)

czwartek, 12 listopada 2020

Postscriptum #331.

Pogoda ma wahania nastroju. Podjechaliśmy na krótki spacer po plaży, wiało nieco za bardzo, wróciliśmy więc do samochodu przez parking z turystycznymi przyczepami, pisałam już chyba, że lubię to miejsce po sezonie. Po powrocie do domu zawinęłam naleśniki, które upiekłam przed wyjściem, i w ten sposób na obiad były wigilijne krokiety z barszczykiem Krakusa. Fred położył się po obiedzie spać, a mi wypadło, że dwa razy rozmawiałam z mamą, bo obie zapaliłyśmy się do genealogii. Na tym zajęciu zeszło mi popołudnie aż do zmroku. Od nowa zacznę tworzyć linię prapradziadka ze strony taty, przyjmując do wiadomości, że nic nie wiem.

331. Poranek.

— Noc się zabrudziła dniem, poetycko oświadczyłam mężowi jakoś po tym, gdy mi powiedział, że w czwartek też mnie kocha. Dzień zapowiada się na przyjemny. Mewy jeszcze nienaoliwione skrzypią nad Judżinem, gdy zaparzam pierwszą herbatę. Słonko właśnie wzeszło tuż nad domami osiedla przy Kirku i teraz pierwsze promienie padają na dom Judżina i trawnik przed nim, tam gdzie przed chwilą dwa gawrony zastanawiały się, czy ryzykować konfrontację z dwiema larusami srebrzystymi (młode, w pierwszym zimowym opierzeniu) nad starym pieczywem. Witaj, dniu :)

środa, 11 listopada 2020

330. Dzień Niepodległości.

Wiatr i coraz gęstszy deszcz naganiany nad nasz zakątek przez niż nad Atlantykiem — tak jest w zasadzie od nocy. Siedzimy więc w domku we troje, Ryś wyszedł tylko na chwilę i zamókł mu ogon, który matka musiała osuszyć papierowym ręcznikiem. O tej porze mrok gęstnieje. Szybko. Pod pretekstem prasowania obejrzałam pierwszą część klasycznej Panny Marple z lat 80-tych, której kawałek widziałam w lutym. The Body in the Library (1984) w trzech odcinkach, naprawdę perełka, poza tym w oryginale ogląda się to jakoś inaczej, wznioślej. Wersja z McEwan jest wystawniejsza, szybsza, za to Marple grana przez Hickson ma w sobie brytyjski dowcip, patynę i grozę. Fred doczytuje książkę, ja też się pewnie złapię którejś z napoczętych lektur.

11 listopada w Wawie, jak to się dzieje od kilku lat, na ulice wyszli faszyści, a purpuraci w świątyniach gulgoczą homilie przed przedstawicielami władzy, która wykorzystuje każdą okazję, żeby podlizać się ołtarzowi. Gulgoty są potem cytowane przez portale informacyjne, jakby zawarte w nich słowa miały sensowną treść. Daleko od tej specyficznej zawiesiny, u nas na obiad będzie Fredowe spaghetti, potem rozmowa, być może wieczorem film.
___
edit 21:20 Próbowaliśmy z filmem — przez godzinę oglądaliśmy Obrazy bez autora (2018) von Donnersmarcka, ale internet tak rwał, że zdecydowaliśmy się przenieść resztę na jutro. Film jest długi (trzy godziny) i wymaga skupienia. W tym czasie Rysio kilkakrotnie z fotela wchodził na parapet zasłoniętego okna, tylko mame, trzym fotel, roletę to ja sam, to trzymałam, bo fotel jest obrotowy. Wiatr nareszcie ustał. Jeszcze nie idziemy spać. Na razie zielona herbata, prysznic, lektura, Fred ślęczy nad tekstem.

wtorek, 10 listopada 2020

Postscriptum #329.

Przez większość dnia ciemne, niskie chmury, takie, jakie czasem śnią mi się w koszmarach, wisiały nad naszym wybrzeżem, było za to dość ciepło i bezwietrznie. Potrzebny był nam świeży chleb i kawa w ziarnach, gdyż mam w domu smoka kawowego, pojechaliśmy więc do Drołdy. W Lidlu nie było ulubionej kawy Freda (Zambia), stąd mamy trzy różne paczki z Tesco do testowania, w tym ziarna Costy. Wycieczka była krótka i konkretna, wróciliśmy drogą nadbrzeżną i po zjedzeniu rosołu obejrzeliśmy głośny już reportaż TVN-u Don Stanislao. W związku z tym wiele przemyśleń, w tym i to, że taka jest hierarchia kościoła jacy jego członkowie. Mało kto faktycznie wierzy, za to wszyscy pchają się do sakramentów, bo to nawiązuje relację z wielowiekową zabobonnością narodu, a potrzeba kultu jednostki jest po prostu normą obecną w domu, w szkole, w pracy. Dziwisz, chłopak z Rawy Wyżnej, liczba ludności ok. 4 tysięcy. Uczony tego, czego uczono nas wszystkich. Żeby być skromnym. I on jest skromny.

327-329. Odpoczynek.

Niedziela.
Nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Poranek był więcej niż miły, a ja pachnąca szamponem. Na spore zakupy wyjechaliśmy pod wieczor, mamy prowiant na kilka zachcianek w dniach najbliższych: rosół, krokiety z pieczarkami i barszczem, naleśniki na słodko, sałatkę jarzynową. Załapaliśmy się na stanie w kolejce przed Tesco, na szczęście pogoda była całkiem w porządku. Wieczorem wspólny seans z Ninateki, odrestaurowana cyfrowo Lekcja martwego języka (1979) Majewskiego z Łukaszewiczem. Muzyka trochę zbyt łopatologiczna, ale to bardzo pięknie sfotografowany film.

Poniedziałek.
Fred powoli dochodzi do ładu po długich dniówkach i zmianach czasu pracy z dziennego na nocny. Bardzo mnie cieszy, gdy mogę mu rano zrobić kawę wiedząc, że cała reszta dnia jest tylko dla nas. Po śniadaniu i kawce wczesnym popołudniem podjechaliśmy na wiejską plażę gotowi na zmierzenie się z deszczem. Leciuchno popadało na nas tylko na początku. I tak szliśmy sobie opakowani goretexem, szczęśliwi. Po powrocie zagadnęłam do mamy w temacie odwiecznych poszukiwań nowego-starego kredensu i paczki, która właśnie przyszła z Empiku. Rodzice akurat wrócili z zakupów z zapasami różnych dóbr na wypadek tego nieszczęsnego lockdownu w Polsce. Podtrzymują dobry humor opowiadając o zwierzakach i meblach. Po południu kuchnia pachniała rosołem (już jest w zamrażarce), zrobiłam też sałatkę. Słuchaliśmy dużo dobrej muzyki na yt, Bowie, Iggy, Nick. Aż musiałam poczekać z zapytaniem, czy małżonek chce groszek do sałatki, czy nie, bo małżonek się wzruszał muzyką. Fred umył później naczynia nucąc piosenkę o marszałku Koniewie Piwnicy Pod Baranami. Wieczórem obejrzeliśmy Zmory (1978) Marczewskiego, ponownie na Ninatece. Stąd rozmowy do późnej nocy, które zastały nas we wtorek.

Wtorek.
Poranek, pierwsza zielona herbata, zaraz zjem sałatkę. O tej porze zazwyczaj przeglądam obserwowane blogi, właśnie słucham Stacey. Fred jeszcz śpi. Ryszard został wypuszczony po szóstej. Nie wiem kiedy wrócił, ale wiem, że skorzystał z otworzonego okna. Gdyż dzisiaj w kuchni była pliszka, a raczej to, co z niej zostało. Dzień dobry, dniu.

niedziela, 8 listopada 2020

Postscriptum #326.

À propos wyborów, takie porównanie okładek der Spiegla mnie rozbawiło:

sobota, 7 listopada 2020

326. Zimowe kapcie.

Właśnie w nie wskoczyłam. Niby ciepło, ale nie ma się co oszukiwać. Mój spacer był po tym, jak wrócił Fred, dzisiaj naprawdę późno (9:40) i skonany. Z kolorów dominuje jasna szarość przez którą prześwieca trochę słońca, w wieś wpływają strzępki morskiej mgły. Kochany, śpiący teraz jak mops, zrobił małe zakupy spożywcze, więc dzisiaj darujemy sobie wieczorny wyjazd do miasta — niczego nam nie brakuje.
___
edit o poranku dnia następnego: nie działo się nic takiego poza tym, że mąż wstał wieczorem i zrobił swojej leniwej żonie późny obiad. W głośnikach pierwsza płyta Voo Voo. Gadaliśmy, ale my zawsze gadamy, nawet trochę o polityce zagranicznej, bo ogłoszono nareszcie, po wielu dniach, że wygrał Biden. Nie znam go, więc raczej cieszę się z porażki Pomarańczowego, bo to daje nadzieję na schyłek rodzimych cudaków. Anne w końcu może odetchnąć z ulgą — nasza jogo-wege sąsiadka z pewnością nie jest letnia, poglądy ma wyraziste i czekała na ogłoszenie oficjalnych wyników ze starganymi nerwami.

piątek, 6 listopada 2020

325. Niespodziewany prezent.

Właśnie wcinam owsiankę z bananami, ręczniki suszą się w słońcu, po powrocie z plaży na kwiatku przed domem zauważyłam nawet jednego spóźnionego motyla.

Bo jest tak — prognozy zapowiadają nam w najbliższym czasie pogodę arktyczną, tymczasem dzisiaj wstałam do babiego lata. Fred nadjechał z pracy o dziewiątej, w tym czasie jadłam śniadanie, i gdy mąż układał się do snu, ja ręczniki hops do pralki i wyszłam na spacer. Po wczorajszej infekcji nie ma na razie śladu (poszłam spać niecodziennie wcześnie i chyba to pomogło mi zregenerować siły). Z plaży po prostu nie chciało się schodzić, niektórzy spacerowicze wybierali się na Głowę, inni korzystając z odpływu przeprawiali się do Termon, i tak jak mówił Fred, na horyzoncie zniknęło to wielkiej coś, co straszyło na nim od jakiegoś czasu. Słońce, lekki wiatr, w powietrzu rozrzutnie z 12 stopni. Gdybyż można było tę aurę zatrzymać choć na kilka dni!
___
edit 19:30 Przed chwilą Fred wyruszył po raz ostatni w tym tygodniu do Północnej. Strasznie mnie gniewa, że podwozi dziś do pracy znajomą Chinkę. Jest lockdown, nie możemy wchodzić do domów obcych ludzi, tymczasem ktoś kto nie ma samochodu pcha się do pracy codziennie w innym pojeździe, zamiast iść na (bardzo solidny) zasiłek covidowy. Za bardzo kojarzy mi się to z "niezbędnymi" koleżankami, które zaglucone bakterią przychodziły do szkoły w poczuciu misji, żebym ja też mogła jej skosztować (i bakterii, i misji). Chinka podobno mała. Mała czy niemała, ma się opakować w maskę. 

Ostatnio nie oglądaliśmy wspólnie filmów, bo (poza brakiem czasu) wysiadł głośnik, który przez bluetooth podłączaliśmy do komputera. Rano mąż przywiózł nowy, Akai, malutki, ale ma swoją moc, zobaczymy jak się będzie sprawował. I dostałam też od Freda prezent niespodziewany — lniany, szary żakiet DKNY w różowate prążki, już na przyszły, ciepły sezon. Czyli jak w tytule dzisiejszego posta, chociaż tytuł nie był o tym :). Poza tym w ciągu dnia rozmawiałam z mamą, która znowu pracuje zdalnie w tym syfie, który się zrobił w Polsce. Uprzedziłam ją o dużym zamówieniu z Empiku zmierzającym już w ich kierunku. 

Kot grzecznie śpi w łóżku na miejscu Freda. Ja chętnie obejrzałabym kolejny odcinek Campiona, bo druga część, którą widziałam wczoraj, dwuodcinkowa Police at the Funeral, okazała się o wiele bardziej zachęcająca od pierwszej. Tyle, że w sieci jest tylko Mystery Miles, dwupak kończący cały serial. What a disgrace! No trudno ;)

Soundtrack dnia: The Time, Możdżer-Danielsson-Fresco (2005).

czwartek, 5 listopada 2020

324. Brrrr.

Fred właśnie wyjechał do pracy w Północnej, kończy o siódmej rano, jutro podobnie, dwie noce spędzę z Rysiem. Nie wyściubiłam nosa z domu przez cały czwartek, jeśli nie liczyć tęsknej inspekcji stanu kwiatków przed domem (astilbe w dużej części już wyłysiały, narożna lawenda ostatecznie dokonała żywota, nadal bardzo ładnie trzymają się młodociane hortensje). Od rana mam lekkie zapalenie gardła i słabo się czuję, więc piję, jem i baluję. Pogoda jest ciut cieplejsza niż w ostatnich dniach (moja strata), dom się jednak nieco wychłodził i Fred o stopień podniósł temperaturę w termostacie. Na wieczór/noc przewiduję lektury, serial i podgrzewane łóżeczko.

środa, 4 listopada 2020

323. Wczesny początek.

Było gdzieś przed siódmą, gdy zaspana jak zimowy świstak dostałam buzi i Fred wyfrunął do Północnej z plecakiem i pracowniczą mycką na głowie. Nie mogłam już spać. Wrzuciłam pranie do pralki, przeczytałam kilka wierszy Bursy z Dzieł (prawie) wszystkich Znaku i nastawiłam wodę na spaghetti. Na śniadanie będzie pesto i pierwszy odcinek (w zasadzie dwupak) starego serialu kryminalnego Campion (1989-90). Poranek jest na razie niesamowicie jasny, klarowny, dojmująco zimny, taki jak czasami zdarzał się na zachodzie Polski, gdy wychodziłam na przystanek. Zdecydowałam, że tom Bursy w najbliższym czasie doczytam do końca. Nie zdecydowałam jeszcze, czy pójdę na spacer po śniadaniu
___
edit o poranku dnia następnego: to się chyba nie stanie regułą :) Po południu nie działo się nic szczególnego. Na spacer faktycznie nie poszłam, a Fred wrócił aż przed ósmą, nawet się trochę martwiłam. Anne przygotowywała się do oblewania/żałoby po wyniku wyborów prezydenckich w USA już we wtorek, tymczasem kuriozalny klincz pomiędzy Pomarańczowym i Bidenem trwa do teraz.

wtorek, 3 listopada 2020

322. Rześki poranek.

Właśnie wróciłam z godzinnego marszu do plaży i z powrotem, pogadałam z kotem i dałam mu drugie śniadanie (czekał na mnie grzecznie w domu, choć zostawiłam mu otwarte okno), a teraz czarna herbata z miodem. Policzki mam nadal zmrożone, pomimo oślepiającego słońca w powietrzu jest odczucie mokrego chłodu i poranna deszczówka krzepnie na chodnikach. Nad morzem pustki, statki przy wejściu do rzeki czekają na przypływ, dziwna konstrukcja na północno-wschodnim horyzoncie nadal stoi w tym samym miejscu, a morze wyrzuca świeże, jeszcze niewypolerowane piaskiem muszle, takie jak ta:

__ 
edit o poranku dnia następnego: tego dnia po spacerze porozmawiałam też dłużej z tatą i babcią, która tęskniąc rozsądnie mówi, żebyśmy nie myśleli o przyjeździe, bo zaraza. Pod wieczór, oglądając niezbyt porywający webinar SWPS-u o słowiańszczyźnie, wyprasowałam co nieco; Fred załapał się akurat na końcówkę rozmowy, z drobnych przyjemności mogłam mu zrobić obiad. Jest bardzo wyczerpany zmianą czasu pracy. Może dzisiaj będzie czuł się lepiej.

poniedziałek, 2 listopada 2020

321. Pierwszy poniedziałek listopada.

Mój najmniej ulubiony miesiąc. Deszcz-słońce-chmury i deszcz. Tak ma się rozkład dnia na tę chwilę. W zasadzie już byłam gotowa do spaceru na plażę, ale zakreśliłam tylko kółko po osiedlu zaniepokojna coraz gęstszym kapuśniaczkiem pocinającym z nieba. Zamiast tego zrobiłam 100 przysiadów i sałatkę ziemniaczaną z jabłkiem i porem oraz dokończyłam ostatecznie serię szerlokową z Brettem. Mam nadzieję, że Fred wkrótce wróci z pracy, tym razem ma kilka zleceń o ludzkiej porze, nadal w Północnej.
___
edit 22:50 Zaczęłam czytać wydanie Dubliners Joyce'a (Penguin Books, 2000), które kupiłam w lipcu w stolicy. Nieźle opracowane, kartki pachną jak w książkach mojego dzieciństwa, pierwsze podejście było przyjemne. Fred wrócił z bukietem róż i jeszcze będąc w mundurze złożył urodzinowe życzenia swojemu tacie, po czy zabrał się za robienie nam obiadu. Zjedliśmy steki. Małżonek zmyka spać, kot też, ja jeszcze suszę włosy.

niedziela, 1 listopada 2020

320. Tutaj.

Na kota czekałam, literalnie, do północy — usłyszałam o tej porze łapki istoty wskakującej na parapet z zewnętrznej strony okna. Gdy wstałam sprawdzić, Ryszard akurat przeskoczył na pokrywę śmietnika i intensywnie patrzył w kierunku wschodzącego księżyca, widocznie musiał powiedzieć narta duchom, które się za nim przywlokły do naszego ogródka. Zawołany, ucieszył się i energicznie wlazł do domu, pewnie miło spędził halloweenowy wieczór. Fred wrócił o spodziewanej godzinie i miałam dla niego taką radosną nowinę, że kot był nie zaginął z zapaleniem płuc jak ostatnio. Teraz oboje śpią w jednym łóżku, wchodzę do sypialni, a tam dwa chrapiące ryjki w fazie nrem :)

Nie brakuje mi 1 listopada w Polsce, od wielu lat z rodziną święta były ostrożne, spokojne, nasze. Teraz jestem tutaj i jest dobrze. W naszej Irlandii to pierwszy dzień zimy; pierwszy sztorm sezonu, Aiden, wysztormia się do pusta. 

Wróciłam do zapisywania tego, co robię, bo bardzo potrzebuję ustrukturyzowania dnia, ewaluacji, coraz bardziej się ze wszystkim rozłażę, niedługo zrobię się gnuśną, starą babą. Mam niby-bullet journal, stary zeszyt w którym zapisuję jakie mam nawyki. Cieszy mnie pisanie piórem.

A Szerlok u mnie na wykończeniu. Wczorajszy odcinek, The Golden Pince Nez, był wspaniale zagrany, Brett miał jakby więcej wigoru, chwilami powróciła zalotność postaci z dwóch pierwszych sezonów. Czekając na przebudzenie męża, z okazji święta zmarłych zapewne pochłonę dwa kolejne odcinki.