Strony

sobota, 31 grudnia 2022

1111. Ładny numer ;)

Dzień zapowiadający się na bezwydarzeniowy, na początku przy śniadaniu zrobiłam taki kolaż z randomowych zdjęć grudniowych:


To w zasadzie nie jest prawdziwy kolaż, ale tak to nazywają, więc niech będzie. Ulżyło mi trochę, że Ryszard zjadł śniadanie, 2/3 saszetki. Wypuściłam go, żeby zażył trochę ruchu, pojadł trawki. Kochany wrócił przed dziewiątą i nadal śpi (kot do niego dołączył).

Jeszcze przed południem zadziała się dziwna akcja z sadzeniem tulipanów. Wyjrzałam bowiem przez okno na ogródek i zauważyłam, że w podłużnych doniczkach szaleją grube, zdrowe kiełki (co tam kiełki, toż to kły!) narcyzów. A biedne queenslandy nadal nie wysadzone! Wyszłam więc w domowych spodniach (w jeże) i lisim szaliku (od rodziców) na mżawkę i wysadziłam cebule do dwóch starych, brzydkich donic (z braku lepszej opcji). Naści, rośnijcie. Zajęło mi to od 5 do 8 minut i dla osób postronnych musiałoby głupio wyglądać (osób postronnych nie widziałam, sąsiedztwo w głębokiej śpiączce świątecznej). Przy okazji ślizgania się na rozciapanej brei zauważyłam, że (chyba) jest ciepło. I już nie mogłam nie pójść na ostatni w tym roku spacer nad morze (w drodze poczułam, że jest raczej trochę zimno, ale decyzja została podjęta, więc nie mieszajmy).


I bardzo dobrze. Akurat, gdy dochodziłam do morza minęłam Larry'ego z jego mamą. Cieszę się, że nadal żyje (nie widziałam go już szmat czasu). Zima przynosi na wybrzeże różne dary, w tym roku duże muszle. Robię zdjęcie i odkładam, bo czuję, że krabom przydadzą się bardziej. Oczywiście czasami trudno jest je zostawić w spokoju:


Ale z tym kawałkiem kwarcu to się już nie krępuję, ląduje w lewej kieszeni:


W drodze powrotnej mgła zamieniła się w intensywną mżawkę i wracałam do domu z wodą kapiącą mi z daszka czapki. W taki sposób stało się południe i była kawa południowa (dopiero wczoraj zauważyłam, że dripper idealnie pasuje do mojej filiżanki i mam lepszą opcję niż parząchew). Miałam szczęście, że nie wyszłam kwadrans później, bo wracałabym w regularnym deszczu. Szaro, mokro, sennie.
___
edit 16:30 Kochany został na dobre rozbudzony telefonem od Ka, przyjaciel wybiera się jutro z rodziną do Polski, ale chciał jeszcze porozmawiać z kimś normalnym o rzeczach dziwnych i ulotnych. Zjedliśmy po lidlowskiej zupie i dopiero wtedy powoli doszła do nas świadomość, że jutro sklepy są zamknięte z okazji na okoliczność, więc jeśli pragniemy coś na obiad, wypada upolować to teraz. Fred szykuje się do rajdu sklepowego. A tak w ogóle to Benek the Pope umarł. Poświęciliśmy kilka chwil na analizę jego osoby i Fredowi przypomniało się, że dzisiaj mija 7 lat od śmierci kuzyna. 
___
edit 22:00 Fred wrócił ze sklepów z prowiantem i bukietem róż. Kontakty różne: rozmowa była z moim tatą, rozmowa była ze Stu (Fred ma teraz zamówienie od bratanka, że ma mu zagrać na "szalonej gitarze", cokolwiek to znaczy). Rysio nadal mnie martwi, bo jak zjadł rano, tak ponownie dieta odchudzająca (a to nie jest normalne u tego kota) i wydaje się mieć objawy podobne do sytuacji z września (ech). Obejrzeliśmy Śniegu już nigdy nie będzie (2020) Szumowskiej. Ma klimat. Chyra wielkim aktorem jest. To teraz chyba pizza noworoczna ;)
___
edit 00:05 I tak z Gotta Feeling i herbatami przywitaliśmy nowy rok. Ale potem już Buzzcocks ...

piątek, 30 grudnia 2022

1110. Perturbacje pierwszego świata.

Za oknem długo było szaro, padał deszcz, rozpogodziło się znacznie później i dla odmiany pojawił się nieprzyjemny, silny wiatr. Fred wrócił z pracy o trzeciej i położył się spać, więc poranek miałam cichy, przy własnej kawie i pojedynczym śniadaniu. Dopiero teraz zauważyłam, że dostaliśmy prezent od Juliji, zestaw śniadaniowy (kubek i miseczka z pingwinem, bardzo na czasie). Południe minęło mi nie wiem kiedy ... tak się wkurwiłam. Po pierwsze zauważyłam, że MyHeritage bez wcześniejszego porozumienia pobrało mi z karty grubsza sumę pieniędzy, poza tym przez godzinę kombinowałam jak zlikwidować konto Orange bez wychodzenia z domu. To drugie okazało się proste, choć oczywiście na stronie operatora nic o tym nie piszą. Sytuacja z MyHeritage podminowała mnie bardziej, bo genealogia to mój konik i wcale nie miałam zamiaru się z nimi rozstawać. No trudno, frack yourself! Po tych przygodach finansowych i rozmowie z kretynką z Orange'u, trudno mi było wyjść z absmaczku. Na dodatek mięso, które miało być na obiad, okazało się mieć rozszczelnione opakowanie, czyli wyszło ze świeżości. Opatuliłam się w sąsiedzkie prezenty (przypominam: czapka i szalik) i poszłam do Katlin oddać jej miskę i talerz w których było jedzenie dla naszej cat sitterki. Otworzył mi Ethan i zostałam przez niego zabita strzałem z broni, zanim zdążyłam mu powiedzieć, żeby nie robił tego przed obiadem, bo kartofle się mi w domu gotują. Pod wieczór trochę lepiej, w końcu się najadłam (jak mnie szał ogarnia, zapominam o odżywianiu umysłu; Kochany sam zrobił zakupy) i żal po MyHeritage powoli zaczął mi przechodzić. Miałam robić dzisiaj co innego, ale fuj z tym. Przysłano mi właśnie potwierdzenie, że pieniądze pobrane z mojego konta zostaną zwrócone. Gra pierwsza płyta Maanamu i Szał niebieskich ciał. Wydra będzie miała na imię Faustyna.

Ej no, co tam robicie?
___
edit 22:30 Fred znowu w pracy na bardzo długo. Obejrzałam ostatni odcinek Midsomer z szesnastego sezonu i się martwię o kota. Ryszard większość dnia spędził w domu i nic nie jadł (co jadł w krótkim czasie poza domem, tego nie wie nikt). Bardzo to niepodobne do naszego obżartucha. Czyli jednak ten piątek jest jakiś takiś garbaty. 

czwartek, 29 grudnia 2022

1109. Podróż z wydrą.

Pobudka o szóstej, zielona herbata, jajecznica zrobiona przez mamę. Poszłam na podwórko poklepać po głowie Gosię. Malinka coraz bardziej głucha, reszta dobytku jak zawsze (tylko Maciej kicha od dwóch dni). Potem trzeba było zastartować rodzinnie (spokojnie, na lotnisku nie obyło się bez tradycyjnych już używek i krłasantów posypanych cukrem pudrem, gdyż posiedźmy przed podróżą).

W strefie bezcłowej przyszło mi nagle do głowy, żeby kupić pluszaka. Z różnych zwierząt wybrałam ... wydrę. Niech nikt nie pyta po co, bo nie wiem i pewnie zostawiłabym wydrę w spokoju po rozważeniu za/przeciw, gdyby nie kolejka. Kolejka do kasy długa, przede mną ok. 10 osób, wszystkie kupowały przynajmniej jedną flaszkę alkoholu, a przy kasie dobierały paczki papierosów. Za mną zaraz ustawiło się kilkoro rodaków z podobnym nabytkiem, paru innych manipulowało towarem na półkach pobrzękując szkłem. I tylko ja tą z wydrą. Metafora mojego życia, myślę sobie, wydra jedzie ze mną.

Ach, jeden mały pasażer (zauważyłam go podczas kontroli celnej) podróżował z lwem. Miał z 3 lata, czyli jeszcze rokuje. I żebyś tak nie skończył, zamówiłam, żebyś nie stał w kolejce po wódkę i dozwoloną ilość fajek, jak ci biedacy dla których nie ma już ratunku. Niech mu się spełni, małemu.

Lektura na podróż: Platon Leśniaka (Wiedza Powszechna, 1993), pewnie moja ostatnia książka w tym roku. A wędrówka raczej flegmatyczny, między pasażerami wolne miejsca, podczas wylotu na horyzoncie wyraźnie widać było Ślężę, w trakcie lądowania nawet lepiej widoczny był półwysep Howth. Zaskoczył mnie jedynie mocny, dubliński wiatr, pewnie na zmianę.

Chwilę czekałam na Kochanego, który szukał miejsca do zaparkowania, potem w drodze do domu zatrzymaliśmy się w Il Forno, żeby zjeść obiad. W kuchni dźwięki Fort BS Lekcja historii (2008), jednej z płyt, które przywiozłam z Polski. Fred nie dosłuchał jej do końca, wypastował tylko glany i już musiał pomknąć do pracy w promieniach zachodzącego słońca. Kilka dni temu, w czasie mojej nieobecności, małżonek zamontował w kuchni duży zegar, który teraz szemrze mi sekundami odliczanymi skrupulatnie. Jestem kontenta bardzo. Owinęłam się w za dużą mężowską bluzę i obejrzałam Karolinę urządzającą swoje mieszkanie. Pomimo niezłej pogody Ryszard po przywitaniu i krótkim spacerze wrócił do domu i cały czas drzemie w sypialni wtulony w poduszkę (rozczula mnie ruda menda), mnie też głowa się kiwa, ale przesiedzę kryzys. Jak dobrze jest mieć dwa miejsca i swobodnie się między nimi przemieszczać. Zacne takie życie.

środa, 28 grudnia 2022

1108. Spakowana.

Śniła mi się An, zaprosiłam ją w tym śnie na kawę, ale nie mogłyśmy porozmawiać, bo dosiadła się do nas grupa hałaśliwych nastolatków. Skąd An? Może chodzi o wczorajszą rozmowę z Fredem.

Osówka Dolna, działka 314A (mama znalazła ją na mapie). Spłachetek ziemi należący kiedyś do pradziadka ze strony taty, zarośnięty, wyglądający na bezpański. 

Nadal się byczę i wędruję po przeszłości. Poiroty i Colombosy. Oglądam domy na sprzedaż w hrabstwie Cork. Idziemy z mamą i Maksiem na spacer (krótki, bo jest zimno, poza tym przy lesie znajdujemy świeże ślady racic). Obiad pyszny (zupa buraczkowa z kartoflami). Po zmroku stoję z tatą na podwórku, nasłuchujemy wiatru od lasu. Walizka już spakowana.

wtorek, 27 grudnia 2022

1107. Monies and other stuff.

Nowy dzień, nowe decyzje. Wyjechałam z rodzicami do miasta, żeby korzystając z okazji zajść do Santander i zlikwidować dogorywające konto. Kolejek w środku nie było, wizyta przyjemna (na zewnątrz coraz chłodniej, w środku ciepło, za biurkami siedzą schludni, ładnie pachnący ludzie), i tylko pani Monika próbowała odwlec działanie roztaczając mi wizję, jak to można zwolnić rachunek z opłat na jakiś czas, a potem do niego wrócić z nowymi pomysłami. Chwilę walczyłam z sentymentem (byłam ich klientką od czasów BZ WBK), dwie chwile zastanawiałam się, czy warto utrzymać konto z takiego to powodu, że kiedyś hipotetycznie mogę zachcieć płacić blikiem. Podskórnie czuję, że dziwnie jest nie mieć konta w kraju, bo to jakby mnie tutaj nie było. Z drugiej strony przecież mnie tutaj nie ma. Ludzki umysł działa zawile (rozmawiałam z mamą m.in. o tym, że ludzie mają ujowe życie, a po latach się im "przypomina", że wcale nie, co tylko jest wskazówką, że z lekko ujowego zrobiło się im pogłębienie ujowo, a wspomnienie jest konfabulacją, mechanizmem obronnym). Likwidacja trwała minutę. Na pożegnanie do końca roku mogę skorzystać z oferty 180 tys. pożyczki :D Złotych, of course.

Kontynuując temat finansowy: zapłaciłam za seminarkę.

I jeszcze: Fred mnie poinformował, że zapomniany kupon lotto wygrał nam €60. Ba! 

Bimbałam, wertowałam genealogię, jadłam słodycze, nawijałam. Tymczasem Kochany już w pracy. Zanim zlecenia rozmnożą się mu jak pchły zdążymy spędzić razem sylwestra (już wiadomo, że nie z Aś).

poniedziałek, 26 grudnia 2022

1106. Szczepana.

Świętowanie spełniło swoją funkcję, przez ostatnie dwa dni zupełnie oderwałam się od zwykłości myślenia o rzeczach, które mi zalegały. Ale już wracać trzeba powoli, nie ma rady, Fred po południu wyleciał do domu. Jeszcze po śniadaniu wyszliśmy z Kochanym na krótki spacer po wiosce (było szybkie obczajenie cmentarza). Słońce świeciło przyjaźnie, ale pogoda stopniowo szarzała i gdy parę godzin później siedzieliśmy we trójkę na lotnisku we Wro, niebo było już zasnute chmurami.

Po powrocie do domu rodziców zaczęłam grzebać w genealogii. W głowie robiłam też plany na jutro, bo trzeba się trochę ruszyć, załatwić sprawy. Fred odezwał się wieczorem pokazując wygłodniałego Ryszarda pałaszującego kolację. Resztę poniedziałku spędziłam z rodzicami przed telewizorem, łypaliśmy na kryminały, jedliśmy sałatkę, rozmawialiśmy o genealogii (odkryłam, że jedna z moich praprapraprababek umarła jako żebraczka).

niedziela, 25 grudnia 2022

1105. Dwudziestego piątego.





Słoneczny, optymistyczny dzień. Podczas śniadania wręczyliśmy rodzicom prezent. Po odpoczynku wyjechaliśmy na groby i do wujostwa. Wizyta u cioci Ksty była krótka, w sam raz, żeby nie wgłębiać się w podziały (ciocia i kuzyn ucieszyli się z poznania Freda, teraz będą mogli podać wieści dalej). Był internetowy kontakt z Usz (wydaje się szczęśliwa z rodziną partnera) i z Juliją spędzającą święta z naszym kotem (chyba właśnie tego było jej trzeba). Późny obiad: pierogi ruskie i z kapustą. Wieczorem oglądamy Amelię (2001).

La chance, c’est comme le Tour de France. On l’attend longtemps et ça passe vite. Quand le moment vient, faut sauter la barrière sans hésiter.

sobota, 24 grudnia 2022

1104. Dwudziestego czwartego.

Pierwsza pobudka: Wojtuś po ciemku wskrobał się na stolik i wypijał wodę z mojego kubka stojącego przy łóżku.

Z Porankiem Dwójki i Upiorem w eterze pokroiłam warzywa do sałatki i zawinęłam krokiety (wyszło szesnaście), mama przygotowała farsz do krokietów, płaty karpia do smażenia i kapustę z fasolą. Za oknem jesienne krajobrazy. Maciejek najpierw nadzorował prace kuchenne, potem dyskutował z tatą i Fredem o różnych ważnych sprawach (czternasta wilija, mógłby dużo na ten temat powiedzieć innym zwierzętom w domu rodziców):

I jeszcze Malinka, nasz prawie wilczarz, dla której to trzynasta zima (ostatnio głównie śpi rozciągnięta na chodniku w salonie, niechętnie się podnosi):

Kochany pierwszy raz ever miał okazję zjeść postną wodę ze śledzia:

Po zjedzeniu obiadu pojechaliśmy do Tcy z zamiarem wypicia kawy, kupienia zniczy i odwiedzenia grobów dziadków i pradziadków ze strony taty. Nic nie wynikło z części mojego misternego planu. Zaparkowaliśmy przed Muszkieterami na kilka chwil przed zamknięciem, nie wpuszczono nas, więc nie mieliśmy zniczy. Miasto wyglądało na opustoszałe z kobiet, po deptaku kręcili się głównie faceci, starsi, powiewający smutnie plastikowymi torbami, albo młodsi, szukający alkoholu. El Gato nie zawiodło jednak, obsługiwał nas ten sam chłopak, którego widziałam wczoraj, miły i kompetentny, nie spieszący się donikąd. 

Spróbowałam kawy z syfonu (bardzo dobra), Fred dokupił prezent dla rodziców na jutrzejszą rocznicę ślubu (serwer + dripper + używka brazylijska). Dopiliśmy napoje i przed trzecią ruszyliśmy do domu po drodze zajeżdżając na jeden z cmentarzy, gdzie nikt z rodziny oprócz moich rodziców już nie zagląda (wyrzuciliśmy do kosza chryzantemy ze święta zmarłych). 

Na kolacji wigilijnej nie było opłatka, bo gdzieś zawieruszyły się resztki z zeszłego roku. Ale były życzenia, poza tym uszka w barszczu, kapusta z fasolą, krokiety, karp, sałatka, prezenty (poza słodyczami i mandarynkami, od rodziców: dla Freda aliganckie chustki i jedwabna poszetka, dla mnie ciemnozielony, lisi szalik). Po wigilii Fred rozmawiał telefonicznie ze swoją mamą. Tak jak przypuszczałam, udało się jej postawić na swoim i sprowadzić gości do których rzekomo miała jechać wg planu z poprzedniego tygodnia. Bywają takie sytuacje. Na dobranoc dwa Vabanki. Jest mi błogo, to był dobry dzień, mogę spokojnie umyć ząbki i iść spać ;)

piątek, 23 grudnia 2022

1103. Magia świąt.

Fred po szóstej rano czasu lokalnego wyleciał z Dublina (w domu zostawił Juliję z kotem). Czekając na lotnisku zjedliśmy po croissancie, opiliśmy się napojami i już mój małżonek opatulony w owcę mógł wpaść nam w ramiona. 

W drodze powrotnej do domu odhaczyliśmy zakupy spożywcze w miasteczku. Na wstępie był przedsmak magii polskich świąt: mama właśnie stanęła w kolejce w naszej ulubionej cukierni, gdy nagle pojawiły się przed nią cztery inne osoby "które tu stały" i zaczęły sobie wydzierać makowce. Gdy trzy osoby doznały już poczucia zwycięstwa, doniesiono więcej makowca (wczoraj pani z cukierni mówiła mi, że odpocznie po świętach, teraz lepiej rozumiem co miała na myśli). Well, błogosławieństwa bożej dzieciny. Fred poszedł w tym czasie do El Gato, zamówił kawę z syfonu i swoją dominującą osobowością wzbudził powszechne udawanie, że się nie zerka. Wędrowaliśmy z Kochanym tam i sam deptakiem, odkryłam nieznany mi bar mleczny w którym bardzo chętnie zjadłabym obiad, gdyby w domu nie czekała na nas kaszanka na gorąco. 

Reszta dnia przebiegła w spokojnej, mało ruchawej atmosferze, wśród Marpli, Poirotów i Hiacynty Bukiet na dobranoc. Na chwilę pojechałam z rodzicami na cmentarz. Dzisiaj siedemdziesiątka to nowa czterdziestka, pocieszałam mamę w kuchni przy oglądaniu węgierskiego kryminału z Mikulskim, Morderca jest w domu (1971), gdy jedna pani w wieku bliskim mamy robiła za zgrzybiałą staruszkę uczęszczającą na mszę. Film bardzo pocieszny, wybrałam go do oglądania pod smażenie naleśników na krokiety, które będę jutro zawijała. Asystował nam Maciej oczarowany zapachem śledzia z ikrą preparowanym przez mamę na postną wodę. Fred w tym czasie otulony w kołdrę leczył niewyspanie. Jeszcze bigos na kolację i wieczorne rozmowy o polityce. Dobrze mi tu, obejdzie się bez magii.

czwartek, 22 grudnia 2022

1102. Dwudziestego drugiego.

Miłe domowe kręciołki. Rano wyjechałam do biblioteki uniwersyteckiej, ale znalazłam tylko jedną z trzech poszukiwanych książek. Byliśmy też z rodzicami w Tcy, żeby zawieźć Rozalkę do weterynarza i stanąć w kolejce po śledzie z ikrą. 

W domu zastała mnie smutna wiadomość u Marksistki: w najdłuższą noc w roku nastąpiło odejście abp Chomika. Jak zwykle z okazji długowieczności różnych istot, człowiek bywa śmiercią zaskoczony. Żegnaj, arcybiskupie.

Poza tym ruchu niewiele. Pogoda za oknem późnojesienna, objadamy się bigosem (wg mamy miał być nie za bardzo udany, a znikał w tempie ekspresowym), dyskutujemy o genealogii. Mała lokatorka piętra na chwilę zawitała na parterze, ale przede wszystkim leżakowała w babcinym pokoju, zajadała smaczki i popijała mleko. 


W tv leci Napisała: morderstwo (4.15), klikam, relaksuję się po zbyt obfitych posiłkach i nawet trochę zerkam na rozgrzebaną magisterkę.

środa, 21 grudnia 2022

1101. Znowu w drodze.

Kręciłam się i sapałam, a jak przyszło co do czego nie chciało mi się wstać (nad ranem mózg zaczął mi wymyślać dodatkowe pytania do testu o ageizmie). W końcu jednak trzeba było się zwlec, umyć włosy, zjeść śniadanie, ogarnąć powierzchnie płaskie, dopchnąć kolanem dobytek ruchomy i wyruszyć. Fred rozmawiał chwilę z teściową, która nie spędzi jednak świąt u szwagra, gdyż dojazd do młodszego syna byłby zbyt niebezpieczny ze względu na warunki drogowe. Warunki nie są jednak na tyle niebezpieczne, aby szwagier nie mógł przyjechać do niej (ona oczywiście nie nalega, tylko zaprasza i już przygotowuje potrawy). Logika teściowej na kilometr pachniała rybą drugiej świeżości, Kochany rozmawiał krótko, ja nie pisnęłam słowa.

Podróż zaczęła się niefajnie, bo mieliśmy w planach obiad na mieście, a tu bryndza, wszędzie korki, kolejki i wkurw (mój). Niby miałam sporo czasu do odlotu, ale co to za czas, jak na odchodnym nie mogę z mężem normalnie jak człowiek zjeść obiadu? Na szczęście, potem było już tylko lepiej. W samolocie obyło się bez tłoku. Obok mnie usiadła Ukrainka, która wybierała się na święta do Kijowa. Julija z hrabstwa Kerry. Dziwny kierunek w tych czasach, ale dziewczyna była zdeterminowana, żeby zobaczyć się z mężem. Rozmawiałyśmy o różnych sprawach, Rosjanach, mentalności, akcencie, życiu blisko frontu. Czas minął dzięki temu szybciej.

W domu rodzinnym nowe zasiedlenia. Przed drzwiami przywitał mnie Filemon, czarno-biały kot sąsiada z naprzeciwka, który teraz większość czasu spędza u rodziców (kot, nie sąsiad). W mieszkaniu babci Manii kwarantannę przechodzi Rozalka, trójkolorowa ciapulka, podobna trochę do Rózi, tylko mniejsza, z równie krótkimi łapulkami i szczurzym ogonkiem. No cóż robić? Kota się nie wyrzuca. Zjadłam pyszną kolację, poprawiłam kupnym ciastem uwielbianym przez mamę, wypiłam morze herbaty, obejrzałam zakończenie któregoś odcinka Columbo. Fred pokazał mi prezenty wręczone mu dzisiaj przez Katlin po tym jak wrócił do domu i Ryszarda (mam czapkę i duży szal). Przez chwilę zerkałam na telewizyjną relację spotkania Biden-Zełenski. W międzyczasie zapadła cisza przerywana gdzieniegdzie chrapulkowaniem ... domownicy powoli zapadają w sen ...

I tak to przegalopowałam cały dzień zimowego przesilenia. Będę dzieliła łóżko z Wojtusiem i Maksiem, bo już się zapowiedzieli i zajęli swoje miejsca na kołdrze. W pokoju śpią jeszcze Malinka i Maciej. Dobrych snów.

wtorek, 20 grudnia 2022

1099-1100. Merry, merry.

Poniedziałek.
Budzę się kilka razy, mój mózg próbuje ogarniać geometrię łóżka bez Freda. W pracy końcówka przed xmasem (quiz okolicznościowy w paru grupach, loteria fantowa; dwa spacery do Dżustina, rzeźnika rodzinnego, poza tym roboty tyle co nic). Domowa gorączka przedświąteczna polegała na tym, że Fred (gdy wrócił i odespał nocną włóczęgę) ciągnął mnie do M&S, żeby kupić filtry do kawy, a ja dalej niuchałam za prezentem dla Luizy (do srebrnego kalendarzyka na nowy rok dokupiłam balsam do ciała Aveeno). Wieczorem smęcę, głowa mi leci.

Wtorek.
Zapach świeżo mielonej kawy o poranku (dla Freda). W pracy laptop, kawa (dla mnie; prędziuchno pobiegłam w tę i z powrotem do Czarnej, nim ktokolwiek się skapnął, że mnie nie ma), świąteczne spotkanie (tym razem wszystkich pracowników; trochę jak w Polsce, na szczęście krótko). 

Znowu szwendałam się z Fredem po mieście, poszliśmy do Czarnej kawiarni, zajechaliśmy do TK Maxxa (kupiłam Kochanemu rękawiczki z jagnięcej skórki). Zaraz po powrocie do domu zanieśliśmy prezenty dla Katlin, ucieszyła się, bombkę-samochód zawiesiła na choince. Wieczorem Thomas przyniósł wędzonego łososia (gdyż merry xmas). W kinie domowym Austeria (1982) Kawalerowicza, film jedyny w swoim rodzaju. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie reumatyzm. Wychłodziłam się albo ogólnie pogoda, w każdym razie bolą mnie stawy, szczególnie palce u rąk i haluksy. Nom, spakowana już jestem.

niedziela, 18 grudnia 2022

1098. Osiemnastego.

Obudziłam się o trzeciej nad ranem, a potem już na dobre o ósmej. Przyszła zmiana, wiatr uderzając wprost w drzwi wejściowe wychłodził nam dom bardziej niż ostatnie przymrozki. Współczułam Fredowi, że w taką pogodę musiał sposobić się do wyjazdu na nocną zmianę. Ech.

Zadzwoniła Usz, z nowiną, że Wu adoptuje kota dla córki. Czyli reforma w podejściu (oboje z Fredem uważamy, że córka to zasłona dymna, żeby nie wyszło, że twardziel też lubi koty). Było przesyłanie zdjęcia małego dzyndzla w kontenerku (dziewczynka, ma 4-5 tygodni) i ogólne zachwyty. W czasie świąt szwagierka będzie niedaleko od nas, bo jedzie do teściów, ale bliskość jest złudna, widać ją głównie na mapie. Poza tym leki u Usz działają, czuje się lepiej, wróciła do pracy. Pod wieczór był też telefon od Wu, główny temat kot oczywiście. Reasumując, u szwagrów dzieje się (najczęściej) dobrze.

Opakowałam prezenty dla rodziców w ozdobny papier i włożyłam je do walizki. Sprawdzam prognozy pogody na najbliższy tydzień, układam w głowie plany (nie aż tak bardzo, ale jednak). Rozłożyłam się z prasowaniem, bo raz, że trzeba odgruzować tapczan (Julija przyjeżdża w tygodniu), dwa, warto podpakować walizkę rzeczami, które i tak trzeba będzie do niej kiedyś włożyć. Przy okazji zerkałam na kolejny (16.4) odcinek Midsomer. Czuję, że dzień przeciekł mi przez palce. Fred już w Północnej. Gdy wróci, pewnie będę w drodze do pracy. 

1097. Händel na żywo.

Większość dnia domowa, częściowo spędzona przy laptopie. Za oknem bardzo jasna, nadal bezwietrzna, mroźna sobota z oszronionym ogródkiem i ptakami próbującymi ogrzać się w słońcu; zadzwoniłam do taty, jak zwykle odebrała mama i pokazała, gdzie leżakują wszystkie domowe zwierzęta; na allegro kupiłam kilka książek, w tym dwie potrzebne; na stronie Empiku zaludniłam Mozartem listę itemów do kupienia. Z domu zaczęliśmy się wygrzebywać powoli po zachodzie słońca. Zawinęliśmy do Tesco i na kawę do Costy niedaleczko. Potem już tylko szukanie miejsca do parkowania w mieście i moszczenie się w twardych, kościelnych ławach. Pierwszy raz byłam wewnątrz budynku (z tego, co mi się przypomina ... a wiadomo jak moja pamięć jest zawodna), który zazwyczaj okrążam chodząc po cmentarzu.


Z IBO wystąpił Chamber Choir Ireland, m.in.: Abby Temple, Sarah Keating (soprany), Dominica Williams (alt), Edward Woodhouse (tenor) i William Gaunt (bas). Sikałem z basem, oświadczył mi Fred przed rozpoczęciem drugiej części. A sam Mesjasz ... cóż, jak to w baroku, fenomenalna muza do nieco głuptaskowatych tekstów. Bardzo mi się podobało, nastawiałam uszy do słuchania, wyciągałam szyję, żeby dobrze widzieć, tupałam nóżką. W dwudziestominutowej przerwie stałam w długiej kolejce do damskiej toalety, a po zakończeniu koncertu zrobiliśmy z Fredem kilka zdjęć okołokościelnego cmentarza spowitego mglistą poświatą. Poszliśmy spać dopiero o pierwszej w nocy, dwie godziny później obudziła mnie dawno zapowiadana zmiana wiatru.

piątek, 16 grudnia 2022

1096. Szesnastego.

Zmierzcha się; grzeję ręcę o filiżankę z kawą (miało być cieplej, a wcale nie jest, z każdą godziną szron coraz bardziej widoczny). Po pracy poszłam do DAC sprawdzić, czy mają jeszcze bilety na jutrzejszego Mesjasza, ale dowiedziałam się tylko, że ostatnie zostały wykupione tydzień temu (domyślałam się tego, skoro jednak obiecałam Ka, że zapytam, to zapytałam). Pokręciłam się po centrum miasta w poszukiwaniu szczęścia, dla Luizy kupiłam na razie kieszonkowy kalendarzyk, odmachnęłam Eugene'owi na serdeczne powitanie (Lokalny Gej), zajrzałam do Martaszki, żeby jej powiedzieć Happy Xmas i tam akurat naszedł mnie Fred (pierwszy raz ubrany w łososiowy płaszcz). Zjedliśmy obiad w Cedar Gate (trzy smuteczki: cena wzrosła z €15 do prawie €18, ryż był mało cynamonowy, a zamiast arabskich pień były amerykańskie kolędy, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie). We wsi zastaliśmy na dworze Majkela, jak coś dłubał pod maską samochodu, więc była krótka rozmowa o kotach i jak tam w życiu. Sąsiad wygląda nie tak całkiem źle, kto wie, może ostatnio nie pił.
___
edit 22:30 Kochany miał w grafiku nocną pracę, ale szef odwołał zlecenie, więc zamiast osobno zajmować się głupotami, mogliśmy razem obejrzeć wieczorem Zabawę w chowanego (1986) ze scenariuszem Himilsbacha. Taki sobie ogólnie, a jeszcze bardziej taki sobie jako komedia. Fredowi Zainspirowanemu zachciało się posłuchać Satanowskiego, mnie się zachciało parówek z chrzanem (późna pora, ale nikt mi nie zabroni). Pomyśleć, że Himilsbach, ten wieczny staruszek, dożył ledwie wieku lat 57 (śmiech na sali).

czwartek, 15 grudnia 2022

1095. Pomadka do całowania męża.

Mam taką. Rano zaznaczam Kochanego, żeby się inni nie pomylili.

Telefon mi głupieje i wysyła zawiadomienia, że już wykorzystałam limit połączeń internetowych, podczas gdy nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Nawet raz próbowałam o tym rozmawiać z dostawcą, ale grafik miałam gęsty, więc frack it. Przed południem wyjechaliśmy z młodzieżą do Go Quest w Carrickmines  (fajna zabawa, byłam w grupie Dollies). Po powrocie trzeba było w pracy odsiedzieć jeszcze z dwie godziny, potem zajrzałam na główną ulicę w celu obczajki, co jutro kupić dla Luizy. Z kawą w ręce wróciłam do Freda, który już na mnie czekał, bo razem jechaliśmy do szpitala. Anna ma się chyba dobrze (nie widziałam jej, nadal obowiązuje limit odwiedzin, więc Kochany zaniósł jej wodę i zasięgnął języka; ocenił, że sąsiadka jest nastawiona na walkę). Obiad. Sprawdzenie, co u kotów (nie sądziłam, że Majkel dzisiaj wróci, ale jednak przed północą jego samochód stoi tam, gdzie zazwyczaj). Wiadomość od Martaszki o Aurze (co się pośmialiśmy z cudzego nieszczęścia, to nasze). Wyjazd do Ka&Jot, oglądanie Zeliga (1983), na odchodnym rozmawianie o psychopatii, jazda na dół mapy nocką, że oko wykol (-2°C). I tak wyszło, że nie dokupiłam dwóch książek oraz nie załatwiłam sprawy internetu w telefonie. Jak poskrobać, to i inne rzeczy zostały zapomniane (zapisuję drukowanie payslipu jutro rano). Super. Kończymy.

środa, 14 grudnia 2022

1094. Markieranctwo.

Pobranie krwi nawet szybko poszło, nie zdążyłam pożądnie zgłodnieć, a już mogłam jeść śniadanie. Nadal jest zimno, niektóre chodniki są pokryte lodem i marsz do przychodni oraz z powrotem nie należał do przyjemności. Siniak na prawej ręce na razie nie wygląda źle, wyniki mają być w pierwszej połowie następnego tygodnia.

Dwa razy odwiedziłam koty Anne. Rano Mallen, biała gapa, uciekł na mój widok do ogródka, więc mu matka wyjadła całą mokrą karmę. Poszłam do nich po południu, żeby zapodać każdemu suchych chrupek i znowu tylko Junona podeszła i nawet dała się pogłaskać. Strachliwy synalek był w ogródku, wyczekał stosowny moment, żeby zwiać na górę i udawać, że go nie ma. Pozostaje mieć nadzieję, że Junona nie zeżarła mu wszystkiego, bo inaczej ścisła dieta do jutra (nie żeby mu groziła anoreksja, tak z góry patrząc na pączka).

Gdy przyszywałam Kochanemu guzik do jego zajebistego płaszcza Moncrief, a Fred właśnie wziął się za przygotowywanie dziczyzny na obiad, zapukała do nas Teresa, siostra Anny, z prośbą, żeby zerkać od czasu na dom sąsiadki, bo Anna na razie nie wyjdzie ze szpitala. Powstał pomysł, że może jutro ją odwiedzimy. Dziwnie tak; jednak wolę, gdy w sąsiedztwie wszyscy są na miejscu, tymczasem trzy najbliższe domy stoją w tej chwili puste.

Ach, bardzo mnie rozczarowało, że strona Lasów Państwowych nie pokazuje żubrów na żywo. Coś tam mieli kamerę gdzie indziej przestawić, ale jest grudzień i się im chyba zapomniało (oficjalnie testują coś tam, bo coś tam), jakby nie pojmowali, że to zwierzęta ocieplają ich chronicznie oziębły wizerunek. Chcę żubry! 

Luiza kilka razy tekstowała mi, co do jedzenia dla mnie na jutro. Ham & cheese czy chicken goujoius (Luiza jest dyslektyczką)? Mayo & butter czy bez? Bo jutro bierzemy misia w teczkę i jedziemy na wycieczkę. Takie zimno, że już teraz naprawdę & really, z serca mi się nie chce. Wystarczy, że dzień zwieńczam seminarium magisterskim, spotkanie było w kilka osób, więc przez większość czasu kiwałam się i podsłuchiwałam, co tam u innych, ale spotkanie to spotkanie, nieprzyjemny czas oczekiwania kładł się cieniem na środzie. Fred tymczasem pojechał do sklepów i dzwonił mi z Tesco, czy w domu jest jego torba. Była. Musiał wypakować wszystko, co zapakował. W domu, jeszcze w swojej uszance na głowie i cały zmarznięty, pożalił mi się, że czuje się jak stary dziad z demencją. Potem w czasie seminarium, akurat, gdy omawiałam zawartość mojego kwestionariusza, głośno walczył z masłem. 

Czy powinnam coś jeszcze napisać? Jak zdecydować, które rzeczy są ważne? W piekarniku podgrzewa się pieczywo do masła czosnkowego. Za tydzień o tej porze może będę w Polsce.
___
edit 22:00 Pieczywo zjedzone. Słuchamy Kultu. Kochany martwi się swoim niby-zapominaniem, więc zapisuje, bo to ważne, że Fred jest moim słoneczkiem i jestem szczęśliwa, że możemy sobie tak razem tutaj być, rozmawiać i dotykać się nosami. Szczęściara ze mnie.

wtorek, 13 grudnia 2022

1093. Opatuloność.

Ziąb i ślizgawka przed domem. W Centrum, podobnie jak wczoraj, zabrakło fazy, czyli wysiadł prąd w niektórych gniazdkach i przestała działać sieć bezprzewodowa, więc na godzinę zamiast klikać poszłam do miejskiej biblioteki, która okazała się dla odmiany ciepła i przytulna. Dzień pracowniczy był serią mniej lub bardziej uroczych spotkań z ludźmi. Np. brak prądu wprowadził grubaskowatego Aleksa w ekstazę, kolega z pracy czochrał się o kaloryfer, a gdy mu się poskarżyłam, że przez to wszystko nie mogę pracować, pocieszył mnie z ognikami w oczach it's not your fault, it' s  n o t y o u r f a u l t. Idąc na miasto trzy razy minęłam lokalnego żula z szalem na głowie. Trzeba przyznać, że nigdy w Polsce nie widziałam tak malowniczo ubranej żulerii. Pan ów, jedzący rękami obiad tuż pod Centrum, miał na nogach bordowe buty wyglądające na barkery w stanie dramatycznego rozkładu (obcasy były bardzo osobno), co ich właściciel próbował ratować hojną ilością klejącej taśmy biurowej. Gdy spożył, co miał do spożycia, w swoich butach z zelówkami doklejonymi taśmą udał się siny w siną dal. W bibliotece wolne ruchy, trafiłam na tea break (a tea break rzecz święta), więc prasówka rozciągnęła się mi na godzinę (w międzyczasie przeglądając stare wydania Independent dowiedziałam się, że zrobiono film dokumentalny o znanym mi zawodniku MMA, który pracował z Paulem, szefem jednej z miejskich siłowni odwiedzanej przeze mnie w zeszłym roku; Ciáran Clarke, zwykły chłopak). Był jeszcze jakiś gość, którego tylko cholewki zobaczyłam w mijanych drzwiach, gdy wracałam do Centrum. Hello. Hello. How are you? I'm grand, rzuciłam w odpowiedzi nie oglądając się nawet. Kochany o drugiej pod Centrum, obiad po trzeciej, potem puf i dzień się skończył. Jeszcze rozmawiałam z mamą godzinę minut czterdzieści, że aż mnie przez to teraz boli gardło.  

poniedziałek, 12 grudnia 2022

1092. Dwunastego.

Rano mgła morska pojawiła się przed Termon i ciągnęła bez przerw aż do Drołdy. Bardzo wymarzłam w pracy. Po południu powietrze w mieście zgęstniało do białej zawiesiny, która osiadała szadzią na krajobrazie. Na czwartą umówiona byłam do lokalnego uzdrowiciela, poszło względnie szybko, na razie mam mieć morfologię krwi (pobranie w środę). Fred siedział ze mną w poczekalni, bo na zewnątrz zimno jak diabli w tej upiornej mgle, która w ciągu dnia dotarła i do naszej wioseczki. Przez zasiedzenie małżonek dostał drugiego boostera (nie wie jakiego typu, bo taki już jest mój Kochany - kłuj pani, bo idę do domu), więc jeszcze chwilę siedzieliśmy w cieple wiejskiej przychodni na wypadek poszczepiennych sensacji. Ogólnie not too shabby, szyja mniej mi dzisiaj dokuczała. Wyjaśniła się też sprawa zniknięcia Anny, sąsiadka zadzwoniła do nas ze szpitala z podziękowaniami (w ciągu dnia jej młodsza siostra zapukała do  Freda, żeby zaprogramował czasowe uruchamianie bojlera w domu Anny). 

Kochany mówi, że jest podminowany, sam nie wie czym (pogoda?). Udziela mi się jego nastrój. Utopiłam myszkę komputerową w herbacie, po czym tak się zaaferowałam jej suszeniem, że herbatę do połowy wypiłam, co wcale nie jest śmieszne biorąc pod uwagę, że myszka była na baterię. Ciężko mi się pisze mgr (leń czy pogoda?), tzn. wcale się nie pisze. Poza tym nie chce mi się iść jutro do pracy.
___
edit 22:30 Fred mnie poinformował, że Ryszard również coś przeżywa (atakował Fredowe nogi i pastwił się nad butami, wyłaził i wracał do domu jak z pieprzem). Teraz śpi kocisko w nogach łóżka z nosem na kwintę; światło zgaszone, Kochany pod prysznicem, za oknem zima.

niedziela, 11 grudnia 2022

1091. Jedenastego.

W sobotę położyłam się spać wcześnie i po godzinie leżenia gorzej się poczułam. Trochę kręciłam się po domu, ponarzekałam Fredowi, wypiłam pół kubka ciepłej wody i długo pionizowałam się w łóżku skrolując wieści na smartfonie. Po tym małym kryzysie spałam jednak zadziwiająco dobrze. Nie pojechałam dzisiaj na jogę, bo nie wiem, co mi dolega i nie chcę pogorszyć sprawy. Poranek zaskoczył mnie newsem jak z Midsomer Murders: na polach koło Kilbride (tutaj wsie naprawdę mają takie nazwy) spacerowicz z psem znalazł zwłoki zawinięte w dywan (oh, my goat!).

Kolejny rozświetlony dzień z białym szronem wolno znikającym z asfaltu. Zjedliśmy obiad w domu (Fred zrobił pieczarkowy sos do spaghetti), przed wyjazdem do przyjaciół wyściubiłam nos z chaty tylko po to, żeby pod drzwiami zostawić Annie świąteczny stroik (przed domem pojawił się jej samochód, więc dedukowałam, że sąsiadka musi być gdzieś w pobliżu ... chyba niesłusznie, bo nadal u niej żadnych ruchów). 

U Ka&Jot byliśmy umówieni na siódmą. Po herbacie i pogadankach różnych (przyjaciele spłacili ostatnio kredyt na dom, good for them) obejrzeliśmy sławetny, wciskany wszędzie serial o Harrym i Meghan (pierwszy odcinek na Netflixie). Urodzić się w dzisiejszych czasach w tej rodzinie królewskiej to jednak peszek. 

W nowym tygodniu Anne wylatuje do Stanów, zapytała tekstowo, czy będziemy mogli dokarmiać jej koty (oczywiście, że tak). Nowa warstwa szronu wygluca się na drogi i inne powierzchnie płaskie. Wracając do domu mieliśmy dziwne nie-zdarzenie z kierowcą, który najpierw stał na środku skrzyżowania jak ciul, a potem podążał za nami świecąc halogenami jak w horrorze. 

sobota, 10 grudnia 2022

1090. Już niedługo.

Wybrzeże przykrył szron, grubszy nawet niż wczoraj. Do porannego wyjścia na ogródek zmotywował mnie rudzik z którym nawiązałam kontakt wzrokowy wyglądając przez okno w sypialni. Byli tam już wszyscy: samiczka kosa skubiąca resztki jabłka, drzewko wróblowe, szpaki gadające na dachu, samotna pliszka szukająca czegoś pod szpaczym karmnikiem na którym urzędowały modraszki, kawka z leucyzmem. Przepraszam, kiedy będzie podawane? Nie mogłam im na razie wynieść resztek Ryszardowych posiłków z wczoraj, bo napotkałam Amber, która nie dawała się odpędzić z Rysiowego terenu.
___
edit 20:15 Wybadałam przygotowania mamy do świąt (wszystko w porządku, uszka i pierogi ze sklepu, barszcz w kartonie też kupiony, krokiety będą, jak się nam zachce zrobić) oraz ogólnie, jaki klimat. Klimat dobry, mama jest zadowolona, że w pracy nadal ją chcą, pomimo jej zaawansowanego (jak na Polskę) wieku i chyba jeszcze z rok/dwa popracuje. Cieszę się na wyjazd, jedno, co mnie teraz irytuje to dalszy problem z szyją, zauważyłam dzisiaj, że puchnie z jednej strony. Nie wiem, co mogę z tym zrobić przed pójściem do dochtóra (przypomniało mi się rano, że mam siemię lniane, to wypiłam, bo przecież nie zaszkodzi). Kochany tymczasem walczył z nieproszonymi gośćmi — kilkakrotnie gonił za Amber i Bánem, nie wystarczało na długo, ale Rysio doceniał (tzn. spał wtulony w kołderkę). Sądziłam, że na wieczór pojedziemy do Ka&Jot, ponieważ jednak Ka chciał obejrzeć mecz Francja — Anglia, a my się do tego nie paliliśmy, była wyprawa do Costy, TK Maxxa (Fred mi kupił czarny, filcowy kapelutek typu bucket; obsługiwała nas znowu ta sama miła sprzedawczyni, której się zapamiętaliśmy, bo jesteśmy zawsze uśmiechnięci) i Tesco. No i co? Jesteśmy z powrotem na chacie, Fred rozmawia ze Stu, czasem wierszem, jak to z bratem. Nadal nie dałam Annie prezentu (sąsiadka wyjechała i zostawiła światło w łazience). 

piątek, 9 grudnia 2022

1089. Stany.

Mój mózg działa bardzo dziwacznie. Położyłam się wcześnie spać, zrypana jak koń po rodeo. Spałam nawet nieźle, aż do wczesnego poranka: obudziłam się o trzeciej w nocy, pokręciłam, w końcu ze smartfona weszłam na stronę dr Martensa i jako mój mąż zapytałam czy wszystko ok, bo jeszcze nie dostałam cynku, czy wysłali buty, czy nie. Musiałam to zrobić, inaczej nie zasnęłabym do szóstej. Zrobiłam i zasnęłam snem sprawiedliwej.

A na zewnątrz szron przykrył wszystko, pełnia księżyca, w drodze do miasta bezwiednie zaczęłam mielić w głowie tekst Gałczyńskiego Wróci wiosna, baronowo i oczywiście podzieliłam się tym z Fredem, żeby i on miał ten sam soundtrack. W pracy tym razem świąteczne wieńce były robione, swój przywiozłam do domu z myślą podarowania go Annie. 

Fred przyjechał po mnie wczesnym popołudniem i tak sobie sunęliśmy z powrotem przez jasny, mroźny krajobraz (próbowałam dojrzeć, czy na Donardzie już śnieg, ale góry Mourne nadal spowite były chmurami od których nikaj nie szło ich odróżnić). Timing mieliśmy bezbłędny: przy wjeździe na nasze osiedle w uliczkę zapakował się kurier. Marzenie Freda, że to mogą być jego buty zostało spełnione (czyli niepotrzebnie pisałam do Doca o trzeciej w nocy). Było mierzenie obuwia, oraz okazanie prezentu mojej mamie (akurat wyszła z pracy, w Polsce też słonecznie). Zrobiłam obiad, zjedliśmy i ... poszliśmy spać. Obudziliśmy się po zachodzie słońca, żeby zacząć w kuchni wielkie dyskusje o wszystkim (bo nie umiemy nie gadać). Od czasu do czasu wyglądam na zewnątrz sprawdzając, czy sąsiadka wróciła, bo wieniec nadal nie został wręczony i marznie w aucie.
___
edit 23:15 Staroć obejrzeliśmy, Na wschód od Edenu (1955), całkiem ciekawą, przynajmniej do połowy, bo wątek matki jest dobry.

czwartek, 8 grudnia 2022

1088. Zimny czwartek.

Mamy problem natury formalnej, oświadczył mi mąż, gdy zamknęłam drzwi wejściowe i właśnie zmierzałam w jego kierunku, szyby zamarzły. Włala:

Widzenie z dochtórem mam dopiero na poniedziałek. I nadzieję, że do tego czasu dziwne uczucie w szyi zniknie. Po pracy (ręcę pachną mi dzisiaj imbirem) poszliśmy z Kochanym na obiad do Il Forno:

Tak było mi zimno w drodze do domu, że zaraz poszłam pod gorący prysznic. Potem zamulałam czas jakiś (minuty uciekają nie wiadomo gdzie), następnie z Kochanym zrobiliśmy sobie seans Allenowskiej Miłości i śmierci (1975), która wydaje mi się bardziej śmieszna, niż za pierwszy razem. Miałam coś tam myśleć, coś tam pisać po pomyśleniu, ale za ciężko. Ambicja na dzisiaj: znaleźć wygodną pozycję do spania. 

środa, 7 grudnia 2022

1087. W szlafroku.

Ze snu wybudził mnie na dobre emilek od dr Pierzastej, życzliwy i sensownie naprowadzający. Przy śniadaniu oboje nas zelekryzowała karetka pogotowia zaparkowana pod naszym domem — Betty, sąsiadka, której prawie wcale nie znam, bo jest od lat mało mobilna, została zabrana w siną dal (tyle dowiedziałam się od Katlin). Poza tym dzień spokojny, częściowo przełażony w szlafroku (tylko Fred wystawił nos na okoliczności przyrody i zrobił zakupy w mieście). Pod wieczór skończyliśmy z Kochanym oglądanie ostatniego odcinka Chłopów (och, jakie dawniej ludzie mieli super relacje i nie byli samotni, nie to co teraz ;)). Zainspirowana porannym emilkiem pracowałam nad rangowaniem, ale po prawdzie dzień zdominowało mi martwienie się o szyję, bo nie bardzo jest lepiej, albo nawet wcale. Nie wiem czy coś jutro zdecyduję.

wtorek, 6 grudnia 2022

1086. Szóstego.

Trudno zwlec się z łóżka w taki ziąb. Na przystanku zafascynowałam się ćwierkoleniem ptaka, którego szarą sylwetkę zauważyłam w krzakach mniej niż metr od siebie. Nie dowiedziałam się co za jeden (nauczka, żeby aplikację rozpoznającą ptasze piosnki mieć ściągniętą zawczasu). Przed pracą szybko udałam się do Czarnej, bo wypadła mi kawa za darmo (miło).

Słonecznie dzisiaj było, ale coraz mroźniej, prognozy straszą, że w nocy temperatura spadnie do 0, a pod koniec tygodnia może być nawet na minusie. Fred odebrał mnie z pracy (na horyzoncie góry jeszcze bez śniegu, ale coś je łapie, jakby szron jaśnieje) i zrobił nam obiad, gulasz z kopytkami i Krisową sałatką z pora (delicje! długo się po nim oblizujemy). Żółwim temptem osoby prawie zmiennocieplnej zabukowałam na niedzielę jogę o poranku. Obejrzeliśmy przedostatni odcinek Chłopów, potem zapadłam się w sprawy pisalnicze (z przerwą na drzemkę). Szyja mnie boli, mam nadzieję, że przejdzie jak zwykle.

poniedziałek, 5 grudnia 2022

1085. Piątego.

Wyjście z domu późnym świtem (nadal ciemno), kawa z Czarnej kawiarni (miałam nie pić, ale poszurałam w mżawce tłumacząc się przed sobą, że przecież mżawka). Po południu Fred wracał z Belfastu, więc ten mój Królik biegający zygzakami zamiast do domu przyjechał (nie po drodze) po mnie. Szybko zapłacił za zakupy w polskim sklepie, i na chatę z górki na pazurki, gdzie kot wypadł na dwór, gdy tylko otworzyliśmy drzwi (zamknęłam mu rano okno, bo ziąb straszny dzisiaj). Do obiadu słuchamy przywiezionego z Belfastu białego albumu Beatlesów. A teraz Kochany kupuje bilety lotnicze mrucząc pod nosem.
___
edit 20:30 Rodzice poinformowani o dacie pobytu Kochanego w ich domostwie, cat sitterka też już wie (w rozmowie z Aś Fred wymienił się uwagami, jak to nie warto kupować miejsca na parkingu lotniskowym za pośrednictwem Ryanaira, cwaniaczka jak z bazaru Różyckiego), kot tymczasem nie podejrzewając niczego złego i nagannego drzemie w sypialni. Mózg mój działa wolno, w sam raz, żeby dopiero teraz sobie przypomnieć, że wylosowałam Luise do Kris Kringle, który odbędzie się w pracy we wtorek przed świętami. Prezent ma mieć wartość €5, trudne zadanie (a tym bardziej teraz nic nie wymyślę). Wysłuchaliśmy wspomnianej przez Hebiusa płyty Revolver (1966/2009), porozmawialismy trochę o Polakach, poza tym chyba nadal się oboje dogrzewamy, bo prezentujemy ruchy ślamazarne, aczkolwiek czułe.

niedziela, 4 grudnia 2022

1084. Zmarznięta, zadowolona, zmęczona.

Z rozmów porannych wykluł się nam pomysł na postanowienie noworoczne: poszukam miejsca, gdzie mogłabym otworzyć rachunek oszczędnościowy.

Przed wyjazdem do Aś przyjaciółka poinformowała nas, że jej współlokatorka zgodziła się pomieszkać z naszym kotem. Oznacza to, że Fred może do mnie dołączyć choćby na dwa dni świąt w Polsce (czy znajdzie bilety w sensownej cenie to jeszcze nie wiadomo, ale jedna przeszkoda z drogi).

W deszczowym pyle dojechaliśmy do Newry i Kochany kupił prezent dla mojej mamy (śliczny sweter Armaniego; dla tatki od jakiegoś czasu jest odłożony do zapakowania pod choinkę brązowy kardigan Pringle of Scotland), a mi dostał się płaszcz Michaela Korsa (czarny w jasne prążki, bardzo w stylu lat 20-tych; chyba byłam grzeczna). Wróciliśmy do republiki przed trzecią, było trochę czasu na coś ciepłego do picia oraz fruit cake u Ruby Ellen's: 


Dudziarze i chór ruszali w miasto z punktu oddalonego od restauracji o kilka kroków, spotkaliśmy tam Aś i Juliję. Uczestniczyliśmy w rozświetlaniu wsiowej choinki, wysłuchaliśmy kilku pastorałek, potem przyjaciółka zaprowadziła nas do lokalnej szkoły w której właśnie kończył się świąteczny kiermasz.




Zmarzłam. O zmroku zabraliśmy samochód z Newry st, żeby dojechać do Aś na herbatę i słodkości. Po pogaduchach do samochodu i w zimnym deszczu do domu, najszybciej jak się da. Wieje wiatr ze wschodu, brrrr.

sobota, 3 grudnia 2022

1083. Nothing big.

Chłód. Sobota przeleciała szybko, Kochany upichcił obiad, potem wolne ruchy do wizyty u Ka & Jot. To Fred zadzwonił wczoraj do przyjaciela. Nasze kontakty nie były ostatnio częste. Po tej załamce Jot w czasie naszej wizyty raczej czekamy na zaproszenie niż się przypominamy, przyjaciele też ostrożni, jakby chcieli się upewnić, że ich nie skreśliliśmy. Na końcu było miło, pogadaliśmy dużo i głośno przy herbacie. 

Powiedziałam mamie, że przylatam. Nie dała po sobie poznać, co tam jej po głowie chodzi, ale była wesoła (jak na nią). Zaczynam się cieszyć na tę wizytę.
___
23:37 Prezent Fredowy kupiony, chrum chrum. Happy Xmas, my love :D

piątek, 2 grudnia 2022

1082. Kurz.

Piątek: praca skończona szybko, dzień ładny, ja głodna tak, że zaraz wzięłam się za pichcenie. 

Żyćko: odetkał się nam odpływ zlewu kuchennego, który zapchał się wczoraj, thank gods. 

Kultura: nadal płyta Lubomskiego; od Ka zaproszenie na jutro wieczór; bilety na Mesjasza zakupione (koncert w naszym mieście jest w połowie grudnia); w Carlingford mają w niedzielę zapodawać kobziarze i chyba jedziemy. Tymczasem dzisiaj następny odcinek Chłopów (Scheda). Prokrastynuję, aż się kurzy za uszami. 

czwartek, 1 grudnia 2022

1081. Kilka rzeczy.

Ryszard dumny, mrugał powoli i robił zadowolone miny. W czasie mojej nieobecności Kochany udokumentował jak nasz kot z sukcesem przeprowadził w ogródku obławę na mysz (mąż przesłał mi nawet zdjęcie na messengerze, jako dowód, że wszystko odbyło się zgodnie ze sztuką łowiecką). 

Nie miałam planu jechania w tym roku do Polski na święta. Wracając z pracy zadzwoniłam do mamy i chyba trafiłam na jej gorszy dzień (była przybita i ogólnie widziała świat w czarnych barwach). Zapytałam ją, czy chce żebyśmy wpadli, oczywiście jasna artykulacja emocji nie zaistniała. W skrócie: bilet lotniczy kupiłam (dla mnie, z Fredowej karty), zabiorę laptopa, bo trzeba mi pisać (w temacie pracy mgr powolna dłubanina; właśnie kupuję testy); szybkie działanie było podyktowane głównie rosnącymi cenami przelotu. A mamie o bilecie wspominać na razie nie będę. Nie wiem, czy w dłuższej perspektywie wspólnie spędzone święta przyniosą coś dobrego, czy raczej przeciwnie.

Fred odwołał wizytę kowidową (miał dostać drugiego boostera). Data kolidowała mu z pracą, poza tym Kochany ma uzasadnione podejrzenie, że przechodził chorobę w tym samym czasie, co ja (pomimo negatywnego wyniku testu). Może to i lepiej, na razie oboje czujemy się bezpiecznie i nie odnoszę wrażenia, że trzeba nam robić coś extra w temacie minionej pandemii.

Po obiedzie (późnym dość) obejrzeliśmy Śmierć Boryny. Sprawa wylotu na święta jeszcze mnie trzyma, rozprasza i trochę też demotywuje. Idę czytać. 

środa, 30 listopada 2022

1080. Bo w życiu trzeba się ustawić.

Po śniadaniu wyruszyłam na szybki spacer nad morze, przy okazji połączyłam się z tatą, który akurat gotował obiad (znowu miałam wrażenie, że tatko zaraz pokaże babcię, bo przecież ona była tam zawsze). Po powrocie kawa, wysadziłam też w końcu dwa zestawy narcyzów (Bella Vista, Delnashaugh) do kast, w których będą zimowały pod ścianą domu sąsiadki (zostały jeszcze tulipany; ostatnie pięć minut w ogródku poświęciłam na wsadzenie do ziemi kawałków zawciąga, którego Fred wycharatał jakiś czas temu biorąc go za chwast).

Na obiad pojechaliśmy do miasta. Po drodze, w przejściu, gdzie Martaszka pracuje w kawiarni, przystanęłam chwilę i z Martaszką zapuściłam small talk. Ustawiłaś się. Fajne buty. Dobrze wyglądasz. Koleżanka nie chciała mi powiedzieć, jaka chmura gradowa ją goni, musi to być coś naprawdę złego. Obiad był w Cedar Gate, szybkie zakupy w Lidlu, bezowocne szukanie kubka termicznego w TK Maxxie, kawa w Coście obok. Od dłuższego czasu grało mi w głowie Gongo w wykonaniu Lubomskiego, więc po powrocie zapuściłam całą płytę. Kochany, mój towarzysz wszystkich tych historii, usiłował dodzwonić się do Andrju w sprawie wiadomej ... nie odbiera, nie odbiera, no czemu nie odbiera? Mecz jest podobno Polaków z Argentyną. Pierwsze słyszę. Ok. Popatrz... już ołówek spada, / Kawa się rozlewa też, / I czuję, że nadchodzi on, / Niedaleko, w okolicy, Gongo jest, / Naprawdę przyszedł.

***

Lystopad w randomowych zdjęciach:

wtorek, 29 listopada 2022

1079. Robótki.

Miasto było z rana równie zimne, co wczoraj, ale zupełnie szare, gdy tak szłam w dół ulicy po pierwszą kawę. Pięć godzin pracy elfa minęło szybko, na końcu dostałam świeżego sconesa z masłem i dżemem malinowym, bo byłam dobra (czterodniowy tydzień pracy stabilizuje się). 

Wróciłam do cieplutkiego domku (zamknięte okno) z zawiniętym w rogal kotem. Fred wyjechał do pracy kilka godzin przed moim powrotem. Resztę wtorku poświęciłam na rozgrzanie się, rozmowę z rodzicami (są wesoło-smutni, trochę gaworzą, trochę utyskują na starość), obejrzenie odcinka Midsomer Murders z  Hayley Mills (16.3), instalowanie programu statystycznego (zwariować można %&*!#$, jutro kontynuacja), zwijanie skarpet w kulki i inne małe robótki.

poniedziałek, 28 listopada 2022

1078. Poniedziałek bez wydarzeń.

Moje zapyziałe miasto po pracy:


Z Luśkiem się ugadać na online meeting, to gorzej niż załatwiać audiencję u papieża. Już myślałam, że jej też na głowę padło. W końcu, gdy rozłożyłam się po obiedzie z herbatą z cytryną, a kot wrócił do domu i zapadł w drzemkę obok na tapczanie, rozmowa z psiapsiółką doszła do skutku (godzina dwadzieścia sześć; zareklamowałam jej stronę genealogiczną; Ryszard domagając się atencji na dłużej wepchał swój rudy nos do kamerki). Fred też wrócił gdzieś w tych okolicach, zrobiłam mu instaobiadek i teraz słuchamy Kazika, który podobnie jak Arystoteles, pisał o wszystkim (Na żywo, ale w studio, 1994).

niedziela, 27 listopada 2022

1076-1077. Łykęd.

W sobotę posmak anyżu w płukance do ust poprzedził wymianę myśli o cukierkach. Mordoklejek toffi z makiem nie jadłam wieki całe. To było przed poobiednim wyjazdem do miasta ... Kochany miał biedronkowe skarpetki, ja założyłam nowy sweterek i buty w kwiatki, które nadal usiłuję rozchodzić. Częściowo pokazałam mamie wyprawę do Lidla i Tesco, if it makes sense; była mężowska rozmowa z Wu; obejrzeliśmy ósmy odcinek Chłopów. 

Większość niedzieli hodowałam w pamięci myśl, że kilka dni temu wkopałam się w wieczorne spotkanie z promotorką (na co dnia owego nigdy nie mam ochoty). Z tego powodu nawet jasność jaka spłynęła o poranku na wybrzeże nie za bardzo mnie cieszyła. Przed śniadaniem napiekłam naleśników na krokiety, i tak napychaliśmy się z Kochanym krokietami wigilijnymi na irlandzkim cheddarze słuchając Siouxie and the Banchees oraz AC/DC. Ostrzygłam Fredowi jego dyjabelskie kudełki, pogmyrałam w sieci i w końcu zasiadłam do rozmowy z dr Pierzastą (w temacie mgr nadal przeżywam chaos badawczy, stąd wynikła z mojej strony prośba o kontakt). Gdy skończyłam nawijkę online, pora przyszła na Chłopów, odc. 9 (jeśli wiedziałam, że Królówna zmarła latem, to w międzyczasie zapomniałam, szkoda, świetna aktorka; a tak w ogóle to fajnie jest oglądać z mężem peerelowskie seriale). Rozważaliśmy z Kochanym czy nie warto się wspólnie umówić, że jutro jest sobota ... wtedy oboje nie musielibyśmy iść do pracy. Oh, well. Ekscytacja po rozmowie z dr Pierzastą coś jakby się wzmaga, gadam w głowie sama do siebie, obłożyłam też dwa stare skrypty z pierwszych moich studiów w zielony papier po bukietach kwiatów. Nie sądziłam, że rozważania prof. Gajdy o Platonie jeszcze do czegoś się przydadzą (w ciekawych czasach żyję, zaiste). 

piątek, 25 listopada 2022

1075. Równowagę łapać.

Dzień znowu zaczęłam koszmarem, mam w głowie tupot lęków najwyraźniej. Tymczasem pracowniczo (i później) bardzo miło. Sama sobie sterem i okrętem, pozaczepiałam Sziwan, poszłam do biblioteki miejskiej zrobić fotokopie kilku artykułów ze starych wydań lokalnych gazet, usiłowałam też ściągnąć na nowego laptopa parę aplikacji, ale nawet z uroczym Brandonem po drugiej stronie światłowodu nie udało się nam odgadnąć why it wasn't possible. Cóż. Małżonek po mnie przyjechał i zaraz pognaliśmy do domu. Chłopa trzeba bardziej pilnować, bo znowu miał za dużo czasu i znalazł mi śliczny żakiet Paula Smitha, szary, w czarne paski, dobry na lato.

Tak jak platońskie państwo utopijne ze zrozumiałych względów do mnie nie przemawia, tak opisy przechodzenia oligarchii w demokrację, a demokracji w dyktaturę uśmiechnęły mnie szeroko. Czytanie Państwa zakończone. Jeszcze po obiedzie obejrzeliśmy z Fredem Bór (siódmy odcinek Chłopów). Pozostało mi wykupić program antywirusowy na kolejny rok i zasnąć w poczuciu, że ledwo ledwo, ale nadążam. 

czwartek, 24 listopada 2022

1074. Co by się nie działo.

Szpaki też wstają wcześnie, widziałam ich sąsiedzką chamrę, jak wzbijała się w powietrze burym świtem, gdy czekałam na autobus. Po południu Kochany zabrał mnie z miasta, zrobił nam obiad i rozłożyliśmy się do szóstego odcinka Chłopów (piąty był obejrzany w poniedziałek, po tym jak jednak nie zasnęłam), gdy Ciocia Ce zadzwoniła ze spóźnionymi życzeniami, więc też jej złożyłam życzenia adekwatne. Rozmowa była miła, bo ciocia Ce, co by się nie działo, nawet na smutno ma w głosie wesołość. Wychłodniałam w pracy i senność mnie bierze, ale dam jeszcze radę przynajmniej siódmej księdze Państwa. 

środa, 23 listopada 2022

1073. Depczę przez listopad z determinacją.

(ach, miałam dziwaczny sen jakoby eM powrócił i smolił do mnie cholewki w swoim psychopatycznym stylu; sen zakończył się dwoma ciałami bez nóg). Przeczytałam artykuł Środy o Etyce Nikomachejskiej. Przed wyjściem nad morze napełniłam karmniki dla wróbli i szpaków. 


Pytanie wysłane do revenue (po półgodzinnym grzebaniu w papierach, matkoboskoczynstochowsko, jakie z nimi zawracanie jest głowy), potem już tylko słuchanie Państwa Platona (omatkołansegen) z dziwnymi przerywnikami (jak rozkładanie na podłodze wszystkich posiadanych muszli i kamieni, żeby sobie na nie popatrzeć). Mama złożyła mi życzenia (wczoraj się jej zapomniało), dostałam od niej wirtualnego kotka. Pogoda skiepściła się pod wieczór, jestem w domu z Ryszardem (Fred będzie wracał z Dublina, ale to za jakiś czas), mocno zblazowana i w piątej księdze Państwa.

wtorek, 22 listopada 2022

1072. Kółka mi się toczą ...

Początek dnia toczka w toczkę jak wczoraj: lało. Tatko zadzwonił z życzeniami, chwilę rozmawialiśmy o drobnostkach. W południe wypogodziło się na tyle, że postanowiłam wyjść na spacer nad morze. Dopadło mnie w związku z tym dziwne uczucie, typowe (jak sądzę) dla osób, które mieszkają daleko od rodziny i nie mają codziennej aktualizacji oprogramowania: w trakcie spaceru pomyślałam, że fajnie byłoby zadzwonić do domu i pokazać (także babci), gdzie jestem. Nad morzem szara chmura i jesiennozimowy spokój przerywany piskami ostrygojadów. Popołudniowa drzemka skrócona telefonem z życzeniami od teściowej, potem jakieś chaotyczne ruchy, coś na kształt obiadu i na wieczór (akurat małżonek wrócił z pracy) seminarium magisterskie (po grudach do przodu). Plan lektury mam na jutro, ale wiadomo jak to ze mną jest ...

poniedziałek, 21 listopada 2022

1071. Plucha & dobry uczynek.

Miałam nic nie pisać, bo niby o czym. Szaro-buro, lało, kot też miał swoją negatywną opinię o tym poniedziałku, nie byłam nawet do końca pewna, czy pracuję czy nie (okazało się, że pracuję). Czyli miałam nie pisać, ale w kuchni przechodziłam obok gara z brokułami i kalafiorem. Na jednej z dryfujących różyczek dostrzegłam znajome rogi, wyciągnęłam je z zieleni i w ten sposób uratowałam życie skorkowi, który swoim zwyczajem w niebezpieczeństwie znieruchomiał powiewając ratunkową flagą szczecinek odwłokowych. Wprawdzie skorek pospolity jest naturalnym wrogiem rybika cukrowego, no ale to już sprawy między nimi. Chwalę się uczynkiem, jeśli nie bardzo dobrym, to dobrym wystarczająco. 

Obiad zjadłam w Cedar Gate; wróciliśmy z Kochanym do domu o zmierzchu; zapijam się herbatą i walczę z sennością całą dzielnością na jaką mnie dziś stać.

niedziela, 20 listopada 2022

1070. Ulotna.

O matulu, jak ciężko zabrać się za to, co muszę zrobić. Fredowi też lekko nie jest, małżonek długo zwlekał z zawieszeniem szafki, która od wczoraj swoją obecnością w kuchni dobitnie domagała się działania. Zrobiłam małe pranie ręczne, chwilę rozmawiałam z rodzicami, przeżyłam radość odnalezienia zapomnianej rzeczy (chowając w szafie walizkę odkryłam prezent Fredowy z tego lata, tęczowy szal Royal Speyside skitrany na jesieniozimę, który teraz pasuje do wszystkiego i jest mięciusi jak kot), zrobiłam obiad. Przed obiadem szafka na płyty zawisła w miejscu do tego upatrzonym, Kochany zabrał się więc za przyjemniejszą części zadania: rozkładanie płyt wg Fredowego klucza. Pomiędzy obejrzeliśmy wesele u Boryny. Niedziela ulatuje, gra Kult, Salon Recreativo (2001). 

sobota, 19 listopada 2022

1069. Prawie imieniny.

Po raz kolejny potwierdziła się prawda, że jak nie muszę to wyłażę z wyra wcześnie. Taki objaw wolności. Gdy Kochany pił swoją pierwszą kawę, byłam już obudzona, nakarmiona śniadaniem i do kawy pośniadannej jak najbardziej ready. 

Fred od czasu do czasu wyskakiwał z domu i tłumaczył Amber, żeby do nas nie przychodziła. Szurałam w genealogii, Kochany zaś rozłożył się ze składaniem, że tak to dowcipnie ujmę (szafka z Jyska długo czekała na swoją kolej). Gdy skończył była już najwyższa pora obiadowa, mąż ugotował kalafiora z beszamelem, słuchaliśmy do tego muzyki Maanamu (Się ściemnia z 1989 roku jest świetną płytą, nie spodziewałam się), potem trzeba nam było jechać po chleb (zmierzchało i kropił deszcz). W Lidlu oprócz pieczywa Fred kupił mi bukiet żółtych róż, oświadczył też, że w domu czeka na mnie prezent. Poza tym Costa. 

Prezenty: mięciusi sweterek Max Studio, frufru bluzka All Saints, białe sandałki Martensa (i tylko letnia sukienka na mnie nie pasowała). A dlaczego tak? Bo kiedyś tam mam imieniny, o których zapomniałam.

Poza tym rozmawiam z mamą; oglądamy trzeci odcinek Chłopów; gadamy do północka; Fred odkrył sporą sumę pieniędzy przelanych mu przez państwo irlandzkie, kombinujemy dlaczegóż (co za kraj!).

piątek, 18 listopada 2022

1068. Rozwijanie i zwijanie.

Szkoda, że byłam wczoraj zmęczona i niezdolna do docenienia wieczornego koncertu. Fred nagrał parę dźwięków, które mój mózg zapamiętał inaczej. Piątek był na pół gwizdka, zaczęłam go od herbaty i ciastka z morelą (śniadania w domu i uzupełniania wpisu czwartkowego nie liczę, mózg pracował wtedy na autopilocie) do Mozarta (w kawiarni mają zapętloną muzykę, która świetnie mnie nastraja; koncert klarnetowy a-dur). Zimno, całe szczęście, że mam nową czapulę kaszmirową, która przylega mi ciasno do łepetyny i nad temperaturą komórek mózgowych trzyma pieczę, bo inaczej byłby kryzys głowowy większy niż jest.

W pracy niezaplanowane cztery godziny więcej, ale nic to nie szkodzi (zapłacą mi, muahaha). Z rana Saren i Sziwan złożyły mi kondolencje w irlandzkim stylu; po południu poszłam z Gronją do drugiego miejsca pracy (jeszcze pachnącego farbą), potem usiłowałam zalogować się nowym mailem na laptopie (in vain, btw laptop nieomal identyczny jak mój prywatny Dell). Fred też w drodze, ładnie zgraliśmy wspólny powrót. Małżonek szczęśliwy, gdyż młynek do kawy (żarnowy Krups) został zakupiony i teraz będą dwa młynki, czyli perspektywa katastrofy spowodowanej nagłą awarią młynka została oddalona.

Rodzice zmęczeni tym tygodniem, wcale się im nie dziwię. W drzewie genealogicznym dopisałam datę śmierci babci. Słuchamy muzyki z płyt, które przywiozłam.

1067. Powrót.

Obudziłam się po piątej, w ogóle tej nocy budziłam się kilka razy, mniej więcej co dwie godziny. Przed wyjazdem ze wsi zawinęliśmy na cmentarz, żeby zapalić kilka zniczy (dzień wcześniej nie mieliśmy zapałek).

Lot był tylko trochę spóźniony, dzięki temu zanim wyleciałam z coraz zimniejszej Polski na lotnisku mogłam chwilę przysiąść z rodzicami przy herbacie (mama spokojnie wcina kanapkę i popija herbatę, jestem z niej dumna).


W połowie podróży dokończyłam czytanie Rzeźni numer pięć Vonneguta. Rewelacja. Potem tylko omiotłam wzrokiem uniwersyteckie wydanie hymnów orfickich, które wygrzebałam z domowej biblioteczki i zapakowałam do plecaka z intencją rozpoczęcia kolejnej lektury; resztę lotu spędziłam kiwając się przy okienku przez które słońce grzało niemiłosiernie (ponownie siedzenie 15a).

W planach nie było natychmiastowego powrotu do domu. Jakiś czas temu kupiliśmy bilety na Sigur Rós i przed podróżą do Polski postanowiłam pójść na koncert, jeśli tylko uda mi się dolecieć na czas. Wiatry mi sprzyjały, wylądowałam o 12:06 (do koncertu zostało mnóstwo czasu), zajechaliśmy z Kochanym do Blanchardstown: byliśmy w Milano na lunchu, w TK Maxxie na szwendactwie (kupiłam sobie zieloną czapeczkę Zwillingsherz), w the Art Of Coffee na ... herbacie jaśminowej. Zaczęliśmy przebijać się w kierunku 3Arena dość wcześnie i weszliśmy do budynku zaraz po otwarciu drzwi, została nam więcej niż godzina do występu (pochłonęłam popcorn, Fred też zjadł garstkę, będziesz mogła mówić, że zjedliśmy).

Koncertu doświadczyłam autystycznie, a druga część (Sigur Rós robi przerwę jak w teatrze) była dla mnie dodatkowo koszmarna, bo walczyłam z sennością. Fred jest zachwycony, ja nie wiem (zapytaj mnie później). Dopiero 5 minut po północy we własnym łóżku, zapadłam się w sen jak ciężki kamień, granit albo marmur.

środa, 16 listopada 2022

1066. Pożegnanie.

Wczoraj do późna siedziałam z mamą na pogaduchach i wskoczyłam do łóżka dzielonego z Wojtusiem w zasadzie po północy czasu lokalnego.

Rano pojechałam z awizo na pocztę, więc będę wiozła do domu dwie koszulki Siekiery oraz spory zestaw płyt cd.

Babcia kiedyś była aktywna w róży, ale ani nie wiem co to oznacza, ani nie znałam jej koleżanek. Przez ostatnie lata wycofywała się z życia, więc trudno się dziwić, że na pogrzeb przyszło tylko kilkoro sąsiadów. Msza pogrzebowa była standardowym, bezosobowym pitoleniem o niczym; mama niedyskretnie kręciła filmik, pewnie żeby się czymś zająć. Z gości nie spodziewaliśmy się nikogo poza jedynym żyjącym bratem babci (wpadł z synem, został na herbacie, bo to środek tygodnia i kuzyn mamy miał coś jeszcze do roboty). Dzień był szary, chłodny, a przed samym pogrzebem dodatkowo zaczęło mżyć. Wczoraj gdzieś na wschodzie Polski spadły jakieś pociski, jak można się było spodziewać, nie wywarło to na nas wrażenia. Zjedliśmy obiad we trójkę, dopadło mnie po nim niesamowite zmęczenie, mamę również, bo jeszcze przed ósmą położyła się spać. 

Czytam o tym, że wolne mruganie to koci uśmiech; oglądam Columbo (2.03) i Poirota (1.03). God rest ye merry gentlemen wykorzystana została w reklamie specyfiku na trawienie (facepalm).

wtorek, 15 listopada 2022

1065. Gnam.

Nie bardzo mam teraz kontakt z emocjami, wszystko gna i szumi. Chciałam wczoraj napisać kilka słów pożegnania, ale nic nie przychodziło mi do głowy, nic ważnego, czym chciałabym się dzielić. Do plecaka wrzuciłam Rzeźnię numer pięć Vonneguta (Albatros, 2011) na drogę oraz pendrive z zaczątkiem pracy mgr na ewentualne później.

Zmartwiła mnie wczorajsza rozmowa Freda z Usz, która odwiedziła psychiatrę i będzie brała leki. Oczywiście dobrze, że będzie brała; po prostu nie sądziłam, że jest u niej tak źle. Kochany uwolnił się od paskudnych relacji z rodzicami i nierealnych oczekiwań poprawy, ona najwyraźniej nie, a dziewczyna jest dobra i zwyczajnie jest mi jej szkoda. Przemoc rodzi takie frukta i można sobie w dupę wsadzić łkanie, że przeca bardzo się starali, ale co było robić. 

Wylot był zaplanowany na wczesne popołudnie, więc już o dziesiątej zaczęliśmy się kierować na stolycę. Po drodze zatrzymaliśmy się w Coście na obrzeżach miasta, Aurze usta zadrżały w nerwowym uśmiechu, gdy nas zobaczyła.

Nocny sztorm przegonił paskudną pogodę, wyleciałam o czasie, przy dobrej widoczności (daleko na horyzoncie leżakowała w słońcu nasza wieś); większość bardzo komfortowego lotu (miałam wolny rząd 15) spędziłam na lekturze (skończyłam siódmy rozdział i resztę książki zostawiłam na lot powrotny). Rodzice już na mnie czekali, szybko przemieściliśmy się do wsi, bo wisiała im jeszcze nad głową audiencja u plebana umówiona na siódmą (1200 + 200 organista). W telewizorni odcinek Columbo z Roddym McDowallem; Kochany pokazał mi w kamerce kolejny kubek Emmy Bridgewater, zakupiony dzisiaj (w deseń borsuczy); na piętrze cicho i ciemno.

poniedziałek, 14 listopada 2022

1064. Przechodząc.

Wiadomość o śmierci babci przyszła do nas wczoraj, gdy akurat weszliśmy do domu po miejskim szwendactwie. Przywieźliśmy bardzo ważne rzeczy, jak otwieracz do słoików, miskę dla jeża i kubek Emmy Bridgewater (tzn. mój kubek, z wyrysowaną bobrzą rodziną). Dziewczyna na kasie w TK Maxxie rozmawiała z nami jakbyśmy byli irlandzkimi znajomymi. To bardzo miłe, ucieszyłam się, Fred nawet myślał, że może znam ją skądinąd (nie przypominam sobie). Wieczorem słuchaliśmy największych przebojów the Queen. Był to więc dobry dzień.

Poniedziałkowi też trudno coś zarzucić. Pojechałam do pracy, w tym czasie mama uwinęła się z organizacją wszystkiego, chociaż pewnie była padnięta (Doktor Śmierć przyjechał o czwartej rano, rzekomo aż spod czeskiej granicy). Ramy wydarzenia zostały zakreślone, kupiłam bilety do Polski i z powrotem, wolne zaklepane. Jako, że były kultowe rozmowy o śmierci, dowiedziałam się, że babcia Ger ma lat 96. Zmęczona polazłam do Caffè Nero, gdzie przy kawie i ciastku z toffi zastał mnie Fred i już razem mogliśmy się udać do Il Forno na obiad. W drodze pokazaliśmy sobie ostatnio zrobione zdjęcia. To jest zdjęcie zrobione przez Freda, gdy szedł na spotkanie ze mną:

A to jest moje zdjęcie, które zrobiłam w drodze do Il Forno, bo wydawało mi się, że nie można go pominąć (jeszcze nie wiedziałam, że już jest zrobione i nie ma się co martwić):

W restauracji zjedliśmy obiad i wspominaliśmy babcię Manię. 

Wieczór będzie długi, bo pakowanie się nie jest moją mocną stroną, nigdy nie wiem, co wziąć, a gdy ogranicza mnie dress code to już w ogóle. Na zewnątrz wieje ohydnie; Ryszard pilnuje mojej rozbabranej walizki; ciągle zajmuję się czymś innym.

niedziela, 13 listopada 2022

Postscriptum #1063.






1063. Śmierć.

Dzień zaczął się jogą i ogólnie było wspaniale, miałabym o czym pisać. Nie napiszę teraz. Ponad pół godziny temu zmarła babcia Mania. Umarła w swoim domu, tak jak chciała.

sobota, 12 listopada 2022

1062. Snuj.

Bura listopadowa pogoda nie nastraja do niczego fajnego. Wprawdzie obejrzany był drugi odcinek Chłopów, ale potem nawet zapominamy zjeść obiad i przypomina się nam to dopiero po piątej. Wieczorne tulanie w łóżeczku jest dobre. I słuchanie piosenek dziwnych z jutuba. 

1060-1061. Just for the record.

Czwartek.
Człowiek wychodzi z pracy, a tu go wieczorna szarość zewsząd atakuje. Do tego połaziliśmy z Fredem po sklepach i zrobiło się nagle ciemno-po-piątej. Po obiedzie zrobionym przez Kochanego obejrzeliśmy pierwszy odcinek Chłopów (serial nastroił mnie nostalgicznie).

Piątek.
Do wczesnego popołudnia w pracy, a praca moja jest taka m.in., że łazimy z Sziwan po mieście i spotykamy pana z pieskiem noszącym gazety, który zostaje przez nas zaczepiony, a piesek pogłaskany. Przy okazji dowiaduję się też jak nazywa się najbardziej charakterystyczny miejski alkoholik. Paddy 'Elvis' McCabe. Podążający za nim przechodzień przekazał nam prawdę powszechnie znaną: when you see Paddy, keep moving. 

Po pracy udałam się w kierunku Cedar Gate, bo byłam już umówiona z Fredem. Tuż przed drzwiami restauracji natknęłam się na Elaine, która w pierwszych słowach zapytała mnie gdzie zgubiłam męża. Elaine już nie pracuje w kawiarni, los się do niej uśmiechnął (przechodziła obok restauracji jeszcze dwa razy, mieliśmy stolik przy oknie, więc dwa razy pomachała nam bardzo energicznie).

I jeszcze wieczór filmowy, bo Ka przeniósł na piątek spotkanie z niedzieli. Przypomnieliśmy sobie Eskortę (2014) Tommy'ego Lee Jonesa i wróciliśmy do domu deszczowym północkiem. 

Dwa prezenty: pierwszy sprawiłam sobie sama (czarna bluza z kapturem True Religion), drugi dostałam od Jot (szal w koty Klimta, kupiony na Kanarach).