Strony

wtorek, 30 listopada 2021

714. W niebie.

Szarość nad morzem taka, że mieszkamy w niebie. Zaraz po pracy szybko mieszam w garach, bo głód, a Cicha Karolina w tym czasie idzie w Tany (2020) i nie zawodzi. Świetna płyta.

Znalazłam zgubioną mysz, czekała na mnie w pracy w pudle na kabelki. Tymczasem Fred kupił mi nowego Logitecha, bardzo dobrze, dodatkowa mysz szkody nie uczyni. Sobie kupił Kochany piękne buty, ciemnoniebieskie brogsy Chapman & Moore'a, tylko na bezdeszczowe dni, na które trzeba będzie poczekać, bo na razie mżawka.

Mruczysław cały prześwietlony i opisany, najwyraźniej wykorzystał kolejny koci żywot. A jest mu to, że boli go gardełko. Po dwóch dniach kilkugodzinnych pobytów w klinice, tabletach i wkłuciach oraz inhalacjach, dzisiaj jest trochę lepiej. Kot siedzi nabzdyczony w domu, w budce skleconej naprędce przez tatę. Ma szlaban na wychodzenie i przykazanie (czegoś takiego jeszcze nie grali), żeby się inhalować w łazience, gdyż zapalenie krtani tak mu się rozhulało, że o mało co byłoby po kocie.

Wieczorem seminarium mgr. Na razie zaczęłam czytać Doktora Faustusa bez poczucia, że się do czegoś przyda. Jest za późno, żeby zacząć oglądać film na myślenie, zalegamy więc. Fred słucha punkowych dziwactw z youtube'a.
___
edit 21:57 Zupełnie wypadło mi z pamięci, że gdy wstałam w nocy, kot w ciemności siedział na blacie kuchennym i spożywał gulasz wołowy.

poniedziałek, 29 listopada 2021

713. Papierologia.

Ciemno przy wyjściu, ciemno przy powrocie. Kochany to już w ogóle przejechał się do pracy ponad 12-godzinnej i rano wyminęliśmy się w drzwiach. 

Doobiednio słuchamy Pamiętnika z Powstania Warszawskiego (2009), potem dwóch płyt Samych Suk. Po ósmej zaryłam w papiery. Nie znoszę biurokracji, ale jak już się wkręcę, za dużo o tym myślę. Nie warto, jutro i tak utkniemy, ale myślę.

niedziela, 28 listopada 2021

712. Mam czas.

Dzień jak co dzień. Gdy Fred przygotowywał się do wyjazdu, roleta w oknie kuchennym zjeb spadła ostatecznie, a ja szukając zasłony od Jot uderzyłam się drzwiczkami szafki w palec. Zasłona zawieszona, staw w kciuku spuchnięty, ja dumna z siebie.

W Polsce pada śnieg, Maksiu śpi obok mamy, Mruczysław poważnie choruje i jutro jedzie do weta. U nas wróble do spółki z kawkami i kilkoma gołębiami rąbią ziarno aż miło.

Myśli wędrują mi już do jutra, bo nieudany projekt w pracy jest jak bolesna narośl na tyłku, nie daje o sobie zapomnieć. Po wyjeździe Freda do Dublina zebrałam się w sobie do prasowania i oglądałam przy tym dodatki z dvd Father Ted.

Korci mnie, żeby po latach wrócić do robienia na drutach, szukam więc włóczek i wzorów na ponczo. Druty przywiozę pewnie dopiero z Polski, mam czas. 

A teraz do papierów.

sobota, 27 listopada 2021

711. Jan Paweł II, jak miał na imię zanim został papieżem? ... (po dłuższej chwili) Janusz?

Słonecznie i zimno, miałam ochotę na spacer w ogrodzie Oldbridge po zakupach, ale przeszło mi, gdy pod Tesco owionął nas lodowaty wiatr. Odtwarzacz LG został kupiony, wygląda jak zabawka, ale działa, więc zaraz przy zupach powitalnych włączyliśmy płytę dvd z koncertem Lipińskiego i Tiltu (2010), która nie chciała się uruchamiać na starym sprzęcie.

Oczywiście działaniem docelowym było obejrzenie przynajmniej jednego odcinka Ojca Teda, stary odtwarzacz właśnie na tym serialu podpadł Fredowi. Tak więc zrobiliśmy sobie gorące napoje, raffaello poszło w ruch, obejrzeliśmy dwa odcinki z trzeciego sezonu przed obiadem (gicz jagnięca, brukselka) i dwa ostatnie po. Szkoda, że nie ma więcej. Marksistka ma portret ojca Teda na ścianie, mogłabym chcieć mieć i ja.

Wieści z Polski: tatko miał nowinę, że umarła Jaśka. Z Maryśką jest coraz gorzej, ma przerzuty do mózgu. Jedna w wieku babci Mani, druga to młodsza koleżanka. Babcia, wbrew wieszczonej przez siebie od 20 lat śmiertelności, trzyma się.

piątek, 26 listopada 2021

710. Sztorm Arwen.

Dziwny tydzień pracowniczy się dopełnił. Fred zawiózł mnie do miasta, a po pracy poszliśmy na przedobiedzie do Stockwell Artisan Foods. Jesień plecień — gdy zmierzaliśmy w kierunku restauracyjki słońce oślepiało, podczas wyjścia zlał nas deszcz. Na wynos wzięłam ciastko z gruszką.

Kochany oczywiście wynalazł coś dla mnie w TK Maxxie, chustę nie-arafatkę firmy Diesel. Super jest, będę się arabsko opatulała.

Po rozgrzaniu się kawą zaczęliśmy składać to, co mąż przywiózł wczoraj z Polski, amplituner Denon n-10. Trzeba było rozplątać mnóstwo kabelków, bo pozbyliśmy się wszystkich głośników ss-ts10, odtwarzacza cd/dvd i małej wieży Sony zalegającej do tej pory w sypialni (z kompletu kina domowego Fred zostawił tylko subwoofer). Kochany podłączył do amplitunera dwa głośniki od starej wieży i na pierwszy ogień poszła płyta Megadeth So Far, So Good... So What! (1988), potem przywieziona wczoraj Demarczyk śpiewająca Koniecznego (1967/1999). Przy obiedzie złożonego z przeterminowanych klopsików wołowych grała najnowsza płyta Dyjaka Na wzgórzu rozpaczy (2021). Fred się skrzywił, Klopsiki są w porządku, więc pewnie chodzi o muzykę, zagadnęłam. No cóż, Marek miał już lepsze albumy ...

Przyszedł pierwszy sztorm sezonu. O trzeciej niebo pociemniało, obserwowaliśmy przez okno w sypialni jak tęczę zasnuwają opady drobnego gradu i dwie mewy lecą na północ z trudem, pod wiatr. Niepogodę szczególnie słychać po zmroku, wicher dokazuje. Nic mu nie poradzę, musi to wieje ... cokolwiek by nie było, jutro jedziemy kupić odtwarzacz dvd.

czwartek, 25 listopada 2021

709. Wyczekiwanie.

W ciągu dnia parę razy rozmawiałam z Fredem, coś tam dłubałam (np. odnowiłam licencję antywirusową na kolejny rok), jednak najbardziej czekałam. Wróciłam nawet do serialu Poirot, odc. 1.1, Przygody kucharki z Clapham (1989) dla zmitrężenia czasu, gdy Kochany leciał nad Niemcami. Mąż nie zdążył na jeden autobus jadący na północ, wyruszył drugim i skorzystał z pomocy Katlin w dostaniu się na wieś (przy okazji Katlin opowiedziała mi swoją wersję historii, dlaczego nie odzywa się z Anną; kiwałam głową zachowując wewnętrzny spokój, bo to nie moja jest sprawa).

O zmroku zadzwoniłam do rodziców, którzy powracają do normalności po trybie "gościmy zięcia". Są już zapisani na trzecią dawkę szczepionki antycovidowej i dzielnie się ogarniają w tym nieciekawym czasie. Kiedy ich odwiedzę? Niepewność jest męcząca.

Kochany przywiózł mi książki, jedną z antykwariatu, drugą z dedykacją autorki. Będzie czytane, będę mądrzejsza ;)

środa, 24 listopada 2021

708. Środek tygodnia.

Wczoraj zostawiłam w Centrum bezprzewodową myszkę do laptopa, a że nie jestem fanką smyrania touchpada, z czeluści walizeczki na nieużywane dingsy wyciągnęłam mysz przewodową, co mi teraz świeci blink blink.

Zrobiłam trochę francuskiego z ESKK. Poziom średniozaawansowany jest dla mnie trudny, ale sama chciałam, to mam. Od różnicy pomiędzy pisownią i wymową flaki mi się przewalają. 

Z innych rzeczy, przy śniadaniu oczywiście rozmawiałam z Fredem przez messengera, od słowa do słowa wyszło, że jemu także kupię test DNA z MyHeritage. Nosiłam się z tym zamiarem od dłuższego czasu, jeszcze przed rozmową na ten temat z Marksistką. Będziem się badać skund my, gdyż jest akurat korzystna oferta czarnopiątkowa. Bardzo się tym podjarałam, zapłaciłam za dwa pakiety i popołudnie spędziłam na przeglądaniu drzewa genealogicznego. Dopiero wieczorem złapałam kontakt z rzeczywistością i wplątałam męża w niunianie Niuni — koteczka przyszła się przytulić, pomruczeć, a to nie jest takie hop siup, bo Niunia wartość swoją zna i się z byle kim nie zadaje. Fred już chyba spakowany, jutro wraca, zleciało jak z bicza.

Podsumowując, dzień bez wydarzeń, z mała przerwą na grube siostry, ale tak lubię. Ryszard od pół godziny leży mi obok nóg w pozie wyczekującej na zgaszenie światła. Kobieto, kiedy idziesz spać?

wtorek, 23 listopada 2021

Postscriptum #707.

W pracy przedłużono mi kontrakt do września, odgórnie, nie było to związane z żadnymi dyskusjami w małym gronie i innym zawracaniem tyłka, więc dobrze jest, wygodnie.

Mój prywatny Hoffander spijał śmietankę lokalnej sławy oraz nabył drogą kupna za pomocą środków płatniczych amplituner firmy Denon. Wiem, że mu na tym zależało i się cieszę, że mąż się cieszy. À propos śmietanki jeszcze, kolejny pokaz filmu ma być w grudniu.

Po zeszłotygodniowym zakręcie plan pracy wraca do normy, chlebek świeży kupiony (i nadgryziony, akompaniował dzisiaj zupie z Lidla), czyli jutro może mnie nie obchodzić to, co na zewnątrz. Jestem nieco znużona zimnem, ale nie jest źle, wręcz przeciwnie, ciało przyjemnie delektuje się schronieniem. Obejrzałam z kotem pilot serialu Columbo (1968) i jestem gotowa na pokrzepiający sen.

707. 8:07.

Wschód słońca o tej porze powoduje, że sprawdzam poranny stan ogródka w półmroku. Cisza. Szuraniem obudziłam jakiegoś ptaszka.

Czekam na przesilenie.

poniedziałek, 22 listopada 2021

706. Uczę się lubić listopad.

O poranku szron na samochodzie, rajtki pod spodnie, rękawiczki na dłonie, czapencja na głowę. Góry Cooley, niewidoczne przez większość zeszłego tygodnia, machały do mnie wyszczerzone we wschodzącym słońcu.

W pracy kryzys zasobów ludzkich oraz plotki o nadciągającym lockdownie (taki small talk zastałam nawet u rzeźnika rodzinnego z West St). Przez większość dnia z sukcesem przeglądałam i niszczyłam papiery z zeszłych lat, stos zalegający od kilku miesięcy przy biurku został unicestwiony. W przerwie na lunch poszłam pierwszy raz do Moorland, zamówiłam zupę jarzynową i cappuccino. Ciekawe miejsce, kawiarnia z historią.

Teściowie zadzwonili do mnie z życzeniami imieninowymi, zapraszają na Wigilię i wogle.

Miałam trochę czasu do autobusu i żeby nie stać na chłodzie pomaszerowałam do Waterstones. Dzień był krótki, więc gdy wchodziłam:

A gdy wychodziłam:

I oczywiście wyszłam dociążona makulaturą:

Drive Your Plow Tokarczuk (Fitzcarraldo Editions, 2020) i Chronicle of a Death Foretold (Penguin, 2014), gdyż nie było nikogo rozsądnego, kto by mnie powstrzymał. 

Z perspektywy wieczornej widzę, że rajtki pełniły kluczową rolę. W zeszły oziębły poniedziałek nieomal rozpadłam się na kawałki. A dziś byłam mądra, i w rajtkach ;) Kilkakrotnie połączyłam się z domem w Polsce, Kochany bowiem już wymiksował się z pałacowego życia, pojechał na północ i w prawo, stąd teraz siedzi oblazły kocim i psim futrem w ciepełku wiejskiej chatki moich rodziców. Coś się zapowiada, że kupujemy amplituner. 

niedziela, 21 listopada 2021

705. Nieróbstwo.

Dzisiaj to już naprawdę, nic a nic, żadnej aktywności sensownej, tylko jedzenie wpycham sobie w otwór gębowy. Po trzeciej z kolei nocy pełni księżyca jasnej nie do uwierzenia, dzień słoneczny i przeraźliwie zimny. Wyszłam po południu na moment, tylko do ogródka, żeby uzupełnić zapasy w karmniku, w zasadzie już na jutro, bo zaczynam poniedziałek wcześnie.

Fred dochodzi do siebie po wczorajszych ekscesach kulturalnych. W pałacu nadal żywego ducha, oprócz pana Krzysia, który rano zrobił mężowi śniadanie. Dostałam wiadomość od Justy z gratulacjami, że mam takiego zdolnego męża. Nie moja to zasługa, ale się zgadzam :). Bardzo dawno się nie widziałyśmy na żywo, może przyszły rok będzie tym rokiem.

Dzwonię do rodziców bez powodu, chociaż w międzyczasie wynajduję pretekst, proszę o sprawdzenie, czy przypadkiem nie mamy w biblioteczce antycznego wydania Doktora Faustusa. Tata znajduje tylko Buddenbrooków.

Pod wieczór niespodziewanie puka do mnie Anna z zapytaniem, czy wszystko w porządku, bo nie widziała mnie ani kota już jakiś czas. Wcześniej dzwoniła nawet do Freda. Zaprosiłam ją do środka, zasypałam słowami. 

A co teraz będzie? Perswazje (2007) z Sally Hawkins, które dobrze znam i lubię, więc są idealne na taki dzień. Pewnie jeszcze porozmawiam z Kochanym. Okno zamknięte, kot drzemie, dobra noc.

sobota, 20 listopada 2021

704. Życie domowe.

Pełną gębą, jak w tytule. Nawet śmieci wyrzuciłam do kosza przez okno. W moim śnie w basenie pływał rycerz w pełnej zbroi, a przez większość dnia cyklicznie powracałam do myśli, że dzisiaj jest niechybnie niedziela.

Pomiędzy słuchaniem wykładów z rozwojowej i różnic indywidualnych zajmowałam się prasowaniem, ogladaniem vlogów i czytaniem różności. Myślałam też dużo o Fredzie, bo dzisiaj było zwieńczenie jego projektu. Z niecierpliwości pod wieczór godzinę przegadałam z Lusiem i zrobiłam jej miniwykład o nerwicy lękowej :) Fred w końcu odblokował telefon, wszystko się udało, minęło, napięcie jeszcze jakiś czas będzie z małżonka schodziło, a jutro jest nowy dzień, w którym Kochany zacznie myśleć o następnych projektach.

piątek, 19 listopada 2021

703. Długi piątek.

Dałam jeść kociźnie, wypuściłam (sądząc, że to dopiero piąta rano) i przy zielonej herbacie po siódmej przeglądałam internet, gdy opłotkami blogowiska dotarła do mnie wiadomość o śmierci Inspirowanki (chyba jeszcze w środę wieczorem). Znajomość wyłącznie internetowa, zresztą przestałam ją regularnie obserwować w zeszłym roku (moje zainteresowanie zamieniło się w zmęczenie niezdiagnozowanym Aspergerem). Kaszlała, ale miało być lepiej, więc nie napinałam uwagi. Anna Kurtasz.

Czy ja wiedziałam, że Sasha, żona Mossa, sąsiada z tyłu, jest bratanicą Katlin? W takim razie mam kurzą pamięć, bo mnie ta informacja zaskoczyła, gdy gawędziłyśmy sobie z sąsiadką o tym i owym. Majkel do nas podszedł (był jako tako trzeźwy, pewnie dlatego). I Ryszard, bo nic o nim bez niego.

Gdy już się zmierzchało, roleta w kuchni postanowiła na mnie spaść. Jeden kołek wypadł, umieściłam go z powrotem, widzę że polecieć może w każdym momencie, zabiorę się za naprawę, gdy będzie jaśniej na świecie.

Rodzice spoczko, pies kaszle w tle.

Mnie się dłuży, tymczasem Fred miał intensywny dzień, porozmawialiśmy o tym wieczorem. Jutro kulminacja. I nie wiem jaki algorytm doprowadził mnie do Days of Wine and Roses (1962), ale obejrzałam sobie przed północą. Lemmon, Remick, temat alkoholizmu i AA, całkiem dobrze to zagrane.

czwartek, 18 listopada 2021

702. Zdarzyło się w czwartek.

Oczywiście spałam nie za dobrze, już o piątej wylazłam z wyrka w nadziei, że wypiję ciepłą herbatę i to mnie zmęczy na dwie godzinki dodatkowego snu. Trochę się udało. 

W pracy standard, niepotrzebnie dźwigałam laptopa taki kawał, ręki nie czuję.

Zwykła pizza na cienkim cieście, margarita z Tesco, która robiła za obiad, bo wychodziła z daty, okazała się lepsza, niż się spodziewałam. Pochłonęłam ją prawie całą przed spotkaniem na zoomie z dziewczynami z projektu. 

Zadzwoniłam do Ka, żeby mu podziękować za propozycję przywiezienia mi po drodze jakichś cięższych zakupów. Ogarniam i pomocy nie potrzebuję, ale zawsze to miło usłyszeć i mieć jakieś extra opcje.

Fred zatrzymał się w tym samym pałacu, w którym mieszkaliśmy w sierpniu, drzwi obok. Jest w budynku sam z duchem Dorothei. Rozmawiam trochę wieczorem, nie tylko z Fredem zresztą, także z tatkiem (mama od razu założyła dzisiaj do pracy swój prezent, zielony T-shirt) i z Kaś Matką Kotów, która przesłała mi zdjęcia wychodzącej sąsiadeczki (na czterech kocich łapkach). Ciekawostka: Kaś w nowym roku ponownie się przeprowadza, tym razem na własne. Delektuję się rzutami jej przyszłego mieszkania, z pewnością ją odwiedzimy. Przez foliarzy Kaś cięgiem w robocie do 20, nawet w soboty; kiedyś to sobie odbije, spotkamy się, wygłaskamy koty, na razie tyle jej, co sobie pogada ze mną o ludzkiej głupocie.

Na dobranoc będą klasyczne Perswazje (1995) z Ciaranem i Amandą, moje najulubieńsze.

środa, 17 listopada 2021

Postscriptum #701.

Kraciasty małżonek został przywitany na ziemi wolskiej.
Możemy iść spać, kocie.

701. Zamięszanie.

Poranek rozjaśniła nam wiadomość, że kuzyn Freda dostał wyrok za pikietowanie z wymachiwaniem zdjęciami uszkodzonych płodów. Wyrok nie jest prawomocny, ale przybiliśmy piątkę. Brawo wrocławski sąd!

W pracy powtórka z rozrywki, pogadałam sobie z Conorem od matmy, trochę z Beth i polazłam do Lidla, Kochany mnie stamtąd zwinął już podekscytowany wizją podróży. 

Krótko przed wyjazdem małżonka na dworzec zawitała do nas rachmistrzyni z An Príomh-Oifig Staidrimh (wywiad trwał z 10 minut). Tymczasem stylówa na podróż:

Kaitlin czerwonym żuczkiem życzliwie przemieściła mi Freda ze wsi do miasta i w taki to sposób pusto się zrobiło w naszym domu. Wieczór wypełniło mi robienie gulaszu. Dzielna jestem bardzo, bo o ile lubię jeść surową cebulę, źle znoszę jej smażenie, a trzeba było obrać, pokroić i podszklić cebul pięć. Przeżyłam, zrobiłam ujowy gulasz i obejrzałam pierwszy odcinek nowego sezonu 1000-lb Sisters, byle jakoś zeszło do lądowania samolotu w Polsce. Obok mnie w łóżku Ryszard, wcześniej trochę pochodził w świetle księżyca i zjadł dwie dokładki kolacji na smutki. Nastawia teraz uszy, rozważa niejasną sytuację.

wtorek, 16 listopada 2021

700. Miejsce męża.

I kupiłem ci jeszcze coś takiego, Fred wyciągnął spod biurka pasiastą, letnią koszulę Stelli Jean. Okazało się, że zielone szelki Laurena, które znalazłam rano na krześle, też są dla mnie.

Noc była słaba, w sensie bólu zatok. W zasadzie do rana próbowałam nadrobić utratę ciepła z poprzedniego dnia. Kochany wrócił zapewne około trzeciej nad ranem, mój mózg nie zanotował dokładnej godziny. Przed pracą zajrzałam do wsiowej apteki z zapytaniem, czy mają coś na głowę. Specyfik oczywiście na wszystkoleczącym paracetamolu, który jest prawie tak skuteczny jak lukozada. Dawkuję po swojemu, trzy razy rzadziej niż w ulotce, bo nie lubię odmiennych stanów świadomości, moja świadomość jest dla mnie wystarczająco rozrywkowa. Ale to potem, bo najpierw poszłam do pracy, żeby znowu nie zastać uczniów. Swoje odbębniłam, napiłam się kawy zrobionej przez Paula, zatekstowałam Lorejn informację jak się rzeczy mają, na końcu, zanim Fred zabrał mnie spod siłowni na zakupy, poplotkowałam z Beth. Tak pracować mogę codziennie.

Wieczorem, już napchana obiadem i paracetamolem, odbyłam grupową nasiadówkę na google meet z promotorką. Nadal nie wiem, kim będę jak dorosnę, na razie szukam w sieci wydania Doktora Faustusa w twardej oprawie i raduję się trochę, bo łeb jakby nie boli. Kochany mój tymczasem wypełnia pierdolety podróżne. Bardzo mi się nie podoba to jego latanie beze mnie. Miejsce męża jest przy żonie.

poniedziałek, 15 listopada 2021

699. Niepozbierana.

Po powrocie do domu było mi tak zimno, że natychmiast zabrałam się za gotowanie i zmywanie, żeby zająć czymś zgrabiałe ręce. Fred mówił, że w ciągu dnia nie było prądu, ale na szczęście po przerwie ogrzewanie włączyło się automatycznie i weszłam do przytulnie ciepłych pomieszczeń. Zmiana aury dość niespodziewana, z rana było jeszcze przyjemnie, szłam do sklepu w rozpiętej kurtce. 

Jedna z uczennic ma pozytywny wynik testu na covid. W zeszłym tygodniu była obecna tylko w czasie, gdy akurat nie pracuję. Z uwagi na bliski kontakt koleżanki będą miały testy antygenowe, zobaczymy, co się z tego urodzi. Nie powiem, że czekam na wieści w napięciu, Luiza jest na urlopie, mam inny plan pracy i przez następne dni nie zawitam do Centrum.

Ostatni raz przed wylotem do Polski Kochany pracuje w Belfaście i wieszczy, że zejdzie mu do późna. Tymczasem mój mózg próbuje się zresetować do ustawień fabrycznych — przygotowania do jutrzejszego seminarium, organizacja pracy, tłumaczenie nie wchodzą w grę, czytam ten tekst i nawet to mi nie brzmi, myśli wpadają na siebie w bezwładzie. Spróbuję czegoś prostszego, jeszcze nie wiem, co to będzie :)

698. Weselmy się.

Nawet ciepło. Deszcz złapał mnie i Freda, gdy dochodziliśmy do morza. Czyli dobrze nam radził Ryszard, który po dokonaniu próby kociego wysiadywania w ogródku, wrócił zdegustowany lecącym w dół barometrem.

Namęczyłam się przy abstrakcie badania jak nieszczęście, Kochany zrobił w tym czasie obiad i bazę do sałatki greckiej (bazę, bo we wsi zabrakło oliwek i musieliśmy je przywieźć z Dundalk).

Fred kontaktował się po południu z różnymi osobami, rozmawialiśmy więc z Justą, która grała w filmie, a teraz kaszle, i z Usz, której teść (oczywiście niezaszczepiony, a jakże) z covidem wylądował w szpitalu. Ja z kolei zadzwoniłam do rodziców, żeby się dopytać o chorujące psy — Dziewczynki się trzymają.

Po szóstej zawinęliśmy się w wyjściowe gajerki i powoli zmierzać poczęliśmy w kierunku kina (jeszcze tylko zakup wspomnianych oliwek). Kino-widmo (ICM), bilety po juro 10.60, oprócz nas trzy osoby, jedna pani siedziała przed nami, dwie inne szczebiotki zasiadły z tyłu. Znamy się ze Smarzowskim, więc trudno mnie zaszokować. Wesele (2021) ma dobre momenty i parę słabych. Wróciliśmy z Fredem do wsi po jedenastej i nadal rozmawiamy o fabule, czyli nie jest źle. W tym czasie mąż postawił mi przed nosem sałatkę grecką. Przez to gadanie i wymiatanie oliwek z talerza przegapiłam północ 

sobota, 13 listopada 2021

697. So good to be alive.

Herbata, śniadanie z praniem w tle, spacer nad morze i rozmowa z mamą, kawa.

Przed trzecią po południu, akurat gdy wzięłam się za tłumaczenie badania, przyszli panowie od Judżinowego samochodu. Coś tam pogrzebali, coś zamontowali i odpalili silnik. Szara toyotka ruszyła z rykiem, kilka manewrów i na zawsze wyjechała z naszej ulicy, została po niej tylko zazieleniała plama na asfalcie.

Jeśli chodzi o tłumaczenie, idzie to jak krew z nosa. Z mamą rozmowa ponad godzinna. Rodzice wściekli na antyszczepionkowców, że znowu kraj musi przechodzić przez to samo, a melepety bez maseczek w kolejkach włażą na plecy. Gosia i Malinka nadal kaszlą (psy też mają jakiś sajgon chorobowy w powiecie). Kot większość dnia śpi, a jak tylko wychodzi pod wieczór, zaraz wraca z drapniętym nosem. Fred zajęty swoim projektem, bo jest bliżej niż dalej. Jak mi powiedział starszy pan, którego mijałam we wsi, so good to be alive, mimo wszystko.

piątek, 12 listopada 2021

696. Zawsze to milej.

W robocie nic nie było do roboty, oficjalnie pomór, młodzieży brak. Przejrzałam trochę papierów do zmielenia, przeszłam się do sklepu po prowiant na poniedziałek, i skończyłam wcześniej. Po drodze na przystanek zajrzałam do Stockwell, okazało się, że nie tylko są otwarci, ale mogę zjeść w środku, bo jest wolny stolik. Skorzystałam, zawsze to milej niż czekać za długo na autobus. Oczywiście był falafel ;)

Kochany wrócił z pracy z zapasem filtrów do kawy w ilościach jak na wojnę, i z kolejnym prezentem dla mnie, różowymi, sztruksowymi dzwonami (to spodnie takie) Levisa. Trochę za duże, więc poszukam do nich jakichś dziwacznych szelek. 

Zarezerwowałam bilety na niedzielę. Idziemy do kina na nowego Smarzola! Kiedy ostatnio byliśmy tutaj w kinie? W Polsce na początku zeszłego roku, ale w Irlandii to będzie 2018 rok! Październik. W jednym miesiącu byliśmy na Klerze i na Bohemian Rhapsody. Wesele jest pokazywane w innej sieci, tym razem nie w Omniplexie; kino chyba małe, ale w reżimie covidowym, nie będzie nam nikt obok sapał.

Kochany już w łóżeczku.

czwartek, 11 listopada 2021

695. Jesienna ablacja.

Pogoda nam spsiała. Jeszcze wczoraj wieczorem zaczęłam czytać Kubusia Fatalistę i jego pana (Iskry, 2018), dzisiaj kontynuowałam nienamiętnie. 

Jedynym interesującym wydarzeniem sąsiedzkim było pojawienie się dwóch chłopaków, którzy przyszli obejrzeć samochód Judżina w bezruchu butwiejący od roku przed jego domem. Panowie pożyczyli prąd, coś tam wycięli, zapewnili mnie i kota, że nie są złodziejami, tylko deliberują jakby tu grata uruchomić. Faktycznie mieli klucz do toyoty, więc może to być nawet prawda. Na samochodzie jeszcze wiosną zazielenił się mech.

Wiatr i deszcz spowodowały, że Ryszard przespał czwartek, wyruszył na inspekcję dopiero w wieczornej ciemności (gdy Fred wrócił do domu z dwoma jedwabnymi szalikami, w biało-czarną pepitkę i czerwone zawijasy) i zaraz był z powrotem. Jemy obiad, zbijamy bąki, suszę włosy, Kochany usiłuje przesłać w chmurę skończony film, wiatr kręci wiatrakiem w okapie kuchennym. Zwykły, listopadowy dzień.

środa, 10 listopada 2021

694. Środa na włościach.

Noc była wredna, zatoki nie bolą, za to mnie budzą.

Oczywiście sprawdziłam miejsce, gdzie zostawiłam wróbelka — zniknął jeszcze wczoraj. Choć jestem prawie pewna, że nie żył, mogę teraz myśleć, że się obudził i poleciał w dal sterując ogonkiem. Dzień ponownie słoneczny i zimny, wcześnie więc uzupełniłam braki w karmniku.

Wstawiłam pranie, zmieniłam pościel, przeleciałam się po domu na odkurzaczu marząc o niewidzialnej gosposi, odbyłam spacer nad morze, pierwszy od października (najpierw odstawiłam do domu kota, którego spotkałam w drodze). A tam cisza, kilka rodzajów biegusów i mewy jadły lunch przed przypływem, plaża wyludniona, za to w kawiarence zajęty każdy stolik. 

Nie chciało mi się dzisiaj pichcić, rozgrzałam się herbatą, cała moja praca polegała na przeniesieniu gotowego dania (makaron z kurczakiem, chorizo i serem) do szklanego naczynia i dodaniu więcej cheddara. Akurat jadłam obiad, gdy służby przyjechały po kontener z rzeczami Judżina.

W drodze do plaży rozmawiałam z tatą. Malinka choruje, podobno jakiś psi katar szaleje po okolicy, tak twierdził weterynarz. Porozmawiałam też chwilę z sąsiadkami, przed spacerem z Anną, po obiedzie z Katlin. Mały Ethan niecierpliwie czekał na zewnątrz na pojawienie się śmieciarki, więc przybiegł na chwilę zobaczyć jak wygląda nasz ogródek i zapytać, co jest w szopce. Fred wrócił o siódmej wieczorem i zjadł swoją część gotowca. Obejrzałam pierwszy odc. 11 sezonu Midsomer Murders. Daję nura w świeżą pościel.

wtorek, 9 listopada 2021

693. Pear-shaped.

Wtorek nie zaczął się pomyślnie — gdy pełna optymizmu o świcie wyszłam z pudełkiem na ogródek, okazało się, że wróbel zmarł w nocy. Mogłam się tego spodziewać, ale się nie spodziewałam. Po chwili bezsensownego błąkania się z tyłu domu, położyłam go na płocie, tak jak od początku planowałam i powlokłam się na przystanek w dyskretnej asyście Ryszarda.

Wrócił zimny, słoneczny niż. Połowa pobytu na siłowni to było tak naprawdę obiboctwo przy kawie z karmelem i rozmowa z Beth, tajską żoną Paula (tak mniemam). W powrotnej drodze na przystanek nie opuszczał mnie wisielczy nastrój. Wysoko na niebie cirrocumulusy jak z wnętrza paszczy bardzo małego zwierzątka.

Ryszard siedział na murku Judżinowego ogródka i gdy tylko mnie zobaczył, popędził za mną do domu, zapytać o spóźniony obiad. Już drugi dzień przed domem nieżyjącego sąsiada stoi duży kontener na śmieci, który dzisiaj wypełnił się materacami i innymi skarbami. Domyślam się, że kot ma na ten temat wiele własnych, kocich przemyśleń.

Rozmawiałam z tatą, mama akurat gotowała obiad na jutro. Będzie sos grzybowy.

Przemarzłam i przesmuciłam się. Fred pracuje regularnie, ale daleko i wcześnie wstaje, więc jest o tej porze skonany. Moczę stopy w misce z gorącą wodą, jak niewesoła staruszka. Pewnie znowu pójdziemy wcześnie spać.

poniedziałek, 8 listopada 2021

692. Wróbel.

W nocy tupanie kocich łapek po kuchni wyrwało mnie ze snu. Fred wstał, sprawdził, zakomunikował, że Ryszard pewnie coś przyniósł z dworu. Na tym się nie skończyło. "Coś" usłyszałam po śniadaniu, akurat mąż zadzwonił z drogi, żeby mi powiedzieć, że na bank mamy w domu ptaka, który schował się pod tapczanem. Próbowałam go stamtąd wyciągnąć, ale tylko zobaczyłam jak fruwa mi nad głową. Zamknęłam kuchnię, żeby Ryszard nie dokończył dzieła i zajęłam się tematem po pracy — ponad 45 minut uganiałam się za wróblem, który na piechotę uciekał przede mną po podłodze. W końcu próbując się schować wpadł w zastawioną przeze mnie na samym początku tej partyzantki pułapkę. Spróbowałam go napoić, podrzuciłam mu prosa i do jutra przetrzymam w łazience. Wiem, że to dla niego ogromny stres, który może się źle skończyć, ale wypuszczenie go po zmroku to prawie pewna śmierć w Ryszardowej paszczy (już raz napytał sobie biedy nieostrożnie wybierając miejsce do snu). Wróblowi nie wytłumaczę, że jest bezpieczny, powstrzymuję się przed ciągłym zaglądaniem do pudła i trzymam kciuki za jego przetrwanie.

Tak w ogóle to mam chore zatoki w sposób utajony, ale robiący swoje. Noce przesypiam głównie na wznak, z głową ogaconą poduszką. Miałam dziwny sen, w którym byłam z rodzinką uwięziona w państwie totalitarnym, którego batiuszka, skrzyżowanie Putina z Kaczyńskim, zmuszał nas do pisania prorządowych powieści ;)

Gdy wracałam z pracy autobusem, spotkałam Majkela. Pobrzękiwał butelkami, wysiadł na górce przed wsią. Źle z nim jest bardzo.

Zmęczona pogonią za partyzantem i ogólnie rozbita na kawałki stanem zatok, zjadam jednak cały obiad. A cały obiad na dzisiaj to u nas sklepowe kopytki i pieczarki podsmażone na maśle. W pracy też lunch był ok, bo pieczony ziemniak i kurczak w panierce. Dzień jest mokry, albo mżawka, albo deszcz, lub cichy czas przed deszczem bądź mżawką. Fred od dzisiaj wrócił do intensywnej pracy, na szczęście na razie to dzienna zmiana.

niedziela, 7 listopada 2021

691. No i tak.

W nocy kaszel się przyplątał, poza tym robiłam wygibasy, żeby nie kopać kota. Powiem tak, kot się wyspał. 

Do południa jarałam się wizją popołudniowego spotkania z Rybenką. Na dworze słonecznie, Fred popracował w ogródku, natomiast moje jaranie się spotkaniem skończyło się na tym, że po obiedzie wylądowałam w łóżku. Nie wiem, co to za babol się do mnie przyczepił, mikrob czy alergia na jesień. Pod koniec dnia zaś obraziłam się na naleśniki. Kochany za to zjadł cztery plus jednego małego naleśniczka i obejrzał program Sekielskiego na nośny temat Godek Kai. Dobrze mówią, choć wulgarnie. Idę spać.

sobota, 6 listopada 2021

690. Męcząco, ale miło.

Wieje.

Po południu rozmowa z mamą, chyba wszystko jest dobrze. Potem obiad, następnie półtorej godziny wykładu z rozwojówki, i tu spotkała mnie miła niespodzianka. Zaraz po wejściu na zoom, na messengerze zaczepiła mnie Marchwa, czy ja to ja, i czy ją pamiętam, bo ona mnie widzi w pokoju, i sądzi, że to ja. Z Marchwą studiowałyśmy na tym samym roczniku, w mocnej grupie fajnych dziewuch, aż nas Czesiu nie zniechęcił. Dobre takie spotkanie, wygląda, że gdzieś tam będziemy się mijały, bo ona też walczy od zeszłego semestru, możliwe, że skończy wcześniej niż ja.

Trwa wykład, gdy zakładam rajstopy i sztruksową spódnicę, jeszcze w samochodzie nawijam chwilę z Marchwą, bo ... jedziemy z Kochanym do stolycy. Otóż, Rybenka ogłosiła na swoim blogu, że jest w Dublinie, od słowa do słowa spiknęłyśmy się na messengerze (czym byłby współczesny świat bez tego wynalazku?) i wprawdzie okazało się, że dzisiaj Rybenka czasu nie ma, za to my się tak napaliliśmy, żeby jechać przed siebie, że trzeba nam był się wybrać do Tower Records. Natychmiast.

Zmierzchało już, gdy zaparkowaliśmy przy jednym z wejść do Merrion Square, który właśnie był zamykany. 

W Towers Records nic takiego nie kupiliśmy, Fred cały czas przeżywa fakt znikania kina domowego na rzecz jakiegoś tam soundbaru (nie wiem za bardzo, o co chodzi). Pochodziliśmy chwilę po mieście, potem poszliśmy do Costy na rogu Dawson St i Nassau St. Już mi się zdążyło zapomnieć jaki tam ścisk i jaka mała jest toaleta. To zdecydowanie moja najmniej ulubiona Costa, chociaż dogodnie położona. Jeszcze chwila powsinogi, na tyle, żeby zauważyć dłonie Ronniego Drew pod Gaiety Theater.

Tak w ogóle to po drodze do środka miasta przyuważyłam jak ktoś właśnie kończył ubieranie choinki w swoim zakładzie pracy. Nad ulicami w centrum świecące ozdoby tylko czekają na podłączenie do prądu. Aż w głowie sprawdziłam datę. 

Z zamkniętego Merrion Square pożegnał nas kolorowy Wilde.


Kot wyszedł z krzaków, czekał. Fred miał sensowne uzasadnienie naszej karygodnej niebytności, kupił w Tesco po drodze zapasy kocich pasztecików.

piątek, 5 listopada 2021

689. Play all, I said.

Luz, posiedzieliśmy z grupką (znowu tylko dwie osoby na zajęciach) w Odd Mollies. 

Kochany zabrał mnie spod budynku punkt trzecia. 

Po wizycie w polskim sklepie szybki powrót do domu i pyszny obiadek. Dłubaliśmy trochę nad napisami (nareszcie udało się nam zrenderować surową wersję, która wyszła nawet z sensem). A potem Fred spróbował jeszcze raz zastartować trzeci sezon Ojca Teda i ... udało się. Zestresowani faktem, że to może być pierwszy i ostatni raz, łyknęliśmy wszystkie cztery odcinki i teraz oboje jesteśmy trochę otępiali. Ryszard śpi w naszym łóżku, w fazie kota rozciągniętego.

czwartek, 4 listopada 2021

688. Zimno, zimniej.

Codziennie piszę, że zimno, jakbym wyczekiwała ciepła, tymczasem to już taka pora roku tutaj: ziąb. Fred się zaparł i wykonał sporą pracę koszenia mokrej trawy w ogródku za domem. Przy okazji pochował synogarlicę w górce kompostu.

Pocztą przyszedł do mnie prezent od Freda, ogrodniczki, albo raczej kostium w czerwono-czarną kratkę, Jawbreaker, bardzo punkowy, idealny do glanów albo wysokich trampek.

Nadal nigdzie nie wędrujemy. Słucham płyt Samych Suk, z zamrażarki wyciągam resztki gulaszu na obiad, z nudów oglądamy z Kochanym Latający Cyrk, tym razem Whither Canada? Ka&Jot z dzieciakami wracają do kraju, mąż zbiera się do Dublina, żeby około północy odebrać ich z lotniska i podwieźć do domu. Zanim to nastąpi mitrężymy czas nad Vegas Pro 16. Wszystko mi się zapomniało, program nie jest za bardzo intuicyjny, więc robienie napisów nie idzie. Złapałam gdzie tkwi problem, ale kontynuacja jutro, bo dzisiaj już mam nerwa.

Kot grzecznie drzemie w sypialni.

środa, 3 listopada 2021

687. Nienastrojowo.

Od wczoraj podejrzewaliśmy Rysia, że to z jego powodu pod karmnikiem leży kilka piórek, a wróble nie odwiedzają stołówki. Dzisiaj w słoneczny, mroźny dzień, ot tak podeszłam do okna i się wyjaśniło:

Krogulec zabił nam synogarlicę, która lubiła jeść ziarenka pozostawione w ogrodzie przez wróble. Prawdopodobnie to nie pierwsza jego ofiara. Pogoniłam nędznika i schowałam zwłoki. Ziąb dzisiaj spory, w dogodniejszym czasie trzeba będzie gołąbka gdzieś zakopać.

Wietrzysko zacinało okrutnie, więc tylko na chwilę wyszłam z samochodu, żeby spojrzeć na morze, gdy Fred kupował rybę i zupę rybną w wiejskim sklepiku. Jest jesienny chowder, pierwszy w tym sezonie!

Zaczęłam czytać antologię poezji Ginczanki (Marginesy, 2019). Trochę to potrwa, szybko się nie da. Do tego po kilku kartkach zmorzył mnie sen z wychłodzenia.

Kolejna płyta Ojca Teda nie startuje na starym odtwarzaczu (Fred szuka nowego), w zamian obejrzeliśmy dwa odcinki Latającego Cyrku Monty Pythona, Full Frontal Nudity i The Ant, An Introduction (1969). W ciągu dnia Kochany przygotowywał napisy do filmu, a ja zjeżdżałam z nastrojem. Mamy wolne, powinnam się cieszyć, ale dopadają mnie myśli nijakie.

wtorek, 2 listopada 2021

685-686. Dywersyfikacja przyjemności.

Jak to się stało, że przegapiłam niedzielne przestawienie czasu na zimowy? Zauważyłam w poniedziałek rano, i to tylko dlatego, że przeczytałam o tym w sieci.

Wczoraj skończyłam pracę o dwie godziny wcześniej, ponieważ Luiza była chora i chciała się urwać. Nowiny są takie, że straciliśmy dwóch uczniów, zostali John i Katie. No cóż, przyjęłam to z ulgą. Pracę na dzisiaj miałam już w połowie zaplanowaną, wczorajsze popołudnie mogłam więc poświęcić na nadrabianie oglądania vlogów i czytanie nowej książki, Bezbożnika Piotra Szumlewicza (Czarna Owca, 2021). Jeszcze w drodze do domu zadzwoniłam do mamy, która pokrótce zreferowała mi, co tam "na grobach". Reszta dnia śnięta, czułam się jakby przeziębienie wracało. 

Wtorek w pracy minął szybko, chociaż dzieciakom zadania się oczywiście ślimaczyły. Luiza postawiła mi kawę, muszę pamiętać o rewanżu, gdyż to nie są tanie rzeczy ;). Po pracy pojechaliśmy z Fredem do Termon na obiad, Kochany ponownie zamówił ser kozi (666, pentagram, powiedział mąż, meeeee, zaintonowałam ja). Wieczorem zadzwoniliśmy do teścia z życzeniami urodzinowymi, mamy oczywiście bezustające zaproszenie do Nowej Aleksandrii.

Zupełnie mi się pomieszało o której godzinie miałyśmy się spotkać na zoomie w grupie projektowej, ale koniec końców wzięłam udział i wiem, co robić dalej. 

Wieczorem dokończyłam rozpoczętą wczoraj lekturę. Obleci, chyba nie jestem targetem, zbyt to wszystko banalne dla starej wyjadaczki.
___
Bryk z przepisu na poniedziałkowe apple tart zrobione pod okiem Dejwa:
225 g mąki przesiewam i dodaję 125 g masła, które wcieram palcami w mąkę. Powinna powstać sypka, żółtawa masa do której dodaję kilka łyżek zimnej wody (oficjalnie 150 ml, ale to nieprawda). Mieszam piasek widelcem do połączenia składników, rękami dotykam tylko chwilkę, żeby uformować kulkę, którą idzie w folię spożywczą i do lodówki. Farsz jest z 4 pokrojonych w kostkę jabłek i 2 łyżek cukru. Okrągła foremka zostaje wysmarowana masłem. Ciasto (po schłodzeniu) zostaje przecięte na pół i rozwałkowane tak, aby powstał spód i czapeczka tarty. Brzegi skleja się rozmąconym jajkiem, ciasto po wierzchu też się nim smaruje. W czapecze dobrze jest zrobić kilka dziurek. Pieczenie trwa ok. 30 min. na poziomie 6.