Strony

środa, 31 marca 2021

470. Nie planuję.

Zdecydowałam się w końcu na kurs ESKK tego języka do którego mam najmniej materiałów w domu. Uczę się tylko dla siebie, więc nie czuję presji poza własnymi ambicjami.

Pipity rozkwitły około soboty i nadal czekam z drżeniem serca na ich bielenie:

Rozmawialiśmy przez kamerkę z Krakusami, o pandemii, warunkach życia itd. Fajnie byłoby się z nimi spotkać, gdy już przylecimy do kraju, choć to trochę z boku naszego miejsca docelowego. Po rozmowie Fred miał postrzyżyny swoich loków. A w czasie obiadu zadzwonił mi polski telefon.

— Dzień dobry, nazywam się Taki I Taki, dzwonię z programu eko-gmina ... stru tu tu tu, miesiąc temu przesłaliśmy Państwu ...
— Przepraszam ... przepraszam .... przepraszam, udaje mi się w końcu przerwać słowotok, przepraszam, nie mieszkam w Polsce.
— A kiedy planuje Pani powrót?
— Nie planuję.
— O.

Niunia była na kontroli u onkologa. Jest w porządku, następna wizyta za miesiąc. Złapałam rodziców akurat w drodze do domu, więc przy okazji zobaczyłam Malinkę, jedną z Dziewczynek, która ma coraz dłuższe białe wąsy. Tam gorąco, u nas też piękny wieczór, wracamy z Lidla, dolinki we mgle, góry dryfują nad horyzontem. Jem pierwsze truskawki w tym roku, nic to, że hiszpańskie. A potem Nietykalni (1987) z Costnerem i Connerym, oraz z kotem na kolanach.

— Sean Connery nie żyje, teraz sobie uświadomiłam. I dlaczego? Przecież to był młody człowiek!

wtorek, 30 marca 2021

469. Był plan.

Stabat Mater Vivaldiego w wykonaniu Tim Meada z roku 2017 (jakie piękne wnętrze!) do śniadania. Wstałam dość wcześnie, na nogi postawiła mnie wiadomość od Lusi, że ja tylko z mężem gadam, a wczoraj dla niej czasu nie miałam. 

Był plan. Wyczekaliśmy aż skończy się prać pościel i dopiero po jej wywieszeniu ruszyliśmy się z domu z zamiarem obejścia Głowy (tak sobie czekając zadzwoniłam do tatki, paczka z Empiku już przyszła, tata robi użytek z lektury). Wszystko pięknie, tylko rzeczywistość nie chciała współpracować. Wiatr cieplutki wczoraj, dzisiaj był lodowaty. Zamiast ponad dwie godziny obfocać zjawiska krajobrazu, zgęziali obeszliśmy w godzinę zwyczajową trasę. Ludzi na plaży było sporo, znalazło się też paru amatorów arktycznej kąpieli.

Wróciłam do domu zziębnięta, mąż uratował mnie studencką potrawą z tego co tam mieliśmy w lodówce (mięso z rosołu, napoczęta papryka, darmowy słoiczek tikka masali z Lidla, ryż). W dolinie Elah (2007) wyłuskałam do oglądania dla nas obojga tylko ze względu na Tommy'ego Lee Jonesa. Dramat był w porządku, niedociągnięcia tylko zachęciły nas do przerzucania się uwagami. Dzień kończę krótką pogawędką z Luś na temat hiszpańskich zdań warunkowych i tego, że dziwny jest ten świat oraz dziwni na nim ludzie (An, ech).

poniedziałek, 29 marca 2021

468. Ukryta głębia.

Stabat Mater Pergolesiego w wykonaniu m.in. Jaroussky'ego dyrygowanego przez Nathalie Stutzmann. Całkiem dobry kawałek, dobry początek dnia, prawda?

Nad morzem dokonaliśmy ciekawego odkrycia meteorologicznego — wiatr był porywisty, ale zadziwiająco ciepły, w kurtce upociłam się jak nieszczęście.

Po spacerze i obiedzie rozłożyłam się z prasowaniem i obejrzałam przy tym Murder In Three Acts z Ustinovem (1984), inną wersję Tragedii w trzech aktach. Tony Curtis i wogle, ale jednak nie, zresztą to był przypadkowy, pochopny wybór i nie wiem dlaczego marnuję czas na takie rzeczy. Za to po takim nijakim preludium obejrzeliśmy wspólnie (Fred wrócił z miasta z chlebkiem i bukietem róż) dwa pierwsze odcinki Czarnej żmii II (1986) ...

... i końcówkę zwieńczyłam kompletną głupawką — ze śmiechu się popłakałam, a Fred (miast pytać, co głupią babę tak śmieszy) chichrał się ze mną. Potem robiąc kotu kolację podśpiewywał o kebabie w cienkim cieście i że zabrakło baraniny, żona zaś układała pasjansa online, więc jest zrozumiałe, że utwór Stabat Mater Vivaldiego polecon przez Hebiusa musiał być odłożon na inny dzień. Zamiast tego płyta Zaciera Konfabulacje? (2005) i dzierżenie w dłoni podręcznika Bęzy. Przed północą Fred odkrył, że krewetki się zepsuły i trzeba je wyrzucić, wydarzenie wyrwało ze snu kota i poruszyło go do głębi.

niedziela, 28 marca 2021

467. Bajkowo.

Piękna taka pobudka, ósma, za oknem szaro i drobniutki, wiosenny deszcz, wyskoczyłam z wyrka, zrobiłam herbatę, zjadłam śniadanie odprowadzając wzrokiem kogoś pod parasolem, rozłożyłam matę do jogi na półtoragodzinne spotkanie na zoomie. Prawie nie odczułam tego, że w nocy zmienił się czas na letni. Alison wspomniała o rozpoczynającym się dziś w Indiach święcie Holi.

Deszcz padał całą niedzielę. Zaniosłam Annie sałatkę do spróbowania (ma szczepienie w nadchodzącym tygodniu, co mnie bardzo cieszy). Fred zrobił żurek na obiad, potem poleżakowaliśmy sobie poobiednio. Obejrzałam do końca pierwszy sezon Czarnej żmii (odcinek o zarazie aktualny, szczególnie motłoch w sądzie, który kwiczał w podnieceniu za każdym razem, gdy oskarżyciel podnosił głos). Kotu zmiany czasu nie wytłumaczę, wrócił po jedenastej wieczorem, wcale nie spóźniony ;) Małżonek daje mu właśnie kolację nucąc motyw przewodni z Bajek z mchu i paproci.

sobota, 27 marca 2021

466. Twelve months of chasing sheep.

Z rozmowy przez messenger: Rodzice są zapisani na szczepienia w swojej gminnej przychodni, za parę tygodni tata będzie kłuty Pfizerem, mama kilka dni wcześniej AstraZenecą. Poza tym dzisiaj zostały wycięte dwa bukszpany (w tym jeden naprawdę stary) zieleniące się w tajemniczym kocim ogrodzie. Rodzice mieli dosyć nierównej walki z ćmą bukszpanową.

U nas za oknem dmucha i plucha, robię sałatkę jarzynową i gotuję rosół oglądając kozy wspinające się na tamę i puchate pingwinie dzieci. Boli mnie gardło i ogólnie czuję się tak sobie, to dobry klimat na Czarną żmiję z 1983 (dwa pierwsze odcinki) — późniejsze sezony były lepsze, ale trzeba od czegoś zacząć. Rosół przyda się jutro Fredowi do komponowania żurku, sałatkę upycham do lodówki i w siebie. Już późno, gdy rozmawiam z Kaś Matką Kotom, która mi obwieszcza, że służba zdrowia w Polsce padła. Nie mam powodu nie wierzyć, to ona jest służbą zdrowia. I właśnie wtedy Kaś pisze mi, że zwolniła się z pracy.

piątek, 26 marca 2021

465. Piątek na dobry humor.

W pracy przyjemne obiboctwo, u Sziwan była dyskretna hospitacja, u Luizy zrobiłam sobie maseczkę z białka na twarz. Przez tydzień nie będzie zajęć, wracamy po lanym poniedziałku. Po pracy już na mnie czekał gulasz wołowy uczyniony mężowską ręką, gdyż tak mam dobrze w życiu. 

Po obiedzie wybraliśmy się razem do sklepów, żeby dokupić makaron i cheddar. Pogoda była jednocześnie słoneczna i chłodna, podobnie jak wczoraj padał grad, za to na zatoce zobaczyliśmy trzy kutry (krewetki żerują). Tuż przed zachodem słońca uderzył w nas porywisty wiatr znad Atlantyku, faktycznie idzie zmiana.

Fred zadzwonił do Ka, który zaszczepiony kilka tygodni temu AstraZenecą dostał potwierdzenie drugiej dawki (czyli szczepionka wróciła do łask). Rozmawiałam też z Anek, po długiej przerwie, więc była to aktualizacja ostatnich kilku lat. Ona już dwa lata w innej pracy (starą rzuciła z dnia na dzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, bo trzeba się szanować), zadowolona jak zawsze, ponieważ to miła dziewczyna jest. Dobrze choćby online podtrzymać dawne znajomości.

czwartek, 25 marca 2021

464. Dzień z Nickiem.

Z rana rozmawiałam z mamą, tatko trochę źle się wczoraj czuł, dzisiaj był już na chodzie. 

Słuchałam płyt Nicka Cave'a, tych, które mamy w naszym zbiorze (tylko pięć). Zrobiłam listę albumów Cave'a i Davida Bowie wartych kupienia, wyszło mi 12 pozycji. Tymczasem Fred zamówił kolejną paczkę z Empiku, która za kilka dni wyląduje u moich rodziców. Jest w niej prezent dla taty, najnowsze wydanie dwutomowego atlasu ptaków autorstwa Kruszewicza.

Nie chciało się mi wychodzić na spacer, forpoczta chłodnej pogody zapowiadanej na weekend zdecydowanie mnie od tego odwiodła. Więc ziewam. Tuż przed zachodem słońca z czarnej chmury spadł grad, a Rysiowi po dietetycznym poranku wrócił apetyt.

Po długich poszukiwaniach filmu na dzisiaj trafiliśmy na Matnię (1966) Polańskiego, który po Nożu w wodzie kolejny raz chciał pokazać, że morze jako scenografia to dla niego bułka z masłem. Dorleac miała świetnie obcięte włosy. Sam film mnie znudził. Miałam wrażenie, że wszyscy aktorzy grają Polaków, a reżyser udzielił ekipie wskazówki: wyobraźcie sobie, że jesteście w Ustce. Bardzo dziwne. Bardzo.

środa, 24 marca 2021

463. Drobny, popołudniowy deszcz.

W pracy robię równania kwadratowe i się tym cieszę, kto by pomyślał. Gdy skończyłam swoją zmianę, rozpadało się za oknem, tak jak to kot wieszczył od rana. Kotu warto wierzyć, nawet, gdy początek dnia jest bezchmurny i rozśpiewany (świt wstaje już naprawdę wcześnie).

Fred wrócił z pracy w nocy, później niż oczekiwał. To było najprawdopodobniej jego ostatnie zlecenie w marcu, ponieważ dzisiaj anulowano mu jutrzejsze, a nowych propozycji na razie brak. Do świąt będzie więc siedział w domu ze swoją ulubioną żoną. Tymczasem po obiedzie Kochany poszedł odpocząć, a ja obejrzałam przedostatni odcinek Poirota, The Labours of Hercules (2013).

Po odpoczynku i kawie razem obejrzeliśmy Allena, bo gdy nie bardzo wiemy, na co filomowo mamy ochotę, Allen jest bardzo poręczny. Złote czasy radia (1987) sprawiły mi dużą przyjemność, sentymentalne, inteligentne kino z naprawdę dobrą Mią Farrow. Poza tym od kilku dni chodzi za mną piosenka All the Madmen Bowiego, więc w ciągu dnia wysłuchałam jej kilkakrotnie, razem z całą płytą z 1970 roku.

'Cause I'd rather stay here / With all the madmen / Than perish with the sad men roaming free / And I'd rather play here / With all the madmen / For I'm quite content they're all as sane as me.

Jeszcze wczoraj wieczorem Norbert napisał do mnie krótko, że on i Andrzej złapali covida. Mieliśmy dzisiaj pogadać, ale wiem tyle, że oboje czują się źle i nie ma sensu tego drążyć.

wtorek, 23 marca 2021

462. Lowkey.

Do wczesnego popołudnia w pracy. W międzyczasie przed komputerem zajadam obiad. Kończę połączenie akurat, gdy Fred wyjeżdża do Dublina. Po rozmowie z mamą (upewniłam ją co do nowych dat przylotu) obejrzałam w oryginale jeden z odcinków Poirota z trzynastego sezonu, 13.3, Dead Man's Folly (2013). Znałam. Szaro na zewnątrz przez cały dzień, a ja potrzebuję się wyspać.

poniedziałek, 22 marca 2021

461. Co się odwlecze ...

Przed południem byłam w biurze, żeby podpisać godziny wypracowane w ostatnich czterech tygodniach, pierwszy raz weszłam do budynku, chwilę porozmawiałam z Lorejn. Z mężem ładnie spożytkowaliśmy resztę czasu w Drołdzie. W Bootsie kupiłam upiększacze oczno-cerowe (będę testowała true match L'Oreala w kolorze vanilla, tej samej firmy maskarę i tusz do brwi), a dla Freda w innym przybytku dwa balsamy po goleniu Chanel (Bleu i Allure). Zrealizowaliśmy też wczorajszy pomysł na spacer — z kawami i lemon drizzle z Costy pojechaliśmy do Oldbridge. Ciasto przydało się do dokarmiania ptaków w parku (dwa gangi, zięb i wron, jedna malusieńka modraszka).


W parku uprzątnięto zeszłoroczne badyle, drzewa owocowe są przygotowane do nowego sezonu, ale na razie kwitną tylko narcyzy, powoli rozkwitają rododendrony. Zrobiliśmy kółko po ogrodzie za murem, i drugie kółko przy polu bitwy.


Dwa razy rozmawiałam dziś z mamą. Pies rodziców już po zabiegu u okulisty, spokojnie odpoczywa w domu.

Obejrzeliśmy Śpiocha (1973), to jeszcze nie Allen w rozkwicie, ale trochę slapsticku wieczorem krzywdy nikomu nie robi. Tym bardziej, gdy po filmie człowiek musi zalogować się na stronie Ryanaira i po raz enty odłożyć wylot do Polski. Termin: druga połowo sierpnia. Racjonalizacja: wcześniej nie, bo rodzice cyklinują podłogi, ale i tak mi przykro.

niedziela, 21 marca 2021

460. Jaśniej.

Śniłam biograficzny serial o ... Dance Wałęsie. Ale my też tam byliśmy. Fred, jak zwykle elegancko ubrany, zamówił dla nas (bez Danki) hotel na godziny ;D

Wyjechaliśmy z domu w południe, Lidl, Tesco, Costa. Był pomysł, żeby wypić dobre flat white chodząc nad Boyne, ale parking w Oldbridge okazał się już przepełniony, więc stanęliśmy awaryjnie przy Townley Hall. Po przerwie kawowej zajrzeliśmy do Woodiesa i wyszliśmy z pustymi rękami, nie ma lawend i żurawek, ani ławki takiej, jakiej Anna szuka do swojego ogródka. Podskoczyliśmy do centrum miasta, Fred chciał w polskim sklepie kupić coś dla Thomasa. Gdy po powrocie do domu odpaliłam piekarnik, przez te mężowskie zakupy zmienił się plan na obiad. Thomas obdarowany słodyczami przybiegł z rybką na gorąco:

Wracając jeszcze do Costy, Eric nadal pracuje na floorze, zmężniał, dryblas z niego teraz, i dobry chłopak, ale to drugie jak zawsze. Na zmianie były Andrea i Eva.

Po południu zrobiło się chłodno, na spacer wyszliśmy w kurtkach, ale i tak był to bardzo miły, nieco senny dzień, bez wiatrów smagających wybrzeże. W drodze do plaży obok nas przejeżdżał samochód, który przypomniał Fredowi o koledze z przedszkola wbiegającym do klasy z okrzykiem Lancia Stratos! 

Przed siódmą wieczór nadal jest jasno.

sobota, 20 marca 2021

459. W trymiga.

Po późnym śniadaniu w czasie picia kawy zauważyłam Annę wracającą z porannego obchodu, więc wyszłam ją zaczepić i przy okazji na progu wdepnęłam w sporą paczkę, nie wiem jak i kiedy przegapiłam dostawę. Oczywiście powiedziałam zaraz sąsiadce o zbliżających się urodzinach, a i kot na swój sposób poopowiadał jej różne rzeczy, kręcąc się przy jej ciemnych spodniach, robiąc fikołki i prowokacyjnie wystawiając brzuszek  nie-do-miziania. W paczce, która przyszła z Oranmore, zamówionej zaledwie w środę rano, było ceramiczne naczynko do mate, bombilla i kilka próbnych yerb oraz słoiczek dulce de leche. Być może będę jeszcze korzystała z yerbamate.ie, dostawa była szybka, uprzejma i bezbłędna. W czasie rozmowy przyłączył się do nas na chwilę Majkel Anne. Nie wygląda dobrze.

Byliśmy nad morzem. Dzisiaj już więcej ludzi i trochę chłodniej, nadal spokojnie, pięknie. Zajmujemy się swoimi sprawami, podlewamy kffiatki (nadal czekam na kwitnięcie pipita), Fred delektuje się pierwszą yerbą, wieczorem oglądamy Ćmę barową (1987) z Mickeyem (poetyckość wprowadza wątek kiczowato-życzeniowy, ale stany upojenia i degenaracji pokazane zostały mistrzowsko). 

piątek, 19 marca 2021

458. Weekend tak szybko.

Wstałam do pracy wyspana, herbata, śniadanie, robimy, co musimy (Saren już kiedyś poznałam, dzisiaj w końcu uczestniczyłam w jej zajęciach). Fred pierwszy raz w tym roku, w pięknym słoneczku, skosił dziczejący trawnik. Skończyłam pracować o drugiej i wybraliśmy się na lunch na plaży (po tym jak Katlin siedząc na murku krótko wprowadziła nas w temat swojej choroby). Rozsiedliśmy się na wydmie w celu testowania fish & chips:

Jakieś szkraby taplały się w morzu, trochę spacerowiczów, więcej klientów kawiarnio-frytkowni. Odpaliłam kamerkę i poopowiadałam mamie, co u nas, co widzi i słyszy, przeprowadziłam ją tak przez całą wieś pokazując co ciekawsze egzemplarze wiejskiej architektury. Tutaj słoneczko i brak wiatru, a w Polsce w tym czasie padał śnieg. Z njusów zwierzęcych: mały Maksiu będzie miał w poniedziałek operację oka (czyli zaś coś). Z njusów covidowych: mama zrezygnowała z najbliższego terminu szczepienia, bo wypadłoby zbyt blisko świąt.

Gdy już byliśmy w domu, do drzwi zapukał Thomas — dostaliśmy od sąsiada świeżą rybkę na jutro. Pochwaliliśmy się mu obiadem z budki, która należy do jego córki. I high five. Anna akurat wyszła skosić swoją część trawnika i też uczestniczyła w tej krótkiej sąsiedzkiej pogawędce. Nie wiedzieć kiedy i jak, znowu zaczyna się weekend. Fred przed dziesiątą wieczór pichci sałatkę grecką po Fredowemu.

Moje Bridal Crowns:

czwartek, 18 marca 2021

457. Rekonwalescencja po górze.

Nie mogłam wczoraj zasnąć. Nie wiem, czy to ciśnienie, czy w głowie nadal szłam, ale czułam taki niepokój, że jeszcze z dwie godziny męczyłam się w łóżku z nastrojem i mdłościami. Obudziłam się wcześnie, poczłapałam do kuchni i przegladając internet wypiłam kubek ciepłej wody. Dopiero, gdy wróciłam do łóżka i przytuliwszy się do Freda zasnęłam na godzinę, odpoczęłam za całą noc. Wstałam o dziesiątej, może nie gotowa do wielkich czynów, ale przytomna i znośnie obolała. Poza dużym praniem i krótkim wyjazdem do Lidla po kilka obiadów do przodu, nie dokonaliśmy dzisiaj niczego ważnego. Góry zasnuły się chmurami. Pewnie maintenance.

Podczas naszej wczorajszej nieobecności przepięknie mi rozkwitły pierwsze pełnokwiatowe narcyzy, kremowe Bridal Crown. Pipity nadal zbierają się w sobie.

środa, 17 marca 2021

456. Patryk na Slieve Foy.

Z rana Fred zerwał się przed budzikiem — gdy wybrnęłam z łóżka mąż krzątał się w kuchni i był, jakby to powiedziała babcia Mania, na poszykusiu. Spodnie na tyłku, jak rzadko o tej porze, a jego właściciel robił nam kanapki i cytował Brzechwę (coś o kaczce i tasiemce). Rozmawialiśmy też o tym z iloma pingwinami musielibyśmy walczyć (na łebka), gdyby wszystkie osobniki z Antarktydy napadły na Irlandię. Po śniadaniu, po dziesiątej, przy dźwiękach piosenek Vana Morrisona pojechaliśmy do Carlingford, do Aś, która uraczyła nas trunkami niealkoholowymi, następnie zapakowała się z nami do autka. Udaliśmy się w kierunku Windy Gap, gdzie leży Długa Kobieta. Samochód został na parkingu, a nasza trójka przeszła grzbiety gór do głównego szczytu, a potem zeszła przez przygodne błotko, łąki, zagrody i wieczorne miasto aż do domu przyjaciółki.







Gdy przed ósmą Fred z Aś pojechali sprowadzić nasz samochód z górskiego parkingu, połączyłam się na chwilę z rodzicami. Miła wiadomość — w ostatnim badaniu histo u Niuni nie wykryto nic podejrzanego. 

Aś nas jeszcze nakarmiła sałatką z kurczakiem i po dłuższym zamulaniu trzeba nam było w drogę, z Davidem B. bo tak łatwiej. Matko nóg nie czuję!

wtorek, 16 marca 2021

455. Widoki.

Do popołudnia siedziałam przy komputerze nasłuchując głosów (w przerwach nasłuchiwania doczytałam Księgę Kapłańską do końca, bravo to myself!). Za oknem pogoda przecudna, raczej bezwietrzna, wiosenna, z dźwiękami wielogodzinnego koszenia trawy. Gdy tylko mogłam wyrwać się z pracy, zaczęłam pichcić obiad, żebyśmy po czwartej najedzeni wyszli na spacer. Jedzenie, herbaty i wyjazd w kierunku długiej plaży:




Doszliśmy aż do kanału melioracyjnego za którym jest plaża Dunany Bay. Po kieszeniach poupychane duże muszle ślimaków, którymi wyjątkowo tutaj obrodziło.

Zamiast powrotu do domu, podjechaliśmy jeszcze do Tesco w Drołdzie po składniki do wałówki na jutro. Mamy plan, cieszę się nim.

poniedziałek, 15 marca 2021

454. Mistrz drugiego planu.

Powolny poranek, kawa po śniadaniu, spacer z mężem. Ryszard jak zwykle wystartował do towarzystwa i na koniec kociego patrolu okulał pod domem Judżina. Widząc jak do niego podchodzę, teatralnie przewrócił się brzuszkiem do góry, ale żadnego fukania, plucia i łapoczynów, które mu się zdarzają w sytuacjach bólowych. Wtulał się we mnie zadowolony, gdy niosłam królewicza-pączka do domu. Zdecydowaliśmy, że skoro kot żyje i nawet zaczyna mruczeć idziemy na drugi spacer. Właśnie znikaliśmy za rogiem, gdy zobaczyłam jak Ryszard wybiega z ogródka i żwawo próbuje nas dogonić na czterech zupełnie sprawnych łapach. ??

Takie coś poznajdywane na plaży:

Skorupa udekorowana żywymi pąklami, w środku ktoś, pustelnik być może. Ale co to jest to niżej?? Tyle pytań ...


Po powrocie ze spaceru Fred zniknął w sypialni na regenerację, a ja wysłuchałam wczorajszego koncertu Orlińskiego & Capella Cracoviensis w ramach festiwalu Opera Rara. Dostałam od Hebiusa jeszcze dwa pliki do przesłuchania, zeszłoroczne występy Orlińskiego w Aix-en-Provence i koncert na otwarcie sezonu Opery Narodowej :)

Późnym popołudniem do Rysia przyszedł Bán i koty bawiły się przed domem. Wygląda na to, że nasz puchatek ma boyfrienda. Dwie Blade Twarze z okien naprzeciwko zatkało.

Pewnego razu w Hollywood (2019) Tarantino — mówią, że rozwlekłe, a mnie się bardzo podobało. Kot nie mogąc się pogodzić, że prawie trzy godziny zajmujemy mu sofę robił za mistrza drugiego planu. Rozpychanie się, łażenia nad głowami, w końcu pół godziny szeleszczenia papierową torbą. 


Idę spać, jutro praca, miałam być w łóżku dwie godziny temu. Kot chrapie rozwalony na jego tapczanie.

niedziela, 14 marca 2021

453. Leniwy nurt.

Tabular Bells Oldfielda (1973) o poranku, potem Fool's Mate Hammilla (1971). Po kaffkach i mojej rozmowie z mamą oraz Fredowej rozmowie z ciocią Ce deszczowa niedziela popłynęła swoim leniwym nurtem. Małżonek wziął się w towarzystwie dźwięków Sepultury za pichcenie gulaszu wołowego, ja dalej w tkwię w klimacie peerelowskiego kampu, tak więc Ostatni kurs (1963) Batorego — Mikulski w berecie z antenką, w tle gdzieś tam Szwecja do której uciekali z Polski tylko defraudanci, jak wiemy, rrright?

Na obiad same delicje, Fredowy gulasz w towarzystwie gnocchi nafaszerowanym pesto, do tego tzatziki (dzisiaj ponownie, bo grecki jogurt już wyszedł z daty i trzeba działać błyskawicznie). Nasyceni pojechaliśmy do spożywczych po czarną herbatę i inne gwałtownie zniknięte niezbędniki. Upijam się tą herbatą po powrocie (wracaliśmy drogą przy rzece) i rozmawiam z Luś, Fred też prowadzi telefoniczną dyskusję ze starym kumplem, Jackiem, którego ostatnio widzieliśmy 2 lata temu, w Wawie. Luś siedzi na kwarantannie, jej mama w szpitalu, gdyż szwagier dopiero tydzień temu odkrył, że covid najbardziej roznosi się przez kaszel i to dlatego od roku ludzie noszą maseczki.

A skoro znowu o pandemii, od dzisiaj w Irlandii zawieszono podawanie szczepionki AstraZeneca, co prawdopodobnie jeszcze bardziej wydłuży czekanie na naszą kolejkę.

sobota, 13 marca 2021

452. Gdzieś pewnie się dzieje.

Z rana słoneczko za oknem świeci, w oknie kot wystawowy, mąż śpi, w głośnikach Beatelsi śpiewają na Revolverze (1966). Sobotę spędziliśmy bezwyjściowo, mimo słońca było wietrznie i zimno. Najbardziej aktywny z naszej trójki okazał się Rysio, który kilka razy wyruszał na patrol. Gdy Fred wstał na kawę, zagrała nam płyta the best Dexys Midnight Runners, Let's Make This Precious (2003). Wyprane ręczniki tylko chwilę łopotały na wietrze. Musiałam je zdjąć przed obiadem, żeby sobie w konsumpcji nie przeszkadzać obserwacją burawej chmury, która w końcu przytelepała się z zachodu. Na świecie pewnie się dzieje, ale nie u nas. Wieczorem było Party przy świecach (1980), kolejny film ze scenariuszem Himilsbacha (dopiero dzisiaj zauważyłam, że zagrał w nim Dziędziel).

Mamy z Fredem mocne postanowienie poprawy — chcemy chodzić spać o tzw. ludzkiej porze. Czy muszę dodawać, że kiepsko nam idzie? Sobotę kończę rozmawiając przez messenger z Danką. To raczej rozmowa uaktualniająca naszą znajomość, niż bogata w info o byłej pracy i znajomych. Danka mieszka na miejscu, ale wyautowała się z relacji, które jej nie służą. Szanuję.

piątek, 12 marca 2021

451. Piątek, łikendu początek.

Poznałam jeszcze Sziwan. Porządne irlandzkie imię, ichnia wersja Joanny. To tyle na ten tydzień z nowości pracowniczych, teraz weekend. Skończyłam wcześniej niż w dwóch poprzednich dniach i po drugiej czekałam już na męża, który wyjechał po zakupy spożywcze. 

Dzisiaj testowaliśmy na obiad meatballsy w sosie bolońskim. Spodziewałam się beznadziei, a tu proszę, dwa dania ze słoika połączone do kupy okazały się całkiem jadalne. Po obiedzie i kawie poodziewaliśmy się w deszczoochronne tekstylia i pojechaliśmy w kierunku Annagassan. 

Wielki odpływ. Na płyciźnie w zatoce przy Port Beach jeden kuter, w Annagassan na horyzoncie kutrów siedem. Wymyślaliśmy dialogi krewetek przestrzegających się przed polującymi "krewetkowcami".

— Ja bym tam dzisiaj na twoim miejscu nie wypływał, Stefan wypłynął i nikt go wiecej nie widział.
— Stefan, jak Stefan, cała rodzina Krystyny też zniknęła!

Gdy doszliśmy do wraku i właśnie robiłam mu fotki Fred odkrył, że chyba zgubił obrączkę. Wróciliśmy po swoich śladach do miejsca, gdzie ściągał rękawiczki. Kamyczki i muszelki, tysiące zmielonej drobnicy, znalezienie w nich czegoś tak małego to wyzwanie. Na dodatek właśnie w tym czasie spadł na nas konkretny deszcz, pomaszerowaliśmy szybko do samochodu, ja z pocieszającą myślą, że przed wyjazdem widziałam obrączkę męża na półce w łazience, a jak nie, to mam plan nr 2. Stanęło na moim planie nr 1 :) 

Chyba wyczuwamy klimat Patryka, bo w ciągu dnia grali nam Rory i Luke. Wieczorem słucham Abby the Spoon Lady opowiadającej o hobo. Jako takie zajęcie w czasie tygodnia powoduje, że cieszę się na weekend. Bardzo mi jest z tym dobrze.

czwartek, 11 marca 2021

450. Dzień wolny.

Sztormowy wiatr, który wczoraj bawił się karmnikiem dla ptaków, rozłączył mi na chwilę internet w czasie pracy, a w nocy turlał po ogródku puste wiaderko po farbie, nieco tylko zelżał.

Kocham Cię, moje szczęście, drze się Fred przez otwarte okno samochodu, gdy odjeżdża do pracy, żeby za chwilę zadzwonić do drzwi, bo jego plecak został w domu. Po wyjeździe męża wzięłam do obczytania na szybkie cyk Mistrza. Absolutnie, zbiór kilku wspomnień o Młynarskim (2017). Gdy mi Fred zadzwonił, że on u siebie zaraz zaczyna, właśnie kończyłam tę niewymagającą, błyskawiczną lekturę.

W ciągu dnia słuchałam i obejrzałam kilka rzeczy. Karolina Żebrowska opowiadała mi o tym jak w XIX wieku kobiety radziły sobie z menstruacją, a gdy prasowałam Poirot rozwiązał kolejną zagadkę w drugim odcinku trzynastego sezonu pt. Wielkia czwórka (2013). Dzień wolny od pracy zawodowej. Fajnie jest wrócić. Na wieczór rozsiadłam się do filmu, ale w efekcie niczego nie wybrałam. Mycie zębów i spać.

środa, 10 marca 2021

449. Wdrażam się.

Dzisiaj ponownie czas zapoznawczy, tym razem Teresa i Vincent, oraz nowa aplikacja z kalkulatorem naukowym dostarczała mi sporo frajdy, choć po prawdzie to nic tam nie robię. Wdrażam się, tak to się chyba nazywa. Kot w tym czasie włazi na biurko i złazi, włazi i złazi, pcha się do kamerki. Straszne ma parcie na szkło to nasze puchate futro.

Dwa filmy zrobione w roku 1972 roku, Wiebowzięci i Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy obejrzeliśmy po obiedzie. Oboje mamy wizję tamtych czasów sprzeczną z popularnym ujęciem życia biednego, ale uczciwego i wesołego. Himilsbach opisując żałosnych wałkoni może nie miał takiej intencji, niemniej świetnie zobrazował nędzę i brud życia w PRL-u.

Aś przesłała mi link do pierwszego odcinka Stress Control Session. Nie znalazłam w nim zbyt wiele nowych rzeczy, cieszę się jednak, że ona pracuje nad tematem. Być może zobaczymy się w okolicach św. Patryka. To już za tydzień. 

Wyciągnij mi Pismo Święte a ja idę umyć pisię — Fred uznał, że to zdanie warte jest zacytowania na blogu. W Projekcie Biblia zacięłam się na Księdze Wyjścia jeszcze w trzecim tygodniu stycznia. Dzisiaj powróciłam, bez wielkiego entuzjazmu, z determinacją z którą czytam tępą literaturę. Chcę przeczytać i przeczytam, choć główny bohater jest tu po pierwsze fatalnie skonstruowany, jeśli można mówić o świadomym konstruowaniu (bo raczej czuję duży wpływ przypadku), po drugie nie znajduję w nim przymiotów i intencji, którymi obdzielają go różne opracowania. Autorzy piszący opracowania czytają więcej innych opracowań niż tekstu źródłowego, ot co.

wtorek, 9 marca 2021

448. Wszystkie okazje.

Śnią mi się jakieś androny, jak zawsze, gdy niby jestem spokojna, ale wewnętrznie spięta. Tymczasem dzień pracowniczy przebiegł przyjemnie i bez wybojów. Poznałam bliżej Luizę i Caron, oraz Deana i Dionę. W trakcie miałam długą przerwę, więc nawet chwilę połączyłam się z Martaszką, żeby zapytać, co tam u niej. U niej wiele się nie zmienia.

W ciągu dnia wzmagał się wiatr. Jutro mamy się spodziewać sztormu, który zawija do nas od zachodu. Fred w czasie mojej pracy pojechał po zakupy i przywiózł mi piękny bukiet róż z wszystkich okazji. Mimo wszystko jestem tym siedzącym dniem trochę poturbowana, więc najpierw dla relaksu obejrzałam wczorajszy odcinek 1000-lb Sisters, który kończy ten sezon, a potem Fred wynalazł mi w sieci Konesera (2013). Bardzo pięknie sfotografowany film, aczkolwiek konstrukcja nieco rozlazła. Wybaczam, bo ma fajne zakończenie, nie to, tylko to wcześniejsze.

edit 23:00 z Fredem trochę poprawiamy ten scenariusz, panie Tornatore.

poniedziałek, 8 marca 2021

447. Dzień Kobiet.

Tatko obudził mnie, gdy nad zieloną herbatą ze zjeżonym włosem próbowałam sennie dojść do wiedzy jak na yt grupuje się subskrypcje. Złożył mi życzenia i podzielił się informacją, że gdy wracał z miasta po podwiezieniu mamy, dwa razy zatrzymywała go policja do kotroli trzeźwości. Dzień Kobiet po polsku. Krótko rozmawiałam też z babcią.

Po śniadaniu (do kawy zjadłam świeżego sconesa przyniesionego właśnie przez Majka) zmierzaliśmy z mężem do plaży jak dwa szaro-tęczowe leniwce. Ja z kolorowymi rękawiczkami, Fred w czerwonym kubraczku 4F. Mam takie poczucie jakbym wstała po bardzo męczącym, ale przyjemnym dniu, jestem skonana wczorajszym spacerem, co dookreśla rozmiary mojego zimowego zasiedzenia. Nie robiłam zdjęć, człapałam obok męża trzymając go za rękę.

Gdy Fred przygotowywał steki zaczęłam czytać Teethmarks On My Tongue. Uświadomiłam sobie, że książka Eileen została wydana w roku jej śmierci. Myślę, że to będzie czytanie solidnie rozłożone w czasie, planuję się trochę podelektować.

Tak w ogóle to cofnęłam się pamięcią do marca zeszłego roku, gdy pandemia dopiero nabierała rozpędu, a my stołowaliśmy się w Canale. Kilka dni temu zauważyłam zmiany na szyldzie, restauracja najprawdopodobniej nie przetrwała.

Na jutro nastawiam budzenie. Dzisiaj filmowo nie wchodzi nic cięższego ponad starą kobrę Szmagiera, Zapalniczka (1970) z Fronczewskim, w której milicja jeździ mercedesami. Taki tam krótki seans dla śmichu z demoludowym rozmachem. Fred będzie robił do późna fasolkę po bretońsku, która pokrzepi mnie jutro przed pracą.

niedziela, 7 marca 2021

446. Jesteśmy rodziną.


Czy dzień tak zaczęty może być zły? Pewnie tak, ale zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby było dobrze. Rysio obudził mnie po dziewiątej. Pogoda przepiękna, więc po śniadanowo-kawowych medytacjach wczesnym popołudniem poszliśmy na Głowę. Oczywiście nieopatrznie wyszłam na dwór przed Fredem i zagadałam do Anny, co wykorzystał kot wybiegając z domu z zapytaniem, czy idziemy na obchód. Trzeba było najpierw iść na obchód.

Na klifach spotkaliśmy Lisę z małym Ethanem, oraz Miszel, siostrę Gavina z którym kiedyś pracowałam. Gavin już nie pracuje na lotnisku, pod koniec zeszłego roku pozmieniało się. Fred wypatrzył dwa delfiny płynące obok siebie, płetwa w płetwę, na morskim spacerze, udało mu się zrobić im zdjęcie. Ethan ćwiczył mówienie do wszystkich hello i bieganie. Na szlaku było dużo osób, dużo króliczych nor. Lovely day, chociaż w cieniu jeszcze czai się chłód.







Po dotarciu do portu zjedliśmy po chowderze i spacerowym krokiem wróciliśmy przez wieś do domu. Pod domem Ethan akurat bawił się w hide and seek. Reszta dnia była równie powolna, Fred trochę powykopywał chwastów w ogródku, chwilę poczatowaliśmy z Anną o mijającej niedzieli i dobrej pogodzie, zjedliśmy ruskie pierogi, obejrzeliśmy film. Nicolas Cage grał Kaufmana wg scenariusza Kaufmana w Adaptacji (2002). Niezły, chociaż nie aż tak dobry jakbym chciała, seans skończył się przed dziesiątą. Wczoraj gluty w gardle dawały mi popalić, dzisiaj trochę się uspokoiło, nogi nieco bolą od wędrowania, więc wskoczyłam pod kołdrę, żeby to wszystko zapisać. Pączek zamiauczał, zlazł ze swojej części łóżka i przytulił się do moich nóg. Teraz chrapie zupełnie zrelaksowany. Jesteśmy rodziną.

sobota, 6 marca 2021

445. Radość z muszelek i wizyta ducha.

Sobota senna i spokojna, nieco jaśniejsza niż poprzednie dni. Po długiej rozmowie z rodzicami i babcią (szło o sprawy różne, sytuację w Polsce, szelki Freda i motywację do szczepień) podjechaliśmy z mężem na długą plażę. Chłodno, kurtka założona na kurtkę powróciła do łask.


Po obiedzie (makaron z pesto) w końcu przeniosłam z telefonu ogrom zdjęć zrobionych w ostatnim czasie, gdyż małżonek kupił był stosowny kabelek. Siedzę więc przy laptopie, zrzucam zdjęcia i słyszę kota, który spaceruje po kuchni, pciup pciup pciup, tymi swoim miękkimi łapulkami. Kot obszedł moje krzesło, wskoczył na tapczan i dopiero wtedy na niego spojrzałam. I się okazuje, że zniknęły mu wszystkie rude ciapki. Bo to nie Rysio. Późniejsze zdjęcie:

Rysio obudził się w sypialni, przetarł oczy i udał się za niespodziewanym gościem, który onieśmielony naszą nagłą atencją wyszedł przez okno. Od Anne dowiedziałam się, że biały duch ma na imie Bán, jest kotem jej fryzjerki, i podobno wczoraj bawił się z Rysiem (tak mówiła Katlin). Czyli wpadł na chatę do kumpla, spytać how's he doing. Fred wszystko to zrelacjonował Usz, gdy po niespodziewanej wizycie z godzinę gawędził z siostrą. Potem Kochany nagotował nam białej kiełbasy na kolację, następnie ja pod prysznic i byłam ready, żeby obejrzeć z mężem film polecony przez Usz — Nowy początek (2016). W porządku, najbardziej podobała się mi intelektualna marność bohatera kolektywnego wobec potęgi nauki. Niby wiadomo, i co z tego wynika?

piątek, 5 marca 2021

443-444. Kondensacja.

Staff meeting nie trwał dłużej niż godzinę, było to luźne bla bla bla, przyzwyczajam się do imion i twarzy, ogólnie jest w porządku. Po obiedzie dłuższa drzemka. Nocą z czwartku na piątek pod wpływem impulsu przeczytałam pozostałe kilkaset stron Paragrafu 22 Hellera (Albatros, 2000) do końca, zajadając o północy razem z Rysiem kanapki z masłem, szynką i pomidorem (Rysio poprosił o dwie kanapki bez chlebka, bez masełka i bez pomidorków). Od tego momentu zaczęło się jakieś apogeum aktywności mojego mózgu, które zaliczałam na poczet czwartku, a był to piątek, pierwsza nad ranem. Zapłaciłam wcale jeszcze nie zaległy (piąty dopiero się zaczął) rachunek za polski telefon i szukałam atlasu z polskimi ptakami w prezencie dla taty. W tym czasie Fred był w Dublinie. Wyobrażałam sobie, że nocą wraca do samochodu zaparkowanego gdzieś obok Zielonego Stefana i nie robiło mi się od tego miło. Dublin nocą jest zupełnie inny niż Dublin za dnia. Oczywiste więc, że przed drugą słuchałam Płyty tatarskiej Karoliny Cichej (2017), aż do domu wszedł mąż.

Jak na takie dziwne pory snu, w piątek wstałam bardzo wcześnie. Dostałam dzisiaj maila z nowym adresem gmailowym przeznaczonym wyłącznie do pracy, oraz plan zajęć na następny tydzień. W samo południe na zoomie Boosting My Personal Resilience with Sinead Gaynor. Nie było to niemiłe, ale przecież wiem, jak o siebie dbać. Od razu przypomniałam sobie o Aś i chwilę rozmawiałyśmy przez messenger co tam u niej. U niej różnie, leki chyba działają. Od poniedziałku nie spacerowałam, bo jest szaro i zimno, dzisiaj też podjęliśmy decyzję, że zamiast plaży robimy wyjazd po zakupy na weekend. Wieczorem rozmowa z tatkiem. I oglądamy z Fredem Synekdochę, Nowy Jork Kaufmana (2008), to jest film do niejednej dyskusji.

środa, 3 marca 2021

442. Nada.

Od trzech dni niebo tonie w szarościach. I nic takiego, dzień spędzony w domu. Nie spacerowałam, nie oglądalam niczego, zrobiłam pranie, słuchałam trochę muzyki i uczyłam się szwedzkich zaimków. Delektuję się herbatą z cytryną i myślą, że jeden z narcyzów już prawie wypuszcza pączek. 

Kochany przed pracą i z pracy wysyła mi fluidy miłości.

wtorek, 2 marca 2021

441. Już marzec?

Trochę mnie zaskoczył :) 

Brałam udział w drugiej części kursu Child Protection, zajęło mi to kawałek popołudnia. W tym czasie na zapleczu nie objętym czujnym okiem kamery Fred zrobił sobie obiad, posłał mi całusa i wyjechał do pracy. Pośród drobnych robótek domowych wygłaskałam kota i obejrzałam kolejny odcinek 1000-lb Sisters, w którym Amy urodziła Gage'a. Nie wiem jaki algorytm zawiódł mnie do wykładu Marka Jacksona dla The Royal Society o społecznym pochodzeniu kryzysu wieku średniego, ale to nim kończę dzień.

poniedziałek, 1 marca 2021

440. Highs and lows.

Kot był zamknięty w kuchni, żeby nie pacać Freda łapą na dzień dobry, więc rano obudziło mnie jego mędzenie za drzwiami. Zielona herbata, odpalenie laptopa i potem sennie szwendam się po wirtualnym świecie ze szczególnym uwzględnieniem używanych książek, które można byłoby kupić w Irlandii. Wiem, że się tu nie mieścimy i gdy przywieziemy wszystkie książki, które kupiliśmy w Polsce, będzie sajgon. Ale i tak czytam o Tove Jansson, żałuję, że jej listy zostawiłam u rodziców, szukam pierwszego wydania Trollvinter, po szwedzku oczywiście, gdyż nie znam tego języka ;)

Ze zmianą karmy dla ptaków wyraźnie zmienili się ogrodowi goście. Oprócz szpaków regularnie pojawia się spora banda wróbli, oraz para opasłych grzywaczy, które wydziobują ziarna lądujące w trawie.

A potem bolały mnie zatoki. 

Już po wyjeździe Freda w kierunku Dublina odkryłam niedooglądany przeze mnie odcinek Poirota otwierający trzynasty sezon, Słonie mają dobrą pamięć (2013). Fabuła ma swoje highs and lows, za to ubrania, filiżanki, fryzury, krajobrazy, ech! Zastanawiam się teraz czym zwieńczyć notatkę. Nic nie przychodzi mi do głowy. Do jutra.