Strony

poniedziałek, 31 stycznia 2022

776. Nie chciało.

Nie chciało, oj bardzo nie chciało mi się dzisiaj zwlec, nie narzekam, fakty zapodaję. W pracy zaliczyliśmy poniedziałkowy hat-trick, pustki, przez kilka godzin surfowałam w sieci przerywając sobie jedynie wyjściem na lunch do Moorland. 

I tak dowiedziałam się, że Lucek zmarł. Jego śmierć przypomniała mi o Luckowej mamie, bo przecież to ona prowadziła jego bloga kiedyś tam, w pierwszej połowie Luckowego życia. Nie znałam jej wcale, niewiele u niej komentowałam, albo nie bardzo to pamiętam, ale wizerunek jej postaci, bezcielesny, słowno-emocjonalny, utkwił w mojej głowie. Będzie w tym roku 5 lat, jak umarła. Nie kończąc tematu blogowych znajomości, wieczorem rozmawiałam też z Kamą. Dobrze, że jest. Źle, że problemy zdrowotne się piętrzą.

Pomiędzy wczesnym popołudniem a wieczorem Kochany przyjechał do miasta, zrobiliśmy zakupy w polskim sklepie i poszliśmy na obiad do Il Forno, tym razem na makarony, kolejny raz przy tym samym stoliku.


Połowę porcji zabrałam do domu, będzie jutro na śniadanie. 

Pierwszy miesiąc tego roku kończę klikając na półleżąco w laptopie i słuchając dopływającej z kuchni płyty Nicka Cave'a. Miesiąc był niespektakularny, przemknął mi, przeczytałam jedną książeczkę, książuchnę, strasznie płytko, ale się poprawię. A na razie chcę nadrobić sen, wtulić się, wymościć, nabrać wigoru.

niedziela, 30 stycznia 2022

775. Finał.

Z ostatnich zajęć z różnic najbardziej zapadnie mi w pamięć, że dobrze jest mieć "Ja ameby", czyli nie rozpłaszczać się z "Ja symbolicznym" gdzie bądź, bo to niezdrowo. Zapisuję. Moja osobowość myszy-archiwistki stoi temu w poprzek, ale mądre. 

Wyniki kolokwium mnie nie zadowalają, myślałam, że mam dobrze wszystko, a tu nie mam dobrze wszystkiego, teraz istotę szarą sobie zamulam deliberacjami przy których to dwóch pytaniach spięcie na stykach miało miejsce. Diagnozy dokończone, kulawo, ale lepiej nie będzie, Marchwa wysłała dzieło i niech się mądrzejszy wypowie.

Anne zatekstowała do mnie, że dobrze, że nie poszłam z nią na sztukę. Test pcr jej pokazuje, że złapała covida, jest zaszczepiona, nie powinno być problemu, jednak lepiej nie mieć gada niż go mieć.

I jeszcze z Kochanym nawrzucaliśmy Owsiakowi pinionszkuff do puszki, bo dzisiaj Wielka Orkiestra. Pół dnia byłam umysłowo nieobecna z powodu koła, ale widziałam jak Fredowi łezka się w oku kręciła, gdy słuchał starych nagrań Voo Voo. Ponieważ zaś prawie (które robi wielką różnicę) uwolniłam się z macek sesji, dla rozrywki pojechaliśmy wieczorem do Ka&Jot. Zwyczajowo zasiedzieliśmy się do późna, głowa mi leciała z powodu senności, i jeżeli Mister T. (2019) jest dobrym filmem, to niestety nie w pełni mogłam go docenić przez głowy mojej skłonność do opadania. 

Zeszłej nocy mama nie spała z powodu niżu Nadia. Nas też podwiewa pod rozgwieżdżonym niebem.

sobota, 29 stycznia 2022

774. Going to a gig!

Nie teraz, w sierpniu, jeśli Herbie Hancock da radę. Po egzaminie całkiem gładkim (puk, puk, tfu, tfu, na wyniki trzeba chwilę poczekać), kupiłam bilety do National Concert Hall. Z papierów nie wygrzebię się do jutra, pomiędzy kartkami staram się jakoś relaksować, tym bardziej, że wiatr wieje i zrywa mi połączenie internetowe, więc używam Fredowego lapka, który jako weteran jest bardziej nieczuły na takie rzeczy. Pikających światełek nie obserwuję, idę na żywioł, albowiem jak mówi Pismo, co zostało rozłączone, to nie jest połączone, i co zrobisz? Guano zrobisz. Oto słowo Pańskie. Tak więc rozejrzeliśmy się z Kochanym po scenie, zdecydowaliśmy, że ładnie tu nawet mają i wysupłałam resztki z konta na miejsca balkonowe, gdyż lubimy się wywyższać. Przedostatnie zajęcia z różnic minęły szybko, tymczasem Fred przywiózł chowder, potem trudził się i męczył, biedak, przyszywaniem do spodni sześciu guzików. Jak to why? Szelki trzeba o coś zaczepić, Kochany nie umi bez szelek. Wieczorna praca z Marchwą nad diagnozami była bardzo przyjemna, szczególnie, że ja już w szlafroczku, Kochany smażył steki na obiadokolację, a kulyżanka miło potrafiła mi przekazać, że jak coś jest do dupy, to można to z tekstu wywalić, bye, bye, i nie żałujemy. 

Maiden Voyage (1965) gra, kot liże futerko.

piątek, 28 stycznia 2022

773. Będzie dobrze.

Na lunch wyszliśmy we troje (Sziwan, Lion, moi) do 38 Cafe, kolejna borsucza nora w mieście, żywią nienajgorzej, można drugi raz zajrzeć. Po pracy czekała na mnie nieprzyjemna wiadomość — odmówiono nam transferu. Łatwo to przyjęłam (złożymy podanie jeszcze raz, tym razem dobitniej), może dlatego, że mam głowę zajętą czym innym. Poza tym w zaułku na Piotrowej Górce czekał na mnie mąż, a to jest zawsze wiadomość dobra. Po południu nie miałam ani apetytu, ani weny, już by mogło być pojutrze.

czwartek, 27 stycznia 2022

772. Nic (ciekawego).

Obiadowego łososia zjedliśmy na śniadanie, bo Kochany spieszył się na przegląd samochodu (autko pozytywnie przeszło NCT) i do pracy. Przed jego wyjazdem złapała nas jeszcze Anna, której już trochę nie widzieliśmy. Za chwilę coś się jej przypomniało, pobiegła do domu i wróciła z kartką wyrwaną z katalogu, a na niej ocena Louth Looking Good naszej ulicy ze zdjęciem ogródka przed naszą mysią norką, który został opisany jako "a particular showstopper". Oczywiście pokraśniałam :D Wyrwana kartka została nam podarowana, idzie w ramkę i na ścianę.

Natychmiast po wyjeździe Freda wyszłam na spacer, na moment tylko skręcając do Anny, żeby jej jeszcze raz podziękować i zapytać o tożsamość dwóch panów ze zdjęcia w przedpokoju (bracia, jeden zginął niedługo po zrobieniu zdjęcia, w wypadku przy pracy). Nie miałam planu, żeby napić się kawy na plaży i trochę tego później żałowałam, bo nie wzięłam karty. Był piękny odpływ, całkiem ciepło, ptaki gwizdały na wiosnę, w kawiarence wolne stoliki, w domkach letniskowych spory ruch, stukanie, wietrzenie, remonty i ogólne wicie gniazdek ruszyło. W naszym ogródku z tyłu domu pasły się dzisiaj aż cztery grzywacze, a szpaki wyjątkowo energicznie awanturowały się między sobą o miejsce przy karmniku.

W Polsce odbył się pogrzeb Józia, naszego sąsiada. Miał swoje lata (80+), ale odporny materiał zabucki, mógłby jeszcze pożyć, gdyby nie wywinął orła na rowerze wracając z Mandoliny. Nieszkodliwy był z niego typ, z tych zamkniętych w sobie, co to rozmawiają ze swoim psem, gdy myślą, że nikt nie słyszy. Dziwnie tak, nie ma już starszych panów na naszej ulicy, a raczej to pokolenie taty jest teraz pokoleniem starszych panów. Starsze panie to też jakieś młodziaki, babcia Mania pozostaje poza wszelkimi kategoriami.

I tyle, dzisiaj już tylko studyjowanie. Jestem po prysznicu, przed herbatą. Chyba już nic się nie wydarzy. Studiowanie jest dziwne, stres jest, czuję się jakbym znowu miała 37 lat :D
___
edit 21:30 Anne zaprosiła mnie na jutro na sztukę, musiałam odmówić, bo sesję wysiaduję, buuuu.

Fred zadzwonił po pracy z centrum Dublina, szłam z nim wieczorną porą przez miasto aż do stacji Connolly. Kochany kupił nowe płyty i już do mnie jedzie.

środa, 26 stycznia 2022

771. Trochę flow.

Kochany wyjechał bardzo wczesnym rankiem, po czwartej obudziła mnie cisza dzwoniącą w uszach. Żeby przewietrzyć synapsy w ciągu dnia wyszłam na spacer nad morze i połowę tego czasu przegadałam z tatą i babcią. Pomiędzy szelestem wydruków zrobiłam pranie i test AQ Barona-Cohena. Wynik 27 (szerokie spektrum), ale od razu wiedziałam, które odpowiedzi mi go podwyższą, więc test nie był przeprowadzony rzetelnie. Fred przywiózł świeży zapas czarnej herbaty.
___
edit 21:00 Małżonek dopiero teraz przypomniał sobie, żeby mnie poinformować, że Wu podczas ostatniej rozmowy pochwalił jego film. Na swój sposób oczywiście (znaczy: być może z takim wyrazem twarzy z jakim oglądał kabaret z Andrusem, i nie wiedząc kiedy podczas rozmowy telefonicznej jest jego kolej, żeby zacząć mówić), ale pochwalił. A skoro już piszę, to i mnie się przypomniało, że Rysiu chorował dzisiaj na niestrawność, raczej krótko, acz dobitnie. Nie jestem do końca pewna, czy to, co posprzątałam z podłogi w kuchni to był kawałek mysiego ogona czy coś innego. Czyżby już i myszom nie można było ufać w tych czasach?

wtorek, 25 stycznia 2022

770. Wpis składający się w ⅕ z kota.

Jako się rzekło, tupanie Fredowe po kuchni obudziło mnie o bardzo wczesnej godzinie, od tego momentu spałam z przerwami, z typowym dla mnie napięciem, że może budzik nie zadzwoni i spóźnię się na życie. Nie było takiej opcji, bo ja się (nieomal nigdy) nie spóźniam. Ryszard widząc, że się ubieram, wyszedł pięć minut przede mną i przezornie czekał na zewnątrz. Było odprowadzanie i salut ogonem na pożegnanie.

W pracy przyklejam, przyklejam, przyklejam. 

Miło jest wracać, gdy na dworze nie jest zupełnie ciemno ... Katlin, Lisa i mały Ethan nawigujący koparką jeszcze stali przed domem. Ethan pokazał mi, co koparką przenosi z miejsca na miejsce (trawa), Lisa opowiedziała, że Ryszard sporo czasu spędził u niej na murku (pewnie pytał, czy nie wie, kiedy wrócę), Katlin zauważyła (bardzo z siebie zadowolona), że noszę na plecach jej prezent, a mały chłopiec przechodzący obok ze swoim tatą powiedział hello i my name is Sean. Po tych wszystkich wydarzeniach mogliśmy w końcu wejść do domu i nakarmić kota, który też tam był i cierpliwie czekał, aż skończę small talk. Kocie śniadanie było dokładnie w takim stanie, w jakim je oboje zostawialiśmy o poranku, po diecie odchudzającej należał się Ryśkowi ulubiony indyk w białym sosie i jeszcze bardziej ulubiony mus wołowy z polewą. Strasznie byłam głodna, ale dopiero po załatwieniu tych spraw zabrałam się za odgrzewanie gulaszu dla dwunogów. Słusznie, bo kot wylizał miskę do czysta i grzecznie poszedł spać, która kocia matka nie chciałaby dostać takiego komplementu?

Tak jak praca w kawiarni uczy szacunku dla baristów, tak próby diagnozowania uczą szacunku dla diagnostów. Z perspektywy prezentowanej przeze mnie niekompetencji na tym etapie wg mnie wszyscy mają wszystko :D. Nie jestem w tym sama, bo pracowałyśmy nad materiałem wspólnie z Marchwą. Wieczorna, ponad godzinna pogaducha z koleżanką była dużą przyjemnością, cieszę się, że odnowiłyśmy kontakt. W tym czasie Fred wreszcie dotarł do domu.

Z innych pozytywnych rzeczy: Kochanemu przysłano nowe daty badań okresowych, dwie, w dwóch różnych kopertach wysłanych z tego samego adresu. Dlaczego wizyta u onko poprzedza tomograf, zamiast być po tomografie, któż to wie, dzisiaj już do tego nie dojdziemy.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

769. Limeryk.

Nad doliną w której leży nasze małe, brudne miasto, unosiła się rano mgła jaką bardzo często widywałam w Polsce. Cicho, młodych ludzi znowu brak, program wisi na włosku; na lunchu byłam w Caffè Nero, bez sprawdzania dokumentów jest tam jeszcze sympatyczniej niż przez ostatnie miesiące. Po powrocie do domu Fred zrobił pysznego steka na obiad, reszta dnia była związana ze studiami i przeglądaniem notatek. Oderwałam się na kilka chwil, żeby posłuchać telefonicznej rozmowy Freda z Wu i ekspresowo przeczytać Tragiczną historię doktora Fausta Marlowe'a (DiGG, 2012) w słabym tłumaczeniu. Wu brzmiał dobrze, jakoś się tam u niego turla, niezbyt szybko, ale bez nuty tragicznej, szwagier wyraził nawet niejakie zaintrygowanie genealogią. Mój Kochany tymczasem w ostatnie chwili przyjął zlecenie w hrabstwie Limerick; wczesna pobudka, czyli wczesny sen.

There was an Old Man with a beard
Who said, "It is just as I feared!
Two Owls and a Hen,
Four Larks and a Wren,
Have all built their nests in my beard!"

niedziela, 23 stycznia 2022

768. Ę-ą i koniec ograniczeń.

Szczęśliwość mnie ogarnęła po zajęciach z rozwoju, gdyż okazało się, że pracę w grupach możemy obgonić raportem napisanym we dwie, z Marchwą. Marchwa też wyraziła entuzjazm i każda z nas mogła się udać do swoich zajęć, ona do robienia obiadu, ja do kompletowania stylówy na wyjście. Gdyż ponieważ lodówka nam świeciła pustkami obiadowemi i w związku z tym postanowiliśmy jeść na mieście. Fred połączył w swoim outficie konsumpcyjnym cztery rodzaje krat, ja wbiłam się w nowy, obcisły dżins oraz pasiasty sweterek i wyruszyliśmy do Carlingford, do ulubionego miejsca jedzeniowego. Oto onoż:



Po konsumpcji był krótki spacer do mola.

— Przynajmniej nie wieje, rzekłam mężu szczelniej ogacając się szalem.
— Aczkolwiek ta wilgoć generuje wychłodzenie, odparłże on, czemu w sumie trudno się dziwić, wziąwszy, co miał w tym czasie na sobie (a nie były to rzeczy tanie).

Do domu wróciliśmy z przystankiem na zakupy w Tesco. Podejrzana sprawa, że w Lidlu nie było ani naszego chleba, ani solidnych mięs. Nie wiem czy to ma jakiś związek z odwołaniem większości obostrzeń covidowych w tym tygodniu, ale tak się zgrało. Kochany wracając w nocy z pracy w Swords widział dzikie tłumy posobotnie wylewające się z pubów, a my jak te dwa niedoinformowane dudki dopiero w drodze do miasteczka za siedmioma pagórkami uświadomiliśmy sobie, że ostatnio w Il Forno nie sprawdzano nam paszportów covidowych. Pierwszy raz od 2 lat swoboda i szał ciał nastąpiła w Republice. Być może więc i słusznie w drodze towarzyszyły nam Nowe sytuacje (1983) i Nieustanne tango (1984). Jest kilka muzyk, których mogę nałogowo słuchać jadąc przez Irlandię, bo kojarzą mi się z tym krajem i jego klimatem, wśród nich The Pogues, Rory i ... Republika.

Wieczorem gadu gadu naukowo-towarzyskie z Marchwą, ustaliłyśmy między innymi kierunek diagnoz. Miło, gładko, ta niedziela wprowadziła mnie w świetny nastrój.

sobota, 22 stycznia 2022

767. Zaburzenia.

Szare, bure lub pstrokate,
wszystkie koty za pan brat,
mają drogi swe i płoty,
po prostu koci świat,
po prostu koci świat.

— Fred śpiewał to dzisiaj rano Ryszardowi siedzącemu na biurku.

Kochany wyjechał po południu do pracy. Rozmawiałam z mamą, anemicznie dość, o pogodzie i innych takich, słuchałam wykładów, obejrzałam Left for Dead (2008), kolejny odcinek Midsomer Murders z jedenastego sezonu. Nic się nie wydarzyło, nos na wieś nie został wystawiony, od czasu do czasu zerkałam tylko, jak gang wróblo-szpaczy dojadał kulki. Jeszcze chwila słuchania wykładu i wracam do Tristrama, którego nie czyta się wcale tak szybko, jak mi na to wyglądał. Luś mi trochę plany pokrzyżowała, wysłała link i zapytanie, czy to jego dom, czy nie jego, więc oddzwoniłam oczywiście, żeby pokonwersować o starych Polakach i ich żonach. 43 minuty, a potrafimy dłużej. No nic, wracam do całościowych zaburzeń rozwoju, a potem do Oświecenia.

Postscriptum #766.

Skrzydlaty Oddział Sprzymierzony w obiektywie mojego męża.







piątek, 21 stycznia 2022

766. Szurszur.

Rozmowa babciowa z babcią była, życzenia dla Usz Solenizantki były. Kaczuszka na obiad, prysznic i pora zaczynać weekend. Kochany rozmawia właśnie z Robem, kolejnym dzisiejszym jubilatem, m.in. o kraju Bareji i fikcji walki polskiego nie-rządu z covidem. W ciągu dnia Fred zrobił sporo zdjęć z dokarmiania latającej malizny, ale wstawię coś jutro, bo dzisiaj już tylko szuranie nosem po notatkach.
___
edit 22:30 Ach, przypomniało mi sie teraz, że zmarł Meat Loaf. Saren wsadziła głowę do klasy, żeby nas o tym powiadomić. Lubię ciche piątki z nią i Sziwan.

765. Kręgosłup, koła, starzy znajomi.

Faktycznie z rana spiknęłam się z Anne, sprawę załatwiłyśmy szybko, pogłaskałam Junonę, wzięłam klucze, dowiedziałam się ile pasibrzuchy dostają jadła (bidaczki są ostatnio na diecie) i gdzie ono jest. Zostałam jeszcze pięć minut na pogaduchach, tematycznie głównie kocich. Anne traktuje dodatkowy klucz u nas jako zabezpieczenie w razie wu, oby nie musiało zostać uruchomione. Majkela z rana nie widziałam i nie byłam ciekawa, gdzie jest. Dopiero wieczorem, gdy wróciliśmy na chwilę do domu z miasta i Anne wyszła do nas z czekoladą "leczniczą" dla Freda, sąsiad mignął nam przez chwilę w drzwiach oświadczając TEA! 

A Kochany cierpi z powodu bólu pleców, tak, że z rana skarpety mu zakładałam. Brał pillsy, dzwonił do onko (odzew dopiero wieczorem, gdy byliśmy w drodze do przyjaciół), nowej daty tomografii na razie brak. Po obiedzie pojechaliśmy do Drołdy, żeby wymienić hamulce w samochodzie, efekt tej podróży był taki, że zamiast hamulców stał się nam znany problem z kołem grożącym eksplozją. Fred zaliczył trzech mechaników, dopiero za trzecim razem trafiając na takiego, który zaproponował względnie normalną cenę za dwa koła na raz. W międzyczasie zerknęliśmy tu i tam (narcyzy w Woodisie tyłka nie urywają, tylko trzy gatunki, nic spektakularnego). Czekając na wymianę koła zaszłam do Costy, a tam Elaine się odnalazła, powiedziała, że wróciła do biznesu po roku. Zapytała oczywiście o Freda, a gdy Kochany przyszedł do kawiarni, przybiegła się przywitać zanim zdążyłam złapać orient. Flat black? Pamiętała, co mąż zamawiał dwa lata temu i odebrała od nas tacę, gdy wychodziliśmy. Czy muszę dodawać, że Fred kawę miał gratis? Doprawdy ... :D

Pomimo siedzeniowych niedogodności Kochany nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować z wizyty u Ka&Jot. Wyruszyliśmy przed siódmą, zdeterminowani obejrzeć cokolwiek. Mr. Jones (2019) nie jest najlepszym filmem Holland, tyle, że temat jest ważny, wciąga w rozmyślania. Kolejny raz wracamy krótko przed północą i wyskakuję z ubrania prosto pod prysznic.

środa, 19 stycznia 2022

764. Kolejny dzień stycznia.

Tata i babcia Mania, oboje w dobrych nastrojach, mama nieobecna (dzień pomylił mi się z sobotą, a jest środek tygodnia) — zadzwoniłam, wymieniliśmy uwagi aktualizujące. Tatko twierdzi, że od mojego wyjazdu nie je słodyczy i ćwiczy, babcia doskonale pamięta, który mamy rok i ile już dziadek nie żyje.

W południe podjechaliśmy z Kochanym na naszą plażę, potem do portu po dwie porcje chowdera. Pogoda nie była nadzwyczaj rewelacyjna, uporczywa chmura cały czas paćkała na nas deszczem. Zupę zjedliśmy w domu i Fred poszedł się położyć, żeby wyleżeć ból pleców.






Bimbałam sobie dzisiaj uroczo, trochę czytałam, słuchałam wykładu, szukałam narcyzów po sklepach internetowych (wszystko wszędzie wykupione, do diaska). Zatoki się odezwały, więc drzemeczka popołudniowa była. Na późny nibyobiad pieczony sea bass (okoń morski), potem Fred zabrał się za oglądanie Europy, Europy (niby, że na ten ból pleców, chociaż tak naprawdę to musi wrócić do pływania), gdy tymczasem ja przeszłam w stan weekendowego leżakowania z laptopem. Zupełnie już po jedenastej wieczorem Anne do mnie zamessengerowała z prośbą (dawno nie rozmawiałyśmy, więc się ucieszyłam). Jej koty widuję rzadko, ale jeść potrzebują, sasiadka chce mi dać klucze na wypadek, gdyby Majkel miał kłopot z zawinięciem do portu, a ona była zbyt daleko, aby wrócić im na ratunek. Przez chwilę przemknęło mi pytanie dlaczego Anne nie poprosiła o to Katlin, może i poprosiła zresztą. No cóż, faktycznie mając klucz można się natknąć na sąsiada w stanie nieciekawym w jego własnym salonie, ale nie będę tego teraz rozbierała na części, zgodziłam się oczywiście. 

Przy okazji Anne napomknęła, że małżonek mój jest najbardziej stylowo ubranym panem w naszej wsi. Zgadzam sie z nią, jest to fakt niepodważalny. Do tego i wielu innych tematów pewnie powrócę jutro, teraz pora spać, zakończyć miły dzień.

wtorek, 18 stycznia 2022

763. Karocą.

Prych, prych, dwa komplementy od Luizy jednego dnia, świat się kończy :D 

Po pracy Kochany podjechał po mnie karocą w sto koni, ale zamiast popędzić do domu wyciągnęłam go na obiad do Il Forno. Sądziłam, że zbierzemy się do piątej, siedzieliśmy nad pizzą z karczochem, kawą i ciastkiem malinowym prawie do szóstej (ciekawe, czy nam przyślą karę za przekroczenie czasu postoju), powrót odbył się w kompletnej ciemności, bo Łysego przesłoniły gęste chmury deszczowe. W domu herbata z miodem i półtorej godziny seminarki, z kotem, który oczywiście pokazywał w kamerze a to kocie oko, a to koci ogon, żeby koniecznie ktoś zapytał, jak ma na imię. 

Ten Pearl Jam (1991). Który to raz dyskutujemy o wyższości PJ nad Nirvaną? :) Karolina Cicha podryguje, a ja z nią.

poniedziałek, 17 stycznia 2022

762. Dobrze.

Pełnia dzisiaj, księżyc nie pozostawił wątpliwości, gigantyczny łysy łeb przywitał nas o poranku oraz prowadził do domu po południu. W robocie robota, klikałam, poszłam na pocztę, dzieciaków brak, w przerwie przysiadłam z kawą na zewnątrz Caffè Nero (jasno i bardzo chłodno). Z nudów sprawdziłam, czy wyniki egzaminu przypadkowo nie zamajaczyły na horyzoncie. No i proszę, 21 na 25 punktów, z łatwością zgubiłam cztery punkty, a to jeszcze nie koniec, zbiorcza ocena za moduł przede mną. 

Skończyłam pracę wcześniej i z przyjemnością udałam się do Bootsa, żeby kupić jakiś łagodny szampon, potem Kochany zwinął mnie sprzed centrum handlowego, pojechaliśmy do TK Maxxa, kupiłam kolejny duży szal Fraas (fason identyczny jak ten od Freda, tylko kolor bardziej codzienny, jasnoszary) i kamizelkę Polo Lauren w romby. Wróciliśmy do domu pilotowani przez Łysego, mąż zrobił obiad, wieczorem z kotem na kolanach obejrzeliśmy Cud purymowy (2000) i Fredowi oko płakało od tego. 

Szczęściara ze mnie, wiem.

niedziela, 16 stycznia 2022

761. Game changer: ciepłe rajtki pod spodniami.


Wczorajszy pomysł został zrealizowany, choć zaszwankował jeden element: wiatr, który postanowił wiać nam w Cichej Dolinie prosto w twarze, gdy kroczyliśmy ku tamie Ben Crom. Wszystko inne odfajkowane: pobudka po ósmej (jest), Aś parkująca w Newry (jest), słońce (jest), tylko ten wiatr w twarze, niech go cholera, rajtki po czasie doceniam. Ale było pięknie, pięknie było. I sporo ludzi, inaczej niż w styczniu dwa lata temu. Wjazd kosztował £5, za funciaka można było kupić karmę dla kaczek, i kaczki najwyraźniej bardzo dobrze o tym wiedziały, bo łypały na nas wyczekująco. Spotkaliśmy mnóstwo psów i jednego rudzika, który uprzejmie lecz stanowczo poinformował nas, żebyśmy mu nie deptali po jego części asfaltu.




Spośród różnych pomysłów na powycieczkową szamę wygrała opcja z Newry, obszerny i dobrze dający jeść The Oliver. Byliśmy tam pierwszy raz i chętnie powtórzymy doświadczenie, Fred zachwycał się stekiem, ja kurzyną, Aś makaronem. Zgodnie polaliśmy to flat white i przyklepaliśmy deserami w trzech odsłonach. Do tego obsługa nie udawała, że sprawdza paszporty covidowe, tylko naprawdę je sprawdziła 👍


Zmitrężyliśmy cały dzień na łażeniu, tracąc czas i kasę, jak to my. Pod wieczór zjechaliśmy do kraju przystając po drodze na herbatę u Ka&Jot. W planie był to wieczór filmowy, Fred nawet wziął kilka płyt dvd, ale pewnie miałam tak podkrążone oczy i ziewałam tak niedyskretnie, że Ka nie nalegał na kinowe ekscesy. Wróciliśmy do domu po dziewiątej. Jestem zmęczona, boli mnie gardło, kichnęłam tylko dwa razy.

sobota, 15 stycznia 2022

760. Senna.

Dzień zaczął się wcześnie, po piątej rano, i ekscytacją oczywiście. Egzamin przyniósł mi poczucie pokonania ... powinnam doczytać trzy rzeczy, nie doczytałam i nawet nie pamiętam swoich odpowiedzi. Nie pamiętam pewnie dlatego, że akurat gdy nie mogłam się już ruszyć sprzed monitora, Ryszard zaczął domagać się śniadania i mi żyłka pękła (oczywiście, gdy skończyłam test, kot zadarł ogon i sobie poszedł). Wypada czekać na wyniki, w każdym razie nie jestem z siebie zadowolona.

Na osłodę nygusowałam się genealogią, Fred zadzwonił nawet do swojego taty, żeby zapytać go o nazwiska pradziadków. Teść nie od razu sobie przypomniał, ale przejrzał papiery i dowiedziałam się kilku ciekawych szczegółów.

Kochany pracuje od popołudnia. Jutro zaczyna mu się kilka dni wolnego, myślimy o niedzielnym spacerze w Północnej, bo pogoda nie jest najgorsza (Aś została zagajona, czy reflektuje na towarzystwo i wyraziła entuzjazm). Na obiad pizza, do czytania slajdy na następny egzamin i pdf książki kupiony kilka dni temu, Autorytaryzm a brzytwa Ockhama Piotra Radkiewicza (Scholar, 2012).

Marynarka Piotrusia Królika została ledwo skubnięta, martwi mnie to, bo nie czuję się w nastroju do zmyślania, że zjadłam ciasto, skoro nie zjadłam. Life. Pomimo popołudniowej drzemki jestem zmęczona, w nocy spałam tylko jakieś trzy godziny. Miałam sen: w moim prawym uchu zamieszkała mała, ciemna pszczoła, zupełnie nieszkodliwa. Starałam się jej nie przeszkadzać.

piątek, 14 stycznia 2022

759. Obecność.

Gdy tylko weszliśmy do domu, Kochany włączył płytę Small Change Waitsa (1976). Bo to był dobry dzień. Mąż zawiózł mnie do i z pracy, po południu zajrzeliśmy do Costy, żeby posiedzieć nad kawą/herbatą (Aura na maszynie, flatwhite odrobinę zbyt spienione). Już miałam w głowie jutrzejszy poranek, ale dzień był taki piękny, ludzie przesiadywali w kawiarnianym ogródku, warto było.

Fred kupił sobie super spodnie w starym stylu, Our Legacy.

Tak więc papiery, choć wychodzimy z mężem na moment, żeby podziwiać pierwszy samochód Ethana, forda raptora w kolorze czerwonym, który ma światła, radio i robi brum brum. Ethan skończył wczoraj pięć lat, obiecano nam kawałek tortu urodzinowego w kształcie Piortusia Królika i kawałek tortu pojawił się po zmroku:

Marynarka z podwójnymi przeszyciami, mind you. Do Fredowego obiadu grała nam Sno-Powiązałka Voo Voo (1986). Tort nadal nie skonsumowany, jakoś głupio mi jeść króliczą marynarkę, poza tym stres jest obecny.

czwartek, 13 stycznia 2022

758. Przewidywalnie.

Ze snu wyrwał mnie tatko, który akurat zrobił w kuchni napitki i rozmawiając z babcią stwierdził, że zadzwoni z pytaniem jak się mamy. I tak była pora na pobudkę, więc wstałam, zrobiłam kawę Fredowi (dzisiaj leciał dość wcześnie do Navan) i dopytałam tatę o brata pradziadka, który (jak się okazało) w ostatnim roku wojny był więźniem we Flossenbürgu.

Gdy Kochany odpalił rakietę, ja odpaliłam swoją z napędem nożnym. Plaża, morze, paprochy, kawa.



Wracając wczoraj (a w zasadzie dzisiaj) do domu, Fred zauważył na trawniku za Judżinem trawersującego lisa. Ryszard na szczęście spał w tym czasie na tapczanie, jak to leń, ale strach go teraz wypuszczać, więc gdy po zmroku rudas marudzi o otwarte okno, ignoruję dziada (a nie jest to łatwe, bo dziad rozpuszczony, co oznacza jeszcze kilka żebraczych podejść).

Grzywka po wczorajszym krzywym obcięciu może być — tak stwierdzam po umyciu włosów, docięciu krzywizny, wysuszeniu i przyplaskaniu dłońmi. Po obiedzie już tylko nauka, przelewanie z pustego w próżne. Innych wydarzeń do końca dnia nie przewiduję.

środa, 12 stycznia 2022

757. Nagła wiosenność.

Morskie szkło się mi śniło. Podążyłam za tym przekazem i w południe, zanim Fred wskoczył do samochodu, poszłam sama na spacer. 




Pogoda idealna, szkoda, że mąż musiał jechać. Dreptałam wpatrzona w piasek, bo wypatrywałam kolorowych kamyków (sen przypomniał mi o kawałku szkła morskiego w błękitnym kolorze, którego nie zachowałam, czego teraz żałuję) i robiłam zdjęcia (Fred twierdził, że nie działa monitor podglądu, więc korzystałam tylko z wizjera, po powrocie do domu odkryłam, co się nie popsuło). 

Kamizelko-tuniczkę z kaszmiru Bianco&Blu, mięciusią jak króliczek, Miły mi sprawił. Wyciągnął z torby bez ostrzeżenia i dał. A potem pojechał w siną dal. 

Przygotowania egzaminacyjne są mocno poprzetykane genealogią, powiedziałabym nawet, że więcej w tym genealogii, niż psychologii różnic. Nie wiem jak to zmienić. Zamiast wiedzieć coś więcej o Eysencku, wzbogaciłam się o przemyślenia, że jeśli jesteśmy z Kochanym spokrewnieni, to od strony teścia, a nie teściowej. Druga hipoteza, mniej pewna, jest taka, że z mojej strony byłaby to rodzina spokrewniona od strony taty raczej niż od mamy. Trzeba będzie robić ściągi.

wtorek, 11 stycznia 2022

756. Za stara? Never.

Torba z laptopem do ręki i ziuuu o poranku. Zostawiłam Kochanego w spokoju, bo nawet nie wiem o której wrócił do domu, a dzisiaj znowu ma nieprzewidywalną zmianę. 

Były pierwsze w tym roku pogaduchy przy kawie z Beth, przy czym obydwie byłyśmy w pracy, czy to nie świetne? (Paul zachwala jakieś miejsce w Północnej, gdzie dokazywali z Beth z okazji czternastej rocznicy). Chłodno, ale jasno i nie pizga, powrót z laptopowym obciążeniem nie był aż taki upierdliwy, nawet z przyjemnością skręciłam do Lidla. Z poczuciem bycia królową tego zakątka, spokojnie, z papierowym kubkiem kawowym w dłoni i biletem powrotnym w kieszeni, domaszerowałam na dworzec.

W domku czekały na mnie pulpety wołowe w sosie pomidorowym (pozostawione dla mnie przez Kochanego) i powrót kota-torpedy (z parapetu domu Judżina). W internetach porozmawiałam chwilę z podłamaną Marchwą, zagadałam też do Grażki, zaskoczona faktem, że ostatni kontakt miałyśmy w roku dziewiętnastym. Oczywiście obietnicę składam, że się zobaczymy na kawie, gdy będę w pobliżu. 

Po seansie Smoky Mountain Meltdown rodziny wagi ciężkiej, jeszcze trochę studyjuff. Czy jesteśmy na to wszystko za stare, jako Marchwa sugeruje? A gdzieżby.

poniedziałek, 10 stycznia 2022

755. Stabilna dorosłość.

To byłby dobry dzień na spacer, w mżawko-chmurze, za to trochę cieplej i bezwietrznie. Ale trzeba mi było do pracy, spacer ograniczył się więc do pracowniczej wyprawy do Tesco po zapasy pietruszki (nagrodę w postaci shepherd's pie na lunch, nie powiem, szanuję, chociaż mam przez to pierwszą plamkę tłuszczu na nowych spodniach). 

Do domu wracałam dawno po tym jak Fred zaczął swoją popołudniową zmianę. W półmroku i mżawce weszłam na naszą ulicę, właśnie zastanawiałam się ile to już tygodni nie ma światła w oknach Judżina, gdy na ścieżce minęła mnie rozpędzona torpeda — Ryszard przybiegł za mną zupełnie przemoczony, zdeterminowany, aby nie przegapić ulubionego paszteciku.

Pomimo ogólnego zajęcia i bólu nóg (dopiero teraz czuję, jak długo stałam), jestem zadowolona. Znalazłam e-booka o którego mi chodziło, w pracy do przodu, choć niewiele ode mnie zależy, egzamin ... cóż, do soboty jest możliwość jakiegoś ruchu. Czas spokojnie przepływa, nie popędzam, nie zniechęcam, trzymam się planu podczytywania wieczorem po kilka rozdzialików z Tristrama.

niedziela, 9 stycznia 2022

754. Gałki oczne?!

Śpię płytko którąś noc z kolei, pomiędzy wybudzeniami przenoszę się od obrazu do obrazu, mogę sobie nawet postanowić, co zapamiętam. Tak więc, 1) Sinéad robi szal na drutach, 2) pakuję się przed podróżą i ciągle znajduję coś do spakowania za kanapą lub pod krzesłem, 3) na podwórku przy domu moich rodziców w sadzawkach pływają świnki morskie.

W środku dnia miałam trzy godziny wykładu z gerontologii, akurat zdążyłam dopchnąć śniadanie, popić je kawą i zagryźć słodkością. Fred musiał się zbierać na drugą do Blanchardstown, więc znowu trochę się rozmijamy. Dalsza część dnia po wykładzie rozlazła się, zjadłam obiad i miałam problem ze skupieniem uwagi na czymkolwiek praktycznym, wrócenie na właściwy trakt zabrało mi trochę czasu, ale proces uczenia się nie był zadowalający. Zgubiłam wątek, nie mogę znaleźć w sieci lektury potrzebnej na seminarkę, jutro do pracy — takie smuteczki (wiem, problemy pierwszego świata, niemniej jest w tym coś bardzo niewygodnego, źlesamopoczuciowego). Przypuszczam, że to wszystko przez brak ruchu (od początku roku jeszcze nie byłam na spacerze), ale oprócz tego, że dziwnie śnię, także bardzo łatwo się wyziębiam, ciepło wyparowuje ze mnie nawet przez gałki oczne. Wybór: sczeznąć z wychłodzenia lub dostać pierdolca od siedzenia w czterech ścianach został dokonany na korzyść pierdolca.

Czekam na Kochanego, nie wiem, co bym bez niego zrobiła. I bez kota, który nauczył się otwierać szafkę z detergentami. Szafka z detergentami jest ciekawsza od szuflady ze skarpetami, bo plastikowe butelki wypadają robiąc bum.

sobota, 8 stycznia 2022

753. Egzaminoza.

Lekki stresik zaczyna mnie dręczyć, że w zasadzie to nie wiem z czego będzie egzamin za tydzień. Chciałabym wykuć, ale co tu jest do wykucia? Takie tam pierdele rozmyte. Aż nawet wynalazłam w Otchłani Przeszłości stare testy Czesiowe, i jak tak teraz o tym myślę, to sporo pytań może być podobnych. Pisu pisu z Marchwą, wspierająco. Przesłałam jej moje archiwalia i sama też czytam. Kiedyś to była silna grupa wariatek, a teraz tylko my dwie dziergamy, sieroty.

Kochany wrócił w sam raz na obiadek i objuczony prezentem, bo wymienił za małe spodnie Dolce&Gabbany na dwie pary dżinsów Ripley, znowu dla mnie (czarne model anbass i szare model grover, obydwa fajnie na mnie leżą).

Mailem dostałam nowy covid pass, z datą trzeciego szczepienia. Z innych wiadomości, tym razem smutnych, syn Sinéad O'Connor nie żyje, znaleziono go wczoraj gdzieś w Bray, prawdopodobnie samobójstwo. Region jest piękny, miło mi się kojarzy, tragiczne, nierealne, że można chcieć się zabić akurat w takim miejscu.
___
edit Sunday 12:00 Gdzie ty widzisz czarne? pyta małżonek w niedzielę przed południem. Patrzę, faktycznie czarne tylko oczami duszy mojej. Niebieskie.

piątek, 7 stycznia 2022

752. Piątek prawie wzorcowy.

Poranek: na śniadanie przeterminowana kiełba podsmażona na gęsim tłuszczu pod Bukartyka z 2017, i do pracy (Fred mnie podwiózł, najpierw musiał usunąć warstwę lodu z przedniej szyby).

Budynek wychłodzony po świętach, więc w mitenkach na rączętach i czapusi na głowie, ale dziarsko. Gdybym z rana oknem nie przytrzasnęła kotu ogonka, byłoby idealnie, a tak mnie gryzło współodczuwanie wraz z wyrzutami. Cisza rezonowała w Centrum, na piętrze ze mną tylko Saren i Lion, jeszcze Ger w recepcji. Lion zrobił, co miał zrobić i skończyliśmy wcześniej, Saren podwiozła mnie do domu, cudnie było choć trochę ogrzać się kawą przy Kochanym siedzącym obok. 

Po kawie najpierw podjęłam podkołderkowy powrót do Sterne'a, a wsunąwszy się bezszelestnie do drugiej ksiegi Tristrama zanurkowałam prawie cała pod kołdrę (tylko w mitenkach) nadal trzesąc się z zimna ... gdzieś tam w tle zajebista Karolina Cicha śpiewała mi Różewicza, i tak oto z wychłodzenia kimnęłam obok kota. Mąż obudził mnie na obiad (frytki, dorsz, grecka sałatka) oraz hektolitry czarnej herbaty. W głośnikach Gra-Żonie Wojtek Waglewski, czyli mnie też :). 

Tatko próbował się ze mną skontaktować jeszcze, gdy byłam w pracy. Chwilę porozmawialiśmy, ale już na wieczór, u Ka&Jot, bo zjechaliśmy do nich posiedzieć wypić herbatę, obejrzeć film. Tym razem w kinie domowym ponownie Szumowska i Twarz (2017), o byciu outsiderem i roli, jaką kościół odgrywa na prowincji. Gdy przed północą wracamy do domu, kot Ryszard siedzi w oknie i łypie.

czwartek, 6 stycznia 2022

751. Drób domowy.

Tym razem Kochany nie uciekał mi przed świtem, jechał do Belfastu dopiero po południu, więc leżakowaliśmy chwilę tego szarego, wietrznego poranka. Sen był z rodzaju rzeczywistości alteratywnej, gdzie (teraz to sobie uświadamiam) ciocia Ce obchodziła z nami urodziny w kawiarni prowadzonej przez Dżi i jego żonę. Było też trochę śpiewu operowego.

Z nowego kalendarza patrzą na mnie owce spod ośnieżonego Benbulbena. Dzień zwykły drobiu domowego, trochę myję gary, trochę czytam i piszę.

Wieczorem, gdy pichciłam strawę dla siebie, zapukał do drzwi Thomas z noworocznym prezentem, dorszem złapanym w Szkocji (uświadomił mnie, że kutry wróciły), i podziękowaniem za słodycze.

Właśnie słyszę mężowskie tupanie na ścieżce przed domem.
___
edit chwilę później: Kochany cały szczęśliwy, bo dokonał przestępstwa przekroczenia budżetu domowego i kupił sobie zajebisty trzewiki firmy Think!.

środa, 5 stycznia 2022

750. Stacjonarnie.

Kochany od wczesnego poranka daleko, aż pod Groblą Olbrzyma, ja tymczasem poczułam przypływ energii na rozkminianie notatek z Czesia, wcześniej wysłałam papiery do Luizy (dobrze, że je wczoraj uporządkowałam i załączyłam do roboczej wersji maila, bo mi to dzisiaj nie psuło nastroju). 

Dzień ponownie słoneczny i mroźny, Fred wrócił z pracy po czwartej, z tortem bezowym i kolejnymi szelkami Laurena, kolorowymi, bo do moich różowych spodni. W tym czasie miałam okazję wysunąć na chwilę nos z domu, porozmawiałam z Anną, potem z Katlin, że fajno było oraz happy new year. Katlin mówi, że covid krąży, ona z Majkiem wprawdzie negatywni, ale mały Ethan przywlókł dziadostwo z przedszkola i Lisa się rozłożyła. Nom. Jemy obiad, słuchamy dużo Marillionu z Fishem, Ka dzwoni pogadać, potwierdzić piątkową nasiadówkę, pochwalić się zarezerwowaniem tygodnia na Kanarach. Chyba już pora zwijać się do łóżka.

wtorek, 4 stycznia 2022

749. Pora wracać do (tfu) produktywności.

Śniłam, że ... przywróciłam życie jeleniowi.

Fred zadzwonił rano z Północnej, żeby pokazać padający śnieg. Godzinę później i u nas zaczęło trochę ciapkać, niewiele, za to lodowata temperatura utrzymywała się przez cały słoneczny dzień. 

Teoretycznie załapuję się na piątkową zmianę, ale w praktyce już siedziałam nad papierami. Tyle dobrego, że jutro nie muszę jechać do miasta na spotkanie, bo zarząd przeniósł je z powodu pandemii na nieokreślone "później". Papiery to insza inszość, i tak są potrzebne, kursy ruszają w czwartek i Katie zawsze może się pojawić. Czyli od południa siedzę przed pracowniczym laptopem, żeby ogarnąć to, co jutro wysyłam. Kochany wrócił całkiem wcześnie, zjadł chowder i poszedł spać obok kota, obudził się dopiero na obiad (kaczka, kartofle, pomidory w śmietanie). Grał nam Rory, ech, jak grał!

Jest jeszcze egzamin sapiący mi za plecami, więc chcąc nie chcąc wstępnie przeglądam kilka slajdów z rozwojówki (miałam je ze sobą w Polsce, nie tknęłam ani na moment). Buuuu. Od rozmowy o disco polo słucha nam się Traperów Znad Wisły, Beastie Boys (oczywiście Fight for your Right) i Green Jelly (oczywiście Three Little Pigs). Ale dość tego dobrego, Kochany zmyka spać, ja wyprodukuję jeszcze jeden papier.

poniedziałek, 3 stycznia 2022

748. Wolny rozruch.

Dopiero około południa ruszyłam tyłek, żeby odgruzować tapczan z leżącego na nim od przed świętami prania (Kochany był już wówczas dawno w pracy, którą zaczął o piątej rano). 

Udało mi się znaleźć w sieci Blood Wedding i z przyjemnością obejrzałam przy prasowaniu kolejny odcinek Midsomer Murders. 

Na obiad morszczuk.

Niunia miała wizytę kontrolną u onkologa, wszystko jest dobrze, następna wizyta za rok, wiem, bo rozmawiałam z rodzicami (zabrałam się za dokładne rozpisanie rodzeństwa dziadków ze strony mamy i miałam do niej kilka pytań). Jest wcześnie, ale Fred już śpi, za kilka godzin znowu zrywa się przed świtem. Pogodowo dzień nie był miły, kot kilka razy wychodził, ale bez entuzjazmu. Teraz zaś wiatr wpada bezpośrednio w półotwarte okno w łazience i trzaska drzwiami.

niedziela, 2 stycznia 2022

747. Niedziela ujowej pani domu.

Skrót dnia: okno w kuchni upstrzone przelotnymi opadami, kot mądry i piękny śpi, głowa rodziny w fartuszku pichci gulasz (który w towarzystwie gnocchi i surówki z pora okazał się przepysznym obiadem), a wieczorem zawija śledzie w różowym sosie, ja natomiast objuczona maminym szalem przywiezionym z Polski studiuję drzewa genealogiczne (bajzel, coś mi nie styka jedna przodkini). 

Po powrocie z Tesco Kochany zawijał rolmopsy gawędząc z Elizabetą, która jak zwykle zapraszała na swoje wybrzeże. Rozmowa była długa i nawet pogodna, ot i tyle z pierwszego weekendu roku 2022. Jutro bank holiday, ale Fred i tak do pracy na jakąś morderczą godzinę, więc już kolęduje do snu.

sobota, 1 stycznia 2022

746. Od nowa.

Pomimo niedospania wylazłam z wyrka o całkiem przyzwoitej porze. Zainspirował mnie do tego Ryszard, który pojawił się rano, po dwóch dniach niebytności w domu. Kot podszedł do łóżka wyraźnie zaskoczony, że jestem obecna, potem wsparty trzema śniadaniami postanowił spać w kuchni i mieć nas na oku. 

Miałam ambicje pójścia na noworoczny spacer w Navan, nad rzeką Boyne. Nieznany mi szlak na mapie wydaje się atrakcyjny, ale im dłużej o tym myślałam i zerkałam na drzewa szarpane wiatrem, tym bardziej mi się nie chciało, więc miejsce musi poczekać na większą motywację (nadal jestem nieco poturbowana gwałtownym przemieszczeniem się z kontynentu na wyspę). Zamiast spaceru rozłożyliśmy się z Kochanym przed telewizorem, żeby obejrzeć jeden z filmów, które Fred oglądał z Ka, gdy byłam w Polsce, W imię ... (2013) Szumowskiej. Bardzo pięknie sfotografowany, równie dobrze zagrany, mogę sobie wyobrazić, że przed epoką Sekielskich wzbudzał niejakie podniecenie z powodu opowieści o tym, o czym świętojebliwe cicho sza. Po filmie wymyśliłam sobie pizzę w Il Forno, ale szybko wróciliśmy do kota z pizzą na wynos, bo wszystkie stoliki w tym miłym miejscu były zarezerwowane (może to tylko moje pobożne życzenie, ale zmierzcha się jakoś wolniej, choć oczywiście wracamy w półmroku). Po pizzy odcinek Spadkobierców z yt, potem trochę gmyrałam przy drzewie genealogicznym. Cały dzień Ryszard jest najgrzeczniejszym z kotów, wychodził na krótko, większość dnia spał, pochrapywał, gramolił mi się na kolana ... wiejska sielanka. 

Od czasu do czasu dopada mnie senność i tym razem nie chce mi się jej odpierać. Witaj nowy roku rozpoczęty bardzo leniwie. Coś mi tam chodzi po głowie w związku z tobą, ale dzisiaj już prochu nie wymyślę.

Postscriptum #745.

Było normalnie. Nasza wizyta nie pozwoliła Ka spać, więc Jot była zadowolona (moja mama ma zwyczaj przesypiania nowego roku i bardzo mnie ta jej autystyczna cecha wkurwia). Było normalnie w tym sensie, że przy Fredowej sałatce porozmawialiśmy sobie w miłym towarzystwie na kontrowersyjne tematy, toastu alkoholowego brak, a gospodarz domu nie miał parcia na latanie z fajerwerkami pomimo obecności dwóch dzieciaków na "gospodarce". Czyli da się, wiele rzeczy jest kwestią indywidualnych wyborów. Po północy wybywając do domu mijaliśmy jeszcze grupki wystrzałowiczów. Szkoda, że udało się "naszym" przywlec tego strupa.

Rok 2021 był spoko rokiem, udało mi się zaczepić w pracy innej, niż zazwyczaj przypada imigrantom i wróciłam na studia w dobrym czasie. Przeleciałam nad morzem tylko cztery razy. Projekt czytania Biblii padł z nudów, nie wykonałam też w całości zamiaru przeczytania 53 książek, ale moje czytelnictwo zdecydowanie się poprawiło i jestem pewna, że będzie jeszcze lepiej. Włosy mam już prawie zupełnie odrośnięte na siwo. U rodziców zmarł kolejny pies, za to niezliczoną ilość razy udało się im uratować kocie życia. Wyrzucam sobie, że za mało param się językami, czy tak będzie za rok? Oby nie. Nowy dzień za oknem, jasny i wietrzny.