Strony

środa, 30 września 2026

2479. Ostatni dzień września.

Wczoraj punkt dziewiąta zgasło światło, leżeliśmy w ciemności nasłuchując pomrukiwań wiatru; cywilizacja powróciła półtorej godziny później. W takich sytuacjach widać, który kot jest zrównoważony psychicznie: Bronia wydeptała gniazdko w moim fotelu, próbowała spać, Maniuśka tuptała po Kuchniosalonie i przeżywała, rano oczywiście dwie kałuże sików.

W konsekwencji decyzji na górze dzień pracowy spokojny, Szefowa wpadła sprawdzić, czy mam klepki po kolei. Uspokoiłam ją, w końcu nie trzeba się dzielić przemyśleniami z każdym, kto pyta. Środa po sztormie raczej pogodna. Trochę się rozkleiłam motywacyjnie, wynudziłam, próbowałam nawet słuchać Hrabala, ale po godzinie stwierdziłam, że bez przesady, nie mam teraz nastroju na kolejny mocny tekst, za gęsto. Żeby trochę rozrzedzić, skupiam się tylko na miłych sprawach: pisanie, jedzenie, ćwiczenie, wizualizacja październikowego wyjazdu (rozmawiałam z mamą, kminię o podróży pociągiem). Kochany zawziął się na wnękę po bojlerze, zamontował dodatkowy drążek na wieszaki.

Wrzesień wyglądał inaczej niż się spodziewałam, niby na pusto, a trochę stresu. Nadal było dość ciepło. Utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę dbać o rozwój, bo gdy robię komfortowe rzeczy (czyt. poniżej moich możliwości) po prostu głupieję. Diagnozy zdrowotne przesunęły się na październik.

wtorek, 29 września 2026

2478. Dzień o nazwie wtorek.

Rano: po lewej pomarańczowe słońce, po prawej szara buka ledwie tylko pożyczająca kolorową poświatę. Sztorm idzie, u nas taki sobie, na zachodzie kod żółty.

Jestem przyzwyczajona do tego, że mam rozwiązanie na każdy problem. Chyba nie narzucam się z tym innym ludziom, nie jestem namiętną pomagaczką, zostawiam człowieków w ich mizerii jeśli tylko sobie tego życzą, ale w moim własnym ogródku lubię sobie radzić. Pewnie to tak bardzo mi ostatnio uwiera w pracy: że aktualnie niewiele zależy ode mnie. Tzn. co zależy, to zależy: jest przeczytane, odpowiedziane, skatalogowane, ale czynniki ludzki to coś innego. Czekam, rozmawiam, aprobuję, wysyłam. Nie wiadomo jak sprawy się rozwiną i nie ma to nic wspólnego z moimi talentami lub wydajnością. Azaliż, za każdym razem, gdy nie kończę dnia pracy z efektami, które miałam na widoku o poranku, mam skręt kiszek ze złości. Bardzo niedobrze, bo trudno jest mi teraz odróżnić chwilowe wkurwienie ciała od innych objawów, które czekają na dochtóra. Pozytywną odpowiedź na jedno dręczące pytanie dostałam o godzinie drugiej: dwunastego. Hm, feck you your fecking cow, rzuciłam w biurowy eter. Tak więc wieczorem joga.

Kochany miał przed południem swoje badania, krwi upuszczanie i CT scan. Nie było szansy, żebyśmy pojechali razem. Za cienką ścianą biura buka coraz większa. Na morzu białe koronki.
___
20:25 właśnie skończyłam słuchać Ptaki i inne opowiadania du Maurier (Albatros, 2023). Dwa ostatnie opowiadania bardzo spoko, równoważą nieciekawe dwa pierwsze. Zapadł już zmrok, wiatr szura. Kochany w czasie, gdy zalegałam w sypialni, rozmawiał ze świekrą; wiemy już, że po pobycie w Wawie dwie noce spędzimy u Fredowej mamy. I dobrze, jeden kłopot logistyczny rozwiązany.

poniedziałek, 28 września 2026

2477. Pod napięciem.

W biurze jestem niezrównoważona emocjonalnie. Na szczęście mam Freda, moją Opokę, równowaga wraca wraz z powrotem do domu. Poza tym, zaczęłam w końcu czytać polski podręcznik do CBT Pragłowskiej i Popiel. 

Z tatkiem próbowałam rozmawiać w ciągu dnia, ale coś nam nie szło, tata naciskał w telefonie tam gdzie nie trzeba; za to przed obiadem trajlowałam z mamą przez godzinę! O wyborach w Krakowie, kotach, psie, języku na duolingo i poza, o biologii pająków i GlamSzefa podśmiechujkach z plecaków ewakuacyjnych. Gosia trzyma się cienkiej nitki życia.

Nie miałam głowy do niczego mądrego, na drobnych sprawach zeszło mi do wieczora, więc cóż, mogłam tylko obejrzeć kobrę Machulskich, Śmierć w najszczęśliwszym dniu (1974). Wystarczająco głupie. Press w tym grał, zupełnie bez sensu przypomniała mi się z tego powodu piosenka Nie mogę śpiewać, bo serce pęka. Koty ucałować, spać.

niedziela, 27 września 2026

2476. Przypływ.

Ulewa. Tak zaczęła się niedziela, jednostajnym, silnym deszczem, niebem zasnutym grubą warstwą chmur. Nigdzie się nie wybieraliśmy, ot, obiboctwo domowe. Sprzątałam w Kuchniosalonie głównie po to, żeby posłuchać kolejnych historii du Maurier (jestem w połowie zbioru, teksty w sam raz do lekkich prac domowych). Całkiem zjadliwy obiad zrobiłam. W trakcie obierania pieczarek zadzwoniłam do mamy; głównego tematu nie dało się zamieść pod dywan, bo ...

Gosia umiera. Już nie ma siły wstać, tatko przyniósł ją do kuchni, leży tam sobie w pampersie, przestała jeść. Tatko próbuje ją wzmocnić rosołkiem, ale sprawa wygląda znajomo, powoli od etapu do etapu, pewnie niedługo przestanie pić. Jakiś czas temu ucieszyła się z nowości, przybycia Felka, na chwilę odmłodniała, ale w ostatnich dniach znowu podupadła na zdrowiu, chudła w oczach, spacerowała bez celu po ogródku szukając zjaw. Kolejny smutek :I

W połowie dnia nastąpił przełom pogodowy, po obiedzie mogliśmy wyjść z koteczkami do ogródka. Nie trwało to długo, bo jakiś pies się wałęsał w pobliżu, poza tym wiał chłodny wiatr. Było nadal jasno, więc na chwilę wyszliśmy z Kochanym nad morze.

Właśnie zaczął się przypływ.


sobota, 26 września 2026

2475. Harvest moon.

Obudziłam się wcześnie, jak do pracy, zjadłam jajecznicę i ... wróciłam do łóżka. Fajnie było sobie chwilę poczytać, a potem zdrzemnąć się przy Kochanym. Badanie miałam umówione dopiero po trzeciej; czekając długo spałam, potem zaczęłam oglądać polską starotkę, Lokis. Rękopis profesora Wittembacha (1970), głównie żeby zobaczyć, czy Braunek naprawdę miała problem z rolami kostiumowymi. Coś w tym musi być, bo i tu nieciekawa.

Na badaniu byłam kwadrans przed czasem, trafiłam na Chinkę. Bardzo skrupulatna, zrobiła ze sto zdjęć moich podrobów, wyniki będą za kilka dni. Nie dowiedziałam się, czy coś ciekawego się pojawiło, bo inaczej niż w Polsce pani Chinka była tylko sprawnym technikiem pilnującym swojego poletka, pary z gęby nie puściła. Od razu pojechaliśmy z Kochanym do Costy, żeby posiedzieć na piętrze w wygodnych fotelach (ciastka przywieźliśmy ze sobą, do kawy wciągnęłam dwa danishe z Lidla).

Podczas treningu Broniowego przy płocie granicznym z sąsiadem takie coś:


Gugiel mi podpowiada, że to jajko grzywacza, zwanego tutaj gołębiem drzewnym. Możliw, możliw ... kury mieszkają po sąsiedzku, nie wiedziałam tylko, że tak późno wyprowadzają młode.

Chwila, żeby przysiąść i pojechaliśmy na północ: pogryzanie chipsów, herbaty zielonej picie z dolewką oraz dwa odcinki Lalki Maślony (Braciak nadal cycuś, muzyka robi niezły klimat). Wychodzimy od Ka&Jot, a tu centralnie księżyc w pełnej krasie.

piątek, 25 września 2026

2474. Aaaaaa ...

... o pracy nic nie rzeknę, gdyż wyszłam z niej wkurwiona i nie chcę karmić potwora (tylko jedno: jak ja nienawidzę, gdy ktoś się spóźnia, umawia się, ale chodzi tu i tam jak kurczak po odrąbaniu głowy i w przeciwieństwie do mnie nie wie, która jest godzina, bo to inni cały czas myślą za niego). Może też i na mój nastrój wpływ miał audiobook, bowiem skończyłam słuchać Ślicznotkę doktora Josefa Rudzkiej (W.A.B., 2021), a to nie jest lektura głaskająca po główce.

Zeszło ze mnie dzięki kawie (Kochany był łaskaw poczekać, aż chmura gradowa podąży swoją drogą) oraz spacerowi z koteczkami. Mąż zrobił gulasz, wcisnęliśmy go w towarzystwie placków ziemniaczanych z polskiego sklepu pod archiwalnego miecia (jednego z masochistów). Obiad późny (godzina ósma), za oknem mrok, popijam ciecz z kubka w bobry Emmy Bridgewater i wertuję Audiotekę w poszukiwaniu słuchanek łatwych i przyjemnych. Zdecydowałam się w końcu na opowiadania Daphne du Maurier. Trzeba się ogarnąć, zęby umyć, rzucić w odmęty weekendu ...

czwartek, 24 września 2026

2473. Wdupiemanie, sąsiedztwo, zmęczenie.

No i tak, z rana kupiłam nam bilety na Pieśń kozła. Trzeba będzie oszczędzać, wydatki na ten tydzień wyprute do spodu :E ... a jednak, poszliśmy z rana na kaffkę, gdyż miałam jedną za darmo, co mnie skusiło, a ja się nie opierałam.

W pracy plan mam-to-w-dupie był powoli wdrażany. Przy okazji rozmawiałam z osiemnastoletnią Somalijką, która w wieku lat piętnastu powinna wyjść za mąż, bo to nie wypada tak chodzić na pusto, więc rodzice wysłali ją z kraju, gdyż sąsiedzi wszędzie na świecie wiedzą najlepiej jak trzeba żyć. Osiemnaście lat. Już jest w koledżu, angielski ma super, robi coś, zadowolona, niezależna, ładna. Po prostu, kurde, jak czasem będę myślała, że mam w życiu problemy, że mi grajdoł nie pasuje, to sobie wspomnę o tym z jakiej dziupli ona wystartowała.

Oraz jesteźwa w lokalnej gazecie, nasza fotka znaczy. Okazuje się przy tym, że sąsiedzi przeglądają lokalne gazety, szukają znajomych ... mniej więcej w tym samym czasie, gdy Kochany przekazał mi wiadomość, Anne wysłała nam na wspólnym messengerze screena, że proszę proszę, a kogo tu znaleźliśmy, a kto tu się szlaja po kościołach, Mozarta słucha ;)

A z innej sąsiedzkiej beczki, gdy byłam w pracy, dwóch rosłych panów zapukało do naszego domku z zapytaniem czy w ogródku nie przetrzymujemy psów. Czyli zapewne była skarga na sąsiada po prawej i nie powiem, że mnie to dziwi. Kochany wyjaśnił sytuację, powiedział co wie. 

Poza tym menczyzna mojego życia kotlety dzisiaj zaserwował własnymi rencami ulepione. Objadłam się do wypęku, wylizałam sztućce i miałam siłę iść na godzinny trening koci do ogródka na tyłach.

Uszka mi już oklapują, chociaż dopiero ósma. Mann naturalnie wychodzi powolny, a w smutnej Rudzkiej przerwy robić muszę. Może dodam kryminałek? zieeeew, albo pod kołdrę spaaaać

środa, 23 września 2026

2472. Jesień astronomiczna ...

przyszła w nocy.


W biurze na dobre odpaliłam ogrzewanie: jestem nadal wkurwiona, ale przynajmniej nie marznę. Kogut na głowie, wokół szyi kaszmirowy Smedley, do uszu wróciły ceramiczne kolczyki od artystycznej duszy (słonikomotylki spowodowały, że dziurka w lewym uchu znowu zaczęła krwawić). Po pracy zaszłam do Bootsa kupić coś do robienia kresek na oczach (Haute precision loreala w kolorze bordowy kaszmir). Można powiedzieć, że jestem w fazie kryzysu (zaufania, motywacji, wizji przyszłości), może wykluje się z tego coś nowego; asymetryczny sweter, nowy styl w makijażu, praca w innym zawodzie, nie wiadomo co wcześniej, co później oraz czy.

Jesień przyszła słonecznie. Nie jadłam, na porannej kawie do gazety/książki oraz na herbacie chodziłam do popołudnia, gdyż karmiła mnie nienawiść ;) Wpadłam do Saren zapytać what’s up, łgała tylko trochę, jak to ona. Z kolei Szefowa wpadła do mnie o trzeciej, trochę porozmawiałyśmy o różnych takich, w związku z czym spadło mi ciśnienie. Nie że rozmowa coś zmieniła, ale uspokoiłam się, bo naprawdę, nie ma się co ciskać, tylko działać trza w swoim własnym interesie ...

autor: mcfriendy

... poza tym już miałam w głowie plan wyjścia na miasto. O czwartej poszłam na obiad do Simony, restauracja była w połowie pusta, dostałam pochwałę moich siwków od wiekowych pań ze stolika po prawej (siwki borsucze dobrze widoczne, gdyż kogut) oraz boże błogosławieństwo od miejscowego świra z białą brodą – god bless you little flower, a proszę bardzo, proszę bardzo. Potem do Bootsa, jako się rzekło, oraz powrót do biura po lary i penaty. Zanim Kochany podjechał Babcią, zdążyłam sobie jeszcze próbne kreski wymodzić.

Ponieważ obiad miałam przed chwilą, od razu wzięliśmy koteczki na smycze. I tak sobie mrzonki snułam, że po obiedzie pójdziemy nad morze, gdyż pięknie, błękitnie, cicho, tymczasem przed ósmą mrok, że oko wykol. Najnowsza Gosia ze Szkocji obejrzana do połowy, bo chciałam jeszcze zagadać do mamy (omówienia: Gosia coraz słabsza, chodzi po dworze w kubraczku, skóra i kości, je niewiele, pies Felicjan śpi na fotelu brzuchem do góry, starość, pogoda, nasze koty, inne drobne sprawy). Zrobiłam na duolingo chwilę niemieckiego (widzę, że mama też) i zaraz zapuszczę nos w książkę przeżuwaną powoli. Dobranoc, miła jesieni.

wtorek, 22 września 2026

2471. This too shall pass.

Wszystkim nam bardzo dobrze się spało, nawet koty powoli wychodziły z zakątków.

W pracy mniej fajnie, tracę zainteresowanie (jako się rzekło, obsuwy się pojawiły, niby się spodziewałam, ale wkurwiło mnie to cichym wkurwem, czyli tym najgorszym). Dzień zupełnie szary, jakby współgrał. Spacer popołudniowy z koteczkami krótki, bo jestem do kości wychłodzona i marzę o gorącym prysznicu. Oczywiście to wszystko minie. Najbardziej dołuje mnie natenczas temat pracy, ale należy on do rzędu spraw na które wpływ mam iluzoryczny. Jem ciastki w łóżku, bo mogę.

poniedziałek, 21 września 2026

2470. Drobiazgi.

Pogoda jak latem, słupek zapewne przekroczył zapowiadane 23 stopnie, wczorajszy kocyk przechodni był najwyraźniej zapowiedzią dobrej aury. W pracy stres niezależny od osoby mej własnej, sprawy się grzebią, jeden z visitantes był rozczarowaniem. Za to pod koniec szychty wpadają Kif i Dżajmi, błazny jedne, zalazły mi w miesiącach wiosennych za skórę, a teraz przyszły się pochwalić aktualnymi sukcesami. Dobrze, może coś się odblokowało, choć onegdaj myślałam, że tej rury nie da się odetkać (nigdy nie wiesz, co będzie, trzeba by se wyhaftować makatkę). Jeszcze z pozytywnych rzeczy, kawa z Benkiem przed południem; uprzedziłam go o możliwych obsuwach w czasie, jemu to loto, i bardzo dobrze.

Spacer w cieple z myszami bardzo przyjemny, tylko Bronia uwalała się żywicą z cyprysików (nie wiadomo jak, bo na drzewo nie wchodziła). Nie bawiąc się w uprzejmości, futerko uwalane obcięłam w obawie, że akuratnisia przy wieczornych ablucjach może zatruć się tujonem.

Obiad Fredowy: pieczone bakłażany, smażone krewetki, "domowa" sałatka z polskiego sklepu. Tak mnie to rozczuliło, że usmażyłam kilka naleśników, żebyśmy podjedli je z konfiturą od Jot. Stałam przy kuchni, z głośników leciał Fish weltschmerzowy z Marillionem. Mimo średnich osiągów pracowych, niezły to był dzień, wymuszający złapanie dystansu, cieszenie się drobiazgami.

niedziela, 20 września 2026

2469. Morze, chmury, Lalka.

W ten weekend raczej nie pospałam; znowu obudziłam się razem z Kochanym, a nawet już kręciłam się po Kuchniosalonie, gdy wychodził do pracy. Kaprawa sobota zamieniła się w niedzielę słoneczną, więc jeszcze raz wywiesiłam w ogródku swetry, doprałam kilka rzeczy, po śniadaniu dłużej rozmawiałam z rodzicami czekając aż doczyści się pralka, po czym wyszłam na krótki pacer.



Jasno, przejrzyście, ładnie.

Popołudnie: po obiedzie wyszliśmy na spacer z koteczkami pod takim niebem:


Chmury wyglądały jak powiększony wzór grubego koca przesuwający się nad wybrzeżem. Undulatusy? Ich ruch po niebie nie wydawał się być szczególnie energiczny, ale gdy przed siódmą kończyliśmy spacer, koc już znikał na horyzoncie.

Szybkie ogarnięcie i wyjechaliśmy w kierunku północnym na zaproszenie Ka, który zanęcił nas na wieczór z Lalką Maślony. U przyjaciół rozmowy pod ser i herbatę były różne, a to o zagrożeniach kataklizmami i wojną (wszyscy dostaliśmy ostatnio ulotkę "Be Emergency Ready"), o butach do biegania, o spaniu nago. Gdy chłopaki skończyły grać, obejrzeliśmy we trójkę pierwszy odcinek serialu. Trzeba przyznać, że Maślona wie jak zaskoczyć. Już jesteśmy umówieni na kontynuację :)

sobota, 19 września 2026

2468. skrót

swetry wyprane ręcznie, kawa wypita, Mańka wygłaskana, Czas pogardy Sapkowskiego dosłuchany do końca (dobre), podłoga umyta, Rudzkiej Ślicznotka doktora Josefa zaczęta (mocne), rozmowa z mamą odbyta (mama słabo się czuła, zamiast na robieniu planów skupiłyśmy się na programie z Wajrakiem), obiad ugotowany i zjedzony, Bronka wyspacerowana pod niebem chmurnym i w trawie mokrej (Mańka też, szła z kotatkiem)

edit 21:32 pod prysznic znowu wpadł nocny motyl, bladożółty, ładny (przy tej okazji edukuję się, że na wyspie jest około tysiąc pięćset rodzajów ciem i że tę, która nas nawiedziła, wcale nie jest tak łatwo zidentyfikować)

piątek, 18 września 2026

2467. Spieszno, jesiennie.

Powinnam oszczędzać. Dlaczego więc wydałam z rana kasę na dwie kawy i dwa ciasta marchewkowe? Mam dobre usprawiedliwienie: because it felt good. Wyszliśmy z Pe i rozstaliśmy się z Kochanym przed dziewiątą (w kawiarni gościły trzy pudle w trzech różnych rozmiarach, standard, mini & toy, rodzina), dzień został dobrze zaczęty. Czas przyspiesza, znowu jest piątek, tym razem mam poczucie, że niedokończony (emilki o poranku wprawdzie milczały, ale długo to nie trwało, ostatnia wiadomość wymusza na mnie wczesną odpowiedź w poniedziałek, a ja bardzo nie lubię wcześnie odpowiadać).

Rozjesiennienie: gdy po pierwszej szłam do sklepu, przez podeszwy trampek bardzo wyraźnie czułam ziąb od mokrego chodnika. Już się powoli opatulam, zawijam w wielowarstwowy kokon, zaraz wjadą mitenki, i wełniana czapka zamiast kaszkietu.

Z rana wybebeszyłam część szafy z wełnianymi swetrami: do przewietrzenia, wyprania, ewentualnego cerowania lub ogolenia ze zmechaceń (znalazłam tylko jedną dziurkę, raczej nie mole, a mechaniczne uszkodzenie; sweter mnie uśmiechnął, był to prezent od Kochanego z czasów zamierzchłych, pamiętam jak siedziałam w nim w holu Gołębiewskiego w Karpaczu ... tandetne miejsce). Wieczorem kontynuowałam przegląd, zostawiłam kilka rzeczy do delikatnego wyprania na jutro.

Wróciłam do genealogii, znalazłam dwa krótkie odpisy z akt przodków praprababci Józefy od strony babci Mani (pojawiło się i nowe nazwisko: Jarych).

Z FB dowiedziałam się, że w środę zmarł Bubbles, jeden z kotów penetrujących ogrody Oldbridge. Długo nazywałam go Generałem sądząc, że kot jest tylko jeden. Tak naprawdę były dwa, podobne do siebie, ale patrząc wstecz mam w archiwach głównie zdjęcia Bubbles, można było go odróżnić po białych skarpetkach. Przymilski był, lubił się ludziom objawiać, dawał się zapraszać na poczęstunek, dobry kot, piękny kot. Przy okazji wychodzi nam, że nie byliśmy na spacerze w ogrodach od roku. Trzeba to wkrótce nadrobić.

czwartek, 17 września 2026

2466. Jak nie wiem, skoro wiem?

Aaaaa, po mękach wielu wysłałam podanie do związku zawodowego. Po drodze mało mi żyłka nie pękła, na szczęście zastosowałam prostą poradę życiową: wyjdź se dziewczyno na miasto, jedzenie kup, porozmawiaj z randomami, jak się ma naprawić, to się naprawi (sama sobie tak zarządziłam, bo mądra ze mnie jest laska). Rzeczywiście, po powrocie do biura zastałam emilka od Szefowej, że udzieliła mi wcześniej błędnej informacji (jak nie wiem, skoro wiem!). Wklepałam, co trzeba, wysłałam. Aplikowanie online jest bardzo wygodną sprawą. Chyba, że nie jest, to wtedy co innego.

Pierwsza Lalka się pojawiła, serial Maślony na Netflixie; jako że z Schuchardta fajny chłopak, obejrzę. Obejrzymy oboje, może Netflixa na chwilę wykupię z okazji tego święta. Bo ja Lalkę lubię bardzo, jest to ważna książka mojego dzieciństwa, tatko czytywał mi wieczorami pamiętnik Rzeckiego (już umiałam czytać, chodziło o to, że czytał i się chichrał, a ja razem z nim). Nie oczekuję po Maślonie, że to będzie ekranizacja toczka w toczkę, o wspólne doświadczenie mi się rozchodzi, porozumienie w analizowaniu twórczości.

Czwartek pracowniczy był długi, już wpół do ósmej dojechałam do miasta. Z rana, wiadomo, kawa i croissant dla mnie, kawa i croissant na wynos dla Kochanego, gadka szmatka z Dżaki (o tym jak nazywają klientów, bo wiem, że nazywają od kaw), całus Fredowy, powrót na mój fotel kawiarniany, czytanka, marsz do biura, wyniesienie śmieci (tym razem czarne kontenery były wystawione od wczesnego rana, miło bardzo i poręcznie; w zeszły czwartek był jakiś falstart i musiałam z zeszłotygodniowymi odpadami czekać do dzisiaj). Potem sprawy zwyczajne, w przerwie rozmowa z tatkiem. Doczekałam się Kochanego po piątej (w samą porę, jakiś dziwny typ kręcił się mi pod biurem).

Spacer myszowy znowu był późny. Dopiero przed chwilą usiadłam z herbatą zieloną do laptopa, a tu za oknem mrok, zaraz będzie pora obkładać się poduszkami. Mało czasu na życie żyte z rozmachem.

środa, 16 września 2026

2465. Wirale, pająki, druki, ciemność.

Obudził mnie sen o tym jak wbijamy do Teatralnej, która, uwaga, miała na głowie ondulację w stylu lat 80. Myślę, że to ostatnie wyobrażenie jest pokłosiem irytującego trendu, który rozprzestrzenia się za pomocą SI (yup, nasza cywilizacja wykorzystuje w tej chwili ogromne pokłady złóż, żeby zasilić fabryki, które umożliwiają ludziom generowanie obrazków pokazujących jak wyglądaliby 40 lat temu, tylko ładniej oczywiście, bez peerelowskich ekspresji twarzy).

Zaraz na wstępie dnia wyniosłam z łazienki trzeciego wypasionego kątnika. Wczoraj mąż wyekspediował drugiego, myślałam wówczas, że to ostatni. Teraz już nic nie wiem, ostrożnie potrząsam zasłoną prysznicową, ręcznikami i szlafrokiem w celu poinformowania potencjalnego lokatora, że teraz moja kolej.

W pracy nudy i chłody, wydałam trochę nieswojej kasy, bo czas już był po temu najwyższy. Druk podania do związku zawodowego leży nietknięty, obok odpowiedź na ciekawą ofertę pracy rozgrzebana w połowie; obiecuję sobie zająć się tym jutro.

Po pracy zajechaliśmy do Costy. Po powrocie do domu obiad w piekarniku długo dochodził, siłą rzeczy wszystko się przeciągnęło, więc wyszliśmy z koteczkami podczas zachodu słońca. Koty od razu zafascynowały się aktywnymi o tej porze komarnicami. Szybko robi się ciemno, nim się obejrzę będę wychodziła z biura w zupełnej szarówce.

wtorek, 15 września 2026

2464. Nie dla mnie ...

... ruletki i inne ekscytacje, rano zarezerwowałam bilet do Modlina. Będę Kochany leciała do Cię! (odrzucone alternatywy: rozpocząć podróż dzień wcześniej, ale to oznaczało szukanie do ostatniej chwili zastępstwa w pracy, polecieć do Poznania albo Wrocławia, tu z kolei mąż musiałby po mnie jechać, albo ja jechałabym nocnym pociągiem i następnego dnia byłabym nie do tańca). Zakończyłam męki, pięknie jest.

Temperatura spadła do szesnastu, powietrze zaczęło się mieszać, deszcz, słońce, tęcza, mokro. Kochany zrobił rosół, do tego była druga pizza Tescowa, tym razem fiorentina, z grzybami i szpinakiem, niestety mocno przepieprzona.

Wracałam do słuchania audiobooka w ciągu dnia oraz po południu myjąc podłogę w Kuchniosalonie (bezmyślne zajęcia przy słuchaniu nadal jak najbardziej się sprawdzają).

Wieczorem chwilę rozmawiałam z mamą, wydarzeń brak, tak tylko, chciałam pokazać się w okienku, złapać kontakt (mama w dobrym nastroju, ale zmęczona pracą). Zieeew. Czwarty rozdział z Manna skończony, dobranoc.

poniedziałek, 14 września 2026

2463. Bóle poniedziałkowe.

Nadal męczy mnie temat październikowego wylotu do Polski. Obserwuję śmiesznie wysoką cenę biletu i zachodzę w głowę jaka logika temu przyświeca. Chciałabym mieć już za sobą podjęcie decyzji, ale jestem rozdarta między potrzebą odhaczenia zadania i poczuciem, że ktoś tu robi mnie w konia. 

Pod szarym niebem w mieście było około 23 stopnie, część lokalesów od razu wskoczyła na powrót w krótkie spodenki. Musiałam wrócić z drogi na spotkanie z Benkiem i Teresą, bo gruby szalik kompletnie nie korelował z wrześniową rzeczywistością (przyjemny chat z Dżaki, że tak naprawdę wszyscy udajemy, że tu jesteśmy, ale nas nie ma, to ktoś inny, ziejemy pustką, gdyż jest poniedziałek ... wrócimy w piątek; na dodatek Marsjanie na dłużej porwali Benka — już któryś raz zamówił cappuccino z czekoladową posypką zamiast prawdziwej kawy). Dopiero po południu, gdy z Kochanym bawiliśmy się z myszami w ogródku, od strony lądu przypełzły ciemne chmury i deszcz schłodził powietrze.

Zaczęłam słuchać Czasu pogardy, nie dlatego, że jakoś strasznie było mi to potrzebne (planowałam robić sobie dłuższe przerwy między sapkowszczakami), ale lektura w sam raz nadaje się pod aktualizowanie laptopów. Powyciągałam sprzęt, klikałam, czyściłam, restartowałam słuchając opowieści o podróży. Jutro kontynuacja. 

Chciałabym coś zrobić z krótkim kocykiem czasu, który zostaje mi po pracy, ale nie bardzo wiem jak się za to zabrać. Najczęściej jestem w domu przed piątą, obiad i chodzenie z koteczkami zabierają około półtorej godziny, a po jedzeniu nie chce się już nic, tylko zalec na wygodnym meblu z książką. Pomiędzy prysznic i czytanie ledwo wciskam przysiady i duolingo. Chciałam dzisiaj przejrzeć zimowe swetry, te moje irlandzkie wełny, pani, boskie kaszmiry, za późno, too late, trop tard, αύριο, αύριο.

... oraz mam omamy dotykowe. A to przez kątnika, który wczoraj spacerował mi po szyi. Kilka dni temu wyekspediowałam jednego z łazienki, ale sprawdziła się relacja Freda, że były dwa: specjalist(k)a od niebezpiecznej wspinaczki po zasłonie prysznicowej (obecnie ekspat) oraz pasjonat(ka) odkrywania zagłębień w ręcznikach. Spec od ręczników pozostaje w łazience (stan na wczoraj wieczór). Łazienka dla ludzi, nie dla pająków!

niedziela, 13 września 2026

2462. Spokojność.

W mijającym tygodniu miałam taki pomysł, że w niedzielę wyjedziemy do Biblary pobuszować w książkach, ale wczoraj podczas wieczornej drogi powrotnej oświeciło mnie, że zamiast dłuższej podróży do krótszej przyjemności wolę posiedzieć w domu z kotami. I dobrze. Rano nie mogłam się wyturlać z łóżka, wstałam dopiero o dziewiątej. 

Na śniadanie testowaliśmy pizzę z Tesco (Costa Mollica/ Primavera, to nie jest reklama, tylko wspomożenie słabej pamięci). Całkiem jadalna jak na gotowiec, Kochany zauważył wręcz, że przypomina placki podawane w Il Forno. Czyli może i tam odgrzewają gotowce? Przestaliśmy do nich chodzić już jakiś czas temu, wbrew nazwie nie ma tam śladu włoskich smaków.

Fred chciał się zająć pisaniem, więc po jedenastej sama poszłam nad morze. Samotny spacer zawsze jest wylęgarnią dziwnych myśli. Szłam przez drzemiące osiedla w drobniutkiej mgle, która osiadała mi na okularach. Nadchodził przypływ, w kawiarence kilka osób (walczyłam ze sobą, żeby nie wejść do środka, skutecznie powstrzymał mnie widok zajętych krzeseł na tarasie), w piasku duża liczba krabich rączek oraz śladów różnych innych nieszczęść, spacerowiczami byli głównie psi rodzice, weekendowi wieśniacy i amatorzy jesiennych kąpieli.

W ciągu dnia wracałam do lektury Boathouse Fossego (skończyłam ją czytać przed chwilą). To coś w rodzaju strumienia świadomości; w pewnej chwili, gdy akurat czytałam w sypialni, przyszło do mnie znane mi odczucie jedyności, ulotności doświadczenia, przyjemny spokój połączony z jakimiś pozawerbalnym wspomnieniem nie-wiadomo-czego, ponadczasowego przebywania we własnej głowie. Drzemka też była. I koci spacer. Nie zrobiliśmy porządnego obiadu, tak się nam dzień rozbabrał, stać mnie było jedynie na swojskie frytki w erfrajerze. 

sobota, 12 września 2026

2461. Rosina, bambosze, ciepło.

Sobotę zaczynam późno, ósma, okna zapłakane deszczem, pod kapturem szlafroka słucham Dove solo w wykonaniu Dorothei Röschmann (2006). Melodia towarzyszy mi przez cały dzień.

Po śniadaniu dzwonię do mamy, rozmawiamy o pogodzie, o wypadkach pociągowo-samochodowych, o sąsiedzie, który nie lubił Filemona i jest może przygłuchy, a na pewno głupi, o Felku, który wyleguje się na maminym łóżku brzuchem do góry. Tatko też się pojawia, w kapeluszu roboczym referuje ostatnie przemyślenia.

O jedenastej wyjeżdżamy z Kochanym do miasta, najpierw do TK Maxxa, na kawę i do Tesco (w pierwszym sklepie szukam domowych bamboszy, znajduję coś o nazwie Monique w kolorze mocha jak głosi etykieta niby z UK, a w realu pewnie z Chin; nie szukam, ale znajduję kolejną czapkę Seebergera, tzn. mąż mi znajduje w dziale męskim, bordową z guziczkami, i kiedy trącamy się dupkami podczas przymierzania, Pan Murzyn nas zaczepia mówiąc It's the best love I never see, guys, the best love I never see). Potem jeszcze do kociego sklepu po drugiej stronie miasta, jedziemy więc prowincją — Fred wskazuje mi biały krzyż postawiony tam, gdzie Eileen miała wypadek po którym zmarła. Skoro ciągle kupujemy żwirek w Maxi Zoo, w końcu przełamuję się i ściągam ich aplikację.

Pomiędzy powrotem do domu i wyjazdem wieczornym wciskamy obiad Fredowy, przeglądanie Internetu i prawie godzinne wyjście kocie (dziewczyny zasadzają się na ogromniejące z dnia na dzień stado młodych szpaków kołujące nad osiedlem).

Wieczór z Ka&Jot, rozmawiamy głównie o medycynie, trochę o migrantach i polityce (czyli najbardziej o biednej Catherine, naszej prezydentce, co się musiała dzisiaj witać z Pomarańczowym knurem). Po rozmowach kuchennych jak zwykle przechodzimy do salonu obejrzeć oferty Netflixa (kontynuacja 1670, trzeci sezon, odcinki 3 i 4).

Wróciliśmy niedawno. Nadzwyczaj ciepła noc jak na tę porę roku, ciepła i bezwietrzna, więc cicha tak, że gdyby zając, lub inne stworzenie nad wyraz zębate, rąbał jabłka w ogródku, najpewniej bym go usłyszała. Podeszłam ostrożnie do bramki, nasłuchiwałam chwilę. Jeszcze nie.

piątek, 11 września 2026

2460. Trzeba popracować oraz koncert.

Poranek ładnie pachniał, tak zauważył Fred. Wyszło więc, że znowu rano wylądowaliśmy razem w Czarnej, tym razem stolik przy oknie, judgement table, rzekła Dżaki. Przed dziewiąta musiałam wracać na stanowisko, czekać i nasłuchiwać, mielić papiery, stwarzać nowe papiery, obserwować sytuację równie fascynującą jak proces schnięcia farby.

Do plecaka wzięłam Boathouse Fossego. Dobry tekst. Ale też, myślę sobie, i powiedziałam to Kochanemu przy kawie, czytanie odciąga mnie od pisania. Nie piszę niczego. Zebrałam trochę materiałów o tacie, które leżą teraz w jednym z folderów na głównym ekranie, i nic więcej się z nimi nie dzieje od dwóch lat. Czytanie odciąga mnie również od oglądania filmów, do kina nie wychodzimy (prawdą jest, że często nie ma na co, idziemy do kinowego foyer, macamy wielkie ekrany omijając zachęty do kupienia popcornu w zestawie z colą, sprawdzamy plan na kilka następnych dni, a tam rzadka kupa).

Czyli piątek, dni śmigają. Jestem w domu wcześniej, jemy obiad i świeżo zakupione ciastka z Termon, spacer z koteczkami, przebieram się i wracamy do miasta. Kilka dni temu Kochany kupił bilety na występ Miah Persson (sopran) i Josepha Middletona (fortepian). Koncert w świętym Pietrze otwiera lokalnie sezon muzyki klasycznej 26/27. Lubię to miejsce pomimo tego, że siedzenia nie są za wygodne; otoczenie jest klimatyczne (nagrobki) oraz można liczyć na współpracę (pan kierujący ruch do kościoła stał na straży z małym, czarnym psem, przypomniał nam, że do Irlandii zjeżdża za chwilę Pomarańczowy i wiadomo, że my jesteśmy fajniejsi; kobieta robiąca fotki do lokalnej gazety).


(we wstępie, podczas rozmowy z wykonawcami, prowadzący Gavan Ring najwyraźniej nie złapał, w jaki handball grała kiedyś Persson i tłumaczył, że w Irlandii też jest to znana gra ... podczas, gdy nie jest, bo miał na myśli GAA handball, czyli coś zupełnie innego ;)). 

Dużo Mozarta, Schubert i Haydn, włoski, niemiecki, angielski, było Voi che sapete oraz Dove sono. Na szczęście nie na tyle długo, żeby twarda ławka kościelna wprowadziła mnie w zły nastrój (o dziesiątej jesteśmy z powrotem). Ach, weekend ...

czwartek, 10 września 2026

2459. Lusterko, wdzianka, ślady po zębach.

Ach, z rana nieprzyjemna sytuacja — gdy jechaliśmy w kierunku miasta, drugi samochód zahaczył nas lusterkiem. Nic grubszego się nie stało, ale od naszego lusterka odpadła obudowa, która potem okazała się popękana i świecąca dziurą. Babcia jest z deczka oszpecona :I W związku na okoliczność, zaprosiłam Kochanego do Czarnej na poranną poprawę nastroju kawą. I fajnie, opowiadaliśmy sobie o tym, jak powinna być grana Łęcka :)

W pracy nie zjadłam porządnego lunchu, zdarzają się bowiem takie osoby, które nie mając pojęcia o własnej niewiedzy pracowicie wypełniają druki odpowiedziami bez sensu; zeszły trzy godziny, po następnych dziesięciu minutach już wiedziałam, że moja odpowiedź brzmi: nie.

Kochany wyruszył na łowy do Północnej, przywiózł z Newry nie tylko zapasy kocie oraz metalowe poidełko dla ptaków, ale jeszcze prezenta żonine, dwie koszule i spodnie. Pierwsza koszula (Farhi) wiskozowo-lyocelowa na lato, bo choć z długimi rękawami, na plecach ma rozcięcie z kukardkom, druga (Thomas Pink) bawełniana, w kolorze dunkelgelb :E. No i spodnie (POLO RL), zajebiaszcze, ciemnopiaskowe dzwony z grubej, dżinsowej bawełny, za długie, trzeba będzie je podwinąć.

W ogródku nie tylko rozłożyliśmy metalowy stojak-poidełko, ale też zauważyliśmy, że tajemniczy kupkacz-obgryzek kontynuuje nocne pałaszowanie jabłek.

Skończyłam Huellego Talitę (Znak, 2020).

Hebius poleca  —  L'Arpeggiata: The Three Countertenors na NPO Klassiek.

środa, 9 września 2026

2458. Płynny wślizg w jesień.

Widzę, że Szefowa postanowiła wpadać raz w tygodniu na chat przyjacielski, bardzo ciekawe. To sobie porozmawiałyśmy jak czekistka z czekistką. Do miasta zjechał też Benedicto na swoim motórze, poszłam na spotkanie do Czarnej, rozmowa rozwlekła się ponad lunch break, gdyż była bardzo życiowa (praca, wiadomo, zjawiska społeczne, nalot migrantów, którzy znają po kilka języków, cholery ;)), po drodze jeszcze nadziałam się na Saren, it's hard it's hard, wymieniłyśmy się boleściami naszego zajęcia.

Popełniłam wykroczenie: zjadłam burrito, tak się nim ożarłam, że gdy zjechaliśmy z Kochanym na wieś, nadal nie byłam gotowa na obiad. Za to wyszliśmy na spacer z kocureczkami, a potem we dwoje nad morze. Szaro, cicho (po drodze zdybała nas Uśmiechnięta Kathleen ... znowu mamy błogosławieństwo do zużycia, oraz Gerard na spacerze z Molly), kawiarenka właśnie się zamykała, w piasku już w połowie zagrzebane wielkie truchła lwich grzyw.

Wracaliśmy przez osiedle domków notując w głowach, co nowego powstało, co wyremontowano, jak miejsce ładnieje i zyskuje na wartości. W domu przed siódmą. Obiad zjedzony po ósmej (kiedy ja to strawię?). Powoli kończę Huellego, może uda się przeczytać jedną opowieść przed kilkoma kartkami z Czarodziejskiej góry.

wtorek, 8 września 2026

2457. Jasny chłód.

Rześki, jasny poranek.
I od razu myśl, że szłabym na górę, szłabym.


Niestety, wiatr, który jeszcze kilka dni temu był całkiem ciepły, dzisiaj zrobił się jadowicie chłodny, ech.

Rozmowa krótka z tatką, który akuratnież siedział na ławeczce pod domem, chwalił się bardzo wygodnymi i nie do zdarcia spodniami roboczymi od zięcia oraz że Felek czuje się już członkiem rodziny i inaczej niż w łóżku nocą zalegać sobie nie wyobraża.

Po pracy byłam tak obżarta, że nie chciało mi się obiadu. Od razu wyszliśmy z Kochanym na spacer koci. Następnie chwilę rozmówiłam się z mamą, a potem przy herbacie zielonej kupiłam bilet powrotny, czyli ... jakoś muszę się do tej Polski dostać ... ziew ...

poniedziałek, 7 września 2026

2456. Zachłanność.

Ależ z rana uderzyła mnie tęsknota za lipcem, zdjęcia przeglądałam.

Robienie jajek w koszulkach nagle okazało się dziecinnie proste (wcześniej było coś o konieczności wlewania octu, robieniu wiru, bzdury na resorach).

W przerwie w pracy miałam napad zachłanności: ściągnęłam ok. dwadzieścia ! ebooków różnych, do rozpuku, niepomna tego, że poprzednie ataki skutkowały zapasem, który częściowo nadal śpi nietknięty w czytniku. Ach, ale to jak z lekarstwami (jak ktoś twierdził na YT), dobrze jest mieć odtrutkę na wszystko. Są książki polecane dziesięć lat temu przez Eileen (Banks, wczesny Barrett), tłumaczenie Rudzkiej na angielski, bo tak, potencjalni nobliści (Matas,Rivera-Garza), Fosse, którego nie ma jeszcze po polsku, Grynberg Mikołaj gdyż, Jansson, Woolf, Plath, Ditlevsen, Linn Ullman. No dobra – Say Nothing polecona przez Inny Głos. Kiedy powiedziałam stop była jedenasta, światło późnego poranka zajaśniało przez górny świetlik.

Gdzieś o tej porze sprawdzam na kamerze, co tam w domu. W domu nic, koty podekscytowane w oknie, tylko dupki kręcące się na parapecie widać, więc zadzwoniłam do Kochanego, czy zmierza na chatę, bo w pierwszej chwili sądziłam, że to grzebacze wrócili i okrążają nam posiadłość. Ale nie, Kochany właśnie wchodził do Kuchniosalonu. Umówiliśmy się na rocznicowy obiad.

(czekając na męża, już po tym jak przemieliłam sporą ilość papieru z poprzednich semestrów, o trzeciej, znalazłam w ebookach dwa pierwsze tomy Trylogii husyckiej, trzeci okazał się być po niemiecku, więc na razie nie, oraz dużo książek Annie Ernaux, wybrałam przypadkowo pięć po angielsku, moje!).

Ale ... hyc, hyc, w drobnym deszczu, na chwilę do Tesco, potem okrężną trasą prowincjonalną do dobrej dziury pod nazwą The Valley Inn, na obiad rocznicowy:


Znowu siedzieliśmy pod grafiką Cawstona z lisem czytającym gazetę :) I tak to ... czy to możliwe, że mija siedem lat? W domu prezent w postaci Broni chętnie zjadającej po siostrze, czyli poprawia się i dobrze, bo smutny kot, smutny dom. Prysznic, dzielimy się się kinderkami, słucham mądrych wypowiedzi Ann Russell na różne tematy, zaraz wracam do opowiadań Huellego. Dobranoc państwu :)

niedziela, 6 września 2026

2455. Szósty września.

Przespałam spokojnie całą noc, nie wiem czy to efekt picia mniejszej ilości herbaty, ale obudziłam się dopiero przed szóstą, ponownie z ulatującym już śladem sennym o tym, że zapomniałam o kończącym się urlopie i nadal jestem na wakacjach. Pierwsze trzeźwe myśli dotyczyły więc punktów orientacyjnych: jest weekend, jutro idę do pracy. 

Broniowe jedzenie chyba się normalizuje, koteczka czekała w Kuchniosalonie na poranną porcję strawy, ładnie wyczyściła miskę, poza tym już chciała wrócić do swojego gniazdka na szafie (wczoraj notorycznie zajmowała Mańce jej drapak na lodówce, do którego łatwiej jest się dostać), niestety luźne kupy się utrzymują; jeśli to potrwa dłużej, trzeba będzie do weta.

W całej rozciągłości niedziela była wietrzna i raczej ponura (nowy wentylator w wyciągu kuchennym jest na ścianie południowej, dokładnie tej z której przychodzą najgorsze powiewy, gada więc to to i grzechocze). Lista nazw sztormów Met Éireann na sezon 2026/27 zaczyna się od Austen i kończy na Wende (w poprzednim sezonie mieliśmy tylko cztery sztormy imienne, ostatni był Dave). Wende. 

Zanim jeszcze Kochany wrócił do domu, skończyłam słuchowisko Krew elfów Sapkowskiego (SuperNOWA, 2014). Dobra historia, ale zaleganie na chacie mi nie służy, odpala marazm rozwiany chwilowo dopiero przez koci spacer (chmury przebiegają szybko, mewy halsują, rzeczywiście dobrze jest móc patrzeć na drzewo). Wcześnie wskakuję do łóżka, przede mną ponad osiem godzin snu.

sobota, 5 września 2026

2454. Piąty września.

Kochany ma znowu weekend pracujący, wychynęłam z sypialni na tyle wcześnie, żeby się pożegnać. Outfit domowy mam dziwny: wyciągnęłam rano koszulę w kratę kupioną jeszcze w Polsce, w czasach Tesco (F&F). Wg nazwy na metce to nie koszula tylko rodzaj piżamy do połowy uda. Wyszperałam ją w szafie podczas wizyty w domu rodziców ostatniego grudnia. Nadawała się na lato, lato minęło :) pół soboty chodziłam w tej koszulinie i z gołym tyłkiem.

W ciągu dnia słuchałam audiobooka, rozmawiałam z kotami (Bronia drugi/trzeci dzień ma lekkie rozwolnienie, je mniej niż zwykle), coś tam wyprałam, coś tam usmażyłam na patelni. Po powrocie Kochanego wyszliśmy na krótki spacer koci, ale już w kurtkach, bo wiało. Z godzinę spędziłam grzebiąc w aktach urodzeń, małżeństw i zgonów uzupełniając informacje o praszczurach babci Mani po mieczu (jakoś pradziadków K ignorowałam do tej pory w szczegółach, a szkoda, bo to o nich chodziły legendy rodzinne, że szlachta — szlachta, imaginujcie se, jak wszyscy, w ziemi grzebiąca; nazwisko jednak brzmi, ciekawe skąd je wzięli).

piątek, 4 września 2026

2453. Szybki piątek.

No proszę, jak to na człowieka wpływa, że coś nie działa. Od rana nie działało komentowanie na blogspocie, nie że tu, nie że u mnie, u wszystkich, mniej więcej wszędzie. Oczywiście nastawiło mnie to zadaniowo, więc kopałam w poszukiwaniu wiedzy (być może chodzi o zmiany jakie gugiel wprowadza w związku z bezustanną wojną z third parties — mają obsesję na punkcie third parties, szuje). Oh, well.

Piątek nastąpił dziwnie szybko, wydaje się, że przed chwilą był poprzedni, a tu już coraz bardziej zagłębiamy się w jesienne klimaty. Dzisiejsza pogoda na dwoje babka wróżyła, w mieście padało, na wsi słońce, mogliśmy wyjść z koteczkami. Po Fredowym obiedzie oddałam się lasowaniu mózgu. Mąż przywitał też pana od gazu oraz zrobił pranie, cóż mi więc zostało? Powstrzymywać się przed zjedzeniem wszystkich mandarynek, to mi zostało :D

Skończyłam słuchanie pierwszego tomu Krwi Elfów. Herbata z granatem, zaraz prysznic, czytanka, życie domowe jako odtrutka na świat zewnętrzny. 

Tak się zastanawiam nadal nad tematem pociągniętym u Teatru: jaka jest katolicka Irlandia (z jej perspektywy dziwne, że ktoś ucieka przed katolicyzmem polskim na Wyspę, jeśli się weźmie pod uwagę zamordyzm katolicyzmu irlandzkiego w przeszłości). Yyyyyyy, to zależy, gdyż ... wszędzie zabieramy siebie ze sobą. Irlandczycy mają swoją Irlandię, która w zależności od stopnia zamożności migocze różnymi kolorami (naprawdę zamożni prawie nie stykają się z naprawdę niezamożnymi, ot może tyle, co dzielą przez chwilę chodnik, ale to wszystko). Migranci mają swoje enklawy. Albo nie mają i pozostają pomiędzy. Odległość od rodziny pomaga albo szkodzi. Narracja o emigracji zależy od tego, czy w głowie jest dobrze czy źle. Nie mogłabym nikomu doradzać "zostać czy wyjechać", za dużo zmiennych.

czwartek, 3 września 2026

2452. Deszcz.

Jeśli kto ciekaw, co robiłam wczoraj wieczorem: wytrząsałam pająka z rękawa szlafroka (duży kątnik w szoku). Oraz skończyłam czytać Nawiedzony dom Woolf (WL, 2022). Rano wyskoczyłam z grubszej gotówki, trzeba było ubezpieczyć samochód = przez najbliższy tydzień chleb i woda. Pod koniec pracy zaś mama zadzwoniła, czyli coś ważnego. I było ważne, przyszedł mandat na polski samochód, Kochany musiał poinformować użytkownika. Na to wszystko cały czas pada deszcz. 

Wcześnie dzisiaj wstaliśmy, zjechaliśmy do domu przed szóstą, resztę dnia spędziliśmy w domu, jedząc, zerkając na ostatni odcinek deserowego czerwca. Skończywszy Woolf z automatu sięgnęłam po następny zbiór opowiadań, tym razem Huellego (inny kaliber, czytam z podobnym zaciekawieniem). Młoda godzina, a ja już mam ochotę wskoczyć pod kołdrę z książką (koty się pospały, za oknem zapada zmrok).
___
edit 20:35 ach Teatru, Scarborough Fair w wykonaniu Folkal Point (byłam na tym moście, mówię Kochanemu, witałam nowy rok kiedyś tam, kiedy to było ;)).

środa, 2 września 2026

2451. Krótko.

Początek dnia zaskakująco jesienny, weszłam do Kuchniosalonu a tu krople deszczu na szybach i rześki powiew z rozszczelnionego okna. Znowu pobranie krwi, wstałam więc dopiero po siódmej, miło, mogłabym tak codziennie (mogłabym tak z późniejszym wstawaniem, nie z pobieraniem krwi; znowu miałam do czynienia z Panią Wydajną, trzy strzykawki poniżej dwóch minut, jedno wkłucie, ruchy oszczędne). Pod koniec dnia wpadła Teresa, coś jednak drgnęło, czyli czasami trzeba poczekać, nie miotać się bez sensu. Z tej okazji szarpnęłam się na Czarną; gdy wracałyśmy z kawiarni, Kochany właśnie podjeżdżał pod biuro. 

Mam ogromną ochotę wskoczyć w książkę, więc to by było na tyle, jako rzekł Stanisławski, Jan Tadeusz.

wtorek, 1 września 2026

2450. Pierwszy września.

Praca nie nastraja ekstatycznie — zmiana w przepisach dotyczących migrantów nie jest jakoś głośno omawiana, ale wyraźnie wpływa na moją działkę (sporo wolnych elektronów nagle zorientowało się, że musi coś robić, żeby się tu zakorzenić, tymczasem cudów nie ma, to jest zawsze proces; odprawiłam dzisiaj dwie osoby, jutro odprawię kolejne). 

Dostałam telefon z kliniki z datą skanu (w tym miesiącu, poza tym niedaleko).

Miałam w nocy sen, że zapomniałam szefowej wspomnieć o urlopie, a przecież jutro wyjeżdżam ... takie głupoty, widać Głowa siedzi w przyszłości i koniecznie chce iść na grzyby.

Popołudnie powtarzalne: na moment idę do sklepu za rogiem, bo wyszliśmy z makaronu (spaghetti euro pięćdziesiąt), po obiedzie rundka z kotami, zasapuję się bawiąc się z Bronią, Majk nas obserwuje i jak zwykle powtarza that's gas!, chwilę rozmawiam z Anne, która właśnie idzie wykąpać się w morzu. Wieczorem z przyjemnością przechodzę od jednej książki do drugiej i trzeciej, każda mnie ciekawi.