Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2026

2488. O szyby deszcz dzwoni ...

... deszcz dzwoni jesienny / I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny / Dżdżu krople padają i tłuką w me okno ... przynajmniej na wsi ciemnym porankiem, godzinę później w mieście, gdy wychodziliśmy z Kochanym z Pe, niebo się rozpogadzało. Kaprysy irlandzkiej aury. Coś wisi w powietrzu, bo ciągnie mnie do Joyce'a, a teraz nie mogę, poza książkami aktualnie rozgrzebanymi, mam jeszcze jeden opasły tom do odświeżenia, w międzyczasie zaś chcę posłuchać Melaszwili, ach, im wolniej czytam Czarodziejską górę, tym bardziej dławi mnie chciwość książkowa.

W pracy ostatni dzień względnego spokoju, od poniedziałku będzie strun napięcie, głowy zawracanie. Skoro deszcze przestał "dzwonić", przeszłam się z biura do Biura, "pozyskałam" kilka opakowań ciastek na poniedziałek, upociłam się w pilotce i grubym szalu. 

Z Kochanym zrobiliśmy niewielkie zakupy tu i tam, głównie jedzenie oraz żwirek dla kotów. W drodze powrotnej mama niespodziewanie zagadała na whatsapie z telefonu tatki, szukała numeru telefonu sołtyski, która, tak się składa, była moją koleżanką z podstawówki. Rodzice zamartwiają się jakimiś kotkami, które w każdej chwili mogą zginąć na drodze. Oczywiście, telefonu do sołtysa w sieci brak (logiczne! jeszcze ludzie by dzwonili).

Wieczorem oglądam antyczną kobrę z Karewiczem, Iryd (1968), mylycja, promieniowanie, takie tam. Dżadziji zostawiam na fejsowym feedzie życzenia urodzinowe (messenger zrobił się do dupy, nie możemy się zgrać). Whatsapuję do rodziców, żeby jeszcze raz pogadać, tym razem na spokojnie i o czym innym.

niedziela, 4 października 2026

2483. Zbyt leniwa na cokolwiek.

Na śniadanie zjadłam urodzinową pizzę z Tesco, całą :D, bo byłam sama. Nie poszłam na spacer, chociaż mogłam (usprawiedliwienie sobie wypisuję, że wiało). Uciekłam kotom na godzinę do sypialni, rozmawiałam przez chwilę z tatkiem (mama akurat drzemała po podróży grobbingowej). Kiedy wczesnym popołudniem z mokrymi włosami wyszłam spod prysznica, Anne zaczepiła mnie messengerowo. Jesteś? Jestem. Dostałam od sąsiadki słodkie bułeczki z Tesco i kartkę okolicznościową:

(tak podejrzewałam ;)) Zajadając erzatz obiadu (kawałek pieczonego łososia + pajdka chleba) dokończyłam słuchać Uwikłanych Miłoszewskiego (przy słuchowisku było urodzinowe mycie podłogi).

Wieczorem pojechaliśmy z Kochanym do Ka, na czwarty odcinek Lalki. Dostałam prezent, od Ka (jestem pewna, że to była jego własna inicjatywa), bo Jot już wcześniej umówiła się z przyjaciółmi ...

Jot lubi być akuratna, więc dobrze, że się zasiedzieliśmy; myślę, że robiłaby Ka wyrzuty, że nie obchodziliśmy jak należy. A tak, po jej późnym powrocie, mogłam ją zgodnie z prawdą kilkakrotnie zapewnić, że mi to loto. Konwencje mnie męczą.

sobota, 3 października 2026

2482. Sobota w odcinkach.

Gosia umarła w nocy.

Obudziłam się razem z Kochanym i już nie mogłam zasnąć, leżąc w łóżku zaczęłam przeglądać fotki na blogu z początku października zeszłego roku, gdy przewidywałam rychłe odejścia. Maksiu, Maciejek, zaginiony Filemon ... wszyscy pomarli w przeciągu kilku miesięcy,  do tego dwa młodziutkie dyjabły, Bronek i Frania, zupełnie bez sensu (ofiary wiejskich filozofii weterynarza, wg których jak koty są niewychodzące, nie trzeba się spieszyć ze szczepieniem na białaczkę). Potem zerknęłam na facebooka i od razu zadzwoniłam do mamy. Gosia wczoraj odmawiała picia, więc tatko już wiedział, z babcią Manią było tak samo, stwierdził (mówił to poza kadrem, ale czułam, że kiwa przy tym głową; tak, etapy umierania ze starości, kiwałam ja). Psina umarła spokojnie, bez hałasu, więc najpewniej we śnie. Zakończyła się epoka Dziewczynek, tak jak wcześniej ze śmiercią Bobisi skończyła się epoka Koszykarek.

[Dziewczynek było pięć. Tatko sprowadził je z lasu pewnego sierpniowego dnia szesnaście lat temu: sześć kulek (pięć dziewczyn, jeden chłopak) turlało się za dużą matką, którą tatko wiódł na sznurku na którym jakaś kurwa przywiązała ją do drzewa. Lala — najbardziej miękka w dotyku, najbardziej strachliwa, Wala —największa indywidualistka, wolałaby być jedynaczką, wesoła i zgodna Zosia, która po kilku latach stała się nieodłączną towarzyszką gapy Mal(w)inki — dziewczyny o krokodylim pysku, koźle ofiarnym, i Gosia — najszybsza, najwytrwalsza, najdzielniejsza z dzielnych, urodzona przewodniczka stada. Tak było]

Śniadanie i herbata raz dwa (małżonek w tym czasie wybył do pracy), chciałam wyjść nad morze możliwie najwcześniej; spacer energiczny. W osiedlu natknęłam się na zgęzionego Gerarda, który cierpliwie czekał, aż Molly załatwi swoje sprawy. Bo zimno. Pierwszy raz tej jesieni założyłam uszatą czapkę.


Dwie-trzy osoby, kafejka jeszcze zamknięta. Podeszłam do tafli odpływu (woda nadal się cofała), zrobiłam kilka zdjęć, przyjrzałam się fatamorganie Howth i zawróciłam do domu. Wszystko w pół godziny, wróciłam przed dziewiątą. Teraz dopijam kawę. Maniuśka nareszcie się uspokoiła, zasnęła na fotelu obok.
___
edit 11:00 dwóch panów przyszło obejrzeć zakończenie prac remontowych. Wyszłam zapytać, czy w czymś pomóc, oczywiście nie chcieli kontaktu, tylko się szwendali po ogródku. Zaniepokoili tym Manię. Mania to jest naprawdę egzemplarz, kot specjalnej troski, ze spowolnionym rozwojem i lękiem separacyjnym (ostatnio zaczęła się bawić w wyciąganie długopisów z przegródki na biurku ... Bronia robiła to jak miała kilka miesięcy). Wrzuciłam do pralki zasikany przez nią koc i osłonę na szafkę, lary z penatami już się wyprały, koc zaraz rozwieszę w ogródku. 
___
edit 19:30 


Piękny dzień; niefortunnie się zdarzyło, że właśnie wypadł weekend w którym Kochany pracuje. Przeszłam się po wsi jeszcze raz, tym razem do rzeźnika rodzinnego, bo już dawno nie jedliśmy dobrego steka. Miałam kaprys posiedzieć w ogrodzie, ale tylko na moment wyciągnęłam matę; gdy ją zwijałam w osiedle powoli wsączał się zapach obornika, który rozkwitł na dobre późniejszym popołudniem. Dosłuchałam trzecią część Uwikłanych. W czasie kociego spaceru po obiedzie dowiedzieliśmy się od Ivy, że Gerwazy zrezygnował z przeprowadzki do pustego domu po Annie (czyli jednak miał pod kopułą nie halo bardziej niż to wyglądało na jeden rzut oka). Zapukałam na chwilę do Anne, obie widziałyśmy tego biednego kota przejechanego wczoraj rano w niebezpiecznym punkcie, gdzie zginęli Rysio i Ukrainiec. Zauważyłam, że Lalka z Dorocińskim będzie w następny weekend blisko nas. 
___
edit 20:50 Prezent w wigilię urodzin: piękne wydanie Alicji w Krainie Czarów.

poniedziałek, 28 września 2026

2477. Pod napięciem.

W biurze jestem niezrównoważona emocjonalnie. Na szczęście mam Freda, moją Opokę, równowaga wraca wraz z powrotem do domu. Poza tym, zaczęłam w końcu czytać polski podręcznik do CBT Pragłowskiej i Popiel. 

Z tatkiem próbowałam rozmawiać w ciągu dnia, ale coś nam nie szło, tata naciskał w telefonie tam gdzie nie trzeba; za to przed obiadem trajlowałam z mamą przez godzinę! O wyborach w Krakowie, kotach, psie, języku na duolingo i poza, o biologii pająków i GlamSzefa podśmiechujkach z plecaków ewakuacyjnych. Gosia trzyma się cienkiej nitki życia.

Nie miałam głowy do niczego mądrego, na drobnych sprawach zeszło mi do wieczora, więc cóż, mogłam tylko obejrzeć kobrę Machulskich, Śmierć w najszczęśliwszym dniu (1974). Wystarczająco głupie. Press w tym grał, zupełnie bez sensu przypomniała mi się z tego powodu piosenka Nie mogę śpiewać, bo serce pęka. Koty ucałować, spać.

sobota, 12 września 2026

2461. Rosina, bambosze, ciepło.

Sobotę zaczynam późno, ósma, okna zapłakane deszczem, pod kapturem szlafroka słucham Dove solo w wykonaniu Dorothei Röschmann (2006). Melodia towarzyszy mi przez cały dzień.

Po śniadaniu dzwonię do mamy, rozmawiamy o pogodzie, o wypadkach pociągowo-samochodowych, o sąsiedzie, który nie lubił Filemona i jest może przygłuchy, a na pewno głupi, o Felku, który wyleguje się na maminym łóżku brzuchem do góry. Tatko też się pojawia, w kapeluszu roboczym referuje ostatnie przemyślenia.

O jedenastej wyjeżdżamy z Kochanym do miasta, najpierw do TK Maxxa, na kawę i do Tesco (w pierwszym sklepie szukam domowych bamboszy, znajduję coś o nazwie Monique w kolorze mocha jak głosi etykieta niby z UK, a w realu pewnie z Chin; nie szukam, ale znajduję kolejną czapkę Seebergera, tzn. mąż mi znajduje w dziale męskim, bordową z guziczkami, i kiedy trącamy się dupkami podczas przymierzania, Pan Murzyn nas zaczepia mówiąc It's the best love I never see, guys, the best love I never see). Potem jeszcze do kociego sklepu po drugiej stronie miasta, jedziemy więc prowincją — Fred wskazuje mi biały krzyż postawiony tam, gdzie Eileen miała wypadek po którym zmarła. Skoro ciągle kupujemy żwirek w Maxi Zoo, w końcu przełamuję się i ściągam ich aplikację.

Pomiędzy powrotem do domu i wyjazdem wieczornym wciskamy obiad Fredowy, przeglądanie Internetu i prawie godzinne wyjście kocie (dziewczyny zasadzają się na ogromniejące z dnia na dzień stado młodych szpaków kołujące nad osiedlem).

Wieczór z Ka&Jot, rozmawiamy głównie o medycynie, trochę o migrantach i polityce (czyli najbardziej o biednej Catherine, naszej prezydentce, co się musiała dzisiaj witać z Pomarańczowym knurem). Po rozmowach kuchennych jak zwykle przechodzimy do salonu obejrzeć oferty Netflixa (kontynuacja 1670, trzeci sezon, odcinki 3 i 4).

Wróciliśmy niedawno. Nadzwyczaj ciepła noc jak na tę porę roku, ciepła i bezwietrzna, więc cicha tak, że gdyby zając, lub inne stworzenie nad wyraz zębate, rąbał jabłka w ogródku, najpewniej bym go usłyszała. Podeszłam ostrożnie do bramki, nasłuchiwałam chwilę. Jeszcze nie.

wtorek, 8 września 2026

2457. Jasny chłód.

Rześki, jasny poranek.
I od razu myśl, że szłabym na górę, szłabym.


Niestety, wiatr, który jeszcze kilka dni temu był całkiem ciepły, dzisiaj zrobił się jadowicie chłodny, ech.

Rozmowa krótka z tatką, który akuratnież siedział na ławeczce pod domem, chwalił się bardzo wygodnymi i nie do zdarcia spodniami roboczymi od zięcia oraz że Felek czuje się już członkiem rodziny i inaczej niż w łóżku nocą zalegać sobie nie wyobraża.

Po pracy byłam tak obżarta, że nie chciało mi się obiadu. Od razu wyszliśmy z Kochanym na spacer koci. Następnie chwilę rozmówiłam się z mamą, a potem przy herbacie zielonej kupiłam bilet powrotny, czyli ... jakoś muszę się do tej Polski dostać ... ziew ...

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

2442. Ciepło.

Jasno. Rano wizyta we wsiowej przychodni i pobranie krwi; miało to swoje plusy, spałam do siódmej, pracę zaczęłam później. Za wampira robiła ta sama mało irlandzka Irlandka co ostatnio (zero small talku). Pomimo tego, że najpierw wkłuła się w prawe ramię bez sukcesu, nie mogę narzekać — spotkanie poszło sprawnie, żadnego omdlenia lub innych nieprzyjemności. 

W pracy nowy kontrakt na rok oraz wizyta Benedykta. Po drodze z kawiarni zaszłam do Wincenta, wyszłam z takimi rzeczami za grosze: 

Pierwszej autorki nie znam, wzięłam na czuja. Jak zwykle, nie wiem kiedy to ruszę, przecież w międzyczasie czekają smuty jesienne (Mann, i Joyce, i Proust, że Fosse to wiadomo).

Jesienne słońce odpaliło mi ustawienia fabryczne, chodzę, robię kółka, dwa razy do polskiego sklepu (zapomniałam, że otwierają dopiero o dziesiątej), do kawiarni (Pe), do kawiarni (Czarna z Benkiem; Benek był w zeszłym tygodniu w Polsce, bardzo sobie chwalił, był zaskoczony czystością, brakiem żebraków), na pocztę (licencja telewizyjna na rok opłacona), poszłabym jeszcze przez miasto na górkę, spojrzeć z wysoka na świat, ale czasu mi zabrakło, miałam do zeskanowania kopę czwartkowych papierów.

Kochany wykorzystał ładną pogodę do prac w obejściu, wysprzątał ogródek. Obiad wege, w międzyczasie mama zadzwoniła z nowiną, że pies się do nich przykleił, jutro będą sprawdzać czy jest zaczipowany. Spacer z koteczkami w popołudniowym cieple, w zapachu koszonej trawy; Fred pokazał mi, że ktoś skubał jabłka chorego Elstara. Pod jabłonką zostawiliśmy anonimowi trzy marchewki, z uprzejmości, a jeszcze bardziej w celu oszacowania uzębienia tajemniczego obgryzka na gościnnych występach.

niedziela, 23 sierpnia 2026

2441. Sierpniowa nostalgia.

Wczoraj nie chciało się mi już dopisywać, że szybko przeczytałam So Late in the Day Keegan. Niezłe, za krótkie jednak na osobną książkę, tak myślę.

Przy robieniu śniadania przypomniałam sobie nową zabawkę na MyHeritage: analizowanie haplogrupy Y-DNA. Spędziłam nad tym trochę trochę czasu i nawet zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać mapy wędrówek. Łazęga genealogiczna trwała z przerwami do końca dnia. Zadumałam się nad potencjalnym nieślubnym dzieckiem prapradziadka Szczepana (u tatki w wynikach testów DNA pojawiła się bliska kuzynka, kobieta, której dziadek wg aktu urodzenia pozostaje nieznany; mała miejscowość, możliwych kandydatów z naszymi genami nie aż tak chyba wiele; zastanawiam się czy napisać do właścicielki drzewa, czy interesują ją takie zamierzchłości). Nie wiem jak tam z pradziadkiem, ale dziadek Józef też miał nieślubną córkę, brat tatki również, widać takie geny. 

Midsomer Murders 25.04, całkiem sympatycznie tym razem, mało zgrzytów.

Moje półroczne doświadczenie z wyszukiwarką Qwant nie jest szczególnie ekscytujące. Postanowiłam reaktywować się na Firefoxie, z czystej ciekawości jak Internet wygląda z innej perspektywy.

Popołudniowe szmery za uchylonym oknem zachęciły mnie do spaceru

dziwny mam nastrój dzisiaj, przechadzka w jakiś sposób współgrała
przy wsiowej plaży był open day, tłum kręcił się wokół łodzi
zignorowałam wydarzenie, poszłam na plażę

bardzo daleki odpływ, na horyzoncie fatamorgana Howth
mały pies przebiegający obok mnie jak strzała, przeszczęśliwy
pan grający z dwoma synami w hurling

w drodze powrotnej duże ilości szpaków zbierających się w zimowe stada
Gronja sprzątała niewielki ogródek przed swoją strzechą
kobieta (spod kasku łopoczą siwe włosy) śmigała czymś w rodzaju velomobilu
oraz druga pani, z pieskiem na smyczy, maszerowała w zawadiackim kapeluszu

przyniosłam w kieszeni kamień, prawdopodobnie skamieniałość

(Maniusia osiągnęła kolejny etap rozwoju: po wielotygodniowej obserwacji Broni zaczęła się bawić myszą na sznurku; chodziliśmy z Kochanym wokół domu, słońce przygrzewało jesiennie, tęsknota się nasilała)

piątek, 21 sierpnia 2026

2439. Sensacje & bobki.

Ziąb. W mieście o poranku odczuwalne około 5 stopni. W perspektywie miałam grzebanie się we wczorajszych papierach, układanie ich do folderu w zupełnie innej kolejności, bo takie są życzenia TPTB, więc ... najpierw zaprosiłam Kochanego na kawę ;) Na tej to kawie zerknęłam do gazety lokalnej, dowiedziałam się (za) ile to ostatnio przejęto narkotyków w naszym hrabstwie (jak zwykle skitranych gdzieś po kantrysajdzie) oraz że w porównaniu ze średnią krajową miasto ma dwa razy więcej nielegalnych fajek w obrocie. Fascynujące.


Zadzwoniłam do tatki, odebrała mama (zapomniałam, że zrobiła sobie dwa tygodnie urlopu); potwierdziło się, że Filemon nie wrócił i pewnie już nie wróci, mama uważa, że zabił go sąsiad z naprzeciwka, miastowy z nową odkrytą pasją do sadzenia pomidorów. Może tak, albo i nie, pewności nie ma; wiadomo, że Filemon mu przeszkadzał, zachodził na jego działkę. Tatko przestał się odzywać do sąsiada.

Kryptonim Maks z peerelowskiego teatru sensacji (1969), Karewicz, Englert, Horowianka :D Taki mam stan umysłu pod wieczór ... Kochany poszedł spać przed dziewiąta, bo czuł się tak sobie, a jutro musi do pracy. Siedzę z koteczkami w Kuchniosalonie — dziewczyny tropią przetrącone muchy, podczas gdy oglądam zdjęcia kup drobnych ssaków w celach porównawczych. Gdyż dochodzenie w sprawie bobków continues ... otóż hipotezę mam, że odwiedza nas zając: jego bobki też są okrągłe, zające jednak nie tworzą stałych grup i nie kopią nor, więc łatwiej przegapić ich wizyty. Siedzę, czytam o cekotrofii, panna Maniuśka zajęła krzesło obok i pozuje:

czwartek, 13 sierpnia 2026

2431. nom ...

... właśnie, lekki stres
zaczęłam się szybciej ruszać po odkryciu, że czegoś tam mi do następnego audytu brakuje (lepiej późno niż wcale), praca wre ;)

rozmowa z rodzicami
tatko dostaje zastrzyki i bierze tabletki
dopiero pierwszy tydzień kuracji, więc spokojnie oczekuje poprawy
(w tym czasie Kochany konwersował w Kuchniosalonie z Perlistym)

w ciągu dnia dokończyłam słuchanie Ostatniego życzenia Sapkowskiego
przed chwilą zaś doczytałam A Room of One's Own Woolf

miłe odkrycia: naciskam pstryczek, lampa nad drzwiami wejściowymi działa!

środa, 5 sierpnia 2026

2423. Nawróćcie się i żałujcie.

pomna wczorajszej obietnicy, wyszłam tylko po bagietkę i napój z pitają i yuzu, poza tym dwa jajka na twardo, jogurt waniliowy z koziego mleka, jabłko, banan, ciasteczka belvity z czerwonymi owocami i herbata zielona — normalnie w pracy jak porządna dziewczyna na diecie

po wczorajszym lepszym samopoczuciu, niestety dzisiaj znowu wrócił mi ból w półdupku
szkodzi mi siedzenie w biurze, jak mniemam
mąż musi masować

u rodziców upał, mama źle się czuje
tatko miał jakieś zdarzenie drogowe, w samochodzie pękło mu jedno z lusterek,
i Filemona nie ma od trzech dni, może już nie żyje

mieliłam dzisiaj trzy książki
Coventry Cusk (F&F, 2019) właśnie skończone

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

2421. Lektura ...

 ... była tak szybka, że nie zdążyłam się pochwalić
Repetition Hjorth skończyłam tuż przed dziesiątą, dzisiaj po śniadaniu
musiałam, bo myśli ciągle mi do niej wracały

żeby rozchodzić bolące półdupki (ja i Kochany, siecze nas po tej samej stronie nawet)
wyszliśmy nad morze
szaro, wiatr silny, ale niezbyt chłodny, Kochany nawet na bosaka
zrobiliśmy rundkę zakończoną w sklepie po sąsiedzku
bo miałam ochotę na lody

(wchodzimy, a tam Bán gracka się z półki z alkoholami
widać kot schedę po wuju Ryszardzie podniósł do poziomu sztuki)

lody skonsumowaliśmy na żółtej ławce, jak się należy
nie ominęła nas więc bajera Li  wyprowadzającego Lucy na spacer
trudno powiedzieć ile z tego, czym nasz sąsiad się dzieli, to historie wyssane z brudnego palca, a ile trudnej rzeczywistości
pewne, że używki bardzo postarzają, na głowę też nie pomagają
(czyżbyśmy mieli sąsiada spokrewnionego z rodziną narkotykową, któż to wie, któż wie)

przed siódmą jestem już po spacerze z koteczkami, po rozmowie z Anne, po prysznicu
mogę się rozpłaszczyć w sypialni z ciasteczkami maślanymi, lekturą i rozkminą
___
edit 21:50 ech, tatko się zastanawia, wiem od mamy, czy iść na zabieg ócz
trudno coś doradzać, starość bywa chujowa

sobota, 30 maja 2026

2356. Słucham.

Upiór Siembiedy wleciał do ucha o poranku. Tak skutecznie się na nim skupiłam, że została mi tylko godzina, ale zostawię ją sobie na jutro. 

Pod wieczór, po obiedzie i spacerze z koteczkami, rozmawiałam z mamą. Tatko miał dzisiaj rezonans głowy (prywatnie, bo inaczej musiałby czekać z rok), mama cały dzień źle się czuła z powodu pogody. Porozmawialiśmy trochę, smęciłam im o naszych planach lotniczych. W tym czasie Fred zagajał z Haną (coś tam się wykluwa). 

Ogólnie dzień rozbabrany, mokro, na czas spaceru musiałam wymienić szorty na długie spodnie, aktywność twórcza i sensowna minimalna.

wtorek, 14 kwietnia 2026

2310. Kolejna strata.

No i cóż, gdy z nudów o dziesiątej zadzwoniłam do tatki, tata był akurat u weterynarza z bożej łaski, musiał uśpić kota. Nie mogliśmy rozmawiać, więc chwilę spędziłam w niepewności o którego chodzi. Dopiero gdy tatko wrócił do domu i wyprowadzał Maksia, oddzwonił. Frania Biały Wąsik nie żyje. Malutka była, za mała na swój wiek, a kilka dni temu rozwinęły się u niej objawy jak u Bronisia: przestała jeść, oddychała z trudem. Ostatnia noc już bardzo zła, tata słusznie nie chciał tego przedłużać i sam podjął decyzję. Z czarnej bandy została tylko dzika Józefa :( 

Tata spacerując w obejściu pokazywał mi krzewy, ten jałowiec z gminy Skrzynki, tamten z Rozprzy ... musi wszystko zapisać, zbiera się w sobie.

W pracy znowu miałam zastój, sam własnymi ręcami uczyniony. Nie zrobiłam żadnych papierów, ledwie potwierdziłam kilka rzeczy, wysłałam rachunek, poza tym siedziałam w niedogrzanym biurze w mitenkach i czytałam ebooka. Kochany przyjechał punkt czwarta, zamiast do domu podjechaliśmy do Tesco i Costy. Trzeba się nam było trochę zrelaksować, poobserwować ludzi, zamieszać w filiżankach.

Wieczór to głównie gotowanie, jedzenie, potem długa rozmową z mamą. Zadzwoniłam, żeby rozproszyć złe myśli, ratownica. Może i dobrze, chyba wzajemnie poprawiłyśmy sobie nastrój. Za oknem mrok, a mnie się już marzą jasne czerwcowe noce.

środa, 1 kwietnia 2026

2297. Wygładzenie.

Primadonna Żurawieckiego (Agora, audiobook z 2024) została dosłuchana do końca, w domu, gdy Kochany tymczasem był już w El Paso i zbierał się do wyprowadzania Pieseła (wczoraj na LC odchudziłam listę książek, które chciałabym przeczytać, kropla w morzu, ale przeglądanie i sprzątanie wprowadziło mnie w miły nastrój).

Rozmawiałam z mamą (u niej wolne od jutra), tatko obok, drzemiący, pomiędzy nimi gruby Wojtuś. Przygotowania rodziców do świąt oszczędne, pewnie będzie trochę galaretki z kurzyną i bigos. U nas jeszcze oszczędniej, w piątek rosół, potem mąż wykorzysta część do żurku. 

Pogoda się nam wygładziła; kolejny w tym tygodniu ładny wieczór, zachęcający do spaceru, który się nie odbył.

Dzień w pracy był raczej pozytywny, zadziała się miła odmiana po kilku dniach wątpliwości i napięcia. Tak sobie myślę, że największy wpływ na odmianę ma zawsze głowa, bo ludzie pozostają mniej więcej tacy sami, sytuacje też nie zmieniają się jakoś spektakularnie. Czyli głowa; poza tym dolegliwości jelitowe jakby ustały, być może rzeczywiście ograniczenie nabiału pomogło (nie wiadomo jak i w czym, ale nie zamierzam wybrzydzać). Oraz śpię fenomenalnie, zanurzanie się w pościeli sprawia mi ogromną przyjemność. 

środa, 25 marca 2026

2289-2290. Zmęczenie materiału.

Była wiosna, ale znowu się spaskudziła. We wtorek od rana deszcz. Pracowałam. Skończyłam czytać w ebooku The Wig My Father Wore Enright, kontynuowałam audiobooka fantasy, wieczorem tysz (takiego sobie, choć demon w kurze jak najbardziej spoko; może się jeszcze rozkręci).

Środa ... już po piątej przez okno zaglądał jasny świt, potem w marcu jak w garncu, niezwykła jasność przeplatana niezwykłą ciemnością i napadami lodowatego deszczu. W pracy dzień sprzecznych emocji od których usiłuję się odciąć, więc z przyjemnością kontynuuję słuchankę, gdy Kochany robi obiad. Po posiłku zadzwoniłam do mamy, różne historie zostały poruszone, także takie, że Frani ropieje oczko, a samochód został już przez Stu odebrany w sobotę. Kiedy to zleciało? Wcześniej tatko zajrzał do silnika i okazało się, że jeździliśmy na wspomnieniach po oleju. Znowu padam na twarz, marzę o śnie, strzygę uchem.

wtorek, 17 marca 2026

Postscriptum #2281.

Długi dzień.

Poświęciliśmy go na plan opisany wcześniej, ogólnie jednak miałam poczucie bezruchu, gdyż usiądźmy przed podróżą. Zarówno podczas wizyty w kawiarni jak i we włoskiej restauracji ograniczałam się do produktów bez laktozy, więc było tego niewiele (ciasta wcale, buu). Zrobiło się zimno, spaceru brak. Rodzice zmęczeni (tatko ma od jakiegoś czasu problem z nogą, mama po pracy, więc wiadomo, do tego zestresowana zmianą, jak się domyślam), Kochany kierował škodą w drodze do lotniska; gdy dojechaliśmy tatko przejął stery i rodzice od razu odjechali (niepokoiłam się wiedząc, że tacie pogarsza się wzrok, a ruch w mieście nadal jest gęsty; po godzinie zadzwoniłam przez WhatsApp, żeby się upewnić, że są bezpieczni w domu). 

Powietrze nad Europą niespokojne, pewnie z tego powodu samolot przyleciał do Breslau wcześniej, a w drodze powrotnej zwalniał i drżał walcząc z masą powietrza od zachodu. 


Na wyspie wylądowaliśmy kwadrans przed północą czasu lokalnego. Tym razem siedziałam obok dwojga nieszkodliwych Polaków, chyba matki i syna, Fred w rzędzie przede mną. Gdzieś za nami jacyś panowie czuli się coraz gorzej z powodu nadmiernego spożycia napojów wyskokowych (to prawdopodobnie jeden z nich trącał potem mój plecak i sapał mi do ucha procentami na kontroli dokumentów). Czytałam. Skończyłam Lalkę i perłę Tokarczuk (WL, 2023) i chciałam kontynuować Enright, ale czytnik nie zaskoczył, że przedłużyłam wypożyczenie, muszę książkę ściągnąć jeszcze raz. Podejście do lądowania mało komfortowe, ale jesteśmy :)

niedziela, 22 lutego 2026

2258-2259. Leń.

Weekend zupełnego lenistwa choć jak zwykle gdy mogę pospać, zrywam się bladym świtem. W sobotę obudziłam się wg budzika w telefonie męża. Objadłam się robakami, poprawiłam jogurtem, słuchałam audiobooka. Postanowiłam się nie przepracowywać, skoro napięcie w dłoniach łaskawe było się zmniejszyć. Aura deszczowa.

Niedziela dla odmiany jasna, ale nie skusiłam się na spacer, wystawiłam tylko nos za próg i pomruczałam do siebie, gdy nos został owiany podmuchem zbyt zimnym. Tak w ogóle w ten weekend dotarło do mnie, że przykurcze odczuwane w całym ciele są związane z nieruchawością — od jakiegoś czasu nie ćwiczę, praca do spółki z parszywą pogodą rewidowały też moje potrzeby spacerowe. Jestem coraz bardziej garbata i zasapuję się idąc pod górkę. Postanowiłam choć trochę to zmienić, poruszać się w czasie kończenia słuchanki, wyszło niemrawo, choć nadal potrafię podnieść nogę wyżej niż przeciętna pięćdziesięciolatka. 444 Siembiedy (Agora, 2024) zostało skończone.

Koty od rana szalały, bo do Kuchniosalonu przedostał się komar. Komar długo nie pożył. Bronka wpadła w kolejną euforię.

Po południu grzebałam w genealogii, znalazłam ciekawe dokumenty. Otóż roku osiemnastego mój pradziadek oraz prapradziadek, obaj ze strony dziadka Bronka, stanowczo żądali zwrotu majątku zagrabionego w czasie przemarszu wojsk (w jednym przypadku chodziło o 223 rubli, w drugim o 609 rubli i kopiejek 26. Pradziadek jako piśmienny złożył nawet swój podpis :)). Oczywiście, znaleziskiem podzieliłam się z mamą. Rozmawiałyśmy dzisiaj dwa razy, m.in. o tym, że przez zepsutą krajalnicę do chleba dom rodzinny mógł pójść z dymem.

Jeszcze wcześnie. Jesteśmy z Kochanym po obiadokolacji. Herbata i czytanka.

czwartek, 12 lutego 2026

2249. 120226.

I cóż, smutki w domu moim. Dowiedziałam się dopiero w pracy, od Kochanego. Kiedy zadzwoniłam po obiedzie, mamie głos się łamał … wieczorem poszła do Bronisia, przed snem kotek oczka miał takie miodowe, wielkie, jakby było lepiej. Jednak o drugiej, gdy tatko wstał na obchód, już było po wszystkim. Broniś przymilaczek umarł. Zjadł tyle tabletek, przyjął tyle zastrzyków, ale do wiosny czasu nie starczyło. Bardzo niesprawiedliwe. Już przecież znalazł najlepszy dom.

Kochany wymienił Babci dwa kółka i przywiózł mnie do domu. Deszczowo dzisiaj było, z rana deszczowo wręcz paskudnie (jechałam autobusem pierwszy raz po długiej przerwie, więc dopiero teraz mogłam się przekonać, że przystanek przesunął się o kilkadziesiąt metrów). 

Zapomniałam, że dzisiaj Tłusty Czwartek. 

Skończyłam słuchać Wzgórze psów.

piątek, 30 stycznia 2026

2236. Randka, kino, strata, szczęście.

Aaaa, poezja piątkowego poranka, wstaję wiedząc, że jutro wstawać nie muszę. Śniło mi się, że byłam na podwórku u rodziców; tuż przede mną wylądował wielki kruk i zaczął karmić czymś kruczątko. Czuła ta chwilą prysnęła jak bańka mydlana, gdy uświadomiłam sobie, że tym czymś jest niedźwiadek. Oczywiście interweniowałam. I tak oto, mamy niedźwiadka ;)

Popołudnie było niezwykle miłe. Nareszcie wydobyłam się z Jamy, pojechaliśmy z Kochanym na Północ, najpierw na obiad do Atami, potem na kawę, następnie do kina na Hamneta (2025). Ach!



W czasie obiadu w suszarni skontaktowałam się z rodzicami. Niestety, Bronisiowe wyniki nadal spadają, może nie zdumiewająco gwałtownie, ale ma to miejsce, takie są fakty. Z Franią za to nie jest najgorzej, dostała syropek na wzmocnienie odporności. Rodzice oczywiście z jednej strony przybici, z drugiej gotują się do wzięcia rzeczywistości na klatę, z trzeciej w międzyczasie rozprawiali się ze sznyclami z wczorajszego kupnego obiadu (sznycle dla olbrzymów, niezjadalne za jednym zamachem).

Nieprzyjemne wydarzenie z którym jeszcze słabo się pogodziłam: zgubiłam jedną mitenkę. Tak byłam dzisiaj podekscytowana i zakutana w różne rzeczy, że prawdopodobnie odłożyłam mitenki na bok w czasie jazdy Babcią i zapomniałam o tym wychodząc z samochodu. Jedną znalazłam po seansie, między fotelem pasażera i drzwiami, więc domyślam się, że druga została gdzieś hen. Może jeszcze ... może jeszcze. Mam męża najlepszego z mężów: objechał ze mną miejsca podejrzane o zagarnięcie mojej mitenki, chodził z latarką i zaglądał pod cudze samochody, wszystko to w oparach po świetnym kinie, które, co tu dużo mówić, wycisnęło mi łzę.