Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziewczynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziewczynki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

2482. Sobota w odcinkach.

Gosia umarła w nocy.

Obudziłam się razem z Kochanym i już nie mogłam zasnąć, leżąc w łóżku zaczęłam przeglądać fotki na blogu z początku października zeszłego roku, gdy przewidywałam rychłe odejścia. Maksiu, Maciejek, zaginiony Filemon ... wszyscy pomarli w przeciągu kilku miesięcy,  do tego dwa młodziutkie dyjabły, Bronek i Frania, zupełnie bez sensu (ofiary wiejskich filozofii weterynarza, wg których jak koty są niewychodzące, nie trzeba się spieszyć ze szczepieniem na białaczkę). Potem zerknęłam na facebooka i od razu zadzwoniłam do mamy. Gosia wczoraj odmawiała picia, więc tatko już wiedział, z babcią Manią było tak samo, stwierdził (mówił to poza kadrem, ale czułam, że kiwa przy tym głową; tak, etapy umierania ze starości, kiwałam ja). Psina umarła spokojnie, bez hałasu, więc najpewniej we śnie. Zakończyła się epoka Dziewczynek, tak jak wcześniej ze śmiercią Bobisi skończyła się epoka Koszykarek.

[Dziewczynek było pięć. Tatko sprowadził je z lasu pewnego sierpniowego dnia szesnaście lat temu: sześć kulek (pięć dziewczyn, jeden chłopak) turlało się za dużą matką, którą tatko wiódł na sznurku na którym jakaś kurwa przywiązała ją do drzewa. Lala — najbardziej miękka w dotyku, najbardziej strachliwa, Wala —największa indywidualistka, wolałaby być jedynaczką, wesoła i zgodna Zosia, która po kilku latach stała się nieodłączną towarzyszką gapy Mal(w)inki — dziewczyny o krokodylim pysku, koźle ofiarnym, i Gosia — najszybsza, najwytrwalsza, najdzielniejsza z dzielnych, urodzona przewodniczka stada. Tak było]

Śniadanie i herbata raz dwa (małżonek w tym czasie wybył do pracy), chciałam wyjść nad morze możliwie najwcześniej; spacer energiczny. W osiedlu natknęłam się na zgęzionego Gerarda, który cierpliwie czekał, aż Molly załatwi swoje sprawy. Bo zimno. Pierwszy raz tej jesieni założyłam uszatą czapkę.


Dwie-trzy osoby, kafejka jeszcze zamknięta. Podeszłam do tafli odpływu (woda nadal się cofała), zrobiłam kilka zdjęć, przyjrzałam się fatamorganie Howth i zawróciłam do domu. Wszystko w pół godziny, wróciłam przed dziewiątą. Teraz dopijam kawę. Maniuśka nareszcie się uspokoiła, zasnęła na fotelu obok.
___
edit 11:00 dwóch panów przyszło obejrzeć zakończenie prac remontowych. Wyszłam zapytać, czy w czymś pomóc, oczywiście nie chcieli kontaktu, tylko się szwendali po ogródku. Zaniepokoili tym Manię. Mania to jest naprawdę egzemplarz, kot specjalnej troski, ze spowolnionym rozwojem i lękiem separacyjnym (ostatnio zaczęła się bawić w wyciąganie długopisów z przegródki na biurku ... Bronia robiła to jak miała kilka miesięcy). Wrzuciłam do pralki zasikany przez nią koc i osłonę na szafkę, lary z penatami już się wyprały, koc zaraz rozwieszę w ogródku. 
___
edit 19:30 


Piękny dzień; niefortunnie się zdarzyło, że właśnie wypadł weekend w którym Kochany pracuje. Przeszłam się po wsi jeszcze raz, tym razem do rzeźnika rodzinnego, bo już dawno nie jedliśmy dobrego steka. Miałam kaprys posiedzieć w ogrodzie, ale tylko na moment wyciągnęłam matę; gdy ją zwijałam w osiedle powoli wsączał się zapach obornika, który rozkwitł na dobre późniejszym popołudniem. Dosłuchałam trzecią część Uwikłanych. W czasie kociego spaceru po obiedzie dowiedzieliśmy się od Ivy, że Gerwazy zrezygnował z przeprowadzki do pustego domu po Annie (czyli jednak miał pod kopułą nie halo bardziej niż to wyglądało na jeden rzut oka). Zapukałam na chwilę do Anne, obie widziałyśmy tego biednego kota przejechanego wczoraj rano w niebezpiecznym punkcie, gdzie zginęli Rysio i Ukrainiec. Zauważyłam, że Lalka z Dorocińskim będzie w następny weekend blisko nas. 
___
edit 20:50 Prezent w wigilię urodzin: piękne wydanie Alicji w Krainie Czarów.

sobota, 1 lutego 2025

1873. Pogoda i niepogoda.

Dzień zupełnie inny, szarość, z rozpoczęciem działania zwlekamy tak, że w końcu za późno jest na składanie szafy. Jest za to wiele innych miłych sytuacji:

  • Robię dobre śniadanie z guacamole, jajkami na twardo i czerwoną papryką, 
  • Kochany oswaja się z nowym laptopem i zajmuje się swoim projektem oglądając nagrane z rok temu materiały, 
  • Myję włosy, bardzo długo stoję pod prysznicem w środku dnia, a potem jeszcze dłużej czytam różne rzeczy zalegając pod kołdrą, rozmówki francuskie, przygody Herbercie, Dom dzienny, dom nocny Tokarczuk, Herbercika prozę poetycką.

Potem dowiaduję się, że Malineczka umarła. Po pierwszej. Jednak było jej za ciężko dożyć do wiosny. I tak, niby się spodziewałam, ale wcale nie byłam przygotowana. Zrezygnowałam z wyjazdu do Ka&Jot. Kochany też postanowił zostać. Przeglądam stare albumy, wysyłam do mamy kilka zdjęć i filmików, o których istnieniu zupełnie zapomniałam. Markotno.

Pierwsze zdjęcie zrobione w listopadzie'10, z Zosią, która zmarła we wrześniu'21.
Pod spodem, zdjęcie z popołudnia.

sobota, 11 września 2021

634. Zapuszczam korzenie.

Dzień sie zaczął od rozmów różnych, zmęczona łaziłam od łóżka do biurka do łóżka dyskutując z Marksistką myjącą zęby w korytarzu. Chomicza kuria została w końcu wyniesiona przez Freda do samochodu, sąsiadki (Katlin, Anna, Anna Emerytka) odbyły rytuał pożegnalny i off they went.

Już wczoraj łażąc po Trimie wiedziałam, że nie odwiozę dzisiaj Marksistki do hrabstwa Clare razem z Fredem. Jestem psychicznie zmęczona, chcę robić proste rzeczy, sączyć małą kawę, siedzieć w cieple. Po dziesiątej dom zrobił się pusty i cichy, mogłam zebrać myśli, doszłam do wniosku, że po podróżach muszę zapuszczać korzenie, malutkie, chociażby jeden albo dwie podpory, nawet jeśli nie na stałe, to żeby zatrzymać wirowanie.

Fred pojechał, a ja snułam się po domu, najpierw z kawą, potem ze smoothie bananowo-jeżynowym (jeżyny zebrane przez Marksistkę), potem wyszłam na dwór popatrzeć na pranie (susząca się pościel zawsze nastraja mnie pozytywnie), porozmawiałam z Katlin (powtórzyła mi historię o tym jak Ethan odbierając telefon od dziadka pobiegł do naszego kota i przyłożył mu słuchawkę do ucha, żeby też mógł powiedzieć cześć) i zabierałam się właśnie do prac ogrodowych, gdy z Polski dostałam wiadomość, że umarła Zosia. Przestała jeść, gdy odjechaliśmy. Z pięciu Dziewczynek zostały dwie.

Pousuwałam trochę suchych pędów z naszej łączki i kilka wyjątkowo bezczelnych mleczy. Posmarowałam chleb marmoladą pomarańczową, którą Marksistka zostawiła w lodówce. Wieczorem rozmawiałam przez messengera: z tatą o psach, potem z Marksistką rozradowaną faktem, że w drodze do domu dotarła w TK Maxxie do działu z ubraniami i nabyła drogą kupna narzutkę z kapturem w kolorze musztardy dijon. Przeczytałam trzy króciutkie teksty Liama O'Flaherty'ego z Literatury na Świecie. Kochany wrócił tuż przed jedenastą, z nowym kaszkietem Failsworth.

środa, 8 września 2021

631. Dom.

Trudno było spać, wygramoliłam się z łóżka przed siódmą. Było ostatnie śniadanie kaszankowe (kaszanka na ciepło to hit tych wakacji), wizyta w wiejskiej aptece, gdzie NIE kupiliśmy Marksistce tableteczek na potencjał umysłowy, bo były horrendalnie drogie, oraz ostatni spacer z mamą i Maksiem. Jak na złość Polska się wyzłociła i ociepliła (zapowiadano u nas 27 stopni przez kilka następnych dni), a nam mus było już lecieć w kierunku mglistych wysp. Mam nadzieję, że słońce ogrzało dzisiaj Zosię, która bardzo cierpi z powodu postarzałych stawów i bólu zębów.

Podróż była na początku z małym poślizgiem, bo zablokował nas w gejcie lot do Lwowa opóźniony z powodu jakiegoś vipa. Potem wszystko potoczyło się sprawnie, nadganiając spóźniony wylot przemknęliśmy nad IJsselmeer, wschodnią Anglią i Liverpoolem (czytałam Moshfegh i robiłam zdjęcia).


Po wylądowaniu walizki pojawiły się błyskawicznie i nawet pięciu minut nie czekaliśmy na autobus do Drołdy. Oczekiwanie na autobus do naszej wsi nie zajęło nam więcej niż kwadrans. Po piątej witaliśmy się przed domem z Marksistką, Ryszardem, Katlin i małym Ethanem (z tym ostatnim było przybicie piątki). Głodni jak wilki pierwszy raz skorzystaliśmy z wiejskiej kebabowni. I oto jesteśmy, już najedzeni, nieco rozbici, ale weseli, gadamy jeden przez drugiego, a ja wącham chomika.
___
edit 22:50 Obejrzeliśmy z naszą gościnią pierwszy odcinek serialu Father Ted (1995-98). Będzie kontynuacja, bo jest cymes. Umyłam włosy i gadamy o patologiach.

niedziela, 5 września 2021

628. Sielska niedziela.

Robimy nic przez cały przyjemny dzień. Słońce jest już jesienne, pijemy pośniadanne kawki i poobiednie herbatki w ogrodzie, w towarzystwie futrzaków. Czasami tę błogość przerywa jakieś wydarzenie (np. znalezienie małego nietoperza uczepionego pnia lipy). Wieczorem idziemy z Fredem na spacer przez opustoszałą wieś (przy wsiowym domu kultury jest zlot motorowy, dzięki któremu nie spotykamy ludzi tam, gdzie normalnie byśmy ich spotkali).

Przez cały czas w telewizji jest włączony kanał Investigation Discovery z niby-dokumentami w rodzaju Zbrodnia w sąsiedztwie (Hightmare Next Door) i Morderca z sąsiedztwa (Hometown Homicide). A ja już czuję nostalgię związaną z końcem naszych wakacji.

środa, 31 marca 2021

470. Nie planuję.

Zdecydowałam się w końcu na kurs ESKK tego języka do którego mam najmniej materiałów w domu. Uczę się tylko dla siebie, więc nie czuję presji poza własnymi ambicjami.

Pipity rozkwitły około soboty i nadal czekam z drżeniem serca na ich bielenie:

Rozmawialiśmy przez kamerkę z Krakusami, o pandemii, warunkach życia itd. Fajnie byłoby się z nimi spotkać, gdy już przylecimy do kraju, choć to trochę z boku naszego miejsca docelowego. Po rozmowie Fred miał postrzyżyny swoich loków. A w czasie obiadu zadzwonił mi polski telefon.

— Dzień dobry, nazywam się Taki I Taki, dzwonię z programu eko-gmina ... stru tu tu tu, miesiąc temu przesłaliśmy Państwu ...
— Przepraszam ... przepraszam .... przepraszam, udaje mi się w końcu przerwać słowotok, przepraszam, nie mieszkam w Polsce.
— A kiedy planuje Pani powrót?
— Nie planuję.
— O.

Niunia była na kontroli u onkologa. Jest w porządku, następna wizyta za miesiąc. Złapałam rodziców akurat w drodze do domu, więc przy okazji zobaczyłam Malinkę, jedną z Dziewczynek, która ma coraz dłuższe białe wąsy. Tam gorąco, u nas też piękny wieczór, wracamy z Lidla, dolinki we mgle, góry dryfują nad horyzontem. Jem pierwsze truskawki w tym roku, nic to, że hiszpańskie. A potem Nietykalni (1987) z Costnerem i Connerym, oraz z kotem na kolanach.

— Sean Connery nie żyje, teraz sobie uświadomiłam. I dlaczego? Przecież to był młody człowiek!

niedziela, 5 lipca 2020

201. Czytanie, pisanie, gadanie, miodownik.

Po śniadaniu wideokonferencja z rodzinką, babcia też pozdrawia i całuje telefon. Wiadomości różne, o zwierzakach takie, że Gosia po śmierci Wali nadal wyje, a Rózi zrobiła się przetoka na pyszczku, zęby trzeba rwać, ale do tego potrzebna narkoza. Kota ma z tym problem, więc najpierw ją czeka wizyta u kardiologa. Pogoda nierówna, rano przejaśnia się, w ciągu dnia kiszka z deszczem walącym o szyby, teraz znowu jasno, przynajmniej od strony morza. Cały dzień przez okno w sypialni słyszę wietrzne dzwonki u sąsiadów. Ponieważ w ciągu dnia zajmowała mnie lektura, okołoposiłkowe rozmowy naturalnie kręciły się wokół patologii domowych. Trzeba przyznać, że obaj panowie mieli urwane śmigła. Skończyłam czytać Beksińscy. Portret podwójny (Znak, 2014) ok. 20:40, z powodu psychopatologii książka sprawiła mi dużo frajdy, choć nie jestem szczególnym fanem żadnego z nich. Przy najbliższej okazji obejrzę film biograficzny, zerknę na dokumenty dostępne w sieci, jestem pewna, że temat jeszcze jakiś czas będzie mnie bawił. Tymczasem Fred, szanując moje intelektualne wyłączenie, zaczął przerabiać swój scenariusz na prozę. Tylko raz zajęcia przerwało nam życie na zewnątrz domu. Przed południem Fred wręczył Anne w prezencie litrowy słoik polskiego miodu (wczoraj, gdy wróciliśmy z zakupów, na drzwiach wisiała obróżka Ryśka, Anne znalazła ją w swoim ogrodzie, gdzie rudy pulpet podobno nie chadza, w każdym razie ukrywa to przed nami. Nie dlatego daliśmy jej miodku, po prostu chcieliśmy). Po południu dzwonek u drzwi — sąsiadka przyniosła nam jeszcze ciepły kanadyjski miodownik.

— Może tak następnym razem dać jej mąkę i upiecze nam chleb?

piątek, 19 czerwca 2020

185. Pakiet wyborczy, śmierć Wali.

Kolejny deszczowy dzień.
Dwa pakiety przyszły do nas krótko po południu. Wyszło tak, że odebrałam je jeszcze w szlafroku.

Gdy przygotowywałam się do wyjazdu do Drołdy na zakupy, dostałam wiadomość o śmierci kolejnego psa taty. Walunia wczoraj po usg dostała diagnozę — liczne guzy (trzustka, wątroba, nerki, żołądek, śledziona), wet był zaskoczony, że pies jeszcze żyje, i że do niedawna nie było jakichś szczególnych objawów ciężkiej choroby. Ponieważ coraz bardziej cierpiała, została dzisiaj uśpiona.


Przeżyła swoją siostrę o 19 dni, spokojna, pewna siebie, niezależna, piękny piesek.
___
edit 20:25 Nie mam gorączki, ale słabo się czuję, od kilku dni znowu wykańczają mnie zatoki, od tego gardło, a dzisiejszy krótki postój przed Tesco w mżącym, zimnym deszczu lepiej mi nie zrobił. Po powrocie do domu nie miałam siły dojeść pysznego spaghetti à la Fred. Słuchamy płyty The Man Who Sold the World Bowiego (1971). Fred odkrył Rory'ego Gallaghera, a teraz prasuje mi koszulki.
___
edit 21:44 Po wyjściu spod prysznica Space Odddity (1972) i nucę sobie god knows i'm good, god knows i'm good, god knows i'm good ...
___
edit 23:37 Co za dzień. Dobrałam się do Trzech panów w łódce, od razu pękłam tę ramotkę i mogę ją w końcu odłożyć na półkę. Ostatni raz miałam ją w ręku gdzieś na początku maja, a może dalej. Jeśli nastrój się mi utrzyma, jutro rozprawię się do końca z Simoną. A tymczasem Fred mi właśnie mówi, że umarł Ian Holm. Jakby się z Zafónem umówili.

środa, 17 czerwca 2020

183. Dzień egzaminu.

Przed południem zdałam test teoretyczny prawa jazdy. W zasadzie w momencie, gdy powinnam do niego przystępować, już skończyłam klikać i zadowolona szłam przez Drołdę. 39/40. Początkowo sądziłam, że wyłożyłam się na pytaniu o jazdę długą, męczącą trasą. Niby było do wyboru, że powinnam po prostu uchylić okno, ale wolałam zaznaczyć, że zatrzymam się, odprężę i  napiję kawy. W tym kraju to jest właściwa odpowiedź, czuję się rozumiana (wyłożyłam się na pytaniu o użyciu krótkich świateł). Dwie panie w przyłbicach zadbały o przyjemne i bezpieczne doświadczenie egzaminacyjne. Dzień deszczowy i parny, podeszłam do niego w marynarce i fredowej chuście zamotanej na szyi, i tak właśnie odziana maszerowałam z centrum do Lidla na peryferiach, gdzie Fred robił akurat zakupy. Stąpałam po kobiercach z płatków dzikiego bzu. Po powrocie do domu obiad, a teraz w planie naleśniki do powideł śliwkowych. Fred jedzie wieczorem do pracy, pierwszy raz od marca, zupełnie bez sensu.
___
edit 21:58 Samotna noc, Fred w robocie. Rozmawiałam z rodzicami, Walunia, siostra Lali, nie je drugi dzień. Tatko jest podłamany, uważa, że pies umrze. Jego oceny są zazwyczaj obarczone dużym błędem, podszyte emocjami, ale smutno się jakoś zrobiło. Ryś po długiej drzemce na fredowym laptopie wybył na nockę. Nie wiem, co obejrzę, zaraz udam się na poszukiwanie czegoś ciekawego.
___
edit 23:48 Próba niewinności czyli ostatni pozostały mi do obejrzenia (nie szłam po kolei) odcinek przygód Panny Marple z Geraldine (2007), do której wróciłam po trzymiesięcznej przerwie. Intryga całkiem udana, można było się oderwać na chwilę.

niedziela, 31 maja 2020

166. Dzień spacerów i śmierć Lali.

— Kocham Cię, nawet jak dziwnie gotujesz parówki.

Fred zadziwił mnie dzisiaj wyjątkowo wczesną kawą — po tym, jak kot obudził go z rana na rysiowe śniadanie, małżonek nie miał już ochoty wracać do łóżka. I tak udało się nam odbyć dwa spacery, bo ostatni dzień maja kontynuował pogodowe rozpieszczanie. Nad morzem mgliste powietrze odbijało promyki słońca na wszystkie strony, skutecznie mnie tym oślepiając.


Po powrocie z ponad godzinnego spaceru i szybkim obiedzie, podjechaliśmy do Drołdy, żeby pospacerować po polu bitwy. To tam doszła mnie przez facebooka wiadomość o śmierci Lali, jednej z Dziewczynek. Przypominam sobie filmik z jesieni 2010 roku:


I jej ostatnie zdjęcie, dużego psa o aksamitnym pyszczku:



Jako szczeniak była bardzo strachliwa, pamiętam, że bała się progów w drzwiach. Miała futerko miłe w dotyku jak pysk konia. Prawie wcale nie chorowała, jakiś tydzień temu dopadło ją coś w rodzaju wylewu, tatko miał jednak nadzieję, że przy dobrej opiece wyjdzie z tego, to nie byłby pierwszy pies, którego tata wyprowadził z paraliżu. Dzisiaj około południa nagle pojawił się kryzys, którego Lala nie przetrwała ...

Spacer naokoło parku przy Oldbridge House był nostalgiczny, skąpany w słonku:




Obeszliśmy pole bitwy dookoła (już na samym początku spaceru przy ścieżce napotkaliśmy przyglądającego się tłumom Generała, lokalnego kota), na chwilę weszliśmy do ogrodu za murem, kawiarnia była czynna w trybie awaryjnym, Fred kupił loda, ja zadowoliłam się flat white. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na trawie pod wielkim domem. Wyjechaliśmy do kota przed siedemnastą. Gdy byłam już u siebie, zagadałam jeszcze raz do mamy. Smutno. 
— Tyle już tych psów pochowaliśmy.

A teraz jest mi zimno i z deka ponurasto. Boli mnie gardło. Idę rozgrzać się pod prysznicem.
___
edit 23:28 Prawie godzinna rozmowa zdalna z Kaś Matką Kotkom rozproszyła nieco mój kiepski nastrój. Jeśli na jesieni zdecydujemy się lecieć do Polski, możemy mieć cat sitterkę i to na całkiem poważnie. To wartościowa oferta, która miło grzeje mi serduszko :)