Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mietczynski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mietczynski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2026

2494. Zaangażowanie ...

... w tsundoku przyczyniło się do rosnącej potrzeby skończenia Czarodziejskiej góry. Może jutro? Zostało mi stron ponad siedemdziesiąt. Poza tym pod koniec pracy wyciągam karty (dwa razy nie udaje mi się rozłożyć pasjansa) oraz chichram się oglądając jak kate_aizin parodiuje Slavoja Žižka. 


Dobry dzień pod wieloma względami (może tylko wizyta w Simonie mi słabo podeszła, mniejsza z tym jednak): popracowałam, wysłałam, poczytałam, Kochany po skończeniu swojej pracy zabrał mnie z biura (tylko na moment skręciliśmy do Forge, rzutem na taśmę, bo parking pod lokalnym sklepem zupełnie już opustoszał i pewnie niedługo zamykali bramę wjazdową). Przed obiadem wyszliśmy z myszkami, niebo było podobne do ostatniej sytuacji z zaćmieniem słońca, częściowo sepiowo-pomarańczowe, z chmurami-wymionami leniwie przemieszczającymi się po seledynowym tle. Dłubałam obiad słuchając bardzo długiej wypowiedzi Miecia na temat Netflixowej Lalki słusznie zakładając, że skoro tak szybko pojawił się klip na ten temat, sprawa była dla autora poruszająca. Obiad późny został pochłonięty z przyjemnością.

Elementów halołinowych jest wszędzie coraz więcej, ale umysł odrywa mi się od lokalnego klimatu, przecież nie będzie mnie tu w czasie kulminacji. Przeliczam czas na książki, które da się skończyć przed wylotem. Może trzy?

poniedziałek, 12 października 2026

2491. Zapomniałam ...

... telefonu. Kawa dla męża została zakupiona z wysupłanego bilonu (poetka); w południe Benedykt zniecierpliwiony czekaniem w końcu zadzwonił na numer biurowy, poza tym nieco się niepokoiłam rzadką, ale realną perspektywą zacięcia się pracowniczego emaila (odblokowanie go bez smartfonu byłoby awykonalne, a właśnie dzisiaj działająca poczta miała kluczowe znaczenie). Koniec końców jednak dzień nie taki najgorszy, zastartowałam papiery jedenastu osób, nie bez błędów, ale byłam błyskawiczna w ich naprawianiu (kopię się w kostkę, żeby nie przyzwyczajać góry do dobrego, z drugiej strony, trudno jest się mi opanować we własnej zajebistości ;)). Na koniec dnia jeszcze Kif z Dżajmim się przywlekli poopowiadać, co tam u starych Irlandczyków; nie miałam nawet chwili czasu, żeby poczytać i zająć się głupotami (karygodne!). 

W domu podobnie, najpierw robienie obiadu (wróć, na samym początku odnajduję telefon w szafie z wełnianymi swetrami) i słuchanie nareszcie w spokoju, co Mieciu sądzi o kinowej Lalce, jedzenie, chodzenie po ciemku z myszakami, krótka rozmowa z mamą przez Whatsappa ... jebut! i jest po ósmej. Ziemia kręci się pono coraz szybciej, ale żeby aż tak? 

czwartek, 3 września 2026

2452. Deszcz.

Jeśli kto ciekaw, co robiłam wczoraj wieczorem: wytrząsałam pająka z rękawa szlafroka (duży kątnik w szoku). Oraz skończyłam czytać Nawiedzony dom Woolf (WL, 2022). Rano wyskoczyłam z grubszej gotówki, trzeba było ubezpieczyć samochód = przez najbliższy tydzień chleb i woda. Pod koniec pracy zaś mama zadzwoniła, czyli coś ważnego. I było ważne, przyszedł mandat na polski samochód, Kochany musiał poinformować użytkownika. Na to wszystko cały czas pada deszcz. 

Wcześnie dzisiaj wstaliśmy, zjechaliśmy do domu przed szóstą, resztę dnia spędziliśmy w domu, jedząc, zerkając na ostatni odcinek deserowego czerwca. Skończywszy Woolf z automatu sięgnęłam po następny zbiór opowiadań, tym razem Huellego (inny kaliber, czytam z podobnym zaciekawieniem). Młoda godzina, a ja już mam ochotę wskoczyć pod kołdrę z książką (koty się pospały, za oknem zapada zmrok).
___
edit 20:35 ach Teatru, Scarborough Fair w wykonaniu Folkal Point (byłam na tym moście, mówię Kochanemu, witałam nowy rok kiedyś tam, kiedy to było ;)).

środa, 26 sierpnia 2026

2444. Zmiany.


Kochany zamienił dni w pracy, jechał do miasta dzisiaj zamiast we wtorek, jak zwykle się z nim zabrałam, czyli musiałam wstać trochę wcześniej, budzik wytrącił mnie z głębokiego snu. Na zewnątrz mokro, deszczowo, z kawiarni do biura szurałam pod kapturem nieprzemakalnej kurtki (w poniedziałek tak miło było iść w innej kurtce, rozchełstanej, z frędzlami, z kogutem na głowie, piórem rozpuszczonym, a teraz to: przedpołudniowy listopad w sierpniu). Praca się zagęszcza, dwa spotkania, na jutro w planach kolejne dwa. TPTB zmienili mi grafik wrześniowy. I dobrze, spina oddaliła się w czasie, pomiędzy spotkaniami i emilkami słucham Sapkowskiego.

Po południu radykalna zmiana pogody — przyjemne słonko, na wsi daleki pomruk morza i delikatna mgła pomiędzy budynkami, nierealna, jak wzroku zamglenie. Podczas naszej nieobecności (przyjechaliśmy późno, Kochany godzinę przebijał się przez miasto pod moje biuro) w obejściu stała się magia: niewidzialna ręka naprawiła dziury w płotach, zamontowała brakujące pokrywy do wentylacji, podwiesiła kabel od sieci internetowej, dom wygląda na czysty i zrównoważony. 
 
Lubię chodzić z Bronią pod drzewiaste cyprysiki (wronie drzewa), lubię ich zapach, koty pewnie też, choć dla nich to jeszcze zapachy szczurze i ślady innych przygód dla mnie niedostępnych. Felek, przybłęda rodziców, nie lubi mieć na sobie uprzęży, już się o to pogniewał, tak mi mama zrelacjonowała podczas kociego spaceru. Nasi nowi, młodzi sąsiedzi mają czarnego labradora, ale to nie koniec psich aktualizacji. Są też dwa dogi, jeden w kolorze pustyni, drugi arlekin, wielki jak koń. A my z dwoma kotami chowającymi się przed psami za krawężniki :) Mały wzrusz: podczas kociego spaceru przechodzący chłopiec powiedział na nasz widok: I remember Richard the cat! Obiad po spacerze. Mieciu drugi raz zrobił to samo ciasto, tym razem mu wyszło (nastawienie robi różnicę).

wtorek, 21 lipca 2026

2408. Spowolniona normalizacja.

Głowa ciężka, niedospanie po wczorajszej podróży nadal pogania. Nie mogłam głęboko zasnąć, wybudzałam się w nocy kilkakrotnie.

Kochany walczył na froncie remontowym – pojawili się panowie od kuchenki, bez kuchenki. Z nowym blatem przyjechali, żeby kuchenka, na dzisiaj bytująca tylko w naszej wyobraźni, mogła się zmieścić na miejsce starej, wyraźnie węższej. I dobrze, stary blat świecił historyczną dziurą wypaloną nie wiadomo jak i kiedy.

Ciężkość głowowa nie minęła w czasie pracy. Nadal feel like shite. 

Opchałam się burrito, żeby być gotową na popracowe wędrówki sklepowe z Kochanym. Po powrocie do domu dłuższy spacer z koteczkami. Anne się przywitała, my wróciliśmy, ona rusza w trasę. W głośnikach płyta Kazika Staszewskiego Melodie Kurta Weill'a. Jem croissanta i proszę: mietczynski robi croissanty. Mania wróciła do formy: osikała płyty na najniższej półce pod drukarką. Nawrzeszczałam, trochę się gniewała, ale już wróciła na krzesło i udaje, że spoko.

czwartek, 18 czerwca 2026

2375. Rozleniwiona przez niewiadomoco.

Wydobyłam się z pościeli, poszłam do Kuchniosalonu, po borówki i herbatę. Nie rano, teraz. Zachcianki mam. Z dnia wydarzenia: bezboleśnie odbyłam kolejny audyt. Pogoda dniowa niesamowita, gęste, ciepłe, mokre powietrze, koteczki brodziły w wilgotnej trawie. Po obiedzie coś się mi we łbie rozłączyło, o ósmej padłam na łóżko bez energii, doszłam do siebie dopiero przed kwadransem. Borówki dobre.

Siedzimy w łóżeczku, zajadam borówki, oglądamy z Kochanym jak dekiel odpadł temu misiu i leciał jak ufo (w Moskwie zbiornik stokażowy został trafiony przez drona). Ławrow powiedział, że "Rosja będzie przeprowadzać zmasowane, grupowe ataki na ukraińskie cele". A to już nie przeprowadzają?

Obejrzałam jak mieciowi nie wyszły serniki, to jeszcze zajrzę co tam u Gosi, i dobranoc państwu.

czwartek, 11 czerwca 2026

2368. Śmierć Maksia ...

... jedną z pierwszych wiadomości porannych. Czyli paraliż był zapowiedzią. Piesek chyba naprawdę był starszy niż to oszacował weterynarz sześć lat temu. Tym bardziej wstrząsające, że ktoś go tak zostawił na ulicy, małą, pokracznie dreptającą kulkę. Dobre miał życie przez te kilka lat u moich rodziców. Zaś smutek.

Rano, w samodzielnie zaordynowanej przerwie w pracy, zadzwoniłam do tatki. Poza tematem psim poruszone zostało zagadnienie tracenia rozumu. Coraz trudniej porozumieć się z wujkiem Kazem, w telefonicznych z nim rozmowach pojawiają się co chwilę jakieś wątki oniryczno-histeryczne, zaś ciocia Ksta ogólnie traci zdolność używania telefonu. Tatko się martwi, że teraz jego kolej.

Wróciłam do domu półtorej godziny przed mężem, dosłuchałam do końca Dom Zbrodni Christie (Saga Egmont, 2020), odkryłam, że następny deser czerwcowy jest w robocie, przygotowałam obiad. Jeszcze chwilę pokręciliśmy się w poszukiwaniu Maniowych siuśków i wyszliśmy na spacer. Koteczki poszerzyły dzisiaj swój teren: na lewo doszliśmy z pomocą Anne do wysokich drzew (przyciągnęło nas tam truchło wyjedzonego od środka gołębia), na prawo do trawnika przy drewnianym płocie. Mijały nas trzy duże psy (w tym Lucy), Bronia ofuczała czarno-białą sąsiadkę. I proszę, dziewiąta wieczorem, nadal jasno. Herbata, prysznic, książka.

piątek, 5 czerwca 2026

2362. Piątek piątego.

No. Piękny jest ten świat, rzekłam, gdy o poranku kochany rozsunął rolety. Oczywiście, w międzyczasie się popsiuło (John, Srzedawca Butów, wywróżył mi na przystanku deszczową sobotę), po południu szarość właziła przez okno, szarość ululała mnie do snu tak skutecznie, że nie mogąc się położyć na łóżku w sypialni, bo sajgon, klapnęłam na tapczanie w Kuchniosalonie, zapewne w miejscu starych Maniusiowych siusiek. Trudno, potrzeba wyższa, wielka ciężkość mnie naszła, niewytłumaczalna. Z wydarzeń pracowniczych null, poza wizytą szefowej z którą ucięłyśmy sobie dłuższą rozmowę o kotach (był też temat promocji naszego nie-biznesa w mediach, ale na razie puściłam to drugim uchem, pomyślę o tym w nowym tygodniu). 

W domu obiad mężowski, mieciowy początek deserowego czerwca, o spaniu już wspomniałam. Efekt dzisiejszej wizyty partaczy jest taki, że schowek w którym był piec gazowy może być teraz w całości przejęty na lumpy. Kochany metodycznie przeglądał ubrania, decydował co gdzie położyć, wyciągnął nawet swój płaszcz punkowy z dziurami. 

Hana wieczorem kupuje bilety lotnicze, dużo jest z tym ambarasu, już wiemy, kiedy przylatuje, przynajmniej tyle. Z niepokojem obserwujemy, że młoda wpadła w wir pośpiechu kultywowanego rodzinnie; nadal mocuje się z biletem powrotnym, ale wszystko jest na dobrej drodze.

czwartek, 14 maja 2026

2340. Szybko ...

... minął ten czwartek. Kochany pracował znacznie dłużej, do siódmej, więc po pracy zaraz poszłam na dworzec. Zanim zdążyłam pogadać z kotami, zerknąć jak mieciu gotuje wodzionkę, wybrać z Audioteki kolejną książkę dla ucha (biografia Bronieckiego) i wysłuchać pierwszego rozdziału, obrać kartofle, a już mąż pukał do drzwi. Potem Delizie, contenti w różnych wykonaniach (z powodu Hebiusowych czasoumilaczy) i nagle robi się dziewiąta wieczorem. How come? Za oknem nadal jasno. 

wtorek, 12 maja 2026

2338. Mewi wtorek.

Po południu spotkaliśmy się z Kochanym w polskim sklepie, mąż zdecydował o zakupach, spakowaliśmy torbę do bagażnika i po dopłacie do miejsca parkingowego poszliśmy jeszcze do kawiarni. W kawiarni nawijałam Fredowi o wtorku: w pojedynkę ogarniałam egzamin, odhaczone, choć nie bez wykoślawień (jestem jednak na etapie, gdy takie rzeczy mnie nie martwią). Tak sobie uświadomiłam wczoraj, że kiwanie głową i słuchanie cudzych historii byłoby dla mnie świetną pracą (jak do tego dodać €80-120 za godzinę, doprawdy, dałabym się przekonać do psychodynamicznej).

Domowo życie jak w Madrycie: chodzę z kotami, patrzę w niebo, oglądam archiwalnego miecia robiącego serniki, czytam powieść (trzy, przyjemny płodozmian: Myśliwski, Frołow, wracam do Jarno). Z patrzenia w niebo wynika, że wtorek rano się na taki nie zapowiadał, ale gdy pomiędzy powrotem do domu i obiadem wyszliśmy z koteczkami na dwór, dzień zrobił się zdecydowanie mewi: duże ptaki halsowały malowniczo i przez porównanie czyniły wysiłki gawronów bardzo niezgrabnymi w odbiorze. Wronom obrodziło młodym, ale chyba biedak już nie żyje — kilka dni temu widzieliśmy podlota w trawie, od wczoraj jednak ostrzegawcze pokrakiwania sąsiadów ucichły, co nie jest dobrym zwiastunem (życzyłabym sobie, żeby tymczasowa lokatorka Anne, zapalona myśliwa, wróciła wreszcie do własnego domu).

czwartek, 7 maja 2026

2332-2333. Pod/na/obok (tyle w temacie wozu).

Argrgrghrh ... środowa końcówka pracownicza trochę mnie dojechała. Zajrzałam do Saren, dopytałam się w temacie pewnych problemów technicznych i cóż, znowu coś. Trudno. I to wezmę na klatę. Chyba. Prawdopodobnie. Jakoś. Kochany zabrał mnie do domu, dał obiad, potem wyszliśmy nad morze — a dokładnie doszliśmy do brzegu, rzuciliśmy okiem na mewy, i z powrotem. Zimny wiatr zniechęcał do dalszych przygód. Niewiele więcej ponad to we środę. Szybko wskoczyłam pod kołdrę, bo czułam się niewyraźnie. Noc była długa, pół na pół pokrzepiająca i przerywana potokiem myśli.

Za to myszka Mania czuła się w środowy poranek dobrze, więc odwołałam jej wizytę u weta, bo przecież wiem, jakby to wyglądało: najpierw Maniusiowe zawalenie się świata, po to tylko, żeby ktoś zauważył, że szycie jest suche i proces zabliźniania trwa (wiemy).

W czwartek to samo, tylko, że zdążyłam się oswoić. Coś tam pchnęłam do przodu, coś tam samo się pchnęło. Jeszcze wczoraj, z okazji, że mam ochotę wyjechać do Kisłowodzka, zaczęłam myśleć o wakacjach, nawet określiłam potencjalne daty i zapytałam Anne, czy mogłaby zająć się koteczkami. Niestety, sąsiadka pomóc nie może, funkcjonuje w tym czasie w letnich rozjazdach. Dzisiaj więc miałam zerknąć na opiekunów lub koci hotel (celujemy raczej w opiekunów), miaUam, ale łeb był gdzie indziej.

Kochany zabrał mnie spod pracy i postawił bardzo trudne pytanie: do domu czy na kawę? Lubię takie życiowe rozkminki, po trudnej milisekundzie powiedziałam na kawę ;) Costa; kawa, kanapka na ciepło (mieliśmy na uwadze, że po powrocie do domu, zamiast od razu rzucić się na żarcie, wyprowadzimy koty na pierwszy pooperacyjny spacer).

Na wsi, ledwie wychynęliśmy z samochodu, od razu ucapiła nas Iva w celu przekazania najnowszej sensacji: z domu obok wynoszono sprzęty po Annie, tu podjechali, tam podjechali, i coś tam coś tam ... Iva zdecydowanie lubi grubsze akcje, więc w emeryckim zakątku bez hiperbolizacji ani rusz. A tymczasem w naszym ogródku kwitnie pierwiosnek Viala (jeszcze w sklepowej osłonce). Poprzedni egzemplarz bardzo podobał się Annie, ale zniknął, z tego co pamiętam, po zaledwie jednym sezonie. Fred nie mógł potem nigdzie znaleźć następnego. Dzisiaj znalazł :) Jego widok od razu przywołał mi myśl o zmarłej sąsiadce.

Obiad późny, towarzyszy nam mieciu omawiający Mistrza i Małgorzatę.

niedziela, 3 maja 2026

2328-2329. Sobota z niedzielą.

Przez większość soboty bawiłam się genealogią (byłam skupiona na dwóch miejscach, Majdanie Sieniawskim i Luchowie Górnym; wsie są od siebie oddalone o mniej niż 10 km, ale należą nie tylko do różnych parafii, ale także do innych województw, więc biurokratycznie sytuacja skomplikowana). Skoro zaś ślęczenie przy laptopie, to na końcu marazm. Pewnie dobrze by mi zrobił spacer nad morze, ale gdy się ocknęłam, Kochany już był w drodze do domu; gotowałam obiad słuchając mieciowego streszczenia Odprawy posłów greckich :D, zjedliśmy i szlus, po dniu, na dodatek zaczął padać deszcz ...

Od dawna już nie oglądam regularnie Stacey, ale dzisiaj kliknęłam z ciekawości, przyciągnęła mnie wiadomość o jej dwudziestoleciu na yt.

Rekonwalescencja Broni i Mani przebiega prawidłowo; nasza calico-królewna przez większość dnia próbowała osikać kosz na śmieci, a ja usiłowałam temu zapobiec. Mania dostaje krople przeciwbólowe i uważam, że widać ich działanie: koteczka jest rano w lepszym nastroju, na powrót przy śniadaniu zaczęła się wspinać na moje ramię (siedzi na nim jak mrucząca papużka).

W niedzielę pobudka o siódmej. Mąż był jeszcze w domu, więc mogliśmy razem zmienić podkład pod jedną z kuwet. Rozruch bardzo wolny: mizianie z dziewczynami, przygotowywanie śniadania (zrobiłam sałatkę z tuńczykiem, trochę zeszło), aktualnie kawa pośniadanna. Co by tu jeszcze?
___
edit 14:10 właśnie wróciłam znad morza. Obiektywnie morze chłodne, na samej plaży wiatr, subiektywnie po spacerze roztapiam się z gorąca. Przed wyjściem z domu rozmawiałam z mamą, którą chwaliła się lokalnym rodos: temperatura ponad dwadzieścia stopni, pod tarasem jakaś malizna fruwająca wije gniazdo, Maksiu i Rózia towarzyszą rodzicom porozkładani na trawniku. Z rzeczy nietypowych: wczoraj nad domem rodzice wypatrzyli parę bielików! Orły wróciły dzisiaj, może gdzieś w pobliżu mają kwaterę.

Plany na wieczór same się pojawiły: Kochany zadzwonił z zapytaniem, czy mamy ochotę jechać do Ka&Jot. Mamy, zaiste.
___
edit 00:05 bardzo miłe popołudnie i wieczór. Oczywiście, papiery zrobiłam w stopniu minimalny, coś tam zaplanowałam na wtorek, bardziej mentalnie niż inaczej. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad; u przyjaciół zjawiliśmy się przed ósmą, były ploty przy kawałku apple pie do zielonej herbaty, a na koniec wieczoru zasiedliśmy we czwórkę do Netflixa, żeby obejrzeć Small Things Like These (2024). Byłam już na tym z Kochanym w kinie, na małym ekranie też dobrze się ogląda. 

Do domu, bo myszy czekają. Krople w jedzeniu dla Mańki. Ziew. Jeszcze chwila lub dwie, tak szybko dzisiaj nie zasnę, ale bank holiday, więc nic nie szkodzi.

niedziela, 19 kwietnia 2026

2315. Ach ...

... słońce, wiosna! Od razu rozebrałam pościel i do pralki. Na śniadanie pasta z tuńczykiem i jajkiem. W uchu Los, który dziedziczysz Orvos-Tóth. Po rozmowie z mamą i śniadaniu, o jedenastej wyszłam na godzinny spacer. A tu osiedle ciche bardzo, więcej ptaków niż ludzi, tylko przy samej plaży kilkanaście osób, w kawiarni szemrze radio, morze plumka. Taką piękną torebkę syreny znalazłam:

Na pierwszy rzut oka wyglądała na pełną, ale nie, raja wydostała się na świat, miejmy nadzieję, że szczęśliwie. Zimowe sztormy odsłoniły krokodyle:

Siedziałam chwilę w kamiennym zakątku, chłonęłam atmosferę. Żal wielki, że mąż musiał jechać do pracy. Zgryzota, bo nie mam dobrego kremu z filtrem (chowałam się pod czapką z daszkiem). Gdy byłam w drodze powrotnej, z osiedli zaczęło dobiegać pomrukiwania kosiarek, poza tym jednak bardzo wolne ruchy społeczeństwa, parę osób siedziało w swoich ogródkach, biły dzwony na mszę.

Gdy wychodziłam tulipany Little Princess (jedyne jakie przetrwały ostatnie dwa lata) jeszcze spały, godzinę później rozdziawiły paszcze do słońca:

Znowu pracowałam nad genealogią, tym razem zajrzałam do akt z miejscowości o bałamutnie poetyckiej nazwie Róża. Po powrocie męża z pracy od razu zjedliśmy obiad i wyszliśmy z dziewczynkami na dwór (wystarczy, że znika słońce i na powrót robi się chłodno). Obejrzałam ciekawy odcinek miecia, gdyż jest w nim przepis na gar zupy ogórkowej za 4 zeta. Prysznic, herbata, pościel pachnąca wiatrem (poza kocem, który trzeba było wrzucić do ponownego prania z powodu ptasich kup ;)).

sobota, 21 marca 2026

2285-2286. Przyszła.

Wiosna! Akurat w piątek, gdy kończyłam pracę :) Fred zaparkował Babcią za winklem, wskoczyłam do samochodu: dom czy suszi? Pojechaliśmy do El Paso na suszi. Wyszło pół na pół, skusiłam się na nowość w menu, uramaki ze smażonym łososiem i... nie zjadłam tego, co mi podano. Dobrze, że nie za bardzo byłam głodna, miso smakowało, herbata wystarczyła. Gdyż, na to moje uramaki postanowiono wylać majonez! Upadek cywilizacji blisko. Trudno. Po suszi poszliśmy z Kochanym na spacer do księgarni, a potem wracaliśmy na wieś jadąc wybrzeżem. Ze spaceru do księgarni:

Kochany zadzwonił do Perlistego, też miałam okazję zamienić parę słów, choć już oczy mi się kleiły. Nie mogłam się na niczym skupić, czytanie nie dla mnie, słuchanie tysz (mąż słuchał w Kuchniosalonie płyt różnych). Tak byłam sterana nie wiadomo czym, że nie mogłam zebrać myśli w celu napisania krótkiej notki; wskoczyłam pod kołdrę, chwilę szperałam w Internecie, po czym skuliłam się i usnęłam.

Lichy poziom energii utrzymywał się do dzisiejszego poranka. Chciałam przywitać wschód słońca na plaży, ale nie mogłam się zwlec, stawy spuchnięte, wielki leń, Kochany wstał wcześniej i nakarmił koty. Zebranie się w sobie nastąpiło później, i bardzo dobrze gdyż:





Światło przechodzi człowieka na wskroś, ptaki śpiewają, na pastwiskach pierwsze owieczki.

Wracając z wojaży natknęliśmy się pod El Paso Tesco na Aś. Fred zaparkował Babcię, powitaliśmy dawno niewidzianą przyjaciółkę znienacka oraz towarzyszyliśmy jej do śmierdzącego sklepu. Po spotkaniu wiemy niewiele więcej, wiemy jak wygląda kot (jest dwa razy większy od naszych dziewczynek, po prostu potwór). Też dobrze. 

Wróciliśmy do domu po szóstej. Telefon do mamy (chciałam się dowiedzieć jak tam lipa — panowie skrócili ją o jakieś 5 m); wizyta u Anne (oddałam kasę za kartę SD, umówiłyśmy się na jutro); nadrabiam oglądanie Gosi, która jest akurat w Słupsku, oraz najnowszego miecia. Fajny dzień, gęsty, przejrzysty, pełen przyjemności. 

sobota, 7 marca 2026

2272. Słucham, usuwam, objaśniam.

Jasny Poranek. Wstałam tuż po Kochanym, który powoli przygotowywał się do wyjazdu do miasta. Mogłam więc zobaczyć Mańki powarkiwanie nad wędliną oraz nagłe zainteresowanie się dziewczynek odpalonym teatrem pralkowym.

Zaczęłam słuchać Do latarni morskiej Virginii Woolf. Nie wiem, czy to dobra lektura na teraz, coś mnie skusiło, ale możliwe, że nie dokończę słuchanki przed wyjazdem. Wietrznie, raczej chłodno, słonecznie; opatulona szalikiem wyszłam do ogródka usunąć trochę badyli, obcięłam zeschnięte kwiaty hortensji, pozbyłam się płożących się resztek zeszłorocznego lucyfera (pod jedną ich stertą niepodziewanie zlokalizowałam doniczkę z narcyzami, które usiłowały się przebić do nieba). Przy takiej pracy naszła mnie Iva z Lucy, oczywiście zatrzymała się, bo zatrzymał się pies. Rozmawiałyśmy chwilę o zapowiedzianych remontach, sąsiadka twierdziła, że u niej będą też robili łazienkę. Nie wiem, co o tym myśleć — sąsiadka grubo okadzona marihuaną miewa narracje z mchu i paproci, ale jej wróżba z fusów sprzed roku o kasie na remont sprawdziła się. 

Po powrocie Kochanego i późnym obiedzie zapadłam się w słuchanie miecia streszczającego Lalkę Prusa. Jak to ktoś skomentował pod filmikiem, dorosłość jest wtedy, gdy ogląda się streszczenie Lalki dla przyjemności. Pełna zgoda. Zadzwoniłam do mamy, prawie godzinę snułam luźną pogadankę o bieżących sprawach. I to by było na tyle. Młody czas, ale i tak zaraz wskakuję pod kołdrę z ebookiem. Dobranoc, pchły na noc.

poniedziałek, 2 marca 2026

2267. Przerwa.

Od kilku dni (piątek?) dręczą mnie problemy jelitowe, na początku nic takiego, ale dziś rano jakieś apogeum. Aaaaaaaa … Kochany tymczasem znowu miał swoje badania na wszystkie strony, więc rano jechał na głodniaka do dublińskiego szpitala (zabrałam się z nim do Drołdy).

W czasie przygotowywania obiadu, wysłuchuję Karoliny krytykującej kostiumy w nowej ekranizacji Wichrowych Wzgórz; przerzucam się na mieciową analizę III części Dziadów, i chociaż jest spoko, odczuwam silną potrzebę drzemki. Dietuję dzisiaj, może dlatego spanie pod kotami w Kuchniosalonie tak dobrze mi wychodzi. Budzę się po siódmej i na nic więcej w ten poniedziałek nie mam ochoty.

czwartek, 26 lutego 2026

2263. Okropną ...

... miałam noc, nie mogłam się zrelaksować, odpocząć. Ale nie ja jedna, nawet myszy wstały zaspane. W ciągu dnia ciało jako tako przystosowało się do wyzwania. Jeszcze tylko mój krótki wypad po pracy do Pań Wytrzeszczających (rozmawiałam z Carol) i możemy wracać do domu (gdy wyszłam z Gmachu, Kochany właśnie parkował naprzeciwko). 

Z rzeczy miłych niezwykle: mamy bilety na marcową premierę Rusalki Dvořáka. Ach! Tymczasem, przez nocne niewyspanie wieczorem jestem szybko znużona. Znajduję czas na miecia gotującego za 29,99 oraz na Gosię farbującą sobie brwi, wszystko inne przepływa w oddali (słucham kawalątka Żon nazistów, zaglądam na chwilę do Tokarczuk, ale priorytetem jest sen).

niedziela, 4 stycznia 2026

2209-2210. Czy Irlandia to shih tzu?

W sobotę za drzwiami popłakiwania Maniowe i szurania w kuwecie, więc z wylegiwania się do dziewiątej nici, drogie państwo. Przywieziona z Polski Kocia Guji Shakiso została otworzona (chyba zepsułam Kochanemu napar, ale i tak mąż chwalił kawę, taki ten mój mąż chwalący ;)).

Na dworze szron, słońce przenikające do duszy (gdy głaskałam Bronię, Kochany robiący sobie kolejną kawę odwrócił się do mnie na chwilę i odsłonił okno przez które do oczu wpadł mi dziki promień światła; nosiłam go w sobie przez następny kwadrans).

Przed południem zadzwonił Ka z zaproszeniem na wieczór. Bardzo dobrze, jest okazja, żeby odpakować kolejną płytę dvd. 

Naokoło pory obiadowej zbijaliśmy bąki, obejrzeliśmy przedświąteczne testy tanich bigosów u Miecia, oraz nadrobiłam Gosię ze Szkocji, bo nie śledziłam jej przez jakiś czas.

U przyjaciół, akurat gdy wchodziliśmy, dopadły nas życzenia z Polski (Zbyniu i wszyscy inni zebrali się razem i postanowili zawideować). Po rozmowach przy stole do odtwarzacza zawędrował Strach na wróble (1973) z Hackmanem i Pacino. Nabrałam smaku na filmy z lat 70.

Kwadrans po północy w końcu w łóżku. Kolejna pobudka około dziewiątej rano. Znowu zmotywowały nas myszy. Koty nakarmione, kuwety wyczyszczone, podkład zmieniony, zielona herbata zrobiona, mąż właśnie obudzony nosi Manię na rękach, Dzień dobry w niedzielę :)
___
edit 19:35 Zimno, zimno, zimno, zimno. Po szybkim śniadaniu wyruszamy zygzakiem: jaja z automatu, Lidl, TK Maxx, Costa. W Lidlu znaleźliśmy świeży chleb. W TK Maxxie nie znalazłam małego kalendarza o który mi chodziło. Gdzieniegdzie na wiejskich drogach gołoledź, na innych hojnie wysypana sól daje złudne poczucie, że na zewnątrz jest cieplej niż w rzeczywistości. Gdy w Coście stałam na piętrze czekając na Kochanego z tacą kawowo-ciastkową, jeden gość zaczepił mnie pytaniem czy go przypadkiem nie szukam. Randka z Tindera? :)

Po powrocie do domu lenimy się, czytam, słuchamy Czyżykiewicza płyty Ma chérie, gdy kartofle w garze się pyrlą, a myszy drzemią, jedna na moim krześle, druga w krześle-gnieździe. Po obiedzie skończyłam czytać Childhood Tove Ditlevsen (Penguin, 2019). Po tak pięknej prozie strasznie zrobiłam się głodna wszystkiego i od razu oddałam książkę do biblioteki, żeby móc się ustawić w kolejce po tom trzeci (drugi mam już na liście, może uda mi się go dostać w drugiej części stycznia).

niedziela, 16 listopada 2025

2160-2161. Weekend.

Sobota
Przy śniadaniu obejrzałam najnowszą Gosię testującą indyjskie jedzenie i Miecia zajadającego kryzysowe przepisy część V. W ciągu dnia zaczęłam słuchać audiobooka Całe zdanie nieboszczyka Chmielewskiej. Audiobook długi, na słuchaniu przemknęła mi większość dnia, ostatnią godzinę zostawiłam sobie na jutro, żeby wrócić do Chłopek Kuciel-Frydryszak, które zaczęłam czytać w czytniku. Anne przyszła do nas wieczorem na herbatę, została prawie do dziesiątej. Znowu miałam wrażenie, że sąsiadka jest niedysponowana, tym razem lekko, prawie niezauważalnie, więc nie było to uciążliwe. Zaczynam się zastanawiać na ile to jest jej realny problem :|

Niedziela
Z rana skończyłam słuchać Całe zdanie nieboszczyka. Takie sobie. Myśli potoczyły się w kierunku PRL-u, ersatzów z tamtych czasów, i wyszło tak, że obejrzałam Księcia sezonu (1970) z Wołłejko. Z całą pewnością widziałam go wieki temu (kto by pomyślał, że los zaprowadzi mnie do Miasteczka :)). Pogoda mniej ponura niż wczoraj, ale i tak kolejny dzień spędziłam w domu z myszami. Kochany znowu w pracy. Mieliśmy wieczorem jechać do Ka, ale przyjaciel nieco zmienił plany, więc i my zmieniliśmy swoje.
___
edit 21:00 obejrzeliśmy z Kochanym Do widzenia, do jutra (1960). Dziwny film, widać w nim wpływ „wielkiego świata”, ale na przykurcz wrodzony nic się nie poradzi.

piątek, 7 listopada 2025

2151-2152. Dwa dni w skrócie.

Czwartek
Ach, trochę jaśniej, pogodniej. Po pracy szybko przemieszczamy się do domu. Kochany stawia przede mną obiad makaronowy, pochłaniam go, po czem oddaję się lekturze. Podczas obiadu i później oglądamy długaśny, najnowszy odcinek Miecia o budżetowych przepisach. Siedzę z książką w Kuchniosalonie, więc Bronka ma raj, przechodzi z kolan na kolana (po dwóch dniach skakania po meblach sytuacja wydaje się być unormowana). Późniejszym wieczorem, trochę przez zaskoczenie, bo myślałam, że zostało stron multum, skończyłam czytać Tu byłem. Tony Halik Wlekłego (Agora, 2017)

Piątek
W pracy zwykłe rzeczy, mam neonowe trampki i bryluję. Wychodzę o trzeciej w kierunku polskiego sklepu, gdyż się z mężem byłam umówiłam w tymże miejscu jakże romantycznym (placki ziemniaczane były nam niezbędne, ponieważ Kochany w domu uskutecznił gulasz). Kupiliśmy różne takie, poza tym słodką bułkę, którą zaplanowałam skonsumować w Czarnej. Wróciliśmy do Babci, żeby pozbyć się zakupów i przedłużyć bilet parkingowy, potem udaliśmy się do kawiarni. Deszcz. Bardzo miło. Inauguracja appki. Choinka już mruga lampkami, skarpety na kominku.

W domu około piątej: kotów głaskanie, sików sprawdzanie, kuwet czyszczenie, żwirku wyrzucanie, słowo daję, najpierw obsługa kocóreczek, po pół godzinie mogłam spokojnie usiąść, przebrana i z herbatą, a Kochany wziął się za podanie obiadu. Piątkowy seans domowy: Zagubiona autostrada (1997) Lyncha. Oj, dobre. Rozmawiamy o rzeczach różnych (np. czy Dzikowska mogła być współpracownikiem?); zleciało do teraz, nie wiadomo kiedy.