Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2026

2484. O kruchości.

Była kawusia przed rozpoczęciem pracy (z Kochanym w Pe), była kawusia z Teresą (w Czarnej). Poniedziałek szary, raczej ciepły, chyba owocny (dodałam jeszcze jedną osobę do listy, odpukać), smaczny (mąż zrobił dobry obiad, plus garściami wepchałam w siebie jagody), jak zwykle za krótki (z kotami chodziliśmy o zmroku, pewnie będzie tak coraz częściej). Po spacerze pół godziny rozmawiałam z mamą, o pierdołach, żeby złapać kontakt (jednakowoż Niuniusia jedzie we wtorek do weta, w powietrzu dynda kolejne nieszczęście).

zmiany. zachodzą cały czas
odwieczny ruch rzeczy w tle niepokoi mnie tylko czasami,
dopiero gdy się na tym skupię, pewnie tak jest lepiej, bo inaczej można by oszaleć
od jakiegoś czasu Manisława bierze jedną ze starych zabawek Rysia i spacerując z nią w zębach po Kuchniosalonie zawodzi pieśni
coś nowego, nie wiem, co to znaczy

sobota, 3 października 2026

2482. Sobota w odcinkach.

Gosia umarła w nocy.

Obudziłam się razem z Kochanym i już nie mogłam zasnąć, leżąc w łóżku zaczęłam przeglądać fotki na blogu z początku października zeszłego roku, gdy przewidywałam rychłe odejścia. Maksiu, Maciejek, zaginiony Filemon ... wszyscy pomarli w przeciągu kilku miesięcy,  do tego dwa młodziutkie dyjabły, Bronek i Frania, zupełnie bez sensu (ofiary wiejskich filozofii weterynarza, wg których jak koty są niewychodzące, nie trzeba się spieszyć ze szczepieniem na białaczkę). Potem zerknęłam na facebooka i od razu zadzwoniłam do mamy. Gosia wczoraj odmawiała picia, więc tatko już wiedział, z babcią Manią było tak samo, stwierdził (mówił to poza kadrem, ale czułam, że kiwa przy tym głową; tak, etapy umierania ze starości, kiwałam ja). Psina umarła spokojnie, bez hałasu, więc najpewniej we śnie. Zakończyła się epoka Dziewczynek, tak jak wcześniej ze śmiercią Bobisi skończyła się epoka Koszykarek.

[Dziewczynek było pięć. Tatko sprowadził je z lasu pewnego sierpniowego dnia szesnaście lat temu: sześć kulek (pięć dziewczyn, jeden chłopak) turlało się za dużą matką, którą tatko wiódł na sznurku na którym jakaś kurwa przywiązała ją do drzewa. Lala — najbardziej miękka w dotyku, najbardziej strachliwa, Wala —największa indywidualistka, wolałaby być jedynaczką, wesoła i zgodna Zosia, która po kilku latach stała się nieodłączną towarzyszką gapy Mal(w)inki — dziewczyny o krokodylim pysku, koźle ofiarnym, i Gosia — najszybsza, najwytrwalsza, najdzielniejsza z dzielnych, urodzona przewodniczka stada. Tak było]

Śniadanie i herbata raz dwa (małżonek w tym czasie wybył do pracy), chciałam wyjść nad morze możliwie najwcześniej; spacer energiczny. W osiedlu natknęłam się na zgęzionego Gerarda, który cierpliwie czekał, aż Molly załatwi swoje sprawy. Bo zimno. Pierwszy raz tej jesieni założyłam uszatą czapkę.


Dwie-trzy osoby, kafejka jeszcze zamknięta. Podeszłam do tafli odpływu (woda nadal się cofała), zrobiłam kilka zdjęć, przyjrzałam się fatamorganie Howth i zawróciłam do domu. Wszystko w pół godziny, wróciłam przed dziewiątą. Teraz dopijam kawę. Maniuśka nareszcie się uspokoiła, zasnęła na fotelu obok.
___
edit 11:00 dwóch panów przyszło obejrzeć zakończenie prac remontowych. Wyszłam zapytać, czy w czymś pomóc, oczywiście nie chcieli kontaktu, tylko się szwendali po ogródku. Zaniepokoili tym Manię. Mania to jest naprawdę egzemplarz, kot specjalnej troski, ze spowolnionym rozwojem i lękiem separacyjnym (ostatnio zaczęła się bawić w wyciąganie długopisów z przegródki na biurku ... Bronia robiła to jak miała kilka miesięcy). Wrzuciłam do pralki zasikany przez nią koc i osłonę na szafkę, lary z penatami już się wyprały, koc zaraz rozwieszę w ogródku. 
___
edit 19:30 


Piękny dzień; niefortunnie się zdarzyło, że właśnie wypadł weekend w którym Kochany pracuje. Przeszłam się po wsi jeszcze raz, tym razem do rzeźnika rodzinnego, bo już dawno nie jedliśmy dobrego steka. Miałam kaprys posiedzieć w ogrodzie, ale tylko na moment wyciągnęłam matę; gdy ją zwijałam w osiedle powoli wsączał się zapach obornika, który rozkwitł na dobre późniejszym popołudniem. Dosłuchałam trzecią część Uwikłanych. W czasie kociego spaceru po obiedzie dowiedzieliśmy się od Ivy, że Gerwazy zrezygnował z przeprowadzki do pustego domu po Annie (czyli jednak miał pod kopułą nie halo bardziej niż to wyglądało na jeden rzut oka). Zapukałam na chwilę do Anne, obie widziałyśmy tego biednego kota przejechanego wczoraj rano w niebezpiecznym punkcie, gdzie zginęli Rysio i Ukrainiec. Zauważyłam, że Lalka z Dorocińskim będzie w następny weekend blisko nas. 
___
edit 20:50 Prezent w wigilię urodzin: piękne wydanie Alicji w Krainie Czarów.

środa, 30 września 2026

2479. Ostatni dzień września.

Wczoraj punkt dziewiąta zgasło światło, leżeliśmy w ciemności nasłuchując pomrukiwań wiatru; cywilizacja powróciła półtorej godziny później. W takich sytuacjach widać, który kot jest zrównoważony psychicznie: Bronia wydeptała gniazdko w moim fotelu, próbowała spać, Maniuśka tuptała po Kuchniosalonie i przeżywała, rano oczywiście dwie kałuże sików.

W konsekwencji decyzji na górze dzień pracowy spokojny, Szefowa wpadła sprawdzić, czy mam klepki po kolei. Uspokoiłam ją, w końcu nie trzeba się dzielić przemyśleniami z każdym, kto pyta. Środa po sztormie raczej pogodna. Trochę się rozkleiłam motywacyjnie, wynudziłam, próbowałam nawet słuchać Hrabala, ale po godzinie stwierdziłam, że bez przesady, nie mam teraz nastroju na kolejny mocny tekst, za gęsto. Żeby trochę rozrzedzić, skupiam się tylko na miłych sprawach: pisanie, jedzenie, ćwiczenie, wizualizacja październikowego wyjazdu (rozmawiałam z mamą, kminię o podróży pociągiem). Kochany zawziął się na wnękę po bojlerze, zamontował dodatkowy drążek na wieszaki.

Wrzesień wyglądał inaczej niż się spodziewałam, niby na pusto, a trochę stresu. Nadal było dość ciepło. Utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę dbać o rozwój, bo gdy robię komfortowe rzeczy (czyt. poniżej moich możliwości) po prostu głupieję. Diagnozy zdrowotne przesunęły się na październik.

niedziela, 23 sierpnia 2026

2441. Sierpniowa nostalgia.

Wczoraj nie chciało się mi już dopisywać, że szybko przeczytałam So Late in the Day Keegan. Niezłe, za krótkie jednak na osobną książkę, tak myślę.

Przy robieniu śniadania przypomniałam sobie nową zabawkę na MyHeritage: analizowanie haplogrupy Y-DNA. Spędziłam nad tym trochę trochę czasu i nawet zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać mapy wędrówek. Łazęga genealogiczna trwała z przerwami do końca dnia. Zadumałam się nad potencjalnym nieślubnym dzieckiem prapradziadka Szczepana (u tatki w wynikach testów DNA pojawiła się bliska kuzynka, kobieta, której dziadek wg aktu urodzenia pozostaje nieznany; mała miejscowość, możliwych kandydatów z naszymi genami nie aż tak chyba wiele; zastanawiam się czy napisać do właścicielki drzewa, czy interesują ją takie zamierzchłości). Nie wiem jak tam z pradziadkiem, ale dziadek Józef też miał nieślubną córkę, brat tatki również, widać takie geny. 

Midsomer Murders 25.04, całkiem sympatycznie tym razem, mało zgrzytów.

Moje półroczne doświadczenie z wyszukiwarką Qwant nie jest szczególnie ekscytujące. Postanowiłam reaktywować się na Firefoxie, z czystej ciekawości jak Internet wygląda z innej perspektywy.

Popołudniowe szmery za uchylonym oknem zachęciły mnie do spaceru

dziwny mam nastrój dzisiaj, przechadzka w jakiś sposób współgrała
przy wsiowej plaży był open day, tłum kręcił się wokół łodzi
zignorowałam wydarzenie, poszłam na plażę

bardzo daleki odpływ, na horyzoncie fatamorgana Howth
mały pies przebiegający obok mnie jak strzała, przeszczęśliwy
pan grający z dwoma synami w hurling

w drodze powrotnej duże ilości szpaków zbierających się w zimowe stada
Gronja sprzątała niewielki ogródek przed swoją strzechą
kobieta (spod kasku łopoczą siwe włosy) śmigała czymś w rodzaju velomobilu
oraz druga pani, z pieskiem na smyczy, maszerowała w zawadiackim kapeluszu

przyniosłam w kieszeni kamień, prawdopodobnie skamieniałość

(Maniusia osiągnęła kolejny etap rozwoju: po wielotygodniowej obserwacji Broni zaczęła się bawić myszą na sznurku; chodziliśmy z Kochanym wokół domu, słońce przygrzewało jesiennie, tęsknota się nasilała)

piątek, 21 sierpnia 2026

2439. Sensacje & bobki.

Ziąb. W mieście o poranku odczuwalne około 5 stopni. W perspektywie miałam grzebanie się we wczorajszych papierach, układanie ich do folderu w zupełnie innej kolejności, bo takie są życzenia TPTB, więc ... najpierw zaprosiłam Kochanego na kawę ;) Na tej to kawie zerknęłam do gazety lokalnej, dowiedziałam się (za) ile to ostatnio przejęto narkotyków w naszym hrabstwie (jak zwykle skitranych gdzieś po kantrysajdzie) oraz że w porównaniu ze średnią krajową miasto ma dwa razy więcej nielegalnych fajek w obrocie. Fascynujące.


Zadzwoniłam do tatki, odebrała mama (zapomniałam, że zrobiła sobie dwa tygodnie urlopu); potwierdziło się, że Filemon nie wrócił i pewnie już nie wróci, mama uważa, że zabił go sąsiad z naprzeciwka, miastowy z nową odkrytą pasją do sadzenia pomidorów. Może tak, albo i nie, pewności nie ma; wiadomo, że Filemon mu przeszkadzał, zachodził na jego działkę. Tatko przestał się odzywać do sąsiada.

Kryptonim Maks z peerelowskiego teatru sensacji (1969), Karewicz, Englert, Horowianka :D Taki mam stan umysłu pod wieczór ... Kochany poszedł spać przed dziewiąta, bo czuł się tak sobie, a jutro musi do pracy. Siedzę z koteczkami w Kuchniosalonie — dziewczyny tropią przetrącone muchy, podczas gdy oglądam zdjęcia kup drobnych ssaków w celach porównawczych. Gdyż dochodzenie w sprawie bobków continues ... otóż hipotezę mam, że odwiedza nas zając: jego bobki też są okrągłe, zające jednak nie tworzą stałych grup i nie kopią nor, więc łatwiej przegapić ich wizyty. Siedzę, czytam o cekotrofii, panna Maniuśka zajęła krzesło obok i pozuje:

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

2435. Za pięć dwunasta.

W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E

Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.

Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).

Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

2428. Schody.

ten tydzień będzie trudniejszy, zaczynają się schody,
audyt finansowy, rekrutacja, nudy społeczne,
a mnie od rana bolą stawy w dłoniach.

w środku dnia kończę Wbrew regułom Hjorth (PI, 2014).

Kochany tymczasem w domu, uspokajał koteczki, gdyż grzebacze przyszli
zamontowali nowy wyciąg kuchenny (alleluja) oraz inne ustrojstwa wentylacyjne
teraz mamy czekać na magika elektryka (wyciąg już chodzi, Krisowy patent nie do zdarcia)

wyciąg nastroił mnie bardzo pozytywnie do świata
już mi się chce dziury w ścianie łatać, malować i upiększać

kotecki:


poniedziałek, 27 lipca 2026

2414. Ostatni poniedziałek lipca.

sen miałam, że zaproponowano mi nową pracę

start wolny, milczący, krem wklepuję, koty karmię
przed śniadaniem wrzucam na czytnik dwa ebooki z biblioteki
i ostatnią Hjorth po polsku, zachomikowaną w wymiętym pedeefie

pracowo jedna pożyteczna rzecz: fachowy papier wysłany
z pomocą Benkową
czyli w nagrodę kawa / dobry początek tygodnia

Maniusia znowu ma coś na pyszczku (górna warga spuchnięta)
nasz special cat

pogoda jak wczoraj, szaro, duszno
pachnie mdlejącą trawą, ziołami, nawet teraz, pod wieczór brzęczący samolotami sekretnie unoszonymi w inny świat

wtorek, 21 lipca 2026

2408. Spowolniona normalizacja.

Głowa ciężka, niedospanie po wczorajszej podróży nadal pogania. Nie mogłam głęboko zasnąć, wybudzałam się w nocy kilkakrotnie.

Kochany walczył na froncie remontowym – pojawili się panowie od kuchenki, bez kuchenki. Z nowym blatem przyjechali, żeby kuchenka, na dzisiaj bytująca tylko w naszej wyobraźni, mogła się zmieścić na miejsce starej, wyraźnie węższej. I dobrze, stary blat świecił historyczną dziurą wypaloną nie wiadomo jak i kiedy.

Ciężkość głowowa nie minęła w czasie pracy. Nadal feel like shite. 

Opchałam się burrito, żeby być gotową na popracowe wędrówki sklepowe z Kochanym. Po powrocie do domu dłuższy spacer z koteczkami. Anne się przywitała, my wróciliśmy, ona rusza w trasę. W głośnikach płyta Kazika Staszewskiego Melodie Kurta Weill'a. Jem croissanta i proszę: mietczynski robi croissanty. Mania wróciła do formy: osikała płyty na najniższej półce pod drukarką. Nawrzeszczałam, trochę się gniewała, ale już wróciła na krzesło i udaje, że spoko.

niedziela, 5 lipca 2026

2392. Pakowanie.

Nasze koteczki są jedyne w swoim rodzaju. Bronka ma już spojrzenie dorosłej damy, z chudej łasiczki zmieniła się nie wiedzieć kiedy w zwartego kota. Maniuśka za to ciągle robi miny małego głuptasa. Dzisiaj były noski z lokatorką Anne — tylko Mania się odważyła, ze strony Bronki było wrogie zainteresowanie.

Jesteśmy jedną nogą w podróży. Wykaraskaliśmy z szafy dużą walizkę, sprawdzamy prognozy pogody. Nie mieliśmy dzisiaj w planach obiadu poza domem, ale Ka zapytał, czy zamierzamy wpaść do suszarni i się okazało, że zamierzamy ;) Spotkaliśmy się z przyjaciółmi i narybkiem, potem jeszcze zajechaliśmy do nich na kawę i ciastko, ogólnie od drugiej do piątej byliśmy poza domem, potem trzeba było wyjść z koteczkami i tak jakoś szybko się ta niedziela rozlazła po kościach. Grzebanie w ciasnych szafach sprzyja odkryciom, wydłubuję rzeczy o których zapomniałam, że je mam. Kochany już odetchnął, z Haną jest normalna rozmowa organizacyjna. Wyjaśniła się też kwestia noclegu poza domem na czas, gdy małą przestrzeń będziemy musieli dzielić z gościnią (będziemy chwilowymi miastowymi, przyjemna sytuacja). Ziew. Jeszcze gadamy, ale pora spać.

środa, 1 lipca 2026

2388. Środek tygodnia.

Nie zrobiłam do końca papierów, wybaczam sobie.

Podróże autobusowe przyczyniły się do dobrego nastroju. Jechałam do miasta w towarzystwie Anity, dzięki ploteczkom dowiedziałam się w końcu jak ma na imię mama Humphreya, gdzie pracuje oraz jak tam w jej życiu prywatnym :D Zapoznałam się również z historią cmentarną z ostatniego weekendu: wielu żałowało, że musieli iść na blessings of graves zamiast oglądać mecz lokalnej drużyny. No i proszę, ktoś z tłumu w czasie poważnych obchodów krzyknął we won!!! (drużyna pierwszy raz od 1957 weszła do półfinałów) i ludzie na cmentarzu zawrzasnęli radośnie. Taka to irlandzka religijność :)

Mamy nowe okna i drzwi. Panowie rozstawili też rusztowanie przy dwóch ścianach. Przy okazji złamali kordylinę rosnącą tuż przy ścianie domu Anny, nie dało się inaczej. Drzwi są inaczej skonstruowane niż poprzednie i o to chodziło (nie zatrzaskują się automatycznie, a otwór na listy nareszcie ma osłonę od deszczu).

Rano zamówiłam w Pe sconesa z masłem i dżemem, usiadłam i zjadłam. Po południu rozglądałam się na dworcu, aż zauważyłam Lokalnego Geja i Siwą przycupniętych na murku, od razu podeszłam do my people. Irlandyzacja jest procesem powolnym, ale nieuniknionym.
___

22:25 dopiero po rozmowie z Anne przypomniałam sobie, żeby zapisać: Kochany był tego dnia bardzo dzielny, siedział z kotami w samochodzie, gdy sprawna grupa wybebeszała okna. Mania zby długo zamknięta w kontenerku zsikała się z nerwów.

środa, 17 czerwca 2026

2374. Rozleniwiona przez cukry.

Pochmurno, od czasu do czasu niebo grozi deszczem, popołudnie przyjemnie ciepłe. W drodze do domu zatrzymaliśmy się na chwilę w Termon, żeby kupić coś na obiad i deser. Przed obiadem podanym przez męża zdołałam jeszcze dokończyć czytanie Pięknych dwudziestoletnich Hłaski (Agora, 2014). Między obiad i deser wcisnęliśmy spacer z koteczkami (osiąg Mańkowy: skok z płotu na dach szopki, a następnie dzielny zeskok na dół z szopki owej), po deserze nastąpiła dłuższa rozmowa telefoniczna z mamą (jako pretekstu użyłam samochodu, ale tematyka i tak zeszła na politykę i ostatnie wyczyny prostaka Bąkiewicza; rodzice wypełniają sobie smutek po Maksiu frustracją na istnienie idiotów, nie wiem, czy to dobrze). Wzrost poziomu cukru mnie pokonał, rozleniwił, spacer nad morze został odwołany :) Od zeszłego tygodnia mam ochotę na wykopki kina europejskiego, ale film który mam na myśli ponownie zostawiam na później. Dzisiaj tylko książki.

sobota, 6 czerwca 2026

2363. Sobota szóstego.

Pogoda fujowa od samego początku (jesteśmy w chmurze lub pod chmurą), za to dzień spokojny, czuły, mile zaczęty — po nakarmieniu kotełków zrobiłam Kochanemu kawę, sobie herbatę i zalegliśmy w łóżku do późna, mąż komentując w sieci sprawy bieżące, ja z książką. Śniadanie było szybkie, dość nijakie, ale trzeba było zjeść przed wyjazdem do miasta, żeby na głodniaka nie podejmować głupich decyzji. Musieliśmy kupić coś na obiady, więc Lidl, Tesco, Costa, potem przejazd do innej części Drołdy i szukanie nowej szafki do łazienki, na razie z marnym skutkiem. Za to mamy na oku odpowiednią lodówkę, nieduży, czarny Indesit (po prawdzie najbardziej przekonuje mnie kolor). W drodze, manewrując między regałami, natknęliśmy się na McSeana bez brody!

Po drugiej byliśmy w domu, na obiad ugotowałam kartoffeln dla siebie i słodkie ziemniaki dla Kochanego (w cajun, czyli dla mnie raczej za ostre), jaja sadzone, pieczarki smażone z cukinią. Po obiedzie Fred zaraz się położył, bolały go zatoki.

Kochany w sypialni, ja z kotełkami słuchamy Peszków. Naku*wiam zen kończę późniejszym wieczorem. I super, wracam do papieru. 

wtorek, 2 czerwca 2026

2359. Wtorek po bank holiday jak poniedziałek.

Tatko zadzwonił rano złożyć zaległe życzenia dzieciom. Przy okazji szczerze ocenił, że nienawidzi się starzeć. Wczoraj gorzej się czuł, więcej spał, na zasadzie naczyń połączonych mama również (dlatego nie mogłam się do niej dodzwonić; mama w poniedziałek rano przesłała nam życzenia na FB).

W naszym ogródku panowie od remontu zdeponowali pompę ciepła. Leży to to w kartonach, deszcz na to to pada. O sytuacji poinformowała nas Anne (sąsiadka napisała do nas na Messengerze zawiadomiona telefonicznie przez Katlin — sąsiedzka grupa wsparcia nadal działa).

Jechałam na samych słodyczach, byłam zajęta albo przy tablicy (wzmożona czujność po piątkowym kryzysie), albo przy arkuszu kalkulacyjnym, i nie miałam okazji zjeść nic zdrowego, krłasancik z kawusią, ciasto marchewkowe z Pe. Przed przyjazdem Kochanego udałam się do polskiego sklepu, tutaj też gotowce: dla mnie krokiety, dla męża pierogi ruskie. Taki dzień bez siły. 

Przelotne deszcze, w związku z którymi obserwuję różnice między koteczkami: Mańka brnie przez mokrą trawę, skacze, popiskuje z radości, łapy ufaflunione zupełnie jej nie przeszkadzają, za to Bronia na początku spaceru zatrzymała się w progu i spojrzała na mnie: ale musimy razem? wyszła z ociąganiem, stawiała łapki ostrożnie, trzy razy zawracała do sypialni, w końcu wróciła do Kuchniosalonu, podjadła chrupek, umyła brzuszek i orzekła, że nie obchodzi ją, że Mańka dalej na spacerze, bo ona jest zdegustowana i musi odpocząć.

Po prysznicu skończyłam czytać Światłoczułość "Jarno" (WL, 2024). Siedzimy z Kochanym w Kuchniosalonie i słuchamy dobrego starego Eltona, płyty Empty Sky (1969). Nawadniam się, ziewam, klikam, piszę.

niedziela, 10 maja 2026

2335-2336. Przelotem przez weekend.

Sobotę rozpoczęłam od skrolowania w telefonie, bardzo brzydka sytuacja, obiecuję sobie poprawę. Po obiedzie wyjeżdżaliśmy na Dublin, więc dzień rozpadał się na dwie części. Rano szum pralki, kocie posapywanie przez sen, lektura (mąż pisze), przeleciałam się na szmacie w Kuchniosalonie, w tym czasie mąż wyprowadzał koty — Manisławę znowu coś użarło w puchatą łapulkę, łapulka spuchła, ale będziem żyli.

Po obiedzie miałam lekkie załamanie nerwowe, gdyż nie miałam się w co ubrać. Na tę okoliczność Kochany nawet zawracał z trasy, ponieważ spódnica zrobiła się na mnie czegoś niewygodna i trzeba było mi zarzucić na siebie coś innego (mąż Kochany, nomen omen, okiem nie mrugnął).

Do wydarzenia pozostało sporo czasu, pojechaliśmy na Cork St do Flower & Bean, wzięłam herbatę na poprawę trawienia, a skoro trawienie w planach miało się mi poprawić, zjadłam również ciastko cytrynowo-truskawkowe :D Nie żałuję.




Ostatnia fotka już z "gdzie indziej", bo przejechaliśmy pod Bord Gáis Theatre i wstąpiliśmy do Caffè Nero. Tak sobie tam siedzieliśmy przy herbatach w papierowych kubkach prawie do siódmej, poczem spokojnie przemieściliśmy się pod teatr. W teatrze leciała Melissa Hamilton's Ballet Star Gala, z Melissą Hamilton oczywiście, ale byli też inni tańczący, których nazwisk nie zanotowałam, oraz sopran, Rachel Croash.

W niedzielę pobudka późniejsza, bo położyliśmy się spać po północy. Na śniadanie dojadam wczorajszy ryż z pieczarkami (zwyczajowo, wbijam jajko i podsmażam na maśle). Kręciliśmy się po domu niepewni, na co mamy ochotę (w międzyczasie kolejne pranie zaczęło powiewać w ogródku z tyłu domu), Ka zadzwonił z historią i trochę zeszło nam na rozmowie telefonicznej. W końcu mąż zaproponował spacer "do obiadu". Wyszliśmy nad morze wczesnym popołudniem, na początku odczucie chłodu wzmagane wiatrem, w drodze rozeszło się po kościach, zaś w oku aparatu jak zwykle czyste piękno. Widziałam jeden dupelec śmigającego kłólika, ale miałam tylko aparat w telefonie, czyli z podglądactwa nici.


Jeszcze na ulicy Nadbrzeżnej spotkaliśmy Anne, która wracała do domu po zrobieniu większego kółka (przystanek, rozmowa). Naokoło Głowy szliśmy już z wieloma osobami przed i za, więc domyślałam się, że po dojściu do portu na rybę z frytkami będziemy musieli poczekać ... nie myliłam się: gdy się pojawiliśmy, kolejka właśnie się wysycała, czekaliśmy w ogonku około pół godziny, ale to i tak nic w porównaniu z osobami stojącymi za nami (kolejka do tej pory prosta zaczęła się zawijać w świński ogonek). Chłodny wiatr na szczęście zmienił kierunek i obiad z widokiem mieliśmy przyjemny (głodni jedliśmy w milczeniu, w tym miejscu co zawsze, na ławce zorientowanej na Góry Mourne). Po otarciu pyszczków spacer na chatę odbył się asfaltem — wąska droga prowadząca do portu nie ma pobocza, tymczasem w porze obiadowej coraz więcej ludzi wpadło na ten sam pomysł, pojechania na najlepszą rybę z frytkami w regionie, więc ciągle przystawaliśmy, żeby umożliwić samochodom mijanki. W domu o czwartej, wiadomo: koty na chwilę na smycz, płyny, odsapki. Kochany po odpoczynku zapragnął zrobić kilka dziur w ogródku i z zapałem zabrał się za kopanie w zieleni przed domem. Zrobiłam mu zieloną herbatę i zaniosłam (właśnie wysadza z doniczki Vialę), sama idę zrelaksować się po prysznicem.
___
edit po pracy dnia następnego: rano Kochany przypomniał mi, że w Dublinie, gdy przemieszczaliśmy się pomiędzy kawiarnią i teatrem, dwóch chłopaków na jego oczach ukradło siodełko roweru.

czwartek, 7 maja 2026

2332-2333. Pod/na/obok (tyle w temacie wozu).

Argrgrghrh ... środowa końcówka pracownicza trochę mnie dojechała. Zajrzałam do Saren, dopytałam się w temacie pewnych problemów technicznych i cóż, znowu coś. Trudno. I to wezmę na klatę. Chyba. Prawdopodobnie. Jakoś. Kochany zabrał mnie do domu, dał obiad, potem wyszliśmy nad morze — a dokładnie doszliśmy do brzegu, rzuciliśmy okiem na mewy, i z powrotem. Zimny wiatr zniechęcał do dalszych przygód. Niewiele więcej ponad to we środę. Szybko wskoczyłam pod kołdrę, bo czułam się niewyraźnie. Noc była długa, pół na pół pokrzepiająca i przerywana potokiem myśli.

Za to myszka Mania czuła się w środowy poranek dobrze, więc odwołałam jej wizytę u weta, bo przecież wiem, jakby to wyglądało: najpierw Maniusiowe zawalenie się świata, po to tylko, żeby ktoś zauważył, że szycie jest suche i proces zabliźniania trwa (wiemy).

W czwartek to samo, tylko, że zdążyłam się oswoić. Coś tam pchnęłam do przodu, coś tam samo się pchnęło. Jeszcze wczoraj, z okazji, że mam ochotę wyjechać do Kisłowodzka, zaczęłam myśleć o wakacjach, nawet określiłam potencjalne daty i zapytałam Anne, czy mogłaby zająć się koteczkami. Niestety, sąsiadka pomóc nie może, funkcjonuje w tym czasie w letnich rozjazdach. Dzisiaj więc miałam zerknąć na opiekunów lub koci hotel (celujemy raczej w opiekunów), miaUam, ale łeb był gdzie indziej.

Kochany zabrał mnie spod pracy i postawił bardzo trudne pytanie: do domu czy na kawę? Lubię takie życiowe rozkminki, po trudnej milisekundzie powiedziałam na kawę ;) Costa; kawa, kanapka na ciepło (mieliśmy na uwadze, że po powrocie do domu, zamiast od razu rzucić się na żarcie, wyprowadzimy koty na pierwszy pooperacyjny spacer).

Na wsi, ledwie wychynęliśmy z samochodu, od razu ucapiła nas Iva w celu przekazania najnowszej sensacji: z domu obok wynoszono sprzęty po Annie, tu podjechali, tam podjechali, i coś tam coś tam ... Iva zdecydowanie lubi grubsze akcje, więc w emeryckim zakątku bez hiperbolizacji ani rusz. A tymczasem w naszym ogródku kwitnie pierwiosnek Viala (jeszcze w sklepowej osłonce). Poprzedni egzemplarz bardzo podobał się Annie, ale zniknął, z tego co pamiętam, po zaledwie jednym sezonie. Fred nie mógł potem nigdzie znaleźć następnego. Dzisiaj znalazł :) Jego widok od razu przywołał mi myśl o zmarłej sąsiadce.

Obiad późny, towarzyszy nam mieciu omawiający Mistrza i Małgorzatę.

niedziela, 3 maja 2026

2328-2329. Sobota z niedzielą.

Przez większość soboty bawiłam się genealogią (byłam skupiona na dwóch miejscach, Majdanie Sieniawskim i Luchowie Górnym; wsie są od siebie oddalone o mniej niż 10 km, ale należą nie tylko do różnych parafii, ale także do innych województw, więc biurokratycznie sytuacja skomplikowana). Skoro zaś ślęczenie przy laptopie, to na końcu marazm. Pewnie dobrze by mi zrobił spacer nad morze, ale gdy się ocknęłam, Kochany już był w drodze do domu; gotowałam obiad słuchając mieciowego streszczenia Odprawy posłów greckich :D, zjedliśmy i szlus, po dniu, na dodatek zaczął padać deszcz ...

Od dawna już nie oglądam regularnie Stacey, ale dzisiaj kliknęłam z ciekawości, przyciągnęła mnie wiadomość o jej dwudziestoleciu na yt.

Rekonwalescencja Broni i Mani przebiega prawidłowo; nasza calico-królewna przez większość dnia próbowała osikać kosz na śmieci, a ja usiłowałam temu zapobiec. Mania dostaje krople przeciwbólowe i uważam, że widać ich działanie: koteczka jest rano w lepszym nastroju, na powrót przy śniadaniu zaczęła się wspinać na moje ramię (siedzi na nim jak mrucząca papużka).

W niedzielę pobudka o siódmej. Mąż był jeszcze w domu, więc mogliśmy razem zmienić podkład pod jedną z kuwet. Rozruch bardzo wolny: mizianie z dziewczynami, przygotowywanie śniadania (zrobiłam sałatkę z tuńczykiem, trochę zeszło), aktualnie kawa pośniadanna. Co by tu jeszcze?
___
edit 14:10 właśnie wróciłam znad morza. Obiektywnie morze chłodne, na samej plaży wiatr, subiektywnie po spacerze roztapiam się z gorąca. Przed wyjściem z domu rozmawiałam z mamą, którą chwaliła się lokalnym rodos: temperatura ponad dwadzieścia stopni, pod tarasem jakaś malizna fruwająca wije gniazdo, Maksiu i Rózia towarzyszą rodzicom porozkładani na trawniku. Z rzeczy nietypowych: wczoraj nad domem rodzice wypatrzyli parę bielików! Orły wróciły dzisiaj, może gdzieś w pobliżu mają kwaterę.

Plany na wieczór same się pojawiły: Kochany zadzwonił z zapytaniem, czy mamy ochotę jechać do Ka&Jot. Mamy, zaiste.
___
edit 00:05 bardzo miłe popołudnie i wieczór. Oczywiście, papiery zrobiłam w stopniu minimalny, coś tam zaplanowałam na wtorek, bardziej mentalnie niż inaczej. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad; u przyjaciół zjawiliśmy się przed ósmą, były ploty przy kawałku apple pie do zielonej herbaty, a na koniec wieczoru zasiedliśmy we czwórkę do Netflixa, żeby obejrzeć Small Things Like These (2024). Byłam już na tym z Kochanym w kinie, na małym ekranie też dobrze się ogląda. 

Do domu, bo myszy czekają. Krople w jedzeniu dla Mańki. Ziew. Jeszcze chwila lub dwie, tak szybko dzisiaj nie zasnę, ale bank holiday, więc nic nie szkodzi.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

2323. Początek tygodnia ...

... mieliśmy raczej nerwowy. Wsiadamy do auta gotowi lecieć do weta, a tu cisza ... akumulator padł. Fred (po chwili deliberacji nad Babcią) poszedł zapukać do drzwi Katlin (ósma rano, mind you), ale najwyraźniej byliśmy wcześniej obserwowani — Majkel już się ubierał, wyciągnął sprzęt, akcja ratunkowa nie zajęła starszemu panu więcej niż pięć minut. Zabawny jest ten bezustanny sąsiedzki nadzór (zupełnie mi to nie przeszkadza, fajnie, że kogoś obchodzi, co się u nas dzieje).

A potem niepokój, bo nie dzwonią i nie dzwonią, aż sama po pierwszej zadzwoniłam, czy z Manią wszystko w porządku. Mania także w swojej reakcji na anestetyki jest inna od Broni. Dziewczyny mają po prostu absolutnie wszystko inaczej. O ile Bronce najbardziej przeszkadzał kołnierz, Mańka dostała jasia wędrowniczka: oczy jak spodki od szklanek, miauczenie jej się zepsuło, za to kociczka gdy tylko wyszła z kontenerka, zaczęła chodzić i nie mogła przestać. Szwy są brzydkie, zrobione po cecholsku, otoczone zaschniętą krwią.

Pracowniczo nie najgorzej. Znowu obeszłam trochę miasta, odzyskałam jakieś tam pozory kontroli, aczkolwiek mam serdecznie dość kilku osób nadzorowanych. Maniedość objawia się u mnie tak, że pragnę rysować, robić zdjęcia wyłącznie artystyczne oraz lepić garnki ... (oczywiście tego nie robię [tylko zerkam na fotki przez Grynberga uczynione, skoro już słucham jego opowieści szpitalnej], co najwyżej wracam do domu, smażę morszczuka albo wycieram stare siuśki z podłogi). Pogoda dziwna, pomiędzy wiosennym ciepłem, a letnią burzą. Na głowie pork pie, dwustronny płaszcz, dzwony, cichostępy.

Jeeves and Wooster 1.5. Rozmowa z mamą, kotów okazanie.

piątek, 17 kwietnia 2026

2313. Odłączenie.

Nie pamiętam, o czym miałam napisać. Na pewno byłam w pracy (i tatko zadzwonił wcześnie rano, zanim wyruszyliśmy do miasta, chciał coś powiedzieć o wujku Freda). Rządziłam i dzieliłam. Potem udałam się do Dunnesa w Szkocie, ponieważ musiałam porozmawiać z kobietą o imieniu Tracy (nie wiedziałam, że to Tracy, miałam wrażenie, że chodzi o Shane'a). Porozmawiałam, sprawa została załatwiona, po drodze napotkałam wśród regałów Anitę; się wyjaśniło, czemu jej ostatnio nie widujemy jak płynie przez osiedle ze swoimi psami: jeszcze w zeszłym roku operowali jej kręgosłup. Anita przelewając się przez wózek z zakupami opowiedziała mi swoją część i zapytała o moją (jak się koty, mianowicie, nazywają). 

Po powrocie do domu rytualny spacer z kotami (Mańka biegała jak szalona i nawoływała chłopaków), rozmowa z Anne, która właśnie wróciła ze spaceru, słuchanie kryminału, który się przyjemnie rozkręcił i ... światło mi zgasło. Nagle poczułam, że muszę się położyć, a gdy wstałam (dokładniej, gdy mąż mnie zbudził), było przed dziewiątą, za późno na obiad, czy wyjście do sklepu, żeby dokupić makaron. Mimo wszystko, mąż zaczął pichcić, z makaronu zrobiły się kartofle, powoli wydobywam się z mgły mózgowej (Kochany wcześniej nie mógł mnie obudzić, bo godzinami siedział pod kotem — Mania przestaje żałośnie miauczeć tylko wtedy, gdy nosi się ją na rękach, czyli w domu mamy cyrk; panna Bronisława albo coś demoluje, albo siedzi pod samym sufitem i obserwuje sytuację, co mnie wcale nie dziwi). Chyba jestem chora, nie wiem na razie na co. Zaraz będzie obiad.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

2309. Nowy tydzień za płoty.

Ładnie zaczął się ten poniedziałek, przynajmniej pogodowo, bo rano miałam pobranie krwi i musiałam się z tego powodu przemieszczać wieś-miasto-wieś-miasto (rano za oknem autobusu piękne krajobrazy, Miszel w słuchawkach i odblaskowej kurtce już wraca do domu, na przystankach sporo ludzi, bo właśnie zastartowały szkoły). Kochany był najlepszym mężem, zawiózł mnie, przywiózł z powrotem, poczekał, gdy siedziałam w samochodzie z nogami w górze, bo trochę mnie siekło (Fiona rozgrzebała mi obydwie ręce).

Czyli achievement dnia odhaczone, nic innego nie szło. Wracając z B&B natknęłam się na Saren wędrującą po domu handlowym z kuleżanką, zostałam przesłuchana na poczet tego, jak sobie radzę. Radzę sobie średnio, ale wersja oficjalna brzmi, że świetnie i tego się trzymajmy. Nic nie robiłam, bez cienia przesady (tylko wyczyściłam głowicę drukarki z czego jestem bardzo dumna, bo zapowiadało się, że sprzęt pójdzie na śmietnik, jeśli dysze się nie odblokują). Cisza. Ludzie są gdzieś indziej. To mi uświadamia jak bardzo niektórzy działają mi na nerwy. Szczególnie cwaniacy jak strupy na głowie, pozorujący pracę, kombinujący jakby tu utrzymać się na socjalu do końca swoich dni.

Po powrocie do domu poszliśmy z koteczkami do ogródka, i jak zwykle: Mańka wydawała z siebie okrzyki triumfalne, wskakiwała na płoty (oraz usiłowała przez nie przełazić), gnana instynktem przygody biegła do wszystkiego, co się rusza, zaś Bronka spacerowała z rezerwą, wąchała metodycznie i prowadziła badania naukowe.

Wieczorem Orlando (1992) Sally Potter.