Pogoda kawiarniana. Jeszcze przed wrzaskiem budzika obudziło mnie szemranie i plumkanie w ogrodzie; wyjrzałam z nadzieją, że w mroku objawi mi się tajemniczy obgryzek, który w nocy skonsumował resztki marchwi pozostawionej dwa dni temu (metodyczne tempo znikania marchewki sugeruje, że obgryzek jest reprezentowany przez jedną mieszkającą w pobliżu sztukę).
Pogoda mogłaby być również nazwana ponurą. Ale ja lubię takie siąpanie, przynajmniej teraz, gdy żyję komfortowo i wygodny transport zapewnia, że ani nie moknę, ani nie zostaję przewiana do szpiku. Nawet spacer w wilgotnej ponurości jest spoko. Wyszłam z pracy wcześniej, bo wczoraj zaproponowano mi wizytę u lokalnego dochtóra na trzecią trzydzieści. Mój gp nie jest geniuszem diagnostyki, ale skoro były wyniki skanu i inne fidrygałki, nie chciałam zwlekać. Podróżowałam autobusem, spóźniałam się na umówioną godzinę, ale i tak czekałam następne pół. I co? Nic ciekawego. Niby dobrze, ale w takim razie nie wiadomo skąd wyniki z krwi takie jakie były. Znowu za półtora tygodnia pobranie, żeby sprawdzić coś innego, czego nie sprawdzono wcześniej. Pewnie w międzyczasie powinnam zmienić dietę.
W głośnikach Variété Variété ;) Poszłabym już pod prysznic, ale potrzebuję dosłuchać do końca.
Ty dokarmiasz jakiegoś szczura, a u mnie chyba będzie deratyzacja za chwilę.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, zgroza! :)
Usuń