Wczoraj punkt dziewiąta zgasło światło, leżeliśmy w ciemności nasłuchując pomrukiwań wiatru; cywilizacja powróciła półtorej godziny później. W takich sytuacjach widać, który kot jest zrównoważony psychicznie: Bronia wydeptała gniazdko w moim fotelu, próbowała spać, Maniuśka tuptała po Kuchniosalonie i przeżywała, rano oczywiście dwie kałuże sików.
W konsekwencji decyzji na górze dzień pracowy spokojny, Szefowa wpadła sprawdzić, czy mam klepki po kolei. Uspokoiłam ją, w końcu nie trzeba się dzielić przemyśleniami z każdym, kto pyta. Środa po sztormie raczej pogodna. Trochę się rozkleiłam motywacyjnie, wynudziłam, próbowałam nawet słuchać Hrabala, ale po godzinie stwierdziłam, że bez przesady, nie mam teraz nastroju na kolejny mocny tekst, za gęsto. Żeby trochę rozrzedzić, skupiam się tylko na miłych sprawach: pisanie, jedzenie, ćwiczenie, wizualizacja październikowego wyjazdu (rozmawiałam z mamą, kminię o podróży pociągiem). Kochany zawziął się na wnękę po bojlerze, zamontował dodatkowy drążek na wieszaki.
Wrzesień wyglądał inaczej niż się spodziewałam, niby na pusto, a trochę stresu. Nadal było dość ciepło. Utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę dbać o rozwój, bo gdy robię komfortowe rzeczy (czyt. poniżej moich możliwości) po prostu głupieję. Diagnozy zdrowotne przesunęły się na październik.








