Strony

środa, 30 września 2026

2479. Ostatni dzień września.

Wczoraj punkt dziewiąta zgasło światło, leżeliśmy w ciemności nasłuchując pomrukiwań wiatru; cywilizacja powróciła półtorej godziny później. W takich sytuacjach widać, który kot jest zrównoważony psychicznie: Bronia wydeptała gniazdko w moim fotelu, próbowała spać, Maniuśka tuptała po Kuchniosalonie i przeżywała, rano oczywiście dwie kałuże sików.

W konsekwencji decyzji na górze dzień pracowy spokojny, Szefowa wpadła sprawdzić, czy mam klepki po kolei. Uspokoiłam ją, w końcu nie trzeba się dzielić przemyśleniami z każdym, kto pyta. Środa po sztormie raczej pogodna. Trochę się rozkleiłam motywacyjnie, wynudziłam, próbowałam nawet słuchać Hrabala, ale po godzinie stwierdziłam, że bez przesady, nie mam teraz nastroju na kolejny mocny tekst, za gęsto. Żeby trochę rozrzedzić, skupiam się tylko na miłych sprawach: pisanie, jedzenie, ćwiczenie, wizualizacja październikowego wyjazdu (rozmawiałam z mamą, kminię o podróży pociągiem). Kochany zawziął się na wnękę po bojlerze, zamontował dodatkowy drążek na wieszaki.

Wrzesień wyglądał inaczej niż się spodziewałam, niby na pusto, a trochę stresu. Nadal było dość ciepło. Utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę dbać o rozwój, bo gdy robię komfortowe rzeczy (czyt. poniżej moich możliwości) po prostu głupieję. Diagnozy zdrowotne przesunęły się na październik.

wtorek, 29 września 2026

2478. Dzień o nazwie wtorek.

Rano: po lewej pomarańczowe słońce, po prawej szara buka ledwie tylko pożyczająca kolorową poświatę. Sztorm idzie, u nas taki sobie, na zachodzie kod żółty.

Jestem przyzwyczajona do tego, że mam rozwiązanie na każdy problem. Chyba nie narzucam się z tym innym ludziom, nie jestem namiętną pomagaczką, zostawiam człowieków w ich mizerii jeśli tylko sobie tego życzą, ale w moim własnym ogródku lubię sobie radzić. Pewnie to tak bardzo mi ostatnio uwiera w pracy: że aktualnie niewiele zależy ode mnie. Tzn. co zależy, to zależy: jest przeczytane, odpowiedziane, skatalogowane, ale czynniki ludzki to coś innego. Czekam, rozmawiam, aprobuję, wysyłam. Nie wiadomo jak sprawy się rozwiną i nie ma to nic wspólnego z moimi talentami lub wydajnością. Azaliż, za każdym razem, gdy nie kończę dnia pracy z efektami, które miałam na widoku o poranku, mam skręt kiszek ze złości. Bardzo niedobrze, bo trudno jest mi teraz odróżnić chwilowe wkurwienie ciała od innych objawów, które czekają na dochtóra. Pozytywną odpowiedź na jedno dręczące pytanie dostałam o godzinie drugiej: dwunastego. Hm, feck you your fecking cow, rzuciłam w biurowy eter. Tak więc wieczorem joga.

Kochany miał przed południem swoje badania, krwi upuszczanie i CT scan. Nie było szansy, żebyśmy pojechali razem. Za cienką ścianą biura buka coraz większa. Na morzu białe koronki.
___
20:25 właśnie skończyłam słuchać Ptaki i inne opowiadania du Maurier (Albatros, 2023). Dwa ostatnie opowiadania bardzo spoko, równoważą nieciekawe dwa pierwsze. Zapadł już zmrok, wiatr szura. Kochany w czasie, gdy zalegałam w sypialni, rozmawiał ze świekrą; wiemy już, że po pobycie w Wawie dwie noce spędzimy u Fredowej mamy. I dobrze, jeden kłopot logistyczny rozwiązany.

poniedziałek, 28 września 2026

2477. Pod napięciem.

W biurze jestem niezrównoważona emocjonalnie. Na szczęście mam Freda, moją Opokę, równowaga wraca wraz z powrotem do domu. Poza tym, zaczęłam w końcu czytać polski podręcznik do CBT Pragłowskiej i Popiel. 

Z tatkiem próbowałam rozmawiać w ciągu dnia, ale coś nam nie szło, tata naciskał w telefonie tam gdzie nie trzeba; za to przed obiadem trajlowałam z mamą przez godzinę! O wyborach w Krakowie, kotach, psie, języku na duolingo i poza, o biologii pająków i GlamSzefa podśmiechujkach z plecaków ewakuacyjnych. Gosia trzyma się cienkiej nitki życia.

Nie miałam głowy do niczego mądrego, na drobnych sprawach zeszło mi do wieczora, więc cóż, mogłam tylko obejrzeć kobrę Machulskich, Śmierć w najszczęśliwszym dniu (1974). Wystarczająco głupie. Press w tym grał, zupełnie bez sensu przypomniała mi się z tego powodu piosenka Nie mogę śpiewać, bo serce pęka. Koty ucałować, spać.

niedziela, 27 września 2026

2476. Przypływ.

Ulewa. Tak zaczęła się niedziela, jednostajnym, silnym deszczem, niebem zasnutym grubą warstwą chmur. Nigdzie się nie wybieraliśmy, ot, obiboctwo domowe. Sprzątałam w Kuchniosalonie głównie po to, żeby posłuchać kolejnych historii du Maurier (jestem w połowie zbioru, teksty w sam raz do lekkich prac domowych). Całkiem zjadliwy obiad zrobiłam. W trakcie obierania pieczarek zadzwoniłam do mamy; głównego tematu nie dało się zamieść pod dywan, bo ...

Gosia umiera. Już nie ma siły wstać, tatko przyniósł ją do kuchni, leży tam sobie w pampersie, przestała jeść. Tatko próbuje ją wzmocnić rosołkiem, ale sprawa wygląda znajomo, powoli od etapu do etapu, pewnie niedługo przestanie pić. Jakiś czas temu ucieszyła się z nowości, przybycia Felka, na chwilę odmłodniała, ale w ostatnich dniach znowu podupadła na zdrowiu, chudła w oczach, spacerowała bez celu po ogródku szukając zjaw. Kolejny smutek :I

W połowie dnia nastąpił przełom pogodowy, po obiedzie mogliśmy wyjść z koteczkami do ogródka. Nie trwało to długo, bo jakiś pies się wałęsał w pobliżu, poza tym wiał chłodny wiatr. Było nadal jasno, więc na chwilę wyszliśmy z Kochanym nad morze.

Właśnie zaczął się przypływ.


sobota, 26 września 2026

2475. Harvest moon.

Obudziłam się wcześnie, jak do pracy, zjadłam jajecznicę i ... wróciłam do łóżka. Fajnie było sobie chwilę poczytać, a potem zdrzemnąć się przy Kochanym. Badanie miałam umówione dopiero po trzeciej; czekając długo spałam, potem zaczęłam oglądać polską starotkę, Lokis. Rękopis profesora Wittembacha (1970), głównie żeby zobaczyć, czy Braunek naprawdę miała problem z rolami kostiumowymi. Coś w tym musi być, bo i tu nieciekawa.

Na badaniu byłam kwadrans przed czasem, trafiłam na Chinkę. Bardzo skrupulatna, zrobiła ze sto zdjęć moich podrobów, wyniki będą za kilka dni. Nie dowiedziałam się, czy coś ciekawego się pojawiło, bo inaczej niż w Polsce pani Chinka była tylko sprawnym technikiem pilnującym swojego poletka, pary z gęby nie puściła. Od razu pojechaliśmy z Kochanym do Costy, żeby posiedzieć na piętrze w wygodnych fotelach (ciastka przywieźliśmy ze sobą, do kawy wciągnęłam dwa danishe z Lidla).

Podczas treningu Broniowego przy płocie granicznym z sąsiadem takie coś:


Gugiel mi podpowiada, że to jajko grzywacza, zwanego tutaj gołębiem drzewnym. Możliw, możliw ... kury mieszkają po sąsiedzku, nie wiedziałam tylko, że tak późno wyprowadzają młode.

Chwila, żeby przysiąść i pojechaliśmy na północ: pogryzanie chipsów, herbaty zielonej picie z dolewką oraz dwa odcinki Lalki Maślony (Braciak nadal cycuś, muzyka robi niezły klimat). Wychodzimy od Ka&Jot, a tu centralnie księżyc w pełnej krasie.

piątek, 25 września 2026

2474. Aaaaaa ...

... o pracy nic nie rzeknę, gdyż wyszłam z niej wkurwiona i nie chcę karmić potwora (tylko jedno: jak ja nienawidzę, gdy ktoś się spóźnia, umawia się, ale chodzi tu i tam jak kurczak po odrąbaniu głowy i w przeciwieństwie do mnie nie wie, która jest godzina, bo to inni cały czas myślą za niego). Może też i na mój nastrój wpływ miał audiobook, bowiem skończyłam słuchać Ślicznotkę doktora Josefa Rudzkiej (W.A.B., 2021), a to nie jest lektura głaskająca po główce.

Zeszło ze mnie dzięki kawie (Kochany był łaskaw poczekać, aż chmura gradowa podąży swoją drogą) oraz spacerowi z koteczkami. Mąż zrobił gulasz, wcisnęliśmy go w towarzystwie placków ziemniaczanych z polskiego sklepu pod archiwalnego miecia (jednego z masochistów). Obiad późny (godzina ósma), za oknem mrok, popijam ciecz z kubka w bobry Emmy Bridgewater i wertuję Audiotekę w poszukiwaniu słuchanek łatwych i przyjemnych. Zdecydowałam się w końcu na opowiadania Daphne du Maurier. Trzeba się ogarnąć, zęby umyć, rzucić w odmęty weekendu ...

czwartek, 24 września 2026

2473. Wdupiemanie, sąsiedztwo, zmęczenie.

No i tak, z rana kupiłam nam bilety na Pieśń kozła. Trzeba będzie oszczędzać, wydatki na ten tydzień wyprute do spodu :E ... a jednak, poszliśmy z rana na kaffkę, gdyż miałam jedną za darmo, co mnie skusiło, a ja się nie opierałam.

W pracy plan mam-to-w-dupie był powoli wdrażany. Przy okazji rozmawiałam z osiemnastoletnią Somalijką, która w wieku lat piętnastu powinna wyjść za mąż, bo to nie wypada tak chodzić na pusto, więc rodzice wysłali ją z kraju, gdyż sąsiedzi wszędzie na świecie wiedzą najlepiej jak trzeba żyć. Osiemnaście lat. Już jest w koledżu, angielski ma super, robi coś, zadowolona, niezależna, ładna. Po prostu, kurde, jak czasem będę myślała, że mam w życiu problemy, że mi grajdoł nie pasuje, to sobie wspomnę o tym z jakiej dziupli ona wystartowała.

Oraz jesteźwa w lokalnej gazecie, nasza fotka znaczy. Okazuje się przy tym, że sąsiedzi przeglądają lokalne gazety, szukają znajomych ... mniej więcej w tym samym czasie, gdy Kochany przekazał mi wiadomość, Anne wysłała nam na wspólnym messengerze screena, że proszę proszę, a kogo tu znaleźliśmy, a kto tu się szlaja po kościołach, Mozarta słucha ;)

A z innej sąsiedzkiej beczki, gdy byłam w pracy, dwóch rosłych panów zapukało do naszego domku z zapytaniem czy w ogródku nie przetrzymujemy psów. Czyli zapewne była skarga na sąsiada po prawej i nie powiem, że mnie to dziwi. Kochany wyjaśnił sytuację, powiedział co wie. 

Poza tym menczyzna mojego życia kotlety dzisiaj zaserwował własnymi rencami ulepione. Objadłam się do wypęku, wylizałam sztućce i miałam siłę iść na godzinny trening koci do ogródka na tyłach.

Uszka mi już oklapują, chociaż dopiero ósma. Mann naturalnie wychodzi powolny, a w smutnej Rudzkiej przerwy robić muszę. Może dodam kryminałek? zieeeew, albo pod kołdrę spaaaać

środa, 23 września 2026

2472. Jesień astronomiczna ...

przyszła w nocy.


W biurze na dobre odpaliłam ogrzewanie: jestem nadal wkurwiona, ale przynajmniej nie marznę. Kogut na głowie, wokół szyi kaszmirowy Smedley, do uszu wróciły ceramiczne kolczyki od artystycznej duszy (słonikomotylki spowodowały, że dziurka w lewym uchu znowu zaczęła krwawić). Po pracy zaszłam do Bootsa kupić coś do robienia kresek na oczach (Haute precision loreala w kolorze bordowy kaszmir). Można powiedzieć, że jestem w fazie kryzysu (zaufania, motywacji, wizji przyszłości), może wykluje się z tego coś nowego; asymetryczny sweter, nowy styl w makijażu, praca w innym zawodzie, nie wiadomo co wcześniej, co później oraz czy.

Jesień przyszła słonecznie. Nie jadłam, na porannej kawie do gazety/książki oraz na herbacie chodziłam do popołudnia, gdyż karmiła mnie nienawiść ;) Wpadłam do Saren zapytać what’s up, łgała tylko trochę, jak to ona. Z kolei Szefowa wpadła do mnie o trzeciej, trochę porozmawiałyśmy o różnych takich, w związku z czym spadło mi ciśnienie. Nie że rozmowa coś zmieniła, ale uspokoiłam się, bo naprawdę, nie ma się co ciskać, tylko działać trza w swoim własnym interesie ...

autor: mcfriendy

... poza tym już miałam w głowie plan wyjścia na miasto. O czwartej poszłam na obiad do Simony, restauracja była w połowie pusta, dostałam pochwałę moich siwków od wiekowych pań ze stolika po prawej (siwki borsucze dobrze widoczne, gdyż kogut) oraz boże błogosławieństwo od miejscowego świra z białą brodą – god bless you little flower, a proszę bardzo, proszę bardzo. Potem do Bootsa, jako się rzekło, oraz powrót do biura po lary i penaty. Zanim Kochany podjechał Babcią, zdążyłam sobie jeszcze próbne kreski wymodzić.

Ponieważ obiad miałam przed chwilą, od razu wzięliśmy koteczki na smycze. I tak sobie mrzonki snułam, że po obiedzie pójdziemy nad morze, gdyż pięknie, błękitnie, cicho, tymczasem przed ósmą mrok, że oko wykol. Najnowsza Gosia ze Szkocji obejrzana do połowy, bo chciałam jeszcze zagadać do mamy (omówienia: Gosia coraz słabsza, chodzi po dworze w kubraczku, skóra i kości, je niewiele, pies Felicjan śpi na fotelu brzuchem do góry, starość, pogoda, nasze koty, inne drobne sprawy). Zrobiłam na duolingo chwilę niemieckiego (widzę, że mama też) i zaraz zapuszczę nos w książkę przeżuwaną powoli. Dobranoc, miła jesieni.

wtorek, 22 września 2026

2471. This too shall pass.

Wszystkim nam bardzo dobrze się spało, nawet koty powoli wychodziły z zakątków.

W pracy mniej fajnie, tracę zainteresowanie (jako się rzekło, obsuwy się pojawiły, niby się spodziewałam, ale wkurwiło mnie to cichym wkurwem, czyli tym najgorszym). Dzień zupełnie szary, jakby współgrał. Spacer popołudniowy z koteczkami krótki, bo jestem do kości wychłodzona i marzę o gorącym prysznicu. Oczywiście to wszystko minie. Najbardziej dołuje mnie natenczas temat pracy, ale należy on do rzędu spraw na które wpływ mam iluzoryczny. Jem ciastki w łóżku, bo mogę.

poniedziałek, 21 września 2026

2470. Drobiazgi.

Pogoda jak latem, słupek zapewne przekroczył zapowiadane 23 stopnie, wczorajszy kocyk przechodni był najwyraźniej zapowiedzią dobrej aury. W pracy stres niezależny od osoby mej własnej, sprawy się grzebią, jeden z visitantes był rozczarowaniem. Za to pod koniec szychty wpadają Kif i Dżajmi, błazny jedne, zalazły mi w miesiącach wiosennych za skórę, a teraz przyszły się pochwalić aktualnymi sukcesami. Dobrze, może coś się odblokowało, choć onegdaj myślałam, że tej rury nie da się odetkać (nigdy nie wiesz, co będzie, trzeba by se wyhaftować makatkę). Jeszcze z pozytywnych rzeczy, kawa z Benkiem przed południem; uprzedziłam go o możliwych obsuwach w czasie, jemu to loto, i bardzo dobrze.

Spacer w cieple z myszami bardzo przyjemny, tylko Bronia uwalała się żywicą z cyprysików (nie wiadomo jak, bo na drzewo nie wchodziła). Nie bawiąc się w uprzejmości, futerko uwalane obcięłam w obawie, że akuratnisia przy wieczornych ablucjach może zatruć się tujonem.

Obiad Fredowy: pieczone bakłażany, smażone krewetki, "domowa" sałatka z polskiego sklepu. Tak mnie to rozczuliło, że usmażyłam kilka naleśników, żebyśmy podjedli je z konfiturą od Jot. Stałam przy kuchni, z głośników leciał Fish weltschmerzowy z Marillionem. Mimo średnich osiągów pracowych, niezły to był dzień, wymuszający złapanie dystansu, cieszenie się drobiazgami.

niedziela, 20 września 2026

2469. Morze, chmury, Lalka.

W ten weekend raczej nie pospałam; znowu obudziłam się razem z Kochanym, a nawet już kręciłam się po Kuchniosalonie, gdy wychodził do pracy. Kaprawa sobota zamieniła się w niedzielę słoneczną, więc jeszcze raz wywiesiłam w ogródku swetry, doprałam kilka rzeczy, po śniadaniu dłużej rozmawiałam z rodzicami czekając aż doczyści się pralka, po czym wyszłam na krótki pacer.



Jasno, przejrzyście, ładnie.

Popołudnie: po obiedzie wyszliśmy na spacer z koteczkami pod takim niebem:


Chmury wyglądały jak powiększony wzór grubego koca przesuwający się nad wybrzeżem. Undulatusy? Ich ruch po niebie nie wydawał się być szczególnie energiczny, ale gdy przed siódmą kończyliśmy spacer, koc już znikał na horyzoncie.

Szybkie ogarnięcie i wyjechaliśmy w kierunku północnym na zaproszenie Ka, który zanęcił nas na wieczór z Lalką Maślony. U przyjaciół rozmowy pod ser i herbatę były różne, a to o zagrożeniach kataklizmami i wojną (wszyscy dostaliśmy ostatnio ulotkę "Be Emergency Ready"), o butach do biegania, o spaniu nago. Gdy chłopaki skończyły grać, obejrzeliśmy we trójkę pierwszy odcinek serialu. Trzeba przyznać, że Maślona wie jak zaskoczyć. Już jesteśmy umówieni na kontynuację :)

sobota, 19 września 2026

2468. skrót

swetry wyprane ręcznie, kawa wypita, Mańka wygłaskana, Czas pogardy Sapkowskiego dosłuchany do końca (dobre), podłoga umyta, Rudzkiej Ślicznotka doktora Josefa zaczęta (mocne), rozmowa z mamą odbyta (mama słabo się czuła, zamiast na robieniu planów skupiłyśmy się na programie z Wajrakiem), obiad ugotowany i zjedzony, Bronka wyspacerowana pod niebem chmurnym i w trawie mokrej (Mańka też, szła z kotatkiem)

edit 21:32 pod prysznic znowu wpadł nocny motyl, bladożółty, ładny (przy tej okazji edukuję się, że na wyspie jest około tysiąc pięćset rodzajów ciem i że tę, która nas nawiedziła, wcale nie jest tak łatwo zidentyfikować)

piątek, 18 września 2026

2467. Spieszno, jesiennie.

Powinnam oszczędzać. Dlaczego więc wydałam z rana kasę na dwie kawy i dwa ciasta marchewkowe? Mam dobre usprawiedliwienie: because it felt good. Wyszliśmy z Pe i rozstaliśmy się z Kochanym przed dziewiątą (w kawiarni gościły trzy pudle w trzech różnych rozmiarach, standard, mini & toy, rodzina), dzień został dobrze zaczęty. Czas przyspiesza, znowu jest piątek, tym razem mam poczucie, że niedokończony (emilki o poranku wprawdzie milczały, ale długo to nie trwało, ostatnia wiadomość wymusza na mnie wczesną odpowiedź w poniedziałek, a ja bardzo nie lubię wcześnie odpowiadać).

Rozjesiennienie: gdy po pierwszej szłam do sklepu, przez podeszwy trampek bardzo wyraźnie czułam ziąb od mokrego chodnika. Już się powoli opatulam, zawijam w wielowarstwowy kokon, zaraz wjadą mitenki, i wełniana czapka zamiast kaszkietu.

Z rana wybebeszyłam część szafy z wełnianymi swetrami: do przewietrzenia, wyprania, ewentualnego cerowania lub ogolenia ze zmechaceń (znalazłam tylko jedną dziurkę, raczej nie mole, a mechaniczne uszkodzenie; sweter mnie uśmiechnął, był to prezent od Kochanego z czasów zamierzchłych, pamiętam jak siedziałam w nim w holu Gołębiewskiego w Karpaczu ... tandetne miejsce). Wieczorem kontynuowałam przegląd, zostawiłam kilka rzeczy do delikatnego wyprania na jutro.

Wróciłam do genealogii, znalazłam dwa krótkie odpisy z akt przodków praprababci Józefy od strony babci Mani (pojawiło się i nowe nazwisko: Jarych).

Z FB dowiedziałam się, że w środę zmarł Bubbles, jeden z kotów penetrujących ogrody Oldbridge. Długo nazywałam go Generałem sądząc, że kot jest tylko jeden. Tak naprawdę były dwa, podobne do siebie, ale patrząc wstecz mam w archiwach głównie zdjęcia Bubbles, można było go odróżnić po białych skarpetkach. Przymilski był, lubił się ludziom objawiać, dawał się zapraszać na poczęstunek, dobry kot, piękny kot. Przy okazji wychodzi nam, że nie byliśmy na spacerze w ogrodach od roku. Trzeba to wkrótce nadrobić.

czwartek, 17 września 2026

2466. Jak nie wiem, skoro wiem?

Aaaaa, po mękach wielu wysłałam podanie do związku zawodowego. Po drodze mało mi żyłka nie pękła, na szczęście zastosowałam prostą poradę życiową: wyjdź se dziewczyno na miasto, jedzenie kup, porozmawiaj z randomami, jak się ma naprawić, to się naprawi (sama sobie tak zarządziłam, bo mądra ze mnie jest laska). Rzeczywiście, po powrocie do biura zastałam emilka od Szefowej, że udzieliła mi wcześniej błędnej informacji (jak nie wiem, skoro wiem!). Wklepałam, co trzeba, wysłałam. Aplikowanie online jest bardzo wygodną sprawą. Chyba, że nie jest, to wtedy co innego.

Pierwsza Lalka się pojawiła, serial Maślony na Netflixie; jako że z Schuchardta fajny chłopak, obejrzę. Obejrzymy oboje, może Netflixa na chwilę wykupię z okazji tego święta. Bo ja Lalkę lubię bardzo, jest to ważna książka mojego dzieciństwa, tatko czytywał mi wieczorami pamiętnik Rzeckiego (już umiałam czytać, chodziło o to, że czytał i się chichrał, a ja razem z nim). Nie oczekuję po Maślonie, że to będzie ekranizacja toczka w toczkę, o wspólne doświadczenie mi się rozchodzi, porozumienie w analizowaniu twórczości.

Czwartek pracowniczy był długi, już wpół do ósmej dojechałam do miasta. Z rana, wiadomo, kawa i croissant dla mnie, kawa i croissant na wynos dla Kochanego, gadka szmatka z Dżaki (o tym jak nazywają klientów, bo wiem, że nazywają od kaw), całus Fredowy, powrót na mój fotel kawiarniany, czytanka, marsz do biura, wyniesienie śmieci (tym razem czarne kontenery były wystawione od wczesnego rana, miło bardzo i poręcznie; w zeszły czwartek był jakiś falstart i musiałam z zeszłotygodniowymi odpadami czekać do dzisiaj). Potem sprawy zwyczajne, w przerwie rozmowa z tatkiem. Doczekałam się Kochanego po piątej (w samą porę, jakiś dziwny typ kręcił się mi pod biurem).

Spacer myszowy znowu był późny. Dopiero przed chwilą usiadłam z herbatą zieloną do laptopa, a tu za oknem mrok, zaraz będzie pora obkładać się poduszkami. Mało czasu na życie żyte z rozmachem.

środa, 16 września 2026

2465. Wirale, pająki, druki, ciemność.

Obudził mnie sen o tym jak wbijamy do Teatralnej, która, uwaga, miała na głowie ondulację w stylu lat 80. Myślę, że to ostatnie wyobrażenie jest pokłosiem irytującego trendu, który rozprzestrzenia się za pomocą SI (yup, nasza cywilizacja wykorzystuje w tej chwili ogromne pokłady złóż, żeby zasilić fabryki, które umożliwiają ludziom generowanie obrazków pokazujących jak wyglądaliby 40 lat temu, tylko ładniej oczywiście, bez peerelowskich ekspresji twarzy).

Zaraz na wstępie dnia wyniosłam z łazienki trzeciego wypasionego kątnika. Wczoraj mąż wyekspediował drugiego, myślałam wówczas, że to ostatni. Teraz już nic nie wiem, ostrożnie potrząsam zasłoną prysznicową, ręcznikami i szlafrokiem w celu poinformowania potencjalnego lokatora, że teraz moja kolej.

W pracy nudy i chłody, wydałam trochę nieswojej kasy, bo czas już był po temu najwyższy. Druk podania do związku zawodowego leży nietknięty, obok odpowiedź na ciekawą ofertę pracy rozgrzebana w połowie; obiecuję sobie zająć się tym jutro.

Po pracy zajechaliśmy do Costy. Po powrocie do domu obiad w piekarniku długo dochodził, siłą rzeczy wszystko się przeciągnęło, więc wyszliśmy z koteczkami podczas zachodu słońca. Koty od razu zafascynowały się aktywnymi o tej porze komarnicami. Szybko robi się ciemno, nim się obejrzę będę wychodziła z biura w zupełnej szarówce.