Wstałam później niż zwykle (po siódmej, należało mi się), dzieciarnia głodna, ale też zmęczona po nocnych harcach: Bronka po śniadaniu od razu poszła w kimono, Maniutek bardziej aktywny, wygrzebywał paprochy spod tapczanu i bawił się nimi w nożną. Zrobiłam Kochanemu kaffkę, mąż wstał około ósmej. Śniadanie (guacamole, jajko sadzone dla mnie, jajka gotowane dla Freda, fasolka w tomacie dla mnie, wołowina, pomidor z cebulką, cheddar). Iiiiii ... miałam jakieś pomysły, rozmawialiśmy, ale około południa Mózg mnie zapytał, czy nie poszlibyśmy na drzemeczkę. Poszliśmy ... zrobiłam sobie dwie godziny odpoczynku od życia. W tym czasie Kochany układał w sypialni półki z butami, przestawiał coś, pakował, otwierał, zamykał; zupełnie mi to nie przeszkadzało, słyszałam objawy istnienia świata dobiegające jak zza mlecznej szyby, od czasu do czasu zmieniałam tylko pozycję, obserwowałam zdarzenia przez wpółprzymknięte powieki. Bardzo przyjemny odpoczynek. Wstałam przed trzecią i zaczęłam robić obiad (kartoffeln, kulki wołowe w sosie pomidorowo-oberżynowym). Po obiedzie wyszliśmy do ogródka z myszami; jesiennie bardzo, słońce jakoś nisko, wszystko się grzebie niemrawo, nawet muchy fruwają wolniej, ostatnie podrygi trzmieli, wysyp rusałek pokrzywników.
Nagle zrobiła się piąta, trzeba było w coś się ubrać i ruszyć do stolicy. Po drodze zatrzymaliśmy się w kawiarni przy emłanie. Gdy siedzieliśmy nad kaffkami, pogoda zmieniła się diametralnie, z północy przypełzła czarna chmura, spadł deszcz z gradem, niebo pobielało kilka razy.
Wyczekaliśmy aż przestanie lać i ruszyliśmy dalej. Na nasze szczęście, deszczowy blob nie dotarł do Dublina przed nami, z niedogodności wystarczyło nam, że Fred dość długo szukał miejsca do zaparkowania i weszliśmy do NCH na pięć minut przed rozpoczęciem opero-koncertu. Najpierw Viva Verdi, potem Viva Wagner; ciekawe porównanie. INO w pełnej obsadzie, orkiestrą dyrygowała Keri-Lynn Wilson, głosy: Sinéad Campbell Wallace, Ryan Capozzo i Yngve Søberg,
Po schajcowaniu się Walhalli, wyszliśmy na nadal suchą stolicę. Samochód był zaparkowany niedaleko, przed the Victorians. Widzieliśmy lisa! W drodze powrotnej do domu towarzyszył nam wielki półdupek Księżyca.

Prawdziwego lisa? Przyjedź do mnie, tutaj łażą po ulicach niczym bezpańskie futrzaki. Metropolia... Przez kilkadziesiąt lat w Pl nie widziałam żadnego na żywo nawet w czasie wiejskich wakacji, tutaj włażą ludziom do ogródków... 🤦♀️
OdpowiedzUsuń@Aśka, lisowego lisa. Najpierw zobaczyłam mural z lisem (jest ich w Dublinie kilka, bo są tu lisie rodziny mieszkające w centrum miasta; gdy małżonek pracował na nocki, zdarzało mu się je widywać nad ranem), potem samego lisa. Było nadal dość wcześnie, przed dziesiątą, ludzie jeszcze wyprowadzają psy o tej porze, więc lis musiał mieć naprawdę pilną sprawę :)
UsuńJaką Metropolię masz na myśli?
Londyn 😂
Usuń@Aśka, zerknęłam w google i widzę, że jest ich tam podobno całkiem sporo.
UsuńTak Moniko, sporo. Są wszędzie, w centrum też, nie tylko na obrzeżach. Głównie za sprawą łatwego dostępu do jedzenia, jak mniemam. Worki ze śmieciami zostawiane przy krawężniku żeby śmieciarka mogła w nocy albo nad ranem zabrać, ułatwiają im życie. Po co polować w lesie, skoro wystarczy rozedrzeć worek ;-) To się też tyczy ptactwa, mewy (rybitwy? nie znam się) też korzystają.
UsuńPrzed pandemią mieszkaliśmy w mieszkaniu w szeregówce, na parterze, z dostępem do mini-ogródka. Ot, jakieś 50m kw. I było ogrodzenie z takich paneli drewnianych, ale takich bez prześwitów, gładkich, wys. na ponad 2m.
Wyjście na patio było z salonu (kuchniosalonu, wg Twego nazewnictwa 😉), przez wielkie szklane drzwi. Któregoś razu wstałam sobie rano, podeszłam do okna rozsunąć zasłony i zamarłam, bo oto stanęłam oko w oko, a raczej oko w 3 pary oczu, wpatrzonych we mnie zza szyby 😂 Trzy lisy siedziały sobie na progu. No powiem Ci, że nie wiem kto był bardziej przerażony (zdziwiony?), ja czy one. Krótką chwilę to trwało, bo zaraz rzuciły się do ucieczki i tu zaczęła się jazda 🤦♀️ Okazało się, że za płotem było rusztowanie, po którym sobie wlazły, ale już wyleźć nie było tak łatwo, bo raczej trudno po takich panelach się wspiąć. Dwa jakoś w miarę się uporały, ale temu trzeciemu zajęło chyba ze 20 min., w czasie których naprzemiennie zastanawiałam się, czy dzwonić po policję, straż miejską czy jakieś inne służby zajmujące się porzuconymi zwierzakami 😄