Strony

piątek, 31 grudnia 2021

745. W ruchu.

Nadleciałam ze wschodu akurat, gdy przez szarą zasłonę chmur przebijały się na horyzoncie wymemłane promyki słońca.

Ale od początku. Otworzyłam oczy tuż przed dźwiękiem budzika, o drugiej nad ranem. Po czwartej byłam na lotnisku, żeby pan ubrany jak kosmita mógł mi pogrzebać w nosie, w obydwu dziurkach. Reszta poszła jak po maśle: wylecieliśmy o czasie, turbulencji prawie nie było, Kochany przywitał mnie w Dublinie bukietem czerwonych róż. Najkoszmarniejszym elementem podróży było moje niedospanie, nie umiem drzemać w środkach komunikacji, gdy obok mnie siedzą zupełnie obce osoby. Sen wydaje się wtedy raczej rodzajem utraty przytomności, byłam na takiej krawędzi wielokrotnie, części ciała, to noga to ręka, zasypiały i nie mogłam się powstrzymać przed wykonywaniem podejrzanych ruchów, żeby ratować je od śmierci (wyobrażam sobie jak to musi być męczące dla współpasażerów, którzy próbują spać i nie rozumieją kontekstu). Tristram Shandy został spakowany do torby podręcznej, walcząc o przytomność przeczytałam 20 rozdzialików księgi pierwszej, co sprawiło mi niejaką ulgę. Po przylocie pojechaliśmy z Fredem wrzucić coś na ząb (wprawdzie rano jadłam makaraon smażony na maśle, ale żołądek zdążył o tym zapomnieć), w pawilonach Swords poszliśmy do Costy na kanapkę i kawę, przy okazji też zajrzeliśmy do TK Maxxa, więc mam buty Ecco w monstery i skarpety w lisy.

W czasie mojej nieobecności Kochany kupił mi spodnie i płaszcz z Dolce&Gabbany, Spodnie za małe, kurtka okazała się męska i o wiele za duża. Pierwsze do zwrotu, drugie się zobaczy ... ostatnio szalenie podobają mi się za duże rzeczy.

Z rana odczytałam wiadomość od Aś, która ma chore zatoki i antybiotykuje się z tej okazji. Tym razem więc Sylwester u Ka&Jot, najpierw jednak mąż zaserwował mi pieczonego łososia, zjadłam parę ulubionych ciastek, umyłam zęby i wskoczyłam do łóżka na popołudniową drzemkę regeneracyjną z której wyszło niewiele ponad kręcenie się w świeżej pościeli. Smuteczek mamy taki, że Ryszard wczoraj wyszedł i do tej pory nie wrócił, kot niewierny. Kochany preparuje sałatkę z tuńczyka na wynos.

czwartek, 30 grudnia 2021

744. Zaraz.

Wszystko roztaje, na podwórku zrobiła się ślizgawica z ubitego śniegu. Pokazałam babci na komputerze mapy i obrazy, gdzie z Fredem mieszkamy i gdzie chcielibyśmy mieszkać. Babciny wzrok słabuje, ale nie o to chodzi przecież. Jeśli nie będzie żadnych przeszkód po drodze (np. nieodpowiednich wyników testu antygenowego), to jest (na jakiś czas) mój ostatni dzień tutaj. Jeszcze tylko pałaszuję zupę pomidorową, dojadam świąteczną rybę, a wieczorem Król trefl, czyli 1.9 odc. Poirot jest oglądany. Ech, gardło mnie boli. Walizka spakowana.

środa, 29 grudnia 2021

743. Słowiańska rzepa wyrusza w świat.

No może niedokładnie, ale jednak:

Wyniki testu MyHeritage ubawiły mnie z samego rana, zanim jeszcze zdołałam porozmawiać z panią z sanepidu. The powers that be przychylili się do mojej sugestii jak rozwiązać sytuację. Odniosłam wrażenie, że nikt nie rozumie o co chodzi w przepisach, i wcale się nie dziwię, ponieważ też poczytałam kilka ostatnich, koślawo napisanych rozporządzeń. Na tę chwilę: lecę. Odprawiłam się już i wypełniłam papiery, żeby jutro jeszcze trochę porobić nic.

Jem (np. rosół i pampuchy z sokiem jagodowym na ciepło) i zalegam na kanapie (gdybym tak działała dłużej, dodatkowe pięć kg na wadze jak nic). Oglądam Poirot oczywiście, Zagadkę błękitnego expressu (2007), którą pamiętam z lutego, a wieczorem Niewiarygodną kradzież z pierwszego sezonu, 1.8. Wczoraj zaczęłam czytać zbiór opowiadań 9 wigilii (Świat Książki, 2007). Po dwóch pierwszych propozycjach mogę stwierdzić, że historie nie porywają, może dokończę ... za rok o tej porze? Dzisiaj odrobinę pochłonęła mnie genealogia, poza tym mierzę się z pomysłem, czy warto upychać w walizce spasłe wydanie Tristrama Shandy'ego (Prószyński, 1995). Faust mnie bardzo rozpuścił, klasyki mi się chce.
___
edit 23:15 Kochany zapytał o swoje wyniki DNA, więc sprawdziłam i okazało się, że też już są gotowe. Mój Bałt ;). MyHeritage sugeruje też, że jesteśmy dalekimi kuzynami, co mnie prawie wcale nie dziwi ;)

wtorek, 28 grudnia 2021

742. Aaargh!

Dzień zaczął się bardzo spokojnie. Maksio wybierał się do weterynarza, wykorzystałam sytuację, żeby pojechać do miasta, zajrzeć do banku i kupić kosmetyki w Rossmannie. Zamówiliśmy też obiad na wynos u ulubionego chińczyka. Po posiłku na chwilę wyszłam na spacer po ogrodzie z wszędobylskim Mruczysławem, który uwielba towarzyszyć w nadzorowaniu, zazwyczaj plącze się wtedy pod nogami i jest z tego powodu bardzo zadowolony.







 
A potem dostałam maila z informacją, że w samolocie leciała osoba zarażona covidem, więc powinnam niby być na kwarantannie. Najwyraźniej pani z sanepidu nie bardzo wiedziała, co ma ze mną zrobić — miałam tzw. obiekcje, a pana kerownika już nie było na służbie. Jutro się zobaczy. Czyli suspens jest, głównie dlatego, że czytam przepisy i widzę, że w grudniu zmieniły się na dające większe uprawnienia sanepidowi. Mogą zdecydować, co chcą, a że wiem, co takie postawienie sprawy znaczy dla Polaka-chłopa pańszczyźnianego (w końcu pracowałam w szkole), to się trochę zdenerwowałam. Ach, na pocieszkę jem słodycze i oglądam Poirot (1.7, kolejny fajny odcinek, Problem at Sea), małżonek dzwoni z kuchni Ka&Jot, więc mogę pokazać ich psu Malinkę, do tego jest jeszcze Vabank 2 i krem do stóp.

poniedziałek, 27 grudnia 2021

741. Tiririri.




No naprawdę, obiboctwo. Fred kupił prezenty sąsiadom i już je wręczył. Oglądam różności, w tym Poirot 1.6, Trójkąt na Rodos (1989). Dużo jadła wszelakiego. Przed polską północą kończę audiolekturę Fausta Goethego.

niedziela, 26 grudnia 2021

739-740. Przybieżałam ...

Wczoraj Kochany zadzwonił do mnie w celu okazania sąsiedzkich darów — Katlin i Majk sprezentowali Fredowi zestaw skarpet Hilfiger i szalik Michaelis, a mnie zestaw kremów do rąk M&S i torbę-plecak Binnari. Dzisiaj małżonek wyruszył więc po dary rewanżowe, bo w zaaferowaniu ogólnym chaosem zimowym nie znalazł się czas na to wcześniej. I nic z tego, sklepy pozamykane, co było do przewidzenia. No cóż ...

Doczytywanie Fausta po nocy, oglądanie programów o mordercach, patologicznych zbieraczach, rolnikach z Podlasia, wyciskaniu pryszczy i odnawianiu brzydkich nor oraz Potop kilka razy na zmianę ze Znachorem ... w sumie święta przebiegły syto i spokojnie.





-7°C i śnieg, na chwilę z domu nie wychynęłam (po kilkugodzinnym siedzeniu w maseczce w czasie podróży zatoki znowu się grzebią), zwierzaki też wychodzą głównie na siku, większość czasu polegują w ciepłych kątach domu. Widoki z okna czyste i piękne, w końcu poczułam przełamanie się dnia, nowy rok słoneczny.

piątek, 24 grudnia 2021

738. Wilija.

Wyjechaliśmy z domu o szóstej, pod księżycem w lisiej czapie. Morze zapowiadało sztorm, ale lot był szybki i bezstresowy (m.in. dlatego, że Polaka, który bez maski, ewidentnie pod wpływem używek lub głupoty, nienaturalnie podekscytowany zabawiał każdego pasażera anegdotkami, straż lotniska zwinęła, thank gods, zanim zdążył wejść do samolotu).

Lotnisko we Wrocławiu przywitało mnie śniegowymi chmurami, dom przywitał się wodą ze śledzia. I właśnie, gdy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że zostawiłam nasz domek w Irl w stanie kompletnego bajzlu. Przepraszam, Kochany.







Prezenty pootwierane (wzór na szalu taty faktycznie jest identyczny z tym na zimowym kubraczku Maksia), kolacja zjedzona, sprawy obgadane. Mama zafascynowała się drzewami na MyHeritage i stworzyła własne, zaś mój Tweedowy Fred połączył się ze mną przed ucztą wieczorną u Ka&Jot. Miałam ambitne plany słuchania dalej Fausta (w samolocie przeniosłam się do trzeciego akapitu), jeszcze nie tracę nadziei, ale na teraz wylądowałam w moim starym szlafroku przed telewizorem nadającym Siostry wielkiej wagi (to polski tytuł 1000-lb Sisters). Za oknem pada śnieg.

czwartek, 23 grudnia 2021

737. Nielubięnielubię.

Dzień rozpoczęłam od opakowania w ozdobny papier prezentów dla rodziców i babci, zrobiłam to niezdarnie, ale z dużym entuzjazmem i z pomocą małego przeszkadzacza zachwyconego tym, że rozłożyłam się na podłodze. Do południa wydrukowałam też potrzebne na granicy papiery, chyba dla psychicznego komfortu, bo planowałam przecież mieć wszystko wyłącznie w formie elektronicznej. Rozłożyłam się z dalszą częścią Fausta Goethego do słuchania (jestem w drugim akcie części drugiej) i czekałam aż dopyrkoli się rosół. Po rosole i krótkiej pogadance z Anną (zapukała do drzwi) popędziłam na spacer, bo pogoda jakaś takaś zajebista się zrobiła.

Fred przyjechał przed zachodem słońca. Postawiłam przed nim rosołek, skończyłam pić kawę i poszłam pod prysznic. Jeszcze wykonałam, oczywista, szereg ruchów prokrastynujących, np. zadzwoniłam do mamy, ale w końcu zaczęłam się pakować. Małżonek kupił gadżet o nazwie vacpack, przydatny dings faktycznie. Czyli drapiąc się tu i tam, szusząc włosy, przed siódmą skromne kreacje domowe sorry-ale-ja-tu-mieszkam zostały zapakowane. Luzem zostały tylko klapki pod prysznic, laptop, telefony i stosowne kabelki. Do Beatlesów usmażyłam kilka naleśników, nie wiem ile, bo zaraz zostały przez nas pochłonięte (na wszystko, łącznie z zaklepywaniem ciasta starczyła składankowa płyta Love). Po słodkiej kolacji Skubikowski Jacek ze złotej kolekcji śpiewywał. No i co, reisefieber
___
Blog przypomina o rzeczach dobrych i złych. Trzy lata mija jak zmarła Eileen.

środa, 22 grudnia 2021

736. Braterstwo skarpet.

Początek zimy rozgrzebał się deszczowo, nawet kot niechętnie wychodzi na dwór, raczej leżakuje w łóżku lub na parapecie. Wietrzna i mokra pogoda nie skusiła mnie dzisiaj do wyjścia, Fred wyjechał tylko po zakupy spożywcze, prezenty na parawigilię już ma (dla Jot bluzeczkę w kwiatki, dla chłopaków FIFA22).

Fausta Goethego znalazłam w wydaniu wolnychlektur.pl (2020), wysłuchałam pierwszej części. Dla równowagi głębi nadrobiłam dwa odcinki 1000-lb Sisters (po wtorkowej niedyspozycji nie pozostało śladu, ale nie chcę przesadzać z rzucaniem się tak od razu na romantyzm).

Chodzimy z Kochanym w skarpetach od Aś, ja we wrzosowych, Fred w niebieskich. Z pakowaniem się i odprawą czekam do jutra, na razie nawadniam się i przeglądam drzewo geneaologiczne.

wtorek, 21 grudnia 2021

735. Szlafrokowo.

Wstałam razem z Fredem, ciężko mi się spało i chciałam rozruszać kości. Przy śniadaniu obejrzałam obchody przesilenia w Newgrange (niestety, niebo było zachmurzone) i napisałam list do Bridżet, gdy zaczęło mnie łamać i tak sobie łamało, aż do wczesnego powrotu męża. Kochany wrócił około drugiej, mogłam się dzięki niemu zapchać kinder bueno i pić herbatę z cytryną. Przez pół dnia polegując na jednym boku (nie w szczepionkę!) i łypiąc jednym okiem nadrabiałam oglądanie vlogów, z przerwą na zachciankę, gdyż miewam takie szczególnie wtedy, gdy reumatyczne kości przypominają mi o wspaniałym czasie podstawówki, której nie znosiłam, a do której nie musiałam iść dzięki chorobie. Tak więc zwlokłam się, aby zrobić sobie frytki. Potem, jak już wspomniałam, wrócił Fred, kot zawinął mi się w łóżku obok nóg, a ja udałam się w objęcia Morfeusza. Nie miałam gorączki, ale nie miałam też siły, to był kompletny bezwład mięśniowy. Po drzemce posiliłam się stekiem z dziczyzny przygotowanym przez Kochanego i wieczorem ponownie zawinęłam się w kołdrę, tym razem w celach naukowych, bo połączyłam się online z promotorką. Poczucie kompetencji najwyraźniej dobrze na mnie wpływa, po ponad godzinnych zajęciach czuję się znacznie lepiej, mam też wizję kolejnej lektury, Fausta Goethego. Byle tylko wygrzebać się z niemocy.

poniedziałek, 20 grudnia 2021

734. Dzień prezentów.

Ach, ach, udałam się do pracy, a tam info mnie zastało, że jutro już nie przychodzimy, pracujemy online ... jeśli nam się chce, bo krismas w końcu. Trochę papierologii zostało odhaczone i powiedzieliśmy sobie bye bye oraz mind yourself. Jeszcze w trakcie pracy sprawdziłam, czy mogę dostać boostera w Drołdzie i nawet znalazłam miejsce do które mogłabym się jutro udać na kolejkowanie, ale gdy Fred przyjechał do Centrum postanowiłam spróbować dzisiaj szczęścia w innym miejscu, skoro i tak jechaliśmy w kierunku północy. To była dobra decyzja, w Dundalk kolejka rozluźniła się nieco po drugiej i czekałam tylko pół godziny. Trzecie dawka, tym razem Moderna, dobry prezent :)

Po kolejkowaniu pojechaliśmy z Kochanym do Aś, żeby podrzucić jej do zmierzenia buty, które na mnie okazały się za ciasne. I tak rozsiedliśmy się (ja w różanym fotelu) przy napojach i szarlotce w Ruby Ellen's, a Fred wyszedłszy na chwilę z butami, wrócił z dwoma prezentami dla nas obojga, grubaśnymi skarpetami z Connemary:



Dobre popołudnie przy pysznym (jak zwykle) deserze. Siedzimy, siorbiemy, wylizujemy, gaworzymy. Tak też myślę, że bardzo nam dobrze ze sobą :)

Wróciliśmy do domu po zmroku, okazało się, że w czasie naszej nieobecności odwiedził nas Mikołaj :D. Pierwsza paczka była od Anny dla nas, dostaliśmy zestaw ręczników, jestem przekonana, że to wróżba na większy dom w którym może być miejsce nawet na półkę z ręcznikami. 


W drugiej paczce ze słusznymi błyskawicami były rzeczy dla dobrej żony: zestaw mleczko + lotion z Clarinsa, kusa i fikuśna sukienka Diesel, cieniusi kardigan Majestic Filatures w morskim kolorze i z tej samej firmy sportowa, czarna marynarka z wełny i jedwabiu. A na deser katana Hilfigera. Nigdy nie miałam katany! Ta jest spatynowana, przepalona i z wielkim jęzorem Rolling Stones na plecach !!! Pielgrzymkowa zaiste.

Lewe ramię boli tylko trochę. Fred robił obiad, gdy zaczytywałam się, zadowolona, że obraz katastrofy się dopełnia i nie wiedzieć kiedy znalazłam się dzisiaj za stroną sześćsetną. Wybrzydzałam nad Mannem uczciwie, teraz przyznać muszę (kończąc sprawę wpół do jedenastej wieczorem), że niesłusznie. 

Mąż wypróbowuje sny. Dobra-noc i dobry-dzień.

niedziela, 19 grudnia 2021

733. Staram się.

Podobnie szaro i bezwietrznie, jak wczoraj, ale ze względu na dzień przetykany wykładami zostałam w domu.

Ryszard znowy przyniósł żywego wróbla do kuchni, zaczytana zanotowałam to dopiero, gdy ptak uciekł mu i zaczął dobijać się do okna. Wypuściłam biedactwo i dopiero potem zauważyłam kilka kropelek krwi na podłodze, co niczego nie zmienia — pomna ostatniego wróblego przypadku wiem, że maluchy muszą mieć jak najmniej stresu, szczególnie, gdy i tak nie można im w niczym pomóc. Ptak odleciał o własnych siłach, kot pozostał na resztę dnia w domu, z parapetu asystując mi przy spotkaniach online.

Wieczorem krótka rozmowa z Anne, która jutro odlatuje do San Francisco. Dowiedziałam się dzięki niej, że dawka przypominająca szczepionki jest dostępna dla naszego przedziału wiekowego, surprise surprise, od dzisiaj, wątpię jednak, aby udało mi się na nią załapać przed moim wyjazdem (kolejki są podobno kosmiczne). Uaktualniamy sobie też elementa autobiograficzne z Lusiem, gadamy przez kamerkę ponad godzinę, bo krócej nie umiemy.

W temacie Doktorka, pewnie nie będzie dzisiaj więcej stron niż trzydzieści, czytałam jedynie z doskoku. Spróbuję jeszcze wchłonąć kilka kartek przy ostatniej herbacie.
___
edit 22:12 Ach, Fred wyjeżdżając rano do pracy poznał nowego psa sąsiadów. To jest Fred, powiedziała Rachel, to jest Denis, przedstawiła psa. Jakoś tak od tej nowiny przeszliśmy z mężem do rozmowy na temat imion dla zwierząt, co skutkowało ciągiem wyobrażeniowym w którym kot Mruczysław mając imię Jurand nosi czerwoną pelerynę z kapturem, szczególnie, gdy dostrzegłszy w ogrodzie intruza nadciąga całym pędem swej kociej osoby. Bez niepokoju powiem, że jesteśmy dość dziwnym małżeństwem.

sobota, 18 grudnia 2021

732. Intelektualnie.

Dzień zaczęłam o siódmej rano (różnica czasu), od rozwojówki. Uwielbiam studiować online! Rozkręcałam się powoli przechodząc ze stanu w szlafroku z zieloną herbatą do wersji ubranej przy kawie, po śniadaniu złożonego z wczorajszego gulaszu z gnocchi. Skończyłam przed południem, krótko porozmawiałam z mamą o (nadal możliwym, choć maksymalnie uprzykrzanym przez władze) przylocie do Polski i wyszłam na ekspresowy spacer nad morze. Kochany od rana w Drołdzie.

Nad wodą spora grupka morsów czerwonych jak raki i Majkel wyciągany do hangaru.

Przy plaży powstała drewniana budka z widokiem, podobno sauna. Pewnie nie skorzystam, ale cieszą światowe ustrojstwa na naszej głuchej prowincji.

Poza tym czytam, płynę na fali słów. Po powrocie męża z pracy w domu rozbrzmiewa KZWW, Wiosna Ludu (2002) i Wykorzenienie (2004), nagadać się nie możemy o muzyce, Sapkowskim, Braunek, Sienkiewiczu. Doktor Faustus dzisiaj do strony czterysta sześćdziesiątej szóstej.

piątek, 17 grudnia 2021

731. Gładko.

Dzień zaczął się dla nas wcześnie, Kochany szykował się do pracy, ja również ogarniałam lary i penaty, bo postanowiłam zabrać się z nim do miasta. I tak o ósmej wylądowałam z kawą, ciastem cytrynowym i książką w Caffè Nero na West St, żeby się przekonać, że nie jestem tu aż takim drzewkiem o dwóch czubkach. Gdy przed dziewiątą wyruszałam w kierunku Centrum, przy kilku stolikach siedziały osoby, które najwyraźniej celowo wpadły o tej porze na posiedzenie.

Na miejscu spotkała mnie kolejna przyjemność — to były ostatnie zajęcia w tym roku. Niejaki Kiran, którego może widziałam lub nie widziałam przelotnie w poniedziałek, ma pozytywny test na covid, więc menedżerka postanowiła do końca roku zamknąć Centrum dla gawiedzi. Zostały mi przed świętami dwa dni pracowniczego relaksu.

Wracając do Manna, gdy siedziałam w kawiarni, podskubywałam ciasto i popijałam, cóż, kawę, lektura nagle zaczęła mnie wciągać. To było około strony dwieście dwudziestej. Dzień kończę na stronie dwieście dziewięćdziesiątej ósmej.

We wtorek zmarł Miłogost Reczek. Szpiczak mózgu. Amadeusz, Płatonow, moje pierwsze zetknięcia z dorosłym teatrem na żywo.

czwartek, 16 grudnia 2021

Postscriptum #730.

Dni wydają się trwać kilka godzin, ledwie wstałam, przeszłam się z Kochanym nad morze, przekartkowałam książkę, a już zaszło słońce. 

Ni z gruszki, ni z pietruszki dostałam esemesa od żony Dżi, że jest po operacji i sama podjedzie do domu jak głupi jaś zejdzie. Mniemam, że gdy pisała to do mnie, jeszcze nie zeszedł. 

Wieczorem oglądamy koncert Kapeli ze wsi Warszawa (dvd z Wiosny Ludu, 2015). Z Doktorem Faustusem żegnam się dzisiaj na stronie dwieście szesnastej.

730. Słowa.

Przy śniadaniu Usz nawiązując do rozmowy, którą mieliśmy kilka dni temu, podesłała mi takie cuś:


Ale zełwina to mamy fajnego, stwierdza Fred.
Technicznie dla Ciebie to swak.
Jak swak to w porządku, zgodził się mąż.

środa, 15 grudnia 2021

729. Zakupy szalikowe i spacery za rączkę.

Nie wiem skąd Ryszard wiedział, że dzisiaj wolne, ale obudził mnie dopiero po siódmej i to nienachalnie. Zrobiłam pranie, przy pierwszej herbacie poczekałam na Freda, który jeszcze słodko pochrapywał. Zdecydowaliśmy, że kot dostaje drugie śniadanie, a my jedziemy do centrum handlowego Blanchardstown. W tych dniach słońce ledwo dźwiga się nad horyzontem i przy bezchmurzu, jak dzisiaj, niemiłosiernie przeszkadza w podróży. Widać, że zbliża się przesilenie, wyczekuję go bardzo.

Efekt naszej wycieczki jest zadowalający, chociaż odwiedziliśmy tylko jedno miejsce. Mąż dostał swój prezent xmasowy: błękitną koszulę Aquascutum i kaszmirowy szal w kratkę w odcieniach szarości i niebieskiego. Drugi taki szal, także z Hogarth Scotland, tylko brązowo-czarny, będzie dla taty, co oznacza, że szary szalik kupiony w ostatnią niedzielę w Newry dostanie się Ka. Dla babci wielki, niebieski szal z Fraas.

Mieliśmy nadzieję napić się kawy na miejscu, ale tłumy przewalające się po rozległej przestrzeni i kawiarnia na środku holu zniechęciły mnie do pomysłu. Zjechaliśmy do Drołdy na pizzę i kawę w Il Forno. 

Dla mnie szpinakowa z dodaną cukinią, dla Freda z serem pleśniowym i czarnymi oliwkami. Po obiedzie była wędrówka miejska (w mojej sztruksowej spódnicy ze złodziejskimi kieszeniami przechodzę całą zimę).






Kutry na zatoce migotały światłami.
(dom)
Na dworze zmrok, po herbacie zachciało mi się obejrzeć Taksówkarza (1976), i bardzo dobry to był pomysł, film ma intrygujące zakończenie, w sam raz do dyskusji. 

Wypad do miasta nie trwał długo, ale oboje jesteśmy wypruci z energii. Nie mogę zapomnieć o zadaniu domowym i nie zapominam, jestem w Doktorze Faustusie na stronie siedemdziesiątej drugiej lektury łóżkowo-podkołdrnej.

wtorek, 14 grudnia 2021

728. Czternasty grudnia.

Pac, pac, pac, paca kotek, mamo, do pracy się spóźnisz. Tak było, ubzdurałam sobie, że nastawiłam w telefonie budzik. Może i owszem kiedyś nastawiałam, ale nie na dzisiaj rano. Obudziłam się dzięki Ryszardowi, który zaalarmował mnie, że jest po czasie, potem poszło już gładko.

Kochany miał dzisiaj wolne, szczęściara ja, podwiózł mnie w obydwie strony. Zawodowo dzień jak co dzień, jechaliśmy na pusto, z nudów zrobiłam trzy prezentacje w power poincie na następny tydzień, jedyną istotną rzeczą była krótka i treściwa rozmowa z Bridżet. 

Fred zrobił dla nas obiad, po którym okokoniłam się w kocyk i zaległam przed laptopem. Była rozmowa z Kaś Matką Kotom (wcale sobie nie szkoduje i dobrze u niej jest). Ale najwięcej to po prostu siedzimy i rozmawiamy o różnościach. Jutro mamy rzekomo wstać wcześniej i aktywnie delektować się wolnym dniem. No, nie wiem.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

727. Przez okno.

Jeden z tych grudniowych dni, gdy światło słoneczne ogląda się głównie przez okno w pracy.

Z rana Eugene, Lokalny Gej, uciął sobie ze mną pogawędkę na okazję taką, że autobus jadący w kierunku Drołdy wymaga teraz przejścia na drugą stronę ulicy, gdyż od tego tygodnia nie robi pętli. Ile zaoszczędzi? 5 minut? Kraj się stacza, zawyrokował Eugene, Lokalny Gej, po czem dał mi sygnał kiedy przechodzimy, gdyż właśnie zbliżał się autobus, który nie robi pętli. Wiadomo znamy się, razem czekamy na przystanku, powstaje więź oparta na trosce o kraj.

W pracy miluchne przygotowywanie świątecznych posiłków i spożywanie:

Udałam się do housingu i zapytałam co tam jeszcze trzeba dołożyć z papierologii w temacie ew. transferu. I proszę bardzo, pani wytrzeszczająca i powtarzająca każde moje zdanie (pracuje ich tam chyba z cztery, wszystkie tak samo wytrzeszczające się i powtarzające) po prostu przyjęła mój formularz, a nawet wydała mi opieczętowaną kopię pierwszej strony bez proszenia. Ktoś się z nami kiedyś skontaktuje. Być może nawet jeszcze w roku dwudziestym drugim.

Fred sprawił mi niespodziankę wracając niedługo po tym, jak sama weszłam do domu. Właśnie nastawiłam płytę the Yardbirds, zaczynałam robić obiad. 

I zaraz dzień się kończy, przedłużam sprawę popijając kolejną herbatę, ale trzeba będzie przed snem zajrzeć jeszcze do podręcznika na jutro. Fred googluje pomysły prezentów dla babci.

niedziela, 12 grudnia 2021

725-726. Weekend aktywno-pasywny.

Sobota.
Po małym śniadaniu (nie chcieliśmy się przejadać przed spotkaniem) ruszyliśmy w kierunku północnym. Miało nie padać i w zasadzie nie padało, to mokre przylepiające się do wszystkiego coś było chmurą w której jechaliśmy. Najpierw zatrzymaliśmy się w Dundalk, żeby kupić prezent dla Aś, figurkę chłopca z pingwinkiem, i świąteczne lampki w kształcie śnieżynek, potem do Carlingford. Dary zostały przekazane, Aś zapakowana do samochodu, Ruby Ellen's nawiedzona:

Po długim lunchu gadanym odstawiliśmy koleżankę do domu i jeszcze na chwilę zaszliśmy do portu:

Jak widać, nic nie widać, choć w tym miejscu zazwyczaj występowały wzniesienia w Północnej. 

Następny kierunek: TK Maxx w Newry. Prezenty dla moich rodziców nabrały kształtu, to zielonkawy sweterek dla mamy (Max Studio) i szary szal dla taty (Savile Row). Przy okazji do koszyka wpadł rozpinany sweterek dla mnie, trochę szary, trochę czerwonopasiasty (Majestic Filatures). Sporo łaziliśmy:

Idea była taka, żeby się za wcześnie nie zwalać na głowę Ka&Jot z którymi byliśmy umówieni na wieczór. Z kilku przywiezionych przez nas filmów Jot wybrała Pokój (2015), nawet spoko, nie za amerykański, co dobrze zrobiło fabule. Przy okazji Fred został zaproszony na parawigilię.

Niedziela.
W domu jesteśmy po północy, spanie dobrze po pierwszej. Miałam ambitne plany poświęcenia całego dnia Mannowi, ale od razu zaczęłam z poślizgiem, bo na dobre przebudziłam się po dziewiątej. Pogoda przez cały dzień rozgrzebana irlandzko. Pozytywy: Fred wypełnił do końca formularz transferu domu, jutro przejdę się z tym papierem do urzędu i może dowiem się jaka dodatkowa makulatura jest jeszcze potrzebny (albo się nie dowiem). 

Za oknem wieje, już dłuższy czas jestem w szlafroku i bamboszach, produktywność mi dzisiaj nie wyszła (nie jestem zaskoczona). Mąż właśnie skończył ponadgodzinną rozmowę z Usz, wieści rodzinne są umiarkowanie optymistyczne (teściowa dała się oszustom naciągnąć na pieniądze), życzymy sobie wszystkiego dobrego, to nigdy nie zaszkodzi. Na kolację pizza z Tesco.

piątek, 10 grudnia 2021

724. Śpiulkolot?

Obudziłam się bez apetytu, co nigdy nie jest dobrą opcją, gdy człowiek musi iść do pracy. Po drugie, choć wróciłam około czwartej, zanim wzięłam się za jedzenie zupy, już zmierzchało. Tak, że ten ... piątek minął ekspresowo, w trakcie uczyniłam jeden wieniec na drzwi i dwa stroiki świąteczne.

Kochany wrócił późno, ale rozanielony, bo weekend wolny i jutro jedziemy w kierunku Północy. Kupił mi piękne spodnie Poetry z mieszanki lnu i wełny (cudne zakładki, prawie spódnico-spodnie w stylu lat 30-tych, jutro jeszcze obejrzę w naturalnym świetle, ale już się zakochałam), na swoje usprawiedliwienie ma to, że wszedł do TK Maxxa w poszukiwaniu prezentu dla teściowej (bardzo zmyślna wymówka).

No i cóż, już zamulam w łóżeczku, dogrzewam się po chłodnym dniu, kot ma ten sam pomysł, więc zabiera mi miejsce na nogi.

czwartek, 9 grudnia 2021

723. Plany.

Rouge profond miał być na specjalne okazje. Wczoraj nałożyłam go po długiej przerwie, uja tam, jest życie, jest okazja, będzie to mój róż codzienny, do popołudniowej drzemki też. I tak z chanelem na policzkach powzięłam zamiar spaceru nad morze, ale wiatr zmienił moje plany, zrobiłam tylko kółko po osiedlu i pod domem pogadałam chwilę z Katlin.

Potem się smutałam, smutałam i smutałam, aż zadzwonił Fred z pracy i mi powiedział, żebym przestała się smutać i kupiła ten bilet. Zadzwoniłam do mamy z pytaniem, czy będzie miejsce przy stole i krokiet dla wędrowca (Mruczuś wykurowany, to teraz Maksiu na antybiotyku, mama myśli o fotowoltaice). Bilet na wylot do Polski kupiony został.

Wyprasowałam bieliznę, obejrzałam vlog Morgan Donner z przeglądem nowożytnych fryzur (co za transformacja!), w tym czasie, do 13:30, wróble z kolegami uporały się z rzuconym przeze mnie wyzwaniem (po próbie spaceru zasiliłam karmnik do pełna). Mann nadal czeka, aż będę miała melodię do czytania.

Ech, i nigdy więcej stir frya ze starego wołu, który być może zmarł śmiercią naturalną i koledzy postanowili spełnić jego marzenie bycia stir fryem z Lidla (to się mogło zdarzyć!). Dobrze, że przy tym zaczęłam oglądać Manhattan Murder Mystery (1993) Allena, czas smażalniczy minął przyjemniej. Z obiadu zrobiła się obiadokolacja, Fred wrócił po ósmej, opowiadam mu o bilecie, fotowoltaice i wróblach.

środa, 8 grudnia 2021

722. Tęsknoty.

Żubry online mogłyby być włączone na podglądzie cały czas, jestem w nastroju na zimę. Oglądam też Stacey robiącą domowe słodycze świąteczne oraz równie świąteczną Gosię, Bernadettę oprowadzającą po swoim londyńskim mieszkanku i nowy vlog Karoliny o przenikaniu się mody męskiej i kobiecej; było jeszcze kilka rzeczy, to wszystko typowa prokrastynacja oczywiście, bo mam przeczytać Doktora Faustusa do świąt, a nie lubię mieć. Poza tym, chcę za dużo i wtedy robi mi się taki stupor, że nie robię nic.

Kochany wrócił zwyczajowo w tym tygodniu po szóstej i przywiózł mi siebie, chłopaka w uszance, z sercem na dłoni:


Pogodowo nie tak źle jak wczoraj, nadal wietrznie, po południu nawet podrzuciłam coś przemokniętym wróblom, bo żal mi się zrobiło tych kulek pierza. Potem przyglądałam się z pół godziny jak manewrują mocując się z wiatrem. Szpaki i krukowate się nie pojawiły. I tak, chciałabym latać.

wtorek, 7 grudnia 2021

Postscriptum #721.

Koci dzień sztormowy.
 
 
Ach, ale dlaczego ty tu ... nie miałaś być w pracy?? Ja właśnie robiłem czekanie ...

Siedzę sobie w środku, bo mam domek.

Jesteś moją mamą.

...

Przecież wiem, że mi robisz zdjęcia.

721. Sztorm Barra.

Tak więc był w moim śnie Zalewski Krzysztof i Domogarow Aleksander, a pan Czesio wypożyczył mi aparat fotograficzny w kolorze seledynowym na 9 i ½ tygodnia (we śnie też bardzo mnie to rozbawiło, zanim się obudziłam o 4:03). 

Jakoś chwilę później przyszedł wiatr. Po 7 rano zatekstowałam do menadżerki z zapytaniem czy pracujemy, odpowiedziała mi po 8, gdy siedziałam w autobusie (sama jedna). Już wczoraj ogłoszono zalecenie zamknięcia szkół we wszystkich hrabstwach z czerwonym i pomarańczowym alarmem, nasz ośrodek technicznie rzecz biorąc szkołą nie jest i wolniej przetwarza takie informacje. W każdym razie przejechałam się i ok. 9:30 weszłam do stygnącego domu (chwilę wcześniej padł prąd), a kot przywitał mnie z parapetu zdumiony, że jestem, jak mnie miało nie być.

Na szczęście ostało się trochę zmielonej kawy i nie musiałam używać zębów jak Turecki. Więc jajecznica, kawa, koc (najpierw wyszłam w wichrze i deszczu przestawić przewrócony kosz i pozbierać graty, które wyturlały się na cały ogródek), zaopatrzyłam się w stosik książek z męką czytanych, mianowicie w Ginczankę, Diderota i Manna. Prąd wrócił wcześniej niż twierdzili, tym bardziej miód i orzeszki, Fred wrócił później, choć też wcześniej, bo miał we wsi trzecie szczepienie na covid.

Elizabeta potwierdza telefonicznie, że u niej wszystko w porządku oraz że zawsze mamy zaproszenie, dzwonimy też do hrabstwa Clare chłostanego wiatrem, rozmawiamy m.in. o facecie z sierpem, kretach, dżdżownicach i prawnikach z arcybiskupstwa. W głowie wędruję na zachód.

poniedziałek, 6 grudnia 2021

720. Niemożliwe, znowu bez tytułu?

Dzisiejszy księżyc nazywa się młodym, dopiero bowiem wychodzi z nowiu. Taki właśnie sierp w towarzystwie gwiazdy wieczornej patrzył na mnie, gdy objeżdżaliśmy miasto nadal oświetlane zachodzącym słońcem. A potem skręt w mrok prowincji.

Ziąb. Zastałam Ryszarda wtulonego w mój szlafrok, śniadanko niedojedzone, więc pierwsze działanie to nakarmienie kota. Zawartość saszetki (indyk z karotką) została pochłonięta natychmiast, dodatkowo otworzyłam puszeczkę ryżu z morską rybą na kocie smuteczki jesienne.

Kochany jeszcze stał w korku gdzieś w rejonach stolicy, więc miałam czas na plany obiadowe i oglądanie zaległych vlogów. Chłód nadal mnie trzymał, mąż jechał i jechał, dojechał przed ósmą, gdy stałam pod prysznicem rozkręconym na wrzątek. Jemy, brzmi Steely Dan, następnie piosenka Turnaua o Bedford School, oczy mi się zamykają, ale jeszcze chwilę niech pobędzie poniedziałek.

Straszą nas sztormem o pięknie brzmiącym imieniu. Barra.

niedziela, 5 grudnia 2021

719. Ej, bez tytułu? No.

Większość drogi do morza było pod słońce, lazłam mrużąc się i gratulując sobie pomysłu. Naprawdę niewiele osób było tu w niedzielne południe, zastanawiam się, co mogli mieć lepszego do roboty. Przypływ właśnie zbliżał się do szczytu, znalazłam kraba wielkości paprocha, który doczekał żywy do wysokiej fali. 




Fred nie musiał się zrywać wcześnie, bo dzisiaj pracował w Drołdzie, mimo wszystko jednak ... Kochany gdzieś tam, znowu pokazuje mi kwiatek na swoim flat white. Po spacerze miałam trzy zajęcia online z rozwoju człowieka i różnic indywidualnych, zeszło aż do powrotu męża z pracy (przy dłuższej przerwie umyłam włosy pod prysznicem i najchętniej zawinęłabym się już w kokon szlafroka, gdybym nie miała zwyczaju pokazywania prowadzącym swojej facjaty w kamerze). Kochany zrobił więc obiad, gdy kończyłam posiedzenie. Przypomniałam się Aś, może spotkamy się w przyszły weekend. Bo ten kończy się nagle, idziemy spać jak emeryci.

sobota, 4 grudnia 2021

718. Coraz bliżej świąt.

Wyciąg kuchenny zdecydował się dzisiaj działać. Odkryłam to przypalając słoninkę pod łazanki z polskiego sklepu. Bardzo dobrze :)

Dzień był słoneczny i przewiewający do kości. Kochany musiał wstać po piątej, zresztą nie spał dobrze. Co innego ja i kot. I prawdę mówiąc przebimbałam dzień podobnie jak Ryszard, tylko rano trochę wysiliłam mózgownicę, żeby dziewczynom z uczelni podesłać kolejne streszczenie prostego badania, a potem to laba. Kot wyłaził za mną na dwór żądając, żebym natychmiast wracała z ogródka, bo on chce spać (na chwilę wpadła do nas zaniepokojona Anna, była przekonana, że nikogo u nas nie ma i ktoś obcy szpera w szopce na tyłach).

Rodzice mieli dzisiaj trzecie szczepienie przeciw covidowi, wrócili do domu w dobrych nastrojach. Zadzwoniłam, żeby zapytać jak się czują, ale też pogadać o genealogii, bo na stronie IPN-u straty.pl znalazłam dane obydwu moich dziadków i babci Frani. Tak więc znowu duchy mnie pochłonęły.

Kochany wrócił z poślizgiem zły na korki uliczne spowodowane rozkręcającym się świątecznym szaleństwem. Zjadł obiadek, dobił to całym opakowaniem ośmiorniczek i wcześnie poszedł spać, chociaż najchętniej słuchałby do późna Toma Waitsa, co jest dla mnie zupełnie zrozumiałe.

piątek, 3 grudnia 2021

717. Z Tobą zawsze jest lepiej.

W robocie papierologia. Ech, fajna ze mnie dziewczyna jest na całe szczęście, inaczej 15 razy rzuciłabym w Luizę kulkami papieru. Po powrocie do domu robimy obiadek, potem wymieniamy się z Kochanym cebulowymi pocałunkami i ze wzruszeniem oglądamy Historię kina w Popielawach (1998). Fred przygotowuje się do siedmiodniowego tygodnia pracy, który odpala mu jutro. Przy smażeniu krewetek na minikolację okazuje się, że psuje się wyciąg kuchenny. Kris zamontował go ekspresowo lata temu i zostawił Fredowi materiały, żeby Kochany sam go sobie obudował. Materiały gdzieś leżą, wyciąg się psuje, Kris nadal nie żyje. 

Na dobranoc nucę My Lovely Horse.

czwartek, 2 grudnia 2021

716. Hibernujący jeż i inni.

Taki oto jeż o imieniu Błajan:

Krótko po południu dorzucając ziaren do karmnika zorientowałam się, że pogoda jest całkiem przyjemna, stąd wyniknęła chętka na spacer, rozmowa z Ethanem o hibernującym jeżu oraz chat z Katlin do której po kilku minutach dołączył nasz kot:

Wzięłam drania pod pachę i odstawiłam do domu, bo naprawdę byłam już stęskniona za samotnym wyjściem nad morze (Fred ma dzienną zmianę w miasteczku obok). A tam piękny, spokojny odpływ:

Podobnie jak wczoraj, przez większość dnia nucę My Lovely Horse. Przypominam sobie, żeby nadrobić oglądanie odcinka 1000-lb Sisters i porozmawiać z rodzicami o stanie Mruczysława (jest poprawa).

Listonosze byli dziś jak domokrążcy, jeden przyniósł Fredowi bordowe Conversy (stare, bordowe trampy z dziurą idą na śmietnik), drugi zostawił pod drzwiami testy DNA z MyHeritage. W związku z tym tak sobie z Marksistką rozmawiamy:

No i cóż, pobrałam próbki, mam nadzieję, że wystarczające (potrafię się zestresować takimi myślami), posadziłam Fredowi szczepkę jego własnego drzewa i bujam się do płyty Showbiz Kidz: The Steely Dan Story 1972-1980 (2000). Kochany już w łóżeczku, zmęczony dzisiejszą szychtą w Drołdzie. Jutro do pracy ja, trzeba mi więc iść spać, brać przykład z kota.