Z pracy pojechaliśmy do Tayto Park. Nie przepadam za rodzajem tłumu, jaki przyciągają tego typu rozrywki, szczególnie, gdy rozpoznaję w nim rodaków. Za to kozy lubię, więc głaskałam kozy.
Lemury też były niezłe, oraz pogoda, bo w ciągu dnia wyszło mocne słonko.
Minęły jeszcze trzy godziny od zakończenia mojej pracy, zanim zjechaliśmy z Kochanym do domu. Najpierw posiedzieliśmy na ławeczce przed Caffè Nero na West St.
Fred chciał pokręcić się po sklepach, żeby kupić prezent dla Ka z okazji urodzin. W TK Maxxie skusiłam się na dwie rzeczy z Majestic Filatures, zielonkawą narzutkę i brązowatą bluzkę z odkrytymi plecami, głównie dlatego, że były z ładnego lnu. Mąż w sklepie sportowym kupił przyjacielowi zestaw górski, dwa T-shirty i skarpety, ale i mnie się coś dostało — niebieski plecak Karrimor, mniejszy od mojego Berghausa, poręczny na krótsze spacery.
Reszta dnia minęła spokojnie, chwilę rozmawiałam z mamą (z oczkiem Niuni jest nieźle, następna wizyta kontrolna u weta w grudniu), Fred zrobił na obiad kalafiora, podlałam ogródek nie czekając aż pogoda się sknoci i przyroda zadba o to sama — nurtuje mnie próbna łączka, ciekawa jestem kwiatów, które na niej rozkwitną, na razie nie rozpoznaję żadnego.














































