Strony

środa, 30 czerwca 2021

561. Wesołe miasteczko.

Z pracy pojechaliśmy do Tayto Park. Nie przepadam za rodzajem tłumu, jaki przyciągają tego typu rozrywki, szczególnie, gdy rozpoznaję w nim rodaków. Za to kozy lubię, więc głaskałam kozy.

Lemury też były niezłe, oraz pogoda, bo w ciągu dnia wyszło mocne słonko.

Minęły jeszcze trzy godziny od zakończenia mojej pracy, zanim zjechaliśmy z Kochanym do domu. Najpierw posiedzieliśmy na ławeczce przed Caffè Nero na West St. 

Fred chciał pokręcić się po sklepach, żeby kupić prezent dla Ka z okazji urodzin. W TK Maxxie skusiłam się na dwie rzeczy z Majestic Filatures, zielonkawą narzutkę i brązowatą bluzkę z odkrytymi plecami, głównie dlatego, że były z ładnego lnu. Mąż w sklepie sportowym kupił przyjacielowi zestaw górski, dwa T-shirty i skarpety, ale i mnie się coś dostało — niebieski plecak Karrimor, mniejszy od mojego Berghausa, poręczny na krótsze spacery.

Reszta dnia minęła spokojnie, chwilę rozmawiałam z mamą (z oczkiem Niuni jest nieźle, następna wizyta kontrolna u weta w grudniu), Fred zrobił na obiad kalafiora, podlałam ogródek nie czekając aż pogoda się sknoci i przyroda zadba o to sama — nurtuje mnie próbna łączka, ciekawa jestem kwiatów, które na niej rozkwitną, na razie nie rozpoznaję żadnego.

wtorek, 29 czerwca 2021

560. Przed finiszem.

Z Centrum do Oldbridge na piechtę, kawa, ciastko, i z powrotem, taka praca. Jedna z naszych podopiecznych miała dzisiaj robiony test covidowy, na szczęście dla nas to był tylko kac, inaczej bez testu dla całej załogi by się nie obyło. Niejako przy okazji, nieobecność Dżastiny była miłym akcentem (she's pain in the a** sometimes, if you ask me). Pogoda była aż za dobra, na szczęście dołączyła do nas Sziwan wyposażona w tubkę kremu z filtrem. 

Kochany podjechał po mnie pod sam budynek, z korzyścią dla moich zbolałych stópek. I tak sobie jechaliśmy, on jeszcze duszą w Donegalu, ja po prostu zadowolona, że jest ze mną.

W domu wykonałam niewiele pracy, zawinęłam łososia w sreberko przed pieczeniem i podlałam od serca ogródek (łubin rozkwitł przepięknie, zaskakująco dobrze wyglądają też testowe paski dzikiej łąki). Kochany gdzieś pomiędzy snem i wyjazdem po mnie znalazł czas na wymianę słuchawki prysznicowej. Zaczął kolejną zmianę po ósmej wieczorem, znowu więc rozminą się nasze poranki.

Podczas podlewania ogródka (po drugiej stronie ulicy Moira zabrała się za taką samą pracę przy swoich gigantycznych łubinach) do naszego ogródka przyszedł kotek w wieku Bána, biało-rudy, nieco jaśniejszy od Rysia, jestem pewna, że widziałam go w okolicy już kilka razy. Ryszard przywitał go nawet przyjaźnie. Gdy kończyłam podlewanie dał mi się pogłaskać, i zauważyłam, że ma piegowaty nosek.

Wieczorem kolejny odcinek Midsomer Murders, Blue Herrings (2000), chociaż powinnam więcej czytać. Może Muminki?

poniedziałek, 28 czerwca 2021

559. Dzień "po" ...

 ... się ciągnie. Jest nawet ładnie. O najwcześniejszej możliwej godzinie pojechaliśmy po Rysia. Opiekunka powiedziała, żebyśmy dzisiaj przetrzymali go w domu. Pewnie zachowywał się skandalicznie, mało jadł, niewiele spał, z pewnością miauczał, bo takim żałosnym miaukiem nas przywitał. Po południu, gdy Fred był już w Północnej, oczywiście pękłam i wyszłam z nim na dwór, spędziłam sporo czasu na weranda njus z Katlin, Anne i Anną Emerytką. Ryszard poocierał się im wszystkim o nogi i kicał po ogródkach słuchając naszych wywodów. Wszystko, co dobre, szybko się kończy i z powrotem w domu znowu mędził o wypuszczenie, jak dwuletnie dziecko, ziewając i argumentując jednocześnie. 

Trzymam się na nogach cały dzień, pisząc, przeglądając zdjęcia. Death of a Stranger (1999) wieczorem (Dominic Mafham ma tu bardzo irlandzkie rysy), i o dziwo, nie chce mi się spać o tej porze.

Postscriptum do trzech dni w Donegalu.

Gdzieś tam ocean ...


Plaża Fintra wieczorem.


Piątkowy wieczór przy kominku.


Sobotnie śniadanko.


Po drodze do Malin More, grobowiec sprzed 3000 tys. lat.
.

Silver Strand.





Glencolmcille Folk Village.




Pod Rorym.



Spacer po Ballyshannon.




Wieczorny widok na port w Killybegs.


Niedziela na Slieve League.
Idziemy tam na górę:


Owca z The Pilgrim Path:


Na klifie:




Obiadowy przystanek w Donegalu, Old Castle Bar.

niedziela, 27 czerwca 2021

558. Niedziela na Slieve League.

Jak w tytule, choć już jestem w domu. Byłam trochę zmęczona po wczorajszym dniu, obudziłam się w nocy i moje nogi nadal szły, niemniej nie było przebacz, dzisiaj udaliśmy się na jedne z najwyższych klifów Irlandii. Sprawniej niż wczoraj poszło nam śniadanie i po dziesiątej już byliśmy w trasie, najpierw na punkt widokowy, potem podjechaliśmy możliwie najbliżej The Pilgrim Path. Marsz był do przewidzenia, taki w sam raz, ani długi, ani krótki, za to Fred i Aś przeszli po grzbiecie kilka kroków dalej ode mnie, gdy ja w zacisznym miejscu konsumowałam jabłuszko. Po szesnastej byliśmy ponownie na dole. Ponieważ Aś zamierzała ominąć popołudniowe korki, najpierw zjechaliśmy do domku i spakowaliśmy się przy ostatniej kawie/herbacie, a potem odbyły się poszukiwania miejsca na obiad. Restauracja znalazła się dopiero w Donegalu (mieście), naprzeciwko miejscowego zamku (i pewnie stąd jej nazwa, Olde Castle Bar). Upchnięto nas wprawdzie w rogu ogródka przy maciupkim stoliku (jak na trzech), ale jedzenie było bardzo dobre. Potem w drogę, czyli i tyle przygód na dzisiaj.  Do domu, z małym przystankiem na przepakowanie się do własnego samochodu, dojechaliśmy o jedenastej wieczorem. Nadal niektóre wypchane torby stoją w kuchni, czekają na lepsze chęci.

557. Sobota w Donegalu.

Poranek był wolny, obudziłam się po siódmej, zrobiłam herbatkę, posiedziałam w salonie czekając, aż inni wstaną we własnym tempie, za oknem miałam zielone widoki na sąsiednie wzgórza. Aś zrobiła super jajecznicę na śniadanie i ruszyliśmy Wild Atlantic Way, torfowiskami do góry mapy. Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć grobowiec w Malin More, zaraz był też drugi przystanek, w sklepie z lokalnymi rękodziełami, gdzie kupiliśmy dla siebie prezenty (książka Best-Loved Joyce, dwa wełniane merynoski, dwukolorowy, wydziergany na miejscu dla mnie i kamizelka Original Aran Co. dla Freda, torebka w robiny Erin Knitwear). Sporo czasu spędziliśmy na Silver Strand, najpierw weszliśmy na zielony cypel obsiany owcami, trochę posiedzieliśmy tam gapiąc się na nos Ben Bulbena i rozmawiając o hipokampie. Po zejściu na dół leżakowanie na plaży (pogoda była łaskawa, wietrzna, ale tu wieje zawsze). Pod wieczór Aś chciała jechać na mszę, więc zostawiła mnie i Freda w Ballyshannon, pod pomnikiem Rory'ego Gallaghera. Zdjęcia z Rorym (oczywiście) zrobione i pokręciliśmy się w okolicach czarnej jak atrament rzeki Erne (R936, Mall Pier). Małe, prowincjonalne miasto, 100 m od centrum pasą się krowy. W drodze powrotnej do bazy, w Killybegs (cały czas grała nam płyta Turnaua po angielsku, od razu Grzesiu dostał kilka punków za to, że zna i lubi wczesnego Billy'ego Joela) zjedliśmy kolację, rybę z frytkami, w samochodzie, z widokiem na port. Kończymy sobotę oglądając o północy kilka pierwszych odcinków Derry Girls na Netflixie. Zmęczona trochę, szczęśliwa.

piątek, 25 czerwca 2021

Postscriptum #556.

Ka nie zdążył się z nami spotkać. Aś zapakowała nas do swojej czerwonej strzały i off we went. Śmigaliśmy w części przez Północną, potem wróciliśmy do Republiki. Były dwa-trzy krótkie przystanki, na kanapki, napitki, plażę Fintra, kupienie torfu do kominka. Dom jest na wzniesieniu, z kuchni widać Atlantyk i zgarbioną sylwetkę Ben Bulbena. Aś wypolerowała podłogi, powoli rozgrzaliśmy się herbatą, wywietrzyliśmy pokoje. Na kolację łosoś z rozmarynem. O tej porze siedzimy we trójkę przy kominku strzelającym torfowym ogniem, popijamy herbatę i snujemy plany przed snem. Zza góry podchodzi do nas czarna noc.

556. Kiepski start.

Fred wrócił z pracy o siódmej (!) rano. Zaspana weszłam pod prysznic w skórzanych klapkach, które chciałam wziąć ze sobą w podróż (czyli nie wezmę, skoro się suszą). Przez godzinę nie mogłam dokonać przelewu z mojego konta i kasa dalej nie jest przesłana. Pechowy początek dnia. Ryszard spakowany do kontenerka jedzie do hotelu, za oknem deszcz, ja w pracy. Niech już będzie lepiej.
___
edit 15:50 Samochód przed domem Ka, kluczyki wrzucone do skrzynki pocztowej, my gotowi na wszystko, co najlepsze.

czwartek, 24 czerwca 2021

555. Czwartek przekrojony na pół.

Poszłam spać późno (przynajmniej po pierwszej w nocy, czytanie i muzyka z yt), pobudka o siódmej, zielona herbata z książką, śniadanie, wstawienie prania, kawa, spacer nad morze połączony z rozmową z tatą i babcią (babcia mówi, że są gorsze i lepsze dni, nie może się nas doczekać, podziwia kwiatki przed naszym domem). Fred wstał przed południem, pomimo przydługiej nocki.

(po trzeciej nad ranem świt dobija się przez niedosłonięte okno, pięknie).

Powrót kota ze spaceru zapowiedział nam zbliżającą się psią pogodę. Wczesnym popołudniem zaczął padać letni deszcz, który przekroił czwartek na pół i nie opuścił wsi już do zmroku (i dobrze, lawendy zamieniają się w gąszcz, widziałam w nich trzmiela-giganta). Fred przygotowywał się do kolejnej zmiany, zadzwonił do teścia z życzeniami imieninowymi, zrobił sobie obiad (dla siebie odgrzałam wczorajszy sos cukiniowo-pieczarkowy). Ka już wie, że jutro zostawiamy samochód pod jego domem na weekend. Aś przypomniała, żeby spakować pościel i ręczniki, małżonek ma w plecaku ubranie "na góry" (po półgodzinnej lekturze udałam się na drzemeczkę i jednym okiem obserwowałam jak Fred rozpromieniony grzebał po szafach). Z drzemki wybudziło mnie uczucie, że nie mogę rozprostować nóg — Ryszard wyszedł na siku, po powrocie dołączył się do życia rodzinnego zasypiając w zgięciu moich kolan.

Szyby więc mokre, a ja po wyjeździe Kochanego do pracy dokończyłam biografię Rory'ego pióra Vignolesa (Gill Books, 2021). Książka pozostawiła mi ogromny niedosyt, dużo cudzych opinii, mało człowieka. Trochę (przez hałas wyciągu kuchennego) słuchałam na yt płyty On the Boards Taste (1970) i piekłam naleśniki.

Więc naleśniki z powidłami, komputer ogrywa mnie w scrabble, odcinek Blood Will Out (1999) z mamą Emmy Thompson kończy drugi sezon MM. Pakowanie.

środa, 23 czerwca 2021

554. Niepozbierana.

Dzień zaczął się zawiesistą mżawką, w całej rozciągłości był duszny i szary (dopiero późnym wieczorem rozpogodziło się nieco i budynki, które widać z naszej kuchni, ładnie prezentowały się na tle ciemniejącego nieba). Wróciłam z pracy autobusem, zrobiłam whatever na obiad, zaległam przed laptopem z popołudniową kawą i odcinkiem zatytułowanym Dead Man's Eleven (1999). Spałam tej nocy pewnie z osiem godzin, a i tak jakbym dostała młotkiem w głowę, tak leciutko. Może to pogoda (w pracy wszyscy ziewali), może dogoniła mnie wczorajsza noc przespana raczej niedbale. Od momentu, gdy wróciłam do domu (piąta po południu), za każdym razem, gdy otwierałam drzwi na zewnątrz, Ryszard siedział w zasięgu mojego wzroku. Ostatnio na śmietnikach przed domem Anny, zupełnie niewzruszony moim wołaniem i Bánem zaczajonym na Junonę w jego ogródku. Co on knuje?

Czytam i słucham muzyki, łyżką wyjadam jogurt z kubeczka. Biografia Gallaghera, rozdział szósty.

wtorek, 22 czerwca 2021

552-553. Na szczęście jesteśmy razem.

Początek tygodnia minął mi bardzo zwyczajnie. Tatko zadzwonił w poniedziałek rano, przy swojej porannej kawie — pokazał mi kwiatki i kota Mruczysława.

Zanim Kochany wyjechał do Derry, przeszłam się sama na plażę. Nie robiłam zdjęć, porządkowałam myśli i prychałam. Nie wiem, czy to zatoki, czy alergia na coś fruwającego w powietrzu, ale od dawna nie było to takie męczące, nos był praktycznie nie do użytku.

Po południu zaczęłam wypełniać papiery, żeby odkryć, że nie działa nam drukarka, więc przerzuciłam się na prasowanie piętrzącej się sterty ubrań i oglądanie Midsomer Murders. Obejrzałam dwa odcinki, ostatni pierwszego sezonu i początek sezonu drugiego, Death's Shadow (1999). Fred miał długą zmianę — ostatnio menadżerowie robią sobie żarty z doborem kadry do zlecenia, więc małż wrócił do domu o szóstej następnego dnia rano. Wszedł tylko pod prysznic, bo nie było sensu się kłaść. Kota trzeba było wpakować do kontenerka i zawieźć na poranną wizytę u weta. W pracy miałam nie za fajną sytuację, którą wygładziłam przed wyjściem, Kochany za to jak z krzyża zdjęty, niewyspany i przejęty telenowelą mikroczipową (weterynarz po raz kolejny poruszył sprawę enigmatycznej, pierwszej właścicielki Ryszarda). Na szczęście jesteśmy razem. Kupiłam dwa płaty morszczuka i kubełek koktajlu krewetkowego. Taki to obiadek popiliśmy musującym napojem z jabłek. A w międzyczasie do Freda zadzwonił wet z zapewnieniem, że sytuacja nie jest wyjaśniona, ale niech tak zostanie. Czyli jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu, wznieśmy kubeczki.

Fred odpoczywa po męczącym dniu, tymczasem ze słonecznego popołudnia zrobił się chłodny, szary i deszczowy wieczór. Herbata i Strangler's Wood (1999) w Midsomer.
___
edit 21:30 Pączek resztę dnia trzyma się blisko domu (przełazi przez drogę, gdy rozmawiam z Katlin i Moirą), podczas całego odcinka MM siedzi na zewnątrz przed drzwiami z filozoficzną miną dobrego kota.

niedziela, 20 czerwca 2021

551. Niedziela dla leniucha.

Poszliśmy spać dobrze po północy, wstaliśmy późno i bez planów. Pomysł na wyjazd do Carlingford wyniknął z miłej, bezwietrznej pogody. Zajrzeliśmy do Aś, która uraczyła nas kawą/herbatą i ruszyła z nami w standardową trasę naokoło miasta. Okazało się, że zamek Jana jest tak po prostu otwarty, poszwendaliśmy się więc w środku. Na dziedzińcu spotkaliśmy miłą parę z dzieciątkiem i czarnym psem. Było cieplutko, słonecznie, urokliwie. Restauracje obsługiwały gości w ogródkach i zakiełkowała mi w głowie chętka na obiad w jednej z nich w ciągu najbliższego tygodnia. Zobaczymy, co z tego wyniknie.


sobota, 19 czerwca 2021

550. Dobre uczynki i jaśniejące niebo.

3:19 nad ranem  wyjrzałam przez okno — o tej porze roku niebo u nas jaśnieje nawet w nocy.

Po śniadaniu pomalowałam ogrodową szopkę. Pomogłam Luś w zaliczeniu hiszpańskiego (4+). Zrobiłam obiad.

Zaczęłam oglądać Faithful unto Death (1998), ale przerwałam sobie, żeby po ósmej wieczorem wybrać się z Fredem na nadbrzeżną wyprawę zakończoną w Tesco (pizza i beza zostały kupione). Wróciliśmy do domu wpół do jedenastej. Jasno. Zjadamy jedną pizzę, poprawiamy bezą, dokańczam odcinek Midsomer Murders.

20:39 Annagassan.


20:47


21:16 Blackrock.

piątek, 18 czerwca 2021

549. Dużo dobrego: jedzenia, towarzystwa, muzyki.

Ach, jak mnie wkurzają irlandzkie kwestie podatkowe. Albo raczej ja siebie wkurzam, swoją niewiedzą. Zauważyłam na payslipie, że od tego tygodnia coś odprowadzam, nie wiem dlaczego, greka, muszę poszukać informacji.

Ale dzień poza tym na piątkę, wstałam przed budzikiem, nietypowo Fred zawiózł mnie do pracy (do tej pory piątek miałam zazwyczaj online), słonecznie, na zmianie kawa i muffinka, cisza, spokój, ludzie pracują skupieni. Po południu mąż już na mnie czekał tam, gdzie zwykle. Dzięki informacji od Anny kupiliśmy farbę koloru sage, której nie mogliśmy znaleźć w miejscu, gdzie standardowo sprawdzamy jej dostępność. Potem jeszcze do portu, bo Fred preparował dzisiaj obiad złożony z sałatki greckiej i dwóch rodzajów krewetek (jedne łowione w Waterford).

Po obiedzie (Fred zaniósł trochę specjałów Annie) kaffka przed domem, chit-chaty z sąsiadkami, przy okazji między słowami wyszło na to, że faktycznie Alkoholowy Paddy (Jimmy) znalazł sobie kompana do picia w postaci Majkela Anne. Szkoda, bo chłopak zdrowotnie stacza się ekspresowo. Jimmy akuratnież w ciągu, dlatego go nie widujemy po sąsiedzku, jakieś dzieciaki przejęły jego ogrodnicze zobowiązania.

Dwie rezerwacje Rysiowe "pod wyjazd" został zrobione: szczepienie na wtorek i koci hotelik na następny weekend. Jutro jestem w domu, obiecałam Luś pomoc przy zdawaniu egzaminu; nie, że mnie jakoś strasznie namawiała, po prostu, zresztą nie wiem, czy się przydam.

Rory'ego Gallaghera Stage Struck (1980) gra. 

czwartek, 17 czerwca 2021

548. Ciepło, ciepło bardzo.

Z rana rozwieszam mnóstwo prania, żeby docenić starania przyrody. Fred poszedł spać po szóstej rano, więc maszeruję nad morze sama. 

Ryszard większość czwartku krąży wokół domu, weltschmerz i kocia nuda.

Aś poinformowała mnie, że przeniosła sobie szczepienie na inny termin, bo ją myśl o możliwości powikłań w czasie naszego wyjazdu rozstraja. W zasadzie to rozumiem.

I kolejny tydzień zmierza do końca. Fred planuje na jutro kulinarną orgietkę, więc wieczorem zrobiliśmy trochę zakupów. A potem już tylko Hendrix i Are You Experienced (1967).

środa, 16 czerwca 2021

547. Środa again.

Skończyłam pracę wcześniej — jedną z koordynatorek bolało gardło i nie chciała nas narażać na ewentualny kontakt z koroną. Po zajęciach poszłam z Theresą do B+B, koleżanka z pracy niespodziewanie zapłaciła za moje muffinki i kawę. Bardzo miłe. Następnym razem to ja stawiam (za tydzień mamy z nią ostatnie zajęcia w tym roku szkolnym).

Fred już nie spał, gdy wróciłam do domu. Dostał cytrynową muffinkę do pracy i buziaka.

Jest jakiś konflikt pomiędzy naszymi sąsiadkami, Anną i Anne. Ta pierwszami powiedziała mi, że bardzo to przeżywa i nie wie, o co chodzi. Sprawa się wyjaśni, a ja w tym czasie będę pilnowała swojego nosa.

Tymczasem nasze plany dotyczące ostatniego weekendu czerwca nabierają rumieńców. Aś ma w następny piątek po południu szczepienie i to jest jedna chmurka, która może zepsuć horyzont.

Pomimo rozgrzebanej książki Eileen, zaczęłam czytać biografię Rory Gallagher. The Man Behind the Guitar Juliana Vignolesa (Gill Books, 2021). Poza tym wieczorem kolejny odcinek MM, tym razem Death of the Hollow Man (1998). Ciągle wyskakują na mnie w tym serialu znajome mi twarze aktorów drugoplanowych i ulegam pokusie sprawdzania, skąd się wzięły w mojej głowie.

wtorek, 15 czerwca 2021

546. Ciepło jak gorąco.

22 stopnie, mówi telefon. Czyli upał. Na niebie gigantyczne, długie i płaskie chmury, jak niewyrośnięte bochenki. Bochenek i błękit nieba, bochenek i błękit nieba, jeden za drugim.

Ponieważ nie mogę się powstrzymać od zagadywania ludzi, po pracy zagadałam litewską Izoldę. Pani pracuje w B+B, gdzie smakują mi muffinki.

A tak w ogóle to w jedną i drugą stronę jechałam autobusem (Fred wrócił o jakiejś masakrycznej porze, a dzisiaj kolejna zmiana w Dublinie). Więc kot odprowadził mnie na przystanek, specjalnie otarł mi się o nogi w czarnych spodniach z kantem, żebyś matka tak głupio nie wyglądała bez sierści.

Po powrocie do domu nie czułam potrzeby robienia niczego pożytecznego. Kończę dzień odcinkiem Midsomer zatytułowanym Written in Blood (1998), z wątkiem genderowym i kotem rosyjskim niebieskim w tle. Ból ramienia znikł już prawie zupełnie.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

545. Happy vaccination day!

Wczoraj zerwałam się na równe nogi chwilę po szóstej, dzisiaj do trzech razy sztuka, za trzecim budzik mnie zaskoczył, za drugim w kuchni słyszałam koncertującego Rory'ego — Fred już nie spał. Szczepienie miałam w DIFE o 8.50, dziesięć po dziewiątej było po wszystkim. Jestem pod wrażeniem organizacji — 3 stanowisk recepcji, 6 stanowisk szczepiących, 36 miejsc siedzących dla osób po szczepieniu. Żadnego sapania na karku, ludzie zdyscyplinowani, pilnujący odległości, przerób jak na dworcu.

Gdy siedziałam na sali już "po", odczytałam wiadomość od Anne, jak w tytule notki.

Fred na mnie czekał, podwiózł mnie do centrum miasta i pofrunął do Dublina. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca kupiłam sobie w Bootsie trzy kredki do oczu (Rimmel 061, Maybelline 100, Revlon 865) i zachwycona faktem, że za wszystko zapłaciłam punktami z karty lojalnościowej ruszyłam w kierunku Scotch Hall. Po drodze zauważyłam, że z krajobrazu centrum miasta zniknęło Relish Cafe przy galerii Highlanes, gdzie bardzo smakowała mi super sałatka. Na ich miejsce jest już nowe Five Good Things Cafe. W dawnym Hotchpotch, który zwinął się na początku pandemii, jest z kolei ciastkarnia prowadzona przez Portugalczyków. 

Zakupy w Waterstones:

Lalala, bikoz aj kan. Do dwóch biografii Rory'ego dorzuciłam klasycznego Joyce'a i przepięknie wydane przez brytyjczyków W Dolinie Muminków. I jeszcze przy wyjściu kupiłam łagodne flat white na wynos w Insomnii (łagodne, bo mają też mocne, a wiem, bo zapytałam zdumiona, że jest coś takiego jak łagodne flat white). Powiewając papierową torbą z książkami i siorbiąc kawę ruszyłam przed siebie. Wróciłam do domu autobusem, na klamce od drzwi czekało na mnie zawiniątko ze sconesami od Katlin, a po drugiej stronie ulicy kot, który, gdy mnie rozpoznał, podbiegł radośnie kicając jakby był psem. Nastawiłam pranie, podgrzałam sconesy, zrobiłam sobie na oku kreskę kredką Revlonu o nazwie powerful plum, zjadłam sconesy z masełkiem. Ok, to teraz czekamy, co będzie.
___
edit 13:30 Ręka zaczyna mnie boleć, a Fred przesłał mi właśnie fotkę zrobioną na O'Connell St, pod pomnikiem Johna Graya:

___
edit 23:27 Wróciłam do książki Eileen, ale ruszyłam z trzydzieści stron i porzuciłam ją na rzecz pilota Midsomer Murders z panem Pokrzywą. The Killings at Badger's Drifts (1998), co za tytuł, co za twarze. Jeśli zaś chodzi o covid ręka boli ociupinę, nudy, myć ząbki i spać.

niedziela, 13 czerwca 2021

544. Kot grzeczny, pies stary, biblioteka online.

Kolejny szary i ciepły dzień, z rodzaju tych, które w Polsce mogą znamionować kiszącą się w zanadrzu burzę. Nie działo się nic spektakularnego, były trzy rozmowy telefoniczno-messengerowe, więc wiemy m.in., że Stu zawiózł teścia do szpitala. 

Po południu wyjechaliśmy na krótko do miasta — kupiliśmy uprząż dla Ryszarda, na szczęście regulowaną, więc pulpet jakoś się zmieścił. Jak często będzie w użyciu trudno powiedzieć, ale testujemy możliwości. Po powrocie do domu trochę kręciliśmy się po ogródku, więc była okazja zagadania z panią, która spaceruje obok naszego domu ze swoim psem. Pies ma na imię Larry, ma 14 lat i artretyzm, jest na pięciu tabletkach dziennie. Jego mama powiedziała, że zna Ryszarda z fb. Kot przysłuchiwał się naszej rozmowie bardzo zadowolony.

Wieczorem spadł w końcu ciepły deszcz. Zapisałam się do biblioteki, na razie online i mam tymczasowy kod oraz na oku kilka audiobooków.

sobota, 12 czerwca 2021

543. W domu.

Przed południem zadzwonił ktoś z sąsiedniej dzielni, że kot siedzi pod ich drzwiami. Fred pojechał, wrócił z małym żebrakiem, podrapany po twarzy. 

Rudemu nosowi dałam szlaban na wychodzenie, który zaraz został zerwany — Fred pracował w ogródku, ja z godzinę rozmawiałam po sąsiedzku z Katlin i Anną Emerytką, Ryszard najpierw słuchał, bo to o nim, potem przeniósł się do naszego ogródka i drzemał w lawendach, następnie w kuchni. U nas też domowe nudy, po południu był prysznic i łóżeczko (w łóżeczku m.in. rozmowa telefoniczna z Usz i wiadomość, że teść pilnie musi iść do szpitala). Gdy wieczorem wyjechaliśmy na chwilę po pizzę i bezę na deser, kot czekał przed domem, ekstremalnie grzeczny. Myślę, że przeraziła go pani, która do nas zadzwoniła. Niech ta nauczka będzie na dłużej niż jeden dzień.

Facebook odkopał mi wspomnienia sprzed 4 lat i jednego dnia:

piątek, 11 czerwca 2021

542. Lubię z Tobą chodzić.

W pracy tak sobie, jest chaotycznie i zmienia się pomysł na kolejny tydzień, ale whatever. To niezłe miejsce, tylko, że ja chciałabym już lepiej i bardziej, bo z natury jestem zachłanna. Fred w tym czasie przyszywał guziki do szelek u swoich spodni (i siarczyście to komentował; nawet mu trochę pomogłam, z przyszywaniem i z komentarzami) oraz odgrzał dla nas żurek. 

Gdy skończyłam żurek, zmianę i przyszywanie guzików, małżonek stwierdził, że pora na lans w najbardziej kraciastych spodniach, skoro już da się do nich doczepić walące po oczach szelki. Najpierw sprawdziliśmy czy w porcie dają rybę z frytkami — była, ale wiało tak, że marzłam na otwartej przestrzeni. Szkoda, bo za lichym płotkiem pasło się brązowe bydło, rodzice i dwoje młodych (lubię patrzeć na krowy). Wróciliśmy z rybą do domu, dzięki czemu nasi skrzydlaci sąsiedzi od razu mieli ucztę z resztek.

W mieście do Lidla, Woodiesa, Costy, w tym ostatnim miejscu zaskoczenie — pierwszy raz od miesięcy wypiliśmy kawę w ogródku, w normalnych filiżankach. Potem zaszliśmy do Sports Direct, dokupiłam cztery pary kolorowych skarpetek Levisa dla siebie, w kratkę, paski i kwiatki, a Fredowi t-shirt Diesela w kolorze kiwi. Wszystko powoli, bo przecież miałam w żołądku rybę z frytkami. Pomyślałam sobie, że możemy jeszcze sprawdzić, czy w Tesco jest już autobiografia Sinéad. I jechaliśmy do tego Tesco tak naokoło, że wcześniej stanęliśmy pod zamkniętą już bramą parku w Oldbridge, żeby zrobić sobie wieczorny spacer od bramy do starego mostu:


Cielaki wyszły na spacer.


Łaziliśmy tak nad rzeką ponad godzinę. A w Tesco zamiast autobiografii Sinéad była biografia Rory'ego, ale miała brzydko zagiętą okładkę, więc dałam sobie spokój. I tak wkrótce gdzieś znajdę obydwie pozycje. W domu jesteśmy przed dziesiątą, Fred jeszcze zdąża podlać kwiaty w ogródku.

Kot zjadł z rana podwójne śniadanie, sygnał, że idzie daleko i nie wie, kiedy wróci. Nadal na niego czekam.

541. Dobre wieści.

Już miałam nerwa, ale nareszcie! Przy porannej kawce dostałam wiadomość tekstową, abym się stawiła w poniedziałek rano na zaczipowanie zaszczepienie Pfizerem.

Zaćmienia słońca było widać tyle, co kot napłakał. Akurat dzisiaj było pochmurno, i zwodnicze 20 stopni. Poszliśmy nad morze, ja w swoim barbourku nowym, i wróciłam spocona jak mysz. Po drodze Fred kupił u rzeźnika najlepszy filet wołowy, na obiad był  więc stek-palce-lizać (taki, jak u Aś).

Z innych nowin dobrych a pięknych, jest taka, że Wu się odezwał z własnej i nieprzymuszonej woli, zatekstował, że dostał pracę, daleko od domu, ale płacą bardzo bardzo, co jest dobrą sprawą, bo jednak lepiej chorować na bogato.

Czwartek kończę dopiero teraz, wróciliśmy po seansie u Ka&Jot. Po raz kolejny obejrzeliśmy Dawno temu w ... Tarantino. Za drugim razem odczucia są nadal pozytywne. Wstaję za kilka godzin, na wszelki wypadek nastawiam budzik.

środa, 9 czerwca 2021

540. Dzień przyjaciela.

Gdy byłam w pracy, Aś potwierdziła, że pod koniec czerwca ma urlop i na weekend jedzie do domku letniskowego w Donegalu. Zapytała czy chcielibyśmy z Fredem jej towarzyszyć i już się tym jaram troszeczkę :)

Małżonek przyjechał po mnie pod Centrum, wspomniał o urodzinach Kaczora Donalda, o dniu przyjaciela i jutrzejszym światowym dniu jazdy nago na rowerze. Różne dziwne święta. W końcu wyciągnął torbę z prezentami — kupił mi w czasie ostatnich wyjazdów pikowaną, wiosenną kurtkę Barbour ze sztruksowym kołnierzem, grubą, czarną koszulę Replay i jedwabną chustkę Missoni, w biało-czarne maziaje, wszystko szykowne i pasujące. Mam mu mówić, że nie oszczedza na niewiadomo-co? Już mówiłam. Bardziej go pewnie przekonuje, że nie mam tego gdzie upchnąć. Miejsca na ubrania, buty i książki konieczne nam są.

Tak poza tym to w tym tygodniu angielskie lawendy odpalają konkretne kwitnienie, będzie w przeddomowym ogródku lawendowe rozpasanie. 

Stópki w kostkach nieco balonowate, pisząc to trzymam je wysoko na krześle.
___
edit 23:16 Dzień się jednakowoż jeszcze nie skończył. Kot nasz kochany znowu pojawił się na lokalnej stronie fb z adnotacją, że jest na innej ulicy i zjadł kolację. Anne mi w związku z tym śpiewa piosenkę I’m a rover and I’m bound to sail away, I’m a rover but you love me anyway.

wtorek, 8 czerwca 2021

539. 159/21.

Dzień szary i duszny, powietrze ciężkie, choć z nieba spadło ledwie kilka kropli deszczu. Nawet zdjęłam obrączkę, bo czułam jak puchną mi palce. W pracy dwa razy latałam po sklepach, a nasza zbuntowana młodzież przygotowała niezły lunch. 

Już w autobusie zachciało mi się sałatki z tuńczykiem à la moi. Pożyczyłam od Katlin otwieracz do konserw, zabytek, identyczny miała moja babcia. Chwilę pogadałyśmy, bo sąsiadka czuje się samotna (Majk nadal jest w trasie). Mój Kochany zadzwonił do mnie z Belfastu, wróci późno, ale za to jutro ma wolne. Po gigantycznej sałatce nie trzeba mi żadnych dokładek, zbijam bąki, nastawiam budzik na rano, kot właśnie wrócił z przechadzki, więc mówię mu dobranoc, kocie.

poniedziałek, 7 czerwca 2021

538. Przyjemny poniedziałek.

Sałatka została zrobiona rano. Rysia nie widzieliśmy od wczorajszego przedpołudnia (nawet około północy przeszliśmy się kilkoma dróżkami), więc przed wyjazdem zaszłam do Anny, żeby jej powiedzieć, że jakby kot się pojawił, to ... no nie wiem, żeby miała na niego oko. Potem jeszcze zrobiliśmy samochodem rundkę po osiedlu i Fred w sprawie kota zaczepił Moirę. A potem już tylko droga do Północnej z Arethą Franklin. Nie dręczyliśmy Ka, pewnie był zmęczony niedzielną pracą, za to Aś stawiła się na czas, spotkaliśmy się za Dromad i ruszyliśmy w dwa samochody w kierunku granicy i do niebieskiej foczki na której byliśmy ostatnio w czerwcu dwa lata temu.

Slieve Gullion.

Było wspaniale, nie za zimno i nie za gorąco, łatwe podejście i w czasie, gdy się tam zjawiliśmy niezbyt dużo ludzi. Tym razem obfociłam wejście do grobowca korytarzowego i doszłam do północnego kopca.






Zapamiętani przechodnie: starszy pan ze spanielem, szli za nami, potem przeszli całą górę i spotkaliśmy ich znowu na parkingu jak medytowali sobie patrząc na krajobraz (kolejny raz, gdy zjeżdżaliśmy jednokierunkową — starszy pan i jego spaniel zatrzymali się na innym punkcie widokowym i podziwiali horyzont); para syn i ojciec, ten drugi poślizgnął się, gdy byliśmy tuż przy zejściu — Fred chciał mu dać swoje kijki, ale pan postanowił wejść bez nich, ciekawe, czy sobie poradził, bo nie wyglądał najlepiej po zaledwie stu metrach marszu pod górę.

Jadąc jednokierunkową serpentyną w końcu rozdzieliliśmy się z Aś machając jej na pożegnanie. Zatrzymaliśmy się w Dundalk, na kawę z Costy przy Woodisie i zakupy, bo jutro oboje potrzebujemy czegoś na kanapki. Taka piękna pogoda, w głośnikach G.B.H. The Punk Singles 1981-1984 (2002). Jeszcze będąc na górze dostaliśmy wiadomość od Anny, że kot jest w domu, potem tekst od Anne, że najprawdopodobniej zatrząsnął się na noc w jej szopce. Wystarczy, że zajeżdżamy przed naszą chatkę z piernika, a zaraz Katlin, potem Anna, podchodzą i potwierdzają wieści z kociego frontu. Był, zjadł obiad, spał w rabatce przed domem, znudził się czekaniem i gdzieś poszedł. Wiatr wieje na wsi bardziej niż na Gullionie, Fred idzie spać, ja dłubię w komputerze, Ryszard pojawia się około ósmej i w nagrodę dostaje swój (ostatnio) ulubiony mus wołowy z Puriny.

niedziela, 6 czerwca 2021

537. Sobota Niedziela na spacerze w Deerpark.

Wykokosiłam się z łóżka bardzo wcześnie jak na porę pójścia spać (pierwsza w nocy), śniadanie, kawa, pogaduchy, gdzieś pomiędzy tymi czynnościami sprawdziłam pogodę na dzisiaj i jutro. Wyniknął z tego telefon do Ka (który dzisiaj pracuje) z oświadczeniem, że jutro chcemy gdzieś jechać i czy on też nie miałby ochoty. Po telefonie poczuliśmy oboje niedosyt, że jutro jest jutro i Fred zaczął szukać parku nadającego się na spacer dzisiaj. Deerpark Forest Walk w hrabstwie Cavan znalazł się o dziesiątej, 3 minuty później już miałam wydrukowaną mapę i małżonek dzwonił do Aś z pytaniem czy teraz z godziny na godzinę się do nas przyłączy. Odpowiedź była twierdząca. Chwilę potem przygotowujemy wałówkę, ogórki małosolne pokrojone lądują w pojemniczku, jabłka umyte, a Fred śpiewa pod nosem głosem radosnym nie będę przyszywał guzików, będę marnował czas!





Super zielony, kilkukilometrowy spacer w lesie z prześwitującym od czasu do czasu Lough Ramor.

Żeby po marszu zjeść wałówkę w spokoju, pojechaliśmy paręnaście km dalej na zachód, nad Lough Sheelin.

Jezioro równie ładne, podobno są w nim pstrągi brązowe, mnie zaczarował strumyczek przy którym siedzieliśmy. Małe rybki jadły akurat lunch i od czasu do czasu jakaś wyskakiwała nad wodę, żeby złapać robaczka.

Zmęczona. Aś dała nam swojskie jajka, może jutro rano uda się zrobić sałatkę.