Złapałam przedpołudniowy przypływ w pełni i żałowałam, że mam przy sobie tylko aparat w telefonie. Po nocnym wietrze morze było spektakularnie wzburzone, z plaży została wąska ścieżka przez którą od czasu do czasu przelewała się spieniona woda. W drodze powrotnej spotkałam Majkela, męża Anne, nie wydawał się bardzo obecny tu i teraz. Gdy przyszłam do domu, Freda już nie było. Wrócił dziś o 4:45 nad ranem i po krótkiej drzemce musiał jechać na umówione spotkanie z mechanikiem, samochód potrzebował wymiany oleju i przedniego światła. Obudził go telefon od mojego taty, który nadal zastanawiał się nad tożsamością (pra?)prababci Tekli i różnymi datami, które się mu porozmazywały w cygańskim dzieciństwie. Przy okazji rozmawiałam krótko z babcią i zrobiłam jej inspekcję, co dzisiaj na obiad. Więc i u mnie kalafior polany masełkiem, do tego kartofle, marchewka z prażonym słonecznikiem i krążki zalęgającej w lodówce cukinii usmażone w panierce. Zrobiłam też surówkę z rzodkiewki i dymki ze śmietaną (oglądając ósmy odcinek przygód Szerloka), bo pasuje do kaczych nóżek, które zajadał Fred. Wieczorem jemy, gadamy, słuchamy Marillionu, w tym Script For a Jester's Tear (1983).
— Z uwagi na sytuację ogólną proponuję reżim wydatków. Znaczy, nie kupuj mi żadnych prezentów.
— Ale masz urodziny!
— No właśnie dlatego to mówię :D
(Fred robi minę, jak te skarpetowe ludziki w Muppetach)






































