Strony

środa, 30 września 2020

288. Jutro już październik?

Złapałam przedpołudniowy przypływ w pełni i żałowałam, że mam przy sobie tylko aparat w telefonie. Po nocnym wietrze morze było spektakularnie wzburzone, z plaży została wąska ścieżka przez którą od czasu do czasu przelewała się spieniona woda. W drodze powrotnej spotkałam Majkela, męża Anne, nie wydawał się bardzo obecny tu i teraz. Gdy przyszłam do domu, Freda już nie było. Wrócił dziś o 4:45 nad ranem i po krótkiej drzemce musiał jechać na umówione spotkanie z mechanikiem, samochód potrzebował wymiany oleju i przedniego światła. Obudził go telefon od mojego taty, który nadal zastanawiał się nad tożsamością (pra?)prababci Tekli i różnymi datami, które się mu porozmazywały w cygańskim dzieciństwie. Przy okazji rozmawiałam krótko z babcią i zrobiłam jej inspekcję, co dzisiaj na obiad. Więc i u mnie kalafior polany masełkiem, do tego kartofle, marchewka z prażonym słonecznikiem i krążki zalęgającej w lodówce cukinii usmażone w panierce. Zrobiłam też surówkę z rzodkiewki i dymki ze śmietaną (oglądając ósmy odcinek przygód Szerloka), bo pasuje do kaczych nóżek, które zajadał Fred. Wieczorem jemy, gadamy, słuchamy Marillionu, w tym Script For a Jester's Tear (1983).

— Z uwagi na sytuację ogólną proponuję reżim wydatków. Znaczy, nie kupuj mi żadnych prezentów.
— Ale masz urodziny!
— No właśnie dlatego to mówię :D

(Fred robi minę, jak te skarpetowe ludziki w Muppetach)

wtorek, 29 września 2020

Postscriptum #287.

Fred wrócił wczoraj po czwartej i odsypiał wczesny poranek, dzisiaj z kolei musiał udać się do Athlone. To trzy godziny drogi, więc już w południe zostałam w domu sama. Podobnie jak wczoraj, popołudnie wypełniły mi odcinki The Adventures of Sherlock Holmes (1984-85) z jedynym i wyjątkowym Jeremym Brettem (doszłam do szóstego odcinka) oraz genealogia. Mąż przywiózł mi wczoraj naboje do pióra z jasnoniebieskim tuszem, nie mogło być więc inaczej. 

Tymczasem prognozy wieszczą silny wiatr nadciągający od zachodu i mokry tydzień.

287. Słoneczne przedpołudnie.

Powtórka z niedzieli. Rozmawiam z tatą i babcią chodząc po plaży. Łagodny przypływ i zdjęcia robione telefonem.





poniedziałek, 28 września 2020

286. Pierwsza połowa poniedziałku.

Początek dnia był ciężki. Fred miał się obudzić o 3:30 rano, bo zaczynał pracę o siódmej. Spałam więc czujnie jak królik planując, że wstanę razem z nim, napiję się kawy i pokrzątam się przed świtem (taki plan dnia czasami sprawia mi przyjemność). Niewątpliwie Fred zrobił co miał zrobić, obudziłam się nagle o 4:40 pod czujnym okiem Rysia, w cichym, pustym domu. Potem o ósmej, już na pilne żądanie kota. Potem po dziesiątej, tym razem pod zmartwionym okiem kota. Mamo, żyjesz? Summa summarum, wstałam po jedenastej, zbierając się do tego z pół godziny, zapadając się nieprzytomnie w siebie za każdym razem, gdy już już miałam stopę opuścić z łóżka na podłogę. Kot siedział obok i patrzył na mnie z kocią troską. Wrócił już ze spaceru i pewnie zastanawiał się, co w takim razie z drugim śniadaniem. Nie wiem, co jest konkretną przyczyną mojego zmęczenia. W nocy cały czas budzi mnie chłód.

Znalazłam przyjemność w dokończaniu. Od dwóch tygodni noszę stare martensy, które kiedyś polałam w pracy wybielaczem, niechcący oczywiście (polałam). Są rewelacyjne na spacery (wygodne), poza tym wyglądają punkowo. I jeszcze stary krem do rąk z Bielendy, którego kiedyś tam użyłam dwa razy. Kamelia + olej ryżowy. Pasuje. Kto wie jakie jeszcze przeterminowane skarby znajdę sprzątając z nudów.

niedziela, 27 września 2020

285. Indian summer.

Po wspólnym śniadaniu długi, przemiły spacer do morza i z powrotem przez wieś. W powietrzu latają pajęczyny i osiadają nam na głowach. Jakiemuś lokalesowi na spacerze z psem spodobały się buty Freda, to mu zaraz to powiedział. Był duży odpływ, więc zaszliśmy dalej po plaży, żeby eksplorować nową ścieżkę na wydmie. Ciepło i zaszalałam z golizną przedramion. Po spacerze zamiast obiadu był wyjazd na małe zakupy spożywcze, ucieszyłam się, że nareszcie znalazłam wit. D i folacynę w odpowiednim rozmiarze do połykania, zapas na jesień zrobiony :) Już w domu Fred pogadał telefonicznie z Elizabetą - wieki nie byliśmy u niej na zachodnim wybrzeżu, rozmowa się nie klei, czyli z synem Krisa mieszkać to nie miód i orzeszki. Mogę Fredowi powtarzać "a nie mówiłam", a on mnie, ale każdy jest dorosły i sam podejmuje decyzje. Poza tym spokój, dobry obiad, kot pogodzony z faktem spania w nocy w domu zalega na łóżku, choć okno otwarte. Kończę dzień krewetkami smażonymi na maśle, których zapach już się unosi w kuchni.

sobota, 26 września 2020

284. Sen i jawa.

Szłam po śniegu do przystanku autobusowego, od czasu do czasu zastanawiając się czy wzięłam buty (w tym śnie kilkakrotnie pakowałam się na podróż do domu). Czasami były to okolice czerwonego bloku, identycznego do tego w jakim mieszkali moi dziadkowie. Pod takim blokiem gładziłam zieloną trawę dłonią, szukając ukrytej odpowiedzi. I znalazłam, to był list-igła, który przekazywał mi wiadomość od człowieka do którego tęskniłam. Nie tylko ja do niego pisałam, An też zostawiała rozpaczliwe prośby o kontakt. Czytając widziałam go jak się oddala, przechadza się spokojnie po zamglonych ulicach,  okryty tylko płaszczem z liści. W tym śnie wątkiem pobocznym, o którym wiedziałam, że to wątek poboczny, była drużyna sportowa, która przegrała, bo wszyscy w niej palili trawkę. I jeszcze, koleżanka z byłej pracy przygotowując się do zajęć-projektu, który ma się odbyć za godzinę, rozlewała do talerzy biały budyń.

W realu zaś dziś tak samo jasno, ale nieco cieplej. Po późnym śniadaniu, przed równie poźnym obiadem Fred łapie nagle glany i postanawia, że idzie. Idę więc razem z nim na plażę i jest pięknie (Fred ma dzisiaj zawroty głowy i pije herbatkę z melisą). Rysio czuje się dobrze. Z powodu zimnych nocy i tak zamykamy okno w sypialni, nie zamykamy za to drzwi i kot wędruje po całym domku, znajduję go więc rano wtulonego w nasze nogi i cieszą mnie takie powroty do dawnych, pokrzepiających zwyczajów.

piątek, 25 września 2020

283. Jasny, zimny piątek.

Piątek zaczął się od przetarcia zaparowanych okien, rozmowie o dziewczynce (byłej wychowanicy Freda), która zbiera pieniądze na eksperymentalną terapię guza mózgu i aplikowania broadline'u na rysiowym karku. Teraz jestem napchana po obiedzie, kuchnia jaśnieje od słońca, ale aż do tej pory nie odważyłam się wystawić nosa na dwór — to Fred rozwiesił w ogrodzie pranie i mokry ręcznik, którym suszyłam włosy. Chłód przełazi do środka szczelinami okien, skóra na dłoniach mi pierzchnie od samego myślenia o tym. Zaraz obudzę Miłego z poobiedniej drzemki, bo jesteśmy umówieni na wieczór filmowy z Ka&Jot. Trzeba będzie ubrać coś ciepłego i wyjść.
___
edit 01:07 Obejrzeliśmy film Kaufmana I'm Thinking of Ending Things (2020). #$&*??! Gdy po północy podjechaliśmy do stacji benzynowej i, choć naciskałam te same klawisze co zwykle, dwa razy nie mogłam wbić właściwego pinu karty, poczułam się jakbym nadal go oglądała. Pod napisy końcowe cała nasza czwórka chwilę znacząco milczała. A na dworze ziąb, Droga Mleczna widoczna nad naszym domem, gdy jak zwykle Rysio wybiega w panice po uchyleniu drzwi, matko, powietrza, jak mogliście mnie zostawić samego?!.

czwartek, 24 września 2020

282. Berry bugs i skrobię po dnie konta.

Berry bugs/harvest mites, takie coś zaatakowało naszego Rysia. Byliśmy dzisiaj z kotem u weta w celach ogólnosprawdzających, Rysio dzielnie walczył z obcymi drąc się wniebogłosy i pewnie by wygrał, gdyby nie było dwóch na jednego. Ponieważ pan doktor rozpoznał ogryzione paluszki u łap i podrapany brzuszek jako reakcję alergiczną na wspomniane jesienne roztocze, kot dostał zastrzyk ze sterydów i krople do zaaplikowania na kark. Ponowny koci wydatek nadszarpnął mi nieco konto, 70 jurków piechotą nie chodzi. Wiemy już, że Ryszard urodził się 1 września 2014 roku, czyli jeszcze mamy szansę na wykupienie pakietu zdrowotnego dla kota (gdy konto dojdzie mi do jako takiej stabilizacji). Po wizycie odwieźliśmy go do domu i jeszcze raz wyjechaliśmy do Drołdy na dłuższe zakupy spożywcze (Rysio siedział skulony w oknie z nosem na kwintę i "nie będę do was machał"). Zimno. Wygląda to tak, jakby ciepło, które chowało się w morzu, zostało pokonane. Wieje zimny wiatr, z nieba leje zimny deszcz i ganiają się po nim zmarznięte, ciemne chmury. Fakt astronomiczny został przypieczętowany. Mamy jesień.

środa, 23 września 2020

281. Nowa znajomość, muchy i serial o czasach georgiańskich.

Spacer nad morze trwał dzisiaj ponad godzinę i wspaniale się po nim czułam. Tylko lekkie podmuchy wiatru, choć gdy Fred powitał mnie w drzwiach całusem, powiedział, że mam zimną twarz. Otuliła mnie jesień, i nawet rzuciła we mnie stadem much wyklutych w butwiejących wodorostach. Szłam i czułam jak odbijają się od kurtki te czarne zarazy. Z każdym dniem na plaży jest coraz chłodniej, jutro może już nie być tak miło, może muchy też się orientują, że trzeba działać szybko. W drodze do domu w końcu zaczepiłam Uśmiechniętą Kathleen, akurat szła z rybnego w porcie. Mieszka tu od siedmiu lat, jutro będzie obchodziła 71 urodziny. Pochodzi z countryside, ale mówi bardzo czysto, ma uroczy, zrozumiały akcent i dużo się uśmiecha. Ma sześcioro dzieci i dziewięcioro wnucząt. Jeden jej syn jest lekarzem od płuc w Nowym Jorku, drugi pracuje w Londynie i ma za żonę Rwandyjkę, a jedna z córek jest nauczycielką w Australii. No i jeszcze miała kiedyś raka pęcherza moczowego, not fun at all. Wszystkiego dowiedziałam się w czasie dziesięciominutowej pogawędki. Oraz, że mam blessed smile i wyglądam jak siedemnastolatka — gruba przesada, ale łasa jestem na komplementy. Po powrocie do domu zrobiłam obiad, potem Fred pojechał do Swords. Jeśli nie pojawi się nic nowego, kolejne zlecenie będzie miał w przyszłym tygodniu, mamy więc kilka dni dla siebie. Po południu spadł niespodziewany (jedna, złośliwa chmura, która ustawiła się nad wsią tak, żeby nie było jej widać z okna) i bardzo silny deszcz, dzięki któremu pranie suszone w ogrodzie jest teraz bardziej mokre niż było, gdy wyciągnęłam je z pralki. Pod wieczór sama siebie namówiłam na mini-serial Śmierć w Pemberley (2013), całkiem przyjemne skrzyżowanie Austen z Agathą Christie. I cóż, czekam na Freda, który właśnie przed chwilą zadzwonił, że bateria w telefonie jedzie na oparach, a końca zmiany na razie nie widać.

wtorek, 22 września 2020

280. Jesiennie mi.


Najpierw budziłam Freda. Budziłam i budziłam :). Następnie na plaży znalazłam dziwną muszlę, nieczęsto się takie tu spotyka. Na plaży był też Cookey, trzyłapek, który przychodzi popatrzeć jak biegają inne psy. Po wyjeździe Freda do pracy obejrzałam bardzo słaby film z Kerri Russell, Kraina Jane Austen (2013), taką amerykańską papkę wykorzystującą modę w temacie. Potem doczytałam, że nasze hrabstwo jest o krok od obsuwy z fazy 2 w 3, bo w ciągu tygodnia przybyło nam za dużo osób z pozytywnym testem na covid-19. Na cały ten dzień spadł wieczorem porządny deszcz, słucham więc radia Nowy Świat oglądając stare zdjęcia. Właśnie śpiewa Roberta Flack, First Time Ever I Saw Your Face (w Polsce jest po północy).

poniedziałek, 21 września 2020

279. Dobra żona.

Spędziłam dzisiaj czas na zajęciach takich jak m.in. odkurzanie podłogi w kuchni, wydłubywanie z bezrękawnika nazwy firmy w której pracowałam, łatanie dziury w swetrze i prasowanie. Co za nudy. Prędko się nie powtórzy ;) Do tego torturowałam się serialową wersją Emmy z 1972 roku. Paskudztwo, które odsłania nudną rzeczywistość za klasycznym tekstem. Fred wrócił o piątej rano i w sumie wstał wcześniej niż zamierzał, na tyle wcześnie, żeby odebrać ciepłe sconesy od Katlin, a przed obiadem zostać obdarowanym przez Thomasa dorodnym filetem z dorsza (w związku z czym plany obiadowe uległy zmianie, gdyż świeży dorsz wymaga adekwatnej asysty). Po obiedzie udał się do pracy, zostawiając dobrą żonę na pastwę strasznych czynności wymienionych na początku. Do tego rozpuszczony kot, któremu przysnęło się na kanapie po południu, a teraz domaga się wypuszczenia na nocne lambadziarstwo biadoląc jak dwulatek. Zasługuję na coś dobrego. Zagraj to jeszcze raz, Sam (1972)?

niedziela, 20 września 2020

277-278. Fair Head i niczego sobie niedziela.

Sobota.









Obudziłam się o siódmej po kilku godzinach snu przerywanego kręceniem się z powodu chłodu (już chyba pora powitać podgrzewane koce). Ponieważ jakoś nie mogłam ogarnąć, Fred zrobił kanapki, dwa termosy herbaty i wypchnął mnie z domu. Pojechaliśmy na the Fair Head, klify w Północnej. Zatrzymaliśmy samochód na prywatnym parkingu przy farmie (£3), pogoda i widoczność nam dopisały, z wybrzeża było widać wyspy Szkocji. Szlak nie jest długi, ale też i nie spieszyliśmy się. Widać, że to popularne miejsce wśród wspinaczy skałkowych, bo sporo ich ćwiczyło. Cudnie było, aż zaszliśmy za daleko i trzeba było się cofać. W powrotnej drodze chcieliśmy jeszcze zobaczyć the Dark Hedges, ale brak pobocza do zatrzymania i tłumy w alei nas zniechęciły. Efekt trasy przez Dundalk: znalazłam włoską restaurację, Nonna Nenne', z wierzchu nie zachęcającą, w kompletnym podogoniu na Bachelors Walk, ale która serwuje domowe, włoskie dania (wiemy, bo to był nasz obiad tego dnia, włoskie makarony i cannoli na deser), poza tym od Ka&Jot wyjechaliśmy ze słoikiem litewskiego miodu (zajrzeliśmy do nich na chwilę, na pół filiżanki herbaty). Oboje przed północą padliśmy do łóżka jak kawki. Czuję jak Fred szczerzy się w uśmiechu nawet przez sen.

Niedziela.
Nadal jest słonecznie, w powietrzu czuć jednak coraz bardziej przejmujący chłód. Na zajęcia jogi yin i nidry wyjechałam z Anne pół godziny przed południem, wróciłam po drugiej. Wspaniale spędzony czas, w czasie nidry miałam pod powiekami widzenie — obraz Freda ;) Wróciłam akurat w sam raz, żebyśmy zdążyli razem zjeść obiad. Po piątej miły znowu wyruszył za Dublin. Yin jest powolna, ale teraz jestem zupełnie rozmiękczona, siedzę i myrdam palcami u stóp, na tyle mam siły. Cieszy mnie wizja gorącej herbaty z miodem i jakiegoś filmu kostiumowego, a w dłuższej perpektywie zaproszenie na obiad Anne i jej Majkela. Anne zaproponowała już miejsce, w przyszłym miesiącu obie mamy urodziny, data obiadu będzie pewnie pośrodku.
___
edit 23:20 Tym kostiumowym filmem okazała się nowa Emma (2020). Ponieważ czytałam kiedyś niezbyt pochlebną recenzję, przyjemnie się zaskoczyłam. Generalnie film momentami idzie w kierunku slapsticku i muzyka podkreślającą komizm irytuje, za to aktorzy nie świecą nakładkami na zęby, śpiewają normalnymi, ludzkimi głosami, główna bohaterka przy trefionej fryzurze ma "no makeup look", kostiumy, scenografia, kolor zdjęć — same plusy.

piątek, 18 września 2020

276. Znowu piątek?

Dzień przebiegał z niewielkimi zmianami w stosunku do dni poprzednich. Po śniadaniu wyszłam na spacer z Fredem; razem chodzimy inaczej, wolniej :) Zapłaciłam za niedzielną jogę i zarezerwowałam kociego lekarza na czwartek. Do planów dorzucę jeszcze możliwy wyjazd na klify, pod warunkiem, że rano Fred sam da radę odkręcić pokrywę wlewu oleju silnikowego, bo podobno zaczęła mu świecić kontrolka. Nie nauczona nic a nic rozumu w kwestii filmowych biografii pisarzy po wczorajszym zakalcu z Deppem, obejrzałam dzisiaj Jane Austen żałuje (2008) i nie rozczarowałam się. Pewnie głównie dlatego, że nie miałam wygórowanych oczekiwań, ale też i film o tak wydumanym tytule poruszył całkiem interesujące kwestie. 

Z wiejskich wieści: powrócił temat borsuka-wędrowcy. Tym razem zwierzę pojawiło się zaledwie kilka metrów od naszego domu, na zielonym placyku za Judżinem, o czym poinformowała mnie wzburzona Katlin. Po pierwsze, nie wiadomo, co taki borsuk sobie myśli, poza tym kot Ryszard musi być ostrożny. Od czasu choroby Ryś ma szlaban na nocne imprezy, nie do końca jeszcze się z tym pogodził.

czwartek, 17 września 2020

275. Flow.

W południe jest trochę chłodniej niż wczoraj, zakładam długi rękaw i maszeruję nad wodę. Trafiam idealnie w szczyt przypływu, morze jest pięknie wzburzone, chodzi się przyjemnie, bo łba jeszcze nie urywa. Spotykam zawsze uśmiechniętą panią, która idzie brzegiem morza na bosaka, dla zdrowotności, jak mi mówi. Wymieniamy tylko grzeczności, postanawiam ją zaczepić następnym razem. Po obiedzie pogoda na chwilę znowu się rozaniela. Fred wyjeżdża do Blanchardstown, a do drzwi niespodziewanie puka Padraig z młodocianym praktykantem w równie brudnych spodniach. Panowie montują, co mieli zamonotować, i przy okazji odpowietrzają wszystkie grzejniki przed zimą. Z rzeczy miłych i niespodziewanych — byłam na liście rezerwistów na niedzielną sesję jogi i zwolniło się miejsce, chętnie z tego skorzystam. Wieczorem pochłonęło mnie oglądanie zdjęć z archiwum. Może i dlatego Marzyciel (2004) wszedł mi słabo. Chociaż epoka kręci mnie jak najbardziej i dzieciaki fajnie grają, cała reszta za prosta, i zbyt napisana pod Deppa, który wpadł w pułapkę "oryginalności" przechodzącej w brud pokryty żelem do włosów. Do tego temat: pan zabawiający cudze dzieci. Jakże inaczej odbiera się to dzisiaj.

środa, 16 września 2020

274. Słonecznie i ambitnie.

Bardzo podoba mi się rozkład dnia, który odpalił od poniedziałku. Wstaję w okolicach 8-9, piję zieloną herbatę, jem śniadanie i robię kawę dla Freda, który wstaje około 11. On kawka i przygotowywanie śniadania dla siebie, ja po kilku łykach swojej kawy idę na godzinny spacer nad morze. Dzisiaj pokazałam tatce drogę powrotną przez wieś. Rozmawialiśmy z 45 minut, przy okazji babcia wygadała się, że ma na piętrze remont, wymianę okien. Tata od wiosny wykonuje prace to tu, to tam. Istnieje możliwość, że dom może być wystawiony kiedyś na sprzedaż, wydaje się to teraz odległe, ale nie niemożliwe. Okna w pokoju babci miały z 80 lat. Życie jest nieprzewidywalne :) 

Fred wybył tym razem do Navan, a tymczasem boiler zamarł, zauważyłam to dopiero po letniej wodzie w kranie podczas mycia naczyń.

Kanał Świat Gosi (kiedyś ze Szkocji) należy do jednej z niewielu polskich youtuberek, które oglądam regularnie.

Dostałam propozycję zniżki na kurs językowy ESKK, niestety jestem na niego za dobra. Zrobiłam poziomowanie francuskiego, i nawet tu wyszło mi B2, a kurs na tym poziomie ma już normalną cenę. To dziwne, bo język znam słabo, prawie wcale, tak czuję. Prześpię się z tą myślą. Fajnie byłoby pielęgnować to, co kiedyś mnie kręciło. 

wtorek, 15 września 2020

272-273. Ciepło.

W poniedziałek znowu suszę pranie. A wcześniej budzi nas Padraig, który rano przyszedł do cieknącego boilera. Czytam, że Jarosław Kaczyński nazywa Irlandię pustynią katolicką z szalejącą ideologią LGBT. Tak więc, około południa idę przez tę pustynię sama, bo pięknie jest, a Fred szykuje się mentalnie do pracy. Pokazuję pustynię tatce na messengerze, jest zachwycony. Fred za to rozmawia z Usz, u Wu nic nowego, teściowie stracili zdolność rozumnego analizowania tej sprawy, tym bardziej więc nie zazdroszczę szwagierce. Żeby odgruzować pokój z przyjemnością uskuteczniam prasowanie w towarzystwie Poirota, odc. 8.3, Zerwane zaręczyny (2003), potem uczę się języków. Dzisiaj w zasadzie powtórka z wczoraj, spacer po plaży, bo jest jeszcze cieplej i spokojniej, rozmowa z tatą i babcią. Skończyłam właśnie oglądać Pani McGinty nie żyje (2008), odc. 11.1 i mam ochotę na długi, odświeżający prysznic. Rysiu był ekstremalnie grzeczny cały dzień, a teraz obserwuje ciemny świat za oknem, zza zasłony wystają dwie jego łapki.

niedziela, 13 września 2020

271. Dzień suszenia prania.

Trochę późno orientujemy się, że dzisiaj jest dzień idealny, ale jak tylko wywieszam pranie w ogrodzie, szybko to nadrabiamy. Na plaży wymiecionej porywistym ale ciepłym wiatrem dzikie tłumy. Warunki były sprzyjające do przejścia się naokoło Głowy do portu (duży odpływ), tak też uczyniliśmy. Pierwszy raz tak blisko widziałam na tym szlaku byczki podskubujące trawę. Śladu po żółtym kwieciu, które pokrywało wzniesienie na wiosnę brak, brązowieją paprocie, za to wszędzie dojrzewają jeżyny. W porcie następne dzikie tłumy, więc zamiast wejść na falochron, od razu skręciliśmy do domu.





Przed obiadem dowiaduję się od mamy, że jeszcze we wtorek zmarła pani Romka (sąsiadka, która mieszkała po drugiej stronie ulicy od zawsze), pochowano ją przed weekendem. Babcia jest teraz najstarszą osobą na swojej ulicy.

Pod kaczuszkę z kartoflami pierwszy raz były fioletowe brokuły, są delikatniejsze, jeszcze je kupię. 

— Wiesz jak mi jest dobrze?, zapytowywuje Fred połowicę swą po obiedzie
— To wcale jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że Ty się z różnymi ludźmi próbujesz dzielić tym faktem ;)

Jest prawie wieczór, gdy jedziemy na zakupy spożywcze. Nie rozumiem wybuchających w mieście i u nas fajerwerków. Poza tym pogoda była dziś piękna, po sobotniej jesieni na chwilę wróciło lato. Dzień kończymy z klasycznym Bowiem.

sobota, 12 września 2020

270. Zmiana planów.

Budzik odezwał się tak, jak się z nami umówił. Przewróciliśmy się na inne boki, żeby wstać po dziesiątej (z jakichś powodów oboje byliśmy równie wyczerpani, mnie z pewnością nie posłużyło kładzenie się spać po drugiej w nocy w dniach poprzednich). Za późno na drogę do Rock of Cashel, jest więc Belvedere House & Garden nad Lough Ennell w hrabstwie West Meath.









Wzięliśmy ze sobą wałówkę i ponieważ nie złożyło się jej zjeść w czasie spaceru (łaziliśmy od trzeciej prawie do siódmej wieczorem), mąż mój własny zawiózł nas nad inne jezioro niedaleko Mullingar, Lough Owel, w celu konsumpcji kanapek z kurzyną zagryzionych ogórkiem małosolnym i popicia ich wiśniową herbatą. Do domu wracaliśmy w gęstniejącym mroku, w towarzystwie doskonałego soundtracku w wykonaniu Rory'ego Gallaghera (jak leci, albumy studyjne i koncertowe), a na koniec Brodki z płyty Clashes (2016). Teraz dobijamy to Davidem Bowie z epoki The Man Who Sold the World (1970), bo tak się nam skojarzył, gdy oglądamy swoje zdjęcia w dziwacznych outfitach (u mnie prapremiera rocznicowego kapelutka, i odkurzone kraciaste trampki, znak, że jesień).

piątek, 11 września 2020

269. Wolno, ale do przodu.

Jedziemy na zakupy oraz do housingu, żeby zapytać o transfer mieszkania. Panie patrzą na nas jak zwykle jak naćpane, ale dały nam druczek do wypełnienia, więc zrobimy to. Nie dzisiaj, ani jutro, ale zrobimy. Generalnie piątek lekkiego marazmu, w housingu pani z okienka wymamrotała, że oni teraz transferów nie robią (pewnie straszliwie im w tym covid przeszkadza), nie mogliśmy też zabukować wizyty w kociej klinice, taki mają kociokwik. Wróciliśmy do domu z siedmioma plastikowymi pudłami, które mieszczą się pod łóżkiem i bez kontenera dla kota, bo nie było żadnego odpowiedniego. Po obiedzie pakujemy to i owo do pudeł, od czego natychmiast boli mnie głowa. Zrobiło się ciut miejsca w szafie, ale już dzisiaj niczego nie przepakuję. Podpiekam mięsko do jutrzejszych kanapek. Pobudka o piątej rano.

268. Poprawiny.

Wczoraj ... Nie spałam prawie do drugiej, a gdy już już miałam gasić światła, w zamku zachrobotał klucz. Powitałam Freda pocałunkiem, a on mnie torbą z prezentami (moim mężem jest człowiek niemożliwy!). Jak słowo daję, skompletował mi outfit — szary, wełniany kapelusz Seeberger, szara bluzeczka z krótkim rękawkiem i zimnym ramiączkiem All Saints, oversizowe dżinsy Diesel.

Z rana media donoszą, że zmarł Gienek Loska. Zanim jeszcze zrobił się znany, pamiętam jak we Wrocławiu panie u nieistniejącego już jubilera na Oławskiej słysząc Gienka ryczącego na ulicy za ścianą zamykały okna z niesmakiem.

Fred proponuje wyjazd do Carlingford na obiad, zbieramy się dobrze po drugiej, jest ciepły, szary dzień. Obiad jemy w pubie Carlingford Arms ...



... a ponieważ pogoda robi się nad wodą zbyt wietrzna na spacer,  zajeżdżamy na pogadankę przez okno z Aś, która po pierwsze wróciła tydzień temu z Polski (kwarantanna), poza tym dostała nowe mieszkanie :) Fajnie, że się jej powiodło w takim momencie, no i ma sypialnię z widokiem na górę. Zapoznajemy się przy okazji z pieskiem sąsiada, małą, uprzejmą dziewczynką, która chętnie wystawia brzuszek do głaskania. Na wieczór umówieni z Ka&Jot, oglądamy z nimi Dom zły (2009) Smarzola i dyskutujemy jeszcze chwilę o patologiach. Film wspaniale pokazujący realia PRL-u, tak dziś kolorowane przez umysł zamglone niepamięcią. Do domu wracamy wolno z powodu szalejących na jezdni królików. Jest po północy. W ten sposób opuściliśmy trzy kocie posiłki (lunch, tea time, dinner) i po raz drugi lambadziarstwem po okolicy przypieczętowaliśmy anniversary. A dzisiaj to dzisiaj, idę pod prysznic.

środa, 9 września 2020

267. Zleciał mi dzień ...

... nie wiem na czym. Wyrazisty jest głównie poranek. Obudziła nas smutna kocia piosenka pt. miau i telefon od teściowej z życzeniami na drugi rok szczęścia i pomyślności. Ja także z nią chwilę rozmawiałam i po nowinach jakoby z pandemii wynikało, że ktoś się sposobi do przejęcia władzy nad światem, rozbudziłam się już zupełnie. 

Akurat kończyłam jeść śniadanie, gdy dostałam wiadomość od Anne. Mallen, jej tłuściutki, biały kot, nie wrócił do domu po nocy. Zaproponowałam sąsiadce rundkę chodzoną po osiedlu. Obeszłyśmy tu i tam, raz czy dwa zmyliły nas białe grzyby rosnące na osiedlowych trawnikach. Tak mnie spacer rozruszał, że postanowiłam sama (Fred po nocnej szychcie nadal odpoczywał) iść na spacer nad morze. Pogoda na to była w sam raz, niby wiało, ale morze było spokojne, na plaży leżały dziesiątki ciał jesiennych, brązowych meduz wielkości pizzy. Po powrocie do domu (było trochę po południu) patataj patataj. Gdy kończyliśmy jeść obiad i podnosiłam telefon, żeby zapytać, co z kotem, dostałam wiadomość, że jegomość właśnie szczęśliwie powrócił ze Zgubienia. Patataj patataj, Fred wyjechał do Swords, ja podlałam więdnące kwiatki i potem to już nie wiem. Właśnie to powiedziałam mężowi, gdy po zmroku do mnie zadzwonił — nie wiem, co zrobiłam ze środą, ale prawie cała jest zużyta.

wtorek, 8 września 2020

266. Kręcę się.

Za pracami domowymi nie przepadam, nie umiem na nie trwonić czasu, więc siedzenie w domu dość mnie przygnębia. Nie lubię tak bez Freda. Chwasty przy krawężniku powyrywane, ale bez przyjemności. Wspólne wyrywanie chwastów przewyższa to jakościowo na wielu płaszczyznach. Moje kochanie zadzwoniło do mnie z pracy dwa razy, za drugim już nie mogę się doczekać, kiedy odliczę kilka następnych godzin do jego powrotu. Wieczorem oglądam odc. 12.4 serialu o detektywie Poirot,  Przyjdź i zgiń (2010), Tom Burke jest uroczy z tą swoją wargą. Potem coś mnie podkusiło, żeby obejrzeć Dowcip (2001) z Emmą Thompson. Był na mojej liście od kilkunastu lat, ale zawsze go odkładałam. Wiadomo, płaczę od połowy, raz bardziej, raz mniej. I płaczę. I płaczę. Kot na tapczanie już się zwinął w struclę i zapadł w koci sen.

poniedziałek, 7 września 2020

265. Pierwsza rocznica.

Obudził mnie/nas tatko, który przez messengera złożył nam życzenia. Babcia również skorzystała, życzyła nam, żebyśmy dużo ze sobą gadali. Ba! Mamą już przed wyjazdem do pracy wkleiła nam torta na fejsa. Współczesność :)

Fred popołudniem wyruszył w kierunku Dublina. Jeśli nic się nie zmieni, w tym tygodniu ma zlecenia do środy. Z pracy dzwoni mi z informacją, że rozmawiał z Usz. Nowina jest taka, że Wu jest w szpitalu. Wbrew pozorom, to jeden z lepszych prezentów rocznicowych, jaki mógł się nam trafić. Czas biegnie szybko, może niedługo będziemy z nim mogli pogadać. Dzień kończę prasowaniem podczas oglądania Poirota, odc. 7.2, Śmierć lorda Edgeware'a (2000), popijając zieloną herbatkę i w międzyczasie z pół godziny nawijając przez komórkę z mamą.

niedziela, 6 września 2020

264. Niedziela dobrze wykorzystana.

 Oldbridge, lipowa alejka i ścieżka nad kanałem.






Ramparts, bo jeszcze nie chce się nam wracać do domu.



Ciepły dzień ze spacerem. Sadzenie kupionych wczoraj kwiatków, aż do zmroku, gdy przy lawendach ćmy zmieniają szychtę z trzmielami. Rysio najpierw śpiący w ogrodzie Anne, rozpoznający silnik naszego samochodu bez pudła, potem Rysio chodzący po dachach, szukający słońca za horyzontem. I pieczenie naleśników, gdy na dworze noc.

sobota, 5 września 2020

Postscriptum #263.

modliszka obfocona o poranku przez mamę, w ogrodzie w Polsce
___
I był spacer oraz powrót po zachodzie słońca. A ja ciężka od późnego obiadu i zadowolona jak nutria. Wieczory zaczynają być bardzo chłodne nawet przy bezwietrznej pogodzie. Na horyzoncie dwa statki czekające na przypływ. Dawno nas tu nie było, budynek przy samej wodzie wyremontowano i dobudowano mu kuchnię z widokiem na morze. Ktoś do niego zjeżdża na weekendy, okno wychodzące na plażę migocze ciepłem.

261-263. Trzy dni w skrócie.

W czwartek tatko uczył się używać messengera na swoim nowym-starym telefonie, which is good, gdyż rozmawialiśmy o tym i owym.

Fred wieczorem pojechał do pracy, Rysio drzemie na laptopie, a ja oglądam stare reklamy papierosów i valium, oraz program o przebrzmiałych modach z lat 70-tych (makramowe kwietniki, pet rocks, hustle dance, 8-ścieżkowe kasety i włosy na Dorothy Hammill). Ochotę na ramotę realizuję w postaci filmu Od dziewiątej do piątej (1980) z Dolly Parton. W nocy pochłania mnie genealogia z zatrzęsieniem prababć o imieniu Marianna i paroma odstępstwami od normy w rodzaju Sobertyana. Sobertyan Sobos. Siedzę nad tym do dnia następnego.

Piątek ze względów technicznych (oboje jesteśmy niedospani) zaczął się około południa. Sprawdziłam, czy tatko wie, gdzie nacisnąć, gdy dzwonię na messengera. Wie! Na obiad pojechaliśmy "na miasto", najwyraźniej jako Holendrzy (tak nas otagowała Irlandka z Ashbourne siedząca za moimi plecami w Il Forno na West St). Odkryliśmy nowe miejsce z włoską kuchnią. Nie mogłam wciągnąć makaronu do końca i przywiozłam trochę do domu. Zrobiliśmy zakupy spożywcze, a jako ogrodowi straceńcy kupiliśmy po krzaczku ozdobnej szałwii, rozchodnika o ciekawej czerwonawo-brązowej barwie i oryginalnie kwitnącego pierwiosnka Viala. Dostałam od Freda lniany, grafitowy szalik Lacoste, gdyż skarpetek i szali nigdy za wiele. Przez cały ten czas łaziła za nami tęcza. Gejowski kraj. Piątek kończę po północy dojadając włoski makaron i goląc stary szalik Freda, który notorycznie sobie przywłaszczam.

W sobotę pobudka po dziesiątej. Dzień zachmurzony, ale przyjemny, pranie wylądowało więc na sznurku w ogrodzie. Ogarniamy się spokojnie, bo nic nie musimy. Jestem odświeżona po prysznicu, w planach jedynie wieczorny spacer nad morzem, gdy już wyschną mi włosy.

środa, 2 września 2020

260. Lepiej?

Obudził mnie sen o kotku, który brykał przed moim domem w Polsce (i jeszcze Stu pływał w basenie na środku naszego podwórka — faktycznie wiadomości z kraju zalały mnie emocjami). A potem szum, którego mój mózg nie potrafił zidentyfikować, więc otrzeźwiłam się zupełnie. Deszcz, gwałtowny, jesienny.

Fred wrócił nadspodziewanie wcześnie, bo około czwartej rano. Przed dzisiejszym wyjazdem do pracy pojechał ze mną do Drołdy, żebyśmy mogli na spółkę zapłacić ubezpieczenie samochodu. Wyszło ciut mniej, niż oczekiwałam, no i mamy to już z głowy. Po deszczu powietrze okazuje się przyjemnie ciepłe, nie mieliśmy jednak czasu na spacery. Po powrocie z miasta dowiadujemy się od Katlin, że rajd charytatywny drogami Ring of Kerry się nie odbył. Z powodu pandemii nie było możliwości zakwaterowania tak dużej grupy w hotelu. Wczoraj w Irlandii ogłoszono najwyższą dzienną liczbę chorych od maja, są więc pewnie rejony, gdzie służby nie odpuszczają.

Z rzeczy miłych telekonferencja z Kaś Matką Kotom, ciepły wieczór rozświetlony pomarańczową mgłą,  oraz Targowisko próżności (2004) Nair w mocnej obsadzie. Trudno jest powieść Thackeraya przyciąć do wymiaru bajki z amerykańską aktorką, na szczęście filmy kostiumowe są dla mnie przyjemnością samą w sobie i nie był to czas zupełnie stracony.

wtorek, 1 września 2020

259. Koniec antybiotykoterapii, ewangelia o Wu i pełna kultura.

(Jak na razie) to ostatni dzień rysiowego antybiotyku, chyba wszyscy odetchnęliśmy. Kot trochę więcej dziś pospacerował, ale ma szlaban na łażenie po nocy i to bardzo pomaga w zdrowieniu. 

Fred dość wcześnie musiał wyjechać do pracy, czekała go ponad trzygodzinna trasa do miejsca przeznaczenia, zapewne wróci też bardzo późno. Osamotniona pozwoliłam sobie na dwa filmy i prawie półgodzinną rozmowę z mamą. Przyjaciel do końca świata (2012) — zdążyłam zapomnieć, że film zapisałam na liście do obejrzenia wieki temu ze względu na maciupki epizod Williama Petersena. Keira Knightley jak zwykle grała szczęką, ale już mnie to nie drażni. Późnym wieczorem natomiast nowsze Morderstwo w Orient Expressie (2017), oczywiście Góry Komputerowe, a Depp wygląda tu tak nieświeżo, jakby weszło mu to już w nawyk. Przy okazji uświadomiłam sobie, że Branagh jest chłopakiem z robotniczego, brudnego Belfastu. Od wczoraj czytam Wodnikowe Wzgórze Richarda Adamsa (WL, 2016), na razie nie odnajduję w nim przeczytanych w zapowiedziach zachwytów, ale całkiem być może, że to kwestia wysokiej poprzeczki. 

Są dobre wiadomości o Wu. Stu pojechał po niego, szwagier wraca do domu. Albo w każdym razie, po prostu wraca.

Wieczorny towarzysz: