Strony

wtorek, 31 stycznia 2023

1142. I co tak się dziwi?

Przecież jutro Imbolc, to jak ma pachnieć, jak nie wiosną? Bardzo dużo czasu zabrało mi robienie rzeczy błahych i podstawowych, nic dziwnego, że za okno nie wyglądałam i dopiero mąż mnie uświadomił. Z powodu pracy online śniadanie było szczątkowe, obiad też taki sobie. Kochany po powrocie z własnej pracy na wyjeździe i po obiedzie walnąl się do łóżka, żeby zregenerować się przed wizytą u przyjaciół, a ponieważ słońce nagle spuściło z tonu, odechciało się mi wychodzenia na spacer i nadrabiania, czego nie da się nadrobić. Rozmoszczona w mężowskim fotelu wróciłam do czytania Rokeacha, naostrzyłam ołówki, wyciągnęłam podręcznik do niemieckiego i przerobiłam pół lekcji. U Ka&Jot Fred spóścił powietrze na temat pomocowej przygody z Aś i jej kupowaniem samochodu (wentyl był najwyraźniej potrzebny). We trójkę, bez Jot, obejrzeliśmy na Netflixie dokument Procession (2021), o kilku gościach z Kansas w dzieciństwie molestowanych przez księży katolickich, którzy przechodzą terapię sztuką. Pomysł był zacny, realizacja mnie nie przekonała. 

W niedzielę nic nie napisałam o WOŚP-ie, bo tv oglądane u nas nie było, ale małżonek rzucił wówczas groszem, co odnotowuję teraz z kronikarskiego obowiązku. A w ogóle to gdzie ja byłam, że mój mózg nie zmagazynował wiadomości o śmierci Vivienne Westwood pod koniec grudnia? Mija styczeń:

poniedziałek, 30 stycznia 2023

1141. Glina.

(Fred bardzo się w nocy kręcił, wstawał i wprowadzał atmosferę niepokoju do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby był kimś innym. Na szczęście nad ranem okazał się na powrót moim Fredem wtulonym w poduszkę)

Coś się zimniej zrobiło, a może za dużo łaziłam po mieście (rano ambitnie wysiadłam na wcześniejszym przystanku, do Millmount też było trochę kroków). W pracy twórczo bez przenośni — w drugiej części dnia podymaliśmy na zajęcia z ceramiki i istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że zaniedługo będę posiadaczką koślawej miseczki szkliwionej, przeznaczonej do czegoś tam. Zajęcia z Maureen wymusiły na nas spacer przez Pitcher Hill. Odkryłam kolejną uliczkę, która mogłaby być magiczną, gdyby była czystsza (czyli gdyby była w Niemczech). Małżonek w tym czasie najpierw spał, potem przygotowywał się psychicznie, następnie wybył pomagać Aś. Pomagał dzielnie, tak bardzo, że to ja wróciłam wcześniej do domu. W drodze na chatę, gdy zmarznięta przysiadłam nad kawą, mama poinformowała mnie, że nagrobek dziadków został już zaktualizowany i wrócił na swoje miejsce (śmierć babci Mani nadal jest dla mnie mało wiarygodna). Po długich kombinacjach umysłowych odkryłam, że przecież wyruszamy do Polski w okolicach św. Patryka, czyli mam jeden dzień wolny. W ten sposób bardzo racjonalnie został zaplanowany bilet powrotny (daty są, pieniądze zeszły, gra muzyka). No i tak: obiad o którym marzyłam od kilku godzin (klopsy wołowe), mąż zmarnowany, głodny i z prezentem od Aś dla nas obojga (dostaliśmy T-shirty z identycznym nadrukiem czerwonej pandy w stanie robienia głębokiego NIC), wizja wtorku bez potrzeby wyruszania do roboty (praca zdalna). Strasznego mam moralniaka, że nie przeczytałam nic na studia, a za to klikam po blogach (oczywiście przed klikaniem mnie to nie powstrzymuje). Może jeszcze chwilkę przysiądę ...

niedziela, 29 stycznia 2023

1140. Fazy.

Ostatnio mam fazę na jajko w koszulce na śniadanie.

Kochany wyfrunął z gniazda jeszcze przed świtem, przez sen słyszałam jak się krząta i dyskutuje z kotem. Odfajkowanie trzech drobnostek z listy do zrobienia na dzisiaj sprawiło mi satysfakcję (m.in. potrzebowałam namiarów na pracodawcę z okazji rejestrowania się na kursie języka irlandzkiego, więc wystosowałam krótki liścik do koordynatorki i na dzisiaj zamknęłam temat). Zagadałam do rodziców w temacie mojej wizyty w domu rodzinnym. Kupiłam bilet lotniczy (wylot). Porozmawiałam z Lusiem o jej życiu miłosnym i nie tylko. Odkryłam, że lubię leczo z ciecierzycą. Skończyłam czytanie starotki-ramotki Le Bona, Psychologia tłumu (Derewiecki, 2016) z historyczną przedmową Grabskiego. Tak się ożarłam ciecierzycą, że Kochany po powrocie z pracy jadł obiad sam, ja tylko patrzyłam. Jeszcze pijemy sobie z dziubków, ale pora na sen.

sobota, 28 stycznia 2023

1139. Pierwsza kwadra.

Fred wrócił dopiero o dziewiątej, po prysznicu i wypiciu herbaty położył się spać. Mając mocne postanowienie dnia aktywnego i pożytecznego dokończyłam czytanie Koralewicz oraz kupiłam na Taniej Książce dwie lektury Skarżyńskiej w pedeefach. Po wypiciu porannej kawy i rozwieszeniu mężowskiego prania wyszłam nad morze. Krajobraz był łagodny, zaokrąglony, rozmyty mgłą wiszącą nad wybrzeżem. Dwie wrony odbywały poranną kapiel w strumyku wpływającym do morza, ludzi i wiatru niewiele. Po powrocie przegryzłam coś, pobujałam się, zaczęłam czytać nowy tekst, potem poszłam na drzemkę obok męża. Kiedy się obudziłam, byłam sama w łóżku ... Kochany wstał przed czwartą. I tak reszta dnia pomykała: obiad, rozmowy o różnościach, tłumaczenie kotu, żeby coś zjadł zamiast się marcować, Fred ustalał daty wylotu do Polski (już kupił swoje bilety). Sennie mi. Dzień rozdziobany.

piątek, 27 stycznia 2023

1138. TGIF.

Spodziewałam się, że Kochany wróci po tym, jak wyjadę do miasta, ale mąż zrobił mi niespodziankę i już o czwartej rano był w łóżku.

Przemiły dzień ze sporą ilością chodzenia. Najpierw zrobiłam rundkę przed szychtą, potem w pracy z buta udaliśmy się na Drzwi Otwarte do jednej ze szkół. Atmosfera sprawiła, że ogromnie zachciało mi się uczyć. Czegokolwiek. Czas nauki to najfajnieszy czas. Saren podwiozła mnie do domu, więc mogłam się jeszcze zobaczyć z Fredem, który miał parę stresujących spraw do ogarnięcia (w tym pracę), więc wcześniej wyjeżdżał z domu. Przez jakiś czas jedynym strupem na głowie był kot, który odprowadził mnie rano na przystanek i słuch o nim zaginął (nawet Anna zapukała z pytaniem, czy już wrócił). Gnojek w końcu pojawił się o osiemnastej (i szlaban). Rozmawiałam z rodzicami (o różnościach, czyli kontrola nastrojów) i z Lusiem (o filmach, zmarłej cioci, dlaczego ludzie są jacy są). Czytam, podkreślam tekst ołówkiem. 

czwartek, 26 stycznia 2023

1137. Nadrabianie.

Na koniec piękniej środy Ryszard podniósł nam ciśnienie wracając z dworu po kwadransie spaceru z zakrwawionym okiem (z naszej trójki Krwawe Oko był najspokojniejszy, zarządał dorzucenia czegoś do michy i w ogóle nie wyglądał na Kota W Cierpieniu). Rano okazało się, że to (najprawdopodobniej) tylko punktowe zadrapanie. Poza tym czwartek dniem zwykłym. Na kilka godzin utknęłam w pracy, a po powrocie niby, że chciałam nadrobić to, czego nie zrobiłam, gdy się świetnie bawiłam, ale wyszło mi raczej marnie. Zjadłam małżonkowy obiad (autobus powrotny był opóźniony, ale jak wspaniale jest maszerować w ciemności do rozświetlonego domu w którym szemrze wyciąg kuchenny) ... rozmawiając z mamą pokazałam jej Kochanego, który zbierał się do wyjazdu ... poskakałam w kuchni w celu zrobienia treningu, a teraz udaję się do czytania książki, której skończyć nie mogę, bo mnie ciągle coś rozprasza. Dzisiaj np. wracałam myślami do The Banshees of Inisherin

Fred pomachał mi z Finglas.

środa, 25 stycznia 2023

1136. Hello, lovebirds!

Aś zlekceważyła wszystkie porady Freda i znalazła sobie samochód taki, żeby było jej trudno. No trudno, że trudno (Kochany pomoże jej z oglądaniem samochodu dopiero w nowym tygodniu i wtedy nie będzie to mój problem). Po zjedzeniu śniadania postanowiliśmy się zrelaksować dalekim spacerem, a jako wieczorną atrakcję Fred zaproponował wizytę w kinie. Zerkając w archiwum zauważyłam, że ostatni raz byliśmy w kinie w 2021 roku. Ależ ten czas leci! Tymczasem spacer:





Po drodze mieliśmy zmienną pogodę, bo przy wyjściu było słoneczko, ale potem przyplątało się kilka chmur, na szczęście nic nam się na głowie nie skropliło (chociaż byliśmy na to przygotowani). Zrobiłam trochę zdjęć, Kochany jednosobowo rozkręcał pogo, kormorany i inne ptaki z sąsiedztwa robiły to, co zwykle, łąki pachniały krowim nawozem. Wracając z portu poczuliśmy przy jednym z podwórek coś innego: zapach marihuany. Nikt przed nami nie przechodził, okna mijanego domu też nie były otwarte, wiatr zawiewał zapach z łąk ... ciekawe, czy przypadkiem ktoś nie rozwija małej plantacji w tym dość odludnym miejscu. Zgodnie z wcześniejszym planem, we wsi Kochany zaszedł do rzeźnika rodzinnego po steki na obiad. Przy okazji pomachały nam Katlin z Ethanem i Anna jadące w różnych kierunkach za swoimi sprawami (Anna specjalnie zwolniła, otworzyła okno i zakrzyknęła Hello, lovebirds! — uważam, że to bardzo miłe, szczególnie, że jechała pod górkę). Po bardzo dobrym obiedzie, wskoczyliśmy do łóżka (Ryszard trochę się na nas za to obraził). 

Pod wieczór kupiłam bilety online i wyruszyliśmy do miasta. Autko zostało zaparkowane pod zamkniętym kościołem dominikanów, więc mogłam zrobić tę fotkę miasta z wyremontowanego mostu dla pieszych:


Duchy Inisherin to świetny film. Jeszcze go przetrawiamy i analizujemy. Farrell zasługuje na Oscara. Fred pichci wątróbkę na okołopółnocną kolację. 

1135. Z Bowiem.

Za oknem rano drozd śpiewak (po irlandzku smólach ceoil). Oraz Amber z synem, oboje patrzący się na mnie z ogródka, jak nagrywam głos ptaka w aplikacji.

Fred przyjechał nad ranem i spał do pory obiadowej. Punkt dziewiąta zasiadłam do laptopa i dziubałam rozkminki co tu jest napisane? Niech szlag trafi gryzmolaków, dziobałam do drugiej, ale i tak nie odcyfrowałam wszystkiego. W tym czasie Kochany wstał, ja zgłodniałam, więc pomysł pojechania gdzieś na obiad był idealnym rozwiązaniem krótkoterminowych problemów. Pojechaliśmy z Bowiem.

Po drodze do Il Forno (w przejściu Scholes Lane) spotkaliśmy Colina, dawnego pracownika Centrum, który bez wstępów wziął się za opowiadanie nam, że widział na żywo aktora grającego Flasha Gordona (Sam J. Jones aktorowi jest na imię). Na dowód pokazał nam wspólne zdjęcie, i jeszcze poopowiadał o wydarzeniach kulturalnych w mieście, po czym pożegnał się i poszedł dalej ze swoimi ładnymi myślami.

Po makaronowym obiedzie był spacer do Czarnej kawiarni (tutaj Fred akurat umieszcza fotki na FB):

Po kawie wyruszyliśmy na drugą stronę rzeki, dotykać książki w Waterstones. Wiem np. że te dwie kiedyś kupię (nie teraz, bo by mnie tylko odciągały od lektur obowiązkowych):

Przy okazji książki po prawo przypomniała się mi Inspirowanka (jako fanka Rickmana zapewne chciałaby przeczytać). Z innych lektur na topie, pewnego dnia wypożyczę autobiografie Matthew Perry'ego i księcia Harry'ego.

Gdy wyszliśmy na świeże powietrze, nad miastem zapadał zmrok:

Woda energicznie podążała w kierunku morza, tłumy niedawno przelewające się głównymi ulicami miasta mocno się przerzedziły. Jeszcze na moment weszliśmy do Dunnesa (po Fredowe sanpellegrino aranciata rossa) oraz do polskiego sklepu (trochę z przyzwyczajenia), i hyc do domu, znowu z Bowiem.

Wieczorem słuchaliśmy starego Marillionu. Od tego słuchania Fisha, rozmawiania o aktorach (trwają poszukiwania Juliana Sandsa, który kilkanaście dni temu zaginął na Mt. Baldy) i swobodnych wędrówkach myślowych, np. takich, że fajnie byłoby zobaczyć Ralpha Fiennesa na scenie teatralnej, wyszło, że wyciągnęliśmy z półki dvd Lista Schindlera (1993). To był chyba pierwszy film na który poszłam do kina sama. Z perspektywy czasu widzę wszystkie jego amerykanizmy.

poniedziałek, 23 stycznia 2023

1134. Dzień influenserki.

Dawno nie było takiego poranka, względnie ciepłego i z pierwszymi, jeszcze zaspanymi piosenkami drozdów dobiegających z żywopłotów. Niestety, trzeci raz pod rząd rano z kranów nie leciała woda. Bryndza bardzo. Kieruje tym tajemnicza logika: woda znika w nocy, ludzie dzwonią, woda się odnajduje po późnym śniadaniu i ponownie zawierusza się przed północą. Hm. Pracowniczo dzień leniwy, mamy nową stażystkę, młodzież dłubała sobie w cv, poza tym nie działo się nic ekscytującego ... każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, jak to mi ładnie w mocnej szmince (w sobotę Žydrūnė powiedziała mi, jakobym zainspirowała ją do bezceremonialnego makijażu ust, influenserka ze mnie; do Maison Marais doszła nieco delikatniejsza Bewiching Coral). 

Przyniosłam materiały od Gronji (kot mi je właśnie wyleguje, żeby pachniały domem), więc jutro pracuję zdalnie. Po drodze na dworzec wpadłam jeszcze na Sziwan, dobrą dziewczynę, tak jak na nią wpadają ludzie z Drołdy: co tam, ładnie wyglądasz, robiliśmy to i to, see you on Friday. W drodze powrotnej jaśniej, dnia przybywa, głowa się cieszy. Krokietów się mi zachciało i barszczyku, to się ożarłam kupnych, samotniczo, bo Fred pod Dublinem do późnych godzin nocnych. Wysłałam doktor Pierzastej poprawiony kwestionariusz i zajrzałam na zadania zaliczeniowe kursu trenerskiego, a nawet zaczęłam coś przy nich dłubać, choć to głupoty (a jak głupoty, dobrze byłoby pchnąć to szybko, żeby mi nie zasłaniało widoku, myślę sobie ... o proszę, jakie nowe podejście, dawniej zamiotłabym pod dywan, mama byłaby ze mnie dumna). Zmęczona jestem nie wiadomo czym, pewnie chwilę poczytam, potem zapadnę się w kołdrę słusznie naśladując kota, który z croissanta rozwinął się w asymetryczny naleśnik. 

niedziela, 22 stycznia 2023

1133. Kontynuacja obiboctwa w zasadzie.

Miałam w głowie pewien plan tego, co chcę dzisiaj zrobić. Stało w nim, że Fred w południe wybywa do pracy i mogę poszaleć z czytelnictwem. Niestety, Leniuszek We Mnie ma się nadspodziewanie dobrze. Wprawdzie dooglądałam sporo nagrań z kursu trenerskiego i ogarnęłam prasowanie bielizny zerkając przy okazji na 18.04 Midsumer, ale z resztą bojowych zamierzeń już gorzej. Zdrzemnęłam się epicko (obok kota), zamiast kończyć czytanie Koralewicz. Miałam zamysł zrobienia końcowych poprawek do kwestionariusza i wysłania linka do promotorki, ale zostało to w moim leniwym łbie przełożone na jutro. Za to uświadomiłam sobie, że jest czwarty sezon 1000-lb Sisters i nie mogłam sobie odmówić. Podglądałam też jak Karolina kontynuowała głowienie się nad remontowaniem swojego mieszkania. W taki sposób niedziela minęła, a u mnie wszystko (ależ bądźmy optymistami!) dużo rozbabrane. Kochany pracuje niedaleko i liczę na to, że wróci do domu przed północą. Myję zęby i idę czytać książkę.

sobota, 21 stycznia 2023

1132. Leniuszkowata sobota.

I wcale bym nie wstała przed wschodem słońca, gdyby mi Ryszard nie wydeptywał żołądka w sprawie śniadania. A kuchnia przywitała mnie wiadomością, że w kranie nie ma wody. Najpierw doczytałam na stronie, że prace nad naprawą pękniętej rury trwają do szóstej rano, ale po założeniu okularów się okazało, że do szóstej po południu. Argghhh! Mogłam nam pomóc tylko dobrym śniadaniem (dla mnie połowa wczorajszego obiadu, dla Freda ser wędzony z warzywami i kolendrą). Oprócz braku wody mieliśmy od wczoraj zatkany odpływ przy zlewie kuchennym. Na te dwa nieszczęścia dobre jest wyjście z domu, więc pomimo szarej pogody wyjechaliśmy do miasta. Najpierw poszliśmy na kawę do ulubionej naszej Costy, potem szwendaliśmy się po parku handlowym, żeby w TK Maxxie znaleźć prezent dla Katlin (✓), a dla mnie nowy kubek na szczoteczkę do zębów (✓). Po szybkich zakupach spożywczo-chemicznych (kret do odblokowania rur), skręciliśmy na pole bitwy. Spotkanie z Generałem było nieuchronne:


I takie tam dwa kółka spacerowe zostały zrobione:



Po drodze była rozmowa z Usz-solenizantką. A tu jeszcze raz Generał:


Wiem, że koty są dwa (drugiego spotkaliśmy wychodząc z ogrodu), ale ich imion nadal nie pamiętam, więc pozostanie szarża.

Okazało się po powrocie, że jeden problem techniczny został rozwiązany. Na drugi problem został napuszczony kret. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka na herbatę. W ogóle przebieg soboty mógł być inny, bo jeszcze dwa dni temu Aś sugerowała, że może razem (my, Ka) weźmiemy udział w jej procesie decyzyjnym dotyczącym kupna nowego samochodu. Z zamiarów została wizyta wieczorna u Ka&Jot. Najpierw jednak Fred miał dłuższą rozmowę ze Stu do której dołączyli się obydwaj bratankowie (dzieciaki podobnie jak tata i wujek próbowali swoich sił w pozdrawianiu rymem, był wątek rekinowy w wykonaniu bratanka młodszego, BM). Szwagier opowiadał o swoich osiągach pływackich (bardzo mu kibicujemy) i stanie Wolski. Po skończonej rozmowie ze Stu, zadzwoniłam do mamy (w Polsce śnieg i 50 wróbli na tarasie). Prezent został wręczony Katlin. W końcu dotarliśmy do Ka&Jot na herbatę i sałatkę jarzynową. Pogadaliśmy o rzeczywistości (przede wszystkim o trudnej pracy i Ka i różnych dziwnie podejmowanych decyzjach emigracyjnych) i po dziesiątej byliśmy z powrotem. Sporo jak na sobotę bez wydarzeń. 

piątek, 20 stycznia 2023

1130-1131. Mrozowe ostatki.

Czwartek był czwartkowy i praca jak to praca.  Ach, pyszny obiad małżonek dla nas zrobił, z surówką z marchewki po Krisowemu (normalnie, życie mi to uratowało!). Po południu kontynuowałam oglądanie wykładów z kursu trenerskiego, liczyłam kroki, czytałam. Fred rozgadał się telefonicznie, więc przy tej okazji machałyśmy do siebie ze szwagierką, oraz plany na sobotę były przez męża rozważane. Bardzo wcześnie jak na mnie (dziewiąta) wskoczyłam pod kołderkę (to pewnie z wychłodzenia).

Piątek jest piątkowy, z poranną ekscytacją Fredową w bonusie: męża poinformowano, że ktoś zwrócił bilety na koncert Vana Morrisona i on może je kupić (czyli w kwietniu jedziemy do Belfastu). Pracę skończyłam w pół do trzeciej i prawie od razu wpadłam Kochanemu w ramiona. Przy okazji plotkowania o sąsiadach Fred dowiedział się, że jutro Katlin obchodzi lat 75, w związku z czym wybraliśmy się na poszukiwanie prezentu. Najpierw jednak był lunch w Cedar Gate. Wahałam się czy wracać do tego miejsca, bo pamiętałam moje smuteczki grudniowe, ale na szczęście wszystko się poprawiło: ryż był dobrze doprawiony, zachodnia muzyka została wyparta przez bliskowschodnie pitolenia, poza tym odkryłam sok brzoskwiniowy. Kręcąc się po mieście zamiast prezentu dla sąsiadki kupiliśmy prezenty dla Aś i Juliji (dwa kubki z ptakami) i zagadaliśmy do Martaszaki. To drugie zupełnie niepotrzebnie, bo tylko zepsuło mi humor (Martaszka-utrapienie oświadczyła, że w czerwcu to już na pewno wraca do Polski). Humor nie został zepsuty na długo, poprawiłam go sobie brykaniem.

Już w domu dowiedziałam się od mamy (przez messenger, oczywista), że przyszły do mnie kwestionariusze z Pracowni Testów. No!

Chodzenie: wczoraj i dzisiaj szłam od kościoła do domu. Nadal mroźno (szron na chodnikach, w Centrum ziąb, rano Fred musiał wcześniej odpalać samochód przed wyjazdem). Mówią prognozy, że na tym koniec, od jutra ma być cieplej (zobaczymy). A na razie szłam od kościoła do domu, w oddali góry Mourne pod śniegiem i mrugające światła Kilkeel.

środa, 18 stycznia 2023

1129. Chwilowa zima trzyma.

8 AM
RealFeel® -6°

Fred miał wolne i podwoził mnie do pracy. Robił to siedząc za kierownicą w kominiarce i okularach przecisłonecznych typu biker, dzięki czemu mogłam udawać, że porwał mnie kosmita. W Centrum zamarzałam; po pracy zrobiłam rundkę na mieście (żeby nabić kroki doszłam do księgarni za rzeką). Z Kochanym poszliśmy się jeszcze szwendać przy retailu na M1: do sklepu z agd (Fred planuje kupić nowy telewizor), do Costy (na kawę i muffinkę), do sklepu sportowego (obejrzeć sandały), do sklepu zoologicznego (porównać ceny kociego żarcia) i do Lidla (owoce). W domu Maanam, Coma, Rammstein, dobry obiad, sałatka owocowa pod film Kondratiuka, Córka marnotrawna (2001), który w jednej szóstej został obejrzany z kotem.

Z refleksji spacerowych: czuję, że chodzenie poprawia mi nastrój, jestem bardziej energiczna i mniej chce mi się spać. Z refleksji ogólnożyciowych: gdy czytam, jak osoba robiąca od lat w kółko to samo twierdzi, że za dużo w życiu widziała i nazywa swoje robienie w kółko tego samego dużym doświadczeniem, nachodzą mnie myśli krytyczne.

wtorek, 17 stycznia 2023

1128. Mróz.

Szron nie przeszkodził mi w spacerze nad morze, ponownie doszłam za winkiel, tym razem z policzkami płonącymi od chłodu, opatulona w mężowski szalik. Kot próbował wyjść z domu kilkakrotnie, w końcu zaliczył dłuższy spacer około południa, gdy słońce trochę rozgrzało powietrze. Resztę dnia poświęciłam na rozpoczęcie kursu trenera, rozmowę z tatą, eksperymenta kulinarne (pierwszy raz upiekłam umundurowanego kartofla na obiad), słuchanie Händla, oglądanie 18.03 odcinka Midsomer. Obejrzałam też parę wywiadów zmarłej kilka dni temu Lisy Marie Presley. Pod wieczór zaczął mnie martwić przeciągający się pobyt Freda poza domem (Kochany wyjechał wcześnie rano na dublińskie lotnisko i nadal go nie ma z powrotem). Czytam, czekam, wysłuchuję kociego narzekania.
___
edit 23:00 życie zielonego kubka w którym trzymałam szczoteczkę do zębów nie było zbyt długie, ledwie rok. A Fred już do mnie jedzie.

poniedziałek, 16 stycznia 2023

1127. Kroki i Allen.

Rano wysiadłam na wcześniejszym przystanku i przed pracą zrobiłam rundkę przez Dyer i West St, wyszłam również na rogrzewkę po lunchu, a trzeci raz po pracy, gdy Fred, niegrzeczny chłopak, jechał w moim kierunku. Z chodzenia są same profity, np. można zauważyć, że po wschodzie słońca ostrygojady fruną nisko nad miastem (stado ponad dziesięciu osobników pogwizdywało znajomo). W pracy luz, trochę nudy; uczniowie zrobili wyścigi w nowych fotelach na kółkach. Fred miał odpoczywać, tymczasem wybrał się do Newry (dlatego niegrzeczny, jak nadmieniłam) i kupił sobie nową torbę na ramię. Gdy po mnie przyjechał okazało się, że wychodziłam 10 tys. kroków.

Na horyzoncie szczyty gór w śniegu.

Wieczorkiem zachciało się mi oglądać coś, co już widziałam całkiem dobrze, Manhattan Murder Mistery (1993) Allena. Film nie tylko nadal mnie bawi, ale łączę go z coraz większym sentymentem. Jedyna i niepowtarzalna Danie Keaton zagrała w nim będąc w moim wieku (potrzebuję garderoby z półkami na buty i wieszakami, musi być dużo wieszaków).

niedziela, 15 stycznia 2023

1126. Zbieraczka kamieni.

Gdyby Fred nie jechał wczesnym popołudniem do pracy pewnie razem wędrowalibyśmy po wydmach, a tak sama wyszłam na spacer, niezbyt długi, chociaż zajrzałam dzisiaj za winkiel. Połowę dystansu maszerowałam pod słońce, nie miałam ciemnych okularów, więc gapiłam się pod nogi i od czasu do czasu pochylałam się w celu zaanektowania skarbów kamiennych. Taki m.in. dziw się mi przyniósł w kieszeni:


Kamień wydrążony w środku. Skamielina? Wieczorem w innym świetle dokonałam inspekcji moich znalezisk i stwierdzam, że "konsystencją" czy wagą przypomina mi to róg jelenia, niekoniecznie skamieniały:

Tylko, że jelenie poroże nie jest puste w środku. Hm. "Kamień" przypomina mi też ludzką kość, którą znalazłam w Glasnevin. Może po prostu róg lokalnego bydła? Pomyślę nad tym.

Po wyjeździe Kochanego do pracy testowałam kawę przywiezioną z Polski, obejrzałam 18.02 Midsomer, zbijałam bąki, rozmawiałam z mamą, wracam też do lektury Koralewicz, bo trzeba. Kot wyszedł na wieś, za oknem ćmok.

sobota, 14 stycznia 2023

1125. Domowa sobota.

Źle spałam i późno wstałam, Kochany jeszcze później, zresztą dlaczego by nie, skoro dla nas obojga jest to dzień wolny. Zatoki mi dokuczają, budzą w nocy i napędzają stracha, więc chociaż wylazło na nas słoneczko, dałam sobie spokój ze spacerem nad morze (nadal za bardzo wiało). Po południu miałam spotkanie z dr Pierzastą i sobota była w jakimś sensie temu podporządkowana, tzn. robiłam co mogłam, żeby nie zająć się przeglądem badań. Seminarka upłynęła w miłej atmosferze i poczuciu wspólnoty losów, potem Kochany wrócił z zakupów (z bukietem zielonkawych róż i kapciami dla mamy), mogliśmy zjeść obiad, zająć się swoimi sprawami. Przy okazji "zajmowania się" Fred mi powiedział, że miał kiedyś ksywę Carlos (głównie dlatego, że na Krisa mówili Santana); teraz się mi zdaje, że wiedziałam o tym wcześniej, zresztą czy nie brzmi to logicznie?

Był telefon do Kaś Matki Kotom (zaprasza nieustannie, kiedy w końcu dojedziemy?). Był telefon do Wu w sprawie Fredowego wyjazdu do Polski za czas jakiś (gadanie o pracy, bratanicach, nowym kocie). Wyzwanie krokowe leży, już nic się mi nie chce, ani filmu, ani książki, w grę wchodzi jedynie odmóżdżanie internetowe niższych lotów.

piątek, 13 stycznia 2023

1124. Epatowanie.

Obkręciłam się parę razy wg własnej osi i mamy koniec drugiego tygodnia nowego roku. W nagrodę za dobre sprawowanie przed pracą napiłam się kawy i zjadłam ciastko z morelą. 

Sympatyczna jest grupa młodych ludzi z którymi teraz pracujemy. Uprzejmi, ogarnięci na tyle, na ile im wychowanie pozwala, chętni do rozmowy. Wyszliśmy z Sziwan na miasto szlakiem w granicach dawnych murów miejskich, dzięki czemu odkryłam zakątek w którym spokojnie mogłabym mieszkać — są to (obecnie nieco zaniedbane) zabudowania przy czurczlejn. Pierwsza połowa XVIII wieku, klasyczne okna, spokój (obok jest cmentarz i sala koncertowa; wspaniałe miejsce do wychowania kota).

Po południu zjadłam pizzę w Il Forno, sama, bo Kochany musiał się jeszcze dobudzić (położył się spać ok. piątej rano). Zadzwoniłam do rodziców, gdy chodziliśmy po TK Maxxie (już razem z Fredem, który kupił dwa czarne, damskie kapelusze, Filippo Catarzi i Seeberger; jeden może będzie dla mamy). Pod koniec naszej wędrówki zajechaliśmy do Costy na kawę, gdzie epatowaliśmy tulaniem. Na wieczór Trzy kolory: biały (1994) Kieślowskiego; pana Krzysia poniosło, zresztą nie tylko jego (Stuhr wspaniały).

czwartek, 12 stycznia 2023

1123. Sztormowo.

Jeszcze wczoraj zabrałam się za Autorytaryzm, lęk, konformizm (Collegium Civitas, 2008) Koralewicz, bo Rokeach trochę mnie znużył (tymczasem już mnie o niego nagabują mole biblioteczne). Fred wrócił po moim zagłębieniu się w sen, czułam jak przesuwał mnie na łóżku i zawijał mi odwłok w kordełkę. Dobranoc po północy i dobranoc nad ranem. W pracy aktywnie. Gdy jechałam autobusem do domu, sztorm był już oczywisty (współczuję drzewom i krzewom oraz fruwającej maliźnie), więc plan: obiad, herbata z cytryną, prysznic i lektura.

Genealogia z powodu mojego wkurwu na politykę MyHeritage na razie śpi, jeśli już się czymś od czasu do czasu zajmuję, to przepisywaniem nazwisk przodków bezpośrednich do e-kapownika (z zeszytu i drzewa online). Do dzisiaj Andrzej nie znalazł czasu na odcyfrowanie cyrylicy z paru aktów, które mu podesłałam kilka miesięcy temu. Już na nie nie czekam, choć trochę mnie ta sytuacja dziwi, bo sądziłam, że chłopaki potrzebują pieniędzy (tak Norbert pisał do Freda przed świętami). Jak siebie znam, ślęczałabym nad dokumentami zamiast zająć się sprawami do zrobienia na teraz, więc summa summarum może to i lepiej.

Za oknem śwista wściekle.

środa, 11 stycznia 2023

1121-1122. Czas zmitrężony.

Wtorek.
Fred dzwonił do mnie, żeby się zapytać, kto mu zostawił ślad szminki na policzku. A kto miałby, jak nie ja? ;) Pogodowo paskudnie, nawet Ryszard z własnej inicjatywy spędzał czas na parapecie. Pracowniczo spoczko, choć na początku mózg się mi lekko zagotował. Wróciłam tym razem przed zachodem słońca (ojej!) i obejrzałam odcinek zamykający siedemnasty sezon Midsomer wydeptując w kuchni kroki do wyzwania.

Środa.
Miało być intelektualnie, wyszła taka sobie papka. Wstaliśmy z Kochanym nierychło, bo czekałam na niego do północy, wczesny obiad był późnym śniadaniem, po którym Fred wyjechał w stronę pracy, a ja rozpoczęłam surfowanie w sieci zamiast zająć się sprawami ważnymi. Pogoda sztormowa, akurat jest przerwa w dostawie nowego wiatru, ale to cisza przed grubszą sprawą (ciekawe, kiedy w końcu pojawi się pierwszy sztorm imienny, Antoni). Osiemnasty sezon Midsomer napoczęty; kot wyszedł na kupę; zjadłam kilka parówek; ciemno.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

1120. Ale poważnie dziewiąty?

Mój mózg skupił się na liczeniu kroków. Zimno przenikliwe. To nic, dałam radę. W polskim sklepie nadal brak pierogów (doprawdy oburzające! Fred też sprawdzał — pomiędzy czasem, gdy zostawiłam go śpiącego rano, a tym jak go nie zastałam w domu po południu). Po pojedyncznym obiedzie, gdy trochę się rozgrzałam, zajrzałam na laptopa pracowniczego (z drugiej pracy) nie ruszanego od kilku tygodni. Widać, że biznes budżetówkowy rozkręca się powoli, bo dopiero dzisiaj dostałam wiadomość o zapisach na irlandzki i spokojnie mam czas, żeby o wszystko się dopytać. Było mycie włosów, pięć minut z francuskim, The Ballad of Midsomer County (2015, czyli 17.03), rozmowa z małżonkiem (więc już wiem, co mu się śniło: pomagał wejść do autobusu Benkowi 16), kota głaskanie. Walczę z ziewaniem, bez wielkich sukcesów próbuję odpalić myślenie.

niedziela, 8 stycznia 2023

1119. Deficyt uwagowy.

Znowu będziemy się mijali, wcześniej niż myślałam. Jeszcze z rana zadzwoniłam do mamy, więc mogła pomachać umundurowanemu Fredowi, zanim Kochany zaczął powoli przemieszczać się w kierunku Ballymeny. 

Spacer nad morze zaczęłam w dobrym momencie, deszcz przyszedł kilka minut po tym jak wróciłam do domu.

Kama się mi dzisiaj śniła, zagadałam do niej na facebooku i chwile dwie porozmawiałyśmy, co tam u niej (przy okazji wrzuciłam grosze do jej wirtualnej puszki wośpowej). Obejrzałam Murder by Magic, 17.02 odc. Midsomer w pięknych okolicach Buckinghamshire i jeszcze z Jackiem Shepherdem, czyli inspektorem Wycliffem. Czy ja mam jakiś deficyt uwagowy? Powinnam pracować intensywnie, tymczasem drugi dzień lejce luzem puszczone, łażę po domu jak nieszczęście i najbardziej koncentrującym neurony działaniem jest precyzyjne nałożenie kotu karmy do miski. Bardzo nagannie, bardzo źle, tylko mgła umysłowa może mnie wytłumaczyć. 

sobota, 7 stycznia 2023

1118. Nah.

Ani sensownej pracy, ani czytania. W nocy trochę łóżkowej kręciołki z powodu bólu brzucha i dziwne sny w których włoczyliśmy się gdzieś z Fredem. Sobota była raczej wietrzna, ale po śniadaniu znaleźliśmy czas i ochotę na spacer nad gniewne morze. Hitem dnia jest to, że Ryszard doszedł już zupełnie do siebie. Co mu było, nie wiadomo, ale je normalne porcje z typowym dla siebie apetytem i Ryszardowa energia mu zupełnie wróciła (jutro rano ostatnie piguły). Po południu Fred odpoczywał, ja zerkałam na zaległe odcinki yt subskrybcji (np. Ask a Mortician o akwamacji). Pod wieczór obejrzałam z Kochanym Delicatessen (1991). Lenia mam strasznego i nic z tym już dzisiaj nie zrobię, co najwyżej z łóżka posłucham wiatru latającego po wybrzeżu jak kot z pęcherzem. 

piątek, 6 stycznia 2023

1117. Księżyc wilka.

Patrzył na mnie, gdy rano czekałam na autobus (Fred wrócił o czwartej nad ranem).

Nowa lektura: Umysł otwarty i zamknięty Rokeacha (PWN, 2018), gościa z Hrubieszowa; podczytywałam ją w pracy. Przed szychtą mała kawa do koncertów obojowych Albinoniego (poranne wizyty w kawiarni to dla mnie jak msza, ciężko będzie oszczędzać na tej celebracji). Skończyłam pracę o trzeciej, Kochany zaraz się zjawił w naszej dyni i porwał mnie do Carlingford (czytaliśmy sobie wzajemnie w myślach patrząc na czapkę chmur nad Gullionem i zamyśloną krowę na grzbiecie innego wzniesienia). Wycieczka w sprawie oddania dwóch kubeczków po galaretce świątecznej niespodziewanie stała się wyprawą ratunkowa: Aś miała w poniedziałek niemiłe wydarzenie drogowe i nadal szlochała w pracy głodząc się przy tym bez sensu. Najpierw chciała popołudnie spędzić sama, ale gdy już rozmościliśmy się w pubie wrócił jej rozum. We troje zjedliśmy obiad w przytulnym zakątku Carlingford Arms, typowej borsuczej norze z kilkoma wejściowyjściami. Siedząc tuż przy skwierczącym kominku, z widokiem na bardzo interesujące twarze lokalesów i równie malownicze facjaty obsługi, kiwając głowami słuchaliśmy Asinej historii. W handlu wymiennym dostaliśmy za to torebkę czekoladowych ciastek i dwie herbatki ekspresowe z marihuaną, po czem odwieźliśmy przyjaciółkę pod jej dom i w ciemności ruszyliśmy dalej na północ, gdyż Kochany chciał koniecznie kupić naszemu dobrze rozwijającemu się kotu mokrą karmę, której nie ma w Republice. Karmy w Królestwie też nie było, były robaki dla ptaków, więc mąż wziął robaki. Większość drogi powrotnej kiwałam się w fotelu jak śpiąca lalka. Teraz boli mnie brzuch, a wcale tego nie chcę. Mąż, żeby mnie rozweselić, założył nowo nabytą kominiarkę.

czwartek, 5 stycznia 2023

1116. Pierwszy czwartek.

Ach, same powody do dumy. Założyłam konto oszczędnościowe. Wyprasowałam mężowi gatki. Kot zrobił kupę. 

Kochany znowu w wieczorno-nocnej pracy. Kiedy wracałam do domu było już po zmierzchu, ale Anna i tak mnie wypatrzyła. Uścisnęłyśmy się, dostałam życzenia noworoczne i podziękowania za bożonarodzeniowy wieniec (już wcześniej widziałam, że nadal wisi na jej drzwiach). Ryszard dobrze podjadł na kolację, ładnie zmiótł też tabletkę, a mnie przy takiej okazji zawsze kamień spada z serca. Motywacja do twórczności studenckiej słabiutka, wolałam nastawić pranie, wyprasować coś i zacząć oglądanie siedemnastego sezonu Midsomer. Rozmawiałam z rodzicami, tak kontrolnie, bez zadanego tematu (mama oczywiście zerkała na Columbo; oglądanie klasycznych kryminałów to obciążenie genetyczne). Tatko od razu się mi pochwalił, że miał rację (wprawdzie jak razem nasłuchiwaliśmy, nic nie było, ale w okolicy przemieszcza się wataha wilków, potwierdził to leśniczy). I Rozalka podobno dobrze sobie radzi, już chodzi po parterze i nikogo się nie boi. U nas tymczasem w domu ciepło, kot drzemie w sypialni, na zewnątrz wieje i kolejny raz jacyś znajomi bytują u sąsiada po prawej (od czasu do czasu słychać szemrania rozmów jakby na zewnątrz). Dziwne te wizyty, często po zmroku, a z sąsiadem to się chyba raczej bliżej nie zapoznamy, mało irlandzki z niego Irlandczyk. Dbam o stopy. Codziennie robię przysiady. Jeszcze wczoraj skończyłam Leśniaka, biorę się więc za czytanie czegoś nowego.

środa, 4 stycznia 2023

1115. Day after day.

O dzisiejszym spotkaniu przypominano mi od trzech tygodni, takie to są uroki posiadania whatsappa. Tylko dwie godziny, no ale nie powiem nikomu, że mam w dupie (czyli tam, gdzie mam). Na końcu było nawet miło, losem 383 (bo przecież jakże by tak bez loterii) wygrałam sportową saszetkę na pasku, poza tym dałam się wciągnąć na listę sześciotygodniowego wyzwania w liczeniu kroków. Tymczasem od jutra do pracy, rodacy!

W sprawie kociej: Fred wyjeżdżając przed świtem zapodał Rysiowi pasztecik, który został ładnie zjedzony. Kot ma dzisiaj szlaban na wychodzenie, żebyśmy mogli zaobserwować sikania i kupki, bo jak nie za bardzo się polepszy, będzie pobieranie krwi z sedacją, a to nie są przelewki (do tej pory było sikanie). I to tyle z naszej porannej radości, po południu Pączek kolejnego posiłku już w całości nie zjadł.

Miałam dzisiaj otworzyć konto oszczędnościowe, byłam nawet w banku, ale tam nic mi ciekawego nie powiedzieli, ofert nie rozróżniam, a raczej nie chce mi się o tym myśleć. Jutro pójdę zapytać once again ^_^.

Suszę włosy i zbieram się do męki pisania. Kochany odsypia pracę (bardzo już był sterany — z łazienki przyniósł moją własną szczoteczkę do zębów, żebym też mogła zauważyć, że ze zlewu przyglądał się mu chasyd). Za oknem znowu hula wiatr. Będzie dobrze.

wtorek, 3 stycznia 2023

1114. Choroby wieku kocięcego.

Fred wyjechał do pracy o jakiejś niesamowitej porze nocnej, nie jestem pewna czy w tym czasie wiał okrutny wiatr, ale mózg tak mi to zarejestrował. Gdy się wyciszyło zapadłam w dobry sen, śniłam o adoptowaniu dzieci i kur.

Większość wtorku pisałam pracę (idzie, jak krew z nosa, ale idzie), w przerwie zadzwoniłam do taty ot tak, Kochany wrócił o drugiej, zrobiłam nam smażony rostbef na obiad (Fred mówił, że Kevin, rzeźnik rodzinny, jest coś nie w sosie po świętach) i małżonek poszedł jeszcze na chwilę w sen, bo half five byliśmy umówieni u weta w sprawie kociego nieszczęścia. Ryszard do popołudnia nic nie jadł, przez chwilę wyraził zainteresowanie surowym wołowym mięsem, ale pociumkał odrobinę i nie chciał więcej. Nie było innego wyjścia. Na wizytę czekaliśmy ponad pół godziny, nasz król dramy na początku udawał grzecznego, ale szybko wyczerpała się mu cierpliwość. Darł się na całą przychodnię i w pewnym momencie trzymały go trzy osoby (dobrze, że wzięłam skórzane rękawiczki). Okaże się, czy zastrzyki coś pomogą, na razie mały histeryk wciął stary pasztecik i dokładkę. A my, cóż, też musieliśmy sobie nastrój poprawić jedzeniem (kulkami z masłem czosnkowym) i oglądaniem różnych nędznych wykonów z telewizyjnych sylwestrów. Na deser dostałam potwierdzenie od dr Pierzastej, że fajnie fajnie. To jeszcze może skrobnę jedno-dwa zdania na finiszu dnia.

poniedziałek, 2 stycznia 2023

1113. Nadrabiając.

Spadek temperatury, mgła, szadź, bank holiday. Kochany spał większość dnia, podobnie jak kot, który nadal był podejrzanie niegłodny. Skupiłam się na dopracowaniu kwestionariusza i wysłaniu go do zatwierdzenia. Wieczorem rozmawiamy o książkach i innych rzeczach, kot z łaski zjada pół porcji mokrej karmy, Jethro Tull śpiewa o ludziach thick as a brick, Fred dzwoni do Mallow z życzeniami noworocznymi. Niewiele się dzieje się, jednak sprawy w ślimaczym tempie suną do przodu. 

niedziela, 1 stycznia 2023

1112. Artretyczny pierwszy stycznia.

W nowy rok weszłam z bólem ramion i z kotem nadal kręcącym nosem nad jedzeniem. Jedno i drugie dezorganizuje mój optymizm. Rano było jednak trochę więcej światła niż wczoraj i zmotywowało mnie to do spaceru nad morze (na ramiona dodatkowa warstwa swetra):

Morze zabrało to, co dało wczoraj, duże muszle ślimaków zniknęły. Jeśli ktokolwiek, tak jak ja, zastanawiał się, jak się robią ślady po pąklach na różnych morskich płaszczyznach, proszę bardzo, muszla z pąklami i śladami po nich na jednym obrazku:

A tu meduza (odpływ jeszcze zdążył zamoczyć mi buty), najprawdopodobniej beczkowata, rhizostoma pulmo:

Parę osób kapało się w lodowatej wodzie, ogólnie spacerowiczów nie za wielu, kilkorgu powiedziałam happy new year, podobnie zresztą jak później Dżejmiemu, który wyszedł przed dom zapalić papieroska w swojej pidżamie w hamburgery (wyglądało to jak pidżama, choć mógł to być jego strój odświętno-elegancki). Coś tam burknął, że nie za bardzo czuje ten nowy rok, jak to Dżejmi.

Na kalendarz'23 zostały naniesione pierwsze daty: tomograf Freda w lutym i Aida Verdiego w kwietniu (Kochany właśnie kupił bilety). Była rozmowa z tatkiem (2x; w Polsce bardzo ciepło) i z mamą (2x; prawie już jest zdecydowana na emeryturę, ja pozwalam sobie wątpić w te niby plany). Przez resztę dnia bardzo słabo się mam w temacie robienia rzeczy pożytecznych, mitrężę czas na genealogii, dumaniu o głupotach, słuchaniu muzyki; po prostu chciałabym zasnąć, albo uciec w magiczną krainę bez deadline'ów (co na jedno wychodzi). Częściowo to pewnie przez kota, oboje się mu przyglądamy, próbuję czytać w kocich myślach, czy to bardziej uszy, czy brzuszek. Fred nie mógł się rozleźć tak zupełnie, bo znowu ma pracę od dziesiątej wieczorem i wróci jutro po wschodzie słońca. Na zakończenie dnia zaserwowałam sobie podobno najgorszą ekranizację Jane Austen, Perswazje (2022) z Dakotą Johnson. Sama nie wiem. Jeśli chodzi o poziom krindżu, recenzja FishTalking bije film na głowę ;)

Postscriptum #1111.

Jaki był ten rok odejszły, przywitany herbatami (u męża yerba, u mnie czarna z cukrem i cytryną)?

Straciliśmy dwie osoby: Fred tatę, ja babcię (ergo smutek, refleksja nad przemijaniem, i nasze podróże do matczyzny nie były związane wyłącznie z przyjemnościami). 12 razy przeleciałam nad Europą wte i wewte. U rodziców tym razem nie ubyło żadnego zwierzaka (chociaż malizny chorowały i czasem było ciężko), a nawet przybyła kotka, która właśnie się aklimatyzuje, oraz stały koci żebrak, o którym wiadomo, że oficjalnie jest kotem sąsiadów. Do starej pracy doszło mi kilka godzin nowej z którą łączę umiarkowane (ale jednak) nadzieje na zmiany zawodowe w nowym roku, a przede wszystkim na rozwój. Czytelnictwo ostatnich 12 miesięcy miałam słabe i w zasadzie nie ma się co usprawiedliwiać studiami, po prostu tak wyszło, w większości czytałam urywki artykułów naukowych lub fragmenty podręczników (mam mocne postanowienie poprawy, albo raczej bardzo mnie kusi myśl, żeby nadrabiać naprawdę stare starocie). Zainteresowanie językami podtrzymywałam raczej niesystematycznie, w efekcie nie czuję, że mi ubyło, ale przybyło też niewiele. Byliśmy z Kochanym osobami własnymi na dwóch operach (Carmen, Tosca), trzech koncertach (niezła rozpiętość: jazz, alternatywa, barok) i jednym przedstawieniu muzycznym (Riverdance). Zdrowotnie jest to rok dużej, chociaż mało zauważalnej zmiany. Nazywa się to menopauza i w sieci wygląda strasznie, koleżanki z pracy też nie pomagają opowiadając o swoich nieprzespanych nocach, potach i mgle umysłowej. U mnie nic z tych rzeczy, jak zwykle jestem w jakiejś niszy, i jeśli czegoś się boję, to osteoporozy (przeguby rąk mam jak patyczki, a patyczki lubią się łamać). Jak jest mi z tą zmianą? Do końca nie wiem, chociaż not too shabby (zauważam pozytywy) i zaczęłam monitorować swoją wagę (bo nie zaszkodzi). Raz oficjalnie przeszłam covida (a Kochany oficjalnie nie). O stanie świata w 2022 nie będe się zanadto rozwodziła, bo jak widać, mam swoje życie i mam co robić.