Strony

niedziela, 30 kwietnia 2023

1231. (bo zapomniałam zatytułować)

Trzy rzeczy: słucham irlandzkiego, międlę zadanie na TT, piszę rozgrzebuję część teoretyczną magisterki. Niedziela była pochmurna, ale bardzo ciepła więc przeszłam się nad morze i zostałam zaskoczona jakimś wydarzeniem morsko-sportowym o którym nie miałam pojęcia:

Inne: na ogródku znalazłam zamemlanego wróbla (chciałabym się łudzić, że to nie Ryszard, ale do kota przykleiło się małe piórko). Kochany dobrze się bawi u Niemców, pomachał mi ze skały Lorelei, Perlisty też wydaje się zadowolony gościem. Odnowiłam trudną relację z MyHeritage płacąc roczny abonament (po zniżce 75%), przez co oczywiście natychmiast wpadłam w króliczą norę genealogii.

***

Miesiąc był intensywny, choć ciągle czułam, że niektóre sprawy się ślimaczą (głównie z powodu mojego niedowładu umysłowego i ogólnego niechciejstwa).

sobota, 29 kwietnia 2023

1230. Rozkojarzeni.

Fred od rana sposobił się do wyjazdu. Byliśmy w mieście, żeby kupić coś na ruszt dla mnie i trochę czasu się zmarudziło. Tesco (bo kalafiora się mi zachciało), Czarna (bo kaffka, gdyż dlaczego nie) oraz polski sklep (bezowocne poszukiwanie kopytek zakończone kupieniem placków ziemniaczanych). Dopiero wracając z tego ostatniego z siatą Fred się zreflektował, że nie zapłaciliśmy za parking. A wychodząc z domu zapomnieliśmy zamknąć drzwi do korytarza. W drugim przypadku ani jedna żarłoczna bestia nie połapała się w porę i Rysiowe michy były nieruszone. W temacie parkingu nie wiadomo, nie było informacji zatkniętej za wycieraczkę. Możliwe jednak, że po długim weekendzie przyjdzie kara do zapłacenia. Nom, tacy jesteśmy mało skupieni na chwili obecnej.

Jak na wybrzeże, pogoda była miła i całkiem wiosenna, w Nadrenii też podobno niezgorzej. Pokłosiem wyjazdu do miasta były Fredowe przymiarki, bo jednak to, co wybrał sobie wcześniej do ubrania na podróż, mogłoby okazać się za ciepłe. Po południu do wsi weszła morska mgła, na takim tle sfotografowałam Freda jak tuż przed odjazdem w ceglastych martensach i takiego samego koloru kurtce machał mi do aparatu. Teraz usiłuję się zebrać w sobie. Już znękałam komiksowy odcinek Midsomer (z 20 sezonu), wyprasowałam kilka drobiazgów, potraktowałam kretem zlew kuchenny. Kiedy Kochany wyjeżdżał, zagadałam do rodziców ... okazuje się, że kilku panów robiących mi kwestionariusz to sprawka mojej mamy. Matka Niewidzialna Ręka. 
___
23:15 Ale cisza. Fred jakiś czas temu szczęśliwie doleciał do kumpla. Ryszard wrócił z wioski i łypie na mnie z parapetu na którym objął stanowisko dowodzące. Nie nadrobiłam za wiele pracy, po wyjeździe Kochanego to już zupełnie bezwład mnie ogarnął. Pora do łóżka.

piątek, 28 kwietnia 2023

1228-1229. Zdarzenia.

Czwartek.
Narty, śnieg, rozwożenie noworodków po syberyjskich wsiach, Dżi, a nawet Pacułka (i to pewnie w szpilkach na tym śniegu). Budzik o szóstej przerwał moje wyjście w trasę. 

Praca w kuchni zaowocowała bardzo smacznym lunchem (dla odmiany, bo irlandzkie wersje przepisów kulinarnych robione w Centrum mnie nie porywają). Po południu mieliśmy dwugodzinne zajęcia z gościem, który przybliżał nam kryminalistykę na przykładzie zabójstwa JFK. Sprawy nie znałam aż tak dobrze, więc mnie to zaciekawiło (zastanawiam się na ile prowadzący przedstawił nam fakty, a na ile mówił tak, żeby mu wszystko pasowało). Po powrocie do domu wrzuciłam w głośniki Lubomskiego, zaczęłam robić obiad, przeglądałam zdjęcia z kwietnia oraz miałam inne zwyczajowe objawy chill outu przed wpadnięciem w mężowskie ramiona.

Piątek.
Mgła nad wsią. Jeszcze w nocy, w zasadzie wczoraj, wtrąciłam się w Ryszardowe sprawy biorąc jego stronę, gdy kolega chciał wbić się na kwadrat przez uchylone okno.

W autobusie do pracy często spotykam chłopaka, który używa irlandzkiego small talku wytrwale, aczkolwiek jak to autysta, niekoniecznie we właściwym kontekście. Any craic with you? zaczął zagadywać pakistańskiego imigranta zanurzonego w smartfonie (przez moment było to interesujące). Podwójne macchiato na ziarnach z Salwadoru przed pracą. Pod koniec zajęć poszliśmy do galerii Highlanes. Było nawet sympatycznie (oprowadził nas Greg; dowiadywanie się co to jest akwaforta i akwatinta oraz znajdywanie zwierzątek na obrazach Nano Reid sprawiło mi sporo przyjemności). Po dwunastej kilka godzin pracy dla Gronji, częściowo w budynku zupełnie wyludniowym wizją długiego weekendu. Ktoś (podobno Antoni) wychodząc włączył alarm, który udało mi się prawie od razu uruchomić. Po dobrych dziesięciu minutach alarm zamilkł, przypuszczalnie zdezaktywowany przez ducha zamieszkującego piwnicę (pewnie tego samego, który wystraszył mnie włączając nagle światło w toalecie, gdy już na dobre zmierzałam w kierunku weekendu). Jeszcze tylko małe potknięcie czasowe (autobus miał usterkę i musiał przed zapakowaniem podróżników skręcić do bazy) i azymut na wieś spokojną, oprószoną wiosennym deszczem (ciepło). W domu mąż kończył robić mi obiad (kluski śląskie z mięsem i Krisowa sałatka z pora) oraz pokazał swoje nowe ciżmy (zamszowe Martensy w pięknym, rudym kolorze). Z innych miłych spraw: nowa karta bankowa już przyszła. Telefon do rodziców: stabilnie, w nocy był przymrozek i padły niektóre kwiatki, tatko będzie miał usuwaną jakąś niewielką narośl na czole (wygadał się niechcący). Jestem niespokojna, po rozmowie dociera do mnie, że widać jak się rodzice starzeją. Lubomski raz jeszcze, słuchamy oboje. Do tego Wielka Czarna Dziura w galaktyce Messier 87 pluje światłem.

środa, 26 kwietnia 2023

1227. Lśniące glany robocze.

Kolejny dzień taki sobie, Kochany wrócił z pracy w nocy, rano tuptaniem w kółko obudził mnie Ryszard. Prace przy laptopie zaczęłam od wysłania zadania domowego z irlandzkiego, potem cztery godzin podłubałam teksty dla Gronji. W tym czasie Fred wstał i zaczął się zajmować zwyczajnym dniem, śniadaniem, porządkowaniem koszy na śmieci, polerowaniem roboczych glanów. Obiad słaby, bo pizza z Lidla (przerzuciłam się na kromkę chleba z philadelphią). Po południu zabrałam się z Fredem do miasta i w czasie zakupów zrobiło się mi trochę słabo (pewnie z niejedzenia). Przemyk w głośnikach śpiewa swoje the besty, rozlazła jestem, postaram się coś jeszcze skrobnąć, ale tak ogólnie to intelektualna mizeria.
___
edit 21:59 i co napisałam? Nico. Wysłuchaliśmy jak Voo Voo grało w Łodzi w 1993.

wtorek, 25 kwietnia 2023

1226. Dwudziesty piąty już.

Spokojnie, chociaż początek z niejakim przytupem (zajęcia z irlandzkiego/test). Huśtawki mam z tym związane, bo czasem chcę, a czasem nie chce mi się uczyć kompletnie. Zaraz po zakończeniu zajęć poszłam na szybki spacer nad morze, na plaży wiatr był ostry, odechciało się mi wędrówek, przysiadłam na chwilę przy kawiarence, ale po pięciu minutach zakręciłam do domu. Fred był już wówczas w Letterkenny, więc obiad robię sama dla siebie (czy można dodać keczupu do pieczonych kurzych udek? można, szczególnie z lenistwa). Jutro home office, trochę się do tego przygotowałam, żeby potem nie szaleć bez sensu z tabelkami. Rozmawiałam z mamą, która się mi pochwaliła, że zakwitła jej sansewieria (przesuszyła ją, znaczy). Midsomer 20.2 bardziej głupiutki niż zwykle. Pochłaniam sporo ciastek z rozmarynem i marnuję czas, zamiast pisać (nic nowego). 

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

1225. Takie rzeczy.

Obudziłam się razem z mężem, przed piątą, ale leżakowałam jeszcze godzinę, za otwartym oknem siąpił wiosenny deszcz i miło było sobie wyobrażać, jak od tego kwiatki rosną na wyścigi. W pracy nudy, studenci klikali kolejne zadania, za oknem jednostajny szum naprawiaczy dróg. Po południu obejrzeliśmy z młodzieżą Tytanów (2000) z Denzelem. Amerykańsko-zespołowe, aż się dziury w zębach robią od przesłodzenia ideologią. Humor miałam dzisiaj taki raczej lepki, poprawiłam go sobie od razu po wyjściu z budynku Centrum: zagaiłam do Celta, czy ma czas się ze mną przejść do Tesco, a on miał czas, więc mnie odprowadził do przystanku ;). Rano zostawiłam Ryszarda śpiącego w zamkniętym domu, mimo to kot nie wypadł jak strzała, gdy tylko otwarłam drzwi, widocznie z tym humorem to taki ogólnokocioludzki nastrój. 

Spotkała mnie poza tym ciekawa niespodzianka, wydarzenie, czy jak to sklasyfikować. Kiedy pichciłam strawę zadzwonił messenger, nie odebrałam od razu, bo miałam zajęte ręce, poza tym byłam przekonana, że to pomyłka. Ale osoba zadzwoniła po raz drugi i wtedy już wiedziałam, kto zacz. Znamy się z Radziem od kilkunastu lat. I nie pamiętam kłótni, ale prawdopodobnie w maju w roku przed pandemią jakaś kłótnia musiała być, jak również wiem, że poszło o politykę. Zerwanie tej znajomości było nowoczesne: człowiek, którego nigdy nie spotkałam w realu wyrzucił mnie ze znajomych na facebooku. A dzisiaj zadzwonił, żeby mnie przeprosić.  Rozmawialiśmy trochę. Nie jestem małostkowa, cieszę się, że Radziu pomyślał, żeby zadzwonić i zrobił jak pomyślał. Nom. Poza tym przywalają mnie rzeczy — znowu miałam coś odhaczyć i nie odhaczyłam, a jutro ponownie test ze słuchania po irlandzku. Ściągi robię, rozwiązuję ludziom testy, rozmawiam z Fredem, jem migdały.

niedziela, 23 kwietnia 2023

1224. Zen.

Zaskakująco słoneczny i przyjemny dzień. Delnashaugh, prosz bardzo:

Po śniadaniu i kawie poszliśmy z Kochanym na długą przechadzkę nad morze podczas której patrzyłam pod stopy, oglądałam kamienie i nuciłam w głowie wkręconą melodię Pibroch Jethro Tull. Trwał przypływ, więc doszliśmy tylko do miejsca, gdzie dało się korzystać z plaży. Żałuję, że nie wzięłam fotoaparatu — na końcu szlaku spotkaliśmy jaskółkowate rojące się nad piaszczystym osiedlem, które założyły sobie w ogryzionej sztormem wydmie. Wracając do domu przysiedliśmy jeszcze chwilę przy kawiarence, Fred pierwszy raz w tym sezonie zjadł lody na plaży, pogapiliśmy się na wodę, ludzi i psy. Po powrocie małżonek zaraz wskoczył do samochodu, żeby pojechać po zakupy spożywcze, a ja zjadłam obiad i powoli zagrzebałam się w swoich sprawach. Nabrałam nieco zen w tym, co robię — odhaczam, na przeszkody reaguję filozoficznie, przyjacielsko trącam nosem parę osób.

1223. Deszczowo.

Pada. Chlupotanie deszczu i kocia łapa — oto, co mnie obudziło. Bardzo dobre mieliśmy śniadanie: po jajku na twardo, parówka, plastry wołowiny, pomidorki koktajlowe z cebulą, czerwona papryka, dwa rodzaje sera (cheddar i ementaler), majonez/chrzan. Przy śniadaniu gadanie i gadanie, kot śpi na łóżku, za oknem na płocie zmokła wrona. Jethro Tull, płyta z 1976 i zremasterowany live. Trochę się nam wszystko przedłużyło (miałam pracować nad swoimi sprawami), w końcu zaczęliśmy rozmawiać o opowiadaniu Twardocha, Zeitverschwendung. A potem jeszcze Fredowi się zamarzyła kolejna podróż poślubna, może do Bydgoszczy ;) Zieleń rośnie w oczach, już kwitną Delnashaugh, zaraz zaróżowią się strzępiaste Queenslandy. 

Umówiliśmy się z Ka na wieczór filmowy, zanim jednak dotarliśmy do przyjaciół, był obiad w Drołdzie, u kapitana Jacka (prawie wszystko jadalne, ale obsługa jakby dzisiaj dopiero zaczęła pracę, Fredowi podali starter z głównym), do tego kawy w Czarnej. Dwa dotąd bezpłatne miejskie parkingi niestety uzbrojone zostały w parkingomaty. Przyjdzie przywyknąć. Wróciliśmy do domu, żeby dać kotu kolację, następnie wyruszyliśmy wybrzeżem na północ. Sporo czasu minęło odkąd tędy jechaliśmy, powstały nowe domy, nowe dziury w drodze. U przyjaciół od samego wejścia zanurzyliśmy się w temat rodzinny i opiliśmy się herbaty. Dwie bliskie osoby z rodziny Ka próbują go rąbnąć na kasę, chichot ironii polega na tym, że osoby te są najbardziej kościółkowe z całej familii. Pozytyw sytuacji jest taki, że Ka i Jot zjednoczyli się przeciw wspólnemu wrogowi, więc trochę źle, trochę dobrze. Obejrzeliśmy w czwórkę Belfast (2022) Branagha, w porządku kino, super aktorzy, chociaż sama historia nie ujęła mnie jakoś szczególnie (może to akurat taki dzień, gdy sentymentalne chwyty wyłapuję jak sztuczne dziury w tanim serze). A teraz pierwsza cztery, niedziela.

piątek, 21 kwietnia 2023

1222. Różne takie.

Tak się podekscytowałam programem statystycznym, że poszłam spać o północy. Nawet jak mi nic kompletnie nie wyjdzie i praca będzie flopem, nie będę się przy tym nudziła, o nie. Uwielbiam liczby w tabelkach. Z matmy byłam noga, ale statystyki, istotności, wykresy pobudzają mój mózg lepiej niż kawa. 

W pracy praca, częściowo było to rysowanie storyboardu, więc:

Kupa śmiechu przy tym była (oryginał mojego dzieła dałam Sziwan, która ze swoim adehade zapewne zaraz je zgubi). Kochany zaskoczył mnie wracając z szychty wcześniej niż ostatnio. Mogłam się z nim zabrać do domu i odrobić dwie godziny pracy elfa we własnej kuchni (mało udaru nie dostałam na początku tej robótki, na szczęście kawę wylałam do zlewu). A to jeszcze taki widok, Little Princess wystawiły swoje ciemne paszcze do światła:

Słońce ładnie zapodawało, niestety wiatr też. Jutro mają być deszcze, ciekawe na ile się to sprawdzi. Tak jestem zmechacona pracą w znerwicowanym excelu, że tylko tulanie i czałowanie, żadnych innych planów. Kolejny raz słuchałam Songs from the Wood. Fred też słabo kontaktujący, więc pewnie zaraz idziemy spać. 

czwartek, 20 kwietnia 2023

1221. Nieogarnięcie.

W nocy zimny nos, ból migdałka i kocie budzenie (rano Ryszard zwinięty w nogach, oczywiście nie ma zamiaru wstawać, bo zmęczony przecież). Pomagam Kochanemu przykleić plaster na palcu stopy, potem zawracam go z drogi podając kawę w kubku termicznym, jak w filmie. W głośnikach Songs from the Wood Jethro Tull (1977/2003). Na śniadanie parówki. Odhaczanie odhaczaniem, jednak czuję, że życie się mi wymyka. Czemu nie piszesz książki, zapytała mnie wczoraj mama. No faktycznie, czemu nie piszę? Zresztą do rodziców zadzwoniłam dzisiaj jeszcze raz, gdy Fred był już w domu, a ja znowu pichciłam żarcie. Czuję, że mama jest przygnębiona i się mi to nie podoba wcale, więc tak jakbym chciała czemuś zapobiec, chociaż nic nie mogę. Kochany dał mi bukiet białych róż. Teraz śpi. Odhaczam. Kot nadal nie wraca z całodziennego spaceru po chałupach i krzakach z wróblami.

środa, 19 kwietnia 2023

1220. Ogarnięcie.

Czasami po prostu trzeba wszystko spisać na kartce i odhaczać. Tak też robiłam. Jeszcze wczoraj wieczorem dostałam esemesa od Gronji, że sprawy biurowe mogę odklikać z domu. Tym lepiej. Budzik odezwał się o siódmej, pozwoliłam sobie jeszcze na dwadzieścia minut turlania się z boku na bok (Fred już w drodze do pracy, jak zwykle w tym tygodniu). 

Poza odhaczaniem, wczesnym popołudniem poszłam nad morze. Silny wiatr zmiótł piasek w łachy. Przeszłam plażą pomiędzy mnogością ślimaczych kokonów i wróciłam przez park domków na kółkach (przynajmniej wiało mi w plecy, nie w oczy).

Zadzwoniłam do mamy, więc wiem, że tatko zjadł wczoraj 28 pierogów. Rozmawiałam chwilę z Celtem. Jesteśmy z Kochanym po późnym obiedzie, ja z turbanem na głowie i mętlikiem zadaniowym w środku. Mam na razie plan jednego zdania, o Hezjodzie i Platonie. I czarną herbatę do ciastków pod ręką.

wtorek, 18 kwietnia 2023

1219. Turlu turlu.

Wtorkowy irlandzki prawie nigdy nie nastraja mnie optymistycznie, nie widzę postępów (wolałabym się porządnie wyspać). Zauważyłam też, że ciągle coś młócę, i nie wiem, czy to stres, hormony, czy przyzwyczajenie łatwo dające się wykorzenić (myśl zostaje zapisana, żeby się jej przyglądać uważnie). Po południu kolejny telefon do HSE, pomiędzy podjadaniem nastawiłam pranie, uprasowałam, co zalegało na płaszczyznach płaskich, więc i pierwszy Midsomer z sezonu dwudziestego był oglądany. Kto by pomyślał, że wytrzymam z nim tak długo, tym bardziej, że miałam ochotę zarzucić serial po odejściu pana Pokrzywy (okazało, że ten Pokrzywa nawet mnie trochę denerwował). Na dwór wyszłam tylko na chwilę, do ogródka (po trzeciej zrobiło się całkiem ładnie). O, tu, proszę, wysyp Golden Bells (z tulipanami Little Princess znowu w tle):

Wróciłam do statystyki i zagadywałam znajomych, stąd wiem, że u Goshy nadal słabo (w porównaniu z lutym, bo wtedy ostatnio rozmawiałyśmy). Pisze, że partner za to się jej udał (przewaga działania nad biernością objawia się w tym, że wszystko złe przyszłoby i tak, ale tego gościa całkiem w porę sama sobie wybrała). Wieczorem obejrzeliśmy z Kochanym trzeci odcinek Nocy i dni. Najchętniej zanurkowałabym już w pościel (ale jeszcze chwila, jeszcze jedno zdanie).

poniedziałek, 17 kwietnia 2023

1218. Zajętość.

Podsumowując: dzień-dobry-zajęty. O poranku zafascynował mnie ciemny garb na horyzoncie, na prawo od Howth. Utworzony z chmur wyglądał jak najprawdziwsze wzniesienie, ciekawa byłam co też nam przyniesie, ale garb poszedł sobie gdzie indziej, w ciągu dnia rozpłynął się na wschodnim niebie.  

Praca, powrót do domu autobusem (trafił się kierowca nie-Ir, łypał na wszystkich podejrzliwie i nieuprzejmie zwracał ludziom uwagę jakie legitymacje powinni posiadać), robienie obiadu i smażenie naleśników do Zbrodniarza i panny (1963) Nasfetera (trochę stylowy, a trochę kolejny peerelowski wypierd). Kochany wrócił tak jak w poprzednim tygodniu, kot się odnalazł, gdy już zjedliśmy. Aktualnie: Fred śpi, kot dojada pasztecik. Plany na późny wieczór: irlandzki, prysznic, dodanie paru myśli do pracy mgr, sen.

niedziela, 16 kwietnia 2023

1217. Niedziela w Malahide.

Ależ się mi dobrze spało. Dla odmiany małżonek wstał wcześniej, ja przyturlałam się do kuchni o dziewiątej. Na śniadanie resztki wczorajszych naleśników i krewetki w maśle czosnkowym. 

Wyjechaliśmy do Swords, Fred miał tam do odebrania baterię do kosiarki (wczoraj już przetestował, że jedna nie wystarcza na wykoszenie całego trawnika). Przy okazji powstał lepszy pomysł, wsparty dobrą pogodą. Zajrzeliśmy do ogrodów w Malahide. Zdawało się mi, że byliśmy tam całkiem niedawno, tymczasem pamiętniczek podpowiada, że ostatnio w roku 2018. Całkiem możliwe, że mój mózg myli posiadłość w Malahide z nieodległym Ardgillan (w którym byliśmy trzy razy w ostatnich 3 latach). Oczywiście zaszliśmy do motylarni (szybko wyszłam, dla mnie za gorąco), szwendaliśmy się po ogrodzie za murem ...





... potem po zachodnim parku (w którym przez jakiś czas towarzyszyła nam ciekawska kawka, która nie spieszyła się ani na gody, ani do jajek, ot, dziobała sobie w trawniku, albo spacerowała po ścieżce). 





Po spacerze pojechaliśmy do pawilonów Swords na obiad (pizze zostały wciągnięte co do okruszka), potem na chwilę do domu, żeby nakarmić kota i łapczywie napić się herbaty (to ja). Dzień pod Dublinem na początku ewidentnie podeszczowy, zrobił się słoneczny i bardzo ciepły, płaszcz, który zabrałam ze sobą, do niczego się mi nie przydał. Za to gdy zjeżdżaliśmy z górki do wsi, krajobraz spowiła mgła morska. Byliśmy umówieni na wieczór z Ka&Jot, w planach na krótko, trochę dlatego, że jutro oboje pracujemy, trochę z innych powodów związanych z częstym ostatnio nastrojem pani domu. Wizyta była przyjemna, uaktualniliśmy dane na temat przeżyć, wyjazdów i opinii, przyjaciel podzielił się swoim problemem rodzinnym, którego mu współczujemy. Po dziesiątej przed domem przywitał nas kot mokry od mgły. 

Czyli przebimbane, czyli nic nie zrobiłam. Trudno, suszę włosy, Kochany już w łóżku próbuje znaleźć wygodną pozycję do zapadnięcia w sen, bo jutro jest jutro. 

sobota, 15 kwietnia 2023

1216. Żona niewydarzona.

Nici z mojego wczorajszego rojenia, że rano pójdę pobiegać, jak ludzie sukcesu. Pierwszą pobudkę (bardzo kuriozalną) miałam około piątej rano (przy okazji wyrwałam i Freda z barłogu), ale wyturlałam się z łóżka punkt dziewiąta, gdy słonko stało wysoko. Kochanego mam tego męża, ignoruje dziwne wydarzenia.

Na spacer nad morze poszłam dopiero po śniadaniu, gdy Fred też już wstał. Piękna pogoda, wskoczyłam w sportowe rajtki i wcale nie było mi w nich zimno. Już skręcając na nasze osiedle poznałam spaniela o imieniu Ted. Przeczytałam wpis-kuriozum, fusion wyobrażenia, co robi feministka, z męskim łkaniem konfederacyjnym w tle. Pokazałam Fredowi, pośmialiśmy się, zrobiłam nam naleśniki na drugie śniadanie; w głośnikach Homo Twist, Cały ten seks (1994), potem praca w ogródku. Gdy mnie zauważył nasz sąsiad-brudasek, przysiadł się i zjadł dwie porcje psiej karmy oraz dał się pogłaskać i chwilę nam towarzyszył.

Pogoda sknociła się po południu. Kochany wsadził jedną hebe (rabarbarową), na drugą na razie nie mamy pomysłu (i tutaj robi się ścisk). Nie obyło się bez sąsiedzkich pogaduszek — Katlin opowiedziała nam o wyścigach konnych w których coś wygrała, ale nie wie co (wygrany kupon dość ryzykownie dała do spieniężenia Majkelowi, który i tym razem wyglądał jak z krzyża zdjęty), a Ryszard przy okazji wbiegł do niej na górę sprawdzić, czy się jej myszy nie zalęgły. Nie chciało się nam gotować, więc Fred podgrzał gulasz i placki ziemniaczane ze sklepu (= placek po węgiersku był na obiad, bardzo słusznie). Grzebię w statystyce, szukam materiałów na temat gerontologii i takie tam. Klapnięci jesteśmy oboje, mieliśmy oglądać film, ale odkładamy to na inny dzień. Za oknem siąpi deszcz.

piątek, 14 kwietnia 2023

1215. Piątek przyjemny.

W czasie przerwy na lunch koleżanki parafrazowały, co powiedział Biden. Rozmowy były o tym skąd pochodzi (Joe zawitał w środę do Carlingford) i o tym, co Amerykanie myślą sobie o Irlandczykach (oni chyba naprawdę sądzą, że tu karły tańczą na ulicach, to cytat z menadżerki). 

Piątek całkiem przyjemny, wystarczająco czasu na wszystko. Rano chłodno, ale nie zauważyłam szronu, który podobno był jeszcze godzinę wcześniej. Kot miał pozostawione otwarte okno, więc po południu przywitał mnie przy wejściu na nasze osiedle i pięknie wyczyścił michę. Wyprzedziłam Kochanego o pół godziny. Gdy małżonek wrócił, obiad już się robił, zjedliśmy go ze smakiem przy dźwiękach Demonologic Homo Twist (2005). Potem nadal mielę, konsumuję, przegryzam (przez to całe zimno, tak dedukuje mąż).

Twój chłopak znajduje coraz to droższe płyty, które się mu podobają, powiedział Fred wysyłając mi link do ... butów (usłyszałam "płyty", naprawdę usłyszałam). Untamed street. Słuchamy też Radioaktywnego Soyki (z wydania w dwupaku, 2003). Wieczorem wychodzimy przed dom, żeby pociągnąć nosem, co to za jeden, ten zapach. Pola rzepakowe.

czwartek, 13 kwietnia 2023

1214. Na dobre.

Ziew, wstawać się nie chce. Poranki są zimne, ale widać, że wiosna i to mnie bardzo buduje. Po przebudzeniu przypomniał mi się wczorajszy sen o starzejącej się Madonnie, pospołu ze snem dzisiejszym o tym, jak to w podróży pomiędzy miejscami zatrzymałam się gdzieś i miałam iść spać, ale nie poszłam i nagle zrobiło się przed trzecią rano, a pobudka była o szóstej. 

Faktycznie pobudka była o szóstej. Mąż jeszcze w domu, odrzucił moją hipotezę o tym, że lewa ręka nadal mu rośnie, pocałowaliśmy się i wyjechał. W pracy wyłaziłam po mieście 10 tys. kroków. Pogoda była wiosenna, ale zmęczyło mnie to kręcenie się naokoło, wieczorem już nic się mi nie chce (miałam oglądać kolejną ramotę z Mikulskim, ale dałam sobie spokój po kilku minutach; nie ta głowa). Poza tym rozmawiałam z mamą. Poza tym raz na jakiś czas okazuje się, że moja logika nie odbiega od logiki świata — drugi kurs TT ma deadline w maju tak jak sobie to we własnej głowie ustaliłam, a nie we wtorek, który jak wiadomo minął. No i dobrze, to może do niego podejdę, pomyślę o tym jutro. Czarna herbata się nam skończyła, trzeba kupić Barry's. Fred przywiózł z pracy dwie półki, bo były po €10. Mają być na kubki, których liczba się nam rozrasta w tempie niekontrolowanym.

środa, 12 kwietnia 2023

1213. Pożyteczność.

Dwanaście malutkich wrzosów wysadzonych zostało przed domem. Zrobiłam to zaraz po śniadaniu, popędzona refleksją, że za dużo czasu spędzam przy komputerze i trzeba rozruszać kości. Ryszard zadowolony, asystował mi ze sztandarem ogona podniesionym na "urzęduję i w domu wszyscy zdrowi". Dosypałam ptakom ziaren, zadzwoniłam do tatki, czatowałam chwilę z Katlin, bo akurat wróciła ze wsi. Gdy dziobałam w ziemi zadzwonił Fred, żeby się podzielić najnowszą wiadomością: kolega z hospicjum zmarł. Adam mu było. Dwudziestego dziewiątego marca jeszcze z Fredem rozmawiał. Mężowi został bilet do Niemiec na weekend majowy.

Bella Vista nadal kwitnie:

Do otwarcia zbierają się maciupeńsie Golden Bells (tutaj gdzieniegdzie widać rosnące z nimi, jeszcze zamknięte, tulipany Little Princess):


Pocieszne karły. Pogoda po południu się rozgrzebała, na szczęście nie wieje aż tak bardzo, jakby mogło wiać. Obejrzałam ostatni odcinek 19 sezonu Midsomer Murders, zrobiłam sobie drzemkę obok kota i zaczęłam mieszać w obiedzie. Fred wrócił akurat, gdy zerkałam na Spotkanie ze szpiegiem (1964), peerelowską ramotę z Zapasiewiczem (przypominał młodego Stalina) i Mikulskim. Zaczynam powoli statystykę do magisterki, na razie mocuję się z programem, Kochany tymczasem robi gulasz, przez otwarte okno zapach się unosi na całym mokrym od deszczu osiedlu.

wtorek, 11 kwietnia 2023

1212. Powielkanocność.

Zadziwiające, co może człowieka cieszyć. Mnie np. zmiana sposobu wypłat drugiej pensji. Nie muszę już z początkiem tygodnia kserować rozpiski godzin i czatować na Gronję, wszystko wklepuję do sieci, enter i akceptacja odbywa się wirtualnie.

Z rana było zimno, ale znośnie. Wsiadłam z dwójką sąsiadów do pustego autobusu. Kierowca też jeszcze nieprzytomny. Dałam mu dwudziestkę, na którą patrzył przez moment wzrokiem ojca Dougala, jakby się miał zaraz przeżegnać nie wiadomo z której ręki. Dałaś mi dwudziestkę? zapytał patrząc na banknot. Aha. Trochę czasu minęło zanim to sobie przecałkował i oddał mi 16.20.

Przez większość dnia drukowałam, drukowałam, drukowałam i tak zleciało do po trzeciej. Wtedy już lało na zewnątrz, więc przemknęłam w kierunku przystanku bardzo energicznie. Kota zastałam w domu, zaspanego i niezadowolonego ze stanu pogody, pocieszka jedzeniowa była słuszna i zbawienna. Kochany przyjechał później, oboje jesteśmy jakoś takoś zmiażdżeni nagłą powielkanocnością ... mnie drapie gardło, ogon się ciągnie. Małżonek jest już gotów do snu, wcześniej rozmawialiśmy o naszych znajomych siłaczkach, które więdną i gorzknieją w oczach (mało optymistyczny temat, oraz z lekka wkurwiający). Plusy poniedziałkowego wtorku? Jutro nie jadę do pracy, bo byłam dzisiaj. 
___
22:10 no i sztorm wyje. najs.

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

1211. Dziesiąty kwietnia.

Dalszy ciąg wielkanocnego gnieżdżenia się. W południe wybraliśmy się na zakupy spożywcze, bo od jutra jesteśmy oboje w rozjazdach. Kobieta w Tesco pochwaliła Fredowe buty i zapytała mnie, ile lat mi zajęło rozwijanie mężowskiego stylu ... zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ani dnia temu nie poświęciłam. Poza tym zajrzeliśmy do Costy. Pogoda w kratkę, przelotne deszcze dwa razy zamieniły się w grad, pomiędzy opadami poszliśmy na spacer nad rzekę Boyne. Tutaj deszczowe chmury nad miastem:


W ogrodzie Oldbridge kwitną już grusze i rododendrony. Najpierw byliśmy z Kochanym za murem, potem na spacerze ścieżką wzdłuż kanału, która częściowo była w błotku, tak jak się nam zdawało, że będzie. 




Gdy ufaflunieni rozmokłą ziemią doszliśmy do parkingu, ponownie spadł deszcz. Po powrocie do domu Kochany zrobił obiad (kalafior z beszamelem), a ja ściubiłam nonsensy i nanosiłam ostatnie poprawki do poprawek. Obejrzeliśmy z Fredem drugi odcinek Nocy i dni, i tak jakoś na gadaniu zeszedł nam wieczór, że Kochany zupełnie zapomniał o swoim planie robienia gulaszu (wołowina jest w lodówce). Wideoklip z lekcją do kursu TT właśnie wysyłam, super wolno się ładuje na stronę. Nie bardzo wierzę, że kurs zaliczę, wszystko jest raczej słabej jakości, głównie dlatego, że nic a nic mnie to w tej chwili nie interesuje. Już do irlandzkiego nabrałam ociupinkę więcej serca po zajęciach w zeszłym tygodniu (a może tak działa na mnie myśl, że mam tydzień przerwy?). Nadal czekam patrząc na kręcące się kółko. Jutro rano do pracy na dłużej, trzeba będzie mózg pozbierać z kawałków.

niedziela, 9 kwietnia 2023

1210. Spokój.

Obudziło mnie zimno — z powodu sierściucha okno było otwarte, a pogoda się nam dzisiaj całkiem skiepściła. Zrobiłam sobie herbatę, wymieszałam pomidory z mozzarellą i gzik z rzodkiewką, zagotowałam jajka, wyrzuciłam do śmieci niedorobione guacamole (kłamliwe awokado było niedojrzałe). Do tego na talerzu pokrojona papryka i kabanosy. Zadzwoniłam do rodziców, którzy byli już po śniadaniu i zdali mi raport ze zdrowia oraz pogody. Fred wstał przed dziesiątą, zrobiłam mu kawę, włączyłam Voo Voo z kobietami (2003), po dziesiątej zabraliśmy się za śniadanko, potem za drugą kawę i jogurt z granolą na deser. Fred zadzwonił do moich rodziców oraz do swojej mamy, która akurat pieszo wędrowała po Wawie od córki do syna. I tak się poturlała ta leniwa niedziela. Obejrzeliśmy odcinek Sherlocka, 3.01 (2014), taki sobie, trochę za szybki, albo to ja zwalniam. Fred przy punkowych dźwiękach wyprasował sterty ubrań, ja poszłam na długą drzemkę regeneracyjną. Po późnym obiedzie obejrzeliśmy też pierwszy odcinek Nocy i dni (klasyka, lubię, chociaż mnie przygnębia). Jeszcze Gosi ze Szkocji haul zakupowy i to by było na tyle. Mało się dzisiaj ruszałam, więc kilka przysiadów i po niedzieli.

Postscriptum #1209.







sobota, 8 kwietnia 2023

1209. Better.

Napięcie puściło, ból pleców dopiero w trakcie dnia, chociaż starałam się spać bezpoduszkowo. W Polsce mama naprodukowała galaretki z kurzyny, które tatko posłusznie wynosił na piętro, a u nas jajecznica z grzybami na śniadanie i powolny rozruch przy podwójnej dawce płyty Świnie (1985), kurde, jaka to dobra płyta jest! Wydrukowałam nam bilety na Aidę ze strony NCH, żeby sobie przy okazji uświadomić, że jedziemy na dziewiętnastą trzydzieści, nie na siedemnastą (w głowie namieszał mi zapis właściwej godziny jako 7 pm). Zrobimy zakupy jedzeniowe na weekend, będzie spacer po Dublinie i takie tam inne, tulanie się i chodzenie za rączkę.
___
edit 00:30 Był obiad w Il Forno, kawa w Czarnej, szybkie zakupy w Lidlu (gdyż gziczki na jutro się mi zachciało), w końcu dobrze po piątej wyrwaliśmy się w kierunku stolicy. Na miejscu było trochę czasu, żeby zajść budynek NCH od tyłu, do Iveagh Gardens, gdzie róże jeszcze śpią, za to działa wiktoriańska fontanna. Kochany zrobił mi zdjęcie w moim musztardowym bereciku, ja go uwieczniłam jak śpiewa piosenkę w towarzystwie pomnika McCormacka, i nie wiadomo kiedy zrobiła się siódma wieczorem. Irlandzka opera narodowa rozpuściła nas rozmachem, tymczasem to było coś całkiem innego — jak Fred zauważył, teatr wojenny. Gepardzie skóry z kocyka, Faraon w sandałkach z Penneysa, pożyczony balet — myślę, że podobnie mogły wyglądać przedstawienia wystawiane w XIX wieku i trochę tak się czułam, cofnięta w czasie, co wcale nie było nieprzyjemne. Na bis odśpiewano hymn Ukrainy. Aida w wykonaniu Eleny Dee była naprawdę dobra, towarzyszyli jej kształcona w Doniecku Natalia Matveeva (Amneris) i Vitalii Liskovetskyi (Radames) z opery kijowskiej. Wyrabiamy się ;)  

piątek, 7 kwietnia 2023

1208. Gupia.

Leżenie nie pomaga, a w zasadzie wygląda jakby szkodziło. Ból pleców znowu mnie budził. Tymczasem pogoda ładna, więc z rana nastawiłam pranie, zjadłam resztki z wczorajszej kofty, przeszłam się z Celtem nad morze. Reszta dnia została zepsuta pracą nad zadaniami do TT, które tak zaczęłam przeredagowywać, że trzeba je było pisać od nowa. Jeszcze nie skończyłam, i tylko jednym uchem usłyszałam życzenia świateczne od cioci Ce i Kaś Matki Kotów. Fred wróciwszy z pracy zajął się wszystkimi normalnymi sprawami, łącznie z obiadem i rozmowami z rodziną.

czwartek, 6 kwietnia 2023

1207. Obchody.

Coś mi znowu weszło w plecy, ale rozchodziłam to do południa. Sprawy związane z jednym kursem TT dograne, teraz tylko doprodukować teorię i wysłać zadania. Jubilat przyjechał po mnie o czwartej, podarował mi świeżo kupioną książkę, We Don't Know Ourselves Fintana O'Toole'a; zjedliśmy obiad w Cedar Gate i poszliśmy na kawę/herbatę do Czarnej.

Gdy wyjeżdżaliśmy do Woodiesa (kupić dwie hebe Veronica: rhubarb & custard oraz strawberries with cream), przez messengera zadzwonił Celt z życzeniami urodzinowymi. Przeszliśmy się z nim po sklepie ogrodniczym, wracając do domu pokazaliśmy mu naszą prowincję oraz zapoznałam Celta z Anne i Majkelem, bo sąsiedzi wyszli na ulicę śpiewając Kochanemu Happy birthday (+ chcieli zapytać z czym się je polski twaróg). Ryszarda nie było w domu od rana, więc korzystając z okazji, że jesteśmy ubrani wyjściowo pociągnęliśmy jeszcze Celta na krótką rundkę dookoła komina w celu nęcenia kota. Tak, że ten ... przyjaciel został wirtualnie wyspacerowany do imentu i przy okazji miał okazję doświadczyć, dlaczego lubimy tu mieszkać.

W domu czekał na mnie zajebisty kubek z rudym kotem (z serii Typerary Crystal; Kochany argumentuje, że naprawdę nie mamy miejsca, ale ten jeszcze da radę). Mąż odebrał życzenia od Stu (bratankowie, w tym pan lat cztery i pół, zaintonowali sto lat), potem od Wu. Mama Freda, Usz i mój tata dzwonili w ciągu dnia, moja mama wypowiedziała się na fejsbuku. Gdy wszystko już było przyklepane, a życzonych lat zebrało się z tysiąc, zasiedliśmy do ostatniego odcinka Drogi (i tu pozytywna niespodzianka, bo przynajmniej dziecięcy aktor grał bardzo naturalnie). 

Dużo dzisiaj mówiłam i jestem zmęczona własnym nadawaniem. Pogoda była zdradliwie ciepła (przez co teraz kicham), jutro zaczynamy długi weekend (Fred jeszcze musi skoczyć o brzasku do pracy, u mnie wolne), więc liczę na utrzymanie się dobrej aury i związane z tym ekscesy pralniczo-ogrodowe. Koniec gadania, mózg chce odpocząć.

Postscriptum #1206.

Wieczór był interesujący, zaiste. Kochany zaparkował na Handy Park (ten sam parking, co ostatnio, gdy byliśmy tu razem) i z buta wędrowaliśmy do Ulster Hall. Na biletach mieliśmy godzinę 19:00, ale koncert zaczął się godzinę później i chyba takie od początku było założenie. Fred spieszył się na siódmą i przez to nie wypił kawy gdzieś w drodze (zgrzyt zupełnie niepotrzebny). 

Budynek stary jak drut, widać, że wiktoriańska robota, poza tym od samego wejścia podjarałam się informacją, że grał tam Rory (zawieszono na tę okazję tablicę pamiątkową, choć powiedzmy sobie jasno, Rory grał wszędzie; niemniej rozczulające było dla mnie, że gdy wychodziliśmy, nie tylko Fred robił zdjęcia tej tablicy. Gallagher jest tu kimś i tak powinno być). 


Jeśli chodzi o sam koncert ... byłam zaskoczona, jak dobrze brzmi Van Morrison (bo to o nim mowa). Przyjechał ze spora grupą muzyków, którzy okrasili występ solówkami. Ogólnie brzmienie trochę z pierwszej połowy lat 60tych, do tego Morrison dorzucił kontrowersję o kowidzie, która pewnie przysporzyła mu wrogów/wielbicieli, a mnie nic a nic nie obeszła, ponieważ jestem ponad to. 

Dobry wieczór, powrót na piechotę przez powoli wyludniające się miasto wzbogacił mnie o nowe obserwacje (np. duże mewy morskie po zmroku nie idą spać, tylko śmigają nad arteriami ulic błyskając brzuchami podświetlonymi sztucznym słońcem).

środa, 5 kwietnia 2023

1206. W środku dnia.

Stanley pierwszy raz przydał się mi z rana, brawo Stanley (nie zjadłam w domu śniadania, bo gdyż nie)! W pracy byłam skrzyżowaniem zdezorientowanego Vincenta Vegi z Phoebe Buffay biegającą po Central Park. Na szczęście Kochany ma dzisiaj wolne, więc o drugiej po południu ziemia zatelefonowała do Świechny. Po drodze do domu wpadliśmy zapłacić tax za samochód (dzięki czemu byliśmy świadkiem głośnego monologu jednego pana, który przyszedł oświadczyć I have nothing to you girls, but I wanted to tell you, that I'm not happy) i kupić chleb w Lidlu (jak w tym tygodniu nie wygram 50 mil juro w lotka, to nie mam na razie innego cunning planu na kupienie domu, sorry). Fred pichci obiad, a ja siedzę i czekam, ubrana od nowa, w wełnianą spódniczkę i zieloną bluzkę. Po obiedzie jedziemy do Belfastu, na koncert starszego pana. 

wtorek, 4 kwietnia 2023

1205. Bzum bzum bzum.

Już zmyłam z siebie wtorek, suszę włosy i myrdam stopami opartymi wysoko na krześle, ale ach, doprawdy! Są takie dni, gdy ma się ochotę uciec, albo takie, gdy czuję, jak rośnie mi garb (bez metafor). Dzisiaj jedno z drugim. Najpierw słuchanie z iryjskiego (punktów będzie prawdopodobnie 9/10, ale ile histerii mnie to kosztowało), następnie kilka godzin zajęć. Telefon do HSE w sprawie medical card (ludzie, ile można o tym samym?). Czasu ni ma, na obiad kartoffeln ze śmietaną i zaraz papierologia grantowa (tabelki, widzę tabelki). A potem jeszcze na głowę się mi dr Pierzasta zwaliła (wyszło na dobre,  puenta jednak taka, że we wstępie teoretycznym mam być błyskotliwa ... ale, poważnie, w tym wieku?!). I co z tego, że to wszystko w domu? Raczej gorzej, bo nie mogłam marszem stresu rozchodzić. A na zewnątrz wiosenny wiatr urywający głowy i kosiarki chodzące non stop, koszące zimową trawę. Zupa grzybowa ze słoika & wyżeranie nutelli łyżkami. Fred utknął w swojej pracy, która też ciągnie się jak nieszczęście. No good, powiadam Wam ... tzn. już lepiej, ale sam się człowiek siebie zapytowywuje, po co mu to. Wystawiłam nos za drzwi tylko tyle, żeby wnieść do domu umyty kosz na śmieci. A teraz zamierzam kupić coś Cycerona. To taki pisarz, całkiem niezły.

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

1204. Mikroradości.

Napięcie nie chce zleźć z człowieka, lekcja pokazowa odłożona do czwartku, inne ogony też wiszą, a jutro test ze słuchania gaelige. Kochany zwinął mnie z pracy i razem doturlaliśmy się do domu, równie zmęczeni tym poniedziałkiem. Fred dostał z UK list od pracodawcy z gratulacjami, że to już 10 lat, prawda, z nimi się buja (do listu dołączono kartę podarunkową, co ma więcej sensu). Dzień był słoneczny, ale cały czas wybrzeżem pogina niezbyt przyjazny wiatr. Podczas naszej nieobecności Ryszard był zamknięty w domu, a i tak teraz drzemie obok Kochanego (mąż postanowił odespać ekstremalnie wczesną pobudkę). Mam nadzieję, że u kota to tylko pogoda zawiewająca do dupki, a nie jakieś nadciągające kłopoty zdrowotne. W bardzo dobrym momencie wypada Wielkanoc w tym roku - akurat, gdy jadę na oparach (w piątek Centrum się zamyka się, już mnie to cieszy ateistycznie). 

niedziela, 2 kwietnia 2023

1203. Jaśniej.

91 urodziny babci Mani. 

Pobudka, śniadanko, panika przygotowawcza krótkiego wystąpienia na jutro. Fred zaproponował, że jeśli dalej chcę szukać dla niego prezentu, możemy się udać do Blanchardstown. Pewnie pozazdrościłam rodzicom, którzy właśnie wyjeżdżali do Wro, więc ... pojechalim. Kupiłam Miłemu w TK Maxxie dwie kraciaste koszule (Diesel i lniany Simon Carter) oraz ciemno-błękitną bandanę (również Diesel). Poszliśmy do Milano na pizze, kawy i ciastko z gałką lodów waniliowych. 

Było już dobrze po południu i w drodze powrotnej zmorzył mnie sen. Gdy się obudziłam okazało się, że zostałam przez męża porwana na spacer. Tak więc wzgórze:



Gawrony wrzeszczały na swoim gawronim osiedlu, wiatr wiał, widoki wyglądały. Zmienia się na wzgórzu, stary cmentarz ma nowy mur od strony Tary, więc nie można przez niego trawersować, poza tym są plany promocji i nadzoru miejsca (z miesiąc temu kamień koronacyjny znowu został pomalowany graffiti, dopiero go wyczyszczono). Spacer mnie trochę ożywił i wróciłam do domu nawet przytomna. Nic mi się nie chce. Jutro nowy tydzień, zupełnie zawalony wydarzeniami (Fred też wyrusza do pracy o nieboskiej godzinie).

(Kochany dokupił kolejne cztery japońskie talerze, tym razem z czarnymi smokami, wyglądają super)

sobota, 1 kwietnia 2023

1202. Przechlapane.

Wyspałam się, pierwszy raz w tym tygodniu. Dopiero kocia łapa obudziła mnie przed dziewiątą, kiedy już czułam, że mogę wstać bez zmuszania się. Cały dzień mżyło lub lało. Rano umyłam włosy i wzięłam się za pisanie różnych tekstów od czasu do czasu przerywając sobie gadaniem z Fredem (o wszystkim, bo wiadomo, tematyki fluktuują).

Ka nie wypoczął w tym tygodniu i mi tego tłumaczyć nie musi; zamiast wieczornej wizyty u przyjaciół (ponownie odłożonej) zaraz po obiedzie pojechaliśmy do Drołdy, najpierw do centrum miasta, żeby pod parasolem przejść do Czarnej, wypić kawy, tulać się, poślumpać w sklepach w Lorensie, potem przejechać do TK Maxxa (szukałam prezentu dla Freda, in vain) i Tesco (jutro na śniadanie będzie guacamole z kolendrą). Kochany kupił Banshees na dvd, bo im rura zmiękła i zeszli z ceny. Po powrocie, piąty odcinek Drogi, ten z wątkiem Pawlaka & Kargula. Sama nie wiem, niektóre rzeczy nagle przestały mnie śmieszyć, widzę tylko dziaderstwo do kwadratu. A w głośnikach Gaby Kulki Hat, Rabbit (2009); faktycznie, tak jak mnie wcześniej Fred uprzedzał, bardzo słychać inspirację Kasią Krzaczek. 

Poza tym ... podczas gdy niektóre daffy już przekwitają, Bella Visty się otwarły w tę szarą pogodę:


Telefon, który wie tylko tyle, ile się w niego włoży, przypomniał mi, że jutro urodziny babci Mani.