Strony

niedziela, 28 lutego 2021

439. A blanket of radical self-adoration.

Zwlokłam się z łóżka wcześniej niż kazał rozsądek, bo miałam zarezerwowane na dziewiątą półtorej godziny jogi z Alison via zoom. Przy piciu pierwszej herbaty zielonej kot przyniósł mi wróbla, jeszcze ciepłego (zaczęło się wczoraj od rudzika, ale dzisiaj to było już wręczenie prezentu w kuchni) — nie dałam Ryszardowi jeść, żeby nie wyrabiać w nim nawyku handlu wymiennego, więc kiedy rozłożyłam matę, kot przyszedł zgłosić się jeszcze raz po śniadanie i ugryzł mnie dwa razy w rękę. Trwałam w pozie, twarda, niewzruszona, jedzonko trzeba było wydębić od taty. Pączek wrócił do mnie po śniadaniu i zajął koc, który używam jako prop. Odbyliśmy tę sesję razem :)

May I be safe, may I be happy, may I be healthy, may I live a life of ease. Poranek z błogosławieństwem. Do wsi przyszła mgła, która zasłoniła słońce.

Po drugim śniadaniu i kawie rozpogodziło się, poszliśmy z Fredem nad morze (oczywiście wcześniej kocia pętelka). Mnóstwo ludzi, młodziaki w kostiumach kąpielowych wbiegały do wody, nad plażą słońce i zapach fish and chips, a mgła jak szary koc unosiła się nad wodą daleko na horyzoncie.

Wróciliśmy do domu bardzo leniwi, na wyluzowanych kolanach. Zamiast się napić herbaty, od razu przesadziłam kupione w piątek kwiatki z osłonek do doniczek. Skończyłam na czas, gdy zimna mgła właśnie powracała nad wieś (jakbym wyczuła jej intencje). Kochany zrobił dla nas obiad, potem pojechał do miasta po chleb. Mówi, że nie może się na niczym skupić i jest na siebie zły. Rozlazła żona zapewne w niczym mu nie pomaga. Nie mam planu na nowy tydzień, czuję się przez to zupełnie niezorganizowana, bez poczucia kontroli i, prawdę mówiąc, chcę się schować pod kołdrą.

sobota, 27 lutego 2021

438. Wędrowanie myśli.

Tak jak sobie umyśliłam, z rana rozsadziłam pileę, i jeszcze przed południem ruszyliśmy do Aś, żeby Fred mógł jej pozawieszać rolety w oknach.

Zostaliśmy poczęstowani zupą ogórkową i ketogenicznym kotletem mielonym, a przed deserem poszliśmy na rundkę po mieście. 



Doszliśmy do zamku Jana zupełnie nową drogą, myśli wędrowały mi bardzo przyjemnie i nadal wędrują. Wróciliśmy do domu w towarzystwie Lubomskiego i księżyca w pełni. Teraz tylko zgłosić na facebooku faszystowską stronę do usunięcia, prysznic i słodkich snów.

piątek, 26 lutego 2021

437. Tylko na plażę.






Po śniadaniu wyszliśmy "tylko na plażę" i, masz ci los, było tak ładnie, że odbyliśmy spacer po Głowie, na której jest prawdziwe królicze królestwo (nawet widziałam jednego takiego z pączkiem w miejscu ogona). W porcie kupiliśmy sobie po chowderze na "teraz" oraz płat hake'a (morszczuka) na później. Zupa rybna została zjedzona na ławeczkach z widokiem na góry Mourne. Oboje usiłowaliśmy (bez sukcesu) zrobić zdjęcie pewnej dużej rybie (lub małemu delfinowi), stworzeniu którego płetwa grzbietowa ukazywała się od czasu do czasu nad wodą w polu naszych zupowych krajobrazów. W drodze powrotnej spotkała nas Anne zmierzająca w kierunku morza. Dzięki niej wiem już, że kanciapa z rybami na plaży wiejskiej otwiera się po południu (później przesłała mi zdjęcie na dowód), tylko ja taki wczesny ptaszek.

Wróciliśmy do domu dopiero przed czwartą, i po herbacie wybraliśmy się na zakupy (już gdy siedziałałam w samochodzie zagadnęła mnie Anna, żeby powiedzieć, że jej nie widujemy, bo ... spadła z łóżka). W Woodisie kupiłam dwa zestawy cebulek narcyzów (odmiana Bridal Crown oraz żonkile Pipit semi-dwarf) i cztery prymulki w różnych kolorach, które będą wysadzone do doniczek, kiedyś, raczej nie jutro. Kot czekał na nas schowany pod samochodem Katlin, zjadł kolację i usiadł z nami w kuchni, widać dobrze mu się śpi, gdy słyszy nasze głosy (rozumiem to, też lubię drzemać słysząc w domu czyjąś obecność). Jestem przyjemnie zmęczona. Mąż mnie wyspacerował, obfotografował, bardzo go kocham.

czwartek, 25 lutego 2021

436. Wszystko, co dobre.

Przed południem staff meeting na zoomie okazał się spotkaniem z magikiem (naprawdę, z magikiem). Pogoda zapraszała do spaceru, więc gdy tylko skończyłam, wskoczyłam w buty (nadal płytkie, bo nie chcę podrażniać kostki) i wybyłam na dwór. Chwilę porozmawiałam z Katlin, ale to mnie nie uwolniło od towarzystwa Rysia, który nalegał na wspólny obchód.

Dopiero po obchodzie marsz nad morze (oraz rozmowa z tatą i babcią w trakcie), łazanki na obiad, buzi dla Freda. Reszta popołudnia to siedzenie we fredowym fotelu podgrzewanym słońcem i czytanie Paragrafu 22, picie przy tym herbaty z miodem i cytryną, rozmowa z kotem na temat podwieczorku. Wełniane pranie wywieszone w ogródku przeszło przyjemnym chłodem wiosennego wieczoru. Cały czas za oknem słychać było ptaki cieszące się z ustania wiatru. Mycie włosów, ustalenie z Aś przez messengera kiedy do niej wpadamy, i długa rozmowa z Anne o kotach, życiu z kotami, życiu w pandemii, czekaniu na dziewczyński wieczór z sąsiadkami, o niedzielnej jodze (zapisałam się dzięki jej przypomnieniu). Włosy schną wolno. Fred chyba nie przyjedzie dziś przed północą, jak ostatnio. Wracam do książki.

środa, 24 lutego 2021

435. Będzie dobrze.

Znalazł się Fredowy szalik, przez cały wtorek leżał w ogródku przed domem, tuż przy chodniku. 

Powstaje mój plan na przyszły tydzień, wiem już, że praca w najbliższym czasie będzie online, ale mimo wszystko jest to jakaś aktywność zawodowa, więc się cieszę. Podzieliłam się tym z Luś i z rodzicami, którzy jeszcze raz opowiedzieli mi dokładnie jak Niunia przez pierwsze dwie godziny w domu ocierała się o wszystkie nogi stołowe i sprawdzała każdy zakamarek.

Samoczynnie wyszedł koncept, że w tym tygodniu pojedziemy do Aś i Fred porobi jej dziury w ścianie. Gospodyni jest bardzo na tak, bo jeszcze nie podeszła do pozostawionej u niej ostatnio Fredowej wiertarki, ale trzeba dogadać szczegóły. Na razie małżonek w pracy, ja pod kołdrą delektuję się odcinkiem 12.2, Wigilia Wszystkich Świętych (2010)

wtorek, 23 lutego 2021

434. Małe wydarzenia.

Pierwsza części kursu Child Protection via zoom zrobiona, jedna z uczestniczek, Ciara, jest z mojej wsi. Po kursie przygotowałam na obiad łososia wg nowego przepisu, który wydał mi się smaczny (i taki był), w tle płyta Skubikowskiego. Fred już w mundurze, usposabiący się do wyjazdu, przy zakładaniu butów przeżył déjà vu (tym razem to na prawej stopie skarpeta ma dziurę na pięcie). Małżonek podejrzewał, być może słusznie, że skarpeta z dziurą to para do skarpety z dziurą z poniedziałku. Oprócz tego już wychodząc z domu odkrył, że wczoraj zgubił gdzieś szalik Dentsa (szukając szalika znalazłam pod tapczanem mój kubek ze zwierzętami, jak się tam znalazł pozostaje tajemnicą).

Po wyjeździe Freda do pracy (cały dzień pogoda jest fatalna, deszczowa i wietrzna) zajęłam się czytaniem książki z przerwą na Poirota — ponownie ominęłam kilka odcinków wybierając Tragedię w trzech aktach (2010), świetną rzecz z dwunastego sezonu, której nie pamiętałam. 

Późnym wieczorem połączyłam się z mamą, w domu Niunia zdążyła już nasikać morze do kuwety i obwąchiwała wszystkie kąty bardzo szczęśliwa. Dopiero gdzieś w tym czasie zauważyłam, że chwilowy brak prądu w południe wyłączył mi bojler. Nie umiałam go zresetować, więc po szybkim prysznicu wskoczyłam do łóżka serwując sobie w nim kolację, książkę i programy na yt. Pod kołdrą czytam o rządowych decyzjach dotyczących przedłużenia lockdownu :I Nie jest mi to na rękę, mocniej opatulam się kołdrą.
___
Przepis na rybę w sosie śmietanowo-serowym:
Łososia w kawałkach (4), posolonego, krótko podsmażam na maśle z obydwu stron, następnie odkładam na talerz. Na połososiowe masło wrzucam pomidorki koktajlowe (10) i pół posiekanej cebuli. Gdy cebula się zeszkli dodaję trzy posiekane zabki czosnku, sól i pieprz do smaku. Chwilę podsmażam, następnie dolewam słodkiej śmietanki (250 ml) i dodaję starty ser pecorino (50 g). Gdy śmietanka połączy się z serem, dorzucam dwie garści świeżego szpinaku. Wszystko mieszam i do bulgoczącego sosu ponownie wkładam usmażoną rybę. Na wolnym ogniu ryba w sosie dochodzi jeszcze z 10 minut, z 2-3 krążkami cytryny położonymi na wierzchu.

poniedziałek, 22 lutego 2021

433. Nowe i stare.

Pogoda od samego rana wiosenna, spacer musiał być, pojedynczy, bo Fred wybierał się do Tullamore i od przedpołudnia w swoim czarnym outficie przygotowywał się mentalnie do podróży. Mijają dzisiaj trzy lata od mojego przylotu na stałe do Irlandii i właśnie wchodzę w nowy etap. Po wymianie esemesów link do jutrzejszego kursu pojawił się na poczcie.

U Niuni kilka dni temu usunięto jeden z węzłów wartowniczych. Nie za dobra wiadomość, jeszcze nie ma wyników histopatologii. Koteczka jutro wraca do domu po ponad tygodniu przebywania w klinice.

Obejrzałam Trzecią lokatorkę, odcinek 11.3 Poirota (2008), znałam dobrze, ale i tak mi się podobało. A wieczór spędziłam na prawie dwugodzinnej rozmowie z Luś. Łatwiej wymienić o czym nie rozmawiałyśmy. Mam postanowienie wzięcia się w końcu za Paragraf 22 Hellera, tomiszcze leży od dłuższego czasu w sypialni i na mnie łypie, będzie to lektura na schyłek poniedziałku i powitanie wietrznego wtorku.

niedziela, 21 lutego 2021

431-432. Weekendowe leraksy.

Jestem bardzo grzeczny, tylko zrelaksuj się i zrób mi miejsce na głowę, rzekł małżonek do małżonki.

Sobota była dniem lenistwa i (niezbyt intensywnych) przygotowań do wyjazu. Gdy Fred wybrał się kupić chleb, który wzięliśmy potem do Aś, kontynuowałam rozpoczęte przez małżonka prasowanie oglądając Kota wśród gołębi (2008), 11.2 Poirota. Ogólnie było medytacyjnie, około ósmej pożegnaliśmy się z kotem (własnym, Ryszardem) i wyruszyliśmy w ciemności na północ nie niepokojeni przez nikogo. Aś przywitała nas darami: kubkiem z krową dla mnie (bo wiadomo), paczką ptasiego mleczka dla Freda i butelką oleju z pestek dyni do rozpicia na dwoje, oraz kolacją bogów. 



Podziwiam jej zapał do gotowania i ogólnie sprawność z jaką zarządza swoim samodzielnym życiem. Na pogaduszkach spędziliśmy czas do pierwszej w nocy, prysznic i lulu pod górą. Niedziela zaczęła się pięknie. Miau, miau, miau?


Ambitnie zwlekliśmy się o ósmej rano, żeby ponownie oddać się degustacji i rozmowom.


Zostalibyśmy dłużej, ale mając na względzie uwięzionego w domu kota, pożegnaliśmy się po śniadaniu i na chwilkę tylko podjechaliśmy do naszego miejsca. Pogoda w mieście była wspaniała, dopiero przy molu poczułam zacinający wiaterek.



Do domu jechaliśmy góra dół góra dół, ulubioną trasą widokową męża:

Reszta dnia to było zbieranie się po nocnym niedospaniu — kawa przytrzymała mnie jako tako w pionie, Fred udał się na długą drzemkę. I tak już do końca dnia zbieram się z rozsypki i nostalgii, więc mam siłę tylko na coś prostego. Nowiny ze świata (2020) są w sam raz, Hanks gra Hanksa, proch nie został wymyślony.

piątek, 19 lutego 2021

430. Deszczowe spa.

Deszczowy dzień spędziłam w całości w domu, po kawie pozwoliłam sobie na małe spa, wzięłam długi prysznic, potem Fred kremował mnie bardzo oddanie (kremowanie zajęło mu mniej czasu niż niezwykle skomplikowane i moralnie dwuznaczne przygotowanie do kremowania). Potem, jeszcze z mokrymi włosami, zrobiłam spis angielskich nazw występujących tutaj powszechnie ptaków (zainspirował mnie mazurek, który spojrzał mi prosto w oczy swoimi czarnymi koralikami, gdy po prysznicu wyglądałam przez okno na ogród). The tree sparrow.

Obiad mieliśmy w dwóch odsłonach. Sos do makaronu, który wczoraj rozmroziłam, nalegał na pilną konsumpcję, podobnie było z otwartym opakowaniem wołowiny. Dla mnie spaghetti z sosem, dla Freda stek z kartoflami. 

Po bardzo długich mecyjach wybrałam Fisher Kinga (1991) na piątkowy seans (Fred był na tym w kinie ze swoją pierwszą serious dziewczyną). Dlaczego ja się w zasadzie wtedy nie kochałam w Jeffie Bridgesie? Zrobiliśmy krótką przerwę na telefoniczną rozmowę z Aś, najprawdopodobniej odwiedzimy ją w weekend. Zauważyłam, że filmy z czasów nastolęctwa starzeją się subiektywnie inaczej, gdy nie były wcześniej przeze mnie oglądane. To w kim ja się wtedy kochałam?

czwartek, 18 lutego 2021

429. Uspokojenie.

Przedpołudniem towarzyszy mi Muzyka na wodzie Händla w wykonaniu Akademie Für Alte Musik Berlin. Dla Freda to jeszcze jeden dzień wyjazdowy, małżonek robi sobie wcześniejszy obiad, gdy ja popijam kaffkę w sypialni.

Minęła połowa zabiegów u Niuni, do dzisiaj koteczka przeszła osiem naświetleń, zostało jeszcze sześć. Podobno czuje się dobrze, rodzice nie mogą się doczekać kiedy wróci do domu. 

Obejrzam Porę przypływu (2006), odcinek 10.4 Poirota. Jako bad guy występuje tu Elliot Cowan, którego przed chwilą widziałam w roli Darcy'ego, interesująca, wyrazista fizis. Rozprawiłam się też do końca z Satin Island McCarthy'ego. Jeśli chodzi o fabułę, nie tego się spodziewałam, choć postać Madison zaoferowała mi przyjemne nawiązanie do poprzedniej lektury (Sacksa). Rysio akurat wrócił z wieczornego spaceru i przytulił się do moich nóg na łóżku, można więc powiedzieć, że doczytaliśmy książkę razem.

Zapowiadany na windfinderze wiatr jeszcze nie nadszedł, pogoda i wieści z domu bardzo mnie dzisiaj uspokoiły. Chcę myśleć, że z ludźmi i kotami będzie dobrze. Czyli mogę spokojnie szukać dywanu do salonu, którego nie mam, a wiatr niech sobie wieje.

środa, 17 lutego 2021

428. Nada en especial.

Położyłam się spać przed drugą rano, kilka chwil później Fred wrócił z pracy. 

Dzisiaj Kochany pracuje niedaleko. Dzień pozbawiony wydarzeń, najciekawsze było chyba obserwowanie, jak gawron wcinał kawał podrzuconego mu naleśnika, nienaganna technika. Słonecznie, ale zbyt wietrznie, żeby samotny spacer był przyjemnością, spokojnie jest dopiero pod wieczór, zaczynają się już na dachach wiosenne kląskania i pienia, a ja do późna próbuję odczytać cyrylicę, potem serfuję bez celu, przyglądam się twarzom. W głowie i na głos nucę historię Señora Don Gato, miau, miau, miau.

wtorek, 16 lutego 2021

427. Dzień naleśnikowy.

Przy błahej okazji zaczerpnęłam haust świeżego powietrza  i zamiar sam się powzioł — po obiedzie, gdy Fred wyposażony w napoje udawał się w kierunku Bray, wyszłam nad morze po prawie trzytygodniowej przerwie w samotnych przechadzkach. Temperatura zapowiadała się na 12°C, więc założyłam tylko jedną kurtkę i słusznie, wróciłam upocona jak mysz. Po drodze złapał mnie wiosenny deszcz, była więc i tęcza, szczyt przypływu, wybrzeże zmienione, na wydmach widać ślady po ostatnich sztormowych dniach.

Jeszcze przed spacerem zadzwonił do mnie tatko, jak zwykle pełen optymizmu. Razem z Fredem przez kamerkę pomachaliśmy babci Mani, która czeka i czeka, aż się u niej zjawimy.

Jest dalszy ciąg przygotowań do nowej pracy, Katrina poinformowała mnie esemesem o datach kursu z child protection. Jestem pewna, że miałam go przed pracą w Newry, ale to bez znaczenia. Druk z kontem bankowym wypełniony i wysłany.

Dokończyłam W świecie Jane Austen, a skoro i tak już szorowalam po dnie, obejrzałam także najnowszy odcinek 1000-lb Sisters. Dziś pancake day, wykorzystałam przeterminowane mleko w ostatnim momencie (tak naprawdę to moment minął, mleka nie wąchałam, ale naleśniki wyszły dobre), a potem, pałaszując pancakesy, poddałam się pasji — znalazłam spisy ludności z 1790 roku, będę zapewne do późna ślęczała szukając nazwisk i numerów domów.

Poniżej, mój spacer:


poniedziałek, 15 lutego 2021

426. Chcę wtorku za tydzień.

Po północy Rysio przyszedł spać do naszego łóżka i przez kołdrę poczułam jak drżał. Wstałam i znalazłam w kuchni wymiociny — sprzątam, kładę się spać i martwię się na jawie i we śnie resztę nocy. Śniło mi się, że razem z Fredem walczyliśmy z jakimś śnieżnym tygrysem. Trochę pocieszał mnie fakt, że mamy kontener (przynajmniej tego nie trzeba organizować na cito). Fred obudził się pierwszy, bo na południe miał pracę w centrum Dublina. Kotu było już lepiej i ze smakiem zajadał śniadanie. Matka, nie martw się.

W ciągu dnia zrobiłam prasowanie oglądając Karty na stół (2006), kolejny odcinek z dziesiątego sezonu Poirota. Godzinę rozmawiałam przez messenger z mamą (także o kotach, tu i tam), z czego sporo czasu zabrało nam używanie nakładek na twarz i zaśmiewanie się z tego, jak wyglądamy. 

Wieczorem wrócił wiatr i natrętne myśli o planowanym locie do Polski połączone z prawie-pewnością, że z uwagi na obostrzenia w Irlandii nasz wyjazd nie dojdzie do skutku. W odruchu rozpaczy zainteresowało mnie W świecie Jane Austen (2008), telewizyjna kiszkagłówniekostiumowa dla starszej młodzieży. Byłam w połowie drugiego odcinka, gdy z pracy wrócił Fred i mnie uratował. 

Są różne smutne myśli obecne, jak widać. Przynajmniej jeśli chodzi o Niunię, niech już będzie wtorek za tydzień.

niedziela, 14 lutego 2021

425. Kupa na szczęście.

Za oknem wiatr straszliwy, z godziny na godzinę coraz bardziej lało, Rysio zaczął niedzielę od wdepnięcia we własną kupę i rozmazania jej po podłodze, a ja z kolei znowu budziłam się kilkanaście razy w oczekiwaniu poranka. Przy śniadanku słuchamy czeskiego barda. Pogoda taka, że dwie godziny zbierałam się z wyniesieniem śmieci do kontenera, w końcu zebrał się małżonek. Szpaki traktują zmianę menu podejrzliwie. 

Z życzeniami walentynkowymi zadzwoniłam do mamy (śnieg za oknem, drozdy zjadają kilogramy jabłek) i Aś (spoko, spaceruje, zaprasza do siebie), Fred skontaktował się z Usz (zawodowe sprawy u niej nieciekawie).

Po południu zaś ... wszystko cichnie, deszcz przestaje padać, temperatura w domu się podnosi.

Oglądamy Afonię i pszczoły (2009) Kolskiego. Piękny Dolny Śląsk, ciekawa fabuła, niezła muzyka, tylko Kolska też w tym jest. Niech będzie. Tak więc mamy panią, która jest zachwycona tym, że jak robi film, to coś się na nim rusza, czyli bardziej chodzi o dysfunkcję umysłową, a nie o bycie artystką — przy takim założeniu Kolska genialnie gra autystkę, jak zwykle zresztą. Tylko wtedy trudno wytłumaczyć kwestię romansu. Długo rozmawiamy o mimice pani Grażynki. Najbardziej jednak zachwyca mnie ta cisza za oknem.

sobota, 13 lutego 2021

Postscriptum #424.

Wiatr. Wczoraj pisałam nic to nic to, dzisiaj budzę się, a tu okno w kuchni do połowy zasypane mokrym śniegiem. Mimo to po śniadaniu zebraliśmy się na zakupy, bo Fredowi po głowie cały czas nic tylko robaki chodziły. Jedziemy do Woodiesa, a tam robaków dla szpaków nie ma ... zresztą w sklepie zoologicznym przy M1 również. Kupiłam za to kontener dla Rysia i ptasi karmnik, oraz dwie inne karmy dla dzikich ptaków, w tym ziarna nigru.

Przed wyjazdem rozmawiałam z mamą, czuła się już dobrze. Martwi się o to, czy dobrą decyzję podejmuje lecząc Niunię, i w ogóle, jak to wszystko będzie.

Odnoszę wrażenie, że wieczorem wieje jeszcze bardziej. Fred włączył farelkę, żeby podgrzewała nas miło podczas oglądania Samotnego meżczyzny (2009) z Firthem. Ksiażkę Isherwooda dostałam na osiemnastkę od mojej ówczesnej przyjaciółki, Izy. To było dawno, fabułę pamiętam przez mgłę i nie jestem w stanie ocenić, jak bardzo ją w ekranizacji podkolorowano. Muzyka nastrojowa, dobrze zagrane, ale nie potrafiłam się dzisiaj wczuć.

Nocą Nohavica po polsku.

424. A jednak.

Przed kwadransem.

piątek, 12 lutego 2021

423. W lodowatym wietrze.

Fred wrócił z pracy nad ranem i w zasadzie nie miał zrywać się o poranku. Pobudka była połączona z wizytą Ka, który po dziewiątej przyjechał coś sprawdzić w naszym samochodzie (po swojej własnej nocnej zmianie) i w efekcie posiedział trzy godziny na kawie i plotkach. W południe jest też poczta, a z nią kolejny case do telefonu, tym razem barani łeb do Fredowego appla.

Bestia ze Wschodu nie przybyła w pełnej glorii, ale pierwszy raz tej zimy wiatr niesamowicie wychłodził nam dom. To potrwa, bo lodowate podmuchy mają się kontynuować przez cały weekend. Przy obiedzie puściliśmy wolno wodze wyobraźni, zatrudniając w swojej willi służących o imieniu Andrzej i Agata, którzy rozpalaliby w kominku i przynosili świeże zioła z oranżerii. Fred przewidział także dochodzącego o imieniu Jarek, wahał się jednak z przyporządkowaniem mu funkcji (może rola pozoranta do szkolenia psów pilnujących posesji, może sortowacz w naszym prywatnym skupie szklanych butelek i aluminium). Miło gawędząc doszliśmy do wniosku, że jednak nie chcemy się nigdzie dziś wybierać, i małżonek wrócił w objęcia Morfeusza z których wcześniej tak brutalnie wyrwałam go obiadem.

Tatkę złapałam akurat, gdy wychodził z Maksiutkiem na wieczorny spacer, więc nie porozmawialiśmy długo. Mama leży podziębiona. Tata martwi się jak Niunia zniesie kilka dni rozłąki z rodziną.

Czytam Satin Island Toma McCarthy'ego (Vintage, 2016).

Od siedzenie w zimnej kuchni z gołą pupą i z mokrymi włosami boli mnie gardło.

czwartek, 11 lutego 2021

422. Tłusty czwartek.

Róże od Freda przepięknie dzisiaj rozkwitły. Na zewnątrz przenikliwy wiatr nie oszczędza, wraz z wieczorem zaczął być coraz bardziej porywisty. Małżonek po południu wyruszył na nockę do Blanchardstown dzierżąc w torbie dwie grube kanapki zrobione przez żonę jej własnymi, leniwymi rączkami. Mąż dostał też ostatni, tłustośrodowy pączek.

Sporo porozmawiałam z Dżadziją (messenger oczywiście) i cieszę się jej sekretem. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio się spotkałyśmy, aż musiałam zajrzeć do archiwum — lipiec 2016, jak zwykle w suszarni, tak mi mówi pamiętniczek. U niej też piździ. Ona i dzieciarnia też do Polski nie wracają. Co jest z tymi emigrantami, których ja znam?

Wieczorem wędrowałam po tytułach kolejnych odcinków Poirota w poszukiwaniu czegoś, co mi się jeszcze nie opatrzyło i co mogłabym łyknąć sama w domu. Tak dotarłam do sezonu nr 10 i odcinka Zagadka błękitnego ekspresu (2007). W zasadzie pamiętałam rozwiązanie tejże, ale nie pierwszą połowę, być może w trakcie oglądania poprzednim razem rozmawiałyśmy z mamą, jak zwykle za głośno i na same ważne tematy. W każdym razie super odcinek, a jako podkład energetyczny nałożyłam sobie do talerza wczorajszą fasolkę i wsuwałam, aż mi uszy drżały.

Z innych rzeczy, z kategorii śmieszno-strasznych, od roku próbujemy z mężem pójść do teatru, takiego realnego, ze sceną i widownią. Bilety były zakupione w marcu zeszłego roku. Występ Teatru Kwadrat w Helixie z Nejmanem i Małaszyńskim przeniesiono właśnie z Walentynek na ... październik.

środa, 10 lutego 2021

421. Wszystko jest dobrze.

Pada groszek, potem groch, gdy po południu rozmawiam z mamą pada zwyczajny śnieg. Ale dzieje się to z przerwami, w sumie nic takiego, szczególnie w porównaniu z zaspami za oknem rodzinnego domu, w które spacerujący Maksiu wpada po same pachy. Niemniej zima, roztopiony opad zamarza na ścieżce przed domem, gdy wracamy wieczorem :) Już widać, że dzień jest dłuższy, co bardzo nas oboje cieszy.

Fred dostał opis do badań kontrolnych sprzed kilku dni, zadzwonił do niego lekarz i opis brzmi: wszystko jest dobrze, następne spotkanie za rok. Po obiedzie w dobrych nastrojach pojechaliśmy do Lidla i polskiego sklepu, bo skończył się nam chleb (z rana zjadłam ostatki z guacamole). Dostałam od małżonka bukiet koralowych róż, a w polskim sklepie zaopatrzyliśmy się w cztery pączki z różą. Pod pączki film Konwickiego był przez nas oglądany, Jak daleko stąd, jak blisko (1971), z kotem siedzącym między nami, kotem gnieżdżącym się i nastawiającym pyszczek do miziania. Film prawie całkiem mi się podobał, niezła jazda, także muzycznie. Teraz degustuję dopiero co upichconą mężowską fasolkę po bretońsku, którą sobie u niego zamówiłam.

Protest czarnych plansz w polskich mediach notuję, nie odczuwam.

wtorek, 9 lutego 2021

420. Nowy trick.

Nad ranem kulimy się obok siebie w łóżeczku, przytulamy i popychamy, trącamy dupkami i ciągniemy kołdrę w różne strony. Poniedziałek skończyłam lekturą Halucynacji, byłam tak podekscytowana tematyką, że w ciemności nadal nawijałam o książce mężowi. Fred podzielił się przed snem wspomnieniem swojej własnej jazdy, gdy głodny, przepracowany jechał warszawskim tramwajem i zdało mu się, że pasażerowie śpiewają na głosy badziewną piosenkę Maanamu.

W temacie Bestii dość spokojnie, z rana warstwa śniegu na trawniku, niemrawy opad, ale zimno. Do sąsiadki z lewego krańca przyjechała lekarka zakutana jak mumia, zastanawialiśmy się oboje z Fredem czy to przypadkiem nie jest szczepienie domowe.

Dostałam kolejny telefon od radosnej Katriny. Doszły do niej papiery z gardy, jeśli nie wydarzy się nic dziwnego po drodze, zaczynam pracę za dwa tygodnie, od poniedziałku.

Wcześnie dziś zjedliśmy obiad (piersi kurczaka we włosko wyglądającej marynacie) i Fred już po trzeciej wyjechał do Swords. Zauważyłam, że gdy go nie ma w domu Rysiu uskutecznia świeżo nabytą umiejętność — otwiera najniższą szufladę w sypialni i wyciąga z niej męskie skarpetki zrolowane w pączki.

Po początkowym przymierzaniu się do wyboru odcinka przygód sprytnego Belga, skupiłam się na lekturze Sacksa (postanowiłam go dzisiaj konsekwentnie doczytać do końca). Pomiędzy rozdziałami Halucynacji rozmawiałam pół godziny z Luś, która ryje do egzaminu, i ma swoje negatywne przemyślenia o żonie Dżi. Luś leczy tarczycę, w końcu ją zdiagnozowano i wszystko idzie ku lepszemu. Lektura skończona. Fred właśnie zadzwonił, że zmierza w kierunku domu.

poniedziałek, 8 lutego 2021

419. Zimno.

... nie wystawiam nosa za drzwi. Fred pospał solidnie, bo przenieśli mu zmianę na wczesne popołudnie (wrócił z pracy już po dziewiątej wieczorem). W ciągu dnia od czasu do czasu padał u nas śnieżek-natychmiast-znikający. 

Serialowo przeskoczyłam odcinek Poirota o morderstwie na polu golfowym, który widziałam całkiem niedawno temu i obejrzałam następny, Niemego świadka (1996) z przeuroczym foksterierem. Ta rasa nazywa się po angielsku wire fox terrier, bardzo mi się podoba, z zachowania i ogonka przypomina mi naszą Bobisię.

W ciągu dnia przeglądałam archiwum zdjęć, dużo wspomnień i wzruszeń. Rozmawiałam też z mamą, która siedzi w ciepłym domu zadowolona, że i tak jej płacą. Na Dolnym Śląsku temperatury minusowe i spora warstwa śniegu, a tatko mówi, że na stawach słychać odgłosy żurawi i martwi się, jak ptaki przetrwają (twierdzi też, że jeden z nich jest zupełnie biały).

niedziela, 7 lutego 2021

418. Szałwia, rozmaryn i tymianek.

Wiatr wyśpiewywał wyjące piosenki już wczoraj wieczorem i przez całą noc. W ciągu dnia było trochę lepiej, za to, gdy jechaliśmy do Drołdy spadł na nas drobny jak manna grad. Morze w oddali spienione. Napływ zimnego powietrza ze wschodu ma imię ładnie dźwięczące — Darcy.

Bardzo sobie dzisiaj pofolgowaliśmy kulinarnie, gdyż na obiad był pieczony udziec jagnięcy z irlandzkim nadzieniem (okruchy chleba z morelą, żurawiną i ziołami, sage, rosemary and thyme, jak w piosence Scarborough Fair), podziubałam trochę, nie nawykłam do takich frykasów. 

Fred rozmawiał długo ze Stu. Od tego myśli mi się o większym domu i miłych gościach. Przypominam sobie także, prawie rzutem na taśmę tej niedzieli, że jest siedemnasta miesięcznica naszego ślubu. Dostałam buzi z tej okazji :)

sobota, 6 lutego 2021

417. Hę?

Nawet nie zauważyłam, że wczoraj pod wieczór przyszła do mnie wiadomość następującej treści: Tá an t-iarratas grinnfhiosrúcháin déanta ar do shon comhlánaithe. Tak szybko się uwinęli? No i dobrze.

Entliczek pentliczek z myszą (1995), kolejny odcinek z szóstego sezonu, bardzo krzepiący i zabawny, zrobił mi smaka na mężowskie kotlety mielone. Z braku kotletów była na obiad lidlowska lasagne (Fred wrócił z Grafton Street przed piątą), potem wysłuchaliśmy wspomnienia o marszałku Koniewie wyśpiewanego głosem Jacka Wójcickiego, obejrzeliśmy sobie też WracaMY? (2019), dokument dla śmichu, szczególnie w obecnej sytuacji pandemiczno-strajkowej. Najbardziej podobał mi się entuzjazm grubaska (dla potrzeb filmu wywiadowanego na poboczu jakiejś warszawskiej ulicy). Z Fredem jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, więc bardziej na serio poruszyła nas zapowiedź odsłony Beast from the East 2.0, że niby pogoda w nowym tygodniu może przypominać trzydniową zimę z 2018 roku. Już to wcześniej czytałam. My się zimy nie boimy, powiem nieskromnie.

piątek, 5 lutego 2021

416. Chce się żyć.

Bardzo cichy, domowy jest ten piątek. Kot nie obudził nas o trzeciej w nocy, bo był zamknięty w kuchni, za to za oknem ptaszki ćwierkały bardzo przyjemnie. Fred złożył półkę w łazience. Obejrzałam piąty odcinek drugiego sezony 1000-lb Sisters — nowych odcinków nie wyczekuję, ale gdy mi się przypomni, chętnie się przy tym odmóżdżaczu zamorskim relaksuję. Nadal bardzo dokuczają mi zatoki i kicham, nos mam tak zimny, że nawet przy dzisiejszej ciepłej pogodzie (6°C) nie mam ochoty na wędrówki. 

Ćma z Wilhelmim (1980) na kolację (film byłby lepszy bez gulgoczącego pseudojazzu typowego dla lat 70-tych), potem rozmowa z rodzicami o kocie i psie — Maksiu właśnie ziewał i wybierał się z tatą na wieczorny spacer, a Niunia była w ciągu dnia na konsultacji onkologicznej. Możliwe, że koteczkę czeka naświetlanie oczodołu i kilkudniowy pobyt w klinice. Na messengerze piszę to Kaś Matka Kotom, która pociesza mnie, że ten rodzaj raka dobrze się leczy u ludzi, więc są widoki na świetlaną przyszłość. Super, bo w domu moich rodziców szkoda umierać, chce się żyć. Kasa pójdzie na to wszystko sześć razy większa, niż ostatnio. 

Słuchamy jednej z płyt ze składanki Piwnicy pod Baranami (2001), Ta nasza młodość. Rozmawiamy o Chełmie, Jeleniach, ulicy Ozorkowskiej w Łęczycy, gdzie mieszkali dziadkowie Freda, i o lekcji jazdy na krowie.

czwartek, 4 lutego 2021

415. W oparach.

Rysio o poranku siedzi za oknem i miauczy do siebie żałośnie, bo jeszcze nie wstajemy, po południu zaś liże podłogę pod drzwiami łazienki (ściany zostały potraktowane preparatem przecigrzybicznym, śmierdzi to to nie z tej ziemi, więc kota rozumiem, chociaż po co zaraz lizać?). Nowa półka teleskopowa została zakupiona, przy okazji przeszliśmy się po mieście. A teraz próbujemy się pozbyć z łazienki zapachu chlorowodoru. Kot już na kanapie, zostawił sprawy w naszych rękach i udał się w objęcia Morfeusza. 

Jest ciepło, będziemy dzisiaj spali przy otwartym oknie, już się cieszę. 

środa, 3 lutego 2021

414. Środa szybkośmigająca.

Pierwszy raz nad ranem pachnie wiosną, ptaki śpiewają w krzaczorach, temperatura powietrza też jest przyjemna. Z powodu opadów wszędzie grząsko, nawet nasz trawnik jest podmokły.

Po śniadaniu poszliśmy na dwa spacery. Na pierwszym wlókł się za nami Rysio, próbował nas też zaadoptować mały piesek w rysiowym kolorze. Piesek chciał nam towarzyszyć i odganiał warknięciami kota, na szczęście pojawił się większy pies — spacerowicz na gapę postanowił zagadać z kumplem, może nawet pójść z nim na kolędę po dzielni, w każdym razie zostawił nas i kota w spokoju. Przerywnikiem pomiędzy spacerami była pogawędka z Anne. Sąsiadka zagadywała z okna na piętrze, a ja czytałam jej polskie imiona w rodzaju Dzirżyterga i Grzmisławy (czego się nie robi dla sąsiadów uwięzionych na kwarantannie) oraz robiłam zdjęcia Ryszardowi:

Spacer drugi:



W czasie obiadu, głodni jak wilki, wylizaliśmy talerze do czysta, i Fred wziął się za usuwanie łuszczącej się farby oraz generalne sprzątanie łazienki — zrobił dzisiaj bardzo dużo dobrej roboty, której oboje nie cierpimy. Prasując obejrzałam Boże Narodzenie Herculesa Poirot (1994), z przyjemnością, choć w tym przypadku pamiętałam doskonale kto zabił. Szybko śmignęła nam ta środa. Będąc na plaży odebrałam kolejny telefon od Katriny, mielą już moje papiery, mam czekać na maila od gardy. Wszystko zależy od tempa i wyników pracy innych ludzi, więc przestałam się kłopotać myślami na ten temat. 

Do łazienki potrzebny jest nowy narożnik teleskopowy, stary złożył się dzisiaj po raz ostatni.

wtorek, 2 lutego 2021

413. All's well that ends well.

Ale leje, ale leeeeje, ale leje. Błogosławieni, którzy pozostali w domach, albowiem oni nie ulegną przemoczeniu. Ale leje, ale leeeeje, ale leje, o poranku zaintonował głosem diakona Fred. 

Spotkanie miałam umówione na 10:30, prawie wychodziłam przez próg domu, gdy dostałam telefon od Katriny, że w biurze nikogo nie ma i sprawa zostanie załatwiona online w późniejszym terminie (rzeczywiście papierologia pojawiła się na mojej poczcie po południu). Ech, i po co zrywaliśmy się tak wcześnie? Pożaliłam się mamie. Fred już się nie rozbierał z eleganckiego outfitu, bo i tak czekał go wyjazd do szpitali w Beaumont i Raheny na coroczny przegląd funkcji życiowych. Po wyjeździe Kochanego przyszła poczta, a z nią dwie lniane maseczki od Laurel Lodge, na które czekałam od miesiąca. W czasie robienia obiadu relaksowałam się Kradzieżą w Hotelu Grand Metropolitan (1993), odcinkiem kończącym piąty sezon. Cały dzień rozgrzebany miałam bólem głowy promieniującym od karku do oczu (albo w drugą stronę), a po południu wypełnianiem i skanowaniem papierów (zawsze odnoszę wrażenie, że trwa to wieki, pewnie mózg zalicza mi do tego czas, gdy się zbieram w sobie) — przy tym drugim mamrotałam i rzucałam wędliną. Potem z Fredem oglądamy Figuranta (1976) z Allenem, z przerwami, bo dwa razy wywala nas z sieci. Słuchamy składanki the bestów grupy Chicago (2002), a ja wcinam jeszcze dwie kanapeczki z polskim pasztetem pomidorowym, bo nagle potrzebuję czegoś nie na słodko. Teraz czuję się lepiej. Pewnie za dużo gapię się w ekran laptopa i odpoczynek od niego dobrze mi robi.

poniedziałek, 1 lutego 2021

412. Znowu luty.

Rysiu poszedł na całość, obudził nas po trzeciej rano, ale byliśmy twardzi i nieustępliwi. Śniło mi się później, że ożywiłam prawie już martwą kukułkę (gołębia) i z rodzicami dzieliłam się pudrem z cygara. Przy pierwszej zielonej herbacie w głowie grało mi oczywiście beethovenowe allegretto. 

Z małych przyjemności: pocztą doszedł case na mój nowy telefon, który zdążyłam już raz upuścić. Czerwoną okładkę z kotem zamówiłam ponad tydzień temu na niemieckim ebayu. Ładny, więc teraz kupiłam Fredowi w tym samym sklepie opakowanie do jego appla, czarne, z sylwetką czerwonego barana.

Poza tym spokojny dzień niewyjściowy, jeśli nie liczyć wyjazdu po jedzonko. Jest szaro i mokro, spacer odpada. Kochany zrobił nam na wieczór sałatkę grecką i rozsiedliśmy się do Detektywa z Olivierem i Cainem (1972). Przerwałam sobie seans po "morderstwie", dziwnie znużona. Kiedyś ten film podobał mi się bardziej. Ale gdy już leżę w łóżku z przyjemnością słucham zakończenia dobiegającego z kuchni. Imbolc. Kocham Cię.