Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2026

2287. Operowo.

Kochany musiał z rana jechać do pracy, ale spakował ubranie na zmianę, bo wieczorem pojawiała się bardzo przyjemna okoliczność: premiera Rusalki Dvořáka. Ponieważ trzeba było dojechać do Bord Gaís Energy Theatre na piątą, mąż zorganizował się tak, żeby wcześniej skończyć szychtę. Spotkaliśmy się po trzeciej (zabrałam się do Drołdy z Anne, czekając wypiłam kawę, skoczyłam do Tesco po ulubione ciastka).

Nie udało się nam załapać na kawę przed spektaklem, najpierw kołowaliśmy w pobliżu opery w poszukiwaniu miejsca parkingowego, potem w dwóch kawiarniach to samo, tłok.

Jennifer Davis w roli tytułowej, Ryan Capazzo jako Książę, Michelle DeYoung (Ježibaba), Ante Jerkunica (Vodník), oprócz tego Giselle Allen (w zeszłym roku była Sentą w Latającym Holendrze), Benjamin Russell (widzieliśmy go niedawno w The Cunning Little Vixen), Rachel Croash, Sarah Richmond i Alexandra Urquiola. No i proszę was, wszyscy śpiewali po czesku! Bardzo ciekawa adaptacja.

W domu przed dziesiątą, dopijamy, dojadamy; niedziela przebiegła błyskawicznie nie zostawiając czasu na odsapnięcie, dobranoc państwu.

środa, 18 lutego 2026

Postscriptum #2254.

Makarony w Simonie były przesolone, przez to później chciało mi się pić. Po raz drugi zapomniałam o końcu karnawału, w czwartek o pączkach, wczoraj o naleśnikach — nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio tańczyłam w karnawale, chodzi raczej o rytualne odmierzanie czasu, rzecz dla mnie zajmującą. Trudno, nasmażę naleśników w weekend. 

Droga do Navan odbyła się przez* zwłoki, tylko Kochany szukał jeszcze miejsca do zaparkowania. I tak byliśmy dużo wcześniej przed głównym występem, bo jak się okazało godzina podana w sieci oznaczała czas na koncert małych harfistek z the Music Generation Meath Harp Ensemble. Piękny instrument, ładne brzmienie nawet jeśli małe rączki jeszcze walczą z materią. 

Po operze wpadliśmy na Anne, wyglądała na zmęczoną, więc nie zawracaliśmy jej głowy (zresztą też byliśmy padnięci). W domu przed jedenastą. Przywitały nas zaniepokojone koty (Maniutek z tej okazji stał w oknie i robił zmartwione miny, jak to ona).




* jak pięknie napisało się mnie po wioskowemu. I niech tak zostanie.

wtorek, 17 lutego 2026

2254. Lubisz króliki?

Przygotowań nie powinno się zostawiać na później, bo potem chaos. Czyli po prostu wzięłam pierwsze lepsze ubranie na zmianę: jakąś koszulę, inne spodnie (siem wysztafirowałam na różowo: sztruksy i kamizelka w odcieniach). Po pracy już nie wracałam do domu. Kochany podjechał naszą karocą, przebrałam się w toalecie, zamknęłam Jamę na klucz i heja. Tzn. najpierw heja pieszkom do Simony na obiad, a potem heja do Navan.

The Cunning Little Vixen Janáčeka, a w niej Amber Norelai jako lisiczka, sopran Jade Phoenix w roli lisa i baryton Benjamin Russell jako leśniczy. Jako że z nóg padam, dopiszę jutro. Albo futro.

sobota, 13 września 2025

2097. Odpoczynek i koncert.

Wstałam później niż zwykle (po siódmej, należało mi się), dzieciarnia głodna, ale też zmęczona po nocnych harcach: Bronka po śniadaniu od razu poszła w kimono, Maniutek bardziej aktywny, wygrzebywał paprochy spod tapczanu i bawił się nimi w nożną. Zrobiłam Kochanemu kaffkę, mąż wstał około ósmej. Śniadanie (guacamole, jajko sadzone dla mnie, jajka gotowane dla Freda, fasolka w tomacie dla mnie, wołowina, pomidor z cebulką, cheddar). Iiiiii ... miałam jakieś pomysły, rozmawialiśmy, ale około południa Mózg mnie zapytał, czy nie poszlibyśmy na drzemeczkę. Poszliśmy ... zrobiłam sobie dwie godziny odpoczynku od życia. W tym czasie Kochany układał w sypialni półki z butami, przestawiał coś, pakował, otwierał, zamykał; zupełnie mi to nie przeszkadzało, słyszałam objawy istnienia świata dobiegające jak zza mlecznej szyby, od czasu do czasu zmieniałam tylko pozycję, obserwowałam zdarzenia przez wpółprzymknięte powieki. Bardzo przyjemny odpoczynek. Wstałam przed trzecią i zaczęłam robić obiad (kartoffeln, kulki wołowe w sosie pomidorowo-oberżynowym). Po obiedzie wyszliśmy do ogródka z myszami; jesiennie bardzo, słońce jakoś nisko, wszystko się grzebie niemrawo, nawet muchy fruwają wolniej, ostatnie podrygi trzmieli, wysyp rusałek pokrzywników.

Nagle zrobiła się piąta, trzeba było w coś się ubrać i ruszyć do stolicy. Po drodze zatrzymaliśmy się w kawiarni przy emłanie. Gdy siedzieliśmy nad kaffkami, pogoda zmieniła się diametralnie, z północy przypełzła czarna chmura, spadł deszcz z gradem, niebo pobielało kilka razy.

Wyczekaliśmy aż przestanie lać i ruszyliśmy dalej. Na nasze szczęście, deszczowy blob nie dotarł do Dublina przed nami, z niedogodności wystarczyło nam, że Fred dość długo szukał miejsca do zaparkowania i weszliśmy do NCH na pięć minut przed rozpoczęciem opero-koncertu. Najpierw Viva Verdi, potem Viva Wagner; ciekawe porównanie. INO w pełnej obsadzie, orkiestrą dyrygowała Keri-Lynn Wilson, głosy: Sinéad Campbell Wallace, Ryan Capozzo i Yngve Søberg, 

Po schajcowaniu się Walhalli, wyszliśmy na nadal suchą stolicę. Samochód był zaparkowany niedaleko, przed the Victorians. Widzieliśmy lisa! W drodze powrotnej do domu towarzyszył nam wielki półdupek Księżyca.

niedziela, 23 marca 2025

1923. Niedziela z grozą i Wagnerem.

Kochany na dziewiątą do pracy. Wstałam wcześniej na herbatę zieloną i buzi, i odpaliłam plan: poblogować, zjeść śniadanie (Billy Joel w tle, płyta Streetlife Serenader), znaleźć odpowiedni strój na wieczór, sprawdzić parę prac na jutro, zjeść zupę grzybową (kupioną wczoraj przez męża) i z sąsiadką heja do Drołdy. Tam, wiadomo, poczekać, aż Kochany wyjdzie o trzeciej z pracy. Zupa grzybowa była niedobra, cała reszta wg planu (jeśli chodzi o strój, m.in. czarne barkery, krawat teścia, skrzydlasty, czarny płaszcz Aligne, jak z klipów z lat 80.). Po dwunastej zaszłam do Anne, przywitałam się z Junoną, uderzyłyśmy w drogę, sąsiadka podwiozła mnie pod samą Costę. Siedząc w kawiarni dokończyłam czytanie ebooka Włodka Goldkorna, Dziecko w śniegu (Czarne, 2018). Miałam też chwilę na rozpoczęcie Walk the Blue Fields, pierwsza opowieść oczywiście świetna; po takiej dawce grozy byłam już gotowa na Wagnera, ubrałam płaszcz i w wejściu natknęłam się na Kochanego. Małżonek jeszcze przebrał się z munduru w strój operowy, a potem co koń wyskoczy w kierunku Dublina.

Byliśmy w stolicy trochę po czwartej, wystarczająco, żeby w Caffè Nero przy Grand Canal Dock napić się i coś zjeść (to ja, croissant z ham & cheese). Potem Bord Gáis Energy Theatre, premiera The Flying Dutchman Wagnera. 

Giselle Allen jako Senta, Jordan Shanahan w roli Holendra, inni wykonawcy: bas James Creswell (ojciec Senty), tenor Toby Spence (Eryk), mezzosopran Carolyn Dobbin (Mary), tenor Gavan Ring (sternik). Jeden antrakt z atrakcjami — rozległ się alarm przeciwpożarowy, wyproszono nas za drzwi, na szczęście to tylko jakaś zmyłka i po kilku minutach mogliśmy wrócić do środka na drugą część. 

Idziemy przez wieczorny Dublin do Babci:

Bardzo mi się podobało, jak zwykle, naprawdę lubię interpretacje INO. Po dziewiątej w domu, jemy i przeżywamy.

piątek, 19 kwietnia 2024

1585. Próby.

Praca przed południem (wyjeżdżając rano zauważyłam w otwartych drzwiach ostatniego domu zmarnowaną sylwetkę Anny Emerytki wspartą o laskę; czyli wróciła żywa, nie poznałabym jej, gdyby nie stała tam, gdzie stała); po dwunastej wyszłam z Centrum i wpadłam w objęcia Freda, który zakapturzony jak lord Sithów zmierzał ku mnie od wschodu; poszliśmy na lunch do CG, była rozmowa z Magdą, na koniec zapakowałam resztki na jutrzejsze śniadanie (z rozmowy wynikło, że do ichniego ryżu rzeczywiście dodają cynamonu, ciekawe, interesujące). Wróciliśmy do domu dwie godziny później i od razu zaaplikowaliśmy sobie leżaczkowanie (jeszcze tylko Kochany pokazał mi, że w ogródku czeka na mnie kolejna duża, okrągła donica, dla szczawika).

A tu wspomnienie Ryszarda Rabatkowego sprzed 4 lat:


Jakże marnie wyglądają dzisiaj kwiaty w zakątku Anny, wytarmoszone przez wiatr, wymacerowane deszczem, do tego pozbawione kociego towarzystwa. Niestety, wiosna nadal nie spełnia moich oczekiwań. Próbowałam ożywić się małą kawą, poza tym dzięki Hebiusowemi linkowi OperaVision zerkałam jeszcze raz na Salome, na której byliśmy w marcu. Poćwiczyłam (mów prawdę: tyle co nic) oraz spędziłam czas na nie wiadomo czym. Wieczorem czytnik w łóżku.

sobota, 16 marca 2024

1551. Wyprawa operowa.

O ile poranek jeszcze możliwy, w południe, gdy sączyłam kawę, sprawy wróciły do normy: deszcz i wiatr. Mieliśmy plany na wieczór, nie było sensu się miotać i dokonywać bohaterskich czynów. Wczoraj Katlin uprzedziła nas, że może się u nas pojawić facet, który chciałby odebrać samochód, liczyliśmy na to, że wyrobi się przed naszym wyjazdem. Rzeczywiście, krótko po dwunastej przyjechali goście z lawetą, chwilę pogmerali przy samochodzie, Fred wyszedł do nich zawinięty w płaszcz; w końcu pomachałam autku przez okno. Teraz przed domem stoi tylko Babcia. Poza sprawami drobnemi, dobieranie ubrań na wieczór i obiad.

Jakiś czas temu Fred wyhaczył zniżkę biletów na Salome Richarda Straussa wystawianą przez Irish National Opera z Sinéad Campbell Wallace i Tómasem Tómassonem. Odpicowani (ja w bereciku), o piątej wyjechaliśmy w deszczu do Dublina i po szóstej zaparkowaliśmy w bocznej uliczce tuż przy Pearse Sq.




Przed spektaklem kawa w Caffè Nero na Grand Canal Quay. Przedstawienie bez antraktu, krótko, dużo czerwonej farby (historia raczej gore), ciekawa scenografia.

Już przed jedenastą byliśmy z powrotem w domu (na szczęście deszcz ustał i jechało się bezpiecznie). Oczy się kleją, czas minął szybko, jak zawsze, gdy jest przyjemnie. 

niedziela, 3 września 2023

1357. Urlopu ciąg dalszy.

Umówione spotkanie z dochtórką jak zwykle warzy dzień, może trochę mniej niż zwykle, bo urlop nieco mnie znieczula na wszelkie próby nacisku i stresy związane z walką o przyszłość. Siedzimy w domu, jemy śniadania, pijemy kawy w ogrodzie, siorbiemy rosołek, gadamy do kotów, dyskusje prowadzimy zbyt głośne na temat sensu seriali, Fred po obiedzie wyjada resztkę surówki łyżką prosto z michy (jak u nas w domu), oraz zajadamy podwieczorek złożony z kanapek z serem, aż nam się uszy trzęsą. Planujemy też jutrzejszą podróż mniej więcej na Wschód. Kochany w związku z tym zadzwonił rano do cioci Ce i nie od razu dostał wiadomość zwrotną, ale w końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy przez stolicę, tylko wcześniej na dwie godziny zjeżdżamy z trasy do opolskiego. Spotkanie się odbyło. Napięcie nie za bardzo zeszło, na razie robię dobrą minę. I kanapeczki zjadłam (znowu). I słucham arii z Damy pikowej Czajkowskiego.

czwartek, 11 maja 2023

1242. Niechronologicznie.

Terfel i Raimondi — słucham ich różnych versji Te Deum (Va Tosca), bo melodia arii chodzi mi od kilku dni po głowie i nie chce się odczepić. Ale to wieczorem, gdy Kochany wrócił z pracy i brał prysznic, a ja odgrzewałam mu placki ziemniaczane. Nic się nie dzieje, prokrastynuję, rano kot odprowadza mnie na autobus, po południu razem patrzymy na ogródek. W pracy miałam rozmowę z Bridżet o tym, co tam u mnie zawodowo. Sympatycznie, niezmiennie lubię słuchać jej afrykanerskiego akcentu. Mama twierdzi, że u nich dzisiaj było 25°C. Tutaj może nie aż tak, ale przyjemnie, w szalik zawijam się rzadko, a spacer po mieście aż prosi się o obecność Freda przy moim boku. Zanim jeszcze Kochany na dobre rozebrał się z pracowniczego munduru, dokończył koszenie części trawy w ogródku na tyłach, szpaki się jutro ucieszą. Marzę o Donegalu. I o jesiennych Izerach.

niedziela, 9 kwietnia 2023

sobota, 8 kwietnia 2023

1209. Better.

Napięcie puściło, ból pleców dopiero w trakcie dnia, chociaż starałam się spać bezpoduszkowo. W Polsce mama naprodukowała galaretki z kurzyny, które tatko posłusznie wynosił na piętro, a u nas jajecznica z grzybami na śniadanie i powolny rozruch przy podwójnej dawce płyty Świnie (1985), kurde, jaka to dobra płyta jest! Wydrukowałam nam bilety na Aidę ze strony NCH, żeby sobie przy okazji uświadomić, że jedziemy na dziewiętnastą trzydzieści, nie na siedemnastą (w głowie namieszał mi zapis właściwej godziny jako 7 pm). Zrobimy zakupy jedzeniowe na weekend, będzie spacer po Dublinie i takie tam inne, tulanie się i chodzenie za rączkę.
___
edit 00:30 Był obiad w Il Forno, kawa w Czarnej, szybkie zakupy w Lidlu (gdyż gziczki na jutro się mi zachciało), w końcu dobrze po piątej wyrwaliśmy się w kierunku stolicy. Na miejscu było trochę czasu, żeby zajść budynek NCH od tyłu, do Iveagh Gardens, gdzie róże jeszcze śpią, za to działa wiktoriańska fontanna. Kochany zrobił mi zdjęcie w moim musztardowym bereciku, ja go uwieczniłam jak śpiewa piosenkę w towarzystwie pomnika McCormacka, i nie wiadomo kiedy zrobiła się siódma wieczorem. Irlandzka opera narodowa rozpuściła nas rozmachem, tymczasem to było coś całkiem innego — jak Fred zauważył, teatr wojenny. Gepardzie skóry z kocyka, Faraon w sandałkach z Penneysa, pożyczony balet — myślę, że podobnie mogły wyglądać przedstawienia wystawiane w XIX wieku i trochę tak się czułam, cofnięta w czasie, co wcale nie było nieprzyjemne. Na bis odśpiewano hymn Ukrainy. Aida w wykonaniu Eleny Dee była naprawdę dobra, towarzyszyli jej kształcona w Doniecku Natalia Matveeva (Amneris) i Vitalii Liskovetskyi (Radames) z opery kijowskiej. Wyrabiamy się ;)  

niedziela, 5 marca 2023

1175. Wyprawa kulturalna.

Chciałbym skorzystać z okna pogodowego, więc jeśli mógłbyś mi przygotować infrastrukturę do mycia samochodu ... rzekł Wu do Freda zdaniem złożonym o poranku przy kawie. W ten sposób szwagier zabrał się za pucowanie auta, gdyż wg jego standardów było za brudne, żeby nim jechać "na operę", czy gdziekolwiek indziej. Dla nas był ok, ale nie byliśmy przeciwni. Nie skończyło się na odkurzaniu, Wu wytaszczył wszystkie dywaniki i przetarł wnętrze na mokro. Widać było, że od razu lepiej się poczuł. Ale za to Ty jesteś szczęśliwy cały czas, a nie tylko wtedy, gdy sprzątasz samochód, pocieszałam Freda (który wcale tego nie potrzebował). Zdążyliśmy jeszcze zagadać Anne, jak wyjeżdżała zrobić nam operę ;)

W Dublinie byliśmy około drugiej. Po znalezieniu miejsca parkingowego poszliśmy na chwilę do zielonego Stefka:

Dłuższe szukanie restauracji nie dało pożądanych efektów, w ten sposób wylądowaliśmy w Toltece, po czym napełnieni meksykańskim jedzeniem z buta udaliśmy się w kierunku Bord Gáis Energy Theatre. Jeszcze w najbliższej Caffè Nero (z widokami na Grand Canal) zdążyliśmy uraczyć się kawą i czekoladkami kupionymi przez Wu:

W Kawalerze srebrnej róży Straussa/Hoffmansthala śpiewali: znane nam z Carmen Paula Murrihy (Octawian) i Celine Byrne (marszałkowa), Claudia Boyle (Zofia), a wśród panów Andreas Bauer Kanabas (baron Ochs) i Mark Stone (von Faninal). Murrihy była tym razem średnio przekonująca aktorsko, ale całość dobra, piękna scenografia, muzyczno-scenicznie najbardziej podobał się mi drugi akt.

Wzruszyło mnie jak w drodze powrotnej obaj panowie rozkminiali intencje marszałkowej. W domu przed północą, ja z bolącym gardłem i myślą, że jutro, czyli zaraz, trzeba do pracy. Arrrrghh. Dublin nocą jest piękny.

niedziela, 17 lipca 2022

943. Frustracje, kot, opera.

Niedzielę rozpoczęłam słuchaniem podrzuconego mi przez Hebiusa zeszłorocznego koncertu Orlińskiego, Arie e concerti

Bardzo mnie frustruje rozgrzebana praca zaliczeniowa, nawet śniła mi się szkoła i przymus zaliczania matematyki, do którego to egzaminu próbowałam się we śnie uczyć. Koszmar ;)

Ryszard pojawił się późniejszym porankiem, wyczyścił miski, dostał przysmaczek, potem siedząc na Fredowym biurku usiłował nam coś powiedzieć. Szkoda, że nie znamy kociego. Wyczułam między jego oczami mały guzek, może to mikroskopijny kleszcz, albo zlepione futerko.

Po śniadaniu zaczęłam się przygotowywać na wyjazd do Dublina. Mam jeszcze kilka sukienek czekających na swój czas, na dzisiaj odcięłam metki od czarno-białej plisowanki DKNY. Samochód pozostał przed dworcem kolejowym w Drołdzie. Bilet powrotny kosztował €12. 

No i pięknie, pogoda (stolyca smaży się w 28℃) oraz cała reszta. Ponieważ byliśmy tylko po śniadaniu, ze stacji Connolly tropiąc przy okazji osobę, która szła po mieście w czarnym berecie i pidżamie w niedźwiedzie polarne, potoczyliśmy się w poszukiwaniu pizzeri (miałam bilet do Pearse, ale co tam, pogoda za dobra, żeby nie chodzić). Minęliśmy np. hotel będący inspiracją do pijackiej sceny we Fredowym filmie:

Tak trafiliśmy na Dawson St Pizza w Milano faktycznie niezła, obsługa taka sobie, restauracja tej sieci w Swords jednak bardziej mi się podoba.

Może była to też kwestia słabej klimatyzacji, Fred był w garniturze i się roztapiał, ja pomimo letniej sukienki też ledwo zipałam. Znacznie lepiej było na kawie w Caffè Nero pod nr 29. Stamtąd, wzmocnieni kofeiną, ruszyliśmy już do Bord Gáis Theatre, bo był na to czas najwyższy. Na miejscu czekały na nas imienne bilety i program.

Tosca z Sinéad Campbell Wallace w roli tytułowej była wspaniała, bez żartów. Tómas Tómasson jako Scarpia jeszcze lepszy (zakończenie I aktu i jego Va Tosca robi wrażenie). Dimitri Pittas jako Cavaradossi dawał radę. Akcję, podobnie jak we wcześniej oglądanej przez nas Carmen, przeniesiono do XX wieku, chyba dobrze, bo faszystowsko-kościelne elementa odpowiednio podbijały przekaz.

Przedstawienie skończyło się przed ósmą, miasto nadal było jasne i bardzo ciepłe, więc spacer do Connolly był czystą przyjemnością.

Turlaliśmy się powoli do miasteczka, za oknami zachód słońca, oboje wybiegaliśmy myślami do przyszłego weekendu i wizyty teściowej.

Anne zjechała pod dom około jedenastej, wyszłam w szlafroku, żeby jeszcze raz podziękować za bilety. To był piękny dzień, jutro trzeba się po prostu zabrać za frustracje. Kot nie wrócił na kolację. 

piątek, 8 lipca 2022

934. Intruz oraz rozpasane plany.

No już wszystko wiadomo oraz pewność jest, że to nie kot nasz własny lunatykuje i wyżera michy do czysta. Obudziło mnie przed drugą w nocy sekretne stąpanie, na tyle sekretne, że poderwałam się z łóżka i widziałam jak dziad zwiewa, a ponieważ nie podeszłam do okna gnojek na bezczela próbował wejść jeszcze raz, ciemny, kudłaty duch. W zasadzie nie widziałam jakiego koloru był nasz gość, bo gdy w końcu do okna dobiegłam, żeby mu powiedzieć co myślę, zastałam na śmietniku wzburzonego Ryszarda i zajęliśmy się jego podśniadankiem.

Ostatni dzień projektu był dzisiaj, jak już się zwlokłam z wyrka i wyszłam do pracy (przez czapki bez most, czego później pożałowałam), w programie był obiad z naszymi studentami w Bia Café. Mój wybór kulinarny był zachowawczy, bo nie znałam miejsca. Słusznie, okazało sie, że ani jednej koleżance nudle z chińskimi sosami nie smakowały, restauracji pewnie nigdy więcej nie odwiedzę.

Ach, będzie Tosca w Bord Gáis Theatre. Anne napisała mi wieczorem, gdy za miliony cierpiałam na ból głowy zatokowy, że za tydzień w kasie będą na nas czekały dwa imienne bilety za darmoszkę. Juhuuu! Sąsiadka chciała bilety dać właśnie nam i udało się jej przebukować wejściówki na termin, gdy oboje możemy pójść. Niczym sobie na to nie zasłużyliśmy.

Mając na uwadze nasz plany na jutro, Kochany po powrocie z kursu próbował się skontaktować z Aś, która w końcu oddzowniła. Wprawdzie przyjaciółka nie pojedzie z nami na Sugar Loaf, ale we trójkę zrobimy sobie wolny następny czwartek, żeby zobaczyć w Dublinie multisensoryczny przegląd obrazów Van Gogha (bilety zostały zarezerwowane, leap cards też).

Na kolację rybka dla Freda (nie mam siły robić full obiadokolacji, ale późno wypita kawa działa jak placebo), dla mnie bobki z ciasta do masła czosnkowego. Rozmawiamy o tym jaki samochód kupimy jeśli kiedykolwiek wygramy w Lotto. Morgan — małżonek chce w kolorze butelkowej zieleni z bursztynową tapicerką. Dobrze, dobrze.

niedziela, 13 marca 2022

816. Niespodziewany obrót zdarzeń.

Długi sen, oboje niedospani, początek dnia był bardzo łagodny i nic nie zapowiadało, że skończymy go tam, gdzie skończyliśmy.

Wyciągnęłam męża na spacer (nie w tym sensie, żebym musiała namawiać, zainicjowałam po prostu), przed startem chwilę rozmawialiśmy z Anne, nad czym teraz pracuje, że dzisiaj mają ostatnią Carmen w Bord Gáis Theatre i takie tam inne sąsiedzkie wymianki. Obeszliśmy z kotem osiedle, więc miałam okazję zauważyć, że na naszym skwerku zamiast irlandzkiej flagi na wietrze łopocze flaga ukraińska:

Zostawiliśmy Ryszarda obok domu i poszliśmy dalej. Na plaży zaczepiła nas dawno już nie widziana Uśmiechnięta Kathleen, wymieniliśmy parę uprzejmości (faktycznie myślałam o niej ostatnio, czy jeszcze żyje, a ona taka kontenta, dzieci i wnuki się jej zjechały z połowy świata). Jak zwykle dostaliśmy boże błogosławieństwo, które zawsze przyjmuję nie wnikając o jakiego boga chodzi.





Na Głowie jeszcze jedno spotkanie, tym razem z nieznanym, bardzo przyjacielskim pieskiem o imieniu Poppy, szczeniakiem złotego labradora. Pogoda była w tym czasie dobra, można było usiąść na ławce i chwilę podumać, nadchodząca zmiana wcale się nie zapowiadała. W porcie zjedliśmy po chowderze, zrobiłam zdjęcia irenkom, i w drogę powrotną. 


Fredowi coś się po drodze kotłowało w głowie i się wykotłowało: mąż w domu zasiadł do laptopa i zakupił dwa bilety na Carmen w Dublinie. Anne była już w tym czasie w pracy, więc gdy przesłałam jej tę radosną wiadomość, sasiadka od razu zeszła na widownię i zrobiła nam zdjęcie widoku z naszych miejsc:


Reszta popołudnia to pospieszne kompletowanie outfitów, doszywanie guzików, pastowanie elegansich trzewików, prasowanie i gotowanie makaronu na niedbały obiad. W międzyczasie pogoda robiła się coraz gorsza. Dzisiaj jest rocznica śmierci Michała, oświadczył mi Kochany, gdy samochodem mknęliśmy przez naszą prowincję. Tak więc wylądowaliśmy w stolicy niedaleko głowy Luka Kelly'ego, a potem zaczęło strasznie wiać.


Do wiania dołączyło lanie, gratulowałam sobie w duchu, że nie wzięłam hipereleganckich butów ze skórkową podeszwą, tylko drugie w kolejności, poza tym już niedaleko teatru zwiało mi z głowy berecik (został uratowany). Spacer podbiegany to było ledwie z 600 metrów, ale totalny koszmar.


Carmen w koprodukcji opery irlandzkiej z operami ze Seattle i Philadelphii, Paula Murrihy w głównej roli, Don Jose Dinyara Vanii trochę boczkowaty (tak twierdzi Fred), ale ogólnie bardzo ładna adaptacja osadzona w faszystowskiej Hiszpanii.

Dopiero idąc do samochodu tą samą drogą, zauważyłam, że przekraczaliśmy mroczną rzekę Liffey mostem Becketta świecącym na niebiesko-żółto. Deszcz wrócił, gdy dobiegaliśmy do auta stojącego przy mostku na Sheriff St Upper. W domu jesteśmy po północy, grzejemy się, dopijamy herbaty, za oknem znowu hula wiatr.