Strony

niedziela, 31 grudnia 2023

1476. 31122023.

Wstałam po siódmej. Pada. W szlafroku zaplątał się mały pająk, chodziłam tak z nim z godzinę, aż zauważyłam panikarza. Kochany jeszcze w łóżku, zaraz go zapytam, czy chce kaffki :)
___
edit 12:00 zrobiłam całkiem fajne śniadanie (guacamole zniknęło zadziwiająco szybko), ryjki otarte; Perlisty zadzwonił, więc trwa ostatnia w tym roku rozmowa z przyjacielem, który twierdzi, że ma plan przyjechania do nas za kilka miesięcy, żeby nam tutaj zamieszać (i dobrze) oraz mję o czytniku opowiada, co to go ma (kindla) i że lubi Zbrodnię i karę. Cuszzz. Coś czuję, że jedziemy na kaffkę.
___
edit 15:50 Wyjechaliśmy do Aury (której może nie było w pracy, a może chowała się w kuchni) i wypiliśmy ostatnią kawę na wyjeździe w tym roku. W drodze rozmawialiśmy o różnych rzeczach, np. gdzie moglibyśmy mieszkać. Okazuje się, że Niemcy zachodnie byłyby dobrym miejscem dla nas obojga, albo ewentualnie Berlin, Szwecja, południe Francji blisko Alp, Madryt. I o Rysiu też wspomnienia się pojawiły, bo cały czas siedzi nam to na sercu i wątrobie (mam nadzieję, że jego zabójcę już pokarało). Po kawie poszliśmy do Tesco, wg planów po mleko na naleśniki i ser halloumi, w wykonaniu trochę więcej tego dobra się nam naniosło, ale wszystko to w zbożnym celu noworocznej konsumpcji. Pogoda zmienna, grudzień-plecień, deszcz i słońce, góry Mourne skryte pod grubą kołdrą chmuromgły. Jesteśmy już w domu. Kochany dodzwonił się do Krakusów i rozmawia z Krakuską na tematy takie, jak młodzieży chowanie i nowe rządy oświatowe (Krakuska jest zdania, że po czarnkach i nowaczkach już tylko słońce, bo trudno jest bardziej wszystko zaorać). Nowy rok, musi być lepiej, ramen. A ja robię kolażyk grudniowy, o:

___
edit 21:50 Po późnym obiedzie pojadając słodycze zrobiliśmy sobie seans całkiem świeżego filmu, Przesilenia zimowego (2023) z Paulem Giamatti.
___
edit 23:25 Jestem po prysznicu, nowy rok może przychodzić ;) O jedenastej zadzwoniłam do rodziców, wznieśliśmy toast, my herbatami, rodzice Jägermeisterem (to kto tu jest emerytem?). 
___
edit 00:13 Przed północą zadzwoniła do nas świekra z życzeniami. Włączyłam koncert NYE Dublin z zamku, żeby mieć orient, kiedy przychodzi nowy rok. Tak więc przywitaliśmy go z zespołem Picture This, herbatami i w towarzystwie moich rodziców obecnych na whatsappie. Happy New Year :)

sobota, 30 grudnia 2023

1475. Sobota przed niedzielą.

Ostatnia sobota roku minęła mi na słuchaniu muzyki, rozmowach z mężem, piciu i nygusowaniu.

Kochany wrócił z pracy pół godziny po drugiej w nocy. Spokojnie chrapaliśmy sobie wspólnie do ósmej. Pogoda nadal paskudna, nie zachęcała nie tylko do dalszych wycieczek, ale do żadnych, nawet najkrótszych. Czekając na pobudkę Mężowskiego weszłam pod prysznic, potem z mokrymi włosami pętałam się po Kuchniosalonie (mogłam, bo w środku było w końcu cieplej, dom uwierzył, że wróciliśmy). W południe Fred włączył Polovirus zespołu Kury (1998), klasykę, która nadal bawi (mąż kupił tę płytę po raz drugi, gdyż poprzednią dawno temu oddał Wu; szwagier zresztą już jej nie ma, wiadomo dlaczego). 

Dopiero po pierwszej wyjechaliśmy w poszukiwaniu kawy i strawy (najpierw Aura ;)). Po powrocie do domu (znowu ciemno) słuchaliśmy kolejnych płyt przywiezionych z ostatniej podróży: Dekalogu Spolsky (2019), nowej płyty Janerki, Gipsowy odlew falsyfikatu (2023), oraz Sadu Karoliny Cichej (2022). Tatko zadzwonił wieczorem, tak sobie, pogadać chwilę. Obiad był raczej późno. W internetach czytam, że dnia powolutku przybywa, sekunda po sekundzie. Na razie nie odczuwam tego na sobie (trudno).

piątek, 29 grudnia 2023

1474. Odnajdywanie rytmu.

Przez resztę czwartku było pisanie lub czytanie oraz leżakowanie w łóżku. Przed wyjazdem obniżyliśmy temperaturę na termostacie, więc dom był bardzo wychłodzony. 

I po co ja wyłażę tak wcześnie z pościeli? Obudziłam się dzisiaj o naszej szóstej, wstałam, gdy usłyszałam, że piec ruszył i zaraz grzejniki będą ciepłe. Napiłam się herbaty, zjadłam owsiankę z podchoinkową czekoladą (z kandyzowaną skórką pomarańczy), czytałam wywiad z Masłowską, coś tam pisałam, zrobiłam kawę Kochanemu, znowu czytałam. Teraz parzę małą kawę dla siebie i właśnie przypomniało mi się, że chciałam pojechać na jarmark bożonarodzeniowy we Wrocławiu i o tym zupełnie (aż do dzisiaj) zapomniałam. Ha! Mam problem z życiem w gołej teraźniejszości. 

Może dodam zdjęcia do poprzedniego posta :) Na razie kawa i toffifee,
___
edit 17:15 wywiad Drotkiewicz z Masłowską, Dusza światowa (WL, 2013) dokończyłam czytać jeszcze przed południem. Z powodu ebookowego bogactwa treści prawie natychmiast wzięłam się za następną Christie, Morderstwo na polu golfowym (wyd. Dolnośląskie, 2012). Znużona domowym chłodem (dopiero teraz jest jako tako cieplej) pochłonęłam za dużo słodyczy, zdrzemnęłam się, a gdy wstałam, Freda nie było w domu. Kochany nie chcąc mnie budzić, zjadł cokolwiek i wybył do pracy w Dublinie. 

Trudno jest się pozbierać. 
___
23:45 Właśnie skończyłam czytać Morderstwo. Zdecydowanie muszę przystopować z pochłanianiem fabuł ;) Jutro będzie normalniej.

czwartek, 28 grudnia 2023

1473. Długi powrót.

Bezzwłoczna relacja:

Najpierw był plan, żeby wstać o trzeciej. Potem małżonek nastawił budzik na drugą trzydzieści. Obudziłam się jednak już po drugiej, razem z rodzicami. Herbata, śniadaniowa prowizorka (resztki ze świątecznej uczty), mycie zębów, machanie do futrzastego komitetu pożegnalnego i heja. Byliśmy na lotnisku o całkiem znośnej porze, ale tłum przed sprawdzaniem bagażu naprawdę mnie zaskoczył (lotnisko we Wrocławiu nie jest szczególnie duże, a tutaj skumulowało się kilka odlotów, w tym do Męczesteru). Lecieć mieliśmy pszczółką, nieszczęsnym lotniczym owadem. Nie dość, że ścisk (Fred zauważył, że chyba nawet zmniejszyli grubość foteli, aby upchnąć więcej ludzi), to jeszcze siedzieliśmy w środku dodatkowe kilkadziesiąt minut, podczas gdy odladzarka jeździła to tu to tam i polewała samolot. Wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem mając w prognozie groźby, że wyspy nawiedził ostatnio sztorm Gerrit. Rzeczywiście pod koniec podróży trochę rzucało. W czasie lotu, gdy Kochany drzemał, skończyłam czytać rozmowę Rotkiewicza z Vetulanim, Mózg i błazen (Czarne, 2015) i zaczęłam lekturę kolejnego wywiadu, Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską, Dusza światowa (Wydawnictwo Literackie, 2013).

Jak na taką pogodę, lądowanie było łagodne. Wyturlaliśmy się do budynku portu lotniczego, jeszcze czekaliśmy chwilę na największa walizkę i ... niestety autobus w kierunku północnym nam odjechał. Czekając na następny (zaczęło padać i nie było sensu wystawać na przystanku) poszliśmy do jednej z kiepskich jadłodajni na parterze, żeby zapchać się czymkolwiek (miejsce nazywało się Upper Crust). Nasza cierpliwość została nagrodzona, drugi autobus 100x był dokładnie na czas, do tego z przemiłym lokalnym kierowcą. Na dodatek wyszło słońce. Wysiedliśmy na przystanku niedaleko domu Ka, Kochany otworzył drzwi, znalazł klucz do samochodu, spakowaliśmy nasze lary i penaty pachnące wiatrem podróżnym (odnajdując przy okazji prezenty od przyjaciół, np. kilogramowe opakowanie ziaren Lavazzy) i pomyśleliśmy, że zjemy coś na mieście. Pomysł był dobry, wykonanie takie sobie. Fred zaparkował pod Tesco i stamtąd poszliśmy zobaczyć, czy są czynne jakieś sensowne miejsca przy głównej ulicy. Doszliśmy tak aż do Lisdoo, zupełnie niepotrzebnie, opuściliśmy lokal po dziesięciu minutach. Zysk taki, że zrobiłam zdjęcia kilku muralom.

Gdy żołądek przykleja się do krzyża, najlepsze są pomysły sprawdzone: przed drugą po południu dojechaliśmy do Drołdy i po dłuższym marszu w kierunku rzeki zasiedliśmy w CG z ulgą i poczuciem, że jesteśmy blisko domu. Jedzenie i obsługa dobre jak zwykle, tym razem nawet ja wymiotłam delicje do końca. Teraz widzę na telefonie, że w poszukiwaniu strawy zrobiłam 10 tys. kroków.

Jeszcze Lidl, małe zakupy spożywcze (chleb, jogurty, banany, coś na jutrzejszy obiad). Jaki dzisiaj jest dzień? zapytał mnie Fred, gdy staliśmy w kolejce do kasy. Dzisiaj jest dzień o nazwie czwartek, powiedziałam i natychmiast w myślach pogłaskałam po głowie Rysia. 

Przed czwartą nareszcie w domu. Ledwie zdołałam dotknąć zamka kluczem, pod nogi wpadł mi Bán ze swoimi kocimi opowieściami. Drugim witającym była Anna. Zadzwoniła do drzwi, gdy herbata już była gotowa, a Fred przebrał pościel; sąsiadka przyniosła nam prezenty od community, które rokrocznie roznoszone są w tej części osiedla (trafili z owsianką, sama bym taką kupiła). Walizki nierozpakowane, wyciągnęłam tylko to, co istotne na teraz, urządzenia elektroniczne, kosmetyki, słodycze z paczek świątecznych (wydaje się, że mysz rzeczywiście znalazła wyjście lub wyzionęła myszego ducha, ser zostawiony przez nas pod lodówką pozostał nietknięty). Piszę, zajadam się toffifee. Kochany właśnie zanurkował pod kołdrę.

*zdjęcia wklejone dnia następnego.

środa, 27 grudnia 2023

1472. Świąteczne ostatki.


Aliści, trzęsak.



***




Chłodno i słonecznie, powietrze mokre, prawie jak u nas, na wyspie. 
Był spacer z tatą i Maksiem-tropicielem hohoni, była kawa i spacer wokół stawów w mieście (w kawiarni uścisnęłam z się z Narodzonym, kolegą z ex-pracy), oraz kupowanie nowej myszy Logitech (w czasie rozmowy z mamą wyciągnęłam z gniazda odbiornik myszy z którą przyjechałam i nie wiem, gdzie w domu rodziców go odłożyłam). Pakowanie walizek raczej krótkie (mam zwarty sposób zagospodarowywania przestrzeni na wyjeździe). Jeszcze nie śpimy, zwlekamy. 

wtorek, 26 grudnia 2023

1471. Wypieranie.

Zawsze przychodzi taki czas, gdy trzeba zacząć wypierać nieprzyjemną myśl o kończeniu się laby :) Po śniadaniu obejrzeliśmy Zezowate szczęście Munka (1960). Pogoda pogorszyła się na tyle (deszcz), że nawet nie było jak spacerować, ani nie za bardzo chciało się nam jechać do Perlistego (nadal z lekka dudnię). Obiad zjedliśmy dopiero po nawigowaniu Apollo 13 (1995) do bazy (razem z mamą).

Widzę już, że lekturę De Laclosa trzeba będzie odłożyć na nie widomo jak długi czas. Bez specjalnego zaangażowania przeczytałam ledwie 8 listów, a dzisiaj kupiłam 6 książek w wersji elektronicznej i już wzięłam się za czytanie pierwszej, Mózg i błazen (Czarne, 2015), rozmowy z Vetulanim. W kolejce czekają Tokarczuk, Podgórska, Christie, Bator oraz wywiad z Masłowską. 

Z pewnością jestem przejedzona sałatką jarzynową. Wyspałam się po południu. Róziaczek dał mi się w końcu pogłaskać (po naszej tygodniowej bytności w domu!). Obejrzałam drugą połowę Chłopaki nie płaczą (2000), więc nadal bawi mnie zdanie: Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście.

poniedziałek, 25 grudnia 2023

1470. 25122023.

Po świątecznym śniadaniu jarałam się prezentem. Będąc laikiem w temacie różnic pomiędzy Legimi a EmpikGo zaczęłam surfować po tym drugim i nawet zrobiłam listę książek, które chcę mieć już, pomijając opcję wypożyczania. 

Nasza ulubiona kawiarnia była zamknięta, ale chociaż na trochę wybyliśmy z domu, pretekstem był stary cmentarz w Zirkwitz. Leżą tam mój pradziadek ze strony taty i jego szwagierka. Zmiotłam liście z grobów i zapaliliśmy po jednym nowym wkładzie. Cmentarz jest nieczynny, jeden z ostatnich pochówków jest z roku 1960, uchowało się też kilka niemieckich nagrobków.

Kochany dzwonił do cioć, eR i Ce, z życzeniami świątecznymi (stąd się zresztą wzięły okołoposiłkowe rozkminki na temat rodzinnych dziwactw). Jedliśmy. Drzemałam. Zerkaliśmy na filmowe klasyki, PotopFaraon, Vabanki. Nadal trochę kaszlę, nie wiem, czy to można nazwać chorobą.

niedziela, 24 grudnia 2023

1469. Wilija'23.

Męczył mnie nos i kaszel, więc wstałam z łóżka przed siódmą, żeby się przeciągnąć i napić herbaty, a tu za oknem sytuacja śniegowa:

Jeszcze przed śniadaniem zaczęłam robić sałatkę (Kochany nucąc Christmas Time The Darkness pomógł mi w krojeniu kartofli, ale to później w ciągu dnia). Zawinęłam też krokiety (wyszło 16). Mama przygotowała karpia, zrobiła galaretkę z kurzyny i kapustę z fasolą à la babcia Mania. Przez większość czasu pracowałyśmy pod czujnym okiem inspektora ds. żywności:

Po wodzie ze śledzia pojechaliśmy z Fredem na chwilę na cmentarz, żeby zostawić światło dla dziadków i cioci. W tym czasie śnieg zdążył już stopnieć i na ścieżkach zalegały brejokałuże.

Wigilia była bezopłatkowa, intencjonalnie, bo nie było komu pójść do kościoła (rodzice nie przejawili entuzjazmu w tym kierunku). Wymieniliśmy się prezentami, zjedliśmy parę potraw (ja uszka w barszczu, pieroga i kapustę z fasolą). W trakcie kolacji zadzwoniła świekra, żeby nam pokazać rodzinną imprezę ze szwagrostwem. Po kolacji tatko zadzwonił do wujka Kaza i nawet wcięłam się mu w rozmowę, bo widać było, że chrzestny jest zaciekawiony naszą wizytą. Kochany dostał ode mnie perfumę Armaniego Bois D'Encens, ja dostałam czytnik książek PocketBook Era :D. Dzień był udany pod wieloma względami, np. Malineczka, która wczoraj nie chciała jeść i puszczała bąki, dzisiaj odzyskała apetyt. Teraz przed nami dwa dni laby bez martwienia się o obiady.

sobota, 23 grudnia 2023

1468. 23122023.

Dzień rozpoczęty herbatą z ciastem i lekkim bólem głowy. Rodzice wcześnie rano pojechali do Tcy stanąć w przynajmniej dwóch dzikich kolejkach, po wypieki z Bezy i w rybnym, gdyż śledź z beczki niezbędny jest do jutrzejszej wody obiadowej. Maksiutek, najbrzydszy pies jakiego kiedykolwiek mieliśmy, i chyba też najbardziej rozpieszczony (rano przeciskałam się w drzwiach między pokojami, ponieważ Maksymilian przeciągnął swoje posłanko za drzwi i nie miał zamiaru wstawać), zażądał w końcu spaceru, więc wyszłam z tym śmiesznym karłem na leśny trakt, żeby posłuchać monotonnego smętu drzew.

Smętny szum, szaroburość, chłód.

Po porannej kawie Fred zabrał się za przygotowywanie śledzi w różowym sosie (w którymś momencie użyczyłam mu fartuszka w kffiatki). Rodzice wrócili przed jedenastą, pokręciliśmy się z napitkami po domu, na obiad zjedliśmy bigos-gotowiec kupiony w miejskiej jadłodajni, a po obiedzie wyjechaliśmy z Kochanym do Tcy na kawę w Kocie. Jeszcze w czasie posiłku zaczął we wsi padać coś jakby śnieg, rzadka kaszka manna. Zazwyczaj w takich przypadkach na Kocich wzgórzach śniegu jest więcej. Rzeczywiście, gdy zbliżaliśmy się do miasta, pobocza zaczęły się bielić, a parkujące samochody przykrywała cieniutka warstwa białej zmarzliny. 

Do kawy z aeropresu zjadłam pyszny sernik piernikowy.

Wróciliśmy po piątej, żeby załapać się na odcinek 10.02 Columbo z Georgem Hamiltonem. Po dłuższym relaksie zajęłam się smażeniem naleśników na jutro. Szybko mi poszło, tyle, że z dudnieniem kaszlu (ciągle coś, glut nie chce się ode mnie odczepić). Pomijając kaszel, rzeczywiście odpoczywam psychicznie od codzienności. 

Mija 5 lat od śmierci Eileen.

piątek, 22 grudnia 2023

1467. Przesilenie.

Wczoraj wszyscy w rodzinie dostawali na telefon ostrzeżenia RCB przez silnym wiatrem. Rzeczywiście trochę wiało, w ciągu dnia nawet bardzo. Kochany zauważył, że mamy dyżury drzemkowe - on dłużej spał rano, ja drzemałam po południu, mama szybciej poszła spać wieczorem. Najkrótszy dzień w roku został przebimbany po całości (no dobra, przed śniadaniem obrałam i starłam resztę pieczarek, wyszłam też na chwilę do apteki), ograniczyliśmy podejmowanie decyzji i wykonywanie gwałtowniejszych ruchów. Rodzice wyjechali na zakupy i do lekarzy (wrócili dopiero przed piątą), my siedzieliśmy w salonie serfując w Internecie, głaskając domowe zwierzaki oraz zerkając na kryminały i kinowe starocie typowo w tym czasie recyklingowane przez różne kanały telewizyjne. Wyciągnęłam z półki kolejną książkę, Niebezpieczne związki Choderlosa de Laclosa (Prószyński i S-ka, 1999); się okaże, czy zdążę to oświeceniowe bara-bara w wersji epistolarnej dokończyć przed wyjazdem, gdyż mózg rozmiękczony brakiem słońca łaknie kryminału i może się zbuntować.

czwartek, 21 grudnia 2023

1466. Deszczowy czwartek.

Bardzo mi odpowiada taki urlop. Do dziesiątej wstawałam i kładłam się kiedy miałam ochotę: najpierw zrobiłam sobie herbatę, gdy mama była w domu (pożegnałam ją całusem, gdy wychodziła). Położyłam się na chwilę drzemki, potem wstałam po kolejną herbatę i zrobiłam kawę z dripa dla Freda. Przed dziesiątą usmażyłam dla Kochanego jajecznicę z czterech jaj, dla siebie ugotowałam dwa. Pomiędzy tymi działaniami przeprowadzanymi w półmroku domu (za oknem mokra, listopadowa szaroburość), podczytywałam z satysfakcją kolejne strony dobrego czytadła Caroline Graham, które ukończyłam przed wyjazdem do miasta.

Na wczesne popołudnie mieliśmy z Kochanym dwa różne plany: u mnie spotkanie z przyjaciółką, u męża fryzjer umówiony na trzynastą. Domyślałam się, że Luś spóźni się jak zwykle, więc nie było mi spieszno. Bardzo słusznie. Gdy Kochany zostawił mnie pod pierwszą kawiarnią (przy kinie), okazało się, że jest zamknięta. Czekałam na przyjaciółkę około kwadrans, a kiedy w końcu przyjechała zabrałyśmy się razem pod bazylikę. Po zaparkowaniu, w siąpiącym deszczu błyskawicznie dobiegłyśmy do Markizy, żeby przeżyć kolejne rozczarowanie: w lokalu przyjmowano wyłącznie gotówkę. Był więc bieg w deszczu do Bezy (po drodze zauważyłam Freda już siedzącego w fotelu fryzjerskim, ale przebierałyśmy nogami tak szybko, że małżonek pewnie nas nie zauważył), gdzie mogłam się w końcu normalnie przywitać, wręczyć prezent i napić się herbaty. Przez ponad półtorej godziny uaktualniałyśmy ploty o znajomych, aż nadjechał mój rycerz na szarym koniu (z ocaloną czupryną), zabrał nas obie, Luś odstawił pod bazylikę i wziął mnie do chińczyka na obiad. Kupiliśmy jeszcze dwa dania na wynos, dla rodziców

Podobnie jak wczoraj, byliśmy pod domem pierwsi, tym razem mądrzej, bo z kluczem (gdy rodzice wrócili, już upijaliśmy się herbatami). Reszta dnia to wieczorne nygusostwo (obrałyśmy z mamą połowę pieczarek do przyszłych krokietów, ale to nie była żadna wielka praca). Kochany rozmawiał ze Stu i bratankami, oglądaliśmy kryminały oraz pierwszy, historyczny odcinek nowego dziennika w tvp1 o zmienionej nazwie 19:30. Nie był taki najgorszy, po prostu inny, bez szczujni. 

środa, 20 grudnia 2023

1465. Domowo.

Noc przespałam nawet dobrze. O dziewiątej byliśmy już oboje na nogach, ja po śniadaniu, Kochany w trakcie kawy. Plan dnia zrobił się stacjonarny. Przechodziłam większość środy w szlafroku, Fred przy laptopie, klikał i słuchał. Zaczęłam czytać Śmierć w przebraniu Caroline Graham (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2005), książkę, którą kupiłam wieki temu w Marino, za 29,90, nie mając jeszcze pojęcia o serii Midsomer Murders, i której czytania nigdy nie dokończyłam. 

Obserwowaliśmy codzienne życie zwierząt, tutaj Malineczka, starenia już, do snu układa się jak wielbłąd:


Po południu stwierdziłam, że nastąpiło cudowne ozdrowienie. Jeszcze trochę czuję zatoki, ale to nic niezwykłego, wirusowe gardło ustąpiło zupełnie.

Śmierć w przebraniu czyta mi się świetnie, jestem w jedenastym rozdziale.

wtorek, 19 grudnia 2023

1464. Łamanie w kościach.

Zanim na dobre wyszłam z łóżka, dokończyłam czytanie I nie było już nikogo Christie (Agora, 2004). Później Malinka przyszła do nas ze swoim wielki nosem i zapytaniem, czy już wstajemy, bo jeśli tak, to możemy ją pogłaskać. Wstaliśmy po wpół do ósmej, żeby zdążyć zrobić wszystko w odpowiednio wolnym tempie: picie kawy, zjedzenie jajecznicy, pogawędka, wyjazd do Wro.

Byłam umówiona na Ostrowskiego o wpół do jedenastej. Przyjechaliśmy przed czasem, odbieranie dyplomu zajęło mi mniej niż kwadrans, nawet nie zapłaciliśmy za parking (młode dziewczyny, które się nie uśmiechają, chociaż mają zęby … arghh). W planie było też szwendanie się po Magnolii, pojechaliśmy w tym kierunku, niestety w drodze poczułam się gorzej. Reumatyzm chodził mi po nogach od rana, wprawdzie jeszcze spokojnie dałam radę zrobić małe zakupy w Yves Rocher, ale gdy weszliśmy do Empiku tak osłabłam, że musiałam wyjść do sąsiedniej Sowy, żeby usiąść na krzesełku. Dla wsparcia zamówiłam herbatę zimową i małą tartoletkę. Kochany zrobił zakupy i wychodząc z centrum handlowego tworzyliśmy parę zdecydowanie odcinającą się od tła: wśród ludzi obładowanych papierowymi torbami prezentowymi maszerowaliśmy z trzema wiaderkami śledzi i dwoma kilogramami bardzo dobrze widocznych przez plastikową torbę pieczarek. Poza tym Fred kupił w Empiku cztery płyty cd, w tym Karolinę Cichą i Janerkę.

Wyjeżdżając z Wrocławia próbowałam się skontaktować z rodzicami, ale na próżno, przez to przyjechaliśmy do zamkniętego na cztery spusty domu (rozminęliśmy się z tatą). Ponieważ zdecydowanie w lesie nie było co robić, we wsiowej aptece Fred nakupił specyfików cudotwórczych i wróciliśmy pod miasto, żeby w Zajeździe poczekać na rozwój wypadków. Zjedliśmy po zupie i ruszyliśmy z powrotem do wsi tuż przed rodzicami. 

Po obiedzie wzięłam nurofen, na razie chyba działa. 

Nadal bawi mnie odcinek Columbo z odniesieniem do Obywatela Kane’a.

poniedziałek, 18 grudnia 2023

1463. Kawa, seriale, czas.

Moje Kochanie spało trochę dłużej (wczoraj Fred poczuł, że coś łapie, wziął gripex i dzisiaj na szczęście ozdrowiał). Między nami przez jakiś czas drzemała Niunia, która najpierwsza wdrapała się na łóżko i nie mieliśmy serca jej eksmitować. Kurier z prezentem dla mnie (cicho, bo tajemnica) przyjechał na szczęście przed południem, potem mogliśmy w spokoju zjeść śniadanie i zaplanować następną część dnia do obiadu.

W mieście Kochany postanowił zajść do lokalnego PZU, żeby się doinformować w temacie podwójnego ubezpieczenia. Najpierw jednak udaliśmy się do Kota. Zaskoczyły nas pozytywne zmiany, lokal przeniósł się o jedne drzwi na prawo, zyskał przestrzeń i toaletę, wytwarza też władze ciasta, więc poza kawą zrobiliśmy degustację tartoletek z pomarańczą, a Fred kupił dwie paczki świeżo wypalonych ziaren.

Saga ubezpieczeniowa chyba dobiegła końca. Pani w lokalnym biurze wyjaśniła Fredowi zawiłości zagadnienia i okazuje się, że to najprawdopodobniej tyle w temacie (być może osoba zawracająca głowę odhaczyła okienko, ale nie powiedziała 'przepraszam'). Dość szybko wróciliśmy do domu, chcieliśmy zdążyć przed wyjazdem tatki do miasta, bo nie mieliśmy drugiego klucza do głównych drzwi.

W czasie nieobecności rodziców wyszliśmy na cmentarz. W sobotę minęło 20 lat odkąd zmarł dziadek Bronek; czas wcale nie przeleciał tak szybko, ale nadal pamiętam jakby to było miesiąc temu.

Po powrocie rodziców obiad. Czytam kryminał Christie, drzemię, mama ogląda Pogranicze w ogniu, pichci bigos, zerkamy na Columbo. Jemy we czwórkę kolację i rozmawiamy m.in o tym w jaki sposób dobre filmy są dobre. Z powodu wcześniejszej drzemki późnym wieczorem mam jeszcze siłę posiedzieć i czytać; zauważam, że laptop chimeruje, więc włączam antywirusa.

niedziela, 17 grudnia 2023

1462. Podróż z mężem.

Budzik zaryczał o 3:30, Fred wstał pierwszy, żeby napić się kawy; plątałam się po parterze myjąc zęby i ... dalej to nie wiem na czym upłynął mi czas, ale wiem, że na przystanku byliśmy 45 min. później. Na lotnisko doturlaliśmy się ok. szóstej.

Fast track bardzo nam ułatwił życie (Fred jak zwykle zapiszczał na bramce i musiał tłumaczyć, że jest robocopem), najpierw poszliśmy do perfumerii załatwić sprawę prezentu (nie napiszę więcej, bo tajemnica :)), potem rozsiedliśmy się przy śniadaniu w Marqette (kanapki bez kaw, gdyż napój kawopodobny nie rokował). Odlatywaliśmy z samego podogonia lotniska i trzeba było zejść do borsuczej nory, gdzie przyszli pasażerowie z braku krzeseł okupowali podłogę. Na plus zaliczam sprawny wylot. Wprawdzie jeszcze jadąc autobusem do stolicy czuliśmy powiewy wiatru i przy starcie też bujało maszyną, ale w sumie nic wartego utrwalenia się nie wydarzyło, nawet podróżnicy byli spokojni i mało skłonni do panicznego gmyrania w schowkach nad głowami albo wychodzenia co 10 minut na siku.

Magdeburg w objęciach Łaby.

W Polsce również nieźle wiało; przylecieliśmy kwadrans wcześniej niż to było w planie, a ponieważ rodzice zapowiadali spóźnienie, tym milsze było moje zaskoczenie, gdy przywitali nas w sali przylotów. Pojechaliśmy do Korony na Krzywoustego, zjedliśmy tam obiad w Greco po którym poszliśmy do Deserowni napić się kawy. 

O trzeciej nareszcie w domu, witani kolejno przez Miauczysława (na zewnątrz) i Maksia (wewnątrz) oraz całą resztę czworonogów. Oglądaliśmy Vabank w telewizji publicznej (mama przeprosiła się na razie z klasykami, wiadomości nadal nie ogląda) i skoki narciarskie na TVN-ie. Plany na tydzień są luźne. Słuchając kakofonii dźwięków znalazłam na półce I nie było już nikogo Agathy Christie (Agora, 2004); bardzo dobrze!

sobota, 16 grudnia 2023

1461. Przygotowania.

I po co wyłażę z wyra przed słońcem? Internet, herbata, stopy mi marzną, powrót do łóżka. Oboje wstajemy dopiero po dziewiątej. Robię Kochanemu kawę, startujemy powoli z dniem, odprawiamy się dodając fast track i chwilę lamentujemy nad faktem bezsensowności przebukowywania biletów powrotnych na późniejszy lot (gdy kupowaliśmy bilety, późniejszego samolotu nie było, teraz z kolei przebukowanie się nie opłaca), feck it. Małżonek nastawia pranie pościeli. Śniadamy (krewetki przegryzane oliwkami i chlebem z resztkami pasztetu pomidorowego). Dzwonię do rodziców, żeby ich uprzedzić o możliwej wizycie kuriera (rychło w czas, bo mama już dostała dwa zawiadomienia o kurierze, a nie jest bezbronną staruszką). W końcu zaczynam się rozkładać z pakowaniem walizki, pastowaniem glanów, przeglądem kosmetyków i skarpet. Myję włosy i obcinam sobie grzywkę tępymi nożyczkami, bo włazi mi do oczu jak koniowi. Kochany odpala płytę zespołu Faun Fables, Born of the Sun (2016) i robi oryginalny obiad z kolejnych resztek znalezionych w lodówce (plastry bakłażana natarte oliwą z czosnkiem, posypane cheddarem i udekorowane pomidorkami koktajlowymi + nadziewane pieczarki + steki z tuńczyka + fasolka szparagowa + kartoffeln). A w ogródku ptasia szarańcza oraz Bán poluje, przy tej samej Mysiej Górze, co kiedyś Rysio

Gdy Kochany kończył przygotowania obiadowe, w oknie pojawiła się taka twarz:

Szczęść norze, a co dacie? Po obiedzie oddaję pieniążka i bazylię pod opiekę Annie i wyjeżdżamy na chwilę do miasta, żeby w TK Maxxie kupić jeszcze jeden prezent, mały termos (w drodze do domu znowu ciemno, w tym momencie mam ochotę zapaść w sen zimowy). Pakuję prezenty w ozdobny papier, piję herbatę, kombinuję co założyć pod kraciastą suknię bez rękawów, zmieniam plan i biorę inną marynarkę na drogę, pół godziny po szóstej jestem w zasadzie gotowa (laptop nadal działa, ładuję telefon). Jeszcze słuchanie Dezertera, dwa jajka sadzone na kolację, w końcu ubieramy się do wyjścia, rozłączamy kabelki, wyrzucamy ostatnie śmieci do kubła w ogródku, tuż przed ósmą ruszamy na północ.

Nie wezmę jeszcze jednego prysznica, bez przesady. Leżę pod kołdrą w koty, Fred ma przygotowany materac ustawiony w poprzek. Po herbacie i rozmowach z przyjaciółmi zaczęłam odczuwać znużenie. Ka wyszedł na późny spacer z psem. Z Kochanym nastawialiśmy zegarki na bardzo wczesne rano.

piątek, 15 grudnia 2023

1460. Rozproszona.

Dzisiaj to już zupełna degrengolada wstawalnicza. Bo czy naprawdę muszę? Środek nocy jest. Więc obudziłam też Freda, kawą i pocałunkiem w ucho, żeby i jemu nie było za dobrze. Dalej, jak zwykle w piątek: dzieciaków niby nie ma cały tydzień, ale do mnie złażą się wszystkie, co je mam na liście i wiadomo jak to jest, zupełny rozgardiasz, chociaż akurat większość czasu narybek ma buzie na kłódki. Pierwsza przyjemność: Emma była moim sikret santa, dostałam od niej kalendarz naścienny z myszami, jeżami i borsukami :D Ze względu na zamieszanie z urlopem zostałam w pracy kilka godzin dłużej, żeby symbolicznie odrobić, co mogę mieć do odrobienia, na koniec uścisnęłam koleżanki pozostające na posterunku (Katrin, Saren) i chodu. 

Umówiłam się z Kochanym w Bootsie, bo jeszcze chciałam kupić krem na podróż, następnie za rączkę poszliśmy na obiad do CG. Miło zaskoczyła nas kelnerka w hidżabie, m.in. tym, że okazała się ... Polką :)

Żeby się jeszcze mniej smucić (Kochany nadal był spięty i podminowany rzeczywistością) po zmroku ruszyliśmy do Czarnej na kawę. Miejsce roiło się ludźmi, szczególnie młodymi, którzy o tej porze zbierają się na wielokrotne randki oraz wspólne "czytania poezji" ;)

Następnie poszliśmy miastem w kierunku samochodu, ale raczej niespiesznie: zdążyliśmy sprawdzić, co jest w miejskim kinie oraz zajrzeć do okulisty, żeby obejrzeć oprawki (z początkiem roku trzeba mi będzie wymienić szkła, bo jestem coraz bardziej ślepa).

A to już Bán witający nas pod domem:

Ledwie zdążyłam naciągnąć na siebie inne gatki, gdy zapukała do nas sąsiadka. Katlin przyniosła nam prezenty: szal dla Freda (z serii Quiet Man, brązowo-niebieskawy), szal i rękawiczki dla mnie (kaszmirowe, zielone, Carolyn Donnelly) oraz voucher do Farmy w Termon (pewnie zrealizujemy go po powrocie). Sąsiedzi zaprezentowali nam też swój samochód udekorowany światełkami i dostali od nas mikołajka do zintensyfikowania krismasowej dekoracji.

Cóż poza tym? Kochany pozbywa się legendarnych czerwonych spodni w których widziałam go po raz pierwszy na żywo (minął ich czas). Świekra chyba dobrze zniosła zabieg na oczach, rozmawiała chwilę z Fredem i brzmiała bardzo rześko. Małżonek kupił dodatkowy bagaż i już się spakował, więc jutro tylko ja będę nieprzytomnie kręciła się po domu w celach poszukiwawczo-odkrywczych garderoby i rozumu. Wykorzystałam papier pakowy z naszych prezentów do opakowania prezentu dla mamy i Luś. Fred przyszywa guziki na szelki (odprute od czerwonych spodni) do innych spodni, bo przecież szelki muszą być. W okularach na nosie do późna mocuje się z igłą.

czwartek, 14 grudnia 2023

1459. Nadal ciemność.

Ciało rybaka, którego szukano od wtorku, znaleziono dzisiaj rano. Tu gdzie mieszkamy jest to zawsze duża rzecz, takie poszukiwanie i znalezienie. 

W pracy pożegnałam się z Bridżet (odchodzi na dobre?) oraz z Luizą (widzimy się dopiero w nowym roku). Kochany odebrał mnie z Centrum jak zwykle (gdy ma wolne), tym razem poirytowany, bo wszystko jakoś idzie nie tak (np. zapomniał, że miał rano umówione szczepienie na covid, a po południu w ośrodku głucha cisza i nie ma informacji, kiedy są otwarci).

Po powrocie do domu zanieśliśmy prezent Annie kilkakrotnie potwierdzając daty naszej nieobecności. Sąsiadka przypomniała nam o czymś, co już wiedzieliśmy od Katlin: do domu Betty wprowadzili się nowi lokatorzy. Betty, którą zabrano z naszego osiedla rok temu, podobno nadal żyje, ale nie może już mieszkać samodzielnie.

Już wiem, co dostanę od mojego Gwiazdora. Gwiazdor poprosił o namiary na przedmiot, a ja mu je udostępniłam. Uważam, że Gwiazdor wydaje za dużo pieniędzy :)

Tymczasem czytam o co chodzi z powiedzeniem Święta Łuca dnia przyrzuca. I się okazuje, że może i owszem, ale to było dawno i nieprawda, przed zmianą kalendarza na gregoriański. Teraz nic z tego, ciemność nadal trwa, a ja mam po dziurki w nosie jeżdżenia do pracy i zajmowania się mało interesującymi sprawami innych ludzi. Fred zaczął przegląd rzeczy do spakowania.

środa, 13 grudnia 2023

1458. Śledzie, Nano, jaja.

Środa była jasna i spokojna. Oboje mieliśmy wolne; nie mogłam spać, wylazłam z łóżka przed szóstą, żeby napić się herbaty, przejrzeć internety i ... zjeść śledzie w jogurcie. Nie wiem, czy to zbliżające się święta, ale śledzie są u mnie mocno na topie, w ciągu półtora tygodnia było to trzecie śniadanie śledziowe. Napita, najedzona i doinformowana wróciłam do sypialni i zziębnięta przytuliłam się do cieplutkiego Freda, żeby zapaść w sen na następne dwie godziny. Drugi raz wstałam ok. dziesiątej, gdy małżonek już urzędował w Kuchniosalonie. Pogoda była na tyle piękna (jak na grudzień), że postanowiliśmy gdzieś połazić, a żeby upiec dwie pieczenie, ruszyliśmy do miasta przypomnieć się Pani Wytrzeszczającej. Tak, tak, jesteśmy na liście, jak nas nie będzie wtedy, gdy mamy być, to dopiero po świętach. No nic, po zapisaniu w głowie Pani Wytrzeszczającej informacji, że jak nie dostaniemy o co się nam rozchodzi, to się nie odczepimy i merrychristmas, poszliśmy z Kochanym do Czarnej natykając się w drodze na chór nastolatków śpiewających świąteczne kawałki pod kościołem z łbem Plunketta. 

Pani Stempelek była jak zwykle hojna.

Po kawie wyszliśmy na miasto. Dawno już nie było nas w Highlanes Gallery, więc dlaczego by nie? Z przyjemnością obfotografowałam trzy obrazy Nano Reid i wdałam się w rozmowę z Nelą, która poleciła mi dwie książki na temat wystaw lokalnej malarki. Fred zaraz kupił mi albumy w prezencie.

Po wizycie w galerii wracaliśmy do samochodu po drodze podziwiając dirty old town. Tak więc był grzyb wyrastający z fasady domu i miejsce w centrum miasta (Church Lane), gdzie mogłabym się przeprowadzić, miejsce ciche i (aktualnie) zatęchłe, nadal czekające na duży remont, który odmieni jego życie.


Po powrocie do domu było jeszcze jasno, Kochany zaszedł do ogródka, żeby nasypać ptakom karmy i w ten sposób przypomniało mi się, że nadal nie wysadziłam części cebul narcyzów. Postanowiłam zrobić to dzisiaj chociaż z Ripami van Winkle. Grzebiąc w ziemi napotkałam coś takiego:


Rozmawiałam też z Bánem, który pojawił się niemal natychmiast po tym, gdy weszłam do ogródka (nagadał mi, że aż Fred postanowił dać mu żarcie).


Mam nadzieję, że udało się mi wyłuskać spośród cebul tyle Ripów, ile ich tam było (większość była łatwa do rozpoznania). Czyli jedna pożyteczna rzecz (albo druga, nie zapominajmy wszakże o bezimiennej Pani Wytrzeszczającej) odhaczona ku uciesze a pomyślności ogółu. 

Gdy wracaliśmy do domu na zatoce widać było kilka krewetkowców. Od rana latały nad wsią helikoptery, dopiero po południu Katlin powiedziała Fredowi, że na morzu ktoś zaginął, jednego (starszego) znaleziono żywego, drugiego nadal szukają. Nawet tak łagodna woda jest śmiertelnie niebezpieczna o tej porze roku.

Kochany zrobił nam obiad. Trzecia pożyteczna rzecz zrobiona przeze mnie, to sprawdzenie egzaminów zalegających w domu od tygodnia. A to, prosz bardzo, prezent albumowy:

wtorek, 12 grudnia 2023

1457. Dwunastego grudnia.

Fred sądził, że przed naszym wylotem do Polski nie będzie miał więcej zleceń, ale wiadomo jak to jest z planowaniem czasu wolnego. Kochany wyjechał więc z rana do pracy, a ja wkrótce za nim, w lekkiej mżawce i powoli rozpraszającej się ciemności, która ledwo pozwoliła mi zauważyć lecącą w górze czaplę. Kilku osobom w Centrum opowiedziałam o Polakach zajadających popcorn podczas oglądania w kinie upadku dwutygodniowego rządu PiS. Dżim aż pokraśniał, you have to respect that! stwierdził ze śmiechem. Też tak myślę. Jesteśmy narodem pełnym niespodzianek.

W ciągu dnia zaszłam do Pań Wytrzeszczających się, żeby im zgłosić, że w sypialni znowu cieknie z sufitu ("znowu" w sensie tak jak kilka lat temu, ten sam zakątek z butami, ta sama plama). Usłyszeliśmy plumkanie wczoraj wieczorem, podczas rzęsistego deszczu (Kochany nie mógł przez to spać, ja za to jak kot, z boczku na boczuś, niezrażona sytuacją jako mnie Ryszard nauczył).

Po obiedzie ("na lenia", krokiety z polskiego sklepu) Fred rozmawiał z Usz o sytuacji politycznej i planach domowych. Wbiega jakiś chłopiec, który zawsze dostawał cukierka, a teraz mu nie dali ... i on nie bardzo sobie radzi z tą emocją, analizuje szwagierka. To jest taki poziom żenady, że aż boli (bo to nie jest taki poziom żenady, że oglądasz, żeby się pośmiać). Prawda. Świekra będzie na święta u córki, my daleko. Ale na razie jesteśmy tutaj, pranie suszy się na dwóch suszarkach, ziewamy i snujemy się po domu znużeni pogodą, może też podskórnym niewyspaniem albo po prostu oczekiwaniem na wyjazd.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

1456. Drugi Tusek.

Małżonek odwiózł mnie do pracy i wrócił do domu zrobić duuużo rzeczy (np. umył okna). 

Po moim powrocie zaszliśmy do Katlin wręczyć jej prezenty krismasowe, obowiązkowo musieliśmy więc wejść, usiąść w salonie i odbyć z gospodynią pogadankę o świątecznych potrawach. Potem obiad Fredowy (kalafior z beszamelem, gdyż lubię) i wałęsanie się po Kuchniosalonie z gadaniem. Prysznic. Dzwonienie do rodziców, żeby się pośmiać z wiadomej sprawy politycznej. Za Pierwszego Tuska zaczynałam blogowanie oraz poznałam małżonka mego aktualnego. I patrzcie no państwo, dzisiaj Drugi Tusek. 

Deszcz myje czyste okna. 

niedziela, 10 grudnia 2023

1455. Dziesiątego grudnia.

Poranne słoneczko przeszło w szary, porywisty wiatr. Po śniadaniu obejrzałam postępy mieszkaniowe Karoliny, skończyłam lekturę szkiców Dymkowskiego (Avalon, 2020) i zaczęłam słuchać Tajemniczej historii w Styles Agathy Christie (czytanej przez Macieja Słotę; Wydawnictwo Szkolne Omega, 2010). Nad wybrzeżem przeszedł kolejny sztorm, Fergus. Może z powodu związanych z tym zmian ciśnienia położyłam się na drzemkę trwająca dwie godziny. Kochany zrobił w tym czasie pranie, a po mojej pobudce uraczył nas oboje obiadem i w ciemności wyjechał do miasta po prowiant. Słuchanie audiobooka zajęło mi z przerwami większość dnia, rozmawiałam też z rodzicami (żeby się nie wygadać mamie, co dla niej kupiłam, ciągnęłam dyskusję o pogodzie, bigosie i dokazujących kotach) oraz wysłuchałam z Fredem piątkowego pożegnania Shane'a McGowana (trochę się porozklejaliśmy). W weekend nie zrobiłam nic związanego z pracą i pewnie dopiero jutro przy śniadaniu zacznę przeglądać arkusze egzaminacyjne. Git, zostało pięć dni do urlopu.

sobota, 9 grudnia 2023

1454. Sztorm Elin.

Przed śniadaniem zaskoczyła nas smutna, spóźniona wiadomość o zamknięciu Stockwell Artisan Foods. Ostatnio wolałam CG; w ciągu tygodnia zdarzało się mi kupować u nich falafel box, ale nie zaglądałam od jakiegoś czasu (może nawet liczonego w miesiącach). Miejsce miało szczególny klimat i walor sentymentalny dla nas obojga. Bardzo szkoda, że nie spotkamy już Gwen i przemiłej Fiony.

W planie mieliśmy z mężem wyprawę do Carlingford i kupienie biżuterii. Aś zanurzyła się w życie partnerskie (które akurat przyniosło jej cytryny - stracili z partnerem kota i opłakują), w związku z czym nie było szansy, żebyśmy spotkali się po drodze, plan został jednak zrealizowany: po późnym sobotnim śniadaniu wyjechaliśmy na kawę (na kasie znowu stała skwaszona Aura, która nawet przemówiła, nic nie szkodzi, że tylko do męża ;)), a po napitkach ruszyliśmy przed siebie najdłuższą trasą z możliwych (droga nad morzem, Blackrock, góry): 


Wiało, wiało i wiało. Po dojechaniu do miasta od razu weszliśmy do jubilera, kupiłam dla mamy kolczyki z topazem, i nie wiem, czy okazanie pierścionka zaręczynowego miało jakiś wpływ, ale dostałam 10% rabatu. Zjedliśmy obiad u Ruby Ellen's (Fred rozpływał się nad domowym chowderem), a ponieważ zostało nam trochę czasu do spotkania z przyjaciółmi, udaliśmy się w przeciwnym kierunku, żeby przejść się po księgarni Waterstones w Newry. 

Dopiero przy wieczornej herbacie dowiedziałam się od Jot o co konkretnie chodziło z towarzyszącym nam w drodze wiatrem. Nieświadomi zagrożeń podróżowaliśmy w sztormie o nazwie Elin (na jutro jest zapowiadany jej kolega).


Na koniec seans Jak pies z kotem (2018) młodszego Kondratiuka na Netflixie - sam film taki sobie, tematyka trudna, nie za bardzo kondratiukowa, za to trio aktorskie Więckiewicz/Łukaszewicz/Konieczna bardzo dobre. 

I tak to, nie robiąc w ciągu dnia niczego pożytecznego teraz lecę z nóg.

piątek, 8 grudnia 2023

1453. Ósmego grudnia.

Gdy Fred tuż po południu zajechał pod Centrum, zaproponowałam rajd do Costy. Mieliśmy bardzo dobre wyczucie czasu, bo za nami w kolejce stanął Ka (ze swoim podopiecznym), który zauważył skwaszoną (jak zwykle) minę Aury i zaśmiewał się z tego serdecznie (mamy zaproszenie do przyjaciela na jutro). Kawa była oczywiście bardzo dobra, nasz emotional bullying też niczego sobie, do domu zjechaliśmy około drugiej i od razu wyhaczył nas Bán z zapytaniem, czy go lubimy. Ugięliśmy się (borze, jacy my jesteśmy miętcy wew środku) i gamoniowaty sąsiad dostał jedną puszeczkę jedzenia (na zewnątrz, żeby nie było). 

Kochany błądząc dzisiaj po mieście znalazł jeszcze jedną rzecz wartą kupienia, wełnianą czapkę w stylu hełmu z lat 20-tych (błękitny Seeberger). Fred myślał przy tym o teściowej, ale ponieważ w tym roku kupiliśmy już mamie czarną czapkę z tej samej firmy, w identycznym kształcie (to się nazywa cloche), a wiem, że mama ma drugą bardzo podobną, hełm wylądował na mojej głowie i bardzo się z niego cieszę (teraz myślę o jakiejś zajebistej broszce do hełmu, najlepiej w mocno kontrastującym, oczojebnym kolorze).

Ucieszyły mnie również zmiany na koncie bankowym: niespodzianie pojawiła się spora sumka zwrotu podatku za zeszły rok. Bardzo dobrze (szybko się uwinęli, spodziewałam się kasy raczej przed naszym wylotem do Polski). Z innych ogonów: umówiłam już Freda z polską fryzjerką (mąż bardzo się domagał stworzenia sytuacji dogodnej do przedświątecznych postrzyżyn).

Obejrzeliśmy z Kochanym Inaczej niż w raju (1984) Jarmuscha. Jak zwykle, dobry Jim :) A teraz prysznic, książka, ciepła herbata, łikędzik zasłużony a miły sercu.

czwartek, 7 grudnia 2023

1452. Siódmego grudnia.

Kochany mógł mnie dzisiaj podwieźć do pracy, a gdy mnie z niej zabierał okazało się, że od rana nie był w domu (czyli podobnie jak ja). Bardzo dumny pochwalił się mi zdobyczami: kupił sobie piękne, wełniane spodnie w stylu Żądła (kawa z mlekiem w prążki, Hilfiger), dla teściowej kaszmirowy sweter z kapturem (bladoniebieski, Cynthia Rowley), dla nie wiadomo jeszcze kogo rękawiczki z pomponami (owcza skóra, ciemnogranatowe, Ted Baker) oraz perfumy Miller Harris, Craft & Glamour. 

Po powrocie do domu Fred zrobił nam obiad, a ja zajęłam się robotą mniej lub bardziej papierkową (w tym odpowiadaniem na komentarze :D). Obiad był pyszny: "robaczki", kartofelki i bakłażany. Mój chomik europejski pokazał mi prezenty skitrane dla różnych ludzi, dowiedziałam się też, że w poszukiwaniu przygód nie poprzestał dzisiaj na naszym mieście i dojechał aż do Blanchardstown. No nie upilnuję ;D. Może jeszcze kupię mamie kolczyki, bo to był od początku dobry pomysł, tylko się wahałam. I już wiem, co dam Kochanemu pod choinkę, no ;) 

Dzięki temu, że Kochany odebrał mnie z Centrum zaraz po pracy i nie musiałam deptać na spóźniony autobus, dzień mi się wydłużył i przybyło mi optymizmu. Piąteczek, piątunio jutro, jest dopiero po dziewiątej, a ja mam już przygotowane prawie całe zajęcia i mogę zacząć jeść ciastki.

środa, 6 grudnia 2023

1451. Mikołajki.

Okazuje się, że jest coś takiego jak paśnik online, z kamerą zainstalowaną w nadleśnictwie Babki. Przy porannej herbacie zielonej dorzucam tę rozrywkę do medytacji żubrowej.

Oboje z Kochanym wpadliśmy w rytm budzikowo-grafikowy, budzik zapodaje rytm, my wykonujemy czynności. Środa była jeszcze bardziej szara niż wtorek (chyba nie tylko ja tak odczuwałam, bo z grupy pojawił się tylko Luk), a gdy wracałam do domu (zresztą znowu spóźniona - autobus podjechał po 25 minutach) na dobicie zaczął padać deszcz. Wcześniej nie miałam siły, żeby wymyślać coś na obiad, po drodze wrzuciłam do torby kulki wołowe, ale też wędzone tofu i seler naciowy do sałatki z jajka na jutrzejszy lunch. Co zrobię z tofu, tego jeszcze nie wiem; highlightem powrotu było spotkanie na dworcu Anne taszczącej walizy z Dublina do wioski, która poradziła, żeby tofu zamrozić. Poza tym sąsiadka poinformowała mnie, że rozmawiała z Sandrą (w sprawie opieki nad kotem koleżanki z pracy) i przy okazji powiedziała jej o śmierciach naszych kotów, więc obie dostałyśmy szczere wyrazy współczucia. Czy warto wspominać, że przy wyjeździe z miasta w nasz autobus uderzyła z boku osobówka? Kierowca tylko wychynął z kabiny i zapytał czy wszyscy są okej, a skoro osobówka udała się w dalszą podróż, zaś nasz autobus działał, kierowca-Irlandczyk podjął jedyną słuszną decyzję, aby jechać tam, gdzie miał być od dawna, thanks goat.

Zjedliśmy z Fredem obiad, zadzwoniłam do rodziców - mame już drzemała, tatko skrótowo nakreślił, że i u nich też dzieje się niewiele (poza jego nosem, który nie doszedł do siebie po covidzie), a mnie zamykały się oczy. Za dziesięć dni będziemy zygzakami przemieszczać się do celu. Tymczasem wiatr śwista, skrzypi wlotem do listów i trzaska furtką ogrodową. 

wtorek, 5 grudnia 2023

1450. Piąty grudnia.

Wydawało mi się, że w sypialni jest kot. Pewnie mieliśmy tak z powodu otwartego okna (Fred też odniósł wrażenie, że ktoś się nam wpakował do łóżka, ale to niemożliwe, okno pozostało minimalnie uchylone; mimo wszystko trzeba nabyć window stoppera). W drodze do przystanku zobaczyłam biało-rudego kota na skwerku i przez moment pomyślałam: Rysio. Amber posilała się odpadkami rozglądając się na boki (widać, sąsiad z prawej już nie spał o tej porze i wyrzucił stary chleb dalej od domu; może ktoś mu zwrócił uwagę, że przyciąga tym mewy na osiedle). 

Książka „na podróże” do/z pracy została wybrana z powodu swoich gabarytów - Czekając na barbarzyńców J.M. Coetzeego (Znak, 2007), bardzo konradowska. 

Od rana do nocy ciemno, wilgotno i chłodno, w Centrum wszyscy ziewali albo się chichrali. Autobus popołudniowy znowu był spóźniony, tym razem całe 20 minut. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia (ręce miałam zgrabiałe) szybko przygotowałam sprawy obiadowe (obrałam kartofle, pocięłam brokuła na różyczki, brązowe pieczarki pokroiłam i wyłożyłam na patelnię, zamieszałam jogurt z ziołami prowansalskimi i czosnkiem) i zaczęłam się rozgrzewać gorącą herbatą. Kochany też był spóźniony, w ogóle wokół miasta widać jakieś świąteczne wzmożenie ruchu (rano autobus dojechał do mojego przystanku na tyle późno, że nie opłacało się już zachodzić do kawiarni ... gdybym chciała, chociaż nie chciałam, bo dzisiaj przezornie wzięłam ze sobą herbatę w termosie). 

Gdy tak krzątałam się w kuchni, usłyszałam za oknem jakieś poruszenie i miauk. Biała zmarznięta sierota znowu przylazła. Zaprosiłam Bána do domu, wszedł i od razu się tego wystraszył, więc wyszedł za chwilę, gdy ponownie otworzyłam drzwi. Mam wyrzuty sumienia, że go wypraszam. Nie wiem czemu ten gamoń ciągle przychodzi (jakby nadal nie dowierzał, że wujka Rysia nie ma w środku).

No i to tyle z radości, że Usz ze Szwagrowskim zawitają do nas na początku roku. Świekra ma zaplanowane operacje, Usz chce się nią opiekować, więc przyszłość się skomplikowała. Wieczorem Kochany rozmawiał z siostrą, żeby upewnić się na ile cała sytuacja jest dla Usz okej. 

Miałam przygotować choć część zadań na piątek, ale walić to; tylko przyjemności.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

1449. Czwarty grudnia.

Słuchając porannych wiadomości w Radiu RTÉ 1 nie da się nie zauważyć, że Irlandczycy intensywnie zbierają kaskę na dzieci w Gazie. Czy to oznacza wskazanie po czyjej są stronie?

Źle nam się obojgu spało (Fred potwierdził to w rozmowie w czasie swojej przerwy w pracy), trzeba wietrzyć sypialnię, najwyraźniej przywykliśmy do zimnego Rysiowego wychowu. Za oknem całodzienna chłodna szarzyzna.

Jestem z siebie zadowolona, bo udało się mi odrobinę przebić balon marazmu. Pranie, wiadomo, robi się samo, ale złożyłam też podanie o pracę (wiem, że nie dostanę oferty, ale jakoś trzeba zacząć) i przejrzałam nasze podatki za ostatnie lata (chyba mamy zwrot). Po drugim śniadaniu zrobiłam prasowanie do Midsomer Murders, 23.4. Wczesnym popołudniem przekartkowałam Sanditon i zaczęłam szukać innej, ciekawszej lektury. Postanowiłam nadrobić zbiór artykułów Dymkowskiego Szkice psychologa o historii (Avalon, 2020), który nie porywa jakoś wyjątkowo, ale doczytam tym razem do końca. Wcześniej otworzyłam okno w sypialni, żeby się przewietrzyło. Kiedy weszłam tam po jakimś czasie, zastałam na naszym łóżku Bána zwiniętego w kłębek. No i taka sytuacja:


Namiauczał mi, że zimno, rozejrzał się w korytarzu (pewnie szukając Rysiowych misek) i wyszedł głównymi drzwiami. Czyli w nocy nie możemy otwierać okna za szeroko.

Czekając na Kochanego przeglądałam genealogię (dokleiłam parę aktów urodzenia rodziny z okolic Tarnogrodu). Z obiadem się nie wysiliłam - otwarłam gotowca (łazanki) i podsmażyłam na patelni. Suszy mnie po łazankach, więc będzie jeszcze morze herbaty, trochę ćwiczeń na macie, czytanie i rozmowy z Kochanym (który dowiedziawszy się o miejscu złożenia mojego cv próbował się dodzwonić do Justiny).

niedziela, 3 grudnia 2023

1448. Trzeci grudnia.

I po co wyłażę z wyrka po szóstej, skoro mogę spać do kiedy chcę? Tajemnica. Internetuję. Kochany wstał około dziewiątej, zrobiłam mu kaffkę, po czym ze słuchawkami w uszach zaczęłam grzebać przy śniadaniu (słuchałam vlogów Magdy Augustynowicz). Bán się dzisiaj do nas intensywnie zapraszał - siadał na zewnętrznym parapecie od strony kuchni i gadał coś po swojemu (nawet chwilę rozmawiałam z tym małym brudasem: Gdzie jest Rysio? Dasz mi coś?).

W południe wyszliśmy na spacer nad morze:


Chłodno bardzo. Już na plaży zaczepił nas pan z małym, białym psem. Zrobił nam zdjęcia i zapytał, skąd Fred wziął taki płaszcz (chyba od początku chodziło mu o to pytanie :D). Biały piesek miał na imię Ted (west higland white terrier) i był śliczny. Podniosłam kilka kamieni, zauważyłam parę interesujących skamielin, doszliśmy do połowy drogi za winklem i w drodze powrotnej obraliśmy kierunek na pierwsze wejście w domki letniskowe.




Wróciliśmy zmarznięci i o całkiem wczesnej porze (byłam zaskoczona, że nie ma jeszcze drugiej). Zawinęłam sześć sporych krokietów "wigilijnych", żeby się nimi napchać oraz popić wszystko barszczem z majerankiem. A potem odcięło mi prąd do piątej (o jak miło móc zrobić drzemkę poobiednią!). Wcześniej Ka zaprosił nas na wieczór, więc mieliśmy w głowach grafik późnego popołudnia, Fred jeszcze musiał napisać oficjalny list (samochód w Polsce mamy chyba podwójnie ubezpieczony, dziki kraj!), ja musiałam napić się dużo herbaty. Wizyta u przyjaciół nie była długa (Kochany znowu jutro do pracy o zbyt wczesnej porze), przed dziesiątą byliśmy z powrotem w domu. Noc smolista, na wybrzeżu zacina nieprzyjemny wiatr.

sobota, 2 grudnia 2023

1447. Garść faktów.

Jeszcze w listopadzie, po powrocie ze ślubu, rozmawiałam na messengerze z Luś, coś tam z doskoku. Dzisiaj rano chcąc do niej zagadać jeszcze raz przewinęłam naszą wymianę zdań i znalazłam wypowiedź, której wcześniej z jakichś powodów mój mózg nie zarejestrował: 

M to siostra Luś, ta co jej to powiedziała, była moją uczennicą w czasach zamierzchłych, a Pani *** to ja. Bardzo mnie to zdanie uśmiechnęło. Kochana Wikcia. I rozbawiło, ponieważ teraz nawet bardziej czuję, że kaleczę język angielski, a moja wymowa jest daleka od swobody. Czy miałam na uczennicę jakiś wpływ? Moim zdaniem bardzo ograniczony. Zdarzyło mi się spotykać dzieci "fajne" z natury, takie o których myślałam sobie "mójjeżu, rodzice muszą być zadowoleni, mogłabym adoptować". Wikcia była jedną z takich osób, a teraz sama uczy i podobno ja byłam jej inspiracją. Kyrk, nie powiem. 

Sobota zaczęła się więc miłym wspomnieniem. Tak siedząc przy zielonej herbacie skrolowałam internety, aż wstał mój Kochany i włączył płytę Bowiego, Honky Dory (1971). 

Na dworze słonecznie i bardzo chłodno. Zaraz po śniadaniu wyjechaliśmy do miasta, najpierw na kawę do Costy, potem w celach prezentowych (mamy już małe upominki dla sąsiadów) i spożywczych (obiady, np. składniki na krokiety). Zmarudziliśmy czas do szesnastej kończąc łazęgę w polskim sklepie (herbaty, czerwony barszcz i inne delicje). Po powrocie zrobiłam obiad (dawno już nie jedliśmy steka z tuńczyka) i rozmawiałam trochę z Kamą, która wczoraj wróciła do blogosfery. Po obiedzie Kochany oświadczył mi, że jest gotowy na oglądanie przygłupich seriali kryminalnych, dzięki czemu obejrzeliśmy odcinek 3.02Sherlocka Holmesa z Cumberbatchem. 

Rozmawiałam z mamą (pada śnieg, pierogi i uszka już zamówione). 

piątek, 1 grudnia 2023

1446. Już niedługo.

Z rana szron i błoga, mroźna cisza; w Centrum na początku nawet lodowato. Praca jakoś przeleciała (dwoiłam się i troiłam, na szczęście jest Katrin-asystentka), Kochany jechał przez miasto dopiero po pierwszej, więc czekając na niego kupiłam filtry do kawy w M&S i zjadłam obiad w CG (jagnięcina w czymś, co się nazywa fasolia). O drugiej już byliśmy w domu, żeby prowadzić osiadłe życie borsuków. Przed drzwiami zastaliśmy pudło (kurier widać był szybszy), a w nim kupiony przez Freda prezent dla Szwagrowskiego - martensy. Kochany jeszcze przed zdjęciem pracowniczej uprzęży wyszedł na ogródek podsypać ziarna maliźnie fruwającej. Pierwsza przyleciała pliszka. Tutejsze pliszki są jaśniejsze od polskich, ich główki kojarzą się mi z trupimi czaszkami, może faktycznie przez tę jasność, albo przez fakt, że kiedyś znalazłam taką jedną główkę porzuconą przez Rysia. 

Pod wieczór dodzwoniłam się w końcu do rodziców i rozmawialiśmy z pół godziny, o Fredowych kumplach, śniegu, co to ma być, ale na razie go nie ma, o polityce, tęsknocie za Ryszardem, lekarstwach na suchość gardła i żeby się przygotowywali do nalotu dziecków, bo święta za pasem. Gosia ze Szkocji już zaczęła otwierać zestawy upominkowe, a u żubrów online nic nie widać poza opadem atmosferycznym, białym.

***

Miesiąc listopad minął wczoraj, ale dla mnie dzisiaj po południu, a nawet wieczorem, gdy wyszłam spod prysznica rozgrzana i czyściutka. Teraz ostro z górki.

(kolaż zrobiony dzisiaj, bo mi się wczoraj nie chciało)