Strony

środa, 30 listopada 2022

1080. Bo w życiu trzeba się ustawić.

Po śniadaniu wyruszyłam na szybki spacer nad morze, przy okazji połączyłam się z tatą, który akurat gotował obiad (znowu miałam wrażenie, że tatko zaraz pokaże babcię, bo przecież ona była tam zawsze). Po powrocie kawa, wysadziłam też w końcu dwa zestawy narcyzów (Bella Vista, Delnashaugh) do kast, w których będą zimowały pod ścianą domu sąsiadki (zostały jeszcze tulipany; ostatnie pięć minut w ogródku poświęciłam na wsadzenie do ziemi kawałków zawciąga, którego Fred wycharatał jakiś czas temu biorąc go za chwast).

Na obiad pojechaliśmy do miasta. Po drodze, w przejściu, gdzie Martaszka pracuje w kawiarni, przystanęłam chwilę i z Martaszką zapuściłam small talk. Ustawiłaś się. Fajne buty. Dobrze wyglądasz. Koleżanka nie chciała mi powiedzieć, jaka chmura gradowa ją goni, musi to być coś naprawdę złego. Obiad był w Cedar Gate, szybkie zakupy w Lidlu, bezowocne szukanie kubka termicznego w TK Maxxie, kawa w Coście obok. Od dłuższego czasu grało mi w głowie Gongo w wykonaniu Lubomskiego, więc po powrocie zapuściłam całą płytę. Kochany, mój towarzysz wszystkich tych historii, usiłował dodzwonić się do Andrju w sprawie wiadomej ... nie odbiera, nie odbiera, no czemu nie odbiera? Mecz jest podobno Polaków z Argentyną. Pierwsze słyszę. Ok. Popatrz... już ołówek spada, / Kawa się rozlewa też, / I czuję, że nadchodzi on, / Niedaleko, w okolicy, Gongo jest, / Naprawdę przyszedł.

***

Lystopad w randomowych zdjęciach:

wtorek, 29 listopada 2022

1079. Robótki.

Miasto było z rana równie zimne, co wczoraj, ale zupełnie szare, gdy tak szłam w dół ulicy po pierwszą kawę. Pięć godzin pracy elfa minęło szybko, na końcu dostałam świeżego sconesa z masłem i dżemem malinowym, bo byłam dobra (czterodniowy tydzień pracy stabilizuje się). 

Wróciłam do cieplutkiego domku (zamknięte okno) z zawiniętym w rogal kotem. Fred wyjechał do pracy kilka godzin przed moim powrotem. Resztę wtorku poświęciłam na rozgrzanie się, rozmowę z rodzicami (są wesoło-smutni, trochę gaworzą, trochę utyskują na starość), obejrzenie odcinka Midsomer Murders z  Hayley Mills (16.3), instalowanie programu statystycznego (zwariować można %&*!#$, jutro kontynuacja), zwijanie skarpet w kulki i inne małe robótki.

poniedziałek, 28 listopada 2022

1078. Poniedziałek bez wydarzeń.

Moje zapyziałe miasto po pracy:


Z Luśkiem się ugadać na online meeting, to gorzej niż załatwiać audiencję u papieża. Już myślałam, że jej też na głowę padło. W końcu, gdy rozłożyłam się po obiedzie z herbatą z cytryną, a kot wrócił do domu i zapadł w drzemkę obok na tapczanie, rozmowa z psiapsiółką doszła do skutku (godzina dwadzieścia sześć; zareklamowałam jej stronę genealogiczną; Ryszard domagając się atencji na dłużej wepchał swój rudy nos do kamerki). Fred też wrócił gdzieś w tych okolicach, zrobiłam mu instaobiadek i teraz słuchamy Kazika, który podobnie jak Arystoteles, pisał o wszystkim (Na żywo, ale w studio, 1994).

niedziela, 27 listopada 2022

1076-1077. Łykęd.

W sobotę posmak anyżu w płukance do ust poprzedził wymianę myśli o cukierkach. Mordoklejek toffi z makiem nie jadłam wieki całe. To było przed poobiednim wyjazdem do miasta ... Kochany miał biedronkowe skarpetki, ja założyłam nowy sweterek i buty w kwiatki, które nadal usiłuję rozchodzić. Częściowo pokazałam mamie wyprawę do Lidla i Tesco, if it makes sense; była mężowska rozmowa z Wu; obejrzeliśmy ósmy odcinek Chłopów

Większość niedzieli hodowałam w pamięci myśl, że kilka dni temu wkopałam się w wieczorne spotkanie z promotorką (na co dnia owego nigdy nie mam ochoty). Z tego powodu nawet jasność jaka spłynęła o poranku na wybrzeże nie za bardzo mnie cieszyła. Przed śniadaniem napiekłam naleśników na krokiety, i tak napychaliśmy się z Kochanym krokietami wigilijnymi na irlandzkim cheddarze słuchając Siouxie and the Banchees oraz AC/DC. Ostrzygłam Fredowi jego dyjabelskie kudełki, pogmyrałam w sieci i w końcu zasiadłam do rozmowy z dr Pierzastą (w temacie mgr nadal przeżywam chaos badawczy, stąd wynikła z mojej strony prośba o kontakt). Gdy skończyłam nawijkę online, pora przyszła na Chłopów, odc. 9 (jeśli wiedziałam, że Królówna zmarła latem, to w międzyczasie zapomniałam, szkoda, świetna aktorka; a tak w ogóle to fajnie jest oglądać z mężem peerelowskie seriale). Rozważaliśmy z Kochanym czy nie warto się wspólnie umówić, że jutro jest sobota ... wtedy oboje nie musielibyśmy iść do pracy. Oh, well. Ekscytacja po rozmowie z dr Pierzastą coś jakby się wzmaga, gadam w głowie sama do siebie, obłożyłam też dwa stare skrypty z pierwszych moich studiów w zielony papier po bukietach kwiatów. Nie sądziłam, że rozważania prof. Gajdy o Platonie jeszcze do czegoś się przydadzą (w ciekawych czasach żyję, zaiste). 

piątek, 25 listopada 2022

1075. Równowagę łapać.

Dzień znowu zaczęłam koszmarem, mam w głowie tupot lęków najwyraźniej. Tymczasem pracowniczo (i później) bardzo miło. Sama sobie sterem i okrętem, pozaczepiałam Sziwan, poszłam do biblioteki miejskiej zrobić fotokopie kilku artykułów ze starych wydań lokalnych gazet, usiłowałam też ściągnąć na nowego laptopa parę aplikacji, ale nawet z uroczym Brandonem po drugiej stronie światłowodu nie udało się nam odgadnąć why it wasn't possible. Cóż. Małżonek po mnie przyjechał i zaraz pognaliśmy do domu. Chłopa trzeba bardziej pilnować, bo znowu miał za dużo czasu i znalazł mi śliczny żakiet Paula Smitha, szary, w czarne paski, dobry na lato.

Tak jak platońskie państwo utopijne ze zrozumiałych względów do mnie nie przemawia, tak opisy przechodzenia oligarchii w demokrację, a demokracji w dyktaturę uśmiechnęły mnie szeroko. Czytanie Państwa zakończone. Jeszcze po obiedzie obejrzeliśmy z Fredem Bór (siódmy odcinek Chłopów). Pozostało mi wykupić program antywirusowy na kolejny rok i zasnąć w poczuciu, że ledwo ledwo, ale nadążam. 

czwartek, 24 listopada 2022

1074. Co by się nie działo.

Szpaki też wstają wcześnie, widziałam ich sąsiedzką chamrę, jak wzbijała się w powietrze burym świtem, gdy czekałam na autobus. Po południu Kochany zabrał mnie z miasta, zrobił nam obiad i rozłożyliśmy się do szóstego odcinka Chłopów (piąty był obejrzany w poniedziałek, po tym jak jednak nie zasnęłam), gdy Ciocia Ce zadzwoniła ze spóźnionymi życzeniami, więc też jej złożyłam życzenia adekwatne. Rozmowa była miła, bo ciocia Ce, co by się nie działo, nawet na smutno ma w głosie wesołość. Wychłodniałam w pracy i senność mnie bierze, ale dam jeszcze radę przynajmniej siódmej księdze Państwa

środa, 23 listopada 2022

1073. Depczę przez listopad z determinacją.

(ach, miałam dziwaczny sen jakoby eM powrócił i smolił do mnie cholewki w swoim psychopatycznym stylu; sen zakończył się dwoma ciałami bez nóg). Przeczytałam artykuł Środy o Etyce Nikomachejskiej. Przed wyjściem nad morze napełniłam karmniki dla wróbli i szpaków. 


Pytanie wysłane do revenue (po półgodzinnym grzebaniu w papierach, matkoboskoczynstochowsko, jakie z nimi zawracanie jest głowy), potem już tylko słuchanie Państwa Platona (omatkołansegen) z dziwnymi przerywnikami (jak rozkładanie na podłodze wszystkich posiadanych muszli i kamieni, żeby sobie na nie popatrzeć). Mama złożyła mi życzenia (wczoraj się jej zapomniało), dostałam od niej wirtualnego kotka. Pogoda skiepściła się pod wieczór, jestem w domu z Ryszardem (Fred będzie wracał z Dublina, ale to za jakiś czas), mocno zblazowana i w piątej księdze Państwa.

wtorek, 22 listopada 2022

1072. Kółka mi się toczą ...

Początek dnia toczka w toczkę jak wczoraj: lało. Tatko zadzwonił z życzeniami, chwilę rozmawialiśmy o drobnostkach. W południe wypogodziło się na tyle, że postanowiłam wyjść na spacer nad morze. Dopadło mnie w związku z tym dziwne uczucie, typowe (jak sądzę) dla osób, które mieszkają daleko od rodziny i nie mają codziennej aktualizacji oprogramowania: w trakcie spaceru pomyślałam, że fajnie byłoby zadzwonić do domu i pokazać (także babci), gdzie jestem. Nad morzem szara chmura i jesiennozimowy spokój przerywany piskami ostrygojadów. Popołudniowa drzemka skrócona telefonem z życzeniami od teściowej, potem jakieś chaotyczne ruchy, coś na kształt obiadu i na wieczór (akurat małżonek wrócił z pracy) seminarium magisterskie (po grudach do przodu). Plan lektury mam na jutro, ale wiadomo jak to ze mną jest ...

poniedziałek, 21 listopada 2022

1071. Plucha & dobry uczynek.

Miałam nic nie pisać, bo niby o czym. Szaro-buro, lało, kot też miał swoją negatywną opinię o tym poniedziałku, nie byłam nawet do końca pewna, czy pracuję czy nie (okazało się, że pracuję). Czyli miałam nie pisać, ale w kuchni przechodziłam obok gara z brokułami i kalafiorem. Na jednej z dryfujących różyczek dostrzegłam znajome rogi, wyciągnęłam je z zieleni i w ten sposób uratowałam życie skorkowi, który swoim zwyczajem w niebezpieczeństwie znieruchomiał powiewając ratunkową flagą szczecinek odwłokowych. Wprawdzie skorek pospolity jest naturalnym wrogiem rybika cukrowego, no ale to już sprawy między nimi. Chwalę się uczynkiem, jeśli nie bardzo dobrym, to dobrym wystarczająco. 

Obiad zjadłam w Cedar Gate; wróciliśmy z Kochanym do domu o zmierzchu; zapijam się herbatą i walczę z sennością całą dzielnością na jaką mnie dziś stać.

niedziela, 20 listopada 2022

1070. Ulotna.

O matulu, jak ciężko zabrać się za to, co muszę zrobić. Fredowi też lekko nie jest, małżonek długo zwlekał z zawieszeniem szafki, która od wczoraj swoją obecnością w kuchni dobitnie domagała się działania. Zrobiłam małe pranie ręczne, chwilę rozmawiałam z rodzicami, przeżyłam radość odnalezienia zapomnianej rzeczy (chowając w szafie walizkę odkryłam prezent Fredowy z tego lata, tęczowy szal Royal Speyside skitrany na jesieniozimę, który teraz pasuje do wszystkiego i jest mięciusi jak kot), zrobiłam obiad. Przed obiadem szafka na płyty zawisła w miejscu do tego upatrzonym, Kochany zabrał się więc za przyjemniejszą części zadania: rozkładanie płyt wg Fredowego klucza. Pomiędzy obejrzeliśmy wesele u Boryny. Niedziela ulatuje, gra Kult, Salon Recreativo (2001). 

sobota, 19 listopada 2022

1069. Prawie imieniny.

Po raz kolejny potwierdziła się prawda, że jak nie muszę to wyłażę z wyra wcześnie. Taki objaw wolności. Gdy Kochany pił swoją pierwszą kawę, byłam już obudzona, nakarmiona śniadaniem i do kawy pośniadannej jak najbardziej ready. 

Fred od czasu do czasu wyskakiwał z domu i tłumaczył Amber, żeby do nas nie przychodziła. Szurałam w genealogii, Kochany zaś rozłożył się ze składaniem, że tak to dowcipnie ujmę (szafka z Jyska długo czekała na swoją kolej). Gdy skończył była już najwyższa pora obiadowa, mąż ugotował kalafiora z beszamelem, słuchaliśmy do tego muzyki Maanamu (Się ściemnia z 1989 roku jest świetną płytą, nie spodziewałam się), potem trzeba nam było jechać po chleb (zmierzchało i kropił deszcz). W Lidlu oprócz pieczywa Fred kupił mi bukiet żółtych róż, oświadczył też, że w domu czeka na mnie prezent. Poza tym Costa. 

Prezenty: mięciusi sweterek Max Studio, frufru bluzka All Saints, białe sandałki Martensa (i tylko letnia sukienka na mnie nie pasowała). A dlaczego tak? Bo kiedyś tam mam imieniny, o których zapomniałam.

Poza tym rozmawiam z mamą; oglądamy trzeci odcinek Chłopów; gadamy do północka; Fred odkrył sporą sumę pieniędzy przelanych mu przez państwo irlandzkie, kombinujemy dlaczegóż (co za kraj!).

piątek, 18 listopada 2022

1068. Rozwijanie i zwijanie.

Szkoda, że byłam wczoraj zmęczona i niezdolna do docenienia wieczornego koncertu. Fred nagrał parę dźwięków, które mój mózg zapamiętał inaczej. Piątek był na pół gwizdka, zaczęłam go od herbaty i ciastka z morelą (śniadania w domu i uzupełniania wpisu czwartkowego nie liczę, mózg pracował wtedy na autopilocie) do Mozarta (w kawiarni mają zapętloną muzykę, która świetnie mnie nastraja; koncert klarnetowy a-dur). Zimno, całe szczęście, że mam nową czapulę kaszmirową, która przylega mi ciasno do łepetyny i nad temperaturą komórek mózgowych trzyma pieczę, bo inaczej byłby kryzys głowowy większy niż jest.

W pracy niezaplanowane cztery godziny więcej, ale nic to nie szkodzi (zapłacą mi, muahaha). Z rana Saren i Sziwan złożyły mi kondolencje w irlandzkim stylu; po południu poszłam z Gronją do drugiego miejsca pracy (jeszcze pachnącego farbą), potem usiłowałam zalogować się nowym mailem na laptopie (in vain, btw laptop nieomal identyczny jak mój prywatny Dell). Fred też w drodze, ładnie zgraliśmy wspólny powrót. Małżonek szczęśliwy, gdyż młynek do kawy (żarnowy Krups) został zakupiony i teraz będą dwa młynki, czyli perspektywa katastrofy spowodowanej nagłą awarią młynka została oddalona.

Rodzice zmęczeni tym tygodniem, wcale się im nie dziwię. W drzewie genealogicznym dopisałam datę śmierci babci. Słuchamy muzyki z płyt, które przywiozłam.

1067. Powrót.

Obudziłam się po piątej, w ogóle tej nocy budziłam się kilka razy, mniej więcej co dwie godziny. Przed wyjazdem ze wsi zawinęliśmy na cmentarz, żeby zapalić kilka zniczy (dzień wcześniej nie mieliśmy zapałek).

Lot był tylko trochę spóźniony, dzięki temu zanim wyleciałam z coraz zimniejszej Polski na lotnisku mogłam chwilę przysiąść z rodzicami przy herbacie (mama spokojnie wcina kanapkę i popija herbatę, jestem z niej dumna).


W połowie podróży dokończyłam czytanie Rzeźni numer pięć Vonneguta. Rewelacja. Potem tylko omiotłam wzrokiem uniwersyteckie wydanie hymnów orfickich, które wygrzebałam z domowej biblioteczki i zapakowałam do plecaka z intencją rozpoczęcia kolejnej lektury; resztę lotu spędziłam kiwając się przy okienku przez które słońce grzało niemiłosiernie (ponownie siedzenie 15a).

W planach nie było natychmiastowego powrotu do domu. Jakiś czas temu kupiliśmy bilety na Sigur Rós i przed podróżą do Polski postanowiłam pójść na koncert, jeśli tylko uda mi się dolecieć na czas. Wiatry mi sprzyjały, wylądowałam o 12:06 (do koncertu zostało mnóstwo czasu), zajechaliśmy z Kochanym do Blanchardstown: byliśmy w Milano na lunchu, w TK Maxxie na szwendactwie (kupiłam sobie zieloną czapeczkę Zwillingsherz), w the Art Of Coffee na ... herbacie jaśminowej. Zaczęliśmy przebijać się w kierunku 3Arena dość wcześnie i weszliśmy do budynku zaraz po otwarciu drzwi, została nam więcej niż godzina do występu (pochłonęłam popcorn, Fred też zjadł garstkę, będziesz mogła mówić, że zjedliśmy).

Koncertu doświadczyłam autystycznie, a druga część (Sigur Rós robi przerwę jak w teatrze) była dla mnie dodatkowo koszmarna, bo walczyłam z sennością. Fred jest zachwycony, ja nie wiem (zapytaj mnie później). Dopiero 5 minut po północy we własnym łóżku, zapadłam się w sen jak ciężki kamień, granit albo marmur.

środa, 16 listopada 2022

1066. Pożegnanie.

Wczoraj do późna siedziałam z mamą na pogaduchach i wskoczyłam do łóżka dzielonego z Wojtusiem w zasadzie po północy czasu lokalnego.

Rano pojechałam z awizo na pocztę, więc będę wiozła do domu dwie koszulki Siekiery oraz spory zestaw płyt cd.

Babcia kiedyś była aktywna w róży, ale ani nie wiem co to oznacza, ani nie znałam jej koleżanek. Przez ostatnie lata wycofywała się z życia, więc trudno się dziwić, że na pogrzeb przyszło tylko kilkoro sąsiadów. Msza pogrzebowa była standardowym, bezosobowym pitoleniem o niczym; mama niedyskretnie kręciła filmik, pewnie żeby się czymś zająć. Z gości nie spodziewaliśmy się nikogo poza jedynym żyjącym bratem babci (wpadł z synem, został na herbacie, bo to środek tygodnia i kuzyn mamy miał coś jeszcze do roboty). Dzień był szary, chłodny, a przed samym pogrzebem dodatkowo zaczęło mżyć. Wczoraj gdzieś na wschodzie Polski spadły jakieś pociski, jak można się było spodziewać, nie wywarło to na nas wrażenia. Zjedliśmy obiad we trójkę, dopadło mnie po nim niesamowite zmęczenie, mamę również, bo jeszcze przed ósmą położyła się spać. 

Czytam o tym, że wolne mruganie to koci uśmiech; oglądam Columbo (2.03) i Poirota (1.03). God rest ye merry gentlemen wykorzystana została w reklamie specyfiku na trawienie (facepalm).

wtorek, 15 listopada 2022

1065. Gnam.

Nie bardzo mam teraz kontakt z emocjami, wszystko gna i szumi. Chciałam wczoraj napisać kilka słów pożegnania, ale nic nie przychodziło mi do głowy, nic ważnego, czym chciałabym się dzielić. Do plecaka wrzuciłam Rzeźnię numer pięć Vonneguta (Albatros, 2011) na drogę oraz pendrive z zaczątkiem pracy mgr na ewentualne później.

Zmartwiła mnie wczorajsza rozmowa Freda z Usz, która odwiedziła psychiatrę i będzie brała leki. Oczywiście dobrze, że będzie brała; po prostu nie sądziłam, że jest u niej tak źle. Kochany uwolnił się od paskudnych relacji z rodzicami i nierealnych oczekiwań poprawy, ona najwyraźniej nie, a dziewczyna jest dobra i zwyczajnie jest mi jej szkoda. Przemoc rodzi takie frukta i można sobie w dupę wsadzić łkanie, że przeca bardzo się starali, ale co było robić

Wylot był zaplanowany na wczesne popołudnie, więc już o dziesiątej zaczęliśmy się kierować na stolycę. Po drodze zatrzymaliśmy się w Coście na obrzeżach miasta, Aurze usta zadrżały w nerwowym uśmiechu, gdy nas zobaczyła.

Nocny sztorm przegonił paskudną pogodę, wyleciałam o czasie, przy dobrej widoczności (daleko na horyzoncie leżakowała w słońcu nasza wieś); większość bardzo komfortowego lotu (miałam wolny rząd 15) spędziłam na lekturze (skończyłam siódmy rozdział i resztę książki zostawiłam na lot powrotny). Rodzice już na mnie czekali, szybko przemieściliśmy się do wsi, bo wisiała im jeszcze nad głową audiencja u plebana umówiona na siódmą (1200 + 200 organista). W telewizorni odcinek Columbo z Roddym McDowallem; Kochany pokazał mi w kamerce kolejny kubek Emmy Bridgewater, zakupiony dzisiaj (w deseń borsuczy); na piętrze cicho i ciemno.

poniedziałek, 14 listopada 2022

1064. Przechodząc.

Wiadomość o śmierci babci przyszła do nas wczoraj, gdy akurat weszliśmy do domu po miejskim szwendactwie. Przywieźliśmy bardzo ważne rzeczy, jak otwieracz do słoików, miskę dla jeża i kubek Emmy Bridgewater (tzn. mój kubek, z wyrysowaną bobrzą rodziną). Dziewczyna na kasie w TK Maxxie rozmawiała z nami jakbyśmy byli irlandzkimi znajomymi. To bardzo miłe, ucieszyłam się, Fred nawet myślał, że może znam ją skądinąd (nie przypominam sobie). Wieczorem słuchaliśmy największych przebojów the Queen. Był to więc dobry dzień.

Poniedziałkowi też trudno coś zarzucić. Pojechałam do pracy, w tym czasie mama uwinęła się z organizacją wszystkiego, chociaż pewnie była padnięta (Doktor Śmierć przyjechał o czwartej rano, rzekomo aż spod czeskiej granicy). Ramy wydarzenia zostały zakreślone, kupiłam bilety do Polski i z powrotem, wolne zaklepane. Jako, że były kultowe rozmowy o śmierci, dowiedziałam się, że babcia Ger ma lat 96. Zmęczona polazłam do Caffè Nero, gdzie przy kawie i ciastku z toffi zastał mnie Fred i już razem mogliśmy się udać do Il Forno na obiad. W drodze pokazaliśmy sobie ostatnio zrobione zdjęcia. To jest zdjęcie zrobione przez Freda, gdy szedł na spotkanie ze mną:

A to jest moje zdjęcie, które zrobiłam w drodze do Il Forno, bo wydawało mi się, że nie można go pominąć (jeszcze nie wiedziałam, że już jest zrobione i nie ma się co martwić):

W restauracji zjedliśmy obiad i wspominaliśmy babcię Manię. 

Wieczór będzie długi, bo pakowanie się nie jest moją mocną stroną, nigdy nie wiem, co wziąć, a gdy ogranicza mnie dress code to już w ogóle. Na zewnątrz wieje ohydnie; Ryszard pilnuje mojej rozbabranej walizki; ciągle zajmuję się czymś innym.

niedziela, 13 listopada 2022

Postscriptum #1063.






1063. Śmierć.

Dzień zaczął się jogą i ogólnie było wspaniale, miałabym o czym pisać. Nie napiszę teraz. Ponad pół godziny temu zmarła babcia Mania. Umarła w swoim domu, tak jak chciała.

sobota, 12 listopada 2022

1062. Snuj.

Bura listopadowa pogoda nie nastraja do niczego fajnego. Wprawdzie obejrzany był drugi odcinek Chłopów, ale potem nawet zapominamy zjeść obiad i przypomina się nam to dopiero po piątej. Wieczorne tulanie w łóżeczku jest dobre. I słuchanie piosenek dziwnych z jutuba. 

1060-1061. Just for the record.

Czwartek.
Człowiek wychodzi z pracy, a tu go wieczorna szarość zewsząd atakuje. Do tego połaziliśmy z Fredem po sklepach i zrobiło się nagle ciemno-po-piątej. Po obiedzie zrobionym przez Kochanego obejrzeliśmy pierwszy odcinek Chłopów (serial nastroił mnie nostalgicznie).

Piątek.
Do wczesnego popołudnia w pracy, a praca moja jest taka m.in., że łazimy z Sziwan po mieście i spotykamy pana z pieskiem noszącym gazety, który zostaje przez nas zaczepiony, a piesek pogłaskany. Przy okazji dowiaduję się też jak nazywa się najbardziej charakterystyczny miejski alkoholik. Paddy 'Elvis' McCabe. Podążający za nim przechodzień przekazał nam prawdę powszechnie znaną: when you see Paddy, keep moving. 

Po pracy udałam się w kierunku Cedar Gate, bo byłam już umówiona z Fredem. Tuż przed drzwiami restauracji natknęłam się na Elaine, która w pierwszych słowach zapytała mnie gdzie zgubiłam męża. Elaine już nie pracuje w kawiarni, los się do niej uśmiechnął (przechodziła obok restauracji jeszcze dwa razy, mieliśmy stolik przy oknie, więc dwa razy pomachała nam bardzo energicznie).

I jeszcze wieczór filmowy, bo Ka przeniósł na piątek spotkanie z niedzieli. Przypomnieliśmy sobie Eskortę (2014) Tommy'ego Lee Jonesa i wróciliśmy do domu deszczowym północkiem. 

Dwa prezenty: pierwszy sprawiłam sobie sama (czarna bluza z kapturem True Religion), drugi dostałam od Jot (szal w koty Klimta, kupiony na Kanarach). 

środa, 9 listopada 2022

1059. Wednesday.

Sąsiad objaśnił.

Ergo, na obiad były śledzie poetycko podsmażone przez męża na patelni (w tle akurat Bob Dylan śpiewał utwory zaangażowane). Lęk wysokości (2011) kolegi kolegi Freda z Dorocińskim był oglądan. Trochę dłużyzn i bardziej baśń niż opis rzeczywistości psychiatrycznej, aktorstwo za to dobre. Opchaliśmy się przy tym oboje ciastem rafaello z polskiego sklepu. Od zmiany czasu wieczorami odnoszę wrażenie, że jest nieuzasadnienie wcześnie, poza tym w mojej głowie jest piątek po południu. Fred zadzwonił do Ka, może w weekend wpadniemy w końcu do przyjaciół po dłuższej przerwie.
___
edit 21:30 Kocie łakomstwo nie zna granic. Właśnie kolejny raz przyłapaliśmy Amber na wyżeraniu Rysiowego jedzenia. Kot spał przy zamkniętym oknie większość dnia, mimo to sąsiadka wyczekała odpowiedni moment i nawiedziła nas po zmroku, gdy tylko nadarzyła się okazja. Widać, że systematycznie patroluje nasz ogródek, ladaco. Pokłosiem sprawy Amber jest dokarmienie jeża. Jeże są okej.

wtorek, 8 listopada 2022

1058. Wnętrze.

Fred wrócił padnięty o horrendalej godzinie i długo spał. Przed południem zrobiłam prasówkę dla Gronji, która poszła mi znacznie szybciej niż ostatnia papierkowa robota z excelem (może dlatego, że teraz nie miałam szablonu, więc robiłam notatki własne?). W międzyczasie zarezerwowałam jogę na niedzielny poranek, to będzie pierwsze od dwóch lat spotkanie jogowe na mieście. Już nawet zapłaciłam i mam nadzieję, że tym razem żaden robal nie przeszkodzi mi we wzięciu udziału, Anne też się cieszy.

Reszta dnia raczej w domu, wychynęłam tylko do ogródka, żeby napełnić ziarnem wróbli karmnik i poprawić przewróconą doniczkę. Wieczorem obejrzeliśmy z Kochanym dawno odkładane Wnętrza (1978) Woody'ego Allena, którymi od razu się zachwyciłam, bo nie mogło być inaczej. Piękny obraz kwasu rodzinnego, do tego aktorzy grają jak nawiedzeni, scenografia i kostiumy perfekcyjne. 

poniedziałek, 7 listopada 2022

1057. ... dokąd tupta nocą jeż ...

Mój Kochany wrócił bardzo późno, położył się obok mnie ok. czwartej nad ranem. Zerwałam się o szóstej, żeby przed południem wyskoczyć na godzinę do miasta po materiały do mojej pracy elfa. Ponieważ w budynku w którym będę pracowała nie było woźnego, nie poszłyśmy dzisiaj na obwąchanie nowych kątów, ale rozmowa z Gronją była spoczko (może się załapię na darmowe lekcje irlandzkiego) i wzięłam do domu materiały na jutro.

Wieczorem wiatr za oknem szaleje. Fred jest w Dublinie, strawiłam większość czasu po jego wyjeździe na genealogii. Zrobiłam pranie, więc wyszło też prasowanie rzeczy już wypranych (nie było tego dużo), czyli Midsomer, sezon 16, odcinek 2. W międzyczasie Kochany zadzwonił, zaśpiewał mi przez messengera kawałek Domowego przedszkola i pomachał jedzonym akurat kabanosem. Co do nowej lektury nadal nie zdecydowała, ale mam w ręce ściągnięty z półki podręcznik Środy Etyka dla myślących (Czarna owca, 2020) ... kto wie.

niedziela, 6 listopada 2022

1056. Tkanka mózgowa.

SPATiF. Upajający pozór wolności Aleksandry Szarłat (Czarne, 2022) został doczytany do końca jeszcze wczoraj, ha! Trzeba przyznać, że jest to interesująca książka pokazująca złudzenia towarzyszące osobom uzależnionym i współuzależnionym. Historia miejsca spotkań kółka wzajemnej adoracji, nazywanego elitą, jest wstrząsająca. Chlanie, jebanie, żarty, które na trzeźwo już tak nie śmieszą, przetkane wypowiedziami starych ludzi w typie "dawniej było lepiej". 

Kręciłam się w nocy i kręciłam, nawet wstałam o czwartej nad ranem, żeby się napić i zjeść kromkę chleba. Męczyły mnie zatoki, ale tak dziwnie, w zasadzie bez smarkania. Jeszcze wczoraj coś mi zatkało zatokę na amen i dzisiaj po śniadaniu w końcu to wysmarkałam. Nie pokazałam nikomu. Wyglądało to jak kawałek mózgu. Od razu zrobiło mi się lepiej (być może tej części tkanki po prostu nie potrzebowałam), czyli bardzo dziwna historia, bo jeszcze wczoraj wieczorem byłam przekonana, że idzie spore przeziębienie, tymczasem poza zanikiem węchu (no ja się wcale nie dziwię!) nagle nic mi nie dolega, umyłam włosy i jutro idę do pracy.

Mama do mnie zadzwoniła, żeby mi pokazać, co znalazła w rupieciach babci: moją letnią sukienkę, tyle, że z lata'78, albo coś. Wydaje mi się, że w starym albumie powinnam mieć zdjęcie w tym outficie.

Fred w pracy, wróci raczej późno. Po nocnym chorowaniu jestem jeszcze trochę strzelona i boli mnie kark, bo krzywo spałam, ale rozglądam się za nowa lekturą. Po południu obejrzałam pierwszy odcinek 16 sezonu Midsomer, więc chyba bardziej mam ochotę na litery niż obraz. 

sobota, 5 listopada 2022

1055. Ostatnia chrupka hrabiego Richarda.*

Kociobudzenie, zielona herbata, śniadanie, kawa dla Freda, rozmowy, telefon do mamy (o stanie babci nie rozmawiamy, bo niby co miałybyśmy powiedzieć? Że jest lepiej? Buahahaha). Dzień się nam rozjaśnił pięknie, powstrzymani tylko chwilę przez dziwnych czyścicieli rynien z Wexford (na czele z Georgem, zdecydowanym człowiekiem biznesu o facjacie farmera z południa) poszliśmy na spacer nad morze,

a po powrocie wyjechaliśmy do Newry. Fred kupił sobie wczoraj zjawiskowe, wełniane spodnie Ralpha Laurena i bardzo chciał poszukać adekwatnych glanów do outfitu. Oczywiście przejeżdżaliśmy naszą przełęczą więc zatrzymaliśmy się na obiad w ulubionym miejscu 

(w tle przeboje The Supremes, Fred rozanielony nad chowderem), gdzie napchaliśmy się do syta. Na 5 minut wpadliśmy też do Aś. W Newry nie było tego o co się Fredowi rozchodziło i po zmroku wróciliśmy na wieś. W domu okazało sie, że w czasie naszej nieobecności mury rezydencji zostały nawiedzone przez Amber (zapomniałam o oknie, w wyniku czego nie ostał się ani jeden chrupek leżący na widoku, Ryszard czekał na nas na dworze, żeby nam o wszystkim opowiedzieć). 

To już końcówka SPATiF-u, czytam o ubekach, jutro pewnie skończę, jeśli mnie coś nie powali (czytam w łóżku, opatulona jak mumia ). Bo czuję się jakbym miała gorączkę, nos cały dzień zakitolony po lewej stronie, choć oficjalnie bez kataru. Wychodzi mi bokiem czwartkowe czekanie na popołudniowy autobus. Argggh!

* tytuł autorstwa Freda.

piątek, 4 listopada 2022

1054. A turbulent day for no reason, really.

Głównie w głowie, przez co spałam kiepsko. Fred był w domu, więc mógł w tym uczestniczyć np. dowożąc mi klucze od schowka pozostawione przeze mnie wczoraj w marynarce. Po pracy odłączyło mi prąd i tutaj znowu pojawia się mąż-superbohater, który zrobił obiad. Wieczorem była rozmowa z dr Pierzastą m.in. o Bessarionie (mądrego człowieka aż miło posłuchać) — czekałam na nią wertując papierzyska zupełnie bez sensu, ale najważniejsza sprawa to taka, że mam nad czym pracować, bo temat niegłupi się ustabilizował mojej magisterki. Teraz trzeba ją jeszcze napisać. Na razie słuchamy Jimmiego Hendrixa, Fred robi sałatkę tuńczykowo-Fredową.
___
edit 23:15 Kamień spadł mi z serca, naprawdę. Jemy Fredową sałatkę, słuchamy Rory'ego, czekamy, kiedy Ryszard Kot wróci ze zbyt długiego spaceru.

czwartek, 3 listopada 2022

1053. Ziiiimno.

Nie będę się nad tym rozwodziła. A z miłych rzeczy, obiad zrobiłam sobie dobry. I znalazłam potwierdzenie tożsamości pradziadka Kazimierza, ur. w Piotrkowie. Wprawdzie wkopałam się na rozmowę z promotorką (to na jutro i już mi siedzi w głowie), ale to dlatego, że nie mam innego wyjścia. Fred bieży ku mnie z Północy, obiad dla niego wstawiony. Kot śpi najedzony (paszteciku zostawionego rano przez męża nie chciał zjeść, bo mucha oblepiła je jajkami, ble!). O horrendalnym opodatkowaniu nowego przychodu nie ma co dzisiaj myśleć, bo myśliwi kontra ludzie = tak! Miałam napisać, że z szaleństw planuję herbatę z cytryną. Niestety w lodówce nie ma cytryny :I

środa, 2 listopada 2022

1052. Already Xmas?

Fred miał pracę w Belfaście, zawiózł mnie pod Centrum nieco wcześniej. Ponieważ drzwi zastałam zamknięte (a pogoda z tych psich), zwyczajowo zaszłam do ulubionej kawiarni, gdzie obsługa właśnie kończyła dekorowanie wnętrza w stylu bożonarodzeniowym. W pracy dzień jak co dzień, za oknem trochę też (pół dnia leje, po powrocie do domu wieje). Albo zapomnieliśmy kotu otworzyć okno, albo wiatr je zamknął, bo zastałam Ryszarda i mieszkanie ciepłymi przemile. Było obrażone wielce Ryszardowe sikanie do kuwety — na psią pogodę już go po zmroku nie wypuszczę. Dopijam, co tam było do dopicia i słucham jak za oknem jakiś celtycki bożek przegania niebiańskie barany w kierunku Na Monaidhean a Deas.

wtorek, 1 listopada 2022

1051. Otwarcie stołówki.

Przy poprzednim grafiku byłabym dzisiaj w Centrum, a tak to tylko papierologia dla Gronji, którą zrobiłam online w prawie 4 godziny (myślałam, że to klikanie na maksimum dwie, a tu niespodzianka). Fred zdążył wrócić ze swojej pracy, gdy jeszcze się grzebałam i przyniósł mi prezent, brązową kamizelkę Tahari z czystego merynosa. 

Po południu Kochany zrobił ciche otwarcie ptasiej stołówki (jest ziarno, są kulki dla szpaków) i poszedł na drzemkę. Pogoda była na tyle ładna, że z braku towarzysza do spacerów pogrzebałam w ziemi. Przycięłam do końca badyle przekwitłego lucyfera, przesadziłam knautię scabiozę z dużej donicy przed drzwiami (blożek, proszę blożka, nie podpowiada mi, kiedy ją tam wsadziłam; ani nawet mi nie mówi, że po polsku to świerzbnica, pewnie dlatego, że to driakiew) do terakotowej doniczki mniejszych rozmiarów, a do dużej wsadziłam pospołu cebule narcyzów Golden Bells i karłowatych tulipanów Little Princess. Do osobnej doniczki wysadziłam Ripy van Winkle (czyli jeszcze trzy zestawy cebularzy czeka na swoją kolej do utknięcia gdziekolwiek). W międzyczasie zrobiłam Fredowi makaron z pesto, po którym małżonek wrócił do śpiączki. Myśli o podatkach tak mnie podminowały, że prasowanie przyszło mi do głowy, w związku z czym przy okazji obejrzałam ostatni odcinek 15 sezonu Midsomer. No i tak pierwszy dzień listopadowy mija powoli, a obudzony Fred nurkuje w lodówce w poszukiwaniu placków ziemniaczanych (z polskiego sklepu) na kolację.
___
edit 21:55 Po kolacji wjechała na ekran Wojna polsko-ruska (2009) z Szycem (na początku szeleścimy z Kochanym papierkami cukierków). Książkę Masłowskiej przeczytałam przed pandemią, w filmie też jest moc, choć widowni bohateropodobnej może nie śmieszyć.