Po śniadaniu wyruszyłam na szybki spacer nad morze, przy okazji połączyłam się z tatą, który akurat gotował obiad (znowu miałam wrażenie, że tatko zaraz pokaże babcię, bo przecież ona była tam zawsze). Po powrocie kawa, wysadziłam też w końcu dwa zestawy narcyzów (Bella Vista, Delnashaugh) do kast, w których będą zimowały pod ścianą domu sąsiadki (zostały jeszcze tulipany; ostatnie pięć minut w ogródku poświęciłam na wsadzenie do ziemi kawałków zawciąga, którego Fred wycharatał jakiś czas temu biorąc go za chwast).
Na obiad pojechaliśmy do miasta. Po drodze, w przejściu, gdzie Martaszka pracuje w kawiarni, przystanęłam chwilę i z Martaszką zapuściłam small talk. Ustawiłaś się. Fajne buty. Dobrze wyglądasz. Koleżanka nie chciała mi powiedzieć, jaka chmura gradowa ją goni, musi to być coś naprawdę złego. Obiad był w Cedar Gate, szybkie zakupy w Lidlu, bezowocne szukanie kubka termicznego w TK Maxxie, kawa w Coście obok. Od dłuższego czasu grało mi w głowie Gongo w wykonaniu Lubomskiego, więc po powrocie zapuściłam całą płytę. Kochany, mój towarzysz wszystkich tych historii, usiłował dodzwonić się do Andrju w sprawie wiadomej ... nie odbiera, nie odbiera, no czemu nie odbiera? Mecz jest podobno Polaków z Argentyną. Pierwsze słyszę. Ok. Popatrz... już ołówek spada, / Kawa się rozlewa też, / I czuję, że nadchodzi on, / Niedaleko, w okolicy, Gongo jest, / Naprawdę przyszedł.
***
Lystopad w randomowych zdjęciach:















