Strony

czwartek, 29 lutego 2024

1535. Wunsz!

Dzień w pracy spędziłam głównie z Katrin-asystentką, co było bardzo miłe (nawet, gdy na chwilę musiałyśmy wyjść na miasto, a właśnie padało). Kochany zabrał mnie po południu o ustalonej godzinie. Przed powrotem na wieś zaszliśmy do pań z okienka i do polskiego sklepu (pierwsza część była trudna, ponieważ małżonek wolałby panią z okienka po prostu udusić, więc trochę go rozweselałam popiskując wunsz! wunsz!). 

Po obiadku relaks przy najnowszym odcinku Ask a Mortician, potem wspólne oglądanie streszczenia Łzy księcia ciemności; rozmowa z rodzicami wygodnie rozłożonymi na tapczanie przed telewizorem i inne czasu spędzania.

***

Już trochę jaśniej. W zeszłym roku o tej porze w zdjęciowych podsumowaniach miesiąca był Rysio, a teraz go nie ma i to jest bardzo niemiłe :(

środa, 28 lutego 2024

1535. Wszystko dobrze.

Budzik był nastawiony na szóstą, ale jeszcze dwadzieścia minut turlaliśmy się po łóżku mrucząc straszliwie, jak budzące się z zimowego snu niedźwiedzie. Pomogło mało, wreszcie to ja byłam dzielniejsza (oraz niewyspana; drugą noc z rzędu męczyły mnie ciężkie sny, których nie chciałam zapamiętać) i pierwsza dotknęłam stopą podłogi, żeby nam obojgu zrobić poranne napitki. 

Rysio by napisał to był dzień o nazwie środa. Nie mogłam się go doczekać. Wyjechaliśmy o ósmej; u lekarza mieliśmy być na 9:20, i tym razem o dziwo do dziesiątej było po wszystkim. W poczekalni nikoguchno. Miła dziewczyna (długie, czarne włosy, duży tyłozgryz) pokonwersowała z Fredem chwilę i zaprosiła go na konsultacje za rok. Przed wykaraskaniem się z okolic szpitala Beaumont mieliśmy nawet czas i ochotę zajść na szybkiego do głównego budynku, żeby przywitać się z Justiną.

Naprawdę chciałam znaleźć Luke'a, więc przemieściliśmy się naszym autkiem do Glasnevin i zaparkowaliśmy pod lokalnym Woodisem. Tylko weszliśmy na St. Paul's, a Fred prawie natychmiast wskazał grób, włala:

Na dodatek tak się złożyło, że do grobu obok podeszła starsza pani. Mówiła interesującym, twardym akcentem, zaraz okazało się, że pochodzi z Niemiec, ma na imię Ingeborg i jest panią Kelly. To zapewne żona leżącego obok Williego, chociaż już nie wypytywałam. Fred uważa, że może być jedną z sierot wojennych przygarniętych przez Irlandczyków. 

Z St. Paul's poszliśmy do głównego cmentarza. Najpierw zjedliśmy w restauracji drugie śniadanie (pyszny quiche z kozim serem, świeżo wyciągnięty z pieca), potem obraliśmy kierunek na ogród botaniczny. Niestety, w palmiarni dwaj panowie właśnie wycinali jakąś roślinność (na zdjęciach przedstawiających kopułę widać wyraźne, że brakuje zieleni, która była tam podczas mojej ostatniej wizyty) i ta część szklarni była niedostępna.






Zajrzeliśmy też do szklarni Krzywoliniowej i nad rzekę Tolkę. Od czasu do czasu Kochany musiał rozkładać nasz duży parasol, ale spacer był przyjemnością.

Resztę dnia (poza krótką wizytą w Lidlu) spędziliśmy w domu, relaksując się po ponad 6 km marszu. Za oknem siąpi. Przed umysłowym zrypaniem i nieprzytomnością ciała ratuję się kawą.
___
edit 21:45 całkiem już pod wieczór Anna zadzwoniła z domu opieki. Coś chyba ten jej pobyt będzie się przeciągał, zobaczymy. Poza tym obejrzeliśmy kolejne streszczenie gniota by mietczynski (tym razem Arche). Ale i tak najbardziej rechoczemy, bo wunsz! wunsz!

wtorek, 27 lutego 2024

1534. Nothing happens.

W pracy niesamowite nudy, korzyść z niej taka, że zamówiłam jeden dzień urlopu na kwiecień (a nawet podpisałam przy okazji kontrakt do sierpnia, bo wcześniej wszystkim się zapomniało). Dziewczyny chciały się ulotnić niepostrzeżenie, więc skończyłam pracę tuż po trzeciej i pomimo pomysłu oszczędzania zaszłam do Czarnej na kawę i tiramisu (kawa była za darmo, czyli jednak trochę uszczędnie). Kochany wrócił z Belfastu dopiero o dziewiątej. Leżę już pod kołderką, znużona zbijaniem bąków. Budzik nastawiony na szóstą.

poniedziałek, 26 lutego 2024

1533. O chlebie i wodzie.

Przypomniałam sobie, że Anne wysłała mi jakiś czas temu link do informacji o Pasji wg św. Mateusza granej w okolicy i z samego rana kupiłam nam bilety na sobotę. Reszta wydarzeń mile powtarzalna. Np. Kochany zawiózł mnie w obie strony, a po pracy zrobił nam obiad. Była telefoniczna rozmowa z Usz, omówione zostały nasze aktualności i "będzie się działo" oraz szwagierki rewelacje o kociej kupie i możliwym przylocie rodzinnym. Od jakiegoś czasu dumałam nad kolejną wizytą u rodziców, do tego stopnia, że mi to zupełnie psuło nastrój. W końcu powiedziałam Kochanemu o moich planach, kupiłam bilety oraz spiknęłam się na wideoczasie z mamą, żeby wyłożyła dodatkowy talerz. Anyway, po wydatkach koniecznych postanawiam oszczędzać na porannej kawie. 

Zdrowotnie nie najgorzej, chociaż jestem zmęczona i nadal trochę kaszlę (szczególnie w pracy o poranku, gdy budynek dogrzewa się po weekendowej przerwie).

niedziela, 25 lutego 2024

1532. Cicho.

Bardzo. Tylko rano wpadli dwaj faceci zainteresowani autem, więc Fred wyszedł do nich na chwilę, żeby im pokazać co i jak. Poza tym siedzimy w domu, piszemy, drzemię przed obiadem, jemy, rozmawiamy z rodziną (ja z rodzicami o moim możliwym przyjeździe, Fred z Wu, który dawkuje coming out oraz dzieli się szkicami ręcznymi). Wieczorem, gdy z mokrymi włosami siedziałam w sypialni, zaczęłam czytać Ciemno, prawie noc Joanny Bator (Znak, 2021). Z jednej strony wiem, że to będzie dobra lektura, z drugiej zbierając siły ociągałam się kilka miesięcy z jej rozpoczęciem. Bydzie dobrze. 

sobota, 24 lutego 2024

1531. Terapie.

Rano morska mgła, potem słonecznie. Normalnie w takich warunkach udalibyśmy się na dłuższy spacer, ale z uwagi na sytuację mało od nas zależną, tylko przemykaliśmy po krajobrazie. Katlin uspokoiła nas, że facet zainteresowany starym samochodem pojawi się dopiero jutro, więc po śniadaniu mogliśmy wyjechać na zakupy niezbędników (np. Fred odkrył, że mu się zapodział olejek do inhalacji). Czyli Tesco, Lidl, Costa, Homebase (mąż szukał zabezpieczenia dla karłowatej wierzby, którą Bán zaczął traktować jak drapak; za życia Ryszarda taka sytuacja nie miałaby miejsca!), myjnia samochodowa na Millmount i do domu. Podróżujemy nucąc osobno i pospołu lisią piosenkę.

Zadzwoniłam do mamy, pokazałam rodzicom nowy samochód oraz ogródek i niezobowiązująco poczatowałam. Po obiedzie + inhalacji Kochany wskoczył do łóżka, żeby gnieżdżąc się wygodnie w mojej poduszce pisać własny tekst. W tym czasie zaczytałam się w Drive Your Plow Over the Bones of the Dead (Fitzcarraldo Editions, 2020). Nie miałam tego w planie, ale po dziewiątej niepostrzeżenie dotarłam do końca książki (po drodze opowiedziałam Kochanemu, który w międzyczasie skończył pisać i wyturlał się spod kołdry, o różnicach pomiędzy oryginalnym tekstem i scenariuszem Pokotu).

Na deser dnia obejrzeliśmy z Fredem streszczenie Klątwy Doliny Węży by mietczynski (po pierwszych pięciu minutach streszczenia doszłam do wniosku, że cały film byłby dla mnie nie do udźwignięcia).

piątek, 23 lutego 2024

1530. Choroba.

Kochany przed świtem pojechał w kierunku Kildare. Nie wychyliłam nosa z domu (w nocy zapchane zatoki, w dzień trochę kaszlu), rano rozmawiałam z tatą, bardzo dużo czasu poświęciłam na  przeglądanie drzewa genealogicznego na MyHeritage, czytałam. Po południu czekałam na powrót męża, żebyśmy mogli zjeść obiad razem (Kochany wrócił z bukietem róż).

Moje przekonanie, że egzemplarz Prowadź pług swój przez kości umarłych jest w Polsce, było całkowicie błędne. Książka z pozaginanymi rogami i notatkami ołówkiem (podczas czytania zanotowałam w niej również tekst na bloga; stary blogopamiętniczek podpowiedział mi, że chodziło o 12 lipca roku 2017) leżała na innych książkach przykryta kserami podręcznika do irlandzkiego. 

Podejrzewam, że marazm piątkowy częściowo był spowodowany oczekiwaniem na serwisanta. Liczba serwisantów, których dzisiaj zobaczyłam: 0. 

Za uchylonym oknem wiosenne trele. Dwie ostatnie noce wydały mi się dziwnie jasne, może mam zwidy, ale też idzie na pełnię.

Fred również podziębiony, już wziął garść pigułek.
___
edit 21:45 W ciągu kilku chwil podjęliśmy decyzję o kupieniu biletów na sztukę w Teatrze Polonia. Za kilka miesięcy, bo bliższe terminy wyprzedane. 

czwartek, 22 lutego 2024

1529. Rok szósty.

Pół dnia w pracy, wróciłam wczesnym popołudniem, gdy Kochany był już na nogach (Fred położył się spać o czwartej nad ranem). Zjedliśmy pierogi i oboje smarkokaszleliśmy w przytulności naszego domku. Na jutro zapowiedział się ktoś od ogrzewania. Dostałam zaproszenie na przesiewowy test HPV i pewnie skorzystam. Reszta dnia pomiędzy kuchenną częścią Kuchniosalonu a salonową częścią Kuchniosalonu, czyli żarcie i klikanie. Pogoda słoneczna, ale zatoki powiedziały nie.

środa, 21 lutego 2024

1528. Nu.

Od rana głowa moja nuci Czyżykiewiczowego Lisa. W pracy klikanie oraz drugie (po wczorajszym) spotkanie obsady programu. Gardło boli, zatoki grać poczynają. Kochany przywozi mnie i odwozi, robi obiad i wyjeżdża do pracy w Lisburn (gdy po pracy czekałam na Freda zaszłam do Bootsa i kupiłam kolejnego L'Oreala, Nu Decadent, nr 179. Bo przecież te pomadki są różne :D i każda jest potrzebna:

... oraz ładny lakier Essie, kolor Mrs Always Right (nr 413)) 

Już mi zapowiedziano, że jutro tylko połowa dnia w pracy. Czyli wszystko co mogę zrobić ze swej strony, żeby nie zepsuć sobie końca tygodnia, to się nie zakichać, bo poza tym świat mi sprzyja. Paznokcie pomalowane. 

wtorek, 20 lutego 2024

1527. Αύριο.

Nawet podobają mi się te domowe tropiki. Po pracy wchodzę na chatę, a tam 25 stopni i można bieżeć w krótkim rękawku. Ale sprawa już zgłoszona do pani w okienku, ciekawe kiedy pojawi się specjalizda od termostatu.

Kochany spał smacznie, gdy rano wyjeżdżałam, za to po południu zabrał mnie z miasta naszym bezszelestnym samochodem (zapatrzona w telefon mogę nie zauważyć, że podjeżdża; takie to nastąpiły zmiany w naszym życiu), zrobił nam obiad, a nawet swoimi opowieściami o zepsutym grzejniku tak nakręcił Katlin, że wzburzona sąsiadka zaszła do jakiegoś gościa ze skargą. Czekając na obiad skończyłam czytać Gomorę Nowaka/Obirka (Agora, 2021). Nareszcie, bo lektura coś mi się dłużyła. Po obiedzie z przyjemnością wróciłam do trzeciego rozdziału Tokarczuk w tłum. Lloyd-Jones (szkoda, że polską wersję zostawiłam u rodziców, zaraz bym porównała niektóre akapity). W celu czytelniczym zajęłam malutki skrawek łóżka, podczas gdy małżonek systematycznie odgruzowywał pozostałą jego część ze swoich ubrań, które metodycznie układał w szafie (nie była to prosta sprawa, mężowska szafa powoli pęka w szwach od eleganckich koszul i marynarek). 

Speculoosami zagryzam herbatę z pokrzywy. Miałam dzisiaj ćwiczyć, ale znowu mi w życiu nie wyszło. Mimo wszystko dobry dzień (poza nasilającym się bólem gardła, bo przecież nic nie jest idealne), poćwiczę jutro. Αύριο.

poniedziałek, 19 lutego 2024

1526. Niezainteresowana alarmem.

Kochany przed pracą miał badania na onkologii. Gdyby nie jego popołudniowa szychta, pewnie pojechalibyśmy razem, a tak tylko ucałowałam go późniejszym porankiem, gdy ładnie ubrany wybywał w kierunku stolicy. Przy okazji sąsiedzi go zaczepili i przekazali wiadomość, że Anne wylądowała w szpitalu.

Wyszłam na krótki spacer na morze, żeby się chociaż trochę poruszać. W drodze powrotnej zdybałam Katlin, z czatu sąsiedzkiego wyszło, że wszystkie nasze znajome Anny mają się słabo (Anna Emerytka dogorywa podpięta pod wiele rurek).

Nie powstrzymałam się przed kupieniem na czytnik trzeciego tomu Szymiczkowej, Seans w Domu Egipskim (Znak, 2018). Gdy wgryzałam się w pierwszy rozdział, Anne akurat wróciła ze szpitala. Wyszłam na chwilę pogadać. Zapalenie opłucnej.

Przygotowałam się do jutrzejszej pracy. Zadzwoniłam do mamy i przesłałam jej audiobook pierwszego tomu Szymiczkowej (kto wie, może się jej spodoba). Po zmroku do drzwi zapukał obwoźny sprzedawca alarmów. W grze guess where from zapytał, czy jestem ze Szwecji. Potwierdziłam, że to ładny kraj, ale alarmem nie jesteśmy zainteresowani.

Czytanka Seansu w Domu Egipskim pochłonięta błyskawicznie (minutę przed dziesiątą the end). A miała być jeszcze na jutro :I

niedziela, 18 lutego 2024

1524-1525. Weekend.

Sobota
Po śniadaniu rozpadało się na dobre. Bán otworzył łapką uchylone okno i przyszedł rozłożyć się pod grzejnikiem w korytarzu. Przybierał różne słodkie pozy, ale że nie daliśmy się namówić na wspieranie kota czynem, więc w końcu sobie poszedł (dzień kota był, wiem). 

Przedpołudnie minęło nam szybko i nie wiadomo na czym. Soundtrack: The Smiths, The Queen Is Dead (1986), Rolling Stones, Hackney Diamonds (2023), Tracy Chapman, Greatest Hits (2015), czyli płyty przywiezione wczoraj.

Kochany przez dłuższy czas przewalał papiery próbując znaleźć dokument z ostatniego NCT. W końcu się mu udało, a przy okazji mąż odkrył voucher na €50 o którym zapomnieliśmy, podchoinkowy prezent od Katlin. Czyli obiad został załatwiony, w mglistym krajobrazie pojechaliśmy na lunch do Termon, żeby objeść się wrapami, kiszami i ciastem. Do tego Fred kupił bochenek chleba, który tak mu smakował jako przegryzka do zupy. 

Wróciliśmy do domu w okolicach czwartej; szybko wskoczyłam pod prysznic, bo chciałam, żeby włosy wyschły mi przed wyjazdem do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do świekry i rozmawiał, a rozmawiał, nawet ja się dołączyłam (wywołana do tablicy). Cały dialog trwał ponad pół godziny.

Jakaś rekordowa rozmowa z moją mamą, po zakończeniu Fred zerknął na czas trwania.
Niedługo zaczniesz się jej słuchać, powiedziałam ot tak, żeby coś powiedzieć, są bowiem na świecie rzeczy możliwe i niemożliwe.

Wizyta u przyjaciół zmieściła się przed północą. Obejrzeliśmy Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) z Ogrodnikiem. Jako pastisz bawi.

Niedziela
W nocy za ciepło (termostat głupieje? tylko który?), na zewnątrz ładna pogoda, zapraszająca do wyjścia, więc po śniadaniu Kochany wziął mnie na spacer do Oldbridge (Bán pojawił się w ogródku, gdy odjeżdżaliśmy spod domu).

Po krótkim obchodzie (niewiele jeszcze kwitnie poza zawilcami) kawa, Tesco i wyjazd do centrum handlowego Millfield w Balbriggan (w Easonie mąż kupił mi trzy książki: biografię Trumpa, kontynuację DiU P.D. James i Be the Fittest). Następny przystanek, plaża w Laytown:

Poszliśmy ścieżką nad rzeką do plaży i korzystając z odpływu wróciliśmy na tę samą ścieżkę kamienistym wybrzeżem. Po spacerze na chwilę Drołda, żeby w polskim sklepie kupić obiad, i do domu. 

Szafka nadal nie została przez nas rozłożona (ani nawet nie wypakowana i przez weekend wszędzie z nami jeździła), w Kuchniosalonie bałagan, w pralce tumult rzeczy, w głośnikach Czyżykiewicz. Ten ostatni nie pomaga w podniesieniu nastroju. 

piątek, 16 lutego 2024

1523. Długi spacer.

Bo nie lubię chodzić z żoną brzydki, stwierdził Fred o poranku, pakując do samochodu ubranie na zmianę. 

Noc była ciepła, pierwszy raz w tym roku wykopywałam się spod kołdry i spałam z gołym tyłkiem na wierzchu. Pomimo nocnej kręciołki obudziłam się o piątej rano całkiem wypoczęta i postanowiłam jechać z Kochanym do Dublina. Z nieba padały jakieś paprochy, bo deszczem trudno to nazwać, raczej mgła lub zbyt niska chmura zawadzająca rąbkiem kiecki o przedmieścia stolicy, gdy z Grechutą jechaliśmy na południe. Byliśmy na miejscu przed ósmą. Kochany udał się do pracy, u mnie zostało trochę czasu do otwarcia wrót, więc poszłam półtora kilometra w przeciwnym kierunku, żeby w kawiarni Costy w południowy Finglasie napić się flat white, zjeść jogurt i poczytać książkę (otwarcie Costy opóźniło się o jakieś pięć minut, ale plan został zrealizowany).

Na wałęsania cmentarno-botaniczne ruszyłam po dziewiątej. Najpierw zaszłam do części cmentarza w Glasnevin nazywanej St. Paul's. Chociaż wiedziałam w którym kwadracie mam szukać grobu Luke'a Kelly'ego, zadanie okazało się trudniejsze niż sądziłam i szybko mnie znużyło. Dałam sobie z tym spokój i ruszyłam w kierunku ogrodu botanicznego, ale przez główne wejście na Glasnevin, którym (kierując się strzałkami) doszłam do płotu granicznego z ogrodem.






 

Palmiarnia i wszystkie inne dostępne szklarnie, kaczki, kurki wodne, rudzik, szum rzeki Tolka ... bardzo przyjemnie spędzony me time. Gdy Kochany zadzwonił, że skończył pracę, przebrał się, kupił szafkę na moje duperele i czeka, właśnie wychodziłam głównym wejściem cmentarnym. Oboje byliśmy już porządnie głodni (obczajałam wcześniej dwie kolejne kawiarnie, w ogrodzie i na cmentarzu, ale żadna mi nie podeszła), więc pojechaliśmy do Blanchardstown na lunch w Milano. Po pizzy kręciliśmy się chwilę tu i tam, mamy parę płyt ze sklepu Golden Discs, Kochany zajrzał do TK Maxxa i kupił sobie spodnie. W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy jeszcze o Costę w Drołdzie (do zielonej herbaty poprosiłam dżem truskawkowy :D, i bardzo słusznie zrobiłam, dżem podpasił). 

Reszta dnia domowa, Kochany chodzi z metrówką i myśli nad jutrzejszym przestawianiem kamieni, mnie rwie mały palec prawej ręki; przeglądam fotki ze spaceru; dla sportu prowadzę w sieci głupią rozmowę o niczym.

czwartek, 15 lutego 2024

1522. Powrót do równowagi.

Niewiele jest rzeczy przyjemniejszych od wolnego poranka, gdy za oknem szemrze wiosenny deszcz, w Kuchniosalonie leniwie przelewa wodę pralka, a człowiek (czyli ja) siedzi spokojnie przy stole i popija herbatę. Do wsi po deszczu weszła morska mgła. 

Narcyzy, stan na dziś:

Z rzeczy pożytecznych, po bardzo długiej przerwie odpaliłam starego laptopa. Hapek ożył, z zadowoleniem stwierdzam, że jego bateria jeszcze zipie (większy remanent w archiwum zdjęć zostawiłam sobie na kiedy indziej).

Dokończyłam oglądanie Barbary i Jana (1964); podróż w siermiężny peerel była dość interesująca, ale dobrze, że składała się tylko z siedmiu odcinków, na więcej nie miałabym odporności. Wybrałam się na godzinny spacer nad morze (w trakcie tatko zadzwonił, więc pokazałam mu wodę; fale wyglądały na leciutko przybrudzone, na skraju przypływu spore stado małych biegusów, czy innej drobnicy, wykonywało swój zwyczajowy trucht kulinarny). Po spacerze wyskoczyłam jeszcze po mleko do sklepu za rogiem i gdy wracałam, napotkałam Amber idącą ścieżką Rysiową. Kot został pogłaskany, ale to nie to samo. Smutek. Upiekłam naleśniki, zjadłam trzy; poszłam spać. Kochany wrócił późno. Podczas obiadokolacji zadzwonił do niego Zbynio, więc też zagadałam ...

Dzień złożony z puzzli niby bez sensu, ale odpoczywam i to jest dobre. Może nawet zbiorę siły na wieczorną lekturę (od soboty byłam tak zbaniona, że nie przeczytałam ani jednej strony). 

środa, 14 lutego 2024

1521. Śpiąca środa.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Anna. Wyszła ze szpitala i przynajmniej przez dwa tygodnie będzie w domu opieki niedaleko nas, podobno żeby nabrać sił (ciekawe, co z tego wyjdzie).

Zrobiło się cieplej, spadł deszcz i spaliśmy przy lekko otwartym oknie. Pomimo długiego snu wstałam zupełnie nieprzytomna. W przyrodzie świergotania i hormony wzrostu, otworzyły się pierwsze narcyzy wystawione przed domem, zakwitł dereń przy przystanku, ja tymczasem jak zombie z bolącymi dłońmi. W Centrum zaszyłam się z komputerami i przeciągałam każdą czynność, żeby nie było konieczności brania się za coś innego. Przerwa z kulyżankami pokazała mi, że nie ja jedna byłam spowolniona (tematyka rozmów kręciła się wokół zdrowia psychicznego i przystojnego księdza z którego powodu Bridżet od czasu do czasu zachodzi do kościoła). Pracownicze przeczekiwanie zwieńczyłam spacerem do B&B, krótką rozmową z Izoldą i zjedzeniem muffinki z malinami (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rano obsługę sąsiadującego Marksa & Spencera poinformowano o planach zamknięcia sklepu; 57 osób straci pracę).

Po mało twórczym obiedzie (mój zmęczony Walenty zjadł go nie zmieniając munduru) zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (bo dlaczego by nie), zrobiłam nam po granoli, po czym zapadłam się w oglądanie kolejnych dwóch (4 & 5) odcinków Barbary i Jana (1964). Fabuła wystarczająco głupia na mój dzisiejszy poziom (a i tak zauważam, że moda pierwszej połowy lat 60-tych raczej nie schlebiała kobiecej sylwetce). Oboje jesteśmy wyzuci z energii, Kochany ma gorzej, bo jutro znowu wstaje przed świtem. Ja mam lepiej, bo 1) wstaję kiedy chcę, 2) mam Kochanego.

wtorek, 13 lutego 2024

1520. Shrove Tuesday.

Koleżanki jadły naleśniki, a od jutra niby dieta i sztuka rezygnacji. Ja nie wiem, nie mam nastroju na takie historie. W pracy grzebanie w komputerach i Kirsty, która i tak nie pojawiła się po przerwie na lunch. Deszcz zaczął padać dopiero po moim powrocie do domu (zauważam pozytywy, staram się). Kochany lubi Babcię (dopisek mężowski: jeżdżąc nią czuję się zrelaksowany). Jemy obiad, rozmawiamy o muzyce i o nadwrażliwości emocjonalnej po śmierci Rysia. Herbata z cytryną i cukrem, prysznic (pół godziny na zerknięcie w papiry) i spać. Może jutro znajdę siłę na spełnianie planów noworocznych (czyżby to już luty? sacrebleu!).

poniedziałek, 12 lutego 2024

1519. Alpaki, Dougal & Ted, Grandma.





Dougal & Ted

W porannym ziąbie zapoznałam się na przystanku z sąsiadem, partnerem Evy. Ma 57 lat (byłam przekonana, że jest mu bliżej do wieku taty), długo pływał po Atlantyku, a teraz jest wiejsko-miejskim ladaco.

Spacerowanie z alpakami byłoby pewnie bardziej relaksujące, gdyby nie przejmujący chłód i podmokły teren. Nie wina alpak. Nasz chłopak miał na imię Klark, przepiękny był też rudawy Feniks. Łagodne zwierzęta pochrumkiwały, skubały trawę i przypatrywały się nam wielgachnymi oczami. Mały Dougal chodził za dużym Tedem wszędzie łapka w łapkę, a walliserska czarnonosa mogłaby się fotografować i fotografować.

Całkiem wcześnie wróciłam z prowincji do miasta i mogłam spokojnie załatwić to, co miałam zrobić rano: poszłam do banku po przekaz dla Aarona. Następnie przeszłam na drugą stronę rzeki, do Waterstones, oraz na chwilę przysiadłam w Insomnii, żeby rozgrzać się herbatą. W ubezpieczalni wpisałam Babcię do polisy, w Il Forno zjadłam carbonarę. Wszystko sprawnie i przed czasem; Ka odebrał mnie w umówionym miejscu i we troje mogliśmy pojechać po Babcię, na którą przyszło nam trochę poczekać, ponieważ mechanik dopiero zmieniał olej. Mam nadzieję, że to na jakiś czas koniec samochodowych przygód. Fred dowiózł nas do domu ucząc się po drodze nowych funkcji, Ka przy okazji zrobił własny research i udał się w swoim kierunku; od jutra powrót do normalności.

Postscriptum #1518.

Wiosenna deprecha? Kochany uważa, że to od śmierci Rysia tak nas oboje męczy. Może zmęczenie pozimowe, może brak nowego celu; zauważam, że bardziej tęsknię za domem w Polsce i trudniej jest się mi zabrać do robienia praktycznych rzeczy. Kiedy leżę, chcę wstawać; gdy mam iść do pracy, chcę wracać do łóżka.

niedziela, 11 lutego 2024

1518. Spacerujemy wiosennie.

Piękna, jasna (może nawet aż za bardzo dla zimowych borsuków, takich jak ja) niedziela. Za oknem dźwięki wiosenne i zaraz zakwitną narcyzy w doniczkach, te posadzone rozumnie:

Wybraliśmy się z Fredem w kierunku morza i poza planem załapaliśmy się na kibicowanie pięciokilometrowemu biegowi, który zaczynał się o dwunastej. Trudno było patrzeć pod słońce, więc po dłuższym postoju na zakręcie, gdy już minęło nas kilkuset uczestników, ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Morze było akurat w pełnym przypływie, znaleźliśmy kilka jeszcze żywych małż, którym usiłowaliśmy pomóc (kto wie, jak skutecznie), trzy zdecydowanie martwe, oraz różne inne dziwy (np. Fred układał puzzle z krabich szczypiec). 



Wróciliśmy do domu przez zagon domków letniskowych pomiędzy którymi na trawnikach kwitną maleńkie stokrotki. Około drugiej byliśmy z powrotem u siebie, z chłodnymi policzkami i ciepłymi nosami. Po relaksie i obiedzie Kochany poszedł się przespać. Tak jak sobie dwa tygodnie temu umyśliłam, podjadając bożonarodzeniowe pierniki obejrzałam Barbarę i Jana (1964), na razie tylko dwa pierwsze odcinki serialu, wysiadłam przy trzecim (widziałam go u rodziców). Kiedy Fred wstał, słuchaliśmy kolejnych płyt, w tym Amy Winehouse, At the BBC (2012) oraz Jacka Kleyffa & Kapelę Drewutnia (2017). Popołudniowa kawa niewiele pomogła, jestem zmęczona i bolą mnie oczy. Od czasu do czasu Kochany rusza mi na pomoc.

sobota, 10 lutego 2024

1517. Razem.

W piątek miałam ambitny plan czekania na Kochanego, ale cuszzzz, wydarzyło się inaczej. Późnym wieczorem przeczytałam jeden rozdział z Tokarczuk, Drive Your Plow Over the Bones of the Dead (Fitzcarraldo Editions, 2020), czyli po angielskiemu (bo mam taką wersję) i zapadłam w drzemkę. Wybudziłam się ok. północy, w sam raz przed videoczatem z Fredem, który mi zaanonsował, że jest na lotnisku 50 km ode mnie, właśnie odebrał walizkę i zmierza na przystanek. Kiedy Kochany wszedł do domu, byłam zbyt zaspana, żeby witać się przytomnie (czyli nie wiem, która to była godzina). Pobudka o dziewiątej. Pokazałam mamie, że jej ulubiony zięć dojechał nieuszkodzony. I mam ładnego T-shirta od męża, z Wenus Botticellego. I herbatę zrobiłam w kocim kubku, któremu nic się nie stało w podróży.

Soundtrack z przywiezionych przez Freda cd: Mirek Czyżykiewicz, Allez! (2005) oraz Odpoczno, Dryf (2022) — świetne płyty, od pierwszej nuty do ostatniej. 

Dealer potwierdził, że auto jest nadal dostępne i po południu Ka zabrał nas swoim pojazdem do północnego Dublina na okazanie, obmacanie i objechanie. Samochód wygląda nieźle, a w czasie jazdy próbnej Aaron (sprzedawca) pocisnął Fredowi historię o tym, że wcześniej używały go tylko dwie babcie (Aaronowe oczywiście). Jeśli więc dojdzie do transakcji (a wszystko na to wskazuje — małżonek wpłacił zaliczkę), mamy nazwę dla auta: Babcia. W drodze powrotnej zabraliśmy Ka do CG, na obiad i kawę. 

Zeszło nam całkiem sporo czasu, nażarci jak nie powiem kto w domu byliśmy na powrót po zmroku. Wychłodziłam się, złakniona wrzącego prysznica nucę ludowe przyśpiewki.

piątek, 9 lutego 2024

1516. Oczekując.

Za oknem szaruga. Zasnęłam późno, spałam niezbyt spokojnie i już o siódmej byłam na nogach. Aura nie sprzyjała spacerom, więc przyjęłam taktykę gniazdownika. Kochany od rana pakował się (zdołał wcisnął do walizki wszystkie zaległe artefakty, w tym mój koci kubek, prezent podchoinkowy) i sposobił się do drogi (nastawiał uszu w kwestii dzisiejszego strajku rolników i w końcu zdecydował się na dojazd do Wro szynobusem).

Fejsbukowe archiwum powiedziało mi, że dokładnie 8 lat temu byłam w Zieleńcu z kulyżankami Goshom oraz Ilką, i udawałam, że jeżdżę na nartach.

Obejrzałam starożytny film Buczkowskiego, Smarkula (1963). Obyczajowo naciągana historyjka, Prucnal piękna. Zrobiłam gulasz wołowy i prasowanie. Bolą mnie stawy u stóp i dłoni, nie za mocno, ale powtarzalnie.

A Kochany już leci do mnie.
___
Gulasz po świechnowemu: 
kawałki Tescowej wołowiny (jakieś 300 g) obtoczone w mące smażyłam na oleju. Następnie wołowina do garnka, jakieś dwie szklanki wody gotowanej, dwa małe liście laurowe, dwa bobki pimentu, trochę ostrej papryki i duszenie pod przykryciem. Na patelni po smażeniu wołowiny zeszkliłam posiekaną cebulę, pod koniec dodałam przeciśnięte przez praskę zębisko czosnku. Wrzuciłam do duszącej się wołowiny cebulę z czosnkiem, dorzuciłam trzy spore marchewki w plastrach. Po godzinie duszenia wrzuciłam do garnka resztki starej papryki pokrojonej w kostkę, posoliłam wywar, przyprawiłam lubczykiem i pieprzem (jeszcze godzina lub półtorej, zależy od rodzaju wołowiny). Najs. Następnym razem dodać selera naciowego.

czwartek, 8 lutego 2024

1515. Ano tłusty.

Pogoda dla kaczek i mew, lało i wiało od samego świtu, więc oczywiście do kolekcji rano autobus spóźniony. Najpierw absorbowałam wilgoć chowając się za winklem (po tej stronie drogi nie ma wiaty przystankowej), a potem mocno trzymałam się fotela, gdy kierowca nadrabiał stracony czas. Nieoczekiwane bonusy? Zarówno w drodze do miasta, jak i po południu nie płaciłam za bilet.

Po przyjeździe do Drołdy w zacinającym deszczu tak wyciągałam nogi, że przegoniłam o spory dystans Sprzedawcę Butów, czego nie omieszkałam mu uświadomić, gdy spotkaliśmy się przy kasie w Czarnej. W ogóle, trzymał się mnie dzisiaj irlandzki humor. Bridżet zauważyła to podczas lunchu w przeludnionym schowku na szczotki na drugim piętrze Centrum, gdy tłumaczyła, dlaczego zwala wszystkie obowiązki kontaktu z TPTB na Alis, chociaż mają równorzędne stanowiska. You simply think she's just better. Humor utrzymywał mi się, gdy Rona zapytała dlaczego używam jej kubka, jej bo z literką R (uwaga, to był dowcip taki irlandzki, więc pociągnęłam temat, odparłam, że byłam pewna, że chodzi o Royalty). A tak w ogóle kupiłam kolegom pączki i wcisnęłam kit, że ich zjedzenie przyniesie im szczęście. Za oknem szaruga, w budynku same ciche myszki; siedziałam głównie z Lukiem i Katrin, trochę plotkowałyśmy, trochę przejrzałam zawartość kilku komputerów.

Dobry nastrój nie opuścił mnie i w drodze powrotnej. Did you buy ice creams? zagadnęłam Ann, mieszkankę domu na kółkach, rozwódkę, miłośniczkę samotnych spacerów i Rory'ego Gallaghera (sporo informacji jak na 10 minut rozmowy). Kupiła! I nawet wyciągnęła pudełko, żeby mi pokazać. Lody o smaku karmelu i brownies, firmy Ben & Jerry's. Potem już mogłyśmy czekać ile z tej okazji autobus będzie miał spóźnienia. A jednak, imaginujecie sobie państwo, autobus przyjechał przed czasem. Klątwa nie zadziałała. Bywa i tak.

W domu obiad, pączek z nadzieniem truskawkowym zjedzony w połowie, rozmowy z małżonkiem o samochodzie (jeszcze w pracy umówiłam Kochanego na sobotę ze sprzedawcą) i innych takich. Potem już tylko czytanie do końca Rozdartej zasłony (Znak, 2016). 

środa, 7 lutego 2024

1514. Skoki.

W Centrum tylko z Lukiem Niebożątkiem (Kalem wpadł na moment, żeby się przywitać i poopowiadać what's the craic). W ciągu dnia trochę niefajnie się poczułam i po przerwie na lunch zaszłam do Hickeysa, żeby mi zmierzyli ciśnienie. 136/85. Czyli nie chodzi o ciśnienie, ale koleżanki się przejęły. Po krótkim wahaniu skorzystałam nawet z propozycji podwózki do domu (ogólnie nie było tak najgorzej, zakończyłyśmy dzień pracowniczy plotami o chorobach brytyjskiej rodziny królewskiej).

Kochany u rodziców, rozpieszczany obiadem i pychotkami. Był też u fryzjera (bardzo podoba mi się docinek Grubiutkiej, po tym jak powiedzieliśmy sobie "kocham cię" na do widzenia: To młode małżeństwo, widać; Fred ma swoją opinię na temat "staruszki": Sypniemy garść ziemi na jej kurhan … ewentualnie).

W temacie samochodu, chyba wyklarowała się nam górna granica przedziału cenowego, której nie przekroczymy.

Żeby tak od razu nie zapaść się w książki, poszłam do Tesco w Szkocji i zakończyłam oglądanie piątego sezonu opowieści dziwnej treści o grubych siostrach z Kenctucky. Jeszcze zdalna wizyta w domu rodzinnym i wieczorna inspekcja wszystkich śpiących zwierząt.

wtorek, 6 lutego 2024

1513. Konferencje, lektury, ploty.

Wróciłam z konferencji w Dundalku już przed drugą, zaszłam jeszcze do rzeźnika rodzinnego (to tyle z diety wegetariańskiej na ten tydzień) i do sklepiku po sąsiedzku (z okazji braku mleka; zazwyczaj nie mamy mleka i zazwyczaj nam to nie przeszkadza, ale przecież wcześniej kupiłam budyń ;)). Sprzedawczyni zapytała, czy nadal tęsknimy za Rysiem (teraz Amber się jej naprasza). Oczywiście, że tęsknimy, zawróciłam z drogi, żeby chwilę snuć myśl jaki to był wspaniały kot (przy okazji przywitałam się z Gerardem). Przedpołudniowe występy były średnio ciekawe, najlepsze wrażenie zrobił na mnie gość opowiadający o handlu ludźmi i matka ucznia transgender (a w przerwie bardzo dobre ciasteczka)

Gdy wracałam z centrum wsi (Saren mnie podwiozła i wysadziła pod rzeźnikiem) coś mnie tknęło, żeby zapukać do Anny, ale sąsiadka nie otworzyła drzwi. Pomyślałam, że zajrzę do niej po obiedzie. Akurat gdy jadłam i rozmawiałam z Fredem wyjeżdżającym z Jeleniej, pod dom sąsiadki podjechała karetka (paramedycy zabrali ją do szpitala).

Kupiłam dalszy ciąg śledztw profesorowej Szczupaczyńskiej, Rozdartą zasłonę, tym razem w ebooku (Znak, 2016). Po kwadransie tańczenia do Mery Spolsky wcześnie umyłam włosy, zakopałam się pod kołderkę z nową lekturą i ... jeszcze dwa razy ubierałam się szybko, żeby wyjść z domu. Najpierw zapukała do mnie siostra Anny. Nie zapamiętałam imienia, w każdym razie wraz z Teresą, drugą siostrą, poczekały aż się ubiorę, przemierzę w ciemności dzielący nas ogródek i pomogę im przestawić termostat w domu sąsiadki (temperatura była nastawiona na absurdalne 28 stopni). Potem wyszłam jeszcze raz, żeby z ciemnicy ogródka na tyłach wytaszczyć zielony kosz (śmieciarze jeżdżą jutro od bladego świtu, you never know). Katlin dostała pewnie identyczną wiadomość tekstową jak Fred, bo zastałam ją przy tej samej czynności (stąd znam plotę, że 3 tyg. temu Anna przewróciła się również w Drołdzie). 

Fred już bezpieczny, na powrót w domu moich rodziców (zgubił swoje ulubione, zielone rękawiczki, ale nie zgubił głowy). U mnie dwie książki do czytania na zmianę. Sztosik. 

poniedziałek, 5 lutego 2024

1512. Nastawiam uszu.

Słuchając postępów w śledztwie profesorowej Szczupaczyńskiej zaczęłam własne dochodzenie (genealogiczne; po raz kolejny tam gdzie ostatnio utknęłam). Podejrzewam, że wyjaśnienie zagadki znajduje się między Sanem i Wisłokiem. Dzień upłynął mi na porannym epizodzie pralniczym, popołudniowych, krótkich kontaktach ze światem (rodzice, Fred) oraz na słuchaniu całodziennym. Przed dziesiątą audio lektura Tajemnicy domu Helclów (Znak, 2015) zakończona. Nastawiam budzik na 6:50. Jutro trzeba już wyjść.

niedziela, 4 lutego 2024

1510-1511. Wiatr z zachodu.

Sobota
Kochany odezwał się z rana ubrany w nowy T-Shirt w obrazki z Boscha. Porozmawialiśmy, po czym rozpoczęłam bardzo spokojny dzień nicnierobienia. Ze spraw okołodomowych ruszyłam tylko jedną: wysadziłam do kilku donic pozostałe cebule wyciągnięte z ziemi pod oknem. Jest na to za późno, ale z tym już nic nie zrobię, wykiełkuje to, co może wykiełkować. Poza tym wysypałam szpakom robaki (cieszę się, że ptaki wróciły do ogródka). Rozmawiałam krótko z mamą. Zrobiłam też binge-watching dalszych odcinków Shroud for a Nightingale, 2-5. Dobre uczynki zostały przesunięte na jutro.

Pod północ, gdy czytałam w łóżku, nagle przez messengera zadzwonił Perlisty. Rozmawiał wcześniej z Fredem, ze mną też chciał pogadać. Wymówiłam się po kwadransie (myślę, że jest bardzo samotny).

Niedziela
Włożyłam ciut więcej wysiłku niż wczoraj w to aby nadać temu dniowi jakąś strukturę. Duże śniadanie. Skończyłam czytać Chrześcijaństwo. Amoralna religia Nowaka & Ziemińskiego (Prószyński i S-ka, 2023) i wybrałam z półki jako lekturę do nadrobienia dawno odstałą Gomorę tandemu Nowak & Obirek (Agora, 2021). To będzie czytadełko wieczorne, w ciągu dnia wolę słuchać świeżo kupionego audiobooka z głosem Doroty Segdy przedstawiającym Tajemnicę domu Helclów Szymiczkowej (Znak, 2015). 

Przed południem znowu odezwał się do mnie Perlisty (?). Po południu Fred zadzwonił, żeby mi wigilię pokazać, więc pomachałam wszystkim przy stole i zostało mi odmachane. Pisałam z Aś (u Pewnej Osoby wszystko dobrze, dochodzi do siebie po operacji oka). Rozmawiałam z mamą (coś jest przygnębiona). Rozmawiałam z Luś (w pracy wydarzyła się tragedia; wymieniamy się uwagami o lekturach). Rozmawiałam z mamą jeszcze raz (żeby jej przekazać wiadomość o tragedii). Rozmawiałam z Fredem (Kochany zły na pogodę i podłamany, bo nie wie jak wyszły zdjęcia). Podczas tej ostatniej rozmowy na poprawienie nastroju zaczęłam podjadać przywiezione z Polski herbatniki bożonarodzeniowe (smarowałam je obficie polskim dżemem malinowym i wszystkie herbatniki zniknęły; nie powinnam, ale już sobie wybaczyłam). Wszystko pewnie przez ten wiatr. Czyli jest szansa na poprawę.

piątek, 2 lutego 2024

Postscriptum #1509.

Obejrzałam pierwszy odcinek Shroud for a Nightingale, czyli Dalgliesha z roku 1984. A Fred w Jeleniej poszedł na Kosa (2023) i teraz żałuje, że nie poszliśmy razem, bo nie może mi opowiedzieć wszystkiego i musi czekać z dogłębną analizą. Poza tym Kochany już zakupił karton i będzie wycinał korony. 

Wśród dobrych uczynków na jutro: zagadać do Aś.

1508-1509. Dobrze i źle.

Czwartek
Kochany miał zdecydowanie więcej ekscytacji (np. bardzo długi spacer z czterema psami), u mnie poranna radość z użycia wełnianych skarpet i powtarzalne nudy. Wieczorem rozmawialiśmy sobie o mężowskim kursowaniu po trasie nadbobrzańskiej (w tle u męża śpiewał Dyjak). Cieszę się, że plany Freda posuwają się do przodu. Tęsknię, dłubię, piorę, doprawiam.

Piątek
Miało nie padać, tak mówiła prognoza internetowa. Shame on you tak kłamać, prognozo (nie od rana, ale jednak). W Centrum zapracowałam na podwójną pensję: trzy godziny z atencjuszami i nikomu nie odgryzłam łba (po prostu jestem w tym dobra, ale tylko Wielki Bóbr wie ile mnie to kosztowało). Po dwunastej pożegnałam się z wszystkimi i poszłam na obiad do CG, potem powędrowałam na zasłużoną kaffkę w Czarnej i zakupy spożywcze do Tesco. Plany: najpierw przerwa, potem przez cztery tygodnie robię same miłe rzeczy. Długi weekendzie, przybywaj!

PS. Powrót do domu trochę jednak mną trzepnął. Korzystając z okazji, że pierwszy raz w tym tygodniu wróciłam o ludzkiej porze, gdy na świecie jeszcze jasno, zajrzałam do ogródka na tyłach. W zepsutym karmniku znalazłam padłego szpaka, który musiał się jakiś czas temu zaklinować w tej plastikowej tubie. Biedak :( I nasza to wina, pokrywka od karmnika odpadła i urządzenie nie powinno już wisieć w tym miejscu. Ułożyłam szpaka pod paprocią. Rozsypałam ziarna na trawnik :I (zaraz przyleciały dwie zięby).