Sobota
Po śniadaniu rozpadało się na dobre. Bán otworzył łapką uchylone okno i przyszedł rozłożyć się pod grzejnikiem w korytarzu. Przybierał różne słodkie pozy, ale że nie daliśmy się namówić na wspieranie kota czynem, więc w końcu sobie poszedł (dzień kota był, wiem).
Przedpołudnie minęło nam szybko i nie wiadomo na czym. Soundtrack: The Smiths, The Queen Is Dead (1986), Rolling Stones, Hackney Diamonds (2023), Tracy Chapman, Greatest Hits (2015), czyli płyty przywiezione wczoraj.
Kochany przez dłuższy czas przewalał papiery próbując znaleźć dokument z ostatniego NCT. W końcu się mu udało, a przy okazji mąż odkrył voucher na €50 o którym zapomnieliśmy, podchoinkowy prezent od Katlin. Czyli obiad został załatwiony, w mglistym krajobrazie pojechaliśmy na lunch do Termon, żeby objeść się wrapami, kiszami i ciastem. Do tego Fred kupił bochenek chleba, który tak mu smakował jako przegryzka do zupy.
Wróciliśmy do domu w okolicach czwartej; szybko wskoczyłam pod prysznic, bo chciałam, żeby włosy wyschły mi przed wyjazdem do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do świekry i rozmawiał, a rozmawiał, nawet ja się dołączyłam (wywołana do tablicy). Cały dialog trwał ponad pół godziny.
— Jakaś rekordowa rozmowa z moją mamą, po zakończeniu Fred zerknął na czas trwania.
— Niedługo zaczniesz się jej słuchać, powiedziałam ot tak, żeby coś powiedzieć, są bowiem na świecie rzeczy możliwe i niemożliwe.
Wizyta u przyjaciół zmieściła się przed północą. Obejrzeliśmy Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) z Ogrodnikiem. Jako pastisz bawi.
Niedziela
W nocy za ciepło (termostat głupieje? tylko który?), na zewnątrz ładna pogoda, zapraszająca do wyjścia, więc po śniadaniu Kochany wziął mnie na spacer do Oldbridge (Bán pojawił się w ogródku, gdy odjeżdżaliśmy spod domu).
Po krótkim obchodzie (niewiele jeszcze kwitnie poza zawilcami) kawa, Tesco i wyjazd do centrum handlowego Millfield w Balbriggan (w Easonie mąż kupił mi trzy książki: biografię Trumpa, kontynuację DiU P.D. James i Be the Fittest). Następny przystanek, plaża w Laytown:
Poszliśmy ścieżką nad rzeką do plaży i korzystając z odpływu wróciliśmy na tę samą ścieżkę kamienistym wybrzeżem. Po spacerze na chwilę Drołda, żeby w polskim sklepie kupić obiad, i do domu.
Szafka nadal nie została przez nas rozłożona (ani nawet nie wypakowana i przez weekend wszędzie z nami jeździła), w Kuchniosalonie bałagan, w pralce tumult rzeczy, w głośnikach Czyżykiewicz. Ten ostatni nie pomaga w podniesieniu nastroju.