Strony

sobota, 31 sierpnia 2024

1719. Jak w kalejdoskopie 2.

Noc spędziliśmy u Andrju, w innej sypialni niż ostatnio, nadal jednak pięknie, przestronnie, z oknem uchylonym na świat. Na całe szczęście temperatura w sobotę nieco zelżała. W planach był grill, wcześniej wybraliśmy się z Andrju i SP na spacer wokół glinianek (trasa wiodła przez tory kolejowe, bardzo interesujące). Dwie żony zostały w domu (tylko dwie, gdyż nie dla mnie muzułmańskie podziały i rozmowy kuchenne o niczym).


— I co? Są bunkry?
— Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :D

W trakcie spaceru drogę przecięła nam mysz (konkretnie myszarka polna, z ciemną pręgą na pleckach), w innym miejscu widzieliśmy trawersującego szczura. Nie pytam już, co to znaczy ;) Wszędzie nawłoć nawłocią pogania.

Wróciliśmy w południe; na grillu były same delicje: karkówka (nie próbowałam), swojska kiełbasa i kaszanka, Perła w szklanicach (nie próbowałam); godzinkę przed naszym wyjazdem do kompanii dołączyli Jackowie, spóźnieni na okoliczność poimprezowej senności.

O czwartej żona Jacka podrzuciła nas do Usz. Dzięki temu mieliśmy godzinkę relaksu przy gazowanej wodzie. Bo z Wu byliśmy umówieni o szóstej na rodzinną konsumpcję baby ziemniaczanej; wyruszyliśmy we czwórkę (Fred, ja, Usz, Szwagrowski) na trwający jakiś kwadrans spacer przez osiedla. Przywitał nas krzątający się przy kuchni Wu, jego córki oraz Stu. 


W ofercie baba ziemniaczana oczywiście, poza tym churros, wybór ciast, napoje gazowane; w tle Traperzy znad Wisły oraz Artur Andrus. O dziesiątej byliśmy z powrotem w "naszym" bloku. 

***

Obok nas cichutko przeszedł sierpień.

piątek, 30 sierpnia 2024

1718. Jak w kalejdoskopie 1.

Pobudka dość wczesna; Szwagrowski nareszcie się nam objawił, narobił nam napitków i poszedł do pracy. O dziewiątej wyszliśmy do metra, bo za pół godziny byliśmy umówieni z Panem Od Espresso na przystanku przy Politechnice. Bardzo to wszystko było dobre … kawa w Filtrach na Starej Ochocie oraz Pan Marcin z panem Tomkiem w Andronach na Grochowie (ulica Wąwolnicka), kawa nitro na mleczku owsianym ... doprawdy, ni mom słów (byliśmy przygotowani na podróże komunikacją miejską, tymczasem PoE sprawił nam niespodziankę, obwożąc nas po stolicy samochodem).



W Andronach wynalazłam wśród sterty książek Anaïs Nin Deltę Wenus, pan Marcin mi ją opieczętował, a później, z okazji makaronu, PoE złożył na niej swój autograf. Bo byliśmy we trójkę także na obiedzie (chińczyk, nie pamiętam dokładnie gdzie); była jeszcze Mniszkówna czytana przez Kwiatkowską na Francuskiej i inne takie, przede wszystkim wymiana życiowych przemyśleń.
 
Pożegnaliśmy się z PoE mając na uwadze, że przed nami dzisiaj kolejne spotkanie — przejechaliśmy się tramwajem nr 9, potem metrem, po drodze z metra były jeszcze małe lody dla ochłody w tym samym miejscu, co wczoraj. Na chwilę wylądowaliśmy w ursynowskim bloku u Usz, na tyle tylko, aby wziąć prysznic. Kiedy o piątej zjechaliśmy na dół, Andrju już sandałował w naszym kierunku. Dojechaliśmy do jego części podWarszawy bez przeszkód. Uczestnicy spotkania (Andrjowa i druga para, SP z Uczycielką) już się gościli. 


Do późnych godzin nocnych siedzieliśmy w przydomowym ogródku, były napoje, były rzutki, temperatura przyjemnie się wygładziła.

czwartek, 29 sierpnia 2024

1717. W podróży.

Pobudka o 3:30 nie jest moim ulubionym sposobem wstawania. Ale cóż. Lecim.
___

edit 14:40 (czasu lokalnego) lot przebiegł bez większych wydarzeń (poza panem po mojej prawej, grubym i we śnie słaniającym się na swoje lewo); Europę spowijała lekka, szara mgła towarzysząca nam od Wyspy do Polski. Muszę przyznać, że moja głowa nie do końca wiedziała czego oczekiwać w związku z hasłem „będzie bardzo ciepło” i cieszę się, że wzięłam superletnią sukienkę. Z Modlina przejął nas Wu (w swojej uprzejmości przewiózł nas do siostry, po czym wrócił do swoich zajęć; pogoda po wyjściu z samochodu nadal zatyka ciepłem). Komitet powitalny był złożony z Usz oraz czarno-białego kota, którego prawie od razu wymiąchałam.



I oczywiście zaraz jest doświadczenie tego kosmosu, że w mieszkaniu nie ma telewizora, a szwagierka robi Kochanemu kawę z użyciem ręcznego młynka, gdyż ludzie żyją pięknie w różnych miejscach Europy ;)
___
edit 23:30 O jak miło leżeć w łóżku po prysznicu, za oknem szumi Ursynów, przed oknem plumka fontanna dla kotów. Bardzo miło spędziliśmy czas po obiedzie (fasolka po bretońsku z odpowiednią ilością chili, żeby wszyscy byli szczęśliwi), wyszliśmy na miasto, zjedliśmy lody w Stolicy Lodów i Pączków Café, rozmawiałam z mamą pokazując jej ścieżkę którą szliśmy do Anioła. 


Widzieliśmy dzisiaj zające dwa razy, pierwszego w Dublinie (siedział ze słuchami na sztorc pomiędzy samochodami na parkingu lotniskowym), drugiego tutaj (biegł chodnikiem wzdłuż ulicy Stryjeńskich). Po powrocie ze spaceru obejrzeliśmy z Usz dokument o Wodeckim, Lubię wracać tam gdzie byłem (2023), potem bardzo długo rozmawialiśmy o różnościach. 


Za otwartym oknem miejski rwetes.

środa, 28 sierpnia 2024

1716. Włóczęgi i pakowania.

Rzeczywiście lepiej. Kochany dzisiaj nie pracował i od razu zrobiło mi się w głowie jaśniej. Nic to, że moja praca skąpa, a z ciekawych miejsc na razie odpisują, że im nie pasuję. Zerknęłam na konto bankowe (jakoś to będzie). Po śniadaniu, który był wczorajszym obiadem, zaparzyłam herbatę w kubku termicznym i poszliśmy z Fredem nad morze, skoro morze jest i my jesteśmy. Wiało, zakładałam i ściągałam kurtkę, gdyż pogoda nie mogła się zdecydować. I znaleźliśmy z Kochanym różne takie (np. krabią rączkę na końcu której kiedyś był krab, oraz szkielety stworzonek zastygłe w kamieniu):


Wracaliśmy przez wieś, więc mogłam potwierdzić swoją wcześniejszą obserwację, że na wszystkich słomianych dachach domów pojawiła się już zielona, jesienna patyna. W chatce puchatka szybki orient co zdjąć, co założyć; tekst do Anne, czy używa kolendry, bo mam zieleninę do adopcji (używa, bardzo dobrze, wręczyłam jej kolendrę w doniczce, szkoda żeby się zmarnowała przez te kilka dni; przy okazji pogłaskałam Junonę, koteczka zobaczywszy nas od razu ożywiła się i ustawiła przy misce) i wybyliśmy do miasta na krótkie zakupy obiadowe. W TK Maxxie są już halloweenowe rupiecie. Zaszliśmy też do Costy na kawę i pastéis de nata.

Plany na następne dni: od czwartku do soboty w Wawie z Kochanym, w niedzielę przed świtem wyjeżdżam pociągiem do rodziców, wracam do domu we wtorek wieczorem.

Odprawiłam się dopiero po obiedzie, potem zaczęłam ogarniać letnie ubrania. Ponieważ nastąpiło cudowne rozmnożenie kusych sukienek, trochę to trwało, zanim zapadły konkretne decyzje. (Nie)ogarnianie konta, uderzenia gorąca, chodzenie nago po kuchni. Fred słuchał AC/DC. Nawet zadzwoniłam do mamy, żeby zapytać, jaką mają pogodę (było już późno, obudziłam ich oczywiście). Po co? Hm. Może zjem jeszcze trochę ciastków?

wtorek, 27 sierpnia 2024

1715. Skołowana.

Od początku dnia poczucie zagubienia, czytam i nie mogę zacząć działać, ściągam i zakładam okulary, bo tak źle i tak niedobrze. W końcu rozbolała mnie (od tego?) głowa, poszłam nawet leżakować. Rozjaśniło się dopiero po powrocie Kochanego (na zewnątrz odwrotnie, ściemniło się i zaczęło padać); zjedliśmy spaghetti milion kalorii; rozmawiałam z mamą (upewniałam się w temacie pogody i tak ogólnie, pogadanka); Fred również odbył kilka rozmów telefonicznych w ramach gryzmolenia planów. 

Obejrzeliśmy Zagubionych (2015) Zelenki. Pod koniec dnia łeb nie boli, jak rynkom odjon, cud; idzie ku lepszemu, mili państwo, pełznie, ale tam, gdzie warto.

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

1714. Nie wiem.

Całus; śniadanie, książka o jeremiaszkach, rozmowa z tatą, kawa, granola, skończyłam czytać Kult (Świat Książki, 2019); prasowanie, zerkanie na stary kryminał Barei, Dotknięcie nocy (1961), i cerowanie dziur w mężowskich swetrach. Dopiero, gdy Kochany wrócił, zauważyłam pozostawiony przed drzwiami na zewnątrz pakunek, a w nim prezencik taki oto z adnotacja okolicznościową w osobnej kopercie:

Anne nie wiedziała, że cały czas jestem w domu, i zostawiła pudełko zapakowane w plastikową torbę. Bardzo miło :) A nie wiedziała, że jestem, bo nosa nie wystawiłam (najpierw miałam mokre włosy i łaziłam w szlafroku, potem nie, bo nie). 

Buroszaro; gdy przy obiedzie otwarłam okno w kuchni, zasmarkiwał je właśnie drobny deszcz. Dlaczego zamiast planu minimum nie mogę wykonać planu maksimum, takiego z jogą i froterowaniem podłogi? Argdghfjhd, wróciłam do wpisów sprzed roku; czuję już głęboką jesień i niewiele mnie cieszy. Sporo wysiłku kosztuje mnie kierowanie uwagi na weekend, myślenie o tym, czy w niedzielny przedświt metro jedzie czy nie jedzie oraz o innych sprawach organizacyjnych. Fred rozmawiał z siostrą, dni przed nami nabierają kształtów. 

niedziela, 25 sierpnia 2024

1713. U siebie.

Bury dzień. Kult doczytany do strony 328. Obejrzałam też Kraj (2021) Ślesickiego. Gdy ostatnio mieszkaliśmy z Piesełem, była w tym ekscytacja. Tym razem czekałam już na powrót do domu, „próbowanie” nowego krzesła obrotowego i takie tam. Kochany pojechał do Drołdy na dziewiątą, wrócił po południu. Wyskoczyliśmy na obiad do Atami, i dobrze, że kawiarnia była zamknięta, bo pewnie napchałabym się naleśnikami do rozpęku. Po powrocie do Pieseła drobne aktywności doprowadzające dom przyjaciół do stanu sprzed naszego nalotu, nakarmienie psa, przenoszenie bagażu do samochodu. Wyjechaliśmy po dziewiątej nie dokończywszy zerkania na jakiś późny odcinek Midsomer Murders na ITV 3. Na wsi ustawianie, układanie, refleksja ile trzeba posprzątać (w Kuchniosalonie piętrzą się najmniej trzy ostatnie prania). A fotelokrzesło super, moszczę się bardzo kontenta. I ogólnie, dobrze być w domu.

sobota, 24 sierpnia 2024

1712. Zaleganie.

Zapadłam się w marazm bezrobotny. Minęło ledwie kilka dni, a już ciąży mi brak stałego dochodu, na razie głównie umysłowo, ale to nawet ważniejszy ciężar. Kochany wybył do pracy o typowej porze. Śniadanie; tworzenie prezentacji na kolejne zajęcia; zupa, kaffka, lektura Kultu Orbitowskiego (sprawne czytadło z kopytkiem); po powrocie Kochanego robienie obiadu oraz gadu gadu.

piątek, 23 sierpnia 2024

1711. Piątek z mężem.

Słonecznie, raczej chłodno. Budzę się tak powoli, że mam czas w półśnie zrobić sobie test pt. jakim kwiatem jestem. Wyszło mi, że kanną (You stand up for what you believe in, even if it gets in the way of what other people think. You are proud of yourself and your accomplishments and you enjoy letting people know that, powiedzieli :D)

Śniadanie skromne (jakieś jajka z majonezem). Chleb się kończył, trzeba było wyściubić nosy na dwór, więc po śniadaniu kawa w 3rd Place. Od rana nie mieliśmy też planu gotowania obiadu. Po kawie i naleśnikach z syropem klonowym poturlaliśmy się wolno ulicą Clanbrassil, do księgarni i z powrotem, z sukcesem unikając większego deszczu. 

Zmyślnie nie kupiliśmy niczego ani w księgarni, ani w obuwniczym, ani w perfumerii. Zatrzymaliśmy się na obiad w Atami. Potem spacer do Tesco, małe sprawunki, i do domu, do łóżka, gdyż procesy trawienne dawały nam sygnał, że w przedszkolu czas na leżakowanie.

Śniłam o rodzinie królewskiej, nawet ciekawa fabuła (któryś syn króla nie był jego synem, ale nie pytajcie, nie pamiętam, gdzie i co), niestety z drzemki wybudziła mnie wizyta Pieseła na piętrze. Gdy w końcu zerknęłam na telefon, znalazłam tekst od zdołowanej Anne — przyszły wyniki biopsji Junony, koteczka ma raka. Przy okazji ostatniego zabiegu wycięto tkankę, ale rak wróci, miejmy nadzieję, że nie szybko, że nie zdąży za Junoną, kotką w wieku słusznym.

Dokończyliśmy oglądanie Irlandczyka (2019), ostatnie półtorej godziny. Końcówka robi wrażenie odpowiednie.

czwartek, 22 sierpnia 2024

1710. Odhaczone, carry on.

Pierwsze zajęcia w Jamie minęły spokojnie (zdecydowanie było mi to potrzebne; za sprawą dwóch uczennic mam déjà), no bother. Teraz tylko przeglądanie ofert, czytanie książek oraz picie dużej ilości płynów, żeby rozpuścić gila.

O drugiej złapałam autobus do El Paso i byłam na miejscu o całkiem przyzwoitej porze, kilka godzin przed Fredem. Czekając na niego obejrzałam pierwszy odcinek netflixowego Wiedźmina. Nie było to bardzo złe, ale fascynujące też raczej średnio i kontynuacja doświadczenia zapewne nie nastąpi; Sapkowskiego trzeba mi nabyć, choćby na czytnik.

Tak sobie czekając i czekając, moszcząc się przez kilka godzin na tapczanie przy oknie (Kochany utknął w korku, a potem zajechał do TK Maxxa, odebrał opłacony wczoraj fotel na kółkach i kupił mi wełniane, imaginujcie sobie, spodnie dresowe Majestic Filatures, zawiózł fotel na wieś i zabrał z domu makaron na obiad), tuż po siódmej skończyłam Lalę Dehnela (W.A.B., 2007). Bardzo ciekawa wędrówka treści od "zanussiego" do przypadków uniwersalnych. Po obiedzie, lekko rozmiękczeni (osobiście kicham, prycham) usiedliśmy z Kochanym do Irlandczyka (2019) Scorsese. Po dwóch godzinach seans został przerwany, reszta jutro, oboje musimy się zregenerować.

Pogoda się zasmarkała i Pieseł obywa się bez wieczornego spaceru. Dziwne, że niespecjalnie się do niego garnie (nadal jest jakiś nieswój, mniej je). Może pies-meteopata? Zmiana w ostatnich dniach to efekt resztek z huraganu Ernesto. Deszcz znowu bębni w rynnach.

środa, 21 sierpnia 2024

1708-1709. Hasta la vista.

Wtorek
Możliwe, że nowa grupa w nowym miejscu nie będzie bardzo okropna (na chwilę zajrzałam do Szefa, zagadać co-tam-jak-tam).

Po południu, gdy skończyłam pracę, Ka przekazał nam na parkingu klucz do domu (startujemy jutro, dzisiaj lekkie pakowanie). 

Obiad bajeczny (słodkie ziemniaki, kalafior, pieczarki, pomidory w śmietanie). Napęczniała od dóbr kulinarnych zadzwoniłam do mamy. Akurat dzisiaj rodzice musieli wymienić poniemieckie kable wokół głównego bezpiecznika, bo sytuacja była przedpożarowa (miałam napisać, że dom ma 80 lat, ale to przecież nieprawda, jest stulatkiem).
 
Bloomville, New York 13739, USA — w ramach genealogicznych niuchań znalazłam takie małe coś, jakiś kuzyn Freda, Stanley piąta woda po kisielu, zmarły w 1976, mieszkał w tej osadzie. Totalny folklor.

Środa
Powinienem wozić Cię w samochodzie zamiast choinki zapachowej, rzecze mi Fred po południu, gdy jedziemy z miasta do miasta. Wcześniej była praca, tort pożegnalny w Centrum, lunch w CG (już w mniejszej grupie, do nas trzech dołączyła Katrin-była asystentka), znowu praca. Za bardzo nie czuję bluesa (może jestem po prostu mało sentymentalną, wredną babą?). 

Kochany po drodze pokazał mi fotel na kółkach, który znalazł w TK Maxxie (i zaraz mi go kupił), po czym w deszczu ruszyliśmy w kierunku El Paso. I gdzie wylądowaliśmy? Oczywiście najpierw przy kawie w 3rd Place. Dopiero potem stacja benzynowa i dom. Na miejscu rozłożyłam się z całym majdanem i z lekkim niepokojem zerknęłam na revenue, bo wysłano mi papiery związane z trzema ostatnimi latami podatkowymi (chyba chcieli po prostu napisać, że wiedzą, że oddali mi kasę; w każdym razie mam nadzieję, że nie mają na myśli czegoś innego, bo to by było przykro). 

Wiatr zawiewa, jego dudnienie słychać tu na górze bardzo wyraźnie (siedzę z laptopem w pokoju Seamusa), w ogóle dom wydaje inne pomruki niż nasz własny, poza tym, za każdym razem, gdy ktoś odpala silnik samochodu, odnoszę wrażenie, że to złodzieje :D

Fred w tej ciemności poszedł na spacer z Piesełem i twierdzi, że ktoś go podmienił. Że niby grzeczny taki (Pieseł). Hm.

poniedziałek, 19 sierpnia 2024

1707. Odpędzam przykre myśli.

Kochany podwiózł mnie do pracy i pojechał w swoją stronę (oczywiście, z kawą z Czarnej ;)), wcześniej uwinęliśmy się po raz ostatni z Junoną. W Centrum w większości zajmowałam się swoimi sprawami, wróciłam autobusem, nieco sfatygowana nagłym spadkiem poziomu cukru. Samochód Anne już stał przed domem, weszłam do niej na chwilę, powiedzieć, że koteczka była naprawdę bezproblemowa (pomimo zaawansowanego wieku po zabiegu zadziwiająco szybko doszła do siebie), wyszłam, gdy sąsiadka zaczęła snuć wątek o zapłacie za przysługę.

Wykupiłam nam ubezpieczenie podróżne na kolejny rok (w granicach Europy, nie przewiduję dalszych ekskursji); pomachałam Perlistemu przez kamerkę; przejrzałam kilka papierów, bo czwartek zbliża się susami. Ogólnie trochę stresują mnie nadchodzące nowości, trapi lęk przed pustym kontem bankowym. Ale już sza o tym, nie ma co mielić; wracam do książki.

niedziela, 18 sierpnia 2024

1706. Pacyfikuję emocje.

Poszłam spać po północy, ale i tak wygramoliłam się z wyrka przed siódmą. O dziewiątej antybiotyk i kropelki dla Junony. Po śniadaniu spacer z Kochanym, nawet miałam taką fantazję, że boso chodziłam (nie wiem, czy nie za bardzo ułańską, bo woda jesiennie chłodna; w drodze powrotnej, pod wpływem mijanych czworonogów, zastanawiamy się jaką poezję pisałyby psy; wrrrr wrrrr hau hau, coś o odrzuconej miłości i o charcicy topiącej się w jeziorze gdzieś pod Mullingar).



Po obiedzie drzemka (wiadomo, niedospanie, poza tym jednak się wychłodziłam); Kochany nadal pracował nad tekstem i rozmawiał nawet w tej sprawie z Perlistym. Kolega mu pomógł, ale osobiste wieści miał nieciekawe, jest akurat w Polsce a dopadły go problemy zdrowotne, był SOR i czarnowidztwo. 

Postanowiłam odłożyć stres związany z nową pracą na później. Wysłałam cv do innej oferty, nawet ciekawej. 

Junona niezmiennie zachwycona Rysiowymi przysmaczkami. Anne wraca jutro (przesłała mi link do informacji, że kot, który kilka miesięcy temu był jakiś czas uwięziony na tylnej ścianie Moorlanda, szuka domu; wiadomo, sugestia, czy to może nie ten kot; faktycznie, ładny rudzielec)

sobota, 17 sierpnia 2024

1705. Jesienna sobota.

Goście pchają się drzwiami i oknami; ostatnio wyrzuciłam jednego za drzwi, jeśli to ten sam, to sporo urósł (a jeśli to nie ten sam przemaszerował właśnie przed chwilą po wieczornej kuchni, to mamy bliźniaki):

Na śniadanie same delicje: kilka serów (halloumi na ciepło, wensleydale z żurawiną, cream cheese z czosnkiem i ziołami), maliny, plastry indyka, paprykowy hummus. Na obiad pyry z gzikiem. Żeby zrobić gzik była wyprawa po śmietankę i biały ser. Przed zakupami zaszliśmy do paru miejsc obejrzeć fotele (chciałabym wymienić swoje chybotliwe krzesło na coś bardziejszego), i na kawę po sąsiedzku.

Wieczorem obejrzeliśmy The Quiet Girl (2022); po wzruszającym seansie przejęliśmy opiekę nad Junoną (nie znam sąsiadki, która współopiekuje się z nami kotem, dopiero wczoraj rano po raz pierwszy widziałam jak wychodzi z synem z domu Anne; z jakichś powodów nie pcham się do bliższego zapoznania). Ponieważ koteczka ma już serdecznie dość piguł z tuńczykiem (zupełnie ją rozumiem), znalazłam w szafce pasztecik sprezentowany jej po śmierci Rysia. Tak jak myśleliśmy, ekskluzywne żarcie Rysiowe okazało się hitem.
___
edit 00:05 pająk po trzecie eskapadzie kuchennej (nieomal wszedł Fredowi pod kapeć), został przykryty szmatką i wyeksmitowany przed dom (kurcgalopkiem, na wszystkich sprawnych nogach w liczbie ośmiu, skrył się w trawie)

piątek, 16 sierpnia 2024

1704. Piątek nicnierobienia.

Wylegiwaliśmy się do dziewiątej. Fatalna kobieta (1972) z Chamcem w ramach relaksowania się peerelowskimi bzdurami (ze słuchawkami na uszach, gdyż Kochany w tym czasie pisze i pisze). Potem mąż robi dla nas obojga obiad (ja tylko kartoffelki skrobię). Przed obiadem mama zadzwoniła (jak nigdy ona) uchachana: pierwszy raz ktoś próbował ją naciągnąć metodą na wnuczkę (jakaś larwa płakała mamie do słuchawki; trzeba być parszywą, skrzywioną psychicznie mendą, żeby próbować ludzi tak nabierać). 

Pogoda coraz bardziej szara, nic nie szkodzi, nie wychylamy nosów za drzwi.

czwartek, 15 sierpnia 2024

1702-1703. Do przodu.

Środa
Na obiad z mężem pizza w Il Forno, na deser kawa w Czarnej. Safron napisała do mnie tekst z pytaniem, czy nie chcielibyśmy kotka. Annę zapytała, czy nie miałby ktoś ochoty zaopiekować się Junoną już jutro wieczorem. Na nic nie odpowiadam, no mam lenia, albo może bardziej ogólnie: mam taką dyspozycję psychiczną, że awrio (pewnie wpływ ma na to kiszenie się w przegrzanym biurze). Pogodowo dzień przyjemny, ale pod wieczór aura zaczyna się zmieniać, więc zamiast spaceru zasiadłam z Kochanym do Bez przebaczenie (1992); dopiero teraz obejrzałam, po ponad 30 latach od premiery.

Czwartek
W Centrum byłam przez połowę zmiany, reszta to rozmowy z nieznajomymi w Białym Budynku (niespodzianka: sąsiedzi z lewej się pojawili, na krótko). Przez to, że Bridżet wygadała się, że niedługo odchodzę, co ktoś znajomy wpada, to robi smutne minki i muszę prostować, żeby je zachowali do następnego tygodnia ;). Do wczesnego popołudnia deszcz. Kochany przywiózł mnie do i z pracy, zrobił nam obiad i wyspacerował mnie nad morzem. Rozmawiałam z rodzicami, a wcześniej z Anne, która dokładnie pokazała, co się zmieniło w grafiku u Junony. 

Kolejna skamielina koralowca:

Meduza beczkowata:

Przypływ nadal się zbierał, temperatura przyjemna, ludzie dokonywali ostatnich zanurzeń. Po powrocie do domu odpowiedziałam w końcu Safron, że jednak nie, na razie nie podejmiemy decyzji adopcyjnej. Koteczka na zdjęciach rzeczywiście bardzo fajna, ale nie mam do tego serca. 

Junona zakutana w ręcznik połknęła obrzydliwe kropelki bez problemu, niestety wcześniej zastrajkowała przy pigułce (przekupstwo tuńczykowe przestało działać). 

Szumy w uszach, które pojawiły się na początku sierpnia, bez zmian na lepsze.

wtorek, 13 sierpnia 2024

1701. Wypadki i zdarzenia.

Praca po tygodniowej przerwie; zwyczajowo, ale już mam poczucie zamykania tego etapu. Wzięłam ze sobą kanapki i w czasie lunchu uszczędnie nigdzie nie wychodziłam. Po pracy wyruszyłam z buta w kierunku zachodnim, przyszłam kilkadziesiąt minut przed piątą, więc jeszcze trochę czekałam na Kochanego. Przywitałam go pod pracą, załapałam się na poznawanie współpracowników (uścisnęłam dłoń starszej Irlandki, z którą Kochany przeniósł się razem z poprzedniej pracy, i chwilę rozmawialiśmy; w drodze do Lidla pomachałam Wiktorowi, który podobno w Nigerii był prawnikiem). 

W drodze powrotnej zdarzyła się nam przykra historia, tzn. konkretnie nie nam, tylko młodej, dużej mewie (chyba srebrzystej). Musiał ją potrącić samochód, w każdym razie wydawało się, że kona na środku drogi. Towarzyszył jej drugi, mniejszy ptak, który stał na jednym z pasów i kierowcy musieli go omijać. Przejechaliśmy, dojechaliśmy do domu, wyciągnęłam nawet marchewkę do tarcia, ale zdarzenia zalegało mi w głowie. Okazało się, że Fredowi też. Wcześniej milczeliśmy, ale jak to wyraziliśmy na głos, założyłam z powrotem buty i pojechaliśmy zobaczyć, co z mewą. Spodziewałam się, że pewnie miazga, ale gdy dojeżdżaliśmy, dobra dusza o imieniu Sziwan właśnie zbierała ptaka do kupy i kładła za murkiem przy drodze. Jeszcze żył, miał przynajmniej uszkodzone skrzydło. Fred zostawił ptakowi wody, Sziwan powiedziała, że gdzieś zadzwoni, żeby go zabrali. Zatrzymała się jeszcze na chwilę, żeby zerknąć drugi raz, It's just a baby. Tyle mogliśmy dla niego zrobić w tej sytuacji :I

W domu obiad. Wieczór był pogodny, postanowiłam iść nad morze, dopóki jest choć trochę jasno. Kochany był zbyt zmęczony; zabrałam herbatę obiadową do kubka i wyszłam. Na ulicy Nadbrzeżnej słońce omiatało już dachy i szpaki w długim rzędzie grzały się w jego ostatnim promieniach na domie Caroline. 


 

Na morzem trzy gracje rozbierały się właśnie do wieczornej kąpieli morskiej. Sto metrów od nich trzy inne gracje, tyle, że zupełnie ubrane (muzułmanki) z zapałem oddawały się fotografowaniu się w wymyślnych pozach. Zauważyłam więcej lwich grzyw wyrzuconych przez ostatni przypływ. Lekki wiatr, przyjemne ciepło, mewy na plaży tuptały do kolacji. Szkoda umierać w taki wieczór.

Weekendowa opieka nad Junoną została rozłożona na dwóch pomagaczy; tym razem nie będzie tak łatwo, bo się okazuje, że koteczce nie podeszły nowe krople, które dostała po dzisiejszym, porannym zabiegu (trzeba będzie trzymać i aplikować do mordki).

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

1700. Spacer to życie.

Zawsze jest mi trudno zastartować, a potem się dziwię, czemu wcześniej nie wyszłam. Po śniadaniu poszłam na spacer nad morze. Namiot, o którym mówiła Katlin, zniknął. Duży odpływ, spore fale (wiało), znalazłam nietypową skamielinę koralowca (trzeba się przyjrzeć dobrze, że to jest to, ale to jest to).

Zauważyłam kilka lwich grzyw, "jesienne" meduzy, w tym takie oko Saurona:

Anne wróciła wczesnym popołudniem; zaszłam do niej na chwilę (wzruszyło ją, że podlewałam jej bazylię i mówiłam do Junony po polsku). Gdy byłam już z powrotem w domu i rozmawiałam z Fredem w czasie jego przerwy w pracy, sąsiadka zapukała z prezentem (mydło w płynie, chutney pomidorowy). Wygląda na to, że w najbliższy weekend też będę odwiedzała Junonę po sąsiedzku.

Na obiad pieczone bakłażany, nawet dobre mi wyszły. Kochany był zmęczony po pracy, ale wstąpiły w niego nowe siły; spacer nr 2:

I tak sobie oboje myśleliśmy, że Ryszard byłby zadowolony z dzisiejszego dnia. Ale żegnaj Gienia, świat się zmienia (pani Gienia mieszkała w domu za naszym ogrodem, razem z babcią Manią i panią Romką czasami przyjeżdżały do miasta, i pamiętam, że spotkałam je z raz czy dwa na takim sąsiedzkim wypadzie, gdy wracałam z lekcji w liceum; babcia Mania musiała mieć wtedy zaledwie 60 lat).

niedziela, 11 sierpnia 2024

1698-1699. Moralniaczek i próby.

Sobota
Od kilku dni idzie mi jak po grudzie. Znaczy, nic nie idzie, bo nic nie robię, zastój. Z rzeczy pożytecznych tylko obiad. Bo Kochany wrócił po piątej, więc wiadomo, coś by się zjadło. I jeszcze Ka z Jot przejeżdżali wracając z klifów, na chwilę podjechali pod dom, akurat gdy wrócił Fred. Po ich odjeździe (a przed obiadem) chwilę rozmawialiśmy z Katlin i Majkiem. Pogoda była piękna. Jutro, mówię sobie, wychodzę na świat. Poza tym grzebanie w genealogii i francuski.

Niedziela
Nie wyszłam. No i tak, jeden list motywacyjny wysłany. Cześć kapitanie (1969), kreminał z Horowianką ponownie obejrzany (poprzednim razem też było lato, tylko, że roku piętnastego, lipiec, dwudziesty szósty; dzień wcześniej zrobiłam rączkami moimi własnemi 99 pierogów z jagodami; babcia Mania żyła).

Kochany zaskoczył mnie bukietem róż i prezentem, łososiową kamizelką (Polo Ralph Lauren). Nie mogę przytyć, mąż ma w oku taką miarkę, że wszystkie jego prezenty są w rozmiarze M ;)

Zaczęłam czytać Lalę Dehnela. 

Ostatni dzień wieczornych wizyt u Junony, znowu miałam lekką obsuwę czasową. Przy tej okazji przykre odkrycie: o wpół do dziesiątej jest już ciemno. 

piątek, 9 sierpnia 2024

1697. Długi piątek.

Piątek zaczęłam kilka minut po północy kończąc czytanie Is Mother Dead Vigdis Hjorth (Verso, 2022). Świetne, oj, świetne. O poranku zamęczałam Kochanego opowieściami.

Fred miał dzisiaj wolne i przez większość dnia przeżywał męki twórcze (dopieszcza i cyzeluje swój tekst). W porze obiadowej, po krótkiej inspekcji lodówki, zdecydowaliśmy, że zamiast zjeść co tam mamy, odłożymy to na jutro i pojedziemy do El Paso na suszi. Po suszi był spacer do 3r Place i księgarni (to drugie bez celu, tym razem nic nie kupiłam, tylko sfotografowałam jedną książkę).

Wróciliśmy do domu przed siódmą wieczór. Zadzwoniłam do mamy, bez planów i wieści, tak sobie pogadać (nawet obejrzałyśmy razem bieg Kaczmarek na 400 m). Potem Kochany długo rozmawiał ze Stu; wtrąciłam swoje trzy grosze, ale nie chcąc im przeszkadzać przeniosłam się do sypialni i za jednym posiedzeniem pochłonęłam scenariusz filmu Wszystko będzie dobrze (Świat Literacki, 2008) tandemu Szymborski/Brutter/Wiszniewski, tak dla przypomnienia (przez co znowu nieomal zapomniałam o czekającej na mnie Junonie).

Kochany idzie jutro do pracy, więc wcześniej wskoczył pod kołderkę. Jako żem sałatki pełna, siedzę trochę dłużej.

czwartek, 8 sierpnia 2024

1696. Rozprężenie.

Mgła morska spowijała wieś szarą koronką przez większość dnia.

Z rana na osiedlu pojawił się Majkel i usiłował wejść do domu Anne, najpierw tylnymi, potem frontowymi drzwiami. Spłoszył go Liam. Chwilę potem dostałam informację od Anne na WhatsAppie, ale kiedy wyszłam, ex-sąsiad już odjechał (za to rozmawiałam z Katlin, która też ma oko na dom sąsiadki, i widziałam nagranie z kamerki). Przykra sytuacja. Czyli muszę zamykać drzwi od środka, gdy wieczorem przychodzę do Junony.

Zrobiłam sałatkę jarzynową, czytałam, mietczynski (sprzed kilku lat) był z mężem oglądan.

środa, 7 sierpnia 2024

1695. Jesiennienie.

Robiąc rano listę zakupów przypomniałam sobie nagle bardzo żywo, że babcia Mania mówiła (i zapisała kiedyś na swojej liście zakupów) czosnyk. Na to Fred podzielił się wspomnieniem, że jego babcia Kasia mówiła to posyp se czosnekiem. I że jego babci oraz jej siostrze umknęły jakieś tam polskie słowa, bo przecież gdy wyjeżdżały do Francji na wsiach nie było ciężarówek, w związku z czym siostra babci Kasi opowiadała jak do Verduna przyjechały trzy kamiony ... :)

W nocy Kellie Harrington zapewniła sobie drugie olimpijskie złoto w boksie. Na co dzień pracuje jako sprzątaczka w St Vincent's Hospital. Akurat to jeden z niewielu szpitali dublińskich, których Kochany nie nawiedził, więc nie mógł jej poznać, ale jakby nie było local girl (+ nadal boks to przemoc bez sensu i nie oglądam).

W południe wyjechaliśmy ze wspomnianą wcześniej listą na zakupy obiadowe po których od razu wróciliśmy do domu. Makaron z sosem pomidorowym i chill out. Na wieczór zachciało mi się robić naleśniki do powideł śliwkowych (zjedliśmy oglądając biegi). Do Junony zajrzałam wg grafiku, po drodze zaczepiła mnie Katlin, żeby mi np. powiedzieć, że obok hangaru łodzi ratunkowej od kilku dni mieszka w namiocie jakiś facet (pewnie mijaliśmy go w niedzielę). Niezmiennie pachnie jesienią. 

wtorek, 6 sierpnia 2024

1694. Nieplanowe wolne.

Skontaktowałam się z Szefem, żeby dostać materiały do nowej pracy, którą mam zacząć za dwa tygodnie. W moim grajdołku dotychczasowym wszyscy na wakacjach, o pracy zdalnej ani słychu (jeden z tutorów nie dosłał swoich wyników, więc nie mam czego przeglądać), a przecież nie będę jechała do Centrum i zaprzeczała słowom szefowej, że siedzę i dłubię. Czyli leraks. 

Tak więc po krótkiej rozmowie z Szefem wrzuciłam papiery na tył samochodu (nie będę dzisiaj ich analizowała, o nie) i poszliśmy z Kochanym do CG na obiad. Trochę nas nie było, zapoznaliśmy się z nową kelnerką (Karol jest z São Paulo, mieszka tu od roku; tutejsze lato, to podobno jak zima w Brazylii); nie byłam bardzo głodna i tradycyjnie wzięłam resztki na wynos. Na chwilę zajrzeliśmy do księgarni Waterstones (niczego nie kupiłam; zauważyłam tę samą książkę Hjorth, którą czytam, w wydaniu w miękkiej okładce), potem pojechaliśmy do Costy. 

Po trzeciej byliśmy z powrotem na wsi (w drodze powrotnej rzęsisty deszcz umył naszą Babcię). Dopiero pod wieczór się rozpogodziło. W internetach zerkam na kolarstwo torowe (drużynowy wyścig na dochodzenie kobiet), rzut młotem (wiadomo) i biegi kobiet (finały 400 m i 3 km przez płotki, 200 m). Prawie zapomniałam zajrzeć do Junony.

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

1693. 05082024.

Pomimo bank holiday Fred musiał dzisiaj jechać do pracy. Tymczasem ja zapadłam się w dziurę sierpniową (pisałam wczoraj, że szaro + ponuro? nic się nie zmieniło w temacie); na śniadanie zjadłam robaki, zrobiłam sobie kawę z aeropressu (zacne ziarno kupione w 3rd Place się już skończyło, ale mamy niezłe Galway Roast), oddałam się przez kilka chwil trzaskaniu francuskiego na duolingo (podobno szwagierka też trzaska), oraz skończyłam czytać Jak przestać się bać Ellen Hendriksen (Feeria, 2020) — ciekawe koncepcje, proste jak drut, więc tym trudniejsze do wykonania.

Po obiedzie zadzwoniłam do rodziców, żeby im powiedzieć, że bilet na pociąg już kupiony i będę wysiadała w nietypowym miejscu (przez messengera pokazano mi Zosię, bardzo rezolutna, spokojna koteczka, mama na to, że możemy ją sobie wziąć). Oglądałam trochę olimpijskiej lekkoatletyki (przede wszystkim finał biegu kobiet na 5 km i 800 m). Wieczorem zasiedliśmy z Kochanym do filmu o Białoszewskim, ale daliśmy sobie spokój po drugiej reklamie wyskakującej w ciągu pierwszych pięciu minut seansu. Może będzie jeszcze okazja.

(rozkład pracy na jutro nieznany, powinnam dłubać home office, tylko, że nie mam nad czym siedzieć, emilka njet, trudno świetnie, będzie jutro, będzie pani zadowolona)

niedziela, 4 sierpnia 2024

1692. Odmiana.

Zupełna odmiana pogody, wiatr, przez większość dnia deszcz babrzący widnokrąg. W południe wybraliśmy się nad morze. O tak:



Bolą mnie dłonie (może pogoda, może wczorajsze malowanie szopki). Annę Emerytkę zabrali paramedycy. Szyja Junony wygląda znacznie lepiej. Dostaliśmy właśnie propozycję ponownego zaopiekowania się Piesełem (kilka dni pod koniec sierpnia). W czytaniu jestem pomiędzy Hendriksen i Hjorth.

sobota, 3 sierpnia 2024

1691. Szumy.

Kult nam gra, gdy rano jemy śniadanie (guacamole zrobiłam i ekspresową sałatkę egg & mayo z selerem, oraz jakieś tam różne pomidorkopapryki krojone, trochę kupnego pasztetu). Pomiędzy rozwieszaniem prania i robieniem sobie kawy z aeropresu wzięliśmy się za malowanie szopki. Ostatnio była malowana w czerwcu zeszłego roku, wtedy Ryszard z Bánem nam pomagali :( 

Kolor szopki już nie sage. Okazało się, że zapowiadany kolor spruce green też nie. Wyszło coś brudnociemnego. A potem Fred zepsuł mi nastrój i resztę popołudnia spędziłam na swoich zajęciach. Zgniła wisienką na torcie okazała się zaraza na jabłonkach, zgorzel albo rak, trudno powiedzieć. Podobno powszechne w tym klimacie, na dodatek na tych akurat gatunkach. Elstar poważnie już choruje, nekroza niezauważenie rozlała się niewiele ponad korzeniem, trzy liszaje znalazłam też na golden delicjuszu, nie wiem, czy to jest to samo. Po przykrościach z narcyzami (postanowiłam poddać się i na jesieni resztę uratowanych cebul wysadzić gdziekolwiek nie zastanawiając się więcej, czy to mój ogród czy nie mój) kolejny spory mishap ogrodniczy. Wiem, że ziemia w naszym zakątku kiepska, poza tym taki mamy klimat, ale niemiło bardzo.

Wieczorem po raz pierwszy obejrzałam zmagania olimpijskich (RTÉ 2). Głównie dlatego, że lekkoatletyka i finał na 100 m kobiet.

Od kilku dni nowe, inne szumy w uszach.

piątek, 2 sierpnia 2024

1690. Bezpracowo, hulaszczo, szczęśliwie.

Poruszenia powietrza. Rano zaglądam do Junony, bo nie widziałam, czy sąsiadka zaszła (nigdy nie zauważam). Była; koteczka dostała już antybiotyk i wmawiała mi, że nie jadła śniadanka, gruba kłamczuszka.

Oboje z Kochanym mieliśmy wolne, więc śniadanie jedzone było bez pośpiechu. Prognozy pogody odwiodły nas od zamiaru corocznego malowania szopki, w zamian zakupy w El Paso poprzedzone kawą w 3rd Place. Wzięłam też naleśniki z syropem klonowy i owocami:

Pod koniec spadły na nas drobinki deszczu, ale i tak ładnie. W domu obiad był wiejski i bezmięsny. Rozmawiałam z mamą, m.in. informacyjnie, że przylatujemy do Warszawy, a ja po trzech dniach na chwilę przyjeżdżam do nich pociągiem, z dużą walizką, żeby spakować rzeczy, które ostatnio przyszły z Empiku. Ale to za kilka tygodni. Bilet na pociąg też już kupiłam (Asnyk, pierwsza klasa ze zniżką). Wczoraj zaczęłam czytać Jak przestać się bać Hendriksen. Książkę przekładałam z kupki na kupkę od ponad roku, niepotrzebnie, bo poradnik czyta się dość szybko i nie bez przyjemności.

czwartek, 1 sierpnia 2024

1689. Jesień?

Równie ciepło, mniej słonecznie. Katrin-asystentka zdecydowała, że nie zostanie nawet do końca miesiąca i dzisiaj jest jej ostatni dzień; uścisnęłyśmy się na podżeganie. Po południu zastartował mi długi weekend i chyba głowa za bardzo sobie to wzięła do głowy, po mężowskim obiedzie padłam jak kawka, obudziłam się z drzemki przed ósmą wieczorem. Przejrzałam trochę genealogii i zaraz trzeba było iść do Junony (poszliśmy z Fredem). Słońce zachodzi coraz szybciej, smutno się nam zrobiło w drodze do sąsiadki; Ryszard pewnie siedziałby na tamtym murku, łapał ostatnie promienie.