Noc spędziliśmy u Andrju, w innej sypialni niż ostatnio, nadal jednak pięknie, przestronnie, z oknem uchylonym na świat. Na całe szczęście temperatura w sobotę nieco zelżała. W planach był grill, wcześniej wybraliśmy się z Andrju i SP na spacer wokół glinianek (trasa wiodła przez tory kolejowe, bardzo interesujące). Dwie żony zostały w domu (tylko dwie, gdyż nie dla mnie muzułmańskie podziały i rozmowy kuchenne o niczym).
— I co? Są bunkry?
— Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :D
W trakcie spaceru drogę przecięła nam mysz (konkretnie myszarka polna, z ciemną pręgą na pleckach), w innym miejscu widzieliśmy trawersującego szczura. Nie pytam już, co to znaczy ;) Wszędzie nawłoć nawłocią pogania.
Wróciliśmy w południe; na grillu były same delicje: karkówka (nie próbowałam), swojska kiełbasa i kaszanka, Perła w szklanicach (nie próbowałam); godzinkę przed naszym wyjazdem do kompanii dołączyli Jackowie, spóźnieni na okoliczność poimprezowej senności.
O czwartej żona Jacka podrzuciła nas do Usz. Dzięki temu mieliśmy godzinkę relaksu przy gazowanej wodzie. Bo z Wu byliśmy umówieni o szóstej na rodzinną konsumpcję baby ziemniaczanej; wyruszyliśmy we czwórkę (Fred, ja, Usz, Szwagrowski) na trwający jakiś kwadrans spacer przez osiedla. Przywitał nas krzątający się przy kuchni Wu, jego córki oraz Stu.
W ofercie baba ziemniaczana oczywiście, poza tym churros, wybór ciast, napoje gazowane; w tle Traperzy znad Wisły oraz Artur Andrus. O dziesiątej byliśmy z powrotem w "naszym" bloku.
***
Obok nas cichutko przeszedł sierpień.


































