Strony

piątek, 30 kwietnia 2021

500. Zapis skrupulatny.

Ryszard nie wrócił na noc i spaliśmy przy otwartym oknie. Obudziłam się z wtulonym w nogi kotem (Fred był już w drodze do Sligo), który wstał na dobre dopiero w południe, w czasie mojej przerwy w pracy. Wyskoczyłam z łóżka przed budzikiem, żeby przygotować sobie sałatkę, którą miałam się zajadać pół dnia (a wyszło na to, że pochłonęłam ją o poranku). 

Po zmianie szybki spacer — gnałam jak wicher wyprzedzając chmurę, która wygrażała mi deszczem (rozminęłam się z kotem wracającym z przechadzki nadzorczej). Za plecami szara chmura, a na horyzoncie nad morzem niebieściutko i fatamorgana Howth unoszącą się w powietrzu. Pod domem pojawiłam się akurat na czas, żeby pomóc Annie odczepić od dachu kilka ostatnich gałązek bluszczu.

Odzyskałam zainteresowanie Sklepami cynamonowymi Schulza (MG, 2013), które jakiś czas temu doczytałam do połowy bez zrozumienia. Tym razem zachwyciłam się atmosferą i przy okazji podczytałam fragmenty pracy o motywie szaleństwa w Sklepach autorstwa pań Sienkiewicz

Podobno szykują się dwie ekranizacje Perswazji Jane Austen. Dwie ostatnie adaptacje (z Amandą Root i Sally Hawkins) bardzo lubię, mam nadzieje, że to będzie coś na tym poziomie.

Mój kochany wrócił ze Sligo po ósmej. Przez Newry. Na Północy są już otwarte TK Maxxy. Mam więc nowy sweterek od męża, kaszmirkowy Bartolini. Z Fredem przywiózł się ze Sligo także turystyczny aeropres.

Późnym wieczorem bardzo długa rozmowa przez messengera z Usz, o zmianie pracy, trenowaniu koszykówki, Wu, życiu naszych kotów.
___
Przepis na nitzę po mojemu (sałatka z tuńczykiem à la moi):
Dwie garści sałaty (dzisiaj Florette wild rocket & baby kale mix), dwa gotowane jajka, kilka łyżek konserwowej kukurydzy, kilka pomidorków koktajlowych, kilka krążków papryki, kilka krążków ogórka szklarniowego, pół puszki tuńczyka. Do tego sos z kremowego jogurtu + ząbek czosnku, sól i pieprz.

czwartek, 29 kwietnia 2021

499. Wolno.

Lektura została dokończona przed śniadaniem (słowotok, sztuka ominięć, topografia miasta, świadectwo epoki). Marudzę, a potem w ciągu dwóch dni czytam ponad połowę ksiażki, tak to ze mną jest. I dopiero gdy jest przeczytane, robię jajecznicę.

Lista zakupów w Woodisie: łubin Red Gallery, żurawka Shanghai, biała szałwia omszona, lawenda Hidcode, Fred bardzo chciał coś na żywopłot, więc dwie skimmie Olimpic Flame oraz zupełnie zaschnięta aukuba, która może ożyje (jutro oboje pracujemy, więc będzie to wszystko posadzone w weekend). Poza tym same dobre rzeczy, w tym powidła śliwkowe, gdyż wieczorem razem z Marillionem piekłam naleśniki. 

Po naleśnikach siedzimy i słuchamy muzyki. W Unu Perfectu (1982) pierwsza piosenka, przypisana Hołdysowi, ma refren zerżnięty ze Stop Children What's That Sound Buffalo Springfield.

środa, 28 kwietnia 2021

498. Dzień złożony ...

z pracy, czytania kryminału i czekania na kota, którego nie widziałam od rana.

Monotonię przerwały mi pyszne pierożki zjedzone w południe (dobrze przyprawiona gęsina z żurawiną) i nieśmiały Bán, który przywędrował przed szóstą przez okno w sypialni.

Po siódmej w domu pojawił się Fred, po ósmej w końcu Ryszard. Za bardzo pieką mnie oczy, żeby dzisiaj rozprawić się z Tyrmandem, ale w Złym (MG, 2014) zostało dokładnie sto stron, które dokończę jutro.

wtorek, 27 kwietnia 2021

497. Dzień powszedni.

Rozmowa z Lorejn trochę mi rozjaśniła w temacie biurokracji. W zasadzie do tego stopnia, że od razu zadzwoniłam do mojego ostatniego pracodawcy w Polsce, żeby załatwić referencje i potwierdzenie lat przepracowanych w zawodzie. Rozmawiałam więc z Agą, spikniemy się na rozmowę w poniedziałek (przy okazji  dzwonienia spłoszyłam nadobną panią Zosię, której się przedstawiłam innym nazwiskiem, co ją kompletnie skołowało)

Po południu przez prawie godzinę nie było światła, na szczęście naprawili je szybciej niż początkowo zapowiadali. Ponownie wróciłam do Złego. W zasadzie nie wiem dlaczego czytam tę książkę z takimi przerwami. Jako kryminał sentymentalny nie jest zła, powinnam przez nią galopować, tymczasem po odłożeniu nie zauważam, gdy robi się z tego tydzień. Fred wrócił z Waterford wcale nie tak późno, ale jutro znowu długa podróż przed nim, więc już śpi. Miałam czytać, działać, grzebać w papierach, ale chyba po prostu idę się przytulić.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

496. Dzień wolny od pracy.

Weszłam psychicznie w grafik praca-wolne. Dzisiaj wolne, tylko krótkie obejrzenie papierów i ustalenie spotkania online na jutro. Spokojna przechadzka z Fredem nad morze, gdzie trwa wiosenny rozgardiasz — ludzie się kąpią, spacerują, spędzają czas na zewnątrz wcześnie otwieranej kawiarenki. To nie są takie ilości jak nad polskim morzem, ale widać różnicę w stosunku do przerobu ludzkiego zimą. Kilka ostatnich dni, niezbyt wietrznych i bardzo słonecznych, zdecydowanie pobudziło w mieszkańcach głód kontaktu z przyrodą. Po spacerze obiad, luz, internet, rozmowa, kot, pogadanka z mamą.

Stópki wykremowane, paznokcie naoliwkowane, jeszcze chwila.

niedziela, 25 kwietnia 2021

495. Annaloughan Loop.

Joga z Alison o poranku. Gołąb, jeleń, sznurówka, różne wersje smoka.

Długa rozmowa nas obojga z Kaś Matką Kotom. U niej zmiany, przeniosła się do Wawy, idealnie, będziemy mogli podskoczyć przy okazji wizyty u szwagrów.

Gdy wychodziliśmy z domu zaczepiła mnie Anna z przypomnieniem, że będzie kontynuowała pracę przy bluszczu. Przy okazji poinformowała mnie, że mam jazzy spodnie. Racja, krwistoczerwone, w sam raz na szlak.

Podjechaliśmy do Aś i wraz z nią cofnęliśmy się do Annaloughan Loop, od leśnej drogi przy trasie, którą często zmierzamy do Omeath. Fred widywał tam stojące samochody i chciał zaspokoić swoją ciekawość do czego się tam stoi. Teraz już wiemy.






Na szlaku jest sporo wypalonych drzew i łysych pniaków (pożar w zeszłym roku trwał tu kilka dni), samo miejsce bardzo dobre na aktywny, ale niewymagający wypoczynek. Po kilkugodzinnym spacerze (ok. 8 km różnych widoków) wróciliśmy do leśnego, dzikiego parkingu i zajechaliśmy jeszcze do Aś. Zupa cebulowa, wędzona makrela w zalewie octowej à la zielony śledź i dobra kawa. W domu jesteśmy z powrotem po ósmej. Zmęczeni.

sobota, 24 kwietnia 2021

494. Wolne ruchy.









Piękny, przejrzysty dzień, przed wyjazdem na spacer i zakupy zauważyłam jak nad naszym domem mały samolot kręcił beczki i pętle. Wyjechaliśmy z domu późno, około pierwszej, Fred długo regenerował siły po pracowitym tygodniu. Kawa z Costy i muffinka, dla Freda bananowiec. Obeszliśmy kanał naokoło pola bitwy nad Boyne. Dużo luda i rododendrony kwitną. I szliśmy, szliśmy. Potem zakupy jedzeniowe (dla ptaków też, 20 kg ziarna jest już w szopce) i powrót do domu. Na kawałku zieleni niedaleko nas widzimy Majka, który z miną Forresta Gumpa jeździ kosiarką. Mąż zrobił obiadokolację. Ale mi dobrze.

piątek, 23 kwietnia 2021

493. Wczesny weekend.

Od instytutu do dziekanatu, od dziekanatu do archiwum. Ale odbierają moje telefony, każda osoba jest miła i udziela mi sensownej informacji, która pozwala działać dalej. Uniwersytet Wrocławski rules! Mail do archiwum napisany, czekam na wiadomości co ja tam mam w papierach, bo już mi się zapomniało. W drugiej uczelni zawsze jestem drugą dzwoniącą w kolejce, madżik, ku⋰wa. Mail z zapytaniami wysłany i nawet dostałam odpowiedź, ale nadal jestem (tym bardziej) zdegustowana.

A wszystko to dlatego, że Sziwan nie miała dzisiaj czasu na zajęcia i spiknęłam się z Luizą, która mi powiedziała, że mogę się zająć czym tam chcę, tak jak ona, no to się zajęłam.

Rikardo wczoraj po śniadaniu zniknął i wrócił, gdy było już ciemno, żeby wylizać michę wołowinki. Dzisiaj zaś po spacerze spanko w pieleszach i udawanie grzecznego kotka, po południu spacer-dom-spacer. Sama uległam nieco temu trendowi i zaczęłam weekend wcześnie — jak już zrobiłam, co mi się umyśliło do zrobienia, zadzwoniłam do domu (tata upodabnia mi się do Freda, nosi kaszkiet i jaskrawy szalik), żeby zapytać babcię jak rośnie mój fikus. Podobno zamienił się w drzewo. Po rozmowie wybyłam nad morze, zjadłam obiad i wskoczyłam pod prysznic. Resztę popołudnia spędziłam w szlafroku, grzejąc się w słoneczku i snując katastroficzne myśli. Fred wrócił po dziewiątej, zjedliśmy po kawale lazanii. Już dobrze. Małżonek nieprzytomny po kilkugodzinnej podróży, ale w drodze zatrzymał się, żeby popatrzeć jak statek wpływał do portu na Boyne. Pink Moon powoli zbliża się do pełni.

czwartek, 22 kwietnia 2021

492. Coraz dłuższe dni.

Przed południem widziałam przez okno przygotowania do wyprowadzenia Johna spod numeru 29 do kościoła. Sporo osób szło za trumną.

Potem mój spacer nad morze i drzemka po obiedzie.

Fredowa praca była niedaleko, więc mąż wrócił około piątej po południu. Siedzimy, rozmawiamy, za oknem tyle światła. Gra nam Voo Voo Rapatapa-to-ja (1995) oraz Płyta z muzyką (2001), potem The Yardbirds. Jutro Fred kursuje do Cork, więc musi wcześnie iść spać i już jest pod prysznicem. Ja zbyt wyspana, będę pewnie jeszcze długo szurała po kuchni.

środa, 21 kwietnia 2021

491. Lekko poszło.

Rozmowa z Deanem była miła, pranie przewiał mi mocny wiatr, w czasie geometrii zaczęłam czytać trzecią setkę stron Złego. Tuż po pracy krótka pogawędka z Anną, która weszła do naszego ogródka, żeby zdjąć ze ściany swojego domu bluszcz. Sąsiadka złapała się w końcu za drabinkę, więc wolałam jej pomóc niż potem zbierać ją z trawnika. Gąszcz zamieszkiwały ciemne, irlandzkie ślimaki. Podobno kryją tajemnicę pochodzenia Irów.

wtorek, 20 kwietnia 2021

490. Chodzić trzeba!

Z rana delikatnie mżyło, ale i tak dużo spacerowałam, zaszłam do Costy po jagodową muffinkę i kawę krokiem Fredowym (mąż zawiózł mnie do miasta w drodze do swojej pracy).

Spotkanie w Centrum nie trwało zbyt długo, włącznie ze mną było sześć nowo przyjętych osób. Po wykładzie zajrzałam do Luizy, jest prawdziwa, mała, okrągła i trzęsie głową, nic takiego, jak mówi, hereditary. Wróciłam autobusem przed drugą po południu, akurat, gdy Katlin parkowała pod domem. Zmarł jej brat. Zaledwie kilka tygodni temu zdiagnozowano u niego raka. Wyszłam na chwilę, żeby z nią porozmawiać, żałoba odbywa się tutaj także na ulicy. Piękną mieliśmy dzisiaj wiosnę i byłam zaskoczona, że po powrocie zastałam kota drzemiącego na tapczanie (kot oczywiście wyszedł za mną i uczestniczył w żałobnej opowieści).

W czasie chodzenia bolały mnie stawy biodrowe, a po rosołku padałam ze zmęczenia, prawie śpiączka, nie obyło się bez kawy i tępego oglądania filmików na yt. Widać jak bardzo mi brakuje codziennego ruchu. Gdy tak sobie wędrowałam decyzje wydawały się łatwiejsze do podjęcia. Chodzić trzeba!

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

489. Grr. Argh.

Ryszard był dzisiaj bezlitosny, łaził od nie wiem której godziny po domu i domagał się wypuszczenia. Nie wyspaliśmy się, mi tam whatever, ale Kochany miał pobudkę do pracy o piątej rano.

W temacie robienia rzeczy do zrobienia — przy pierwszym papierze mało nie dostałam wylewu. Wypełniłam jedną stronę (z osiemnastu). Wypełnianie to i tak pikuś, muszę mieć aneksy do dyplomów (po angielsku), mam jeden i nie ten najważniejszy (na dodatek jak się teraz bliżej przyjrzałam, widzę jak niechlujnie przetłumaczony). Dziekanat jak oblężona twierdza, stara się nie stykać z pospólstwem, czyli jednak pozostaje droga mailowa.

Jedyny pożytek taki, że mąż (odzyskany po ósmej wieczorem) dostał obiad. I jeszcze szpaki były ze mnie zadowolone, na naszym trawniku trwa konkretne szpacze tarło. Nucę Five Years Davida Bowie.

niedziela, 18 kwietnia 2021

487-488. Weekend w pomieszczeniach.

Sobota. Obudziło mnie kocie burrito wtulone w zagłębienie mojego ciała (czekałam na Rysia do trzeciej nad ranem). Dzień był jasny, wietrzny i zimny, a na kanale BBC live pogrzeb Filipa Mountabettena, ceremonia uszczuplona z powodu pandemii, ale nadal nadęta. Po pysznym obiadku zrobionym przez Freda oboje odbyliśmy wieczorną drzemkę. Poszczepionkowo wszyscy czuli się dobrze, rodzice mówili, że trochę są zmęczeni, ale ogólnie ok. Późnym wieczorem obejrzałam Całe moje życie (2020) o zmarłym niedawno Krzysztofie Krawczyku, maestro chałtury (nad tematem lekomanii oczywiście przefrunięto).

Niedziela. Za oknem deszcz od rana. Po śniadaniu samochodem uderzyliśmy na północ spowitą w chmurach. Na pastwiskach było mnóstwo maleńkich, niedawno urodzonych owieczek (Fred oczywiście wybrał drogę przez Omeath). Aś przygotowała nam ucztę: zupę cebulowo-serową i curry z ryżem i grillowanymi warzywami.

Były pogaduchy i herbatki. Zwinęliśmy się od Aś najedzeni po uszy około piątej po południu. Jej sąsiad ma teraz oprócz swojej miziastej suni malutkiego pieska. Trzymałam go dzisiaj na rękach. 

Przed Fredem pięć dni w rozjazdach. Jutro zabiorę się za papierologię, obiecuję sobie.

piątek, 16 kwietnia 2021

486. Szczepionka x 3 i odchudzanie.

Pracę skończyłam o godzinę wcześniej — Saren wróciła po kilkutygodniowej przerwie do prowadzenia zajęć w taki sposób, że pojawiła się spóźniona o 20 minut i po pięciu minutach zniknęła w college'u machając na pożegnanie. 

Po wczorajszej eskapadzie na północ zostały nam sadzonki truskawek, od Aś dla znajomych. Dzisiaj przy okazji wyjazdu na zakupy przetransportowaliśmy je dalej, do osiedla w Drołdzie. Gdy byliśmy w Tesco Fred odebrał telefon od naszego gp. Natychmiast pofrunęliśmy do naszej wsi, bo tam na męża czekała ostatnia dawka szczepionki. Zadzwoniłam do rodziców, że zapytać jak się czuje tatko (przypomniało mi się, że miał na dzisiaj termin), okazało się, że oboje rodzice są już po Wakcynacji W Samo Południe. Tak więc trzy osoby w mojej rodzinie zostały dziabnięte (na zdrowie) Pfizerem tego samego dnia. Verrrry good. Ja muszę czekać.

Mamy mnóstwo marchewki, buraków i jabłek na soki dla misiów puszystych. Kupiliśmy też baterie do wagi, żeby monitorować postępy w kształtowaniu rzeczywistości. Ale dzisiaj czipsiki do filmu. Dokończyliśmy biografię Casha (2005), którą zaczęliśmy oglądać we wtorek. Jest w porządku, amerykański pokrzepiacz, ale dobry Phoenix.

czwartek, 15 kwietnia 2021

środa, 14 kwietnia 2021

484. Fluktuacje.

W czasie pracy spokojnie powróciłam do lektury Złego, wywiesiłam pranie, zrobiłam płukanie zatok i guacamole, dodzwoniłam się nawet do działu rekrutacji mojej dawnej uczelni, żeby się dowiedzieć, że dziekanat już nieczynny, a to tam powinnam dzwonić. Dlaczego o tym nie pomyślałam od razu? To było oczywiste od początku.

Pranie mi przewiało na słoneczku, spacer był nieco milszy niż wczoraj, bo ciut cieplej. I w ogóle, sama na gospodarce, zamieszałam sobie odmrożony rosołek i pooglądałam vlogi. Duch nadziei we mnie wstąpił w zasadzie bez powodu, że będzie dobrze z tym moim rozwojem. Fred wrócił z zakupami spożywczymi, więc jutro nic nie musimy, oboje mamy wolne, co wymyślimy to będzie.

wtorek, 13 kwietnia 2021

483. Ziew.

Praca, lunch, praca, energiczny spacer nad morze po przywitaniu z Katlin i Anną. Po powrocie chat z mamą, która poinformowała mnie o trzech domach w pobliżu wystawionych na sprzedaż i o wczorajszej śmierci na covid jednej z moich podstawówkowych nauczycielek. Było jeszcze jasno, gdy Kochany wrócił z Dublina, zjedliśmy razem żurek i poopowiadaliśmy sobie różne rzeczy. Film o Johnnym Cashu, Spacer po linie (2005) oglądamy przez pierwszą godzinę, reszta zostawiona na jutro, bo chce się nam obojgu spać. Praca robi z nas emerytów ;)

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

481-482. Kryzys.

W niedzielę w sprawie konta bankowego dowiedziałam się tylko tyle, że nikt mi się na nie nie włamał. Dwa płukania zatok. Prowadziłam samochód spod Drołdy do domu i zjechałam nieco z drogi. Strasznie mnie to rozwaliło emocjonalnie. Świeży chleb z bananem na późną kolację trochę pomógł mi w smutkach.

W poniedziałek obudziłam się z muzyką Barry'ego do Tańczącego z Wilkami w głowie. Skąd ona tam, nie wiem. Pełna rezygnacji jeszcze przed śniadaniem połączyłam się z moim dostawcą telefonicznym (nie, nie mogą rozwiązać mojego problemu). Od jedenastej było milej. Właśnie, gdy kliknęłam na link zoom, do drzwi zapukał Majk z dostawą cieplutkich sconesów od Katlin. Katrina nakreśliła mi obraz tego, co dobrze byłoby zrobić, z sugestią, że możliwe jest sfinansowanie przez nich studiów, jeśli zdecyduję się kontynuować te rozgrzebane w polskim systemie. W międzyczasie Fred wrócił niespodziewanie wcześnie z pracy (wyjechał z domu na piątą rano) i za kamerą pomachał mi torbą z pączkami. Poszedł spać, a ja po rozmowach telefonicznych/wideo z kolejnymi trzema osobami z Obsługi Zdesperowanego Klienta w końcu zalogowałam się do banku.

Oglądałam jakże zajebistą Bernadette Banner rozprawiającą o kieszeniach i równie zajebistą Rachel Maksy robiącą sobie XIX-wieczne fryzury. Chyba jednak nie kryzys, trzeba spiąć poślady i podjąć decyzje. 

Wieczorem dołączyłam do długiej Freda rozmowy z Krakusami (urodziny Krakuski). Optymistyczny jest taki koniec dnia.

sobota, 10 kwietnia 2021

480. Półka.

Pogodowo dzień podobny do wczorajszego, temperatura w nocy zeszła do zera, nad ranem obudziłam się z uczuciem zimna i po wizycie w toalecie rąbnęłam się pod cieniutką kołdrę tak jak stałam, w szlafroku.

Śniadanie został opóźnione przez moje bezskuteczne próby zalogowania się na polskim koncie bankowym. Połączym się nawet z wideoobsługą klienta, wygląda na to, że kod utyka mi gdzieś po drodze. Sprawa pozostała nierozwiązana.

Był spacer z kotem i dojazd do wiejskiej plaży. Katlin wręczyła Fredowi urodzinowy prezent i porozmawialiśmy całkiem długo o tym i śmym. Akurat w tym czasie wyszedł z domu Majkel, mąż Anne. Wyglądał bardzo źle, ale nie chciałam pytać naszej rozmówczyni o ten wątek, chociaż z pewnością wie więcej niż my, bo minę miała przez ułamek sekundy wymowną. Czuję, że wkrótce i tak się dowiemy.

Teściowie są już w sanatorium, narobili sobie niechcący kłopotów podczas wyjazdu. Pod blokiem zostawili torby, które powinny zostać spakowane do samochodu, w jednej był laptop i zeszyt z hasłami.

Pod wieczór wyjechaliśmy do Drołdy. Ponieważ wychodziłam z domu rozmawiając przez messenger z mamą, która sprawdzała czy dochodzą do mnie smsy z Polski (kontynuacja porannej sagi bankowej), przy okazji pokazałam jej drogę do miasta i dwa supermarkety. Po zakupach trochę pojeździłam. Siedziałam za kierownicą pierwszy raz od lata. Złości mnie ta odłożona na półkę sprawa.

piątek, 9 kwietnia 2021

479. Przynajmniej piątek.

Miałam krótkie szkolenie w Centrum. Fred zrobił w tym czasie zakupy, potem razem pojechaliśmy do Costy po kawę na wynos i wróciliśmy do domu. Pogoda z rana była bardzo chłodna, ale w słońcu zrobiło się nawet przyjemnie.

Pipity się pięknie odbarwiły:

Ryszard tęskni już do prac ogrodowych, tutaj pomiędzy lawendą od Anny i kalią od Katlin:

O matko, jak ja cię kocham!, rzekłam mężowi, gdy podał mi obiad. Kulinarna pocieszka zrobiła mi dobrze (popołudnie było mętne, zatoki bardzo mi dokuczały i ogólnie nie czułam się za rewelacyjnie). Tom Waits dzięki płycie Blue Valentine (1978) wyparł mi w głowie męczący mnie od kilku dni dżingiel Tylko o nas Bukartyka. Podobno to jedyna płyta Waitsa, którą Kris lubił w całości. Na tyle, na ile znam Krisa z opowieści, nie dziwię się, okładka też mu się pewnikiem podobała.

Miłość blondynki (1965) Formana obejrzeliśmy z przerwami — Fred zaczepił naszą znajomą z Belfastu, żeby ją dopytać o wczorajsze rozruchy w mieście. Wieczorem wróciło rozdrażnienie i szum w uszach. Aaa, kotki.

czwartek, 8 kwietnia 2021

477-478. Małe rozgrzebanie.

Środa odbyła się bez fajerwerków, pomijając oczywiście Fredowe wejście pewnym krokiem w nową pięćdziesiątkę — zaliczyliśmy spacer nad morze (po zakończeniu mojej pracowniczej nasiadówki i po rozmowie z mamą; w trakcie napadał na nas deszcz, ale pomimo szarości okolica pachnie wiosną i było nam w tym deszczu całkiem miło), pizzę na rozgrzanie po spacerze, wykład dr Traut-Seligi na fb o mitologii słowiańskiej i Chłopców z ferajny (1990) na dobranoc. Pod wieczór zapukała Anne i przyniosła Fredowi kawałek urodzinowego ciasta od Majkela. 

Dzisiaj przy śniadaniu zadzwonił tata, tak sobie, żeby połączyć nas z babcią i pokazać wszystkie fotele w domu zajęte przez futrzaki. W zasadzie większość dnia zajmowałam się nowym szablonem bloga. Odłożyliśmy wyjazd do miasta na jutro, bo jutro i tak trzeba będzie się ruszyć. Fred długo rozmawiał z Jackiem, który w końcu założył sobie konto na fb, potem na kolację zjedliśmy makaron i małżonek opowiadał mi o bitwach Napoleona. Oboje byliśmy zbyt zmęczeni na film, słuchamy za to Wojdyłły u Sekielskich.

Jak chcę się przytulić, to się przytulam. Często chcę.

wtorek, 6 kwietnia 2021

476. Happy birthday 2u.

W dniu urodzin mojego Kochanego pracuję przez kilka godzin. Gdyby nie było covida i lockdownu, świętowalibyśmy jadąc do ładnego miejsca, spacerując i jedząc w restauracji. Rano szepnęłam mu do śpiącego uszka Wszystkiego dobrego Kochany. Potem miły do południa jak król odbierał z łoża wiadomości od rodziców, rodzeństwa, kuzynostwa, przyjaciół i miłośników.

W pracy nie było porywów, zajęcia popołudniowe w całości polegały na samodzielnym działaniu, więc wyłączyłam kamerę i pożerając klementynki zaczełam czytać Złego Tyrmanda (MG, 2014). Już od pierwszych kartek wiem, że przyda mi się ta mapa Warszawy. 

W okolicach obiadu Fred wrócił z jeszcze ciepłym chlebem i torcikiem na deser poobiedni, z którego połowę pod wieczór (akurat długo rozmawiał z ciocią Ce) zaniósł do Anne, bo się okazało, że jej Majkel ma jutro urodziny. W głośnikach tego wtorku towarzyszył nam Tom Waits, Swordfishtrombones (1983) i Frank Wild Years (1987), jedliśmy grecką sałatkę zrobioną przez Freda oglądając Dym Austera (1995). I rozmawiamy o Wu.

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

475. Bank holiday.

Od rana z okna obserwowałam, jak po dniu przerwy sąsiedzi z sukcesem kontynuowali stawianie płotu.

Anna przyniosła Fredowi w prezencie hiszpańską lawendę.

Martwił mnie dzisiaj kot, który dopiero po południu zjadł pierwszy posiłek, a poza tym większą część dnia spał w sypialni. Ożywił się na wieczór, może to więc tylko poświąteczna depresja.

Pogodowa bardzo chłodno i kwiecień plecień, do tego stopnia, że w pewnym momencie spadł na ogródek grad wielkości jaglanki. A my pomiędzy herbatami, posiłkami i tuleniami zalegamy w domu i czytamy, każde ze swoją książką w dłoniach i nogami na tapczanie/krześle. Skończyłam wywiad z Bartoszewskim autorstwa Michała Komara (Świat Książki, 2006). Nagromadzenie nazwisk i informacji, mam drugą część, ale na razie zajmę się czymś innym.

niedziela, 4 kwietnia 2021

474. Niedziela wielkanocna.

Obudził mnie budzik o siódmej, potem telefon od mamy. Jeszcze w szlafroku potowarzyszyłam rodzince w Polsce przy ich śniadaniu świątecznym gotując jajka (widzę, że atlas ptaków był naprawdę trafionym prezentem bezokazyjnym). Oboje z Fredem dopiero po wypiciu herbaty i kawy siedliśmy do jedzenia. 

W tle Brygada Kryzys, Cosmopolis (1992). Po kolejnej kawie Fred zadzwonił do swojej mamy z życzeniami, udało się nawet nie wejść zbyt ostro na wrażliwy temat szczepionek. Zalogowałam się na stronie spisu powszechnego (moja mama spisała dzisiaj całą rodzinę), żeby sobie to odhaczyć (prawdę powiedziawszy, najbardziej mnie interesowało zaznaczenie bezwyznaniowości). Potem ubrani bardzo aligancko poszliśmy z kotem na spacer, a następnie ruszyliśmy w trasę. Zawrócono nas z drogi do Oldbridge, więc Ramparts:



Żurek na obiad i Pierwsza płyta One Million Bulgarians (2004) — nowa fala z Rzeszowa, słaba, ale sama musiałam to odkryć. Po obiedzie wszyscy domownicy (razem z kotem) psią. Było to psianie bardzo radosne, spałam i jednocześnie czułam, że jestem szczęśliwa. Przez sen pomyślała mi się myśl, że któregoś dnia nas już nie będzie, a na świecie dalej będą takie popołudnia. Trzeba korzystać póki czas. Skończyłam drzemać gdzieś po szóstej, zmotywowałam Freda do spisu, porozmawiałam z Lusiem. Z Fredem obejrzeliśmy Purpurową różę z Kairu (1985), po raz kolejny ciepło myślę o Mii Farrow jako aktorce, czytam o Vanie Johnsonie i metalowej płytce w jego głowie.

sobota, 3 kwietnia 2021

473. Dzień w którym stłukłam kocią miseczkę.

Małe prace ogrodowe przed południem. Z siedmiu krzaczków lawendy hiszpańskiej trzy prawdopodobnie nie przetrwały zimy, daję im jeszcze chwilę do namysłu. Parę żuraweczek też nie najlepiej zniosło ostatni rok. Tymczasem angielskie lawendy, munstead i hidcote, dają sobie radę, żyją również wszystkie odmiany wrzosu. Fred wypowiedział wojnę ślimakom (Katlin podrzuciła mu broń). Sąsiedzi z końca ulicy drugi dzień budują nowe ogrodzenie.

Jeszcze raz złożyliśmy babci życzenia (był tort i prezenty). Podjechaliśmy na krótką przechadzkę do Port Beach (po wczorajszym spacerze bolą mnie zatoki), pokręciliśmy się też chwilę po Termon.

Zmęczona odłożyłam wszystkie urojone obowiązki, Fred czuł podobnie, drzemkował po spacerze. Poskładani do kupy obejrzeliśmy odcinek Blackaddera II i film Czy jest tu panna na wydaniu (1976). Przy Kondratiuku powiało grozą. Mogliśmy się urodzić 20 lat wcześniej, to by dopiero było!

piątek, 2 kwietnia 2021

472. No i voilà.

Mama przez internet wymieniła szczepienie AstraZenecą na Pfizera, będzie kłuta po tacie, za to drugą dawkę dostanie znacznie wcześniej niż to by miało miejsce w przypadku Astry. W południe zapukała do nas Anna, bardzo zadowolona, żeby nam powiedzieć, że po wczorajszej szczepionce nie ma żadnych negatywnych objawów (oferowałam jej wczoraj pomoc w zakupach). A jeszcze wracając do rozmowy z mamą, złożyliśmy życzenia babci Mani. Wydała mi się smutna, zmęczona, pamiętała o urodzinach Freda, o swoich zapomniała.

Zakupy w mieście zostały odhaczone, potem podjechaliśmy do Costy po kawy i tym razem natknęłam się na Aurę. Gdybym jej nie znała, uznałabym, że była niemiła.

Wróciliśmy do domu po czwartej, na niebie ani jednej chmurki, więc zamiast gotować, poszliśmy na plażę zjeść rybę z frytkami. Voilà:


Resztki spakowałam dla naszych szpaków, szliśmy przez parking z przyczepami i środek wsi. Tak pięknie było dzisiaj, powietrze zimne, ale brak wiatru rekompensował utratę ciepła. Wróciliśmy pod dom około siódmej, a słońce nadal przyświecało mocno i zdecydowanie.

W temacie jogi, oczywiście wokół kostek dłoni spuchnięcia po wczorajszych podpórkach. Zamiast się zniechęcać, zrobiłam serię rozciągającą mięśnie kręgosłupa.

Wieczorem czyta się.

czwartek, 1 kwietnia 2021

471. Zasiedziali.

Próbujemy dostosować się do rytmu świąt cyrklując, kiedy przed weekendem zrobić zakupy. Może i my nie obchodzimy, ale inni pewnie tak, zresztą ... trudno powiedzieć. 

Wstąpił w nas Duch Czytelnictwa. Fred zaciągając się yerbą zaczął w końcu czytać swój prezent urodzinowy sprzed siedmu lat (od ówczesnej dziewczyny), Morfinę Twardocha, ja wzięłam się za pierwszą część wywiadu-rzeki z Bartoszewskim (po dwóch rozdziałach sądzę, że cały tekst przyjmę z uczuciami mieszanymi). 

Była jeszcze joga z Adriene — chciałabym zrobić z nią miesięczne wyzwanie, ale już teraz widzę, że ma zbyt dużo póz w podparciu rękami, co moje nadgarstki i stawy w palcach być może jutro oprotestują. W związku z tym nie wstrzymuję oddechu. 

Czwartek był szary i zimny.