Strony

środa, 31 lipca 2024

1687-1688. Lato.

Wtorek
Cieplutko, lato. Wróciłam do Chamstwa, długie kawiarniane czytelnictwo ponownie zaczęło mi konweniować. W pracy napięcia i dalszy ciąg zmian; Katrin-asystentka zdecydowała się poinformować górę, że nie wraca od nowego roku szkolnego. Obiad mężowski (wątróbka, świeży chleb) przy oglądaniu Gosi ze Szkocji chodzącej po charity shopach. Kupiłam bilet powrotny z Polski we wrześniu (dosłownie na chwilę zajrzę do rodziców, a wcześniej może spikniemy się z Panemodespresso).

Środa
Pogoda już tak jednoznacznie ciepła, że nie wzięłam narzutki "na wszelki wypadek"; sandałki, letnie spodnie, krótki rękawek, wilczy. Po pracy wybrałam się na kilkukilometrowy spacer do Freda, i tak sobie szłam, tym razem po drugiej stronie drogi, żeby dokładniej przyjrzeć się niskim bungalowom, więc i dobiegła mnie reklama Media Expert z mieszkania nad sklepem ;). Podniosłam z chodnika trzmiela, umiejscowiłam go na przekwitłej budlei, zrosiłam jej liście wodą, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy. Fred miał jeszcze trochę czasu do końca zmiany, czekając na niego siadłam przy kawie z książką.

Po powrocie do domu zaczęłam pichcić obiad (wsiowy: młode kartofle, łeb kalafiora, świeży koperek, i kefir, jeśli wierzyć Irlandczykom), gdy Kochany podlewał chabazie w ogródku. Obiadek; czytanie, Fred wchodzi do sypialni: Ted Baker ogłosił bankructwo ... płaszczyk w dobrym momencie kupiłem.

:D

Zaś Junona chora tylko trochę. Będziemy jej z sąsiadką na zmianę aplikowały tabletki. Przed dziewiątą przeczytałam wytyczne, odhaczyłam się na grafiku, dodałam trochę mokrej karmy, podrapałam księżniczkę za uchem, nałożyłam maść na szlachecką łysinę, zerknęłam do kuwety (czysto). 

Skończyłam czytać Chamstwo Kacpara Pobłockiego (Czarne, 2022). Trochę mi zeszło, za lekturę wzięłam się chyba jeszcze w maju. Kolejna w tym roku pozycja tożsamościowa, czytana z ołówkiem w ręku.

Od popołudnia u sąsiadów za płotem w najlepsze trwa impreza; dzieciaki przybiegły podekscytowane, bo im, wg ich własnych słów, osiem piłek wpadło do naszego ogrodu. Nie wiem czy osiem, ale młodzież wyglądała na szczęśliwą. 

Van Morrison, Amy Winehouse, Sigur Rós.

Lipiec:

poniedziałek, 29 lipca 2024

1686. W domu.

I tak po dziesiątej rano nasz pobyt chwilowy w El Paso dobiegł końca. Byliśmy już po napitkach i spakowaniu się, gdy taksówka przywiozła Jot z chłopakami; powitanie, wymiana informacji (historia pobytu u teściowej potrzebuje jednak więcej czasu ;)) i prezentów, po czym wyruszyliśmy na drugie śniadanie do 3rd Place. 

Wróciliśmy do domu na wsi około południa (w głośnikach Queen).

Opieka nad Junoną może się skomplikować, koteczka od kilku dni ma problemy zdrowotne, trzeba czekać jak to się rozwinie. Anne zaproponowała nawet, że możemy u niej mieszkać. Nie widzę problemu, nie pierwszy chory kot w moim życiu. Można tylko dawać jeść, obserwować, pogłaskać, zawieźć do weta, jeśli będzie gorzej. Myślenie o tym odkładam na środę, wiele może się jeszcze zmienić. Przy okazji powitań sąsiedzkich dowiedzieliśmy się od Anny, że po osiedlu łaził ten sam komitet, co zwykle o tej porze roku, który znowu zrobił zdjęcie naszego ogrodu.

Po kilku chwilach wypakowywania, upychania, odkładania na miejsce wyszliśmy na spacer nad morze, początkowo bez planu, potem z wyraźną chęcią zjedzenia obiadu w porcie. Nie wyszło, ale nie była to wyprawa nieudana. Pogoda wspaniała, ciepło, wiatr nieco schładzał, tyle ile trzeba, w powietrzu już czuć nostalgiczny zapach sierpnia. Na spotkanie wyszło nam spore stado zaciekawionych byczków. Goarse przekwitł, za to pięknie kwitną osty i dzikie jeżyny; o ciągłym rozwoju króliczego królestwa, które obrosło zieleniną, świadczyła gęsta warstwa bobków przy wejściu na klify (kłólika nie widzieliśmy ani jednego, pewnie odpoczywały w swoich głębokich norach).





We wsi Kochany kupił steki i zrobił nam obiad (mój mózg z każdą godziną coraz bardziej zawodził, nawet schłodzenie go lodami ze sklepu za rogiem pomogło jeno umiarkowanie). O piątej, po obiedzie, nadal walczyłam z sennością, za to Fred przestał, po prostu wskoczył do łóżka. Jeszcze rozmawialiśmy chwilę z Ka, który zadzwonił po południu zapytać o wrażenia (biedak, z wakacji przeskoczył od razu do pracy). Coś tam klikałam, po czym odłączenie prądu, w połowie ubrana położyłam się na drzemkę. Pobudka o ósmej. Ale ekscesów żadnych już dziś nie będzie.

1685. Ostatnia niedziela.

Przed poranną herbatą robię sobie przygłupi test na łonecie "czy zgadniemy, jakie masz wykształcenie", mylę się tylko w temacie amperów, zgadywacz mi na to: Wynik tego quizu wskazuje, że najrozleglejszą wiedzę (lub wykształcenie kierunkowe) masz z zakresu nauk przyrodniczych. Jeśli chcesz uchodzić za erudytę, przyda ci się uzupełnienie wiedzy humanistycznej i z nauk ścisłych. :D Ale czy na to nie jest już za późno w moim wieku, łonecie?

Kochany pojechał do pracy na dziewiątą, wrócił po piątej W międzyczasie zrobiłam trochę papierów, omiotłam z lekka chałupę, umyłam włosy, rozmawiałam z rodzicami (wszystko ok, kotka zdrowieje i już dostała imię, Zosia). Po szóstej wyszliśmy na obiad do Atami, potem na deser do Nonna Nenne (do kawy przygrywał nam Renato Zero), zeszło nam do ósmej, bo jakże by inaczej. 

A miasto jakieś takie ... podniecone. Bo dzisiaj był finał GAA, 2024 All-Ireland Senior Football Championship. Na stadionie Croke Park (Dublin) Armagh pokonało Galway. Armagh to technicznie Północni, ale jakby nie było, bliski sąsiad. Fred mówił, że w jego pracy towarzystwo z tej okazji przerzedzone. Gdy wyszliśmy na obiad właśnie zaczynało się świętowanie, ludzie wychodzili z pubów (gdzie oglądali mecz), ryczeli do siebie po dwóch stronach ulicy i trąbili do przechodniów.

Zaraz po powrocie do domu spacer z Piesełem wg ustalonej rutyny: Pieseł dostaje jedzenie i podekscytowany natychmiast chce wyjść, więc Fred zakłada mu obrożę i pies z wujkiem wypadają na ulicę; zamykam drzwi wejściowe na drugi zamek i idę za nimi, widzę jak Kochany powiewając swoim super punkowym płaszczem znika mi za drugim zakrętem. Pogoda wspaniała, niezbyt ciepło, wiatr umiarkowany, wiedziałam, że towarzysze są gdzieś przede mną, ale zamiast gonić ich bez sensu szłam we własnym tempie. Dobrze jest móc chodzić, tak sobie pomyślałam. Kiedy byliśmy już razem (postój na kupę w tym samym miejscu, co zawsze), doszliśmy do zagrzybionego ronda, a potem myk przez osiedle cokolwiek luksusowe (to bardziejsze niż "nasze", z pięciosypialniowymi domami).

Na sen Wicked Little Letters (2023) z Olivią Colman. 

Jutro (czyli dzisiaj) trzeba się będzie jakoś zorganizować. Ale może najpierw do łóżka.

sobota, 27 lipca 2024

1684. Oczko.

Sobota nanoszenia poprawek, podrzucania Piesełowi smaczków i szwendania się po domu. Fred wrócił dopiero o szóstej, z nowymi skarpetkami dla małżonki (bo mi czyste wyszli); zjedliśmy, wysłuchałam kilku różnych wersji Now is the winter of our discontent made glorious summer (Olivier, Morrisey, Fiennes, Pacino, McKellen). O dziesiątej byliśmy już po spacerze z Piesełem (doszliśmy do zagrzybionego ronda, bardzo miły spacer, pogoda bezwietrzna, łagodna). Zmywarka szemrze; klikamy.

piątek, 26 lipca 2024

1683. Dzień dwudziesty.

Po śniadaniu wyjechaliśmy postawić samochód pod Tesco i wyjść na kawę do 3rd Place; zadziwiające ile jest tam ludzi w dzień pracujący tuż przed południem. Tłum. Przysiedliśmy na zewnątrz; kolejny dzień blight weather, w powietrzu unosił się słodkawy zapach śmierci (czyli irlandzkie lato w pełni). Po kawie poszliśmy z Kochanym do księgarni (tej samej, co poprzednio) i znowu kupiłam książkę, tym razem coś zupełnie mi nieznanego, ale wącham, że będzie dobra (autorka norweska, Vigdis Hjorth, miała nominację do Bookera w zeszłym roku). Zaczepiłam starszą panią, która mnie obsługiwała i wyjaśniła mi nazwę miejsca znaną mi z paragonu; Carroll to nazwisko założyciela księgarni, aktualna nazwa to Roe River Books. Dobre miejsce.

Czyli nic pożytecznego nie zrobiłam, ale wałęsałam się z Kochanym po mieście do drugiej. Jeszcze zrobiliśmy malutkie zakupy, pod koniec złapał nas deszcz i musiałam chronić książkę za pazuchą.

Kochany zadzwoniło do swojej mamy z życzeniami, dołączyłam się, chwilę rozmawialiśmy. Dopiero wieczorem zadzwoniłam do swojej, ale nie odebrała (pewnie oglądała tv na ful). Awrio.

O ile Igrzyska Olimpijskie w Tokio sprzed czterech lat zignorowałam, dzisiaj zasiadłam do otwarcia Igrzysk w Paryżu. Nie przepadam za zbiegowiskami typu "mydło i powidło", ale było to coś innego (inauguracja poza stadionem), ciekawie obmyślonego. Pieseł też zerkał (i był dzisiaj grzeczny; oczywiście w granicach rozsądku; chyba już wie, że nie żebrze się o jedzenie podczas obiadu). Z ciekawostek, wśród wykonawców wypatrzyłam Orlińskiego. Za to przegapiliśmy moment, gdy polscy reprezentanci machali z rejsu po Sekwanie. 

PS. Na pytanie do Freda, czy się frytkownica beztłuszczowa dobrze sprawdza, Fred mówi "uhum"; przydała się, zwłaszcza tutaj, w gościach (gdyż jako znani bałaganiarze boimy się ubrudzić piekarnik gospodyni mającej fioła, a nawet fijoła, na punkcie czystości ;)).

czwartek, 25 lipca 2024

1682. Randka / praca / dom / randka.

Czasu na poranną kawę w Czarnej więcej niż wczoraj, więc dla siebie też zamówiłam ją w normalnej filiżance. Fred zrobił dla nas obiad i po trzeciej podjechał pod Centrum, żeby mnie zabrać do domu (njus: małżonek korzystając ze zniżek kupił frytkownicę beztłuszczową, niezbyt dużą, w sam raz na dwie osoby). Napasłam się mężowskim spaghetti i po piątej z muzyką lat 80-tych w głośnikach wyruszyliśmy przed siebie (do Carlingford, bo się nam już do kawiarni nie chciało).

Pogoda pełna niespodzianek, w drodze przez góry piękna, potem nieco słonecznego ciepła i nagły powiew wiatru od strony gór, gdy staliśmy na molu. 

Przeszliśmy się też trochę przez miasto przy okazji odkrywając, że rupieciarnia Williego na stałe zmienia adres.


Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu, na miasto spadł deszcz.

Rozmawiałam z mamą: o jej przyszłej emeryturze (pewnie jakoś tam się zbliżającej), o sprawie kociej (rodzice znowu wywalili kasę na kastrację cudzego czworonoga), o gryzieniu się w język (literalnie), o Fredowych zakupach z Empiku (prawie w całości już się pojawiły u rodziców). Potem spacer z Piesełem w kierunku tęczy na horyzoncie (doszliśmy aż do ronda, przy którym na murawie wyrosła rodzina wielkich, kłapiastych olszówek). Niebo świeżo obmyte deszczem, zachód słońca nas nie ominął. Późnym wieczorem na ekran wjechał krótki Fanatyk (2017) z Cyrwusem. 

środa, 24 lipca 2024

1681. Za zasługi.

Dzień rozpoczęłam od krótkiej, messengerowej wymiany zdań z Marksistką. Bardzo się cieszę z jej zakupu. Nie dość, że dla szczurów kamienicznych zaczyna się nowa epoka (niewątpliwie kiedyś będzie nazywana Złotą), to jeszcze będziemy mieli gdzie wbić na kwadrat i spacerować okolicznie. 

Przed pracą poszliśmy z Kochanym do Czarnej, potem mąż na wieś, ja do swojej minionkowej roboty z kubkiem w dłoni (dzisiaj spisywałam i katalogowałam). Pracusiowanie minęło nawet fajnie; olałam sprawę spieszenia się z końcowymi poprawkami moich bezcennych komputeropisów, poza tym Katrin-asystentka się pojawiła, mogłyśmy mielić ozorami. Po południu Fred przyjechał do Drołdy zabrać mnie z pracy, zrobiliśmy tylko przystanek przy polskim sklepie, żeby kupić pierogi ruskie na obiad. Z obiadem sprawiliśmy się szybko, chcieliśmy zdążyć na wieczorną kawę w 3rd Place (poza tym Fred kupił u nich ziarna i filtry do aeropresu, moje dziwadełko). 

Chociaż obiecywałam sobie manie w dupie, wieczorem zakopałam się w papierach, żeby nadrobić wypełnianie stron tytułowych. Coś tam nadrobiłam. Ale męża to mam kochanego, naprawdę; pomiędzy wizytą w kawiarni i i papierzyskami Fred zabrał mnie jeszcze na chwilę do Blackrock, ot tak, żeby popatrzeć na bardzo daleki odpływ.


Szaro, ciepło.
Jak to jest, że mam tak dobrze? Sprawa jest bardzo prosta. Zasłużyłam sobie ;)

wtorek, 23 lipca 2024

1680. Nie w paluszek!

Kic, kic, kic, żeby nie stąpać na sinym paluszku. Z każdą godziną lepiej, mniej wkurwiająco. Mimo wszystko, kilka miłych rzeczy. U innych ludzi: Marksistka kupiła mieszkanko w Polsce i bardzo jest z siebie dumna, pierwsze widoki zostały nam przesłane; wyjazd Anne przeniósł się na wtorek, więc nie ma potrzeby robić zamaszystych ruchów z opieką nad Junoną z tyłu głowy, wrócimy to będziemy; Kochany przyjechał po mnie do centrum miasta (po zakończeniu swojej pracy na obrzeżach) i od razu wyjechaliśmy do El Paso, z postanowieniem, że jedziemy na obiad do restawranta. Tylko jeszcze chwilka (czyli jakaś godzina) dla Freda, żeby mógł się odświeżyć i podjechaliśmy zaparkować na Magnet Rd, a stamtąd do włoskiej perełki, Nonna Nenne. Ostatnio byliśmy tutaj cztery lata temu we wrześniu, w drodze powrotnej z Fair Head. Rozmawialiśmy chwilę z (jak się domyślam) właścicielami.

W ten sposób (poranna kawiarnia, popołudniowe centrum handlowe, wieczorne polegiwanie na sofie przy oknie) skończyłam czytać The Lighthouse P.D. James (Faber & Faber, 2020). Miałam robić coś ważnego, związanego z tutoringiem, ale na szczęście palec u nogi wyprostował mi priorytety.

poniedziałek, 22 lipca 2024

1679. Dzień szesnasty.

Poniedziałek podzielony na pracę papierkową i lekturę; na dworze szara, mokra duchota, więc od czasu do czasu otwierałam drzwi tarasowe, żeby do kuchni wpadła przyjemna wilgoć. Kochany dzisiaj i jutro pracuje do piątej. Po powrocie Freda upichciłam na szybkiego wege obiad (micha młodych ziemniaków, brokułów i falafel z sosem jogurtowym), po czym wróciłam do czytanki. Pogodynka zapowiadała kontynuację deszczu, więc wykorzystaliśmy moment, gdy prawie nie padało, żeby wyjść z Piesełem na spacer (już po dziewiątej byliśmy z powrotem, umiarkowanie mokrzy). Reszta wieczoru przy lekturze (zatrzymałam się na stronie 330, jutro spodziewam się skończyć), szybki zmrok, za ścianą woda gulgocząca w rynnach. Niestety, na koniec dnia uderzyłam się w mały palec u stopy (żeby mi nie było w życiu za dobrze); spuchł, boli, mam nadzieję, że do jutra przejdzie.

niedziela, 21 lipca 2024

1677-1678. Deszcz / latarnia / domowo.

Sobota
Kochany pocałował mnie i w deszczu wybył do swojej pracy na długie godziny. Po śniadaniu zamierzałam zabrać się za czytanie The Lighthouse, ale tak się rozgościłam w sypialni, że usnęłam. W śnie przerywanym jawą szłam po Karkonoszach, gubiłam się i odnajdywałam, jadłam naleśniki. Dopiero w samo południe ponownie wygrzebałam się z pieleszy. Trochę czytałam, trochę nadrabiałam oglądanie mietczynskiego i Gosi ze Szkocji. Kochany wrócił po piątej, obiad, zaleganie przed laptopami; Fred z psem na spacerze. Pierwszy raz zauważyłam malutkiego nietoperza polującego w promieniach zachodzącego słońca.

Niedziela
Wstałam po siódmej, Kochany pospał dłużej, bo też i położył się spać później ode mnie. Zrobiłam mu kawkę, pogapiliśmy się na jakiś program o szyciu na RTE (The Great British Sewing Bee), potem “rozeszliśmy” się do swoich planów, ja do czytania książki przerywanego drzemką, Fred do poprawiania tekstu. O trzeciej zaczęłam robić obiad, Kochany wyskoczył do Tesco, żeby kupić coś mięsnego dla siebie (dla mnie były kotlety z kalafiora). Po obiedzie podjechaliśmy pod 3rd Place, ale było zamknięte, więc skręciliśmy do Costy przy Omniplexie (po drodze musieliśmy ominąć protesty antyimigracyjny); zmarudziliśmy tak dobrą godzinę. Sporo dzisiaj było deszczu, Kochany i Pieseł wrócili z wieczornego spaceru porządnie zmoknięci. Po całym dniu niespiesznego podczytywania kryminału P.D James, jestem w połowie książki (lektura bardzo satysfakcjonująca).

piątek, 19 lipca 2024

1676. Dzień trzynasty.

Kolejny rok zakończony; wytrwali Dżim, Emma, Luk, Kalem i Matju, Aleks został wprawdzie wywalony z tydzień temu, ale też przyszedł na uroczystość (ponieważ chłopak notorycznie kłamie, nie wiem jak mam potraktować jego wyznanie, że jestem jego ulubioną tutorką ;)). Były przemówienia, były przesłodzone babeczki z logiem projektu, burmistrz był i zdjęcia oraz ostatnie misiowe uściski i żółwiki. Dostaliśmy od Katriny słodki upominek zapakowany w ozdobny papier. Ze mną jest tak, że gdy widzę prezent w kształcie książki, to myślę, że to jest książka. Dopóki nie rozpakowałam, mogłam się zajmować przyjemnymi reminiscencjami.

Kochany zabrał mnie spod Centrum, zawiózł do drugiego miasta i zaprosił na obiad do Atami (widać, że trwale nawróciłam małżonka na suszizm). Po posiłku powoli wróciliśmy na parking pod Tesco, oboje byliśmy zmęczeni i spragnieni ciszy domostwa (chyba potrzebujemy regeneracji po częstych spacerach i chodzeniu góra-dół w domu przyjaciół). Jest ciepło dziwnym ciepłem irlandzkim (rano jechaliśmy do Drołdy w mżawce, w Centrum duchota niesamowita, chociaż na zewnątrz szaro i przelotne deszcze; po południu nie pada). Messengerowa rozmowa z rodzicami była krótka (akurat zajadali kolację i oglądali film, nie chcieliśmy im przeszkadzać), potem Fred rozmawiał dłużej z Perlistym (tylko mu pomachałam). Wyszliśmy na spacer z Piesełem podczas zachodu słońca. Doszliśmy prawie do ronda (pies ciągnął, długo się uspokajał), w drodze powrotnej zaświeciły się latarnie. 

czwartek, 18 lipca 2024

1675. Nienormalni.

Deszczowo i ciepło. W pracy wyklejałam (równie zajmujące zajęcie jak wczorajsze pompowanie balonów), jutro też pewnie będę głównie wyklejać. W jakimś tam sensie dobrze, nie trzeba myśleć, nie trzeba zaglądać do papierów. Fred przyjechał pod Centrum, zapakowałam się i od razu ruszyliśmy do El Paso ... na kawę. Zamiast wrócić na chatę jak normalni ludzie (przy założeniu, że normalni ludzie po pracy idą do kawiarni), kręciliśmy się po mieście, ja z książką w ręce (znowu wstąpiliśmy do Carroll's Books).

Spacer nie miał wyraźnego celu, doszliśmy do rzeki Castletown i wróciliśmy do punktu wyjścia przez park św. Heleny, Mary St N, Seatown i Chapel St. Całkiem spore kółko.

Wyszło więc tak, że byliśmy w domu o siódmej, Kochany zrobił obiad na ósmą (chmury, które gromadziły się na horyzoncie przez cały czas naszego spaceru, w końcu spadły na osiedle). W międzyczasie rozmowa ze świekrą, złożenie życzeń. Do późna oglądaliśmy Filipa (2022) Kwiecińskiego, z przerwą na spacer Freda z psem. Mogłabym siedzieć, gadać, pisać. Po wczorajszym jako takim odespaniu, znowu hoduję zmęczenie.

środa, 17 lipca 2024

1674. Poniedziałkowo.

Środa poniedziałkowa (nawet teraz odnoszę wrażenie, że wczoraj była niedziela). Po pracy wracaliśmy z Kochanym z Drołdy w nastrojach zupełnie rozchełstanych, wałęsaliśmy się po Tesco dłużej niż statystyczni Polacy, a potem z godzinę dochodziliśmy do siebie, zamiast od razu zjeść obiad. W trakcie wypakowywania zakupów zdybał nas przed domem Dżerard. Jestem prawie pewna, że wyszedł (niby do swojego samochodu) tylko po to, żeby zagadać. Powiedział, że widział nas wczoraj w kawiarni, ale nie chciał się narzucać. Skąd wiedział, jak wyglądamy? Widocznie jedni mają lepszą pamięć do twarzy niż inni. Prawie natychmiast zapomniałam twarz Dżerarda. 

Za mało spałam, więc dzisiaj mój umysł na niczym nie mógł się skupić; dłuższą chwilę oglądałam krykieta kobiet (Anglia vs Nowa Zelandia), podobało mi się, ale to również musiałam porzucić. Pora na sen (Kochany i Pieseł na spacerze).

wtorek, 16 lipca 2024

1673. Ogród / szwendanie / anihilacja.

Wyjechaliśmy na wieś po mój paszport (potrzebny do zaświadczenia o niekaralności), przy okazji pralka poszła w ruch, a my w tym czasie grzebaliśmy w ogrodzie (kilka chabazi zostało wyciętych, Kochany skosił trawnik przed domem). Lawendy, żurawki, hortensje i krokosmia są w pełni kwitnienia. Były krótkie rozmowy z Katlin, Anną i jeszcze jedną sąsiadką (?), która podeszła pochwalić nasz zakątek.






Po ponad godzinie kręcenia się w obejściu wyjechaliśmy do Drołdy, szwendać się w Woodisie i Lidlu. Kochany chciał kupić gazebo, ale myśl wymaga dopracowania. Powrót do Pieseła, obiad (łosoś smażony, sałatka z pora, chleb), wyjazd do kawiarni, szwendactwo po mieście (tym razem Fred zaprowadził mnie w kierunku miejsca w którym kiedyś pracował jako wolontariusz). Wstąpiliśmy do Carroll's Books, kupiłam zbiór opowiadań Kafki. Wieczorem zadzwoniłam do rodziców, którzy po południu próbowali ratować małego kotka potrąconego przez samochód. Nie udało się im, kot zmarł w drodze do weta. Przydałby się podręczny dezintegrator do ekologicznej anihilacji piratów drogowych, taki składany.

poniedziałek, 15 lipca 2024

1671-1672. Constans.

Niedziela
Obudziło mnie wyjście Freda do pracy, czyli wstałam dobrze po ósmej. Prasówka, śniadanie, kawa, czekolada i pora była się wziąć za papiery (sprawdziłam tak trochę, niewiele, żeby się nie przepracować, buahaha). Po południu, przed powrotem Freda, obejrzeliśmy z Piesełem Miss Potter (2006), przyjemny filmik. Kochany przywiózł krewetki, wpadłam na głupi pomysł zrobienia ich z makaronem, więc mieliśmy dość płaski smakowo obiad (za mało soli i czosnku). Obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki After Life i po ósmej wyszliśmy na spacer z Piesełem. Niestety, zrobiliśmy mniej niż pół normalnej trasy, bo na biedaosiedlu przyczepił się do nas jakiś młody, czarny pies (ewidentny uciekinier lub podrzutek). Po kilku chwilach płonnej nadziei, że się odczepi, ruszyliśmy do domu. 

W tematach medialnych, bardziej mnie wzruszyła śmierć Shannen Doherty, niż dziabnięte ucho Trumpa.

Poniedziałek
Kochany do pracy, ja do home office'u na trzy godziny przerywane herbatami i rozkminkami. Przed śniadaniem zadzwoniłam jeszcze do tatki (njusy: mama wzięła sobie urlop, tata po południu jedzie do dentysty, Maksiu jako tako, chyba nie gorzej). Kochany kończył pracę o drugiej, więc miód/orzeszki. Jako że jestem ujową panią domu, małżonek poszedł pod prysznic, przebrał się i pojechaliśmy w miasto. Parking pod Tesco, makaron z warzywami w Atami, dobra kaffka w 3rd Place i spacer wokół komina. 

Miło, odprężająco, szalik na szyi, ale niekonieczny, bo było w zasadzie ciepło. Powrót dopiero o szóstej. Narobiliśmy sobie napitków i skończyliśmy oglądać na Netflixie pierwszy sezon After Life. Było jeszcze wcześnie, więc skusiło nas na Plagi Breslau (2018) Vegi z Kożuchowską. Słaby, ale nie koszmarny, plusik za moje ulubione miasto. Po seansie Kochany sam wybył z Piesełem na wieczorny spacer. 

sobota, 13 lipca 2024

1670. Miły zwyklak.

Razem z chłopakomężem obudziliśmy się o wpół do szóstej. Zabrałam się z nim na wieś (Kochany pojechał dalej, o ósmej zaczynał pracę; drogę przecięły nam krowy schodzące na pastwisko i czarny kot, czyli musi być dobrze), w domu na chwilę włączyłam ogrzewanie, zrobiłam pranie, spakowałam nowe ubrania, czekając na koniec cyklu czytałam Chamstwo (lektura wolno mi idzie, jak widać, po dokończeniu rozdziału zostawiłam książkę w sypialni), zdrzemnęłam się i rozmawiałam z mamą (rodzice gościli się dzisiaj w cukierni przy parku zdrojowym; Maksiu coś choruje, tylna łapa nie nadaje się do użytku). Pogoda była szara, ale całkiem ciepła, nie chciało mi się spieszyć z powrotem; wyszłam dopiero na autobus po pierwszej (€5.50) i przez ponad połowę zielonej, prowincjonalnej trasy jechałam w nim jako jedyna pasażerka. 

Pieseł naprawdę ucieszył się na mój widok. 

Kochany wrócił po piątej, zrobiłam nam mało wyszukany obiad (kopa kartofli, pomidory w śmietanie, stek z tuńczyka), obejrzeliśmy trzeci odcinek After Life, rozmawialiśmy z Usz (szwagrostwo przyjeżdża do nas pod koniec września na kilka dni, mają już kupione bilety; super!). Spacer wieczorny, oczywiście. Zrobiliśmy inną trasę, trochę przy głównej drodze, trochę przez bogatsze osiedle, wszystko to z mamą na nasłuchu (mama lubi architekturę, i w ogóle). Prysznic, jeszcze jedna herbata, pogadanka o życiu (pies wylegujący się obok).

piątek, 12 lipca 2024

1669. Trzecie miejsce.

Po późnej pobudce i wolnym śniadaniu pojechaliśmy we troje (Kochany, ja, Pieseł) do Gosford Forest Park w Północnej. Nazwa kojarzyła mi się oczywiście z filmem Altmana. W parku jest posiadłość, niedostępna dla zwiedzających, bo przerobiona w ostatnich latach na prywatne apartamenty, za to zieleń okalająca castle jest za niewielką opłatą otwarta dla gości z czworonogami.


Pieseł kręcił się w samochodzie jak głupi, ale potem było już tylko lepiej, spacer można zaliczyć do udanych. Po powrocie z Północnej i zostawieniu psa w domu, podjechaliśmy na obiad do Atami na Park St. Miejsce nieznane, ale się nie dowiemy, jak nie spróbujemy. 


Przeszliśmy jeszcze kawałek do kawiarni o nazwie 3rd Place. I tu kolejna miła niespodzianka, kawa naprawdę dobra, ciast niewiele, ale są świeże (do tego outfit jednego z bywalców niezwykły zaiste — długowłosy chłopak cały w czerni, poza białą chustą wiązaną na głowie, spódnica plisowana, na czarnym golfie białe krzyże, na twarzy makijaż z czarnymi krzyżami, wyglądał jak postmodernistyczny pop ;)).


Wychodzi na to, że jednego dnia odkryliśmy trzy miejsca warte zapamiętania. Nieźle :) Gdy wróciliśmy do siebie, było już dobrze po piątej. Obejrzeliśmy drugi odcinek After Life z Gervaisem, potem kilka chwil na wałęsanie się po domu, nadrabianie czytanek o stanie aktualnym świata (więc i doszły mnie słuchy o dziaderskich wynikach głosowania nad depenalizacją aborcji, ech). Wieczorny seans na chybił trafił: Bielmo (2022) z Balem i Mellingiem. Szybko minął ten piątek, za szybko, doba 24-godzinna jest nieporozumieniem.

czwartek, 11 lipca 2024

1667-1668. Dotarcia.

Środa
W pracy nudy (taki z niej pożytek, że młodzież zachęciła mnie do obejrzenia Śmierci Stalina). Za oknem leje od rana do wieczora z różną intensywnością. Moje Kochanie podwiózł mnie do pracy, po czym zjechał na wieś zrobić pranie i pojawił się pod Centrum, gdy skończyłam. Poszliśmy jeszcze do polskiego sklepu obkupić się herbatami i do Il Forno na obiad (początkowa idea była inna, ale w Czarnej o tej porze tłumy). Po obiedzie wróciliśmy do Pieseła, rozsiedliśmy się przy herbatach, obejrzeliśmy Śmierć Stalina (2017). Pojawiło się okienko pogodowe: między kałużami, ale mogliśmy wyspacerować psa. Wszystko to do wpół do dziesiątej. Jeszcze chwila zwątpienia przed ekranem (czy warto coś rozgrzebywać? nie warto) i pora spać.

Czwartek
równie szary (przynajmniej pierwsza połowa). W przerwie na lunch odebrałam nowe okulary; od razu rzuciły mi się wory pod oczami i opadające powieki, zgroza (chcę wierzyć, że to z niewyspania). Po południu wróciłam do miasta autobusem pospiesznym (€9.50) i pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu, było umycie głowy. W tym czasie Fred, najlepszy z mężów, już pichcił wątróbkę jagnięcą, żebym nie umarła z głodu z włosami czystymi bez sensu. Po pysznym obiedzie mężowskim siedliśmy do pierwszego odcinka serialu After Life (2019). No i tu Pieseł mnie zadziwił. Najpierw rozpoznał, że występuje w nim inny pieseł i podbiegł do ekranu, żeby go nam pokazać. A potem to:


No proszę, jaki grzeczny. Na spacer wieczorny zebraliśmy się dopiero tuż przed zachodem słońca (wróciliśmy wpół do jedenastej). 


Początkowa galopada nie uchroniła nas przed Piesełową kupą w niewłaściwym miejscu. Się mówi trudno. Dzień i tak był bardzo udany, a jutro wolneee.

wtorek, 9 lipca 2024

1666. Zmęczenie.

Wstaliśmy z Kochanym po piątej. Za oknem niebo zasnuwało się coraz bardziej. Gdy przyjechaliśmy do Drołdy, wysiadłam na głównej ulicy, żeby przynieść Kochanemu kawę, potem on do pracy, a ja czekając na swoją szychtę rozsiadłam się w Czarnej. Nic za wiele nie przeczytałam, bo zagadała do mnie Marksistka z historią, że kupuje mieszkanko w Polsce i będzie żyła na dwa kraje, przynajmniej przez jakiś czas. Mam nadzieję, że plany jej wypalą.

Przed południem byliśmy z grupą na kręglach. I gdy tak sobie grałam, Fred napisał do mnie z informacją, że umarł Jerzy Stuhr. Kilka minut później dostałam maila zapowiadającego odwołanie sierpniowego przedstawienia i zwrot pieniędzy. Szkoda, że nie zdążyliśmy zobaczyć go na scenie.

Another beautiful day in Ireland, powiedziała Alis otwierając parasolkę na schodach do Centrum.

Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie i od razu pojechaliśmy do Pieseła. Zrobiłam makaronowy obiad, chwilkę rozmawialiśmy z mamą, potem dopadło mnie wielkie zmęczenie, które odgoniłam dopiero późnym wieczorem (Fred i Pieseł byli na spacerze beze mnie). Zmulenie nie pozwoliło mi znaleźć żadnego ciekawego filmu na Netflixie. Wszelkie sprawy papierowe też awrio (dostałam referencję od Saren, ale nie chciało mi się nawet otworzyć pliku), po prostu trzeba to wyspać.

poniedziałek, 8 lipca 2024

1665. Tu i tam.

Wyjechałam z miasta do miasta dopiero po dziesiątej (po zerkaniu na Poirota, 5.7), gdy Fred dawno już był w pracy. W Centrum widoczne letnisko i ogólne rozprzężenie.

Zaraz po trzeciej wróciliśmy na wieś wspólnie, żeby odpalić piekarnik i zrobić obiad z pozostałej w lodówce kaczki. Przy okazji spakowałam dyplom i nieprzemakalne buty. I tak, słuchając Rory’ego zjedliśmy dobre jedzonko, rozwiesiłam w Kuchniosalonie szybkie pranie, i heja do miasta. Na miejscu wypuściliśmy Pieseła na zielona trawkę i pojechaliśmy jeszcze na chwilę do Tesco. Obejrzałam z Kochanym Godziny (2002), lepiej późno niż wcale. A to już wieczorny spacer (w ciągu kwadransa przechodzimy w nim regiony od klas bardzo niskich do wysokich, ciekawe takie bliskie sąsiedztwo różnych światów):




(poza tym, cirrus na niebie, czyli wiadomo o co chodzi ...)

niedziela, 7 lipca 2024

1664. Dzień pierwszy.

Sen na nowym miejscu był całkiem w porządku. Obejrzałam późny odcinek Inspektora Morse'a (8.2), poza tym część dnia przebimbałam, chyba muszę się "obyć" z nowym otoczeniem. Kochany wrócił po pracy i wizycie w domu, z którego przywiózł kilka uprzednio zapomnianych a niezbędnych przydasiów. Nie za bardzo mamy ochotę używać tutejszego piekarnika (błyszczy nowością), więc na pierwszy obiad pojawiła się pizza od Tony'ego. Po obiedzie trochę padało, ale i tak wybraliśmy się na spacer z Piesełem. Trzeba przyznać, że jest to jeden z mniej bystrych psów, jakie znam, nie reaguje na żadne komendy, na smyczy ciągnie bez sensu, jest reaktywny i marudny. Oh, well, to jak z cudzymi dziećmi, można przeżyć ;). Zrezygnowałam z netflixowania i położę się spać o ludzkiej porze.

sobota, 6 lipca 2024

1662-1663. Przymiarki.

Piątek
Byłam dzisiaj systematyczna, więc mogę się poklepać po pleckach (zrobiłam home office od 10 do 14, przerwa na zupę, sieciowanie, drzemkę, po 15.30 jeszcze półtorej godziny, potem czekam na Kochanego, który od rana był w nowej pracy).

Nareszcie obejrzałam do końca Miłość na Krymie Erwina Axera. Przerywały mi irytujące reklamy, ale adaptacja mnie przekonała. Poza tym nudy. Zauważyłam, że MyHeritage zrobiło aktualizację etniczności, co jeszcze bardziej zaciemnia sprawę. Teraz jestem kartoflanką w 100% z kartoflanej rodziny i nie wiem co o tym myśleć ;)

Sobota
Grafik Kochanego w nowej pracy jest dla niego na razie dość gęsty; Fred zaczął używać aeropresu, który kupił trzy lata temu w Sligo (uczy się obsługi) i rano poszłam śladem męża. Kawa całkiem ok, następnym razem sprawdzę wersję odwróconą (nasz młynek mieli chyba za grubo do takiej techniki zaparzania; no i waga kuchenna by się przydała). 

Poza tym dzień spędziłam przy laptopie, głównie się obijając. Wysłałam podanie o pracę leniwie korzystając z ChatGPT, a co :) Zerknęłam przez półtorej godziny na sprawy szkolne, z większą przyjemnością jednak zerkałam jak Karolina nosi suknię dworską z początków XIX wieku. Kiedy Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy obiad i trzeba się było spakować. Zastaliśmy przyjaciół w gorączce podróżniczej. Przeszliśmy się w czworo (ja z Fredem, Ka i Pieseł) na spacer, po czym Kochany wrócił na tę noc do domu. Jeśli chodzi o zmianę adresu z wiejskiego na miejski, taka sytuacja na spacerze:

czwartek, 4 lipca 2024

1661. Lewooka.

Czasami mam taki dzień, że pływam łodzią (prawdziwa currach) po rzece Boyne z niejakim Rossem the Bossem.

A potem wracam do miasta szlakiem nad rzeką, na nogach, sama, bo mi się tak uwidziało, gdyż mam jeszcze chwilę czasu do wizyty u optyka (pogoda całkiem ok, trochę wietrzna, ale bez przesady).  


Z wizyty u optyka jestem w zasadzie zadowolona. Kupiłam dwie oprawki Westwood i zrobiłam sobie badanie do szkieł kontaktowych, a nawet dostałam szkła do testowania przez kilka godzin. Zadowolenie moje wynikło też z tego, że się nie dałam na nic naciągnąć, żadne tam powłoki i ultracienkości; w oczach nie było przykrych niespodzianek, nerw wzrokowy działa całkiem sprawnie, jedynie poszło prawe oczko temu misiu, nagle zrobiło się -3.5. I tu historia dziwna, bo Ciaran stwierdził, że mam dominujące oko lewe i pod tym kątem ustawił mi szkła (na słabsze oko dał słabszą soczewkę). I magia, patrzę w dal lewym, ale jak chcę czytać, włącza się mi prawe (tak się podobno robi korekcję prezbiopii, czyli ... starczowzroczności, o matko!).  Ale lewooczność? Bo jestem praworęczna, czyli z tego wynikałoby, że mam lateralizację skrzyżowaną. What. The. Feck? Dziwa nad dziwami. 

Kochany wracał z Dublina ze szkolenia i spotkaliśmy się w mieście, już po moim optyku, oraz, gdy w Il Forno opchałam się carbonarą. Po godzinie od pierwszej wizyty wróciłam odebrać papierek, potem do polskiego sklepu i do domu. Zrobiłam Fredowi obiadek rozmawiając z mamą; poopowiadaliśmy sobie z małżonkiem swoje czwartki, i ekspresowo zleciało do wieczora.

środa, 3 lipca 2024

1660. Zużycie.

Niepogodzenie z rzeczywistością trwa. Przed końcem pracy zajrzałam do Szefa, który oferuje mi kilka godzin od nowego roku. Rozmawialiśmy dziesięć minut, rozpoczęłam procedurę przyjęcia. Jakoś mnie to nie cieszy. Kochany przyjechał do miasta, zaparkował pod Centrum i poszliśmy najpierw do optyka (umówiłam się na jutro i obejrzałam oprawki, które chciałabym kupić) oraz do Czarnej. Przy okazji optyka odkryliśmy, że na przeciwko otwarła się kawiarnia trzeciej fali. To akurat akcenty miłe (poza tym Fred miał spotkanie w sprawie nowej pracy i wysmarował dzisiaj list do dotychczasowego pracodawcy, zmienia mu się na dobre). Po obiedzie (pesto), przeglądam kilka krótkich tekstów, ale nie zamierzam wysiadywać. Zużywa mnie to, może stąd kiepski humor (albo od niewyspania, mózg nasłuchiwał).

wtorek, 2 lipca 2024

1659. Krótko.

Jadłam obiad patrząc jak Mieciu robił tatara. Praca była oczywiście, a życie po pracy (nie za wiele, bo jeszcze sprawdziłam w domu kilka zadań). Kochany ma zmianę wieczorną, stąd rozminęliśmy się i obiad tylko z Mieciem. Teraz lampię się w komputry i słyszę, że za oknem deszcz kap kap. 

poniedziałek, 1 lipca 2024

1658. Nudy.

Kochany pracował dzisiaj w Eglinton, wyjechał w nocy i wrócił w czasie, gdy kończyłam swoją działkę. A działka była krótko, choć wyruszyłam normalnie, żeby rano usiąść w kawiarni i uspokoić myśli. Dostałam zapytanie, czy w nowym roku szkolnym nie chciałabym pracować za rogiem jako tutor. Oczywiście przytaknęłam, chociaż wolałabym coś innego (ale jak się co innego nie znajdzie, to wiadomo). A, i nie zapisałam, że tracę pracę dla Gronji, bo jej TPTB znalazły kogoś na ten krótki okres do września. Ni ma problemu żadnego. Wracając do Freda, spotkaliśmy się po południu w polskim sklepie, zrobiliśmy zakupy, potem obiad; zasiadłam do papierów, więc nic ciekawego (jeszcze jedna spora rzecz mi została do przejrzenia i porównania, pewnie się to rozwlecze na kilka dni, jak zwykle). Kochany śpi, nadrabia nędzę ostatniej nocy; na mnie też chyba już czas, bo od dwudziestu minut udaję, że coś robię.