czwartek, 31 marca 2022
środa, 30 marca 2022
Postscriptum #834.
834. Zaraz.
wtorek, 29 marca 2022
833. Już prawie.
Jeszcze do pracy (ja to nic, standard, ale Miły mój pojechał do Castle Espie). Jeszcze robię zadanie domowe, bo jutro nie będę miała na to czasu, a deadline szumi. Żadna książka w marcu dokończoną nie będzie, wiersze Ginczanki rozgrzebane na stronie dwieście sześćdziesiątej piątej.
Akurat tak się złożyło, że dzisiaj w pracy było aktywnie i co do minuty. Potem na mieście dorobiłam klucze do domku i rozdałam po sąsiadach. Cenniejszy sprzęt zostawiłam u Anny. Jeszcze przed histerycznym obiadem skompletowałam strój na pogrzeb. Katlin wręczyła mi z dumą dwie kartki mszalne, za duszę teścia i pociechę dla teściowej, a Kochany wrócił z Północnej o całkiem dobrej porze. Wiesz, co jest najfajniesze w byciu mną? Że np. dostaję od męża skarpetki w jeże:
poniedziałek, 28 marca 2022
832. Dzień odhaczania i chaosu.
niedziela, 27 marca 2022
831. Plany.
I tak wszystko samo się postanowiło. Jakiś czas temu przez chwilę był plan lotu na Dolny Śląsk na urodziny babci, zamiast tego zarzuconego planu jest lot na Lubelszczyznę asap, na pogrzeb.
Na MyHeritage napisał do mnie gość z Australii poszukujący osoby z moim nazwiskiem. Może to ciekawa sprawa, może nie.
Gdy już się nad tym zastanowiłam pojechaliśmy do Drołdy na krótkie zakupy, żeby do środy było co jeść i było do czego wrócić. Potem obiad w Aishy. Po powrocie na wieś Fred wyszedł do wylegniętych na dwór sąsiadów, żeby ich poinformować o sytuacji. Wszyscy chcą się opiekować kotem. Jest irlandzki Dzień Matki, rzucili do Tesco mój ulubiony torcik truskawkowy, więc do napitków był tenże. I spacer był, więc obfociłam codziennego napierniczacza na olbrzymim żywotniku po sąsiedzku:
• włochate wydmy:
sobota, 26 marca 2022
Postscriptum #830.
Po ósmej dostaliśmy od szwagierki wiadomość, że ojciec Freda zmarł dzisiaj. Nic więcej nie wiemy.
830. Dzień.
Bardzo wczesna pobudka po długim śnie, widoki piękne za oknem, osiedle przyprószone poranną mgiełką, herbata, śniadanie, kawa, trochę plątania się po ogródku z magicznie odnalezionym sekatorem, pierwsze pranie nową pralką. Fred myje okna, jest więc i pogadanka z Katlin o oknach, roślinkach przepięknych (lovely they are) oraz krowiej maści na bóle wszelakie (cow cream). A potem spacer z Miłym na Głowę. Po drodze zrobiłam fotkę kawkom grzejącym się w słońcu na 300-letnim domu Gronji (mądra taka jestem, bo skoro się Gronji przedstawiłam, to ona przedstawiła się mnie. Strasznie fajnie, dawno to chciałam zrobić, teraz będę jej mogła wołać Hello, Gronja!! jak ją zobaczę w jej ogródku przed chatą):
Strzechę trzeba odnawiać raz na jakieś 25 lat, obecna ma lat kilka, kawki pożyczają sobie z niej części do gniazd, więc nie są mile widziane i Gronja im to powiedziała po tym, jak zrobiłam zdjęcie. Po króciutkiej wymianie uwag z właścicielką chatki poszliśmy na wsiową plażę i spędziliśmy parę chwil nad kawą oraz naleśnikami z nutellą:
Wchodząc na szlak na Głowę zauważyłam taką tabliczkę:
Przypadek chciał, że za chwilę nadszedł starszy pan, który usiadł niedaleczko. Dobrze, że go zapytałam o tabliczkę, okazało się, że to on ją przykleił — właśnie w tym miejscu rozsypał prochy swojej zmarłej żony, bo kochali to wybrzeże i każdego roku spędzali na nim 3 miesiące w domku na kółkach. Nie dziwię się im :) Drugi raz się dzisiaj komuś chwalimy, że teraz jesteśmy stąd.
Mgła wisi wszędzie, nie widać gór. Pokazaliśmy tatce port, prawie pusty, tylko najmniejsze kutry były przycumowane, no i kilka irenek przyglądało się turystom.
Cicho, fal brak. W drodze powrotnej wypatrywaliśmy kłólików i kłówek. Kłówki:
Wracaliśmy przez wieś, bo chciałam, żeby Fred zobaczył mural, który zauważyłam w czwartek przy głównej ulicy. W październiku 2 lata temu dorzuciliśmy cegiełkę do jego powstania, już się zastanawiałam, czy o nim zapomniano. Mural przedstawia dziewczynę z naszej wsi, która w męskim przebraniu walczyła w amerykańskiej wojnie domowej:
piątek, 25 marca 2022
829. Basking in the sun.
No i ślicznie, niewyspana wybyłam do pracy, żeby wysłuchać tam kilkanaście razy pytania, czy dobrze się czuję (czy aż tak koszmarnie wyglądam?). A na świecie słoneczko, miód, racuszki z orzeszkami; jeszcze o poranku, gdy czekałam na autobus, obok mnie modraszka skubała radośnie pąki magnolii, potem tylko lepiej, przyjemnie było nawet posiedzeć tuż przy ruchliwej ulicy pod Dziwną Mollie. Obiad zjadłam na mieście (nad wejściem do Il Forno zauważyłam rysunek zmierzającego gdzieś lisa, dobry znak), ta sama co zwykle przemiła kelnerka zapytała mnie dzisiaj sama? Starła klientka ze mnie, he he. Po powrocie kot już na mnie czekał w nasłonecznionej rabatce. Zanim zrobiłam sobie zieloną herbatę podlaliśmy razem (z kotem) nowo posadzone drzewka i daliśmy jeść ptaffkom (wrona powtórzyła numer z kulką, myślę, że już wie, że zostawiam je dla niej). Niespodziewanie w ogródku zdybała mnie Anna zaopatrzona w torbę z prezentem dla nas, dużą książką ogrodniczą. Fredowi zrobiłam szybko obiadek, gdy wrócił z pracy (10 minut, pierogi ze sklepu) i poszłam się położyć, żeby mi oko z bólu nie wypadło. Gdy wstałam, było już ciemno.
czwartek, 24 marca 2022
828. Mieszanie.
Obudziłam się tuż przed wyjazdem Freda do pracy, leżałam na wznak, gdy oczy mi się otwarły jeszcze pełne snu o czasach, w których panowie nosili catogany. Przed południem dostawcy oczywiście się nie pojawili, jedyną satysfakcją była wirtualna plątanina po Nowej Aleksandrii. Znalazłam to, czego szukałam od wczoraj, bo jestem bystra i uważna. Mogłabym z tego zrobić swój zawód, pomyślałam kończąc kawę, po czym wyszłam do ogródka, niby na chwilę, bo przecież tylko podlać jabłonie i nakarmić ptaki, co zmieniło się w godzinną gadaninę z Katlin przed naszym domem, a potem w ogródku. Sąsiadka przyszła zobaczyć jabłonie, pochwalić najgrzeczniejszego z kotów (Ryszard, który chwilę wcześniej leżał w łóżku w głębokiej śpiączce, półprzytomny wyszedł przez okno, bo żadna rozmowa na tyłach nie może się odbyć bez niego, w nagrodę dostał miziania za uchem i kilkakrotne zapewnienia sąsiadki, że zachowuje się wzorowo i nawet Majk tak uważa), poopowiadać o podrzucanych zwierzętach, raku i domach wolnych do zasiedlenie (Katlin wypyta o domy z dwoma sypialniami w naszej wsi, miła deklaracja, na nic nie liczę). Czyli drzewka zostały w końcu podlane przed jedenastą.
Fred mi powiedział przed południem, że panowie się pojawią do trzeciej. No i dobrze, pogodziłam się z brakiem spaceru nawet łatwo, bo dzień nie jest tak śliczny jak wczoraj, bardziej szary, do tego zmarzł mi nos podczas rozmowy z sąsiadką. Przyjechał jeden miły Paddy, i w pięć minut było po robocie, gość mi jeszcze przypomniał, żeby na pewno wykręcić śruby zabezpieczające. Kwadrans przed pierwszą nowa pralka stoi w kuchni, a ja już nie mam ochoty na spacer.
No i tak. Dziwny dzień, czuć pogodę przed burzą (która nie przychodzi), nie mogę się najeść, wilczy głód mnie zaskakuje, a Kochany nie posłuchał mojej rady i kupił następne drzewko do ogródka przed domem. Dochodzę do wniosku (niestety), że to nie moj ogródek i trzeba się skupić na czymś innym, bo dalsza rozmowa na ten temat nie ma sensu. Nowa pralka sobie cicho szemrze.
środa, 23 marca 2022
827. Chodź, coś ci pokażę.
Poranek-marzenie, bezwietrzny, świeży, jasny, zroszony poranną wilgocią.
Odwłok po wczorajszym machaniu raczej nie boli, mogę kontynuować ćwiczenia, ostrożnie (korzonki gdzieś tam się odzywają). Kiedy ponad dwadzieścia lat temu ćwiczyłam podobny zestaw, narzekałam co najwyżej na zasapanie ... starzenie się jest dziwnym procesem. Fred wyjechał na zmianę 8 to 5 w Drołdzie. Po króciutkim praniu, śniadaniu, kawie i nakarmieniu ptaffków (zostawiłam wronom dwie kulki tłuszczu i poczekałam, aż po nie przylecą) zachwyciłam się kwitnieniem narcyzów Lucky Number, po czym wybyłam nad morze:
Kot jest w zestawie fotograficznym, bo cały wymarsz przegadałam z tatą i babcią, a po wejściu do domu pokazywałam, co robi Ryszard (znaczy, że śpi). Babcia Mania ma się tak jak zwykle, narzeka na nudę i śmierci koleżanek, ale jeśli ktoś lubi wygłaszać w kółko te same dramatyczne oświadczenia eschatologiczne, to i tak wybaczam mu, gdy jest około dziewięćdziesiątki (czyli większość musi poczekać, teraz tylko nudzi).
Po południu przyszła Mary od spisu powszechnego i wręczyła mi pliczek papieru, który będzie zabierany w kwietniu. Spis powszechny jest obowiązkowy, będziemy w nastroju, wypełnimy.
Chodź, coś ci pokażę, mówi Fred po powrocie z pracy. Kartofle już się gotują, zaraz wrzucę na patelnię kurzy biust, na razie idę zaciekawiona za Kochanym, a on z samochodu wyciąga doniczkę z picea pungens glauca. Świerk dorasta do 20 m, nie wiem czy Fred to przemyślał. Poza tym ... gdy miałam 6 lat zgubiłam długopis, do dzisiaj mi smutno jak o tym pomyślę, więc tłumaczę mężowi moje stany umysłowe: ten dom jest dla nas za mały, opuścimy go, a ja nadaję imiona drzewom; co powiem świerkowi, gdy będziemy wyjeżdżać? Tak to wygląda. Jednakowoż mąż mówi mi w kuchni przed obiadem, że i tak mnie kocha, a drzewom powiem, że są już dorosłe. Po zwerbalizowaniu o co mi się rozchodzi, poczułam się lepiej. Tymczasem na razie wyprowadza się pralka, Fred już ją wysunął i poodłączał, mamy nadzieję, że dostawa nowej będzie jutro bez łaski i wielogodzinnego oczekiwania. Do snu Blackadder 4.4.
wtorek, 22 marca 2022
826. Drugi dzień wiosny.
Pierwszy dzień w tym roku, gdy okazuje się, że w kurtce jest za ciepło. Po powrocie do wsi widzimy Ryszarda wygodnie rozsiadłego na nagrzanym zewnętrznym parapecie. Fred pracował od rana w Dublinie, podjechał po mnie do polskiego sklepu, potem kupiliśmy pralkę (która być może przyjedzie do nas w czwartek). Wszystko potakuje, że jest wiosna, nawet mgła pełznąca do nas z Północnej.
Obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki Czarnej żmii IV, a czego nie zrobiłam wczoraj, bo miałam zrobić dzisiaj, zrobię jutro. Chyba że ... no dobrze, będzie pół godziny callaneticsu.
poniedziałek, 21 marca 2022
825. Pierwszy dzień wiosny.
niedziela, 20 marca 2022
823-824. Resztki świątecznego weekendu.
Pogoda jest ostatnio słoneczna, ale nie dałam się nabrać wiatrowi, w sobotę postanowiłam nie wyściubiać nosa ani na trochę z domu. Z rana zatoki bolały mnie na tyle, że Fred uzbrojony w metalowego Stacha i aparat fotograficzny udał się ciałem do Północnej, a ja towarzyszyłam mu duchem oglądając kolejne cztery odcinki Dalgliesha (nie ciągiem, trochę rano, reszta wieczorem), ekranizacje książek The Black Tower oraz A Taste for Death. Krajobrazy wydały mi się tak irlandzkie, że od razu sprawdziłam informacje próbując potwierdzić przeczucie, i faktycznie, choć fabuła rozgrywa się w Anglii, seria jest kręcona za miedzą.
Ryszard z brudnymi łapami (wyciapkał nimi pościel) towarzyszył mi w domu większość dnia, dobre z niego kocisko i czułe. Wieczorem głowa mi się uspokoiła, a Fred po powrocie obwieścił, że na Cuilcagh bardzo mocno wiało. Jedno ze zdjęć z tej wyprawy, z owcami trawersującymi gęsiego przez bagna:
Gdy zjechaliśmy do Drołdy, w mieście cuda, pustki na ulicach i tylko silna grupka lokalnych pijaczków deliberowała nad czymś na West St (dla nich kilka dni picia płynów wprowadzających element baśniowy to pewnie sezon jak każdy). Drugi raz w tym tygodniu zaszliśmy do Il Forno, znowu na pizzę. Tutaj potwierdzenie cudu: nie trzeba było rezerwacji, luźne ruchy, kilka minut po nas do restauracji weszła Stephanie, lokalna poetka, którą obserwuję na instagramie, tak ruda i piegowata, jak się przedstawia w sieci. Świat jest doprawdy mały. Podobnie jak w ostatnią środę przyniosłam dwa kawałki pizzy do domu, tyle, że postanawiam być twarda i nie zeżreć wszystkiego wieczorem.
W połowie szlafrokowa sposobię się psychicznie na jutro. Dużo rozmawialiśmy o fabule dwóch części Ojca chrzestnego, szczególnie o głównym, psychopatycznym bohaterze granym przez Pacino. Ciekawa jestem kontynuacji, ale nie dzisiaj, Fred zaczyna zmianę w pracy bardzo wcześnie, zamiast Ojca 3 obejrzeliśmy Czarną żmiję 3.6 (1987) i 4.1 (1989). Zatoki nie bolą, za to gardło siada, oby jutro było lepiej.
piątek, 18 marca 2022
822. Paddy's Day Three.
Z rana pranie ręczne kilku delikatnych ubrań. Fed rozmawiał z ojcem, który nadal jest w szpitalu i czeka na zabieg na sercu. Teść brzmi nie tak najgorzej i czeka na nasz przyjazd w tym roku (to dobrze, że ma plany, plany są dobre).
Dzień zapowiadał się na śliczny, ale już po śniadaniu na wybrzeżu pojawiło się wietrzysko (chociaż dla prania to nawet lepiej). Fred mimo to poważnie wziął się do ogrodniczej roboty, skosił trawnik i zasadził dwie jabłonki.
Ja bardziej jak nasz kot, poskubałam trochę trawy i pokręciłam się po obejściu. Bo oczywiście nasz rudy trufelek wstał, leniwa menda. A w zasadzie obudziło go pojawienie się brudnego jacka russella, który przyszedł wyszuflować co tam mu podałam do jedzenia. Koniec końców elstar i golden delicious mają korzenie w ziemi na stałe, liczymy, że im się tutaj spodoba.
A skoro już jestem w ogródku, to kilka dni temu rozkwitł Lucky Number:
czwartek, 17 marca 2022
821. Paddy's Day Two.
Aś miała covida. Już nie ma, zresztą covid (podobnie jak sąsiadkowy) leciutki. A skoro nie ma, to informujemy ją o naszych pragnieniach wędrownych, które staną się ciałem, jeśli nie zakichamy się i nie zaplujemy po tym Patryku.
Po śniadaniu wygmyraliśmy się bowiem do Drołdy zobaczyć paradę, która nie była tak duża, jak się spodziewałam, ale byli szkoccy kobziarze z hrabstwa Down i ukraińskie flagi. Ludzi multum, jak na Temple Bar. Pogoda względna, byłam ubrana w owcę na owcy, więc nie odczuwałam zimna, niemniej podwiewało.
środa, 16 marca 2022
820. Paddy's Day One.
No i proszę, od rana ptaszki drą mordy, aż kota głowa boli. Rozmawialiśmy chwilę z tatą i babcią, babcia Mania trochę milcząca, Fred zgaduje, że może wzrok jej się zupełnie posypał. Akurat pralka łomotała w trakcie rozmowy, no i okazało się, że łomot nie był bez przyczyny, nasz Zanussi odchodzi do nieba dla pralek, tak więc przy kawie i łomocie powstał niespodziewany plan na popołudnie: jechać do sklepu agd.
Kiedy wywieszałam pranie Anna zauważyła mnie przez okno i zadzwoniła z informacją, że do niedzieli utknęła w domu, bo dwa dni temu wytestowano u niej covida. Czuje się bardzo dobrze i w ogóle jest zdziwiona wynikiem testu, nic się nie dzieje, to tylko tak, jakbyśmy chcieli wiedzieć, co u niej.
Wracając do problemu pralkowego, odwiedziliśmy kilka sklepów, mniej więcej orientujemy się w cenach. Z wyliczeń wynika, że najbliższa dostawa i montaż to i tak kwestia przyszłego tygodnia, bo w tym wiadomo, święto jest. Decyzja zakupowa została na chwilę zawieszona, tymczasem odwiedziliśmy w celach obiadowych Il Forno, a potem Fred kupił dwie jabłonie, elstar i golden delicious. Po powrocie siedzimy w domu bardzo najedzeni i bardzo zadowoleni, a Demarczyk śpiewa Koniecznego.
Wieczorem Ojciec chrzestny (1972), nadal świetnie ogląda się film, który miał premierę 50 lat i jeden dzień temu. Brando wielkim aktorem był, zaiste.
wtorek, 15 marca 2022
819. Wtorek piętnastego.
Czy są jakieś plusy bólu żołądka? I owszem, można np. ze smakiem zjeść na śniadanie pulpety w sosie pomidorowym, których nie zjadło się poprzedniego dnia na obiad.
Fred zaczynał pracę po południu i mógł mnie podwieźć rano do miasta, jak zawsze mijaliśmy szkołę, która teraz ma w oknach ukraińskie flagi. W Centrum się nam nieco zagęściło (Piter, Lion, Lia, Ifa), tym lepiej, skoro wracam do akcji dopiero w poniedziałek. W przerwie wyszłam do Moorland na zupę, taka ze mnie utracjuszka (teraz myślę sobie, że lubię to miejsce, bo mi przypomina polskie bary mleczne). Do domu wróciłam po piątej, Kochany był już w tym czasie w Dublinie, ale od razu było wiadomo, gdzie żesz się kręcił po odstawieniu mnie pod Centrum — w kuchni znalazłam nowy, wypasiony plecak firmy Costume National (w rozmowie messengerowej obiecałam mężowi za to klapsa).
Przy prasowaniu z Hebiusowego polecenia obejrzałam dwa odcinki Dalgliesha (2021) zatytułowane Shroud for a Nightingale. Faktycznie przyjemny snój kryminalny — garnitury, trzewiki, kamizelki, spinki do mankietów, naziści w rolach czarnych charakterów, ale nie jacyś tam współcześni naśladowcy, tylko klasyczni, po procesie w Norymberdze. Swoją drogą my też żyjemy w ciekawych czasach, i pomysły na szwarccharaktery już się z pewnością niejednemu pisarzowi kształtują.
A jutro będzie futro, zaczynamy Paddy's Weekend, pogoda ma być niezgorsza i jest wiele możliwości! Fred siedzi obok, w połowie jeszcze w mundurze (górna połowa) i właśnie mi mówi, że 5 lat temu zmarł Młynarski.
poniedziałek, 14 marca 2022
818. Uczucia pomieszane.
Ach, z rana szuru szuru w deszczu. Ale przynajmniej wiatr nie urywa głowy, mówiłam sobie. Te kilka godzin pracowniczych minęło szybko, zrobiliśmy w trójkę dobry lunch, potem w innej grupie rozmawialiśmy o tym, dlaczego Fiutina warto zabić ... miły taki początek tygodnia, gdy na horyzoncie majaczy dłuuugi weekend. Po południu Fred wracał z Północnej, nadrobił kilka km, żeby mnie zabrać z centrum miasta. Pogoda zmieniła się na słoneczną i wszystko byłoby wzorcowo, gdyby przed obiadem robionym przez Freda nie zaczął mnie boleć żołądek. Nie było to miłe, na tę chwilę trochę lepiej.
Chyba nie polecimy do Polski na początku kwietnia, powinniśmy podjąć decyzję teraz, a opiekuna dla kota brak, poza tym nic tam po nas, skoro teść w szpitalu i nie wiadomo co dalej. Rozmawialiśmy o tym chwilę z Usz, która właśnie maszerowała stolicą setki km na wschód. Zaproszenie dla szwagrów pozostaje otwarte, czeka na sprzyjające okoliczności przyrody.
niedziela, 13 marca 2022
817. Letarg pooperowy.
Noc parszywie wietrzna, wyskoczylam z łóżka wcześniej niż to nakazywał rozsądek i może dlatego cała niedziela odbywała się w wolnych ruchach i z ospałym ciśnieniem (druga możliwa interpretacja jest taka, że po wczorajszym kłusowaniu w deszczu do kultury coś mnie bierze, ale ta wersja mniej mi się podoba). Obejrzeliśmy sobie z Fredem Shreka (2001), zjedliśmy obiad i ruszyliśmy na zakupy spożywcze, pomiędzy tu i tam wpadając do znajomej Costy w której znowu pracowników nie rozpoznaję, bo sporo nowych. Nic się nie dzieje, pod wieczór pogoda dużo lepsza, siedzimy i gadamy. Fred myśli o kupnie drzewek owocowych, ale to będzie kiedy indziej, na razie jest plan na kilka następnych godzin: nastawić budzik i położyć się spać.
816. Niespodziewany obrót zdarzeń.
Długi sen, oboje niedospani, początek dnia był bardzo łagodny i nic nie zapowiadało, że skończymy go tam, gdzie skończyliśmy.
Wyciągnęłam męża na spacer (nie w tym sensie, żebym musiała namawiać, zainicjowałam po prostu), przed startem chwilę rozmawialiśmy z Anne, nad czym teraz pracuje, że dzisiaj mają ostatnią Carmen w Bord Gáis Theatre i takie tam inne sąsiedzkie wymianki. Obeszliśmy z kotem osiedle, więc miałam okazję zauważyć, że na naszym skwerku zamiast irlandzkiej flagi na wietrze łopocze flaga ukraińska:
Zostawiliśmy Ryszarda obok domu i poszliśmy dalej. Na plaży zaczepiła nas dawno już nie widziana Uśmiechnięta Kathleen, wymieniliśmy parę uprzejmości (faktycznie myślałam o niej ostatnio, czy jeszcze żyje, a ona taka kontenta, dzieci i wnuki się jej zjechały z połowy świata). Jak zwykle dostaliśmy boże błogosławieństwo, które zawsze przyjmuję nie wnikając o jakiego boga chodzi.
Na Głowie jeszcze jedno spotkanie, tym razem z nieznanym, bardzo przyjacielskim pieskiem o imieniu Poppy, szczeniakiem złotego labradora. Pogoda była w tym czasie dobra, można było usiąść na ławce i chwilę podumać, nadchodząca zmiana wcale się nie zapowiadała. W porcie zjedliśmy po chowderze, zrobiłam zdjęcia irenkom, i w drogę powrotną.
Fredowi coś się po drodze kotłowało w głowie i się wykotłowało: mąż w domu zasiadł do laptopa i zakupił dwa bilety na Carmen w Dublinie. Anne była już w tym czasie w pracy, więc gdy przesłałam jej tę radosną wiadomość, sasiadka od razu zeszła na widownię i zrobiła nam zdjęcie widoku z naszych miejsc:
Dopiero idąc do samochodu tą samą drogą, zauważyłam, że przekraczaliśmy mroczną rzekę Liffey mostem Becketta świecącym na niebiesko-żółto. Deszcz wrócił, gdy dobiegaliśmy do auta stojącego przy mostku na Sheriff St Upper. W domu jesteśmy po północy, grzejemy się, dopijamy herbaty, za oknem znowu hula wiatr.






