Strony

poniedziałek, 30 września 2024

1749. Powrót.

Po szóstej rano goście zostali uściśnięci i wyjechali z Fredem w kierunku lotniska (szkoda, fajni goście). Pralka została włączona. Prasówka. Blogówka. Weltschmerz w domu i za oknem. Na trzech suszarkach wielkie płachty prania. Ponieważ rano przeczytałam o śmierci Krisa Kristoffersona, zapętliłam się na słuchaniu Sunday Mornin' Comin' Down w różnych wykonaniach, a to nie pomaga. Czyli nic dziwnego, że pierwszy raz w życiu zaczęłam podjadać chipsy z octem ;)

Zanim Kochany wrócił z pracy, zaliczyłam coś w rodzaju drzemki na tapczanie. Odłożyłam dokańczanie rozpoczętych lektur (i ogólnie zbieranie mózgu z podłogi) na jutro. Poszwy na nasze łóżko wyprasowane, można ubrać. I film obejrzeliśmy, kolejny Has, tym razem Nieciekawa historia (1982). Oj, Bergman bardzo. Poza tym wrzesień pyk.

niedziela, 29 września 2024

1748. Niedziela w Dublinie.

Pod wieczór ścięło mnie konkretnie, ale znowu budziłam się i kręciłam w drugiej części nocy. Pogoda nie pomagała, zaczęło mocniej wiać, przez co wiatr stukał drzwiami od łazienki (okno było tam uchylone, przymknęłam je dopiero nad ranem). Znowu więc wyszłam z wyrka wcześnie, za mną Fred, goście tradycyjnie, najpierw Szwagrowski zrobił dwie poranne kaffki dla żony.

Burbon, Szwagrowski pociągnął nosem zanurzonym w torebce świeżo otwartej kawy (serce rośnie na takie proste radości).
O, widzę hedonizm, Kochany prześmiewczo pogroził palcem.
Szwagier wszedł w to jak w masło.
Dni hedonistów są policzone ... 
Każdego są dni policzone, tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, dokończył triumfalnie Fred.

Po śniadaniu zadzwoniłam do mamy. W domu lepiej, rodzice wyszli z przeziębienia, które ich męczyło cały tydzień (mama przywlokła złośliwego bakcyla z pracy, jak zwykle). Ale smutek, bo Maksiu chory, będzie miał diagnostykę serca (ma kilka guzów do usunięcia, jednak nie wiadomo, czy jest dość silny na operację). Opowiedziałam nasze njusy, że goście, że jemy, że mam tajemniczą alergię.

Śniadanie gości; rozmowa o rodzinnych patologiach. Wiatr i deszcz. Pojechaliśmy do Dublina, ponieważ kolejnym marzeniem kulinarnym Szwagrowskiego był tradycyjny Sunday roast. W praktyce okazało się, że trudno jest o tak późnej porze zamówić stolik w kultowych miejscach. I cóż, ruszyliśmy do stolicy na ślepo. Kochany zaparkował przy Merrion Sq, gdyż w planach była też galeria. Za €19 na głowę Fred kupił bilet na objazdowe impresjonistki, a ponieważ mieliśmy jeszcze chwilę do wejścia (bilety były na 3:15), Szwagrowski zaprosił nas na kawę do Coffeeangel na 15 Leinster St S. Potem galeria, przede wszystkim Berthe Morisot i Mary Cassatt; mało było piesków, kotków wcale.


Po galerii byliśmy gotowi na obiad. Szwagrowski zaproponował miejsce z którego ostatnio zrezygnowaliśmy z powodów logistycznych, Devitts Pub na 78 Camden St Lower. 


Skusiłam się na risotto z grzybami, bardzo smaczne, nieuczulające ;)

Przez kilka ostatnich dni wieczorami jestem coraz bardziej zmęczona, teraz nie inaczej. Goście już śpią, mnie kusi jeszcze jedna herbata; za oknem wzmaga się wiatr (podobno rano ma być u nas lepiej, oko bezimiennego sztormu jest znacznie niżej na mapie). Od jutra powrót do zwykłości.

sobota, 28 września 2024

1747. Dalsza część programu.

Wstałam dość wcześnie, niezbyt wyspana, bo mózg cały czas próbował do mnie gadać (znowu za ciepło; a tak w ogóle może powinnam zacząć medytować?). Szwagrowski też budził się kilka razy, odnosił wrażenie, że w sypialni jest kot (ha!). Zjedliśmy śniadanie we czwórkę, czasowo udało się nam to zamknąć gdzieś w okolicach "po jedenastej". Wyszliśmy na długi spacer z myślą, żeby w porcie zjeść rybę z frytkami (kolejne marzenie kulinarne Szwagrowskiego zostało spełnione).






Kłólików brak (jeden dupelec mignął mi przez ułamek sekundy, poza tym same dziury), za to było wszystkie inne, krowy przeżuwające lunch przy ścieżce, młode mewy nastawione na fast food, irenki wylegujące się na skałach. Z niejakim wzruszeniem zauważyłam, że Usz ze Szwagrowskim dobrali się jak my (ona wskazuje robala, on troskliwie fotografuje robala, patrzą zazwyczaj w tym samym kierunku). Po zjedzeniu ryby z frytkami wróciliśmy do domu tylko na chwilę (Katlin oczywiście zapoznała się z naszymi gośćmi, a przy powrocie dokładnie wypytała się też, czy im się podobało, bo jakżeby inaczej), następnie wyjechaliśmy najpierw do El Paso na kawę, potem do Carlingford (Kochany chciał szwagrostwu pokazać drogę przez góry). Ławeczka, zamek, kościół cabrio w gęstniejącym mroku (schodząc z zamku natknęliśmy się na białego pieska o imieniu Delilah i jej czarnego, kociego przyjaciela).


W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Tesco i wpadliśmy na Wojtka, który wrócił po wakacjach i rozpoczął drugi rok studiów. 

Ponownie raczej wczesne spanie. Dużo chodzenia w nogach. Faktycznie nie ma bunkrów, ale też zajebiście.

piątek, 27 września 2024

1746. Sobota Piątek w Dublinie.

Spałam po partyzancku, na rozkładanym siedzisku w Kuchniosalonie (Kochany obok, na tapczanie). I się okazuje, że całkiem dobrze. Rano oczywiście testowanie młynka ręcznego. Działa jak złoto, tylko teraz preferencje do aeropressu (o których nie mam jeszcze pojęcia) trzeba jakoś ustalić. Najpierw zepsułam kawę Fredowi (19, za coarse i wyciskałam bez czekania). Potem Szwagrowski ustawił na 13 i zrobił kawę metodą odwróconą na 32 g, wyszła mocna, kwaskawa, prawie jak podwójne espresso lekko rozciągnięte. Dla siebie zrobiłam na tym samym ustawieniu, ale chciałam utrafić w 10g. Trzeba kupić wagę :]

Nasi goście wstawali spokojnie, zjedli śniadanie w południe i mogliśmy ruszać do Dublina. Kochany zaparkował przy dworcu Connolly, stamtąd wędrowaliśmy zygzakiem (na początku towarzyszył nam deszcz przechodzący w malowniczą mżawkę, gdy przechodziliśmy mostem nad Liffey) w kierunku Zielonego Stefana zatrzymując się po drodze w Bewley's na Grafton St (flat white i sernik z mango). 

W Stefanie zieleń na spółkę z brązem opadłych liści i świeżych kasztanów.




Byliśmy też u Oscara Wilde'a na Merrion Sq. Chodząc po mieście tu i tam w końcu zgłodnieliśmy porządnie. Szwagrowski wyśledził dobry pub po drugiej stronie Stefana i zaczęliśmy wracać w tym kierunku. Po drodze zatrzymał nas kolejny przelotny deszcz i plan został zmieniony, poszliśmy do pubu Bruxelles, bo było bliżej. 


Tym razem miałam bardzo udane doświadczenie kulinarne, cottage pie bez udziwnień: wołowina duszona z marchewką, groszkiem i szalotkami pod kołderką z mashu (pewnie z mlekiem). Wszyscy byli bardzo zadowoleni ze swoich zestawów, na dodatek siedzieliśmy w legendarnym Zodiac Lounge (szwagry zamówili sobie po Guinnessie i zachwycali się azotową pianką). 

Powrót przez Dublin piękny i brzydki, stary i nowy, zatrzymaliśmy się na chwilę w Tower Records, żeby poszurać w płytach, przeszliśmy też przez teren Trinity College (przez chwilę nawet zajrzeliśmy do galerii Douglasa Hyde'a, gdzie Fred w odpowiedzi na pytanie z czym mu się kojarzy AI, zgodnie z prawdą napisał na tablicy "czosnek", po czym szybko opuściliśmy miejsce nie zatrzymywani przez nikogo ;)) i nowoczesne nabrzeże.



Po siódmej byliśmy z powrotem w samochodzie, w drodze do domu z przystankiem na Lidla (bułki na jutro potrzebne), wszyscy bardzo zmęczeni; trudno się dziwić, że tylko herbatki i towarzystwo wyciszone, ma już porozkładane kołderki. Gęsty dzień.
W głośnikach Thin Lizzie :)

czwartek, 26 września 2024

1745. Som.

Zaczęłam dzień od oglądania filmików relacjonujących niszczycielskie działania huraganu Helen na Cozumelu. Chociaż w zasadzie nie. Zaczęłam ten czwartek przed zaśnięciem rozmawiając z mężem o adaptacjach trylogii Sienkiewicza i rozkminianiu dlaczego kobiety były w nich tak słabo zagrane (poza Baśką, oczywiście).

Leje. Wstaję, leje, ląduję w pracy, leje, coś tam robimy w grupie, leje, kończę pracę leje, więc czekam na Kochanego w Jamie. Myk myk, szybko do samochodu i na lotnisko. W drodze rezerwuję stolik w Scholars. Na lotnisku bliski parking zajęty, musimy wskrobywać się Babcią na trzecie piętro. Jest jeszcze chwila czasu do przylotu szwagrostwa, więc włala (baśniowego rogala z polewą malinową znowu nie ma, hańba!):

Po godzinie trzeciej: machania, powitania, następnie bieżanie w kierunku trzeciego piętra oraz jazda na północ. Po dwóch krótkich przystankach (stacja benzynowa, Tesco), zameldowaliśmy się w restauracji à la carte. Bardzo ładne miejsce, za oknem deszcz i wiatr, a my siedzimy w środku i jest potencjał. Zamawiam chicken liver parfait na przystawkę i rybę dnia na główne. Na talerzach dzieła sztuki, przystawka świetna, ryba dnia pewnie również, niestety po kilku kęsach coś zaczęło mi się dziać, dostałam kołatania serca i poczułam, że powinnam przestać robić to, co właśnie robię. W końcu przeszło. Gdy dziabnęłam jeszcze kęs ryby, miałam ten sam efekt. Może to był tylko stres, ale postanowiłam zostawić temat obiadu w spokoju (tym bardziej, że od razu przestałam być głodna). Szwagrowski sugeruje alergię krzyżową, nie wiem jednak co z czym. Niepokojące i wyczerpujące psychicznie. Może po prostu mam świra. Trudno.

Przyjechaliśmy do wsi w całkiem dobrych nastrojach, Fred skręcił jeszcze na chwilę do portu, żeby pokazać rodzinie jak wodą buja światem w ten sztormowy dzień. Coś wspaniałego, przynajmniej, gdy patrzy się na to z bezpiecznego, ciepłego miejsca na górce.

W domku zaś, po wstępnych zagnieżdżeniach, dostaliśmy prezent iście królewski. Poza dwiema kawami z palarni Harmonia, to:


Myśleliśmy, żeby taki kupić, cichutki i precyzyjny, ręczny młynek do kawy (tutaj jeszcze ze składaną rączką). No to mamy. Były herbaty i rozmowy Polaków w akompaniamencie ciasteczek rozmarynowych. Dla gości dzień męczący (jak każda podróż), a że jeszcze mamy inną godzinę, skończyliśmy nasiadówkę o dziesiątej. Jest miło, dom wypełnił się do ostatniego kąta.

środa, 25 września 2024

1744. Przygotowani?

Na środę mieliśmy plan działania energiczny: trzeba posprzątać to, czego się do tej pory nie posprzątało. Założenie wstępne jest takie, że goście będą raczej chcieli coś zobaczyć, więc Fred miał kupić produkty śniadaniowo-kolacyjne, podczas gdy ja zamierzałam udawać, że umiem sprzątać. Łazienka, odkurzanie, blaty kuchenne. Ale zanim to wszystko nastąpiło, rozmawiałam z tatą (i nagrałam go dzięki aplikacji w laptopie, technologia z nami). Skupiliśmy się na latach 50-tych, muszę tego posłuchać jeszcze raz, żeby wiedzieć jakie pytania zadać następnym razem. Z nowości pozaprojektowych, tatko przekazał mi smutną wiadomość: mąż naszej polskiej sąsiadki umarł po dłuższym jakimś niedomaganiu. Szkoda Stefy, dobry z niej człowiek, teraz będzie jej jeszcze ciężej, jej mąż też dobry człowiek, wiele zwierząt go lubiło, a jak tatko złamał nogę, to też dużo mamie pomógł z transportem.

Sprzątanie szło mi tak sobie. Kochany wyjechał po zakupy i wtedy właśnie wydało mi się, że lodówka przestała działać. Na całe szczęście to były tylko moje zwidy. Ale coś się w kuchni przepaliło niewątpliwie, mam nadzieję, że nic istotnego. Mąż wrócił z zakupów z prezentem dla mnie, kolejnym kapelutkiem Seeberger, tym razem czarnym bucketem w czerwone i szare liście; będzie super na tę jesień. Poza tym, gdyby lodówka jednak padła, to będziemy jeść na mieście ... z tym facetem nie zginę :D

No to już po nas, powiedział dziadek Freda, francuski komunista, gdy ideowo wrócił po wojnie do (k)raju, i zobaczył jak jest pięknie. Takim wspomnieniem rodzinnym podzielił się ze mną Kochany, gdy on robił obiad, a ja się opierniczałam przy laptopie i rozmawialiśmy o moim projekcie wspominkowym.

Krótka rozmowa uaktualniająca z Usz była, że pada, że dwanaście stopni mamy i jutro będzie wiało, więc tego, żeby trzymali się poręczy. W głośnikach ostatnia płyta Rolling Stonesów.
___
edit 22:00 Obejrzeliśmy Samotność we dwoje (1968), z Horowianką, Voitem i Gogolewski. Szczególnie ten ostatni błyszczy.

wtorek, 24 września 2024

1743. Coś tam coś tam.

Znowu nie mogłam wieczorem zasnąć. Rzeczywiście, to chyba temperatura, odzwyczaiłam się od nocnego ciepła; śpimy przy otwartym oknie, lubię chłód. Pół dnia zmitrężyłam na działalności nieuchwytnej, potem oddałam się czynnościom niewdzięcznym i czasochłonnym. Wyciągnęłam starego laptopa nieużywanego od ponad roku i cierpliwie sprawdzając od czasu do czasu stan baterii skopiowałam na niego część zdjęć z ostatnich miesięcy. Wybebeszyłam i odkurzyłam stolik nocny, co nie było taką prostą sprawą i nastroiło mnie negatywnie do świata (musiałam przy okazji posortować i zaktualizować kilka pudeł z kosmetykami; powinnam  ich używać, mruczałam do siebie). W sypialni przetarłam ścianę pod oknem i przylegający do niej grzejnik (był brudny i powinien pozostać brudny; Rysio odbijał się z niego wracając do domu przez okno). Wzbijałam tumany kurzu, który mnie podrażniał i uruchamiał czarnowidztwo. Zrobiłam obiad. Arghhh.

Seans niespodziewany: na 35mm.online obejrzeliśmy z Kochanym przedziwny film Hasa, Osobisty pamiętnik grzesznika przez niego samego spisany (1985); trzeba przyznać, że solidnie ryje bańkę.

poniedziałek, 23 września 2024

1742. Gosposia.

Dzień kończy się pająkiem i zaczyna pająkiem (wczoraj pająk na kurtynie prysznica, dzisiaj pająk na zamknięciu chlebaka). Transportuję pająki do ogródka w plastikowym pudełku. 

Zazwyczaj najlepiej śpię nad ranem, nie tym razem jednak, czekała mnie wizyta pana majstra, więc wygramoliłam się z sypialni, gdy Kochany był jeszcze w domu. Plan następujący: majster, porozmawiać z tatkiem, przygotować foldery dla uczniów, wysadzić chryzantemę do doniczki. Plan w działaniu: po śniadaniu Safron zagadała na whatsappie jak tam i czy coś przegapiła, odpowiedziałam jej, co wiem i że też czekam na Godota. Majster Pol przyjechał dziesięć minut przed czasem (jakiś taki znękany porannym poniedziałkiem), odkręcanie i przykręcanie rurki zajęło mu kwadrans, w tym czasie opisałam połowę folderów. Zadzwoniłam do tatki, ale nadal był zajęty pracą przed domem (asystenci: Maciej i Zosia; Zosia wskakiwała w wykopane przez tatę dziury, Maciej przyszedł na głaskanie, żeby było wiadomo, kto jest najważniejszy). Chryzantemę kupioną kilka dni temu przez Freda wysadziłam do ozdobnej doniczki przed domem. Testowałam, czy majstrowi udało się naprawić to, co nawalało. Niestety, czyszczenie dignsa nie pomogło, jeśli chcemy podgrzać wodę, podgrzewamy jednocześnie grzejniki, czy się to nam podoba czy nie. Zrobiłam obiad (myślę o babci Mani, jak ona to znosiła, robienie obiadu codziennie przez 60 lat). Z rozpaczy zabrałam się za robotę papierkową, ściubienie tabelek do akredytacji. Przerwałam w połowie. Awrio. Folderów nie dokończę. Awrio. 

Kochany jest zbyt zmęczony na wspólne oglądanie dramatu psychologicznego. Odkładamy to na później. Francuski i książki, do wyboru, do koloru [alles, was das Herz begehrt].

niedziela, 22 września 2024

1740-1741. Równonoc.

Sobota 
Szara jesień. Obudziłam się tuż przed tym, gdy Kochany wychodził do pracy. Przy śniadaniu obejrzałam podsumowanie 12 dnia Aki-basho. Resztę dnia spędziłam coś tam ustawiając, coś tam prasując, słuchając audiobooka, obierając marchewki, zerkając na skrót dnia 13 Aki-basho oraz walkę Ōnosato z Hoshoryu dnia 14. 

Niedziela
Pierwszy oficjalny dzień jesieni. Nie widzę różnicy, szaro i cicho.
__
edit 18:35 Kochany już w domu, oboje jesteśmy po obiedzie (średnim, ryż był dobry, ale wołowina ze sklepowego gotowca mnie nie powaliła i wszystko oddałam mężowi). Dzień minął nie wiadomo kiedy. Rozmawiałam telefonicznie z mamą; odnoszę wrażenie, że rodzice powoli przygotowują się do remontu piętra. Po tym jak wczoraj skończyłam słuchanie szóstego tomu Agathy Christie, dzisiaj wróciłam do Dziadów i dybuków Kurskiego oraz zaczęłam czytać Fossego Scenes From a Childhood. Coś z tego pewnie skończę przed przyjazdem szwagrostwa. 

piątek, 20 września 2024

1739. Lepiej.

Potrzebowałam wyłazić z wyrka przed siódmą? Nie, ale wylazłam ;) Nie wiadomo po co, bo zrobiłam sobie herbatkę, przeczytałam coś w sieci, po czym wróciłam do łóżka, przytuliłam się do Kochanego i ... obudziłam się przed dziesiątą. Dzień był szary, ale odświeżający po wczorajszym wolnopłynącym stresie. Na śniadanie wędzona makrela, kawka, jogurt z granolą na drugie. Z tatkiem połączyłam się na chwilę mając nadzieję, że porozmawiamy o historiach rodzinnych, ale tatko na emeryturze nie zwalnia — w asyście kotów podważał płyty chodnikowe (a w zasadzie nagrobne), żeby je przemieścić wg nowego wzoru i podwórkową ścieżkę zabezpieczyć w ten sposób przed wodą. A przecież poza tym musiał się potem przebrać, wyperfumować i jechać do mamy, żeby ją zabrać z pracy. Innymi słowy, czasu brak ;)

Zaczęłam nowy tour de council, tym razem rozmawiałam telefonicznie z zawodowo przemiłą Holly. Pierwszy specjalizda z bobrzej łaski (imię zapowiedziane: Pol) ma wpaść w poniedziałek rano.

Po południu (wcześniej Kochany sporo godzin poświęcił na malowanie płotu), wyjechaliśmy na zakupy spożywcze. W drodze zaczęliśmy słuchać niemieckiej muzyki, zaczęło się od Rammsteina, a potem już poszło. Söhne Mannheims, Herbert Grönemeyer, Sportfreunde Stiller, Ich + Ich ... nadal lubię.

Jako że małżonek koresponduje z przyjaciółmi ;D, wieczorem z polecenia PoE obejrzeliśmy nowozelandzki film, Dzikie łowy (2016). Ciekawy, inny, widać, że z końca świata.

Dobry to był dzień, piątek zdecydowanie lepszy od czwartku.

czwartek, 19 września 2024

1738. Arghhh.

W pracy dzień całkiem spoko, wytrząsłam się siwą grzywą tu i tam i już było po. Więc w zasadzie nie wiem dlaczego po południu trzymał mnie stres, wszystko robiłam zbytecznie szybciej i żołądkowałam się przy tym bez sensu. Po powrocie do domu zrobiłam obiad (Kochany wrócił ponad dwie godziny po mnie); zjedliśmy; obejrzałam podsumowanie jedenastego dnia Aki-basho (Ōnosato nadal niepokonany, choć się wywalił tą razą elegancko); zerkałam na Wyborczej powodziowy live (miasto ocalone, moim zdaniem). Obejrzałam też pierwszy odcinek Viscious (2013-16) z McKellenem i Jacobim, powoli się przy tym uspokajając. Jutro muszę zrobić coś ważnego, mówię sobie; na razie laptop zatrzaśnięty, żeby się nie pałować głupotami i daję nura w odmęty literatury różnej, m.in. wróciłam do Carla Rogersa (straszny nudziarz, ale dam mu radę).

środa, 18 września 2024

1737. Środa w odcinkach.

Wieczorna niedyspozycja mężowska była na szczęście chwilowa (połączenie zmęczenia z bólem zatok i z wzięciem tabletki, która początkowo bardziej zaszkodziła niż pomogła). 

Wracam do wiadomości powodziowych; fala przesuwa się w kierunku Wrocławia, ale prognozy dla największego miasta, po tym jak Opole nie zostało zalane, są optymistyczne.
___
edit 17:30 Obiadu dobrego pełna (stek, kartofle, marchewka ze słonecznikiem, brokuły smażone na maśle) mogę opowiedzieć, co robiliśmy wcześniej. W południe pojechaliśmy z Fredem, mężem moim najlepszym, do miasta w celu kupienia czegoś na obiad. Plan spożywczy był mętny, za to nabyliśmy kilka drobiazgów do domu: nową mydelniczkę, tarkę do warzyw, apteczkę, dwie poszewki na kwadratowe poduszki (chciałam zielone, wzięliśmy jakie były) oraz niewielką szafkę na buty. W Jysku zachwyciliśmy się rozkładaną sofą, która mogłaby nam bardzo ułatwić życie; od myślenia jakby ją tu ustawić boli głowa. Cóż. Wczoraj zaczęłam słuchać The Mystery of the Blue Train w czytaniu Hugh Frasera; Agatha wróciła do wysokiej formy.
___
edit 21:30 Włosy umyte, plan na jutro rozrysowany, lekarstwa ułożone w nowej apteczce, dziesięć innych rzeczy nie zrobionych, ale jak mi się nic nie chce, to się przecież nie rozerwę :]. Fred rozmawiał telefonicznie z Kolegą Z Bloku, którego dla odmiany nie zalało. Kolega podzielił się też innymi dobrymi wieściami, których nigdy nie za wiele (jego mamie, dobrej kobiecie, polepszyło się).
___
edit 21:55 Wieczorami siedzę w domu jak ten kret, nic dziwnego, że prawie przegapiłam wrześniową pełnię. Ależ ten czas leci. W ciemności dzieciaki taszczyły przez osiedle palety, jak co roku o tej porze mali piromanii zbierają materiał na wielki ogień.

wtorek, 17 września 2024

1736. Nie chwalić dnia przed zachodem.

Obudziłam się po dziewiątej, how come? Kochany też dopiero wstał, więc zrobiliśmy niespodziewany deal poranny: ja mu robię kawę, on w ramach optymistycznych planów na październik obojgu nam kupuje bilety lotnicze i bilety na koncert ;)


jeżynowy tunel pączkodupców


Po śniadaniu Kochany wstawił pranie i wyszliśmy na spacer na Głowę. Widzieliśmy: mewy, kormorany, kilka stad krów, głowę foki nurkującej przy klifach, kłólika przemierzającego kłólicze kłólestwo, stada fruwającej malizny oraz zgrupowania szpacze. Szliśmy sobie w przyjemnym, jesiennym słońcu rozmawiając o różnych rzeczach, nasłuchując dźwięków w zeschniętych paprociach. Мышонку шепчет мышь: „Ты всё шуршишь, не спишь!” Мышонок шепчет мыши: „Шуршать я буду тише», zacytował Fred. Potem przysiedliśmy w porcie, żeby napić się wody, którą niosłam w plecaku. Na końcu wyprawy zjadłam loda z osiedlowego sklepu. 

Siedzieliśmy chwilę na ławce niedaleko domu; Rysio, gdyby żył, na pewno zaraz by się zjawił potowarzyszyć w miłych czynnościach.

Rozwieszenie wypranej pościeli, parzenie zielonej herbaty, druga tura prania (zerkam na doniesienia Wyborczej), cerowanie mikrodziurek w T-shircie Kochanego. Fred śmiga kosiarką, ryje dziury i przesadza krzewy. Smażę naleśniki, zjadam naleśniki, dzwonię do mamy. Pogodowo wtorek śliczny, ale po zakończeniu prac ogrodowych Kochany nagle źle się poczuł. Argrggrghhh.

poniedziałek, 16 września 2024

1735. Poniedziałek chyba w odcinkach.

Jeszcze leżąc w cieple łóżka przeczytałam na FB u Justy, że ich dom zalało. W ten sposób dowiedziałam się, że Miasteczko poszło w nocy pod wodę. Wały puściły za ośrodkiem należącym do sióstr zakonnych. Wczoraj Kochany powiedział mi, że swego czasu siostrzyczki chciały dostać kasę za budowanie wałów na ich terenie. Trzeba było je zostawić za wałem, powierzyć Opatrzności. Ta myśl razem z obserwacją, że dziennikarze bezmyślnie powtarzają tekst o kontrolowanym zrzucie z zapory (czytam to, co piszę, dlaczego ludzie zarabiający na pisaniu tego nie robią?) postawiło mnie na nogi. Szpetny poniedziałek, tam daleko, tam blisko mojemu sercu.
___
edit 14:00 Kochany w pracy; snuję się, a jako, że się snuję, rozwieszam pranie i słucham audiobooka. Dokończyłam The Big Four, nareszcie, bez satysfakcji, ta intryga nigdy mnie nie fascynowała (odrzucam teorie spiskowe nawet w formie rozrywkowej). Rozmawiałam z tatkiem (też zmartwił się zalaniem regionów, które z nami odwiedzał). Pogoda słoneczna, przyjemnie ciepła, babioletnia, nasilającą moją nostalgię.
___
edit 21:30 Fred od powrotu z pracy do tej pory nic nie jadł (poza ciasteczkami podczas oglądania filmu, ale to się nie liczy). Za to przymierzył kaszkiet od Anne, ja też przymierzyłam mniejszy rozmiar, nie skusiliśmy się jednak na dłuższe zobowiązanie wobec nakryć głowy (sąsiadka przyniosła zbędne części kostiumów teatralnych, bo zrobiło się jej żal, że są wyrzucane). Na poprawę nastroju obejrzeliśmy Drobnych cwaniaczków (2000) Woody'ego Allena (nie najgorszych, ale i nie z tych lepszych).

Sytuacja w Miasteczku wydaje się normować, poziom wody na zaporze trochę spadł (i na nowo rozkwitła turystyka powodziowa). Gdzie indziej jest ciężko.

Nie zrobiłam dzisiaj niczego pożytecznego i nie dokończyłam tego, co zaczęłam: zapomniałam ściągnąć pranie. Kochany zrobił to dopiero teraz, w ciemności, brodząc po omacku w wysokiej trawie. Z ubraniami wszedł do Kuchniosalonu zapach chłodnej świeżości, czystego wieczornego powietrza. Rysiu tak pachniał, stwierdził Fred. Prawda.

niedziela, 15 września 2024

1734. Niedziela w odcinkach.

Zdecydowanie za mało snu; położyłam się po północy i jeszcze jakiś czas nie spałam (sobota zakończyła się uroczystą relokacją do ogrodu kolejnego gigantopająka), ale rano trzeba było wstać na śniadanie Junony i mój zegar mózgowy nie dawał mi spokoju. Pogoda szara, brak wiatru, lekka wilgoć (w nocy mżyło), wydaje się nawet ciepło. Narzuciłam na siebie bluzę i zaszłam do futrzastej sąsiadki, przy okazji ucięłam czat z Majkiem, który, wiadomo, kręcił się wokół swojego cackosamochodu (sąsiad opowiedział mi, jak Bán z sukcesem udał przed Katlin Junonę). U Junony szybkie tulanko, krople i wróciłam do domu, gdzie już czekała na mnie herbata i obudzony mąż (przed wyjściem zrobiłam mu kawę). Kolejny dzień sprawdzania stanu powodziowego z Wyborczą.
___
edit 11:27 Na śniadanie robale i pieczywo z masłem czosnkowym. Rozmowa z mamą (w lesie pada niezbyt intensywnie i rodzice są optymistycznie nastawieni); dla rozproszenia umysłu słucham dalszych części The Big Four, wypijam kawę; Fred zerka na wiadomości o stanie Bobru, pokazuje mi jak wygląda most z którego kiedyś patrzyliśmy na rzekę, teraz pozbawiony barierek, z wodą przelewającą się bezpośrednio pod jego brzuchem. Czytam właśnie, że w najbliższym czasie nastąpi niekontrolowany zrzut wody z zapory :I A więc najgorsze jeszcze przed nimi.
___
edit 14:00 Słucham kreminału, Kochany robi żurek, oraz rozmawia z Usz (szwagierka zdała relację z wizyty u mamy). Kilka minut temu woda przelała się przez zaporę, za godzinę będzie w Miasteczku.
___
edit 18:00



Po żurku à la Fred (czy też żurku 1500 kalorii) poszliśmy na spacer. W drodze do plaży spotkaliśmy Dżejmiego, który zakosami, jak dzikie zwierzątko, udawał się na plotkarski zwiad w temacie, kto wprowadza się na osiedle. Sąsiad zamierzał udawać, że tylko przechodzi, podsunęliśmy mu pomysł, żeby niby podziwiał nasz ogródek; poza tym wytłumaczyłam się z mojej porannej nieobecności autobusowej. W drodze powrotnej spotkaliśmy z kolei Johna, Sprzedawcę Butów, po cywilnemu i w towarzystwie pięknego, dużego psa rasy czarny terier rosyjski. Pomiędzy tymi dwoma spotkaniami doszliśmy nieco za kamienny winkiel, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy do kawiarni. Zajęcie miłe, choć w myślach i dialogach nadal wielka woda.
___
edit 22:10 Wu zadzwonił do Freda, coś krótko rozmawiali. Próbowaliśmy oglądać Teczkę Ipcress (1965), ale albo już nie te klimaty, albo jesteśmy zbyt spięci sytuacją ogólną; po pół godzinie zaczęły się pierwsze skrolowania fejsbuka w poszukiwaniu najnowszych informacji o zaporze, rzece, moście, i tak dalej. Zapora stoi, rzeka płynie, na moście worki z piaskiem, wojsko przyjechało, ciemno. Pocieszam się, że ktoś uratował psa, a ktoś inny jeża. Ogólnie jednak jest słabo i nic nie możemy z tym zrobić.

sobota, 14 września 2024

1733. Sobota w odcinkach.

Nie chciało mi się, ale musiałam wstać o ósmej, żeby się ubrać i po sąsiedzku zajrzeć do Junony. Grubasinka już na mnie czekała na schodach. Oczywiście z mojej perspektywy krople homeopatyczne to bzdura na resorach, ale kotu i tak trzeba dać jeść, a skoro Anne chce się trzymać jakiejś tam nadziei, nie będę jej nauczała i oświecała.

Na śniadanie usmażyłam sobie makaron na maśle. Kiedy byłam dzieckiem, babcia Mania pytała, czy mam ochotę na makaron na maśle i oczywiście zawsze miałam, to takie moje comfort food. Zadzwoniłam do mamy zapytać jak tam. Nie zalewa ich, nie spodziewałam się niczego innego, bo rodzice mieszkają przecież w Cudownym Miejscu. Ale porozmawiałyśmy kogo i gdzie zalewa, jakie są prognozy, i tak dalej. Barycz już się spiętrzyła, są lokalne podtopienia. Zerkam na Wyborczej relację sobotnią.

Po kaffce będzie wyprawa spożywcza.
___
edit 15:00 Zupełnie niechcący przejęłam mężowską czapkę typu garnek, wełnianą, Ralpha Laurena zresztą. Się okazało, że mi pasuje idealnie, jak Bounty w Co ludzie powiedzą. I cóż, byłam z Fredem w mieście, akurat obchodzono National Services Day (nie wiedzieliśmy wcześniej): przy porcie zamknięta droga, jacyś ludzie ze sztandarami, jakiś kobziarz, w polskim sklepie sporo ludzi, i w ogóle. Nic to, już jesteśmy z powrotem, z zapasem zielonej herbaty i innych bardzo ważnych rzeczy. W głośnikach Beastie Boys; mąż założył fartuszek.
___
edit 19:00 Szef kuchni zaserwował linguini z sosem pomidorowym z mascarpone i co tam było pod ręką. Bardzo smaczne. Junona nakarmiona, ja nakarmiona. Kochany zadzwonił właśnie do Perlistego. Zaskoczenie, bo przyjaciel jest w tej chwili w Miasteczku. Prądu nie ma, Perlisty czeka na rozwój sytuacji (w 1997 całe Miasteczko przykryła woda). Kochany znalazł też informację, że w Karkonoszach zalewa Luční boudę, czeskie schronisko niedaleko drogi, którą pokonaliśmy w czerwcu.
___
edit 22:05 Zrobiliśmy sobie z Kochanym seans sentymentalny. Chłopaki nie płaczą (2000) przecież już oglądaliśmy, ale Fred zamówił w Empiku nową płytę dvd i było oglądanie klasyki. Przy okazji do zaparzania herbaty pierwszy raz użyłam starej prasy francuskiej (kilka dni temu znalazłam ją na szafce kuchennej, była schowana w oryginalnym opakowaniu firmy krzaczek; zmyślne i skuteczne urządzenie). Czytam o zbiorniku Racibórz Dolny oraz o filmie Teczka Ipcress (1965).

piątek, 13 września 2024

1732. Zwyklak.

Dzień upłynął mi na miłych drapaniach się po brzuszku: zjedliśmy znośne śniadanie, Fred przygotował kurczaka na rosół, do którego od czasu do czasu zaglądałam dorzucając ingrediencje; tatko zadzwonił przekazując grafik swoich przeprowadzek i informując nas o nadciągającej do Dolnego Śląska wielkiej powodzi; zaczęłam słuchać The Big Four (kolejny audiobook z głosem Hugh Frasera).

Przed wyjazdem do przyjaciół zajrzałam do Junony, żeby zaaplikować jej homeopatyczne krople wraz z kocią kolacją.
___
edit 23:35 spotkanie przy bezie z owocami i zielonej herbacie minęło jak z bicza strzelił. Nie oglądaliśmy żadnego filmu, przyjaciel zachęcał nas do obejrzenia debaty Trump vs Kamala, ale to za ciężkie działa na towarzyskie posiedzenie. Pieseł wtulił się w nas i chrapał, dobry pies. 

W Wyborczej zerkam na wątek powodziowy.

czwartek, 12 września 2024

1731. Lejter.

No proszę, Stokrotka wyśle mi swoją książkę zatytułowaną Zwariowałam, wygrałam ją w blogowym konkursie, którego nie wzięłam na poważnie. Chyba pierwszy raz mam taką sytuację :)

Kochany zawiózł mnie do pracy i przywiózł z powrotem (zajęcia przebiegły bez zakłóceń), zrobił zakupy i sprezentował mi mięciutki, szary T-shirt (Majestic Filatures). Gdy mąż przygotowywał obiad, dokończyłam słuchanie The Murder of Richard Ackroyd Christie. Ścinało mnie dzisiaj z nóg; po obiedzie już miałam iść spać, ale odebrałam wiadomość od Anne i wpadłam do sąsiadki, żeby pokazała mi co i jak z Junoną tym razem. W ramach walki ze snem (może to coraz zimniejsza pogoda tak nas oboje nastraja łóżkowo?) obejrzeliśmy też z Kochanym nowszego Jarmuscha, Truposze nie umierają (2019); mnie się podobał, lubię ten rodzaj humoru. W głośnikach album Variété (1993) i koncertowy Perfect (1983). Myślenie co z szafkami, co z cv, co z tym i owym zostawiam sobie na jutro.

środa, 11 września 2024

1729-1730. Trzymać się grafiku nie jest łatwo.

Wtorek
Śniadanie, kawa, męczenie Zająca, wysłanie dwóch cv, terapeutyczna rozmowa z tatką (42 minuty), zakończenie czytania Anny i Pana B. (Wielka Litera, 2023); kontynuacja słuchania wczorajszego audiobooka z Hugh Fraserem i wybebeszanie jednaj półki. Chwilowe omdlenia, więc obiad, żeby pierogi ruskie zapić kefirem po same uszy (mam wrażenie, że to moja mentalna reakcja na grafik, który sama sobie narzuciłam, patrzę na papiery na podłodze i słabo mi się robi, czy mogłaby przyjść służba i uprzątnąć to wszystko? Marysiu!). Kochany wrócił o zwykłej porze, wrzuciłam mu łososia na ruszt i zagadałam z detalami o tym, że nie mam pojęcia, po co Zając napisał książkę. Wieczorem rozmawiamy na pół-poważnie, czy by nie zacząć robić wywiadów z moim tatkiem. Zaczynam lekturę Dziadów i dybuków Jarosława Kurskiego.

Środa
Miałam sen, po przebudzeniu tuż przed ósmą natychmiast opowiedziałam go Kochanemu, żeby nie zapomnieć, bo wątek utleniał się w tempie przyspieszonym. Początek był nad morzem, bardzo jasnym, prawie nieirlandzkim, gdzie spędzaliśmy noc (robiłam zdjęcia porannej plaży). To była niemiła część snu, sen z wodą, nowymi budynkami i wędrowaniem po omacku. Druga część była na uczelni. Wróciłam na studia z których w tym śnie wcześniej odpadłam, były to studia artystyczne, pierwszy dzień, pierwszy wykład, niewygodne siedzenie. Wykładowca nie przyszedł. Domyślałam się, że wykład przeniesiono gdzie indziej, ale nie mogłam znaleźć tego miejsca, bo z powodu słabego wzroku i jeszcze słabszego oświetlenia w korytarzach, nie mogłam odczytać żadnych informacji na drzwiach. I Kochany tam ze mną był, razem studiowaliśmy, mieliśmy wspaniałego osła. Osioł porwał naszą uniwersytecką torbę i zgubił ją w czasie dzikiego wyścigu z końmi. Jeszcze wyhodujemy sobie w tej torbie grzyba, powiedziałeś. Nic nie szkodzi, wysuszymy, powiedziałam. Bo ten osioł pięknie biegł, nieustraszenie. Poza tym Kochany powiedział mi, że Deniro, który też z nami studiował, w drodze przejechał jakieś zwierzę. Znowu była woda, tak jakby na polach za domem rodzinnym, nagle wataha wilków zaatakowała dzika, prawie go dopadły, ale to się działo w wodzie, która się szybko podnosiła. Spoglądam pod stopy, widzę szorstkie grzbiety dzików, całą ich flotyllę, nurkujące jak delfiny. Nikomu nic się nie stało, wilki nie potrafią nurkować, a dzik nie był sam.

Czyli tak zaczął się dzień, opowiadaniem o śnie, analizą pokrętnych wyobrażeń. Może rzeczywiście powinnam wypytać tatkę o różne rzeczy? Plan: przygotować się na jutrzejsze zajęcia, wybebeszyć drugą szafkę, wywiadować tatkę.
___
edit 20:40 Wyszło tak, że przede wszystkim była rozmowa z tatkiem. Po śniadaniu zobowiązałam go do zrobienia grafiku jego życiowych relokacji. Potem rozpoczęłam poszukiwania książki, która ukazała się prawdopodobnie w ostatnim roku PRL, myślę, że bardzo pomogłyby mi archiwalne numery Gazety Robotniczej z lat 1987-89 (do tej pory ani słychu). Po drugiej oboje z Kochanym się ocknęliśmy, on z zaaferowania tym, co robił na laptopie, ja z podążania za dr Jamesem Sheppardem. Zapytałam o obiad, zajrzałam do lodówki, powstał plan bardzo dziwny, typowy dla nas: podjeżdżamy do rzeźnika familijnego, Fred kupuje wątróbkę (coś kiepsko z moim semi-wegetarianizmem w tym tygodniu), potem jedziemy do El Paso, na kawę, bardzo przecież po drodze. Ba! Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze udało się wcisnąć "małe" zakupy warzywne (gdyż do wątróbki dobra jest Krisowa sałatka z pora), a na końcu herbatkę u przyjaciół. Wpadliśmy tylko na chwilę napić się zielonej i ustalić, kiedy widzimy się w piątek. Patataj do domu, Kochany smaży wątróbkę, ja szukam głowy do jutrzejszej pracy; jemy, i oto jesteśmy, pełni i kontenci. Szafka nie została wybebeszona.

poniedziałek, 9 września 2024

1728. Korby.

Rano odsłuchałam do końca Poirot Investigates, całkiem przyjemne wykonanie Sucheta (podobno z 1990 toku). A ponieważ okazało się, że słuchanie podczas rozglądania się po mieszkaniu i szukaniu sobie roboty bardzo mi konweniuje, rozpoczęłam następnego audiobooka, The Murder of Roger Ackroyd w wykonaniu Hugh Frasera. A jakież to korby mnie dopadają? Otóż, kobiety semi-bezrobotnej: są mi potrzebne dwie zielone poszewki na poduszki, i może by tak przemalować na seledynowo drzwiczki od kuchennych szafek? Kącik kawowy, gdzie w jednym miejscu naszego Mikrokuchniosalonu można trzymać młynek, filtry i utensylia kawowe już jest. Teraz tylko mus poprzestawiać wszystko inne.

Anne zapytała, czy w sobotę oraz niedzielę rano któreś z nas może zajrzeć do Junony. Nie ma problemu. Kochany wrócił z niewielkim poślizgiem (korek), zjedliśmy dobry obiad (rozmowy o wszystkim, o rudym kocie z osiedla po drugiej stronie rzeki, który chodzi tak, że to może być kuzyn Rysiowy, o spodziewanych przymrozkach, o blogowych dyskusjach, które ścinają nam krew). Jeszcze chwila, jeszcze zagłębiam się w średnich lotów metafory pana Zająca.

niedziela, 8 września 2024

1727. Ósmy, niedziela.

Z początkiem września zaczął się nowy sezon sztormowy, jest więc i nowa lista imion. Najbardziej podobają mi się Otje i Wren, ale pewnie jak co roku imiona z drugiej części listy się nie przydadzą (w minionym sezonie doszliśmy do Lilian, letniego sztormu, który w sierpniu dotknął głównie Cork i nawet nie został zauważony na tym blogu).

Muszę sobie kupić pas na banany, rzecze mąż na wychodnym.
Nie mogłam lepiej trafić, rzecze żona, ogólnie oraz w temacie męża.

Kochany zaczynał pracę o dziewiątej, więc załapał się jeszcze na moje emocjonalne opowiadanie o wczorajszej lekturze. Znowu kręcę się po domu z gołym tyłkiem, w ten sposób wysłuchałam kolejnych czterech historyjek z książki Poirot Investigates. W międzyczasie jakieś małe domowe rzeczy; zaczęłam czytać Annę i Pana B. Jakuba Zająca (Wielka Litera, 2023); w trakcie późnego obiadu zerkaliśmy z Fredem na pierwszy dzień Aki-basho live. 

Liczyłam, że bardziej zmotywuję się do działania, ale bez obecności drugiej osoby robię się gnuśna i głodna. Pracowniczo stagnacja, kilka dni temu dostałam emilka z Centrum, że zaczynamy najwcześniej za dwa tygodnie (no good, dobrze, że jest chociaż Jama); może po prostu trzeba pisać powieść.

sobota, 7 września 2024

1726. Five.

Kochany przed wyjściem przypomniał mi, że dzisiaj jest nasza piąta rocznica ślubu.

Ależ ci ludzie łażą. Najpierw zwlekli mnie z łóża (musiałam założyć spodnie) Świadkowie Jehowy z broszurką How do you view your future (bardzo młody, czarnoskóry chłopak i starsza pani; on mówił, widocznie miał się uczyć), potem naganiacz polityczki z Fianna Fáil, też z broszurką (znowu musiałam założyć spodnie). Gdy byłam już na ostatniej stronie Lata polarnego Anne Swärd (Czarne, 2007), zadzwonili rodzice, żeby mi pokazać, że właśnie siedzą w rozsłonecznionym kącie ogrodu i piją za nasze zdrowie jägermeistera (Maciej się dołączył, nie do picia, ale do wpychania głów w kamerkę). Tym razem założyłam spodnie na dobre (kwestia zakładania spodni wynikała z tego, że cały czas piszę o sytuacji czytania książki w łóżku jako tle wydarzeń); zrobiłam sobie kawę z aeropressu, rozwiesiłam pranie w ogródku, dokończyłam czytać ostatni akapit książki. To ile lat do złotych godów? Oj tam, oj tam.

Po skończeniu jednej książki, zaczęłam inną: słucham Poirot Investigates czytaną przez Davida Sucheta (dzisiaj trzy pierwsze nowelki).

Wieczór bardzo Rysiowy. Gdy Kochany wrócił z pracy i po obiedzie ściągał pranie, zastanawialiśmy się razem, co Rysio napisałby na ten temat na blogu. Mamy dżunglę, może pojawią się szczury. Czy też chcielibyście mieć szczury w ogródku? Nie mogę się doczekać, tak mógłby zacząć. I o rocznicy rozmawialiśmy. Pięć lat temu o tej porze dnia było już po, nawet po tych najbardziej wybuchowych wydarzeniach kurz właśnie opadał. I zaczynał się najgorszy rok w życiu Wu.

Kolejny raz z dużym poślizgiem obejrzałam sumacze podsumowanie, Nagoya-basho (wygrał Terunofuji). 

Dzień kończymy zachwycając się albumem Świnie (1985).

piątek, 6 września 2024

1725. Melancholijnie.

Słońce za oknem obiecywało łagodną, jesienną nostalgię. I rzeczywiście, gdy po śniadaniu wyszliśmy na spacer nad morze, tak właśnie było, ciepło (pomimo wiatru), melancholijnie, wrześniowo. 

Słońce przebiega przez horyzont coraz niżej. Na dachach domów dwa razy zauważyłam duże stada wygrzewających się jaskółek.

Konieczna była wyprawa po chleb do Lidla, uroiłam sobie jednak, że pojedziemy do sklepów w El Paso, a wtedy moglibyśmy napić się kawy i zjeść naleśniki. Fred nie zaprzeczył swojej niepraktycznej żonie i przez to wszystko takie przypadki:

Syrop klonowy na smutki gotowy ;) Jesienny spacer postnaleśnikowy (samochód miał opłacony parking na mieście do trzeciej) zawiódł nas do księgarni i tym razem nie omieszkałam kupić kolejnego Fossego, Scenes From a Childhood (Fitzcarraldo Editions, 2023). Na razie muszę dokończyć rozpoczęte wczoraj Lato polarne Anne Swärd, książkę jednocześnie łatwą (krótkie rozdziały) i ciężką (dysfunkcja rodzinna). 

W głośnikach płyty przywiezione z Polski, Talking Heads 77, Unknown Pleasures i Closer Joy Division. Kochany zrobił późny obiad (gulasz do kopytek powstał ze steka-gotowca wymieszanego z pieczarkami; pyszności!). 

czwartek, 5 września 2024

1724. Codzienność przybyła.

Już mi zapłacili, czyli trzeba było iść do pracy, buuu. Oboje z Kochanym zwlekaliśmy się z niechęcią. Od rana w głośnikach zespół Ascetic (2022).

Zajęcia w Jamie były spoko, bla bla bla i po krzyku, o drugiej byłam już po i doturlałam się do dworca (z przystankiem w Tesco, gdzie zauważyłam zamyśloną Aurę). Potem standardowo, czekając na Freda wsunęłam pół kefiru truskawkowego; obiad i odpoczywamy po trudach chodzenia do pracy jak zwykli ludzie; zadzwoniłam do mamy (w Polsce nadal upały); Kochany rozmawiał z siostrą o historiach rodzinnych (Usz uważa, że toksyków niesłusznie albo się unika, albo przemilcza, podczas gdy należałoby konfrontować ich z rzeczywistością spoza ich dysfunkcyjnej banieczki — wiem o czym mowa, ale to trudne). Po nogach chodzą mi jakieś reuomantyczne drżenia, czyli czas walnąć się sadełkiem do góry dla zdrowotności i leraksu.

środa, 4 września 2024

1723. Meh.

Gdy wstałam, Kochany był już na wylocie do pracy, buzi i myk. Zasiadłam do porannej herbaty z chaosem w głowie: chaosem zdjęć, które chciałam dodać do blogowego dziennika (w podróży miałam tylko smartfon, po drugim dniu wymiękłam ze zdalnym wstawianiem tekstów, postanowiłam to nadrobić po powrocie, so here I am) oraz chaosem rzeczy, które muszę przygotować na jutro do pracy. Z biegiem dnia bezład się nieco odchwaścił, ale towarzysząca mu jesień pozostała. Przy porannej kawie rozmawiałam z tatkiem, który potrafi być na dłuższą metę irytujący (bez względu na to, jak bywa czasami pomocny), potem tworzyłam ćwiczenia dla uczniów. Dużo się też obijałam, nie przeczę. Kochany miał kilka pomysłów usprawnienia nam życia, rozglądał się w pracy za biurkiem dla mnie, kupił też gadżety do komputera (m.in. podstawkę pod laptopa i pod nadgarstek). Nie wyściubiłam nosa na dwór, choć naokoło dział się świat (świeciło słońce, padało, świeciło słońce, Anne wyraziła swoje oburzenie, że nadal nie mamy zasłużonego remontu naszej posiadłości). Czuję, że szybki sen się zbliża, nie mam siły na nic, powroty z wakacji są meh.

wtorek, 3 września 2024

1722. Ponownie w drodze.

Dzień pożegnań.







Mama wzięła sobie wolne, tak powstała niedziela we wtorek. Rosół. Kartofle z kefirem.

Wyjechaliśmy ze wsi trochę wcześniej, żebym mogła podjąć kolejną próbę (tym razem udaną) przesłania kasy za OC. Poszło szybko, pan "z okienka" bez okienka był bardzo pomocny. Na lotnisku zważyłam i nadałam bagaż, był czas na wspólne jedzenie, wciągnęliśmy więc drugi obiad, potem rurki z kremem w Coście. Mam wrażenie, że hedonistyczne zwyczaje rozlewają się i uzupełniają z obydwu stron, z moich zwyczajów z Kochanym, ale też z domowego zalegania z rodzicami. Mam świadomość, że normalni ludzie nie chodzą na obiad na lotnisko. Nie jesteśmy normalni, takie rzeczy mogą skutkować wyobcowaniem, ten stan mi odpowiada, stał się częścią mojej natury.

W dużej walizce przewoziłam rzeczy zakupione przez Freda w Empiku, znalazłam między nimi Białość Jona Fossego (ArtRage, 2024); że stron tylko 42, wszystkie przeczytałam za jednym posiedzeniem w fotelu 20D. 

Sam lot był spokojny, przyziemienie dość agresywne i głośne. Bez zwłoki ruszyłam do wyjścia, odebrałam bagaż, Kochany już na mnie czekał z bukietem białych róż. Droga do domu jak we śnie, jechaliśmy, miałam déjà vu. W tym półśnie tak się zawzięłam, że po dziewiątej byłam już rozpakowana, kwiaty w wazonie, ja w szlafroku, pachnąca żelem pod prysznic. Znowu od siebie do siebie, jak ludzie żyją nie podróżując?

poniedziałek, 2 września 2024

1721. Domowo.

Obudziłam się, gdy mama była już w pracy. Małe pranie (trochę ręcznego), śniadanie, kawka i na chwilę zagłębiłam się w papiery na temat ubezpieczenia naszego samochodu. Czyli zwolniłam po szaleństwie ostatnich kilku dni, zaległa domowa atmosfera i nawet nie zrobiłam za wiele zdjęć. Dopiero po pierwszej wyjechaliśmy z tatkiem do miasta (chciałam w jednej kanciapie odhaczyć ubezpieczenie, tym razem się nie udało), mieliśmy jeszcze trochę czasu do zakończenia pracy u mamy, więc we dwoje zaszliśmy do Kota na kawę z syfonu i serniczek na spółkę.


Kochany w tym czasie konsumował kawę z Panem od Espresso i Chwałą (niespodziewanie przebywającą w stolycy), oczywiście zadzwonił, żebym mogła ludziom pomachać, bo takie mamy małżeńskie zwyczaje.

Gdy mama wyszła z pracy, przenieśliśmy się po sąsiedzku do jadłodajni u Piecha i zjedliśmy tradycyjny obiad z ziemniorami, sałatkami i mięsem w panierce (schabowy był gigantyczny, większość wylądowała w pojemniku na wynos). Rodzice zajechali ze mną również do Brico, żebym mogła kupić miedzian-killer do naszych jabłoni.


Relaks, czekanie na spadek temperatury (wczorajsze nieznaczne ochłodzenie było chwilowe, dzisiaj znowu ukrop), w końcu rodzinna zbiórka i jazda na cmentarz ze sprzętem (grabki, haczka, szmatka); wzbijając tumany kurzu zrobiliśmy porządek jako taki wokół dwóch grobów. Nawet pod wieczór tak gorąco, że atmosfery na refleksje egzystencjalne brak. Mała jaszczurka schowała się pod grobem sąsiada dziadków po prawej stronie. Czyli takie miejsca mają zastosowanie bardzo praktyczne, żyją. 

Na wieczór leżakowanie, gadanie, płaroty.

niedziela, 1 września 2024

1720. Jak w kalejdoskopie 3.

Pobudka o trzeciej nad ranem. Wczoraj Wu potwierdził ofertę dostarczenia mnie na Dworzec Centralny o bardzo niekomfortowej do przysług godzinie; skwapliwie skorzystałam, to zdecydowanie zdejmowało mi stres z pleców; w drodze towarzyszył mi również Kochany, czyli w ogóle miód i orzeszki (Fred zostaje w stolicy na dwa kolejne dni). 20 stopni z cosinusa Aleje, powiedział Wu :D 


Asnyk odjeżdżał o 4:43, wyjazd co do minuty, Żyrardów, Skierniewice, Koluszki, Łódź Widzew, i tak dalej, i tak dalej. Jazda pięciogwiazdkowa doprawdy, tylko peron w Miliczu był dla Asnyka za krótki, co miało znaczenie o tyle, że siedziałam na ostatnim fotelu ostatniego wagonu (miła konduktorka musiała mnie wyprowadzić do właściwego wyjścia). Przywitałam się z rodzicami i żwawo przemieściliśmy się na wieś; od razu śniadanie (z rana nic nie jadłam) oraz spacer z Maksiem (w towarzystwie Rózi ostrzegawczo pobekującej z lasu).



Mama miała pomysł bardzo dobry, więc przeszedł przez aklamację: wyjazd do Lubiąża na szwendanie oraz (przede wszystkim) obiad w Karczmie Cysterskiej. Budynki monumentalne (jak zwykle), rzesza turystów przemykających po dziedzińcu, zbrązowiałe liście kasztanowców chrzęszczące pod stopami; tatko trzaska zdjęcia hurtowo, jakby się ode mnie nauczył.



Kilka godzin później wróciliśmy po własnych śladach do Tcy, żeby w Kocie zasiąść do kawy i serniczków. Potem jazda na wieś i kontynuacja życia domowego leniwców. Dzień zwieńczony oglądaniem Upadku (2004) Hirschbiegela.