Wtorek
Śniadanie, kawa, męczenie Zająca, wysłanie dwóch cv, terapeutyczna rozmowa z tatką (42 minuty), zakończenie czytania Anny i Pana B. (Wielka Litera, 2023); kontynuacja słuchania wczorajszego audiobooka z Hugh Fraserem i wybebeszanie jednaj półki. Chwilowe omdlenia, więc obiad, żeby pierogi ruskie zapić kefirem po same uszy (mam wrażenie, że to moja mentalna reakcja na grafik, który sama sobie narzuciłam, patrzę na papiery na podłodze i słabo mi się robi, czy mogłaby przyjść służba i uprzątnąć to wszystko? Marysiu!). Kochany wrócił o zwykłej porze, wrzuciłam mu łososia na ruszt i zagadałam z detalami o tym, że nie mam pojęcia, po co Zając napisał książkę. Wieczorem rozmawiamy na pół-poważnie, czy by nie zacząć robić wywiadów z moim tatkiem. Zaczynam lekturę Dziadów i dybuków Jarosława Kurskiego.
Środa
Miałam sen, po przebudzeniu tuż przed ósmą natychmiast opowiedziałam go Kochanemu, żeby nie zapomnieć, bo wątek utleniał się w tempie przyspieszonym. Początek był nad morzem, bardzo jasnym, prawie nieirlandzkim, gdzie spędzaliśmy noc (robiłam zdjęcia porannej plaży). To była niemiła część snu, sen z wodą, nowymi budynkami i wędrowaniem po omacku. Druga część była na uczelni. Wróciłam na studia z których w tym śnie wcześniej odpadłam, były to studia artystyczne, pierwszy dzień, pierwszy wykład, niewygodne siedzenie. Wykładowca nie przyszedł. Domyślałam się, że wykład przeniesiono gdzie indziej, ale nie mogłam znaleźć tego miejsca, bo z powodu słabego wzroku i jeszcze słabszego oświetlenia w korytarzach, nie mogłam odczytać żadnych informacji na drzwiach. I Kochany tam ze mną był, razem studiowaliśmy, mieliśmy wspaniałego osła. Osioł porwał naszą uniwersytecką torbę i zgubił ją w czasie dzikiego wyścigu z końmi. Jeszcze wyhodujemy sobie w tej torbie grzyba, powiedziałeś. Nic nie szkodzi, wysuszymy, powiedziałam. Bo ten osioł pięknie biegł, nieustraszenie. Poza tym Kochany powiedział mi, że Deniro, który też z nami studiował, w drodze przejechał jakieś zwierzę. Znowu była woda, tak jakby na polach za domem rodzinnym, nagle wataha wilków zaatakowała dzika, prawie go dopadły, ale to się działo w wodzie, która się szybko podnosiła. Spoglądam pod stopy, widzę szorstkie grzbiety dzików, całą ich flotyllę, nurkujące jak delfiny. Nikomu nic się nie stało, wilki nie potrafią nurkować, a dzik nie był sam.
Czyli tak zaczął się dzień, opowiadaniem o śnie, analizą pokrętnych wyobrażeń. Może rzeczywiście powinnam wypytać tatkę o różne rzeczy? Plan: przygotować się na jutrzejsze zajęcia, wybebeszyć drugą szafkę, wywiadować tatkę.
___
edit 20:40 Wyszło tak, że przede wszystkim była rozmowa z tatkiem. Po śniadaniu zobowiązałam go do zrobienia grafiku jego życiowych relokacji. Potem rozpoczęłam poszukiwania książki, która ukazała się prawdopodobnie w ostatnim roku PRL, myślę, że bardzo pomogłyby mi archiwalne numery Gazety Robotniczej z lat 1987-89 (do tej pory ani słychu). Po drugiej oboje z Kochanym się ocknęliśmy, on z zaaferowania tym, co robił na laptopie, ja z podążania za dr Jamesem Sheppardem. Zapytałam o obiad, zajrzałam do lodówki, powstał plan bardzo dziwny, typowy dla nas: podjeżdżamy do rzeźnika familijnego, Fred kupuje wątróbkę (coś kiepsko z moim semi-wegetarianizmem w tym tygodniu), potem jedziemy do El Paso, na kawę, bardzo przecież po drodze. Ba! Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze udało się wcisnąć "małe" zakupy warzywne (gdyż do wątróbki dobra jest Krisowa sałatka z pora), a na końcu herbatkę u przyjaciół. Wpadliśmy tylko na chwilę napić się zielonej i ustalić, kiedy widzimy się w piątek. Patataj do domu, Kochany smaży wątróbkę, ja szukam głowy do jutrzejszej pracy; jemy, i oto jesteśmy, pełni i kontenci. Szafka nie została wybebeszona.