Strony

czwartek, 30 września 2021

653. Koniec września.

Przez cały dzień w głowie i na zewnątrz gra piosenka Wild Horses Stonesów.

Fred około południa wyjechał do pracy w Północnej. Emigrowałam nad morze i żal mi było, że zapomniałam karty płatniczej. Kawiarenka stała pusta, za to z dwiema osłonami od wiatru, można było posiedzieć przy kawie nawet w taki bury dzień, a nie posiedziałam z powodu braku karty.

Z praktycznych rzeczy, trochę wisiałam na telefonie z dziekanatem, potem z mamą (w Polsce było ciepło i złociście). Wczoraj planowałam wysłać Luizie klucz do zadań na dzisiaj, ale stwierdziłam że już nie będę taka polska, Luiza wie, co robić i nie ma sensu siedzieć jej na głowie. Wyprasowałam bieliznę, która piętrzyła się na kanapie od wielu dni, więc i Midsomer Murders było oglądane, Sauce for the Goose. Wrześniowi mówię do zobaczenia.

środa, 29 września 2021

652. Snujemy.

Obudziła mnie dopiero senna myśl, że obronę pracy dyplomowej będę miała po hiszpańsku (a raczej pytanie chwila, to co ja studiuję?). Może tak na mnie działa spanie w wełnianych skarpetkach? W każdym razie wstałam po dziesiątej, obok łóżka nadal miałam nierozpakowaną torbę z zakupami odzieżowymi z wczoraj (kamizelka Lacoste i lniany nietoperek Phase Eight w różowościach) i prezentem od Freda (czarne rurki Lee). Reszta środy popłynęła błogo (poza ekscytacją związaną z opłatami za semestr). Przed obiadem byliśmy z Kochanym na spacerze, okutani jesiennie w kurtki i czapeczki, a wieczorem obejrzeliśmy kolejnego Blackaddera III

Ryszard wyraźnie zamierza noc spędzić w kuchni. Wprawdzie pogody wystarczyło na dosuszenie prania w ogrodzie, ale o zmroku przy otwartych oknach jest już niemiło. 

Tatko opowiadał nam dzisiaj o zajeżeniu ogrodu. Jeżom się nie dziwię, to dobre miejsce, nie tylko na zimę. Snujemy pomysły, jak sprowadzić tatę do nas na kilka dni.

wtorek, 28 września 2021

651. Delektacja.*

Chwila na google meet z dr Pierzastą zamieniła się w godzinną rozmowę. O wiele więcej nie wiem, ale pojawiła się inspiracja, a po wirtualnym spotkaniu odwiedziłam stronę uczelni i upewniłam się, że na razie wszystkie zapowiadane w tym semestrze przedmioty mam online. Może uda mi się jakoś przemknąć. Na razie, po zjedzeniu śledzika w śmietanie, delektuję się myślą, że Miły jutro też ma wolne i będziemy się w łóżku trącać dupkami.

* jest takie słowo.

poniedziałek, 27 września 2021

650. Nic szczególnego.

Po powrocie do domu rosołek i słuchanie podcastu z serii #teżodchodzę Joli Szymańskiej (rozmowa z koleżanką po fachu). Potrzebowałam rozgrzania, bo chociaż dzień był po części słoneczny, zacinał ten niemiłosiernie lodowaty wiatr, który towarzyszy nam tutaj przez jakieś pół roku (wczoraj było zauważalnie cieplej). Fred podwiózł mnie do pracy (trzy nówki, Yvonne, Summer i drugi, mały Conor), potem pojechał do własnej, więc wróciłam do domu autobusem, bez przygód i ciekawych obserwacji. 

Na nogach skarpety wydziergane przez Jot. Z nudów po dziesiątej wieczorem trzeci odcinek Czarnej żmii III i pierogi ruskie skwierczące na słonince. Z tego samego powodu Ryszard polował na pająki.

niedziela, 26 września 2021

649. Wietrznie.

Niedziela leniwa, a za oknem pizga.

Od kilku dni jestem zestresowana. Do (w sumie nie tak zajmującej) pracy dojdą mi (prawdopodobnie) studia, które zaczynam za dwa tygodnie. Nareszcie widzę jakieś życie na moim planie online, trochę to straszne ;) Napisałam list do promotorki. W głowie chaos.

Oglądam Ask a Mortician, pierwszy odcinek po wakacjach, o Lindzie Hazzard, hohsztaplerce leczącej głodówkami.

Po obiadku wyciągnęłam Kochanego na spacer do plaży. Mewy i krukowate bawiły się w śmiganie z wiatrem i pod wiatr, morze było wzburzone i rzucało w nas bryzą, ale my ubrani odpowiednio nic sobie z tego nie robiliśmy. Potem szlafrok i papierologia. Po ósmej Fred zrobił dla nas sos do makaronu. Kolacja trochę późno. Drugi odcinek Czarnej żmii III. Słuchamy Stonesów.

sobota, 25 września 2021

648. Lepiej.

Nasz spacer z kotem, nasz spacer bez kota, kawa nad morzem. 

Przed obiadem na ulicę zajechało czerwone ferrari. Byłam uprzedzona — Majk niespodzianie sprzedał z zyskiem zabytkowego beetla i kupił nowe-stare cacko (rocznik 1994). Katlin tylko kiwa głową.

Na wieczór byliśmy zaproszeni do Ka. Long time no see, więc mogliśmy w końcu oddać dziecięcy fotelik i pojemnik na jajka. Jak raz zrobiliśmy przyjacielowi niespodziankę przyjeżdżając o czasie i wyciągnęliśmy go spod prysznica (to się więcej nie powtórzy). Ka był w domu sam, bo w przeciwieństwie do partnerki nie bywa na imprezach komunijnych (Jot z chłopakami dołączyła później). Miły pobyt pogadankowy zakończony po dziewiątej. Wieczór filmowy już niebawem, z Polski przemieszcza się paczka naszych zbyrów kulturalnych.

piątek, 24 września 2021

646-647. Be brave, be human, make mistakes.

Spacer z kotem w czwartek był, wcześniej była praca, wieczorem ogólne napięcie. Nie wiem, czy to bardziej kwestie pracownicze, czy współodczuwanie z Fredem jego mąk twórczych, ale spałam bardzo, bardzo źle i poranną jogę, na którą zapisałam się u Alison, załatwiłam na leniuszka: wstałam o 6:30 zgodnie z budzikiem, nakarmiłam kota, nastawiłam wodę na herbatę i ... poszłam spać. 

Po śniadaniu i kawie dla odprężenia poleźliśmy z Kochanym naokoło Głowy:



W rybnym nadal nie mają chowdera, więc na obiad wróciliśmy do domu.

À propos mąk męskich, ostatnio Fred intensywnie zajmuje się filmem, bo coś jakby świta na horyzoncie wizja premiery jeszcze w tym roku. Kochany ślęczy więc przed laptopem i dzwoni po ludziach, dzięki temu pierwszy raz od wieków rozmawialiśmy ze Zbyniem.

Wracając do jogi, przed siódmą wieczorem dostałam wiadomość od Alison, że niedługo zaczynamy. WTF? Z moją głową nie jest najlepiej (żeby pomylić poranek z porą wieczorną i zorientować się dopiero, gdy zapadał zmrok!), ale wzięłam udział, od czasu do czasu sprawdzając, co tam z rosołem. Be brave, be human, make mistakes, takie błogosławieństwo na dzisiaj, cheesy, ale coś w tym jest. Zjedliśmy rosół o dziesiątej (dzień kończy się przyjemnie).

Poza tym była rozmowa z Marksistką, bo sprawę mam: chcę się podpisać pod projektem ustawy obywatelskiej Legalna Aborcja, nie można online, a tu nie wiem, kto zbiera.

środa, 22 września 2021

645. Równonoc.

Miło tak obudzić się bez budzika i w towarzystwie Kochanego, który też się nigdzie nie spieszy. W pracy zwięźle, obiad eksperymentalny (kurczak fajita i chiński makaron z Lidla), potem kawa przy plaży, spacer i krótka wizyta w porcie.



Owiało mnie. Nie ma żartów.

wtorek, 21 września 2021

644. Przedjesienie.

Wtorek całkiem w porządku, podróżowałam przyjemnie dzięki mężowi, w robocie cicho (do południa w Centrum), zaprosiłam Luizę na ciastko do Costy przed bardziej aktywną częścią pracy. Ale czuję się jesieniowato i nic mi się łba nie trzyma. Jeszcze nie ma ósmej? Ja tymczasem już w szlafroku czekam na żubry.

poniedziałek, 20 września 2021

642-643. Już.

Pierwszy raz od powrotu z wakacji, w niedzielę zaliczyłam spacer nad morze. W Midsomer Murders było morderstwo za pomocą katapulty, a w ogrodzie pranie suszące się w jesiennym słońcu.

Kochany wczoraj miał zmianę dzienną, dzisiaj wieczorno-nocną, od jutra kilka dni przerwy (liczę na nadrobienie życia rodzinnego). A tymczasem od rana odpaliłam z irytacją na działanie wirtualnej uczelni: mój plan studiów nadal nie istnieje. Na pytanie dostałam odpowiedź żwawą, ale mało znaczącą: coś ktoś wpisze w CSS (poważnie, dostałam taką grypserą), kiedy? ... a to już tajemnica.

Dzisiaj ruszyła nowa grupa, na razie dwie dziewczyny, trzech chłopaków i jedna transdziewczyna; Lauren, Lia, Lisa, Conor, Darren, Lion. Mieliśmy kilka godzin zapoznawczych, było całkiem spoko, tym bardziej, że Centrum nadal malowane, więc wylądowaliśmy w ciekawym miejscu obok augustiańskiego kościoła. Nie będę pracowała z nimi za często, wyjdzie tego najprawdopodobniej po dwa dni w tygodniu. 

Po pracy zagadałam do mamy i poprosiłam ją o pomoc w uwierzytelnieniu moich dyplomów. Wiedziałam, że się ożywi. Od słowa do słowa przypomniałyśmy sobie, że za dwa dni astronomiczna jesień. Kliknęłam na żubry online (jest i dźwięk, słychać wiatr, nocne ujadanie psów). Zaczyna się inny sezon, też dobry.

sobota, 18 września 2021

641. Karmienie kaczek.

Pomimo tego, że Fred ponownie wrócił z pracy po północy, chciało mu się dzisiaj jechać ze mną do Castle Espie, ptasiej przystani nad Strangford Lough (pracował tam kilka dni temu), żeby gapić się na kaczki, gęsi i wodę. Pobudka po siódmej, wyjazd po dziesiątej, po drodze wzięliśmy na wycieczkę Aś. Zeszło nam trzy godziny wolnego spaceru, do każdej wejściówki dodano nam po torebce ziaren dla ptaków, więc była zabawa. Najodważniejsze były bernikle rdzawoszyje oraz gadatliwe śnieżyce małe, obydwa gatunki z niewielkimi dziobami, którymi smyrały delikatnie po dłoni.



Trzy godziny na tak małym obszarze, ptasi raj, festiwal kolorów. Mogłabym sobie te różne kaczuchy wytatuować. Potem obiad w poleconym miejscu, The Poacher's Pocket w Lisbane, i Fred rozpływający się nad stekiem. Dobry, dobry dzień, deszcz kropił sporadycznie, ani na chwilę nie założyłam kurtki, która miałaby się nijak do jaskrawo czerwonych spodni i wściekle zielonej koszuli. Jutro Kochany ma zmianę dzienną, martwię się, że się przepracowuje.

piątek, 17 września 2021

639-640. Powtarzalność.

Środa powtórzyła się w czwartek, pod wieczór ponownie przysypiałam przy Midsomer Murders.

Wczoraj i dzisiaj dzwoniłam po ministerstwach (wczoraj cztery osoby na łączach, dzisiaj trzy), finalnie okazuje się, że osoba, która załatwia te sprawy jest na urlopie do października i potrzebuje moich papierów już uwierzytelnionych przez konsulat, który działa u nas w systemie pandemicznym, czyli nie przyjmie mnie do końca następnego miesiąca. Śmieję się, bo to lepiej niż płakać. Wyobrażam sobie wielki, cichy gmach, w nim wygodne gabinety, każdy urzędnik jest od spraw jednego typu i dysponuje jedną pieczątką, prostokątną, kwadratową lub okrągłą, której nie ma nikt inny.

Nareszcie spadł deszcz wieszczony przez prognozy. Nie, że czekałam, ale pisali, że w piątek będzie padało i pada. Fred pojechał na nockę do Dublina, ja zabrałam się za domowe krzątanie. Wieczorem Second Sight, piąty odcinek ósmego sezonu (pod koniec gość wyrywa z grobu celtycki krzyż i taranuje nim drzwi kościoła, żeby powstrzymać chrzest przygotowywany przez demonicznego pastora ... uhu, co za kobra! :D).

środa, 15 września 2021

638. Kwitnę.

Nie do wiary, po półtora roku czekania na Teatr Kwadrat w Dublinie, okazało się, że nasze bilety są ważne, owszem, ale na spektakl teatru krzak z Patrycją Kazadi. Leciuchno się z rana zagotowałam. Zobaczymy jak szybko anonimowe boty z Mixer Radio prześlą nam zwrot pieniędzy.

Poza tym nudy i katar zatokowy. Z rana dogadałam się z Aś w temacie soboty — jeśli pojedziemy połazikować, najprawdopodobniej zabierze się z nami. Fred zawiózł mnie do pracy i ogólnie było mało wyczerpująco. Orchis Fatalis do samotnego obiadu. Tymczasem moja orchidea kwitnie od ponad miesiąca, niewzruszona jak wampir.

wtorek, 14 września 2021

Postscriptum #637.

Mąż w domu. Z książką i darmową wejściówką do Castle Espie, ważną rok.
I czego słuchamy?

637. Uroda i spryt w jednym.

Rano długo budziłam żołądek. Wyszłam z domu zanim Fred wstał (ponownie wrócił bardzo późno, będzie się to powtarzało najpewniej do piątku). Dzisiaj po południu Kochany pracował w jakimś naprawdę pięknym, eleganckim miejscu, z niesamowitymi widokami wodno-górskimi. Ja tymczasem, po odbębnieniu sześciu godzin (przez przynajmniej półtorej godziny wrzucałam papiery do niszczarki, co mi niemalże zresetowało mózg do ustawień fabrycznych), marzyłam o D jak dom. Po drodze kupiłam klopsy wołowe, przejechałam się autobusem z prowincji na nasze zadupie w towarzystwie ludzi takich jak Eugene (Lokalny Gej), Dżejmi (lokalny głupek) i (prawdopodobnie) Susan, zdzira o wiecznie brudnych stopach z Termon, szybciutko upichciłam klopsy z resztkami sosu pomidorowego i już niech nikt mi nie przeszkadza. 

Albo odcinki Midsomer Murders robią się inteligentniejsze, albo ja głupsza, bo kilka ostatnich nawet mi się podoba, drugi z ósmego sezonu również. Nie robiłam nic innego poza tym, pod koniec seansu usiłowałam nawet śledzić akcję z połową twarzy wtuloną w poduszkę. Do wstania zachęcił mnie jazz, rzekomo z lat 30-tych, który nierozważnie nastawiłam jako senny soundtrack. Brzmiał zbyt współcześnie. Planuję coś pisać (wspomnienia z pobytu w Polsce), lub coś czytać (Angole, antypatyczni Polacy tam mówią). Z rozmysłem nie wzięłam z pracy laptopa, taka ze mnie sprytna lambadziara.

poniedziałek, 13 września 2021

636. Niech będą pochwalone.

Trampki moje. Są 'savage', tak powiedział przechodzień zakakując mnie tym oświadczeniem, gdy stałam przed Tesco i dzwoniłam do Freda. Są wściekle pomarańczowe i nieprzemakalne. Padać zaczęło dopiero, gdy wróciłam domu.

Do wczesnego popołudnia grzebałam się w biurze z papierologią. Na uczelni dostałam zgodę na zapisanie się na zajęcia, ale samego zapisu nie widzę, podobnie jak nie widzę mojego seminarium dyplomowego, choć oficjalnie dziekanat przystał na moje żarliwe pragnienie studiowania głupot pod podejrzanymi skrzydłami dr Pierzastej. Czy to będzie lepszy wybór niż Czesiu? Żywię nadzieję.

Gdy wróciłam, Freda już nie było w domu, dzisiaj ma Swords. Gadamy więc z kotem, przy obiedzie rozpoczynam oglądanie ósmego sezonu Midsomer Murders i odwlekam moment zajrzenia jeszcze raz do materiałów, które jutro wydrukuję (z pomocą przyszły mi filmiki na yt, np. Samantha Bullat w kostiumach z początku XVII wieku). Za pożyteczne rzeczy zabrałam się oczywiście w ostatniej chwili. Kot zły na matkę o zamknięte okno, mruczy głośno jak tygrys.

niedziela, 12 września 2021

635. Loading.

Kochany musiał dzisiaj już przed południem wyjechać na jakieś podogonie w Północnej. Sama się więc sobie nie dziwię, że w trakcie tego dnia do makaronu z sosem odpaliłam Ghosts of Christmas Past, odcinek zamykający siódmy sezon Midsomer Murders. Bezdeszczowa szarówka pozwoliła mi wywiesić w ogrodzie wypraną drobnicę, a Ryszardowi spać w krzakach astilbe przez większość niedzieli. Rozmawiałam z sąsiadami. O czymś, nic ważnego. Czeka na mnie lektura Angoli Ewy Winnickiej. Zobaczymy, co się tam trzyma kupy.

sobota, 11 września 2021

634. Zapuszczam korzenie.

Dzień sie zaczął od rozmów różnych, zmęczona łaziłam od łóżka do biurka do łóżka dyskutując z Marksistką myjącą zęby w korytarzu. Chomicza kuria została w końcu wyniesiona przez Freda do samochodu, sąsiadki (Katlin, Anna, Anna Emerytka) odbyły rytuał pożegnalny i off they went.

Już wczoraj łażąc po Trimie wiedziałam, że nie odwiozę dzisiaj Marksistki do hrabstwa Clare razem z Fredem. Jestem psychicznie zmęczona, chcę robić proste rzeczy, sączyć małą kawę, siedzieć w cieple. Po dziesiątej dom zrobił się pusty i cichy, mogłam zebrać myśli, doszłam do wniosku, że po podróżach muszę zapuszczać korzenie, malutkie, chociażby jeden albo dwie podpory, nawet jeśli nie na stałe, to żeby zatrzymać wirowanie.

Fred pojechał, a ja snułam się po domu, najpierw z kawą, potem ze smoothie bananowo-jeżynowym (jeżyny zebrane przez Marksistkę), potem wyszłam na dwór popatrzeć na pranie (susząca się pościel zawsze nastraja mnie pozytywnie), porozmawiałam z Katlin (powtórzyła mi historię o tym jak Ethan odbierając telefon od dziadka pobiegł do naszego kota i przyłożył mu słuchawkę do ucha, żeby też mógł powiedzieć cześć) i zabierałam się właśnie do prac ogrodowych, gdy z Polski dostałam wiadomość, że umarła Zosia. Przestała jeść, gdy odjechaliśmy. Z pięciu Dziewczynek zostały dwie.

Pousuwałam trochę suchych pędów z naszej łączki i kilka wyjątkowo bezczelnych mleczy. Posmarowałam chleb marmoladą pomarańczową, którą Marksistka zostawiła w lodówce. Wieczorem rozmawiałam przez messengera: z tatą o psach, potem z Marksistką rozradowaną faktem, że w drodze do domu dotarła w TK Maxxie do działu z ubraniami i nabyła drogą kupna narzutkę z kapturem w kolorze musztardy dijon. Przeczytałam trzy króciutkie teksty Liama O'Flaherty'ego z Literatury na Świecie. Kochany wrócił tuż przed jedenastą, z nowym kaszkietem Failsworth.

piątek, 10 września 2021

632-633. Dwa dni z gościnią.

Praca w czwartek wyjątowo relaksowa, Luiza pojawiła się w realu z nogą niekulejącą, w drugiej części miałam czas dokończyć czytanie Mojego roku relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh (Pauza, 2019). To była szybka, kuriozalna lektura o depresji i lekomanii w Nowym Jorku.

Fred podjechał pod siłownię z Marksistką i we troje udaliśmy się na obiad do Carlingford, w zasadzie rzutem na taśmę (byliśmy tam o czwartej) najedliśmy się do syta pieczonych kartofli, aby potem pójść na spacer po miasteczku, a następnie spełnić marzenie naszej gościni o zobaczeniu Irlandii Północnej. W przeciwieństwie do pogody u nas, już w czasie górskiej drogi do Carlingford zaczęła towarzyszyć nam mgła, która rozsiadła się od Slieve Foy na północ.

Północna ograniczyła się do Newry. Fred zaparkował samochód przy kanale na Merchants Quay. Po spacerze (mniej więcej do maciupkiego parku Michela i z powrotem) nie oparliśmy się wejściu do TK Maxxa. Fred kupił sobie jaskrawe szelki i sprezentował mi granatową koszulę Hilfiger Denim, taliowaną, ze wszech miar zajebistą. Wyszliśmy ze sklepu o zmroku wizualizując sobie różne rzeczy: Marksistka ceramikę dla chomika, Fred parę butów Dolce&Gabbana dla mnie, ja zaś w swojej wyobraźni szłam przez miasto w sztucznym futrze w kolorze zielonkawym w brązowe grochy (Jakke). Marksistka wróciła się po ceramikę.


śmierdzący camembert

Wieczorem w domu zapowiedź tego, co kontynuowałam dzisiaj — nareszcie miałam dostęp do platformy uczelnianej i zostałam przytłoczona nazwiskami potencjalnych promotorów mojej przyszłej pracy dyplomowej. 

Na piątkowe dzień dobry, do kawy i torta truskawkowego zaliczyłam cztery godziny online kursu pierwszej pomocy prowadzonej przez Rose z irlandzkiego Czerwonego Krzyża, co znudziło mnie solennie. 

Marksistka jest taką osoba, która w trakcie zwykłej rozmowy potrafi wypowiedzieć zdanie: Każdy pieróg będzie zachowywał swoją integralność. Po obiedzie (złożonym z pierogów z gęsiną) wyruszyliśmy z nią w podróż po okolicy. Wychodząc z domu myśleliśmy o innym miejscu, ale wyszło Trim:



Miejsce już z Fredem znamy. Tym razem spodobał mi się młody goth, który przybył pod wieżę wyposażony w grubą książkę, czarny kotek na szlaku i osły karmione przez dzieci.

Ponieważ Marksistka chciała też odwiedzić the Hill of Tara, więc ... halsując po prowincji przez przypadek natknęliśmy się na to:

Bective Abbey, niespodziewane miejsce, w którym kręciła się zadziwiająco spora liczba młodych ludzi. Potem już the Hill of Tara:


Gawrony kołują nad swoimi włościami przed zmierzchem, piesek o imieniu Polly łapie mnie ząbkami za palce (z ekscytacji, to dobry piesek), jakaś pani omadla i obębnia kilka leżących na ziemi osób.

Życie jest dobre, gdy się można najeść i jest ciepło, tyle przy lazanii mojej filozofii życiowej (już w domu).

Wieczorem mieliśmy z Marksistką oglądać Tajemnicę Filomeny (2013), ale po kilku minutach wstępu koleżanka poszła nam nad morze, a do mnie zatekstowała Anne, czy mogę wpaść na pogaduchy. Było to wydarzenie niezwykłe. 

Wpadłam (Junona pierwszy raz przyszła się do mnie pogłaskać), zostałam do "po jedenastej", po powrocie zrobił się nam z domu pokój w akademiku i mogłam potrzymać chomika.

środa, 8 września 2021

631. Dom.

Trudno było spać, wygramoliłam się z łóżka przed siódmą. Było ostatnie śniadanie kaszankowe (kaszanka na ciepło to hit tych wakacji), wizyta w wiejskiej aptece, gdzie NIE kupiliśmy Marksistce tableteczek na potencjał umysłowy, bo były horrendalnie drogie, oraz ostatni spacer z mamą i Maksiem. Jak na złość Polska się wyzłociła i ociepliła (zapowiadano u nas 27 stopni przez kilka następnych dni), a nam mus było już lecieć w kierunku mglistych wysp. Mam nadzieję, że słońce ogrzało dzisiaj Zosię, która bardzo cierpi z powodu postarzałych stawów i bólu zębów.

Podróż była na początku z małym poślizgiem, bo zablokował nas w gejcie lot do Lwowa opóźniony z powodu jakiegoś vipa. Potem wszystko potoczyło się sprawnie, nadganiając spóźniony wylot przemknęliśmy nad IJsselmeer, wschodnią Anglią i Liverpoolem (czytałam Moshfegh i robiłam zdjęcia).


Po wylądowaniu walizki pojawiły się błyskawicznie i nawet pięciu minut nie czekaliśmy na autobus do Drołdy. Oczekiwanie na autobus do naszej wsi nie zajęło nam więcej niż kwadrans. Po piątej witaliśmy się przed domem z Marksistką, Ryszardem, Katlin i małym Ethanem (z tym ostatnim było przybicie piątki). Głodni jak wilki pierwszy raz skorzystaliśmy z wiejskiej kebabowni. I oto jesteśmy, już najedzeni, nieco rozbici, ale weseli, gadamy jeden przez drugiego, a ja wącham chomika.
___
edit 22:50 Obejrzeliśmy z naszą gościnią pierwszy odcinek serialu Father Ted (1995-98). Będzie kontynuacja, bo jest cymes. Umyłam włosy i gadamy o patologiach.

wtorek, 7 września 2021

630. Druga rocznica.

Rano konstruktywnie wykorzystałam dostępność sieci, odprawiłam nas i wypełniłam formularz pobytu (to ciekawe, że w Irlandii potrzebują tylko jednego papieru, inaczej niż w Polsce). Potem przed śniadaniem przeszliśmy się z Kochanym do sklepu po chrzan, spacer za rączki po wsi, na głodniaka, gdyż nam keczap do parówek nie pasował ;)

Fred miał wizytę u dentysty zaplanowaną na wczesne popołudnie, ja w tym czasie kupiłam w Magnolii trzy książki (aaargggh): Bezbożnika Szumlewicza, Etykę dla myślących Środy i Erystykę Schopenhauera. Zostały dorzucone do paczki, która, mam nadzieję, niedługo przyleci za nami. Małżonek chciał jeszcze skorzystać z usług lokalnej fryzjerki, zaleźliśmy do Markizy, wysączyłam herbatę, zjadłam dwa rożki z toffi i polansowałam się u fryzjerki jako dama do towarzystwa. W ciągu dnia podczytuję Mój rok relaksu i odpoczynku Moshfegh, która nie jest o tym, co sugeruje tytuł.

W domu po obiedzie rodzice zaserwowali nam torta, było smacznie, miło, niestety jutro nie jedziemy w podróż poślubną jak dwa lata temu, ta różnica nastraja mnie bardzo neurastenicznie. Fred zapakował już paczkę z książkami i płytami (firma przewozowa odbierze ją pod koniec września), ubrania, buty i dingsy piętrzą się wokół walizek.

poniedziałek, 6 września 2021

629. Ostatki.

Dzień włóczęgi (najpierw o poranku skończyłam czytać O czym szumią wierzby). Po śniadaniu wyjechaliśmy w kierunku Milicza, żeby na chwilę wejść do parku pałacowego Maltzanów, a potem napić się kawy na sennym rynku:


Potem ruszyliśmy w kierunku Żmigrodu, naszym celem były ruiny pałacu Hatzfeldów:

Rzutem na taśmę wczesnym popołudniem wypiliśmy w ciekawej kawiarni El Gato herbaciano-kawowe napitki:



Już mnie ogarnia smutna świadomość konieczności powrotu. Wieczorami zanika w domu internet, więc nas nie odprawiłam. Za to najedliśmy się pierogów, nasiedzieli na ławeczce pod domem, nagadali przy kolacji. 

niedziela, 5 września 2021

628. Sielska niedziela.

Robimy nic przez cały przyjemny dzień. Słońce jest już jesienne, pijemy pośniadanne kawki i poobiednie herbatki w ogrodzie, w towarzystwie futrzaków. Czasami tę błogość przerywa jakieś wydarzenie (np. znalezienie małego nietoperza uczepionego pnia lipy). Wieczorem idziemy z Fredem na spacer przez opustoszałą wieś (przy wsiowym domu kultury jest zlot motorowy, dzięki któremu nie spotykamy ludzi tam, gdzie normalnie byśmy ich spotkali).

Przez cały czas w telewizji jest włączony kanał Investigation Discovery z niby-dokumentami w rodzaju Zbrodnia w sąsiedztwie (Hightmare Next Door) i Morderca z sąsiedztwa (Hometown Homicide). A ja już czuję nostalgię związaną z końcem naszych wakacji.

sobota, 4 września 2021

627. To je pekné.

Teraz wiem, że powiedział to raczej Słowak niż Czech. Bo się tulaliśmy na Śnieżniku. 

Piękny wyjazd (po szóstej rano, wejście na szlak czerwony za Międzygórzem punkt dziewiąta, dwie godziny później już jedliśmy zupę w Schronisku Fastnachta, po dwunastej staliśmy na szczycie).






W schronisku dogonił nas dziki tłum, który towarzyszył nam do szczytu. Oprócz tłumów widok paskudziła metalowa konstrukcja budowanej, jeszcze nieczynnej wieży widokowej już nosząca ksywę Wielki Blender.

Podczas schodzenia poczułam się gorzej. Gdy w Międzygórzu pospiesznie weszliśmy do pierwszej lepszej jadłodajni (speluny Wilczy Dół nazywanej pizzerią) okazało się, że dostałam okres i dlatego spada mi energia. Jeszcze tylko rzut oka na wodospad Wilczki i półśpiący powrót do domu. 

Fredowi udzieliła się moja śpiączka, więc zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji benzynowej, żeby Kochany mógł wesprzeć się kawą

Pogoda dopisała niesamowicie, niedziela była słonecznym, ledwo tkniętym wiatrem dniem rozpoczętym gęstymi mgłami. Z przeszkadzaczy mocno utkwili mi w głowie panowie na górskich rowerach mknący po szlaku pieszym, z elementu bieda-pańszczyźnianego osoba brodząca po jagodziskach w rezerwacie przyrody i zbierająca jagody maszynką oraz folklor w postaci Matki Polki (kobieta młodsza ode mnie) podającej dzieciom jagody do jedzenia (dzieci odczytały tabliczkę o zakazie). 

Wieczór na śpiąco. Zmęczeni.

piątek, 3 września 2021

626. Drobne przyjemności.

Śniadanie, kawa w ogrodzie, spacer z Maksiem, sortowanie starych ubrań (wyrzuciłam 1/3), wyjazd z tatą do miasta (po mamę), spacer po mieście, zakup trzech filiżanek z zaparzaczami i pyszny sok malinowy. 

Kochany dostał od swoich teściów (a moich rodziców) zaległy prezent na pięćdziesiątkę, zegarek z dewizką. Już sobie w głowie przegląda posiadane kamizelki.

Z innych rzeczy pięknych i owocnych: odnalazły się letnie, górskie buty Freda. Jutro idziemy.

czwartek, 2 września 2021

625. Czas pomyka.

Czwartek zaczęłam od smażenia naleśników.

Przed południem oboje mieliśmy kolejną wizytę u dentysty. Mam to już z głowy, Fred musi przyjechać jeszcze raz. Pogoda bardzo się poprawiła, więc po wizycie zjechaliśmy do miasta powiatowego, żeby rozejrzeć się po znanych kątach. Spotkało nas kilka niespodzianek — zarówno Włoch, jak i znajoma fryzjerka byli na urlopach, poza tym na miejsce restauracji, którą nazywałam Nowym Palermo, pojawiła się knajpa. Knajpa, bo właściciele jasno postawili na lane piwo. Zjedliśmy w niej obiad, raczej już tam nie zajrzę. Po obiedzie obraliśmy kierunek na Bezę, gdzie nie zawiodła nas kawa, ciasto i lody. Zrobiliśmy sobie też dłuższy spacer do parku, tężni i miejsca naszej przedślubnej sesji fotograficznej. Pomost nad stawem dogorywa, mogą na niego teraz wchodzić wyłącznie kaczki. Spacerologia była bardzo przyjemna, m.in. z powodu pogodowej zmiany na lepsze. Miło było obserwować młodzież wracającą po pierwszym prawdziwie szkolnym dniu. Wieczorem wolne ruchy i głośne dyskusje, oraz randomowe odcinki Co ludzie powiedzą i CSI: New York.

środa, 1 września 2021

624. Dzień odpoczynku.

Przed obiadem pojechaliśmy z Kochanym do miasta, żeby zajrzeć do Rossmana. Z tej okazji założyłam (za duże na mnie) skarpetki męża, gdyż sie wypykałam z czystych skarpetek w ciągu kilku ostatnich dni. Dzień się nieco rozpogodził i uczciliśmy go spacerem po wsi — to koniec wydarzeń. 

Zaczęłam czytać O czym szumią wierzby Grahame (Wilga, 2021), w związku z tym od rana gra mi w głowie piosenka śpiewana przez Ralpha McTella. Poza tym politykujemy przy kolacji.