Jak widać na powyższym obrazku, Bronisława przygotowuje się do pierwszych prób literackich. Maryja zaś ... jest słodka (rano zupełnie rozbroiła mnie pewną sytuacją — po drzemce, zaspana, pomaszerowała do kąta i nastawiła puchatą dupkę do sikania. Gdy ją złapałam, miauknęła, jakby się dopiero obudziła, wsadziłam ją do żwirku, pokazałam palcem, maluszek podrapał w tym miejscu i ładnie zrobił siusiu. Czy my mamy kotkę-lunatyczkę?)
Po śniadaniu pojechaliśmy do Dublina. Bo w głowach mamy nie po kolei: wczoraj na Instagramie wpadła mi w oko kawiarnia na Cork St i pojechaliśmy na kawę, do flower & bean.


Dobre miejsce. Zrobili nam kaffkę z aeropressu, kupiliśmy ziarna prażone przez 3fe (które są też w El Paso, ale kto nam zabroni?), a Fred na odchodnym nabył jeszcze dzbanek z sitkiem do macerowania ziaren na zimno. Pani sprzedająca zapytała go skąd jest, bo ona I'm sorry, I'm from Slovakia. Na co ja wypaliła You don't need to be sorry, it's a beautiful country (aż miałam ochotę powiedzieć, że gdyby była z Rosji, to co innego :D). Samochód był zaparkowany niedaleczko, chwilę jeszcze deliberowaliśmy, czy to już wszystko. Nie wszystko. Pojechaliśmy w kierunku Stefana, Kochany zaparkował Na Merrion Sq W, stamtąd wybraliśmy się do Tower Records i Hodges Figgis. W tym drugim kupiłam sobie The Summer Book Tove Jansson. Ja wiem, że Ulisses (aktualnie zalatujący kocimi siuśkami) jeszcze nieprzeczytany, ale co zrobić, jak mnie mózg swędzi.

Wracaliśmy do Babci przez Stefana oczywiście; po drodze niespodziewanie załapaliśmy się na protest, którego chwilę wcześniej nie było (szybka organizacja). Przeczytałam niektóre plakaty; no, nie wiem. A Stefan oczywiście pełny, jak zawsze w weekend, gdy są nadzieje na brak deszczu.
Po powrocie na wieś od razu zajrzałam do Anne, która w drodze informowała mnie, że założyła w domu alarm i dołączy mój kod osobisty, żebym mogła do niej wpadać, kiedy zajdzie taka potrzeba. Wyjaśniłyśmy sytuację z imigrantem zżerającym naszych sąsiadów. Lubię Anne, jej gościa nie :)
I znowu kłopot. Widać wyraźnie, że Maniowe oczko się pogarsza, tak od dwóch dni obwódka prawego oka jest trochę za bardzo różowa, a po południu zastartowało zapalenie. Było przed szóstą, czyli wet działał w systemie awaryjnym, więc sobie wzięłam na wstrzymanie. Zakropiłam jej oczko kropelkami, które dostaliśmy poprzednio, ale nie możemy na tym jechać bez końca, bo sterydy, więc to tylko próba odłożenia problemu w czasie. Ech. Na razie dziewczyny jedzą za trzy koty, ale martwię się, że jest to poważniejsze gówno ze schronu. Czy to nie świetna ilustracja, że trudny start może się wlec za kotem/człowiekiem jak smród?