Strony

czwartek, 31 lipca 2025

2053. 41 dzień lata.

Kochany przyjechał po mnie o trzeciej. Pogoda szara i duszna, spotkaliśmy się w Czarnej nad kaffkami, w samym kącie na tyłach kawiarni. Nie chciało się nam od razu jechać do domu, poszliśmy więc jeszcze do Scotch Hall, w zamierzeniu do księgarni, ale zamiast książek, Kochany kupił w sklepie po drodze trzy płyty dvd.

Reszta dnia domowa. Zanim mąż wyjechał, zrobiliśmy kotom spacer (Bronce udało się wydostać z szelek, na szczęście wydarzyło się to, gdy byliśmy w ogrodzie z tyłu domu, i mała kombinatorka natychmiast wpadła w nasze ręce).

Czy doczytam dziś do końca The Summer Book?

Lipiec:

środa, 30 lipca 2025

2052. Dwa ...

... prezenty od Freda: szary, mięsisty szal Smedleya, oraz podkoszulek Majestic Filatures — takie rzeczy zastałam po wejściu do domu, zakupione przez Kochanego dla moi. Ściągnęłam spodnie i natychmiast wskoczyłam do łóżka, bo mózg właśnie zaczynał reset i odejmowało mi władzę nad kończynami. Gdy przed szóstą wydobyłam się z czeluści sypialnianych, mąż kończył gotować obiad (mielonka mózgu nie wiem czym jest podyktowana, najpewniej niedosypianiem; między pracą a powrotem do domu poświęciliśmy jeszcze kilka chwil na obejrzenie, jakie dostępne lodówki wychodzą naprzeciw naszym nietypowym marzeniom lodówkowym — wczoraj na dobre padła zamrażarka). 

Wieczorem, zanim Kochany wyjechał do miasta, długa rozmowa z Usz z okazji jej urodzin. Skupienie było na kotach, bo szwagierka też jest kotamamą, oraz na problemach rodzinnych.

Rozpadało się, nici z kociospacerów. Kochany pojechał już do Pieseła. Właśnie skończyłam oglądać zamknięcie deserowego czerwca :D Przed chwilą nad wieś dotarło oberwanie chmury, które Fred mijał w drodze na północ; kałuże deszczówki lśnią pożyczonym światłem.

2051. Nadal o wtorku.

W biurze defekt mózgu. Messengerowo złapałam mamę, gdy ze "zrobionym okiem" wybierała się do medycy pracy. W ramach ratowania połączeń nerwowych przed atrofią, po południu poszłam z buta w kierunku Kochanego. Byłam 45 minut przed czasem, po drodze spotkałam zbolałą Ger Bez Zębów Na Przedzie (ostatnio widziałam ją ze sztuczną szczęką, ale spoko, widocznie było jej wygodniej bez). Ger pożaliła się, że woreczek żółciowy ma do usunięcia; życzyłyśmy sobie szczęścia.

Kochany wychodząc z pracy zwrócił mi uwagę, że za €2 można u nich nabyć kilka książek w ramach akcji charytatywnej. Mam więc cztery stare-nowe lektury do przemiału intelektualnego, w tym Lorda Jima oraz autobiografię Briana Blesseda.

Zmierzaliśmy do domu raczej szybko i stanowczo, ale dzień nie należał do dobrze zorganizowanych w mojej głowie — albo dłużyzny, albo za dużo na raz ("za dużo na raz" stłoczyło się w domu, odnosiłam wrażenie, że czas galopuje i nie mam przestrzeni, żeby pomyśleć). Lodówka zdecydowanie niedomaga (trzeba było zlikwidować dużą kałużę w Kuchniosalonie). 

Gdy tylko Mleczaki wypuściły się na spacer, pojawili się ludzie. Najpierw zapukaliśmy do Anne, żeby jej pokazać nasze niedorostki w szelkach (zostało to bardzo miło przyjęte; dwaj koci lokatorzy łypali na nasze myszy z korytarza). Następnie z domu sąsiada z prawej wyszły dwie dziewczynki, Sofi i Kara. W pierwszej kolejności pogłaskały wyrywającą się Bronkę, potem znacznie odważniejszą Mańkę. Po jakimś czasie z tego samego domu wychynęła kobieta, którą już znam z widzenia, towarzyszyła jej jeszcze mniejsza dziewczynka. Dziewczynka miała na imię Kejli, siostra Kary, córka krzywozębnej Nikity, synowej sąsiada, Dżona. Myszy poznały więc kolejne osoby. Sztos. 

Gdy Kochany wyjechał, próbowałam wyciszyć szum we łbie, ze skutkiem średnim. Może jutro (piszę to jutro).

poniedziałek, 28 lipca 2025

2050. Lato Tove, spacery, przygoda, włos mokry.

Kochany przyjechał po mnie rano i zawiózł mnie do pracy. W przerwie byłam na kawie z książką. The Summer Book Tove Jansson (Sort of Books, 2022) zaczęłam czytać już wczoraj późnym wieczorem. Dodatkową radością natchnęła mnie wiadomość, że ja tu sobie czytam, a przecież niedawno weszła do kin ekranizacja z Glenn Close. Co jeszcze wymyśliłam w związku z tym tekstem? Chciałabym posłuchać wersji audio, ale po szwedzku. Pomaszerowałam również na drugą stronę rzeki, o tak:

Po południu zwinęliśmy się z miasta niby szybko, już już wjeżdżaliśmy na naszą ulicę, ale trzeba było zawrócić, najpierw do jajomatu, potem na stację benzynową. Czyli po pół godzinie znaleźliśmy się mniej więcej w tym samym miejscu :D

Na obiad kartofflen z koperkiem, kefir i jajka, po obiedzie kocia drzemeczka, a potem koci spacer. Ileż ludzi dzisiaj maluszki poznały — zajrzeliśmy do Anny u której były dwie sąsiadki, zaczepili nas członkowie rodziny sąsiada z prawej, w końcu pod naszym domem przechodziła Iva z Lucy. Ileż zapachów, jaka dżungla i przygody!

Więcej kocich zdjęć na kocim blogu, bo inaczej w nich utonę :)

Kochany musiał pojechać do Pieseła, chyba trochę bez entuzjazmu wobec wszystkich kocich czułości dnia dzisiejszego. Rzutem na taśmę jeszcze przywitał się z Anne szczęśliwie powróconą na łono osiedla po dłuższym pobycie na zachodzie. Zbyt późno umyłam włosy, będzie ślęczenie, picie herbaty, czytanie historii.

niedziela, 27 lipca 2025

2049. Niedziela jak z bicza.

Czy jak człowiek budzi się w niedzielę o ósmej, to powinien napisać, że zaspał? Ależ sobie chrapnęłam, maluchy już czekały, w Kuchniosalonie sajgon.

Rozmowa z mamą trwała ponad półtorej godziny i traktowała o wszystkim, o pogodzie, o śpiących myszach, o grubym Wojtusiu, o programach kryminalnych, o nędzy USA, o rodzajach lodówek. Obok siedział tatko i dodawał swoje uwagi, w szczególności na temat urody Mleczaków, bo tatko i koty to wiadomo.

Przed powrotem Kochanego na obiad dokończyłam niedokończone Wyznania hohsztaplera Feliksa Krulla Tomasza Manna (PIW, 1957). Tzn. dokończyłam czytanie książki, której Mann nie zwieńczył zakończeniem (gdyż mu się umarło).

Mleczaki cały dzień były prawie grzeczne. Kochany kupił im nową zabawkę (kartonowy labirynt z grzechoczącą piłeczką). Silikonowa podkładka pod kocią kantynę zdaje egzamin, maluchy zaakceptowały również powrót szarej, filcowej budki, obecnej w ich życiu w pierwszych dniach pobytu tutaj, potem przypadkowo osikanej. Bronia obwąchała ją ostrożnie i zaanektowała, od czasu do czasu walcząc o miejsce z siostrą.


Jakie te dzieci są śmieszne, rzekłam.
Dobrze że mamy duży dom, przydowcipnił mąż.
Całe szczęście.

Wieczorem rozmawiałam facebookowo z Kamą. Niestety, jak ktoś na dłużej odchodzi od blogowania, wspólne drogi robią się iluzoryczne, gubią się w gąszczu spraw.

Kochany już zapewne w El Paso pertraktuje z Piesełem.

sobota, 26 lipca 2025

2048. 36 dzień lata.

Tym razem sen już spokojniejszy, obudziłam się tylko raz i dospałam do godzinny niebudzikowej. Pierwsza część soboty upłynęła mi na obserwowaniu szalejących Mleczaków oraz (to mniej przyjemne) lodówki, która chyba nie pracuje tak, jak powinna; przetarłam kilka powierzchni płaskich, które zalazły brudem życia; czytałam; nadrobiłam oglądanie paru najnowszych vlogów Emisi, np. tego.

Anne przesłała mi link z informacją, że będziemy mieli okazję przetestowania nowej kawiarni, gdyż właśnie miejsce prowadzone przez Ukraińców otwarte zostało na dublińskiej Clanbrassil. Ze zdjęć wynika, że serwują pierogi!! Z pewnością, choć nie w ten weekend. Kochany z El Paso pojechał prosto do pracy i wrócił do domu na kilka godzin popołudniowych, żeby wieczorem znowu udać się na północ. 

W czasie pobytu Freda w domu, zadzwoniliśmy do mojej świekry, złożyć jej życzenia. Mama Freda była bardzo radosna, objechała dzisiaj Lublin z Usz i Szwagrowskim, jadła w żydowskiej restauracji, przekazała nam swoje wrażenia. 

Ach, i był kolejny spacer myszowy, tuż przed wyjazdem Kochanego do miasta. Zjawił się imigrant, trochę syczał, ale koniec końców musiał uznać, że to nie jego ogródek. Myszy w ekstazie; żeby je pocieszyć po zakończeniu przygody, musiałam zapchać ich małe brzuszki zawartością kolejnej saszetki. 

Szaro, na ulicę kropi drobniutki deszcz. Gdy Fred wychodził już do samochodu, podszedł do nas Majk zafascynowany Manią siedzącą w oknie nad zlewem. Starszy sąsiad pośmiał się z kotów błyskając do maluszki swoim złotym zębem (wypatrzył też Bronkę w głębi Kuchniosalonu, zerkającą na niego z drukarki), pokiwał Mani palcem (Mania odpowiedziała łapką), dobra taka radocha.

piątek, 25 lipca 2025

2047. Znowu piątunio?

Jak zwykle, pierwsze noce bez Kochanego skutkują snem nędznym. Budziłam się z kołataniem serca i mościłam się w piernatach bez końca. Nic dziwnego, że wstałam z oczami jeszcze bardziej podkrążonymi niż zwykle i w pracy padałam z nóg. Tak jak wczoraj zaplanowaliśmy, spotkaliśmy się z małżonkiem mym ponownie trochę po południu i pojechaliśmy na zakupy. Przy okazji kupowania żwirku pomyśleliśmy też o zabawkach (wypchane myszy i piłeczki). Szczególnie Bronka doceniła wydatek.

Po obiedzie kilka minut ogrodowego spacerniaka. Naszła nas przy tym córka sąsiadki z małym Ethanem, który bardzo chciał pogłaskać dziewczynki (udało mu się z Manią). Po dziesięciu minutach pełna ekscytacja oraz bunt, że trzeba wracać do domu.




Kochany znowu wyruszył w trasę do El Paso. Przed chwilą rozmawialiśmy, jak się ma Pieseł stosujący swoje typowe triki, które zazwyczaj działają w tym domu (chociaż nie z wujkiem Fredem, nie wiedzieć czemu ;)). Myszy zmęczone protestami zapadły w drzemkę.

czwartek, 24 lipca 2025

2046. Rozstanie.

Wczoraj mało jadłam, nie byłam jakoś specjalnie głodna. Pewnie stres, choć nie powiedziałabym, że tak to u mnie zazwyczaj wygląda. Konwergencja? Małżonek czuje się jeszcze nie nadzwyczajnie i stosuje coś na kształt pomocniczej diety (na obiad ryż, dorsz i marchewki gotowane na parze). Z powodu narkozy Kochany nie mógł przez 24h prowadzić samochodu, więc dopiero teraz właśnie wyjechał do El Paso. Będzie tak przez jakiś czas — Fred sprawuje od dzisiaj opiekę poranno-wieczorną nad Piesełem (nocuje u przyjaciół, w pustym domu), ja zostaję z Mleczakami, żeby patrzeć jak demolują Kuchniosalon. Spotkamy się ponownie jutro po południu.
___
edit 21:48 po kolacji. Mleczaki są przesłodkie (Kochany je rozpieścił, więc przed snem przyłażą się połasić, a Mańka to wręcz włazi mi na głowę, zajada włosy, mruczy do uszka). Rozmawiałam już z Kochanym, który spacerował Pieseła i robił zdjęcia krowom. 

Ha, myszy miały dzisiaj drugie wyjście w uprzęży (wydarzyło się to, gdy mąż był jeszcze w domu, on zajmował się Maryją, ja Bronisławą), nie można tego nazwać spacerem, bo myszy raczej ostrożnie pełzały gotowe natychmiast wskoczyć w krzaki. Na maluchy wychowane w cieplarnianych warunkach Kuchniosalonu zimno dzisiaj, więc całe wydarzenie trwało nie dłużej niż dziesięć minut.

środa, 23 lipca 2025

2045. Wyprawa szpitalna ...

 ... Freda trochę jednak trwała. Anne była tak miła, że w swojej podróży do Galway zawiozła nas polnymi drogami pod same drzwi. Jak na złość, wszędzie roboty drogowe i jazda, w zamierzeniu półtoragodzinna, trwała godziny dwie (byliśmy dokładnie o czasie, Kochany prawie zaraz został zgarnięty przez personel).

Przebimbałam następne cztery godziny czytając powieść w szpitalnym barze, zanim mąż mógł się odezwać. Jeszcze godzina na dojście do siebie po anestezji i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną. Pierwszy problem pojawił się na przystanku. Najbliższy autobus nr 120 odwołano. Mieliśmy szczęście, bo nie czekaliśmy na niego sami; zaczepił nas chłopak będący w takiej samej sytuacji, zamówił taksówkę, zabraliśmy się z nim na dzielony rachunek (€22.50) do Celbridge (nigdy wcześniej nie słyszałam tej nazwy), żeby tam wsiąść w podmiejski C4. Autobusem, którego cena bardzo mnie zaskoczyła (zaledwie €2.60), dojechaliśmy już całkiem blisko domu celnego i nawet chwilę czekaliśmy tam na kolejne połączenie, ale Kochany zorientował się, że jeden pojazd odszedł chwilę wcześniej, więc może warto pójść na pociąg ruszający za kilkanaście minut z O'Connella (€7.80). W Drołdzie byliśmy zdeczka zmęczeni, więc zamiast marszu na kolejny dworzec zapukaliśmy do okna taksówki (€30). W wyprawie najdroższe były właśnie połączenia taksówkowe, ale za luksus bycia wcześniej w domu, żeby nakarmić poważnie zaniepokojone myszy, trzeba płacić. 

Fredowy dochtór miał na imię Osama. Chłopak z przystanku autobusu nr 120 to Abi z Indii. Naszym pierwszym taksówkarzem był Ankar (zapewne Sikh), drugim Oludare (zapewne z Nigerii) — zapisuję dla pamięci myśląc o tych wszystkich rasistowskich niedojdach chowających się po kątach, udających mądrych i dobrych, które ani be, ani me, ani kukuryku.

Byliśmy w domu o dziewiątej, myszy na koszach i drukarkach, z szeroko wybałuszonymi oczami, wygłodzone jak wilcy. Za chwilę zapukała do nas Katlin i wręczyła mi paczkę z kocimi szelkami. Szybko przyszły, dobrze, że sąsiadka przejęła je bezproblemowo. Musiałam jeszcze na chwilę wyjść do Anne, podrzucić jedzenie imigrantom, wstawić puste kosze na śmieci (pierwszy raz użyłam nowego alarmu). Przymierzyliśmy uprzęże; każdy Mleczak na chwilę wyszedł w szelkach na dwór żeby zobaczyć piękny sens niewygodnego ubranka (na Mańkę pasowały idealnie, poza tym możliwość wyjścia za próg oczarowała ją totalnie; Bronia jest nieco za chuda do wdzianka i ostrożniejsza w eksploracji; dorośnie). 

Padam na twarz. Kochany źle się czuje nie bez powodu. Mleczaki rozrabiają 

wtorek, 22 lipca 2025

2043-2044. Początek tygodnia.

Poniedziałek. Od rana deszcz, który zanikać zaczął dopiero, gdy wracałam do domu. Kochany zrobił obiad. W trakcie mojego zalegania w łóżku z laptopem i kawą, zapukała kocia-ciocia i przyniosła Mleczakom interaktywną zabawkę; korzystając z niespodziewanej wizyty, za pośrednictwem Anne kupiłam na brytyjskim amazonie dwie uprzęże dla kotów, w rozmiarze małym, po taniości, bo wiadomo, że wyrosną. 

Aktywności ciekawych brak. Rozmawiałam chwilę z mamą licząc na jakieś sensacje — nic z tego, jedyna pewna wiadomość: upał continues, inaczej niż u nas. Przez chwilę wybierałam ew. film na wieczór — zmęczyłam się zanim podjęłam decyzję; wypatrzyłam jedynie, że niedługo premiera kinowa Vinci 2 (mocna obsada). Koty przez godzinę szalały na nowej zabawce i Bronka zupełnie zapomniałaby o kolacji, gdyby nie wiecznie głodny Maniutek. Powrót do ćwiczeń, na razie kwadrans (zasapuję się).

Wtorek. Pochmurno. Wzięłam na jutro wolne, żeby towarzyszyć Kochanemu w wycieczce szpitalnej. Wystarczyło, że kupiłam coś na amazonie, a już przyszedł mi link ze scamem (mendy kryją się po norach, zawsze są jednak gotowe wyjść przy najmniejszym poruszeniu potencjalnej ofiary). 

Maniutkowe oko przemywam ciepła wodą, na razie jest okej, chociaż ani w tę, ani we w tę; koteczka mruży oczko teatralnie, aż czasem podejrzewam ją o intencjonalne poszukiwanie uwagi.

Wieczorem Kochany zmęczony specyfikami; słuchamy wykonania Grendela z 1983. Standardowa inspekcja podłogi za tapczanem, Fred przyświeca, ja robię przysiady. Od cyklicznego kicania na jednej nodze coś sobie zrobiłam w biodro, więc tak się chichramy z Kochanym, gdy zapieram się o tapczan, żeby wstać. Emerytura daleko, entropia pogania (pierdolę, nie ćwiczę).

poniedziałek, 21 lipca 2025

2042. Senność i deszcz.

Ich habe ausgeschlafen. Ausgeschlafen tak bardzo, że nie zauważyłam, kiedy Kochany wyszedł nakarmić Mleczaki i wrócił do łóżka. Wszystko było więc opóźnione; akurat wcinałam klementynki na deser, gdy Kochany wpół do dwunastej jadł pierwsze śniadanie, jajecznicę w gęstym towarzystwie czerwonej cebulki. Reszta dnia też była bardzo powolna. Dopiero po drugiej zorientowałam się, że dobrze byłoby umyć włosy (które zawsze suszę naturalnie, więc zabiera to godziny całe), skoro na wieczór jedziemy do Ka&Jot i później będzie za późno. Z rzeczy miłych, oczko Mani chwilowo ustabilizowało się na krawędzi zapalenia, maleństwo mruga, trze, ale nie dzieje się nic gorszego; w porze obiadu rozmawiałam z mamą i trochę z tatą (tatko ma nowy telefon, wypróbowałam jego nowy numer na WhatsAppie); blogowanie.

O szóstej wybraliśmy się do przyjaciół (najpierw zakupy w Lidlu i Tesco, podróż w deszczu). Po nasiadówce przy herbacie obejrzeliśmy Ikara (2017), dokument Bryana Fogela o przekrętach z dopingiem wśród sportowców. Deszcz spowolnił nas na tyle w drodze powrotnej, że wróciliśmy do demolki myszowej dopiero przed chwilą.

sobota, 19 lipca 2025

2041. Kawa w Dublinie i koty.


Jak widać na powyższym obrazku, Bronisława przygotowuje się do pierwszych prób literackich. Maryja zaś ... jest słodka (rano zupełnie rozbroiła mnie pewną sytuacją — po drzemce, zaspana, pomaszerowała do kąta i nastawiła puchatą dupkę do sikania. Gdy ją złapałam, miauknęła, jakby się dopiero obudziła, wsadziłam ją do żwirku, pokazałam palcem, maluszek podrapał w tym miejscu i ładnie zrobił siusiu. Czy my mamy kotkę-lunatyczkę?)


Po śniadaniu pojechaliśmy do Dublina. Bo w głowach mamy nie po kolei: wczoraj na Instagramie wpadła mi w oko kawiarnia na Cork St i pojechaliśmy na kawę, do flower & bean.



Dobre miejsce. Zrobili nam kaffkę z aeropressu, kupiliśmy ziarna prażone przez 3fe (które są też w El Paso, ale kto nam zabroni?), a Fred na odchodnym nabył jeszcze dzbanek z sitkiem do macerowania ziaren na zimno. Pani sprzedająca zapytała go skąd jest, bo ona I'm sorry, I'm from Slovakia. Na co ja wypaliła You don't need to be sorry, it's a beautiful country (aż miałam ochotę powiedzieć, że gdyby była z Rosji, to co innego :D). Samochód był zaparkowany niedaleczko, chwilę jeszcze deliberowaliśmy, czy to już wszystko. Nie wszystko. Pojechaliśmy w kierunku Stefana, Kochany zaparkował Na Merrion Sq W, stamtąd wybraliśmy się do Tower Records i Hodges Figgis. W tym drugim kupiłam sobie The Summer Book Tove Jansson. Ja wiem, że Ulisses (aktualnie zalatujący kocimi siuśkami) jeszcze nieprzeczytany, ale co zrobić, jak mnie mózg swędzi.


Wracaliśmy do Babci przez Stefana oczywiście; po drodze niespodziewanie załapaliśmy się na protest, którego chwilę wcześniej nie było (szybka organizacja). Przeczytałam niektóre plakaty; no, nie wiem. A Stefan oczywiście pełny, jak zawsze w weekend, gdy są nadzieje na brak deszczu.


Po powrocie na wieś od razu zajrzałam do Anne, która w drodze informowała mnie, że założyła w domu alarm i dołączy mój kod osobisty, żebym mogła do niej wpadać, kiedy zajdzie taka potrzeba. Wyjaśniłyśmy sytuację z imigrantem zżerającym naszych sąsiadów. Lubię Anne, jej gościa nie :) 

I znowu kłopot. Widać wyraźnie, że Maniowe oczko się pogarsza, tak od dwóch dni obwódka prawego oka jest trochę za bardzo różowa, a po południu zastartowało zapalenie. Było przed szóstą, czyli wet działał w systemie awaryjnym, więc sobie wzięłam na wstrzymanie. Zakropiłam jej oczko kropelkami, które dostaliśmy poprzednio, ale nie możemy na tym jechać bez końca, bo sterydy, więc to tylko próba odłożenia problemu w czasie. Ech. Na razie dziewczyny jedzą za trzy koty, ale martwię się, że jest to poważniejsze gówno ze schronu. Czy to nie świetna ilustracja, że trudny start może się wlec za kotem/człowiekiem jak smród?

piątek, 18 lipca 2025

2040. Kilka godzin ...

... w pracy; skończyłam czytać Fajdrosa (wolnelektury.pl), ale to jest ten przypadek, gdy tekst nie trafił na dobry czas. W południe spotykamy się z Kochanym w Czarnej, pijemy kawy i wracamy do samochodu. Dzień szary i deszczowy, gdzieś jednak w czasie naszego przemieszczania się, na miasto opadło gorące powietrze. Gdy robiliśmy zakupy w sklepie dla zwierząt i Lidlu, nie mogłam chodzić w kurtce przeciwdeszczowej, taka duchota.

Popołudnie w domu. Kochany usmażył wątróbkę. Na pewno drzemałam. Zaktywizowałam się w którymś momencie, gdy małżonek zadzwonił do swojej mamy, żeby mieć z głowy życzenia (wykład zrobiłam o kotach, średnio przytomna). Nowa lektura: Wyznania hohsztaplera Feliksa Krulla Manna z biblioteki w Dublinie.

czwartek, 17 lipca 2025

2039. Czwartek ...

... zaczął się źle. Najpierw informacja o śmierci Kołaczkowskiej, potem kot, którego dokarmiam w czasie nieobecności Anne, zabił kosa przylatującego do naszego ogrodu. Poinformował mnie o tym, wrzeszcząc w niebogłosy, z ptakiem w pysku. Więcej się do niego nie odezwę. 

W pracy lepiej, audyt finansowy odbył się ekspresowo; jedna osoba sprawiła nam przyjemność wpadając zupełnie niespodziewanie i poprawiając statystykę, o innej dowiedziałam się z emilka. Już o drugiej byłam gotowa do wyjścia; wcześnie, więc pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, tym razem podane jak się należy.

Powrót z El Paso w deszczu, z płytą kamienną The Cure:
Kjurowe takie, mówię.
Tak, Beksiński spokojnie mógłby się chlastać.
Tylko, że już się pochlastał. Właśnie dlatego uważam całe to chlastanie za przereklamowane.
Jednorazówka, filozoficznie przytaknął małżonek.

W domu, Fred zrobił obiad (długo przygotowywał wołowe kotlety mielone, gdy konwersowałam z mamą o naszych myszach — mama podzieliła się kocimi wiadomościami z domu: dzika kotka, która zrobiła rodzicom prezent w postaci kociąt, została dwa dni temu wysterylizowana, i goi się jak na kocie). Wieczorem wyszliśmy do ogródka; Kochany pochował kosa pod kwiatkiem, który kupił jakiś czas temu. Kwiatek nazywa się kangurza łapa albo anigozanthos. Resztki murawy oraz parę obciętych badyli wyniosłam na Rysiową górkę; tak niedawno pan kos kładł się tam i zażywał słonecznych kąpieli. Teraz myślę sobie, że przybysz regularnie przepłasza nam ptaki, o przerażonym hałasie porannym u skrzydlatych sąsiadów już nie wspomnę, bo to nie może być dobry zwiastun.

Folguję sobie ostatnio, nie ćwiczę prawie wcale; zamiast tego poświęcam czas na oglądanie najnowszego mietczynskiego (z Kochanym), który nadal jest w deserowym czerwcu. No i świetnie, Fajdrosa jeszcze ogarnę (już przeczytałam, zostały jeno przypisy i komentarze).

środa, 16 lipca 2025

2038. Mleczaki ...

 ... które ostatnio z upodobaniem nazywam Myszami, były dzisiaj na drugim szczepieniu. Bronia znacznie bardziej wycofana, chciała wracać do domu, widocznie pamiętała wypadki z ostatniej wizyty. Się okazuje, że te nasze Myszy przypakowały, każda waży już prawie półtora kilo (Bronka nadal trochę mniej, ale po powrocie do domu ze zdwojoną siłą wzięła się za niwelowanie nierówności kotospołecznych). A Mańka to królowa dramatu; gdy dostała zastrzyk, położyła się na boku prawie jak nieprzytomna: kujnęłaś mję, umieram, żegnaj świecie! Wystraszyłam się, tymczasem to był tylko happening małej kluski, która za chwilę zaczęła na nowo rozrabiać. 

Miałam ochotę na wspólną kawę po pracy, ale najpierw koty, potem Kochany podjechał do rzeźnika, wrócił ze stekami i zrobił obiad, który skończyliśmy jeść około szóstej. Za późno na niespieszne wędrówki kawowe, chętka na zakupy też mi przeszła. Rano i wieczorem wizyta u kotów Anne, ale bardzo szybka, to co innego niż opiekowanie się Junoną, sprint, wrzucenie karmy, sprawdzenie kuwet i wsio. Pogoda niewyraźna, dwudziesty piąty dzień lata aurą nie zachwyca. Kochany potwierdził badanie w następną środę; nie dość, że odbędzie się to spory kawałek od domu, to jeszcze po badaniu Fred nie może kierować, więc ambaras. Czytanie Fajdrosa idzie jak krew z nosa.

wtorek, 15 lipca 2025

2037. Robi mi się ...

... z tych dni pracowniczych jakieś dzień za dniem. Budzę się, jem, jadę, potem trzeba coś zrobić, wracam (dzisiaj autobusem, patrząc na siwe odrosty Ivy, leje, aż Blake chodzi od okna do okna, żeby wszystkie pozamykać). Kochany podekscytowany mocno zapowiedzią poważnego badania, które odbędzie się dopiero w następną środę, ale już wzbudza emocje; dobrze, że to się w końcu wydarzy, czekaliśmy kilka miesięcy. Pamiętam, żeby późniejszym wieczorem iść do sąsiadki i sprawdzić, jak się mają czarno-białe imigranty (kuwety na razie puste, widocznie koty wolały wyskoczyć do ogródka); piękne są, dorodne, ciekawe czy Bronka osiągnie takie rozmiary. Na razie Bronia jest wielkości suchego skrzata, a ruchami przypomina łasiczkę, jej kościsty kręgosłup przedziwnie wygina się w garbate esy floresy. Dzisiaj w trakcie zabawy koteczka znalazła na półce różową mysz, zabawkę wujka Ryszarda i obchodziła się z nią dość zaborczo (w myszy była chyba kocimiętka, bo Mleczak dostał ataków głodu na chrupki i ogólnie był nad wyraz podekscytowany). Oczko Maniowe ma się dobrze, problemy z pyszczkiem nie wróciły, zobaczymy, co jutro powie wet. Dziewczyny mają mnóstwo energii i w zabawie się nie oszczędzają (Bronia od weekendu ma lekko zranione prawe uszysko, ale nie chowa urazy).

poniedziałek, 14 lipca 2025

2036. Zmiana ...

... pogody. Już bardzo wczesnym rankiem, około czwartej, padał deszcz. Poza tym nic takiego się nie dzieje, poniedziałek pracowniczy (Lily leci do Paryża, a kolejna pani Stempelek, Filipino Girl, stwierdza, że jeśli chodzi o plaże w Irlandii, she's not impressed; Anne zaspana, jeszcze w szlafroku zagaduje mnie, czy pilnowanie jej kotów moją osobą jest aktualne); wychodzę z pracy tak niefartownie, że za chwilę jestem mokrą kurą w porkpaju. Jedziemy z Kochanym do Lidla, potem do Costy na kawę i pączka. Od tego pączka nie chce mi się jeść obiadu. Wieczorem oglądamy ... co oglądamy kotamamo, kotato?

Śmiertelnie proste (1984), pierwszy film braci Coenów.

niedziela, 13 lipca 2025

2034-2035. Przez weekend.

Sobota. Odkrywam dwa miejsca siuśkowe (dezynfekuję je wodą z octem). Wykorzystuję pogodę pralniczą: piorę moje wełniane spodnie od dresu (ręcznie) oraz włączam Mani kino (pralka pierze zielony kocyk, który zaczął być pełnoetatowym kocykiem Mleczaków). Wychodzę do sklepu na rogu po loda w wafelku, przy okazji chwilę przystaję obok bardzo zmęczonej Anny. Anna rozmawiała wcześniej z Patrikiem; zauważyłam, że Pat (jeden z kilku lokalnych wiejskich głupków) wpada do niej od czasu do czasu, Anna jest uprzejma, ale wydaje się za nim nie przepadać (gdy sąsiad odchodzi, sąsiadka narzeka, że Pat wpada niespodziewanie i gada od rzeczy, a to ją męczy), z drugiej strony sama jest nieskładna, kilka razy pyta mnie o to samo, co z kolei męczy mnie. W końcu oddalam się mamrocząc pod nosem, że mus, bo przecie opieka nad kotami (kit; tak naprawdę wracam do ogródka na tyłach domu i jedząc loda we własnym towarzystwie patrzę na piękny świat). 

Oglądam filmik o projekcie Greensleeves. Śpię. Mańka dołącza na tapczanie w Kuchniosalonie. Robię obiad. Fred wraca z pracy i jemy. Słodkości wyglądają teraz tak:


Małe ladaco zdrowsze, za to po południu znowu siuśka, a potem tarza się w żwirku. Kochany nie wstydzi się iść nad morze z żoną z nieogolonymi nogami, więc idziemy. Nogi nieogolone, bo mi się nie chce, a żar leje się z nieba taki, że jest to właśnie ten jeden dzień w roku, gdy krótkie spodenki są koniecznością.

Wieczorem mietczynski, podobnie jak wczoraj (tym razem zerkamy w łóżku, przed snem).

Niedzielę zaczęłam o szóstej trzydzieści. Soundtrack mózgowy: Greensleeves oraz The Pogues Thousands Are Sailing (w piątek wracaliśmy z tą dokładnie piosenką z Carlingford). Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać platońskiego Fajdrosa, dzisiaj kontynuuję niespiesznie, częściowo polegując na tapczanie w towarzystwie Bronki. Rozmawiam długo z mamą, głównie o kotach oraz o kuzynie. Po powrocie Freda z pracy ostatni antybiotyk Maniowy. Obiadujemy. W radiofrance.fr słucham początku La Calisto Cavallego, na żywo z festiwalu Aix-en-Provence. Ponieważ był kolejny dzień upału, zdecydowałam się jednak przerwać sobie słuchanie i wyjść z Kochanym na spacer nad morze. Sałata nadal nieładnie pachnie.

Wracamy na końcówkę La Calisto. Włosy trzeba umyć. Octuję podłogę za tapczanem (gorąc!). Straszę maluchy dźwiękiem suszarki (nigdy wcześniej nie widziały tego urządzenia). Nie dokańczam oglądania długiego wywiadu z Schuhardtem.

piątek, 11 lipca 2025

2033. Przepiękny ...

... dzień (który musiałam zacząć od pracy :E, cóż), niezwykle ciepły, z mgłą morską przedzierająca się w kierunku lądu; przeczytałam sztukę Jona Fossego, The Dead Dogs (Oberon Books, 2014); porozmawiałam z szefową szefów, z rozmowy wynikła możliwość, że we wrześniu przejmę dowodzenie z automatu, łatwiej niż to wyglądało w czasie rozmowy o pracę.

Kochany przyjechał po mnie Babcią, jeszcze na chwilę podjechaliśmy do domu wywiesić pranie w ogródku. I do Carlingford, bo szkoda dnia. Na początku także tutaj zaskoczyła nas mgła zagnieżdżona w zatoce ...

Parkując natknęliśmy się na Aś; przyjaciółka pościła, ale nie miała problemu, żeby towarzyszyć nam w lunchu, więc we troje zaszliśmy do Ellen. Rozmowa była głównie o kotach. Okazuje się, że Aś z partnerem też ostatnio adoptowali mleczaka, całego białego (dostał biblijne imię, co mję wcale nie dziwi ;)).

Po obiedzie lody i spacer do mola, posiedzenie na naszej ławce, powrót przez zamek króla Jana.


W domu antybiotyki i patrzenie jak Mleczaki wcinają. Anne wpadła do nas, gdy maluchy były już po kolacji — przyniosła dary, dwie grube linki do gryzienia. Maniowe oczko wygląda dzisiaj prawie jak zdrowe. Siedzimy w przegrzanym Kuchniosalonie i nie robimy nic ważnego, Kochany przygotowuje się mentalnie do pracowniczego weekendu.

czwartek, 10 lipca 2025

2032. Dwudziesty dzień lata.

Rano napierdalanka kocia, oczko Maniusiowe wydobywać się zaczęło z zaczerwienionej powłoki, wrócił wigor, wróciły siuśki. Miałam niepokoje, bo dzisiaj gównażeria zostawiona na ponad dziesięć godzin sama w domu, ale cóż zrobić, chrupki i żwirek są za pienioszki, matka z ojcem poszli do pracy, coby głodu i smrodu w domu nie było.

Odnotowuję więc o poranku, że pani Stempelek któraś tam, młoda miła dziewczyna z pieprzykiem, ma na imię Lily.

W biurze byłam sama, z wszystkimi papierami odhaczonymi, więc zaczęłam się gnieździć jak kwoczka, a to laminować, a to plakaty i informacje przypinać pinezkami, miejsce swoje znaczyć (zdjęć rodzinnych jeszcze na tablicy nie ma, ale będą, oj, będą, mąż z kotami i bez kotów); zadzwoniłam do tatki, który w kowbojskim kapeluszu załatwiał sprawy i nosił przy sobie telefon, bo wczoraj mu mówiłam, żeby nosił.

Na tyłach biura jest podwórko zamkniętego blokowiska. Tuż po południu, zaparzając którąś z kolei herbatę, obserwuję kobietę z piątką dzieci, najmłodsze może mieć z dwa latka. Afganka? Czarna suknia, ale różowa chusta zasłaniająca twarz (niqab?), chętnie wyszłabym zagadać, jednak kobieta znika, gdy czajnik kończy gotowanie. Rodzina najpewniej zajmuje mieszkanie na pierwszym piętrze, tak wynika z przemieszczania się drobnicy, która regularnie zbiega i wbiega na zewnętrzne, metalowe schody.

Wyszłam z placówki pół godziny po trzeciej, nie doczekawszy się śladu emilkowego zainteresowania, po doczytaniu ostatniej strony książki Zsuzsy Bánk Śmierć przychodzi nawet latem (Czarne, 2023). Za zakrętem wpadłam na naszego Li, któremu głupi brat ogolił głowę na jeża. Zaprosiłam Li na jutro, może tym razem przyjdzie; widać, że chłopak jest kompletnie zagubiony i szuka przyjaznej twarzy. Potem już standardowo, marsz do Freda, miastem, następnie chodnikiem wzdłuż szpalerów budlei (o jakże mi dobrze wpadło do łba, żeby założyć sandałki, lnianą koszulę i fru fru spodnie, gorąc, stopni irlandzkiego Celsjusza pewnie z dwadzieścia czy). Zrobiłam zakupy w Lidlu i poczekałam na Kochanego; wyjechaliśmy do domu tym razem bez zwłoki.

Po obiedzie, zadzwoniłam do mamy, pokazałam rekonwalescentkę ciągle walczącą z wahaniami formy (trochę senny maluszek, brykać zaczyna dopiero teraz, na dodatek po południu żadnych pozakuwetowych siusiek, że znowu dopadają mnie zmartwienia — bo jak to bez siusiek, gdzie są siuśki?). I co się okazuje: u rodziców gdzieś na "gospodarce" okociła się cudza czarna kotka. Trzy maluchy dostały tymczasowo imiona po dziadkach (widać, taka nasza rodzinna tradycja), znajomy weterynarz szuka im dobrych domów.

środa, 9 lipca 2025

2031. Dziewiętnasty dzień lata.

Lato jak na kontynencie. Rano nie było to aż tak oczywiste (założyłam trampki, słaby pomysł), ale kiedy wyszłam z pracy, kierunek był jeden: Oldbridge. Nie tylko ciepło, ale też słonecznie. Tym razem zrobiliśmy sobie z Kochanym rundkę nad kanałem; łąka brzęczała, rzeka szumiała, roślinność wydzielała oszałamiające zapachy, w rzece Boyne ławice rybich dzieci.



Po zrobieniu kółeczka wróciliśmy jeszcze do tea roomu na lody i kawę. 

O czwartej z powrotem w domu. Katlin parkowała obok, więc rozmowa wyniknęła naturalnie; wyniosłam Manię, żeby ją pokazać (dowiedzieliśmy się przy okazji, że mały Ethan też będzie miał kotka). Kochany poczynił obserwację, że nawet w taki dzień, gdy irlandzki żar leje się z irlandzkiego nieba, Iva robi swój spacer z psem ubrana w kurtkę zimową.

Malutka obudziła się z oczkiem zaklejonym ropą, ale w ciągu dnia było nieźle, choć Fred także zauważył, że Mania ma problem z zastartowaniem jedzenia. Czyli nie chodziło tylko o antybiotyki, najprawdopodobniej bolał ją pyszczek. Nie jest jednak źle, mimo wszystko Maniusia je posiłki i bawi się z Bronią (wieczorem Mleczaki powoli osiągają prędkość ponaddźwiękową). Pomiędzy pracą i spacerem kupiłam mleko do kocionawadniania i kociojogurt. 

Fred w fartuszku, gotował obiad, zadzwoniłam do mamy; odebrał tatko, bo mama zmęczona pogodą.

Zaczęłam czytać książkę, którą od dawna mam obwąchaną na czytniku, Śmierć przychodzi nawet latem Zsuzsy Bánk. Temat chyba ciężki, ale kto mi zabroni.

Obejrzeliśmy kolejnych Coenów, tym razem Ave, Cezar! (2016).

wtorek, 8 lipca 2025

2030. Osiemnasty dzień lata.

Z rana kamień z serca, Mania odzyskała czucie w pyszczku, zjadła śniadanie z dokładką, a w nim pół tabletki. Znalazłam też pod tapczanem sitko ze zlewu — ktoś w nocy miał przednią zabawę. 

Po pracy, zamiast wracać do chałupy, jak normalne ludzie, zaczęliśmy z Kochanym meandrować: najpierw pojechaliśmy kupić chleb w Lidlu, potem dalej, do Oldbridge. Kawa, lody, spacer; parno (po irlandzku) i pochmurno. Przy tea roomie gwar ludzki jeszcze spory, ale im dalej, tym spokojniej; w lawendach buczenie trzmieli.



Wyjechaliśmy z parku krótko przed zamknięciem. W domu szkraby już na nas czekały. O szóstej, gdy Fred zaczął robić obiad, wypadało zapodać małej antybiotyk. Jaka męczarnia! Namawialiśmy ją pół godziny na zjedzenie ociupinki, w której schowana była tabletka, odmówiła z dziesięć razy. Udało się, gdy wzięłam ją na kolana i wygłaskałam, z miseczką położoną obok, nienachalnie. To może zjem kotomamo, ale wcale mi nie smakuje. Po wyczerpujących negocjacjach (Bronia skorzystała, dostała kolację dwa razy, żeby jej nie było smutno), siostry poszły spać. Mleczaki wyczuwają napięcie i reagują niesamowicie ciekawie, Mania wchodzi w rolę chorej, Bronia w rolę starszej siostry (jest cierpliwa, dosłownie słychać jak w tym łebku trybiki pracują) i wszystko chce zakopywać (resztki jedzenia, siuśki siostrzane); między sobą gadają po kociemu, trajkoczą i ćwierkają.

Dokończyliśmy Bartona Finka (1991) braci Coenów (fotele zajęte przez koty, półleżę na wersalce, Kochany wygniata się na twardym krześle). Jeszcze jasno, poćwiczę ramiona, porozważam rzeczy leżące odłogiem.

poniedziałek, 7 lipca 2025

2029. No i choroba.

Miało być szczepienie, powędrowałam z buta do weta, Kochany na mnie czekał, mocno zaniepokojony, bo sytuacja zmieniła się od rana dość radykalnie: Mania z zaczerwienionym oczkiem, apatyczna. Lekarz zmierzył jej gorączkę, wyszło bardzo bardzo źle; Koteczka dostała coś na bakterie i coś na zapalenie. Najlepiej, gdyby to była infekcja lokalna, ale oczywiście kociego kataru nie da się łatwo wykluczyć, więc Broni też przesunięto zastrzyk na następny tydzień. Smutki w domu, bo maleństwo bez siły i nastroju (rano jeszcze jadła i brykała). Dostałam antybiotyk w tabletkach do użytku od jutra i krople do oczu. Na dodatek Bronia nie wytrzymała i zsikała się w kontenerku w drodze powrotnej. Wiadomo, nic się nie stało, Bronia zaraz zaczęła się myć, a potem myła brzuszek siostrze. Ech, z rana oczko Maniowe trochę się szkliło, ale jakiś czas temu Bronia też tak miała, dziewczyny się tłuką i dochodzi do małych kraks, więc nie wydało się to niepokojące. Wet w nadziei, że to tylko efekty zadrapania, skrócił Mleczakom pazurki. 

Mleczaki po powrocie, rekonwalescentka bez humoru z tyłu:


Kiedy Kochany robił obiad, wyszłam do sklepu za rogiem po litr mleka, bo nigdy nie mamy, a trudne czasy wymagają innego podejścia. Po obiedzie zrobiłam nam budyń waniliowy, rzadki rarytas w tym domu. 

Obejrzeliśmy pierwsze czterdzieści minut Bartona Finka, ale za bardzo się martwiłam. Mania spała mi na kolanach, biedactwo, Bronia oglądała z nami. Kocinka nadal nic nie zjadła. Zakropiłam mleczakowi oczko, ale z drugim też nie jest dobrze. Koci katar na horyzoncie. Wieczorna rozmowa messengerowa z Anne.

niedziela, 6 lipca 2025

2028. Szesnasty dzień lata.

Tak sobie obserwujemy te nasze szkraby i komentujemy różnice. Bronia urodowo pospolitsza, ale spokojna, sama ładnie się reguluje (kiedy się przestraszy, reakcja trwa chwilę, potem jest acha i wszystko wraca do normy). Kiedy większa siostra za bardzo jej dokucza, Bronia w końcu zakłada jej dźwignię i po walce. Mania z kolei przepiękna, ale i kot specjalnej troski. Rano przybiega i miauczy, że nas nie było. Po obiedzie chce się bawić i bawić i bawić, długo po tym, gdy siostra już umyta kładzie się do drzemki. Często ma taką potrzebę dogłaskania i sama mocno się tego domaga. Wszystko ją rozprasza (kiedy czyścimy kuwetę, choćby nie wiadomo co ważnego robiła, choćby jadła najlepsze śniadanko, musi przybiec i gapić się na szeleszczący groszek). Sikanie po kątach to na 95% jej sprawka. Ale kochamy ją, bo koty łatwiej jest kochać niż ludzi. 

Bronia to będzie taka bardziej intelektualistka, a Mania to taka yyyy bardziej ... próbuję zdefiniować.
No, taka bardziej, uśmiecha się Fred.



Przed południem Kochany rozmawiał z siostrą. Opowiedział Usz o naszych przemyśleniach kocich, ale także dowiedział się sporo nowych rzeczy. Usz pracuje teraz cały czas zdalnie, chyba dobrze dla niej, czasami zmiany wymuszone są najlepszymi zmianami. Skończyłam czytać Zegar piaskowy Kapuścińskiego (Znak, 2024), lektura ciągnęła się bez powodu, bo to cieniutka rzecz. Zadzwoniłam do mamy; w ogrodzie wszystko schnie na popiół; wczoraj rodzice pomogli jeżowi w sytuacji stresowej, iglak szukał picia, dostał też jedzenie (kocią karmę).

Przed obiadem zauważyłam następną mokrą plamę. Skojarzyłam ją z faktem naszego przebywania zbyt długiego poza Kuchniosalonem. Malutka zawodziła wówczas jak nieszczęście. Kotato, kotato, kotato, pochłania mje ciemnośćććć ... Gdy coś tam mieszałam w garach, Mania wpakowała się Fredowi na kolana i tak zasnęła jak niemowlak. Wygląda to jak lęk separacyjny. Yhhhh, będzie tych plam jeszcze wiele, sprawa sierpniowego wyjazdu do El Paso sama się więc anulowała (nie możemy wziąć kotów do cudzego domu, bo przecież dostaniemy jobla).

Pojechaliśmy na kawę do Drołdy, potem do El Paso, żeby zawieźć Ka prezent urodzinowy. Rodzinki nie było w domu, nie zapowiadaliśmy się, więc nic dziwnego; Kochany wrzucił gift do skrzynki pocztowej. Wieczór już z kitkami; postanowiłam więcej pracować na laptopie w Kuchniosalonie, żeby siuśka nie czuła takiej otchłani egzystencjalnej (oczywiście, odkryłam następne miejsce do sikania oraz raz złapałam Manię na gorącym uczynku, od razu przeniosłam ją do kuwety).

Niedzielę kończy u nas Zezowate szczęście (1960) Munka.

sobota, 5 lipca 2025

2027. Piętnasty dzień lata.

Przy bardzo późnym śniadaniu (wykaraskałam się z łoża po dziewiątej, mąż obudzony, Mleczaki nakarmione, rzeczy ogarnięte; na talerzach dzikie robale z Atlantyku, guacamole, jaje i dodatki) zdaliśmy sobie sprawę, że mamy w głowach ten sam soundtrack, On Raglan Road. Po śniadaniu siedzimy w łóżeczku i słuchamy jeszcze raz, a nawet dwa. Jakie dobre! Wersja Marka Knopflera też ok :)
___
edit 15:30 zawsze były ważniejsze książki przed Śmiercią w Breslau Krajewskiego, odkładałam, odkładałam i wygląda na to, że z powodów obiektywnych prędko jej nie przeczytam. Otóż, wzięło mnie na deep cleaning Kuchniosalonu i po przesunięciu tapczanu oczom moim ukazał się obraz pobojowiska. Książki zrzucone z głośnika, na którym stały, i kocie siki; najbardziej oberwało się Krajewskiemu. Domyślamy się, że to Mania, która jest bardzo lękowa i nawet podczas sprzątania, gdy Mleczaki były pod Fredową opieką w sypialni, była bardzo nieszczęśliwa i chowała się w najgłębszą dziurę. Yhhh, Krajewski śmierdzi teraz w szopce. Szukam informacji, jak wywabić smród kocich sików z książek :D
___
edit 21:15 sobota z dzieckami była letko wyczerpująca emocjonalnie. Pojechaliśmy z Kochanym do miasta po nowy żwirek i inne przydasie, a że zrobiliśmy to na pustym żołądku, następnym przystankiem było Borzalino. 

Po obiedzie skręciliśmy jeszcze do Tesco (ocet) i do domu. Po powrocie skontaktowałam się z Lusiem, rozmawiałyśmy prawie godzinę; przyjaciółka pakuje się na wyjazd, ale miałyśmy czas uaktualnić różne sytuacje (starałam się tonować złośliwość, gdy była mowa o sprzątaniu w kościele; przyjaciółka ma przy ustach dwie pionowe bruzdy, głębsze niż ostatnio; czy to tylko zmęczenie? Wiem, że Luś gimnastykuje sobie twarz, ale chyba nie o taki efekt chodziło. Cóż, obie się starzejemy).

piątek, 4 lipca 2025

2026. Przyjemny ...

... był deszczowy piątek. Najpierw trochę pracy, nienudnej, ale też niezbyt wymagającej (składanie folderu pokontrolnego i skanowanie papierów). Szybko skończyłam, po dwunastej już pakowałam się do Babci. Pojechaliśmy z Kochanym na zakupy do Tesco i TK Maxxa; poza spożywczymi różnościami na weekendowe śniadania, szukałam dezynfekujących sprejów, nowego kocyka dla Mleczaków i spodenek do ćwiczeń. Wszystko to znaleźliśmy jak się należy i w nasilającym się deszczu dojechaliśmy jeszcze do Costy (budynek otoczony zasiekami, gdyż dobudowują to nieszczęsne drive-throu jak zapowiedź upadku cywilizacji). W domu byliśmy o trzeciej.

Kochany zrobił obiad. Po czwartej, z uwagi na mokre bździny na zewnątrz, planów spacerowych brak, siedzimy w sypialni, z laptopami, a Mleczaki śpią w fotelu Freda w Kuchniosalonie. Ostatnio zaczęłam na YT oglądać Emisię, fajne rzeczy powiedziała wczoraj o strachu przed oceną. Mietczynskiego starego też się oglądało, a co. Ogólnie wieczór spędzony obibocko; Mleczaki dostały super smaczną kolację i oblizywały się po niej naokoło małych mordeczek. Nad wybrzeżem przeszedł silny wiatr, Kuchniosalon się nam wychłodził aligancko, pierwszy raz od dłuższego czasu (od kiedy mamy Mleczaki). Jogurt z granolą i zapraszamy łykendzik.
___
edit 22:51 mąż przedstawił mi przed snem układ taneczny :E

czwartek, 3 lipca 2025

2025. Strach ...

... miał oczy nieadekwatnie wielkie, kontrola w pracy przeszła błyskawicznie i bezboleśnie (dzięki, Liz). Zaczęłam czytać Kapuścińskiego Zegar piaskowy.

Kochany chciał zawieźć Ka prezent urodzinowy, ale najpierw nie wziął go do miasta, więc musieliśmy jechać przez wieś, a potem nie wziął ponownie (wypakował zakupy, pokazał mi nowego kwiatka w doniczce, jednak wody toaletowej nie spakował). Czyli podjechaliśmy do El Paso tylko na naleśniki, które nagle postanowiono zaserwować po hamerykańsku, żeby było na bogato (lubię jak pancakesy są na talerzu rozłożone, a dostałam stosik, jak na obrazkach z Internetu — taki mój problem pierwszego świata).

Wracaliśmy do domu opłotkami, przez Blackrock, i niebieską plażę na której zrobiliśmy krótki postój. Nieco wietrznie, ale not too bad. W czasie spaceru szukałam kamieni i nawet kilka wzięłam ze sobą do domu.


Po powrocie szybko uderzyłam w kimono. Gdy się obudziłam, zadzwoniłam do Kochanego. Mąż odebrał w Kuchniosalonie telefon z sypialni i ustaliliśmy, co będzie na obiad :E Wątróbka jagnięca z pieczywem. Przy preparowaniu wątróbki Fred konwersował z Krakuską (wiadomo dlaczego, koty przecież trzeba pokazać); po przywitaniu się, wycofałam odwłok do sypialni i zadzwoniłam do mamy zapytać, jak tam im się żyje. Otóż żyje się im tak, że gorąc straszny i mama się rozpływa. Ale też żyje im się tak, że mają światłowód podłączony i ekran tv jest teraz wielki jak boisko. Na tym boisku zaś w technikolorze płonął dach. Pożegnałam się dość szybko, bo rodzice zafascynowani pożarem, a ja wątróbką, ale zaczęłam zgłębiać treści podczas posiłku, ponieważ w marcu'23 podziwialiśmy okolicę z balkonu w Ząbkach. Kochany poruszony wiadomością sprawdził dokładny adres przyjaciela; szczęście w tym nieszczęściu jest takie, że płonie blok obok (co w tragedii mieszkańców bloku po sąsiedzku niczego nie zmienia).

Od dzisiaj Mleczaki mają wykupiony własny plan u weterynarza (Bronka znowu próbowała swoich sił twórczych w miejscu na IBAN wpisując łapulkami gwiazdki i literki). Ależ te bobki są fajne. Nie wiem czy dopiero teraz odkryły, że można sobie w drapaku na piętrze siedzieć razem, ale, gdy zrobiło się cicho po kolacji i zajrzałam do norki, ze skryty gapiły się na mnie dwie pary oczu.

środa, 2 lipca 2025

2023-2024. Lipca początek.

Wtorek małych zgag. Płacę wyższy podatek od wynagrodzenia, nie do końca wiem dlaczego (wspólne opodatkowanie jest w cholerę skomplikowane, więc nie mam poczucia kontroli). Poza tym w pracy będzie w tym tygodniu wizytacja, przewidziana, niemniej stresuję się. Wróciłam do kotów poobrażanych, Maniusia miała zadrapane oczko, było sikane poza kuwetą i ostre nawalanki. 

Zmotywowana świeżą sytuacją podatkową rozliczyłam nareszcie poprzedni rok. Kochany przyjechał na obiad i po prysznicu musiał wrócić do roboty, bo się im na mitingi pracownicze zebrało. Wieczorem ciacham z dwa milimetry grzywy (już zaczęła się rozkrzaczać, jak było do przewidzenia).

Środa jakby milsza. Wystrzępione dżinsy, trampy, apaszka za pasem, lniana koszula, lniany płaszcz, pork pie. W kawiarni dosiadła się do mnie niejaka Ethna, 83-letnia poetka urodzona tu niedaleczko, w budynku, gdzie obecnie jest sklep charytatywny św. Wicka. Porozmawiałyśmy jak artystka z artystką

Po południu Kochany podjechał jak zwykle. Dom, mąż robi obiad, potem idziemy nad morze, po drodze w sklepie Tony'ego wysupłuję ostatnie €6 bilonu na dwa lody w wafelku. 

Na osiedlu spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen wracającą z plaży (błogosławieństwo, wiadomo). Pojawiła się mama Larry'ego z nowym, czarnym psem w typie lurchera. Humphrey jest mu na imię. Czyli rozmawialiśmy z mamą Humphreya. Wiedzieliśmy od razu, że będzie padało, pogodynka spełniła się co joty, bździło całe pięć minut. Źródło bździn widać na ostatnim zdjęciu. 

Wielkie zwały zeschniętej sałaty tuż przy kawiarence robiły niesamowite wrażenie. "Sałata" to tak naprawdę glony o nazwie cladophora.





W domu z powrotem po szóstej. Mleczaki drzemią, więc zawędrowałam z laptopem do sypialni, obejrzeliśmy mietczynskiego aktualności na temat ekranizacji Lalki (a jednak! Ploty potwierdziły się, że Dorociński vs Schuchardt). Na późniejszą kolację zamieszałam guacamole i będziemy zaraz coś jedli (Kochany już rozprawia się z resztkami krokieta). Z okna widać księżyc w fazie przybywającego sierpa na jeszcze jasnym niebie. W ogródku nadal imigranty, nie można spokojnie wyjść, żeby czarno-biały lokator Anne nam nie namiaukał.