Strony

niedziela, 31 marca 2024

1566. Świętując jedzenie.

Filmu Lankosza jednak nie dokończyłam oglądać (coś mi zgrzytało).

Śniadanie, spacer z tatą i Maksiem, oraz spacer z tatą na cmentarz. Genealogia. Obiad, spacer z mamą leśną drogą. Drzemka. Fred przekazał mi pozdrowienia od wszystkich z którymi rozmawiał. Kolacja; binge watching Co ludzie powiedzą; składam się z sałatki jarzynowej, bigosu i herbaty. Oczywiście, czas przedstawiony na letni (czyli zupełne pomieszanie).




***

I marzec, myk!

sobota, 30 marca 2024

1565. Wielka sobota.

To była miła, relaksująca sobota. Trzy zegarki, trzy różne godziny; wybrałam czas irlandzki i wstałam o szóstej. Zrobiłam michę sałatki warzywnej plotkując z mamą o świecie (np. teraz wiem, że dawna polonistka wylądowała z alzheimerem u Sióstr; kiedyś przygotowywała zestawy egzaminów bez numeru trzynastego i chyba tylko mama to zauważyła), w tym czasie w tv leciały kolejne odcinki włoskiego Komisarza Rexa (nikt tego nie oglądał, ale mama potrzebuje szumu w tle). Tatko poszedł ze święconką. Byłam na spacerze z towarzystwem, zrobiłam inspekcję ogrodu (brzęczy i pachnie; niebo bez jednej chmury, ale blask słońca „przydymiony”, gazety „mówią”, że to przez pył saharyjski), dostałam od mamy w prezencie czerwonego T-shirta oraz płócienną torbę, i poszłam z nią na cmentarz (jak zwykle, zapalić wkłady na dwóch grobach; przy okazji wymieniłyśmy się informacjami, co byśmy chciały w temacie grzebalnym: mama chciałaby być pochowana w grobie cioci Stachy). Popołudnie minęło nam na rozmowach, testowaniu galaretki (wyszła pyszna), oglądaniu Co ludzie powiedzą i Alarmu na lotnisku. Może jeszcze obejrzę Ziarno prawdy (2015) Lankosza.







piątek, 29 marca 2024

1564. U siebie.

Minęła północ, tymczasem na moim telefonie jest godzina wcześniej. Zwierzaki w większości już śpią porozkładane w swoich ulubionych miejscach.

Wyturlałam się dzisiaj z własnego łóża przed dziewiątą i trochę mi zeszło zanim zdecydowałam w co się ubrać na podróż (skarpety w borsuki, dżinsy z mankietami, czarna marynarka). Do ogródka wyszłam tylko na chwilę, żeby wsadzić do starej doniczki dalię (bulwy miała jakieś takie biedne, trzeba ją szybko reanimować). Wyjechaliśmy z Kochanym po pierwszej, z tej okazji nad wsią pojawił się przelotny deszcz, a nad zatoką tęcza. Nie przewidziałam, że w wielki piątek Irlandczycy ruszą na zakupy, więc w Milano (Swords) czekaliśmy na swoje pizze prawie godzinę (w międzyczasie Fred kupił mi w TK Maxxie płaszcz jak żaden inny, na żywca wyciągnięty z jakiegoś klipu z lat 80-tych, marka Aligne, czarny trencz o nazwie Julia). Kochany podwiózł mnie w pobliże terminala (tutaj też korek), na lotnisku stanęłam w najwolniejszej kolejce do sprawdzenia bagażu (jeden z celników poznał się na moim kapeluszu, ucięliśmy sobie całkiem miłą pogawędkę, gdy sprawdzał czy nie przewożę narkotyków). Nareszcie kwadrans po piątej znalazłam się gdzie trzeba: przed wejściem nr 109. Lot był spokojny, zaczęłam czytać autobiografię Allena (zabawna, ale zmęczenie dawało mi się we znaki i nie dobrnęłam za daleko), pierwszy raz zamówiłam w samolocie herbatę (blee), po lądowaniu wyszłam szybko i ekspresowo przywitałam się z rodzicami. W domu opiłam się herbatą, objadłam śledziami w ziołowej zalewie i ciastem. Dobrze jest.

czwartek, 28 marca 2024

1563. Łapanie równowagi.

Słabo spałam, wierciłam się, budził mnie własny kaszel. W pracy jako tako, Saren powiedziała, że dostanę informację zwrotną w temacie podania. Nie dostałam. Po powrocie zjadłam obiad samotniczy, odprawiłam się, kupiłam trzy książki na czytnik (Rogersa, Horney oraz autobiografię Allena) i ... poszłam spać. Organizm tak potrzebował być w pozycji leżącej, że wygrzebałam się z pieleszy dopiero przed chwilą, jakbym antycypowała wejście Freda do domu (Kochany wrócił w momencie, gdy włączałam prysznic). Łeb boli jakby mniej. Po namyśle stwierdzam, że ebooki kupiłam niezłe.

środa, 27 marca 2024

1562. Duperele.

Dzień jak co dzień. Albo niekoniecznie, bo już odczuwam atmosferę przed podróżą, jestem tu, ale tak po kawałku odlatam gdzie indziej. Pogoda mętna, słońce przeplatane chmurami grafitowymi od deszczu. Mam szczęście mieć męża, który przywozi mnie z pracy (dzisiaj miał wolne) oraz kupuje 150 różnych cebul kwiatów, bo znalazł w Lidlu w jednym opakowaniu (jedna dalia, mieczyki, iksje, sparaksisy, irysy holenderskie oraz szczawiki deppego). Czyli z okazji wiosny mój królik domowy będzie kopał nory w trawniku ;) (a może jednak doniczki? muszę pomyśleć)

Został do odhaczenia jeszcze jeden dzień roboczy. Zaczęłam sprawdzać egzaminy, więc mnie trochę telepie, ale cuszzz. Staram się z telepaniem nie przesadzać, następny odcinek rzucawki jutro. Rozmawiałam też z mamą, organizacyjnie, bo nie zamierzam zabierać ze sobą całego majdanu, więc chciałam się upewnić, czy w domu rodzinnym mam jak podładować iphone'a. Chyba mam. To zmartwienie też odsuwam na później. 

wtorek, 26 marca 2024

1561. Bezwład.

Trudno było się wyturlać z łóżka. Dobrze mi się spało, obudziłam się tylko raz, gdzieś po trzeciej, ale prawie natychmiast znowu zapadłam w sen. Kochany podwiózł mnie rano do pracy, po południu zaś udał się do własnej i wracałam autobusem. Po powrocie do domu musiałam przez jakiś czas uspokajać żołądek, zanim byłam w stanie coś zjeść (nałogowi palacze papierosów nie uświadamiają sobie jak bardzo śmierdzą; ohyda).

Zanim na dobre weszłam do domu zrobiłam fotkę narcyzowi dzielnie stawiającemu opór deszczom. Oto pierwszy rozkwitły Delnashaugh:

W temacie pracy: nie będzie tego, ma być tamto. Przyjęłam to ze spokojem, poinformowałam też zainteresowanych, że wczoraj aplikowałam na inne stanowisko. Zobaczymy, co się wydarzy i staram się za dużo na ten temat nie główkować, żeby sobie nie psuć nastroju. A dzień ogólnie taki, że oczy same się zamykają (większość wtorku siąpiło, w Centrum chłodno, bo wysiadło ogrzewanie, i wogle). Po zjedzeniu łazanek nic tylko bym siedziała przed ekranem i bezmyślnie szurała w MyHeritage. Fred już do mnie jedzie; tymczasem półleżę w małżeńskim łożu i klikam. Kątem leniwego oka zerkam, że na sobotę zapowiadają w Tcy 22°C. 

poniedziałek, 25 marca 2024

1560. Mało drobiazgów.

Drobiazgowość jest, i owszem, ale nie ma za wiele drobiazgów do zapisania. Za oknem paprochy i wiatr. Fred również miał wolne, więc siedzieliśmy przy laptopach śledząc koleje świata. Przerabiałam cv uświadomiwszy sobie, że nie pasuje do oferty (starą wersję mojego życiorysu gdzieś tam na piętrze mają, ale przecież im nie napiszę, żeby sobie poszukali). Cyzelowałam i cyzelowałam, wyszło kilka zdań listu i kilka poprawek w cv (wysłane kwadrans po trzeciej).

Gdy już odhaczyłam strupa, zajęłam się głupstwami: obejrzałam Gosię ze Szkocji oraz podsumowanie Haru Basho (warci zapamiętania są Takerufuji i Ōnosato). Wieczorem zadzwoniłam do rodziców i wspomniałam o seansie sumakowym, więc mama się rozrzewniła. Akebono, Takanohana, Musashimaru, Konishiki — oglądałyśmy ich na satelicie, chyba nawet po niemiecku :D (poza tym mama już ma urlop oraz kapusta na bigos została kupiona).

Z rozpędu obejrzałam Inside the Closed World of Sumo (2020). Ciekawe, interesujące. A teraz chce mi się spać.

niedziela, 24 marca 2024

1559. Czarna Góra.

Przed siódmą budzi mnie wschodzące słońce centralnie zaglądające przez okno. Niedługo to trwa, godzinę później niebo się zasnuwa, czytam w necie, że w Ravensdale pada deszcz. Mimo wszystko postanawiamy testować moje buty, czy też po prostu korzystać, kiedy można (a można; strona prognozująca wiatry podpowiadała, że później będzie spoko). Przy śniadaniu dyskutujemy o Weselu Wajdy, bo mamy mnóstwo spostrzeżeń, znacznie więcej niż te wyrażone pobieżnie.

Wyjechaliśmy z domu po dziesiątej, tak, żeby być u Ka na umówioną pi razy drzwi jedenastą. Na miejscu zapakowaliśmy się do Babci we trójkę i jazda do Ravensdale. Kiedyś już robiliśmy połowę tego szlaku (czerwiec'20). Tym razem zamiast skręcić na prawo, od razu w the Tain Way, poszliśmy na lewo, przez las pod górę, aż do wyasfaltowanej drogi, która miała nas zaprowadzić do Czarnej Góry. Zaprowadziła (po drodze spotkaliśmy znajomą Ka, która właśnie schodziła w dół ze swoim pięknym pointerem węgierskim). Na górze, obok stacji nadawczej, są pozostałości megalitycznego grobowca o nazwie Clermont Cairn, na którym wypiliśmy po herbatce. 






Zejście tą samą trasą, nie licząc małego przełaju (owcostrada, ofkors) skracającego nam drogę przez asfalt. Wpół do trzeciej byliśmy na parkingu, Ka zamówił telefonicznie pizze dla nas, Jot oraz chłopaków, i zjechaliśmy do przyjaciół na konsumpcję & pogaduchy. Kawa; zebraliśmy się do domu. 

Wieczorem znowu zaczęło padać; od razu wskoczyłam pod prysznic, następnie zabrałam się za przeglądanie zdjęć. 

Przed dziewiątą Fred zapytał, czy mam ochotę pojechać do portu, żeby zerknąć na niebo. Oczywiście, że miałam ochotę. Jeszcze raz zmieniłam szlafrok na ubranie wyjściowe i podskoczyliśmy na drugą stronę wsi. Na próżno, bo niebo zasnute, duży kuter dodatkowo rozświetlał horyzont uniemożliwiając dostrzeżenie słabszego źródła światła (ale warto było spróbować, kiedyś w końcu tę zorzę polarną złapiemy na gorącym uczynku). 

Dogrzewam się herbatami. 

Buty się sprawiły, żadnych obtarć, choć miałam średnio grube skarpety.

sobota, 23 marca 2024

1558. Żywot w zasadzie beztroski.

Po śniadaniu dokończyłam na czytniku Złoty róg Szymiczkowej (Znak, 2020). W międzyczasie rozmawiałam pobieżnie z rodzicami. Gdy dzwoniłam, mama akurat siedziała u dentysty; oddzwoniła z samochodu, pokazała mi, gdzie chciałaby kupić mieszkanie, opowiedziała o bardzo dobrym znieczuleniu, znośnej pogodzie i papirusie, który dostała od dyrektorki, oraz kiedy będą kulinarne przygotowania świąteczne (nie za wcześnie, nie za późno). Zakończyłyśmy rozmowę, gdy rodzice zaparkowali pod Brico, żeby znaleźć doniczkę dla wspomnianego nowego nabytku. 

Słońce przechodziło dzisiaj człowieka na wskroś, niestety wiatr również, więc nie wypuściłam się na spacer. Za to po obiedzie pojechaliśmy z Kochanym na zakupy, ubrani w identyczne t-shirty z czerwoną pandą. Najpierw do Lidla po chleb, potem na kawę do Costy, ostatecznie do Tesco, w sumie na spacer (w pewnym momencie zapomnieliśmy, po co przyszliśmy, więc trochę się kręciliśmy tu i tam, a po włożeniu do torby sera Wensleydale zaczęłam sobie wyobrażać Gromita jeżdżącego samochodem i już zupełnie straciłam wątek).

Wieczorem obejrzeliśmy Wesele Wajdy (1973); pomimo późnej pory zadzwonił Ka z pytaniem, czy jutro gdzieś się wybieramy, bo chętnie się dołączy. Jeszcze nie wiadomo, wszystko zależy od pogody.

piątek, 22 marca 2024

1556-1557. Jaśniej.

Czwartek
Sporo w nogach. Szaro i mży. Po (moim) powrocie z pracy, gdy Kochany robił obiad, wyskoczyłam na chwilę do ogródka wyharatać trochę zielonki przytłaczającej inną zielonkę (czułam się nawet winna z powodu tego rasizmu). Po obiedzie przygotowania na piątek, sapałam z konfuzji nad błędami z zeszłego roku. W tym czasie mój cherubinek z loczkiem nad czołem poprawiał swój własny tekst. Ogólnie czwartek raczej nudnawy, tylko Fredowi przydarzały się ciekawsze rzecz (tatko do niego zadzwonił na pogadankę, dzwonili także z opery, w sprawie zajścia, którego byliśmy świadkami — gdyż było tak, o czym zapomniałam, że jakiś gość z rzędu za nami przesiadłszy się do rzędu przed nami uciszał dwie kobiety w sposób mało dyplomatyczny).

Piątek
Sprawa, która było do odhaczenia (egzamin praktyczny), została odhaczona. Teraz mam stosik papierów do sprawdzenia (i zostawiłam go w Centrum, ponieważ po odsiedzeniu nadprogramowej godziny byłam tak brain-dead, że nie miało sensu udawanie jakobym zamierzała wrócić do tematu w dniach najbliższych). O pierwszej Kochany już po mnie jechał, umówiliśmy się w Czarnej; po drodze spotkałam Kalema i Aleksa (niesamowite jak dzieciaki, które wypruwają z człowieka energię, gdy się ich ciągnie do wodopoju wiedzy, po fakcie są przeszczęśliwe). Powiedziałam im, gdzie idę, żeby mogli pójść w drugą stronę. W kawiarni zastałam Kochanego już zamawiającego napoje i lansującego się w nowych butach (w motyw z nenufarowej serii Moneta).

Posiedzieliśmy jakiś czas pijąc całkiem dobrą kawę (podobno z Kolumbii) i ruszyliśmy w kierunku auta. Na parterze centrum handlowego, przez które robiliśmy sobie skrót, wrzuciłam do puszki €3 i dostałam taki znaczek dla męża:

Przy okazji Fred streścił swoją historię dwóm paniom-zbieraczkom. Gdyż dzisiaj był Daffodil Day, dzień organizowania zbiórek przez Irish Cancer Society. Na mieście obywatele nosili wpięte różne wersje żonkili, co pokazywało światu, że albo wrzucili coś do puszki, albo ogólnie wspierają walkę z rakiem.

A skoro buty przyleciały z Holandii, to płyta Focusa była słuchana (wiem, że to nie jest takie oczywiste, ale cóż). I Queen, bez powodu. Po Fredowym obiedzie wskoczyłam na łóżko z paczką ciastków pod pachą, czarną herbatą w kubku na nocnym stoliku i czytnikiem w ręce. Nie wiem kiedy z lektury przeniosłam się w sen pół na pół w ubraniu. Dopiero obecność Kochanego uświadomiła mnie, że trzeba jeszcze pod prysznic i ząb pokryć fluorem. Prysznic, fluor, wpis, spać.

środa, 20 marca 2024

1555. Kwiatowo, wspominkowo.

Nad ranem rzęsisty deszcz szumiący za otwartym oknem, a potem zaskakująco wiosenna pogoda (gdy po południu wróciłam z Kochanym do domu, w tle osiedla szemrała kosiarka). Zjedliśmy obiad, Fred w międzyczasie przyciął resztę lawend, ja chwilę podumałam nad narcyzami.

Z cebulowej rozsypanki z zeszłego roku, którą dodatkowo pogrążyłam późnym i niedbałym wysadzeniem do ziemi, ocalało różne kwiecie. Karłowate Jetfire, Bridal Crown i Lucky Number nie tylko wzeszły, ale nawet całkiem ogarnęły temat z rozkwitaniem (choć dwa pierwsze na razie nie tak licznie): 

Delnashaugh powoli się mobilizują, przekwitają Ripy van Winkle (nie zdążyłam z fotkami), tulipany Little Princess, w zeszłym roku kwitnące w jednej donicy z Golden Bells, mimo przesuszenia, a potem przemoczenia, przetrwały i z wysiłkiem zbierają się do kwitnienia (wydaje się, że Golden Bells w osobnej donicy też dadzą radę, choć z pewnością nie wysypią kwiecia tak licznie, jak ostatnio):


Przez dłuższy czas wyglądało na to, że straciłam Bella Visty, ale w innej donicy zauważyłam dwa-trzy delikatne kiełki, może coś z tego będzie. Niestety, nadal nie widzę Pipitów :(

Po krótkiej dłubaninie w ogrodzie Fred stwierdził, że przyjemniej się pracowało w kocim towarzystwie. Zgadza się. Znalazłam dzisiaj zdjęcia sprzed dokładnie 3 lat (tego dnia Rysio pokazywał brzuszek Annie):

Zadzwoniłam do rodziców, nastroje mają raczej słabe (szczególnie mama) i trudno było ich rozweselić. Stresuję się piątkiem i faktem, że nie jestem przygotowana. Jaki jest sens, żeby robić to na ostatnio chwilę?, zastanawiam się głośno. Bo to Irlandia?, podpowiada Fred. Tak, że ten, dostrajam się do sytuacji zastanej. Pierdolę to.

wtorek, 19 marca 2024

1554. Oferty, spóźnienia, borsuki.

Oj, nie, wstawać się nie chciało. Kochany podwiózł mnie rano do Centrum, za to powrót z miasta zaliczyłam autobusem spóźnionym prawie pół godziny. W pracy pojawiły się pewne oferty, jedna skierowana bezpośrednio do mnie (już wiem, że z niej skorzystam), w temacie drugiej wyślę życiorys na piętro wyżej. Na razie nie zamierzam się niczym przemęczać. Zajrzałam w papiery, zapisałam kilka pytań organizacyjnych, ale też umyłam włosy oraz kupiłam na czytnik kolejny tom Maryli Szymiczkowej, Złoty róg (Znak, 2020). Kochany wrócił z Castle Espie przed dziewiątą, z podwójną wejściówką do kaczek (wiadomo, małżonek zna ludzi, np. zna Kirsty), skarpetkami dla żony (zielone, w borsuki; jeszcze się nie pogodziłam z myślą o dziurach w ulubionych skarpetkach w jeże, wyprałam, zwinęłam w kulki, czekają) oraz termosem dla Perlistego (w ten sposób prezent dla wiosennego gościa odhaczony). Teraz zamiarowuję pić herbatę i czytać.

poniedziałek, 18 marca 2024

1553. Dziwne melodie.

Wczoraj większość dnia, nawet spacerując z Kochanym za rękę w Tesco, miałam w głowie lament Dydony (to musiała być Jessye Norman), dzisiaj od rana grały mi Pszczoły Brodsky'ego w wykonaniu Czyżykiewicza. Fred mi na to, że u niego gra Yakaty Sax (melodyjka z Benny'ego Hilla). Wcale się nie dziwię. Zjedliśmy śniadanie (znowu zrobiłam guacamole), Kochany wstawił pranie i właśnie wyszedł je rozwiesić.
___
edit 17:30 zaczęłam czytać Odrzanię Zbigniewa Rokity (Znak, 2023). Pranie trzeba było ściągnąć do domu przed naszym wyjazdem do Drołdy. Całkiem znośny poranek zamienił się w szare południe i mokre, wietrze popołudnie. Wyjechaliśmy po nic, tak naprawdę głównie po to, żeby rozprostować nogi. Najpierw Costa, potem spacer po TK Maxxie (do domu przywieźliśmy ze sobą prostokątne naczynie żaroodporne, które będzie robiło za parapetową miskę na pomidory), przejazd do Woodiesa i spacer tamże. Gdy skończyliśmy, niebo się zdecydowało (wystarczyło, że weszliśmy na powrót do domu i właśnie zaczęło konkretnie lać).
___
edit 20:20 nadal leje i wieje. Kochany rozmawiał z Perlistym o potencjalnym przyjeździe przyjaciela (może maj). Po późnym obiedzie zadzwoniłam do tatki z pytaniem jak się czuje; chyba lepiej (tak w każdym razie twierdzi). Nie mam ochoty na przeglądanie papierów do pracy, chociaż taki był plan poranny (jednak wieczorem wszystko wygląda inaczej, feck it). Rozglądam się za filmem do wspólnego z mężem oglądania.
___
edit 22:30 Obejrzeliśmy Bierz forsę i w nogi (1969) Allena (autor przed szczytem formy, ale widać zaczątek charakterystycznych wątków). Trzeba nastawić budzik na jutro rano (aggrfgrghh!). Fred niezadowolony ze swojego tekstu (właśnie go ponownie przeczytał) przeżywa stresy twórcze i dokańcza zmiatanie z talerza obiadowych ogórków w majonezie.

niedziela, 17 marca 2024

1552. Świętopatrykowo.

Żeby uczcić święto patrykowe, po śniadaniu, mijając wypłowiały ślad na trawie po naszej starej Hondzie, poszliśmy na krótki spacer nad morze. Nad morzem spotkaliśmy pieska (piękny wilczarz, irlandzki oczywiście):

Po powrocie do domu tylko zmieniliśmy buty i z tęsknoty za ogórkiem szklarniowym wyjechaliśmy do Drołdy. Fred wybrał taką drogę, żeby nie utknąć w korku spowodowanym świąteczną paradą, ale też było już około pierwszej i sporo ludzi wracało do siebie. Zajechaliśmy najpierw na kawę do Costy, potem po rzeczonego ogórka do Tesco (Kochany oświadczył mi radośnie, że są już nasze, czyli irlandzkie). O trzeciej z powrotem w domu. Oboje byliśmy padnięci, jakbyśmy rzeczywiście wykonali kawał ciężkiej roboty.

Gdy Fred drzemał zadzwoniłam do rodziców i tu spadła na mnie kiepska, a spóźniona wiadomość: tatko był w piątek wieczór na sorze z podejrzeniem sercowym. Wrócił po kilku godzinach z niejasnym rozpoznaniem (nie wiedzą co to, ale warto skonsultować, poza tym ma się oszczędzać). Najspokojniej jak potrafiłam próbowałam mamie wytłumaczyć, żeby następnym razem w takiej sytuacji do nas zadzwoniła, bo chociaż nie pomożemy, to pomartwimy się razem i może tak będzie jej trochę lżej.
___
edit 22:15 wieczorem skończyłam czytać zbiór reportaży Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017) oraz kompulsywnie zjadłam prawie wszystkie kupione dzisiaj truskawki (na chlebie z masłem; truskawki hiszpańskie, kto tam ich wie z jaką ilością utrwalaczy). 

sobota, 16 marca 2024

1551. Wyprawa operowa.

O ile poranek jeszcze możliwy, w południe, gdy sączyłam kawę, sprawy wróciły do normy: deszcz i wiatr. Mieliśmy plany na wieczór, nie było sensu się miotać i dokonywać bohaterskich czynów. Wczoraj Katlin uprzedziła nas, że może się u nas pojawić facet, który chciałby odebrać samochód, liczyliśmy na to, że wyrobi się przed naszym wyjazdem. Rzeczywiście, krótko po dwunastej przyjechali goście z lawetą, chwilę pogmerali przy samochodzie, Fred wyszedł do nich zawinięty w płaszcz; w końcu pomachałam autku przez okno. Teraz przed domem stoi tylko Babcia. Poza sprawami drobnemi, dobieranie ubrań na wieczór i obiad.

Jakiś czas temu Fred wyhaczył zniżkę biletów na Salome Richarda Straussa wystawianą przez Irish National Opera z Sinéad Campbell Wallace i Tómasem Tómassonem. Odpicowani (ja w bereciku), o piątej wyjechaliśmy w deszczu do Dublina i po szóstej zaparkowaliśmy w bocznej uliczce tuż przy Pearse Sq.




Przed spektaklem kawa w Caffè Nero na Grand Canal Quay. Przedstawienie bez antraktu, krótko, dużo czerwonej farby (historia raczej gore), ciekawa scenografia.

Już przed jedenastą byliśmy z powrotem w domu (na szczęście deszcz ustał i jechało się bezpiecznie). Oczy się kleją, czas minął szybko, jak zawsze, gdy jest przyjemnie. 

piątek, 15 marca 2024

1550. Zakupy, Jim, Brugia.

Poranek był bardzo spokojny, typowy dla wspólnego dnia wolnego, śniadanie, kawy, rozmowa o różnościach. W okolicach południach wyjechaliśmy do Drołdy, najpierw do polskiego sklepu (ubrałam Fredowy szalik, Fred ubrał mój). Na mieście zdybała nas Szaron Kucharka (przedstawiłam jej męża), kilka metrów dalej zatrąbiła na nas Luiza (Irlandczycy mają ten mylący zwyczaj używania klaksonu do informowania, że widzą znajomego). Następnie zaszliśmy na kawę do Costy (była Andrea, ale nie miała czasu pogadać). Po kawie TK Maxx. Małżonek kupił mi ciemnofioletowy, kaszmirowy szal (Saville Row) i zieloną, lnianą bluzkę na lato (Benetton).

Po zakupach spożywczych (Tesco & Lidl, cały czas nucimy lisią piosenkę), zajechaliśmy na pole bitwy. Już przy samym wejściu spotkaliśmy starszego pana, który zaproponował nam zrobienie fotek przed budynkiem. Pan był bardzo miły, tośmy sobie zrobili, i jemu też ;).


Jim.




Spacer raczej krótki, dość chłodno, lokalna magnolia dopiero w pąkach, ale pogodynki na jutro wieszczą kontynuację deszczu, więc dobrze, że skorzystaliśmy. Przez chwilę wyglądało na to, że zjemy coś na miejscu, niestety zrobiło się trochę po czwartej i jadłodajnia właśnie się zamknęła. Wracaliśmy drogą nad kanałem (poziom wody wysoki, zalane terasy).


W domu rosół na podtrzymanie funkcji życiowych, potem Fred zrobił obiad (wszystko do muzyki Czyżykiewicza, która ostatnio obojgu nam plącze się po głowach). Miałam ochotę jeszcze raz obejrzeć Ciemno, prawie noc Lankosza, ale nic z tego nie wyszło. Znalazłam za to In Bruges Martina McDonagha (2008). Film bardzo irlandzki, zabawny, filozoficzny, dobry. 

Za moją nową czytankę wieczorną robi zbiór reportaży Mariusza Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017). Czasem trudno uwierzyć, że tam byłam :)

czwartek, 14 marca 2024

1549. Widoki.

Obudziłam się kwadrans przed budzikiem, z myślą, że idzie ku lepszemu. Dziwna myśl, biorąc pod uwagę, że nadal mamy zepsuty termostat i zaczęliśmy ogrzewanie obsługiwać ręcznie (pomimo siąpiącego deszczu rano w domu było ciepło).

Reszta dnia mniej lub bardziej w porządku. Gdy wyszłam do Czarnej w porze lunchu, w kolejce stanął za mną Fr Damo (jest niższy ode mnie i stara się unikać rozglądania, wiadomo, lokalna gwiazda). A tymczasem Fred odebrał telefon z councilu (?), przyszedł jakiś gość i powiedział, że oni już nie zajmują się serwisowaniem bojlerów. Więc zwyczajowo, po pracy wizyta u pani z okienka (tym razem trafiła się mi Brenda), która zrobiła duże oczy na takie nowości. Zapytam, mówi. Super, Brenda, zapytaj, pomyślałam. W domu dobry obiad, rozmowa z rodzicami (o zębach tatowych i opowiadaniu Fredowym), Nick Cave z Blixą, dokończenie Ciemno, prawie noc Joanny Bator (Znak, 2021). Czytając stronę 499 dostałam ciar na całym ciele (nie że coś jest ekstremalnie ciarogennego na tej stronie, bo tak naprawdę nie wiem, ale odczucie było prawdziwe). Kochany przeżywa męki twórcze.

Przed nami rozpościera się czterodniowy weekend.

środa, 13 marca 2024

1548. Paprochy, niemoc, zaczytanie.

Całą środę z nieba spadały mokre paprochy; nawet teraz, gdy czytam leżakując w łóżku, od czasu do czasu za oknem słychać nasilenie wiosennego deszczu. 

W pracy było kilka niespodzianek, największa taka, że na początku kwietnia odchodzi koleżanka. Czułam, że po śmierci psa Luiza postawi na zmiany (już raz chciała się wyprowadzić; tym razem praca w Anglii jest zaklepana). W budynku zamieszanie przed dużym spotkaniem, ale sytuacja mnie nie dotyczyła bezpośrednio i nic sobie z niej nie robiłam. Odhaczyłam swoje godziny i wyszłam na miasto; gdy Kochany wjeżdżał do Drołdy, rozpłaszczona (oraz rozswetrzona) dumałam w Czarnej nad filiżanką zielonej herbaty z dżemem truskawkowym. Fred dołączył do mnie z kawą; po dłuższym siedzeniu w ciemniejszym kącie kawiarni zebraliśmy się w drogę powrotną do domu. Na miejscu dopadła mnie niemoc. Mąż przygotowywał sos na spaghetti (z Kuchniosalonu dochodziły dźwięki mieszania w garze i muzyki z płyty Czyżykiewicza), w tym czasie ja, z nosem wtulonym w kołdrę, oddawałam się półsennym marzeniom, których teraz zupełnie już nie pamiętam. Żadnych planów poza czytaniem Ciemno, prawie noc. Przeskoczę Bluzg III i spać, reszta jutro.

wtorek, 12 marca 2024

1547. Cienszko.

Wstałam bez bólu głowy. Ból głowy pojawił się kwadrans później i tak sobie został jakiś czas (pozbyłam się go pewnie na godzinę przez zakończeniem pracy, a zauważyłam to, gdy już stałam na schodach i czekając na Freda czatowałam z przygnębioną Bridżet).

Gdy dojechaliśmy do wsi okazało się, że miejscowość jest spowita w morskiej mgle, niezbyt zimnej, ale też mało podnoszącej na duchu (poza tym minęliśmy scenę grozy: na jednej linii telefonicznej siedział ptak wielkości drozda, chyba paszkot, a metr lub dwa od niego wielki ptak drapieżny; paszkot znieruchomiał i udawał, że go tam nie ma, albo, że ma ptasią grypę). Fred został jeszcze chwilę w ogródku i pomagał kilku poprzerastanym chwastami lawendom, ja odgrzałam nam rosół (dodając do niego lubczyku, żebyśmy się kochali ;)). Po takim obiedzie Kochany zaraz poszedł się zdrzemnąć, mnie też odeszły siły, ale musiałam odpękać swoje przy robieniu notatek na jutrzejsze krótkie zajęcia (piątek będę miała wolny, hip-i-hura, ale mogę powiedzieć co mam do powiedzenia jutro). Oczywiście odkładałam, ile wlazło. W ramach odkładania zadzwoniłam do rodziców, gdy akurat pan premier z panem prezydentem szli do Bidena (rodzice oglądali, jak zawsze). Fred też robi inne rzeczy, gdyż akurat ma siedzieć i pisać, więc wiadomo, że cienszko.

poniedziałek, 11 marca 2024

1546. Szarzenie.

Nadal mży i szarzy. Fred wyjechał po śniadaniu do Północnej; wzięłam się za przeglądanie zadań i spisywanie uwag. Przyjechał kurier z dwiema Fredowymi koszulami. Napiłam się kilku dobrych herbat i zjadłam jogurt z granolą. Im dalej w las, tym bardziej dopadać mnie począł marazm, aż musiałam się ratować krótką niedrzemką. No i tak, doła mam. Nawet Fredowe przytulenie nie pomaga, ani zapach gotowanego rosołu, ani słuchanie Queenu pod to gotowanie. Jestem borsukiem światłolubnym, podróżującym. I wszystko przez to.
___
edit 23:20 mąż mnie pyta, czemu zdjęcia koszul nie wstawiłam. A ja zapomniałam. I jeszcze inne ważne wydarzenie było takie, że jeden reżyserz zadzwonił do Freda, więc sobie pogadali jak reżyserz z reżyserzem.

niedziela, 10 marca 2024

1545. Porocznica.

Deszcz, deszcz, deszcz. Do wczesnego popołudnia nie mieliśmy żadnych planów, aż nagle pojawił się pomysł żony i jego realizację z przytupem rozpoczęliśmy w kilkadziesiąt minut. W deszczu udaliśmy się do Carlingford, żeby się przejść i zjeść (raczej kolejność: odwiedzić Gareta, zjeść i się przejść do naszej ławki na molo), a potem w drodze do domu zatrzymać się na kawę.





 


Na podróż pierwszy raz założyłam woskowanego Barboura, bardzo się przydał (świetny zakup, który czekał kilka miesięcy na właściwą pogodę; Fred sprezentował mi go latem zeszłego roku). Ciężkie deszczem chmury z trudem wskrobywały się na Slieve Foy. Po powrocie do domu genealogiczna rozmowa z mamą i relaks.

sobota, 9 marca 2024

1544. Sennie.

Przez cały poprzedni wieczór, noc i dzisiejszy ranek mocno wiało. Sobota na lenia. Chyba zrzuciłam z siebie zmęczenie, które przygniatało mnie wczoraj do łóżka. Niespiesznie zjedliśmy z Kochanym śniadanie i zajęliśmy się niczym (1/3 tego czasu przełaziłam w szlafroku susząc włosy i czytając powieść). Około czwartej skończyłam Death Comes to Pemberley P.D. James (Faber & Faber, 2022). Mogłaby być lepsza; tak jak wcześniej słyszałam, rzeczywiście serial bardzo rozwinął niektóre wątki. Na wieczór mieliśmy zaproszenie do Ka&Jot, tylko wcześniej obiad trzeba było spreparować. W czasie grzebania w patelni zadzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że nic nowego się nie dzieje. Tatko do tej pory nie był u lekarza z wszystkimi wynikami. Przejrzałam dwie oferty UTW i przesłałam je mamie. U przyjaciół tylko Ka, który zapodał nam jabłecznik z lodami, herbatę i dwa kolejne odcinki 1670. Już w domu.

piątek, 8 marca 2024

1543. Gawroni dzień.

Szarówka i brak energii (młode wampiry wysysają resztki). Kochany wrócił gdzieś po północy i też był wyjątkowo zmęczony. Przyjechał po mnie do miasta, prawie we śnie zrobiliśmy zakupy i szybko skręciliśmy do domu. W następny weekend jedziemy na operę (Fred kupił bilety zachęcony niską ceną). W głośnikach Screamin' Jay i inne płyty z Tower (słucham ich czytając, drzemiąc, jedząc obiad zrobiony przed Kochanego, znowu czytając), aż nie wiadomo jak dziesięć po dziesiątej nucimy Bal u Rafała, a później słuchamy weltschmerzu Fisha (a jest to jeden z niewielu weltschmerzów, jaki traktuję z życzliwością) na Clutching at Straws. Chyba coś mnie bierze/brało, mam nadzieję, że wypoczynek podkołderkowy da temu czemuś odpór.

czwartek, 7 marca 2024

1542. Zajętyk.

Po powrocie z pracy zauważyłam, że nie wiadomo kiedy rozkwitł pierwszy Lucky Number. Fred w tym czasie (mojego zauważania) już przebierał nogami w Dublinie. Gdy gotowałam dla siebie obiad, zadzwonił, żeby mi oświadczyć, że do zestawu płyt przybyło nam Wrzeszczącego Jaya Hawkinsa, Fontaines D.C. oraz album Frank Amy Winehouse. Po obiedzie dużo gadania do siebie (bogowie, jakie to nudne), prysznic, znowu gadanie do siebie, lektura.

środa, 6 marca 2024

1541. Powtórka.

Jeszcze wczoraj wieczorem odłożyłam na półkę Coetzeego (szła mi opornie, a miała być rozrywką w drodze do pracy; to jednak nie tego typu literatura) i napoczęłam P.D. James Death Comes to Pemberley (Faber & Faber, 2022). Nadaje się, włożyłam do torby (oczywiście nadal nie skończyłam Bator, ale tej nie chcę nosić ze sobą, bo za ciężka). W pracy praca, po powrocie do domu zagryzam to ponownie gulaszem wołowym (Kochany znowu wieczorem jest w Dublinie). 

Anna do mnie zadzwoniła, że wróciła do domu. Zapytałam ją czy nie potrzebuje przestawić termostatu. Potrzebowała, więc zaszłam do niej na chwilę. Sąsiadka zrobiła się jeszcze chudsza i mniejsza; na razie boi się chodzić, używa chodzika albo wspiera się na meblach i ścianach. Wieczorem głównie picie herbaty i przygotowywanie zajęć na piątek, oraz rozmowa z Fredem (oboje zauważamy, że nasze sąsiedztwo chromieje, Anna Emerytka dogorywa, druga Anna ma się słabo, Majkel, którego spotkałam w autobusie drugi dzień pod rząd, wygląda jeszcze gorzej). 

Środa podobna do wtorku.

wtorek, 5 marca 2024

1540. Kiedyś trzeba zacząć ...

Aaaargrgrhhh, nie chce się. Ale śniadanie było dobre i Kochany ma zmianę wieczorną, więc zawiózł mnie rano do pracy. Poza tym słońce, a w Centrum spokój pomimo powrotu grupy. Popołudniem, w czasie drogi do domu, załapałam się na wielką zawiechę fejsa, insta oraz messengera. Kochany przed wyjazdem zrobił gulasz wołowy, więc zastałam w chacie pyszny obiad do odgrzania. Z njusów: Fred kupił bilety córce Mrzygłoda i w maju będziemy mieć kolejną wizytę nastolatki (tym razem stryjeczna bratanica). 

Może jeszcze mała granola?

poniedziałek, 4 marca 2024

1539. 04032024.

Dwie rzeczy ubraniowe: bluzka w moim ulubionym, burgundowym kolorze z maziajami różowo-café au lait (wiskoza, Gant) oraz letnia, czarna sukienka kopertowa w czerwone maki (jedwab, The Kooples). Dwie rzeczy czytelnicze: Animal Farm w wydaniu Penguin Classics oraz książka kucharska Happy One-Pot Vegetarian (LEON). Takie dostałam prezenty mężowskie na święto kobieco-rocznicowe. Obydwie daty jeszcze przed nami, ale przyszedł kurier z sukienką, żona zaczęła dopytywać, więc mąż wyciągnął z sekretnego miejsca cały majdan i wytulił okazjonalnie.

Większość dnia siedzieliśmy w domu, ponieważ pogoda nie nadawała się do użytku. Trochę przygotowałam się do pracy w tym tygodniu, oraz poprzemieszałam ubrania w szafach. Dopiero po Fredowym obiedzie (pieczone bakłażany i pieczarki) wyjechaliśmy na kawę i spacer po sklepach (bardziej, żeby się przejść, niż w celach zakupowych). Gdy w zupełnej ciemności zaparkowaliśmy na powrót pod domem, okazało się, że naszym śladem cały czas podążała Anne — w mżawce odbyliśmy z sąsiadką krótką rozmowę o sobotnim koncercie (jednak była i nas widziała; stwierdziła, że Hugh Cuttinga mogłaby słuchać całą noc). Rozmawiałam też z rodzicami (tata robi ostatnio sporo badań lekarskich). 

Ziew. Jeszcze coś wycisnę z tego poniedziałku i chociaż chwilę poczytam. 

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.

sobota, 2 marca 2024

1537. Bach na żywo.

O poranku wysłuchałam Czterech pór roku Vivaldiego z wczorajszego koncertu na 87 urodziny Dwójki (dzięki Hebiusowi, który napisał o tym na swoim blogu; przez chwilę zastanawiałam się, czy Lilianna Stawarz to nie jest jakaś daleka rodzina). Kochany jeszcze spał, zrobiłam mu kawę na przebudzenie i mogliśmy zacząć dzień.

Sobotę została wypełniona składaniem szafki (a raczej sześcioszufladowej komody o romantycznej nazwie Sorrento). W papierach stało, że złożenie tej rozsypanki zabiera jakąś godzinę. Zaczęliśmy około jedenastej. Razem z przesuwaniem materaca, odkurzaniem podłogi, wyrzucaniem śmieci, przebieraniem pościeli zeszło nam do czwartej. Korzystając z okazji, z pudła, które zazwyczaj leży pod łóżkiem, wyciągnęłam moje kultowe trampki w żółto-czarną kratę (tzn. nowe, bo stare, identyczne, zostawiłam w Polsce). W międzyczasie umyłam jeszcze włosy, gdy Fred przed wbiciem ostatniego gwoździa pojechał do rzeźnika po steki (w końcu jest sobota, rzeźnik rodzinny nie mógł czekać w nieskończoność). Na koniec przybiliśmy piątkę jak Pat a Mat. Praca upłynęła nam przy wiosennych trelach.

Po obiedzie zaczęliśmy się zbierać na koncert (trampki miały więc dobry start). Pojawiliśmy się w mieście kilkadziesiąt minut przed czasem i zaparkowaliśmy niedaleko kościoła świętego Pietera (pod M&S, co to go będą zamykać). Kolejny już raz mieliśmy okazję posłuchać na żywo Irish Baroque Orchestra. Gdy weszliśmy do wnętrza akurat trwał wstęp z Peterem Whelanem (dyrektor artystyczny, ale też multiinstrumentalista; uroczo się jąka). 

Pasja według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha, z dziesięciominutową przerwą (w której pozwoliłam sobie mówić skeczem Basińskiej bo Bach był Niemcem, zresztą, Händel, którego słuchaliśmy w zeszłym roku po angielsku też był Niemcem, kiedyś wszyscy byli Niemcami. I Niemcy wszystko mieli najlepsze, filozofów, biurka ... a później wyszło jakoś tak niezręcznie. Jakby oni wiedzieli, to by sobie w życiu nie pozwolili ... bo kto powiedział, że trzeba słuchać Pasji na poważnie). 

Wykon, wiadomo. Koncert był obstawiony mikrofonami (ciekawe czy w nagraniu wyretuszują mój kaszel na początku drugiej części), za ewangelistę robił Nick Pritchard (tenor), poza tym śpiewali m.in.: Aisling Kenny (sopran), Charlotte O'Hare (sopran), Laura Lamph (mezosopran), Hugh Cutting (kontratenor, malutki, ale zadziorny), Matthew Brook (bas-baryton), Hugo Hymas (tenor) oraz Edward Woodhouse (tenor).

O jedenastej ponownie w domu. Jestem taka zmęczona, że dzisiaj niczego już nie wkładam do nowych szuflad. Szumy uszne. Dobranoc, dniu.

piątek, 1 marca 2024

1536. Dewi Sant.

Śniła mi się ławka w starym domu, taka ławka pod płotem pomiędzy podwórkami (ławki już nie ma, podobnie jak płotu). W tym śnie najpierw Rysio nie żył, a potem żył. Ale jednak uświadomiłam sobie, że nie żyje, bo siedział na tej ławce z Grahamkiem, jakimiś dwoma czarnymi szczeniaczkami i dziadkiem Bronkiem.

Noc mocno deszczowa, poranek i cała reszta dnia taka sama; ciemno (mapa wiatrów pokazuje zawirowanie nad Wyspami). 

Piekłam naleśniczki, cerowałam, klikałam, mąż rozłożył się z ceremonialnym pastowaniem butów. Obejrzałam kilka ciekawych vlogów, m.in. rant Karoliny o AI i Nicole Rudolph historię życia Coco Chanel. Wspólnie z Kochanym obejrzeliśmy też starego Miecia o Zenku. Fred pojechał do portu po rybę na obiad. Miał też zamiar w drodze powrotnej kupić steka na jutro, ale pod rzeźnikiem już się nie zatrzymał, zniechęcony sztormową pogodą, która zmoczyła go na wybrzeżu (ponieważ małżonek wyszedł z samochodu i kręcił filmik ze wzburzonym morzem). Za to oprócz plamiaka Kochany przywiózł chowder, a do niego dwie pajdki chleba sodowego troskliwie zapakowane w serwetki bożonarodzeniowe.

Stu ma urodziny, więc była z nim rozmowa dłuższa (o depresji oraz sprawach różnych). Poruszamy się stosownie do pogody, w tempie nieco zwolnionym. Szafka nadal czeka na złożenie, idzie jej już drugi tydzień.