wtorek, 31 sierpnia 2021
623. I deszcz.
Rzęsiste opady deszczu obudziły mnie w nocy, do wyjazdu z Miasteczka już nie było lepiej. Po śniadaniu (zdarzyła mi się krótka pogadanka o walorach regionu z niejakim Bartkiem) Fred sam pojechał do domu kultury na umówione spotkanie. Jego nieobecność trwała krótko, mąż pchnął swoje sprawy we właściwym kierunku, spakowaliśmy się i przed wyjazdem z Pałacu Książęcego pojechaliśmy jeszcze pożegnać się do cioci. Trochę nam zeszło nad herbatą i pysznymi resztkami szarlotki.
Po południu wyruszyliśmy w drogę powrotną ... zakosami. Postanowiliśmy jeszcze raz podjechać do wieży rycerskiej w Siedlęcinie. To była bardzo dobra decyzja, rozmawialiśmy z miłym panem (Jakubem Przędzielewskim, zawodowym rekonstruktorem średniowiecznych napierdalanek) u którego kupiliśmy monografię o tym miejscu pod redakcją Przymysława Nocunia.
Po Siedlęcinie drugim przystankiem był Bolesławiec. Zjedliśmy obiad w Season Bistro ze znajomą Freda zapoznaną w Irlandii. Menu badzo intrygujące, sandacz na główne, strudel jabłkowy na deser. Potem już naprawdę do domu, pod Wro złapało nas oberwanie chmury, ale i tak chwilę po siódmej wieczorem byliśmy na miejsu. Pranie jutro rano, na razie po prostu odpoczywamy.
poniedziałek, 30 sierpnia 2021
621-622. Cały pałac nasz.
W niedzielę wróciliśmy do naszego pokoju przed dwunastą w nocy. Bo było tak, że rano, po śniadaniu tatko już się spakował i przed odjazdem wyszliśmy na Miasteczko obchodząc jego najważniejsze punkty (wpadliśmy także na Politajewa). Następnie wyskoczyliśmy do Lubomierza (tatko nie wziął swojego ekwipunku sądząc, że jeszcze wrócimy do hotelu), i zrobiliśmy nawet krótką inspekcję w kościele (po drodze jeden pan wychylił się z samochodu i pochwalił moją kamizelkę; bardzo nietypowe, bardzo miłe). Potem już droga na Świeradów Zdrój — zarezerwowany stolik na sześć osób w restauracji przy hotelu, gdzie kuchnią dowodzi dobry znajomy Freda. Przyjechaliśmy godzinę wcześniej, a ponieważ hotel był trochę daleko od centrum, poczekaliśmy na gości przy kawie. Pora obiadowa upłynęła w miłej atmosferze — pięciu dorosłych i nastolatka czytająca Zafóna.
Podwożenie taty do domu trochę trwało, był krótki postój na Zakręcie Śmierci i korek w Jeżowie pod Bolkowem, który spowodował, że do S8 przebijaliśmy się przez jakowyś Pogwizdów i Kwietniki. W domu byliśmy po ósmej, zjedliśmy parę kanapek, zwinęłam zapomniane kosmetyki, i ziuuu w drogę powrotną. Nic nadzwyczajnego, oprócz tego, że już niedaleko naszego celu spotkaliśmy na środku drogi dwa zagadane jenoty.
Dzisiaj plan był luźny, ale się zagęścił. Rano jako jedyni zjedliśmy śniadanie, prawie jak jaśniepaństwo (obsługiwani przez pana Krzysia, dorodnego i kudłatego). Potem podjechaliśmy do centrum Miasteczka, Fred umówił się w domu kultury na spotkanie na jutro (w sali Michała była akurat wystawa zdjęć Piotra Dziełakowskiego Żuraw w lesie, poza tym na parterze wśród zdjęć pamiątkowych były fotki Fredowego wujka) i poszliśmy na spacer w poszukiwaniu idealnego domu. W rynku natknęliśmy się na ciocię eR wracającą z zakupów, a z ciocinej kawy i ciastka szybciej niż sądziłam zrobiła się dwunasta po południu.
Wizytę w Jeleniej Górze zaczęliśmy od parkingu w piwnicach Nowego Miasta. Udało mi się kupić (na szczęście) tylko jedną książkę, Czarną owcę medycyny Liebermana. Spacer deptakiem został zwieńczony w Gitarą i Piórem posiłkiem tak zacnym, że nie było już miejsca na kawę (zresztą wydaje się, że Wojtek nie rozstał się w przyjaźni z obecnymi właścicielami kawiarni, którą mąż miał na oku). Więc tak trochę się plączemy, bo do godziny piątej po południu i zaklepanego spotkania z Anią zostało trochę czasu. Fred zabrał mnie na Górę Szybowcową, popatrzyliśmy sobie na świat z wysoka. A Ania, cóż, kolejny raz zrobiła Fredowi psikusa i wysłała mu oświadczenie w formie zapytania, że przekłada spotkanie, bo musi pomóc córce. Aa-aa.
Chleb kupiony, kabanosy w bagażniku, tymczasem proszona herbatka u cioci zamieniła się w regularną kolację z kiełbasą na gorąco i sałatką grecką. Dołączył do nas Mrzygłód z córką, których wczoraj gościliśmy na obiedzie. Z powodu ciągłego ruchu w interesie zapomniałam zadzwonić z pytaniem jak tata się ma po podróży. Teraz się relaksuję zachwycona odpływem pod prysznicem, który został udrożniony przez pana Krzysia w czasie naszej nieobecności. Plan na noc: doczytać do końca Emigrantów Mrożka (Noir sur Blanc, 2003) nawet chociaż mi się nie chce.
sobota, 28 sierpnia 2021
620. Zimna sobota.
piątek, 27 sierpnia 2021
619. Dolina Bobru i in.
Pierwsza część dnia minęła na inspekcji rodowego majątku, pakowaniu walizki na weekend, sadzeniu rojników, spacerze z mamą i Maksiem, głaskaniu psów i kotów. Mama kupiła mi zwijaną klawiaturę, więc uczę się jej używać (od czasu, gdy zalałam laptopa, piszę na klawiaturze dotykowej). Zrobiliśmy z Fredem rundkę po wsi, napełniliśmy brzuchy obiadem i przed godziną trzecią po południu razem z tatkiem wyruszyliśmy w kierunku Doliny Bobru.
Zameldowaliśmy się w pałacu po piątej. Tata ma pokój nr 30 (na drugim piętrze), my urzędujemy pod jedynką. Miejsce jest spokojne, niemalże wymarłe. Oczywiście zapomniałam torby z kosmetykami, poza tym w Dino kupiliśmy także prowiant na pałacowe wieczory (śniadania mamy w cenie). Fredowa ciocia eR była dzisiaj poza domem, więc tylko spacer na cmentarz, żeby Kochany mógł zapalić wujkowi znicz. Wieczorem zjedliśmy kolację w sali kominkowej.
czwartek, 26 sierpnia 2021
618. Wakacje trochę zajęte.
Dzień pełen przemieszczeń. Po dziesiątej pojechaliśmy do Wro samochodem mamy. Podpisałam umowę z uczelnią, potem zaszliśmy do Magnolii i do dentysty — postanawiam, że usuwanie kamienia i piaskowanie będę robiła standardowo, bo to świetna sprawa. Aparat korekcyjny jeszcze nie teraz, ale pomysł jest to wcale nie taki durny, najpierw jednak trzeba zacząć zarabiać. W Magnolii (a raczej w Empiku) zakupy następujące:
Przywieźliśmy do domu deszcz, zjedliśmy obiad i od tej pory byczymy się i gadamy.
Zapomniałam książeczki z hasłami, ale na (nie)szczęście mam pocztę otwartą na telefonie, i w taki sposób dowiedziałam się, że ktoś z Teaching Council już przetwarza moje papiery wysłane ledwie dwa dni temu (irlandzka snail mail nagle jak błyskawica). Odpowiem na wiadomość jutro, zanim wyruszymy w kolejną, tym razem dalszą podróż. A tymczasem rodzice z Fredem rozwiązują przy kanapkach problemy świata. Zwierzęta śpią.
środa, 25 sierpnia 2021
Postscriptum #617.
(bluzy z maryjką nie będzie z powodu braku kabelka)
Obudziłam się o 3:26, śnił mi się chomik. Taksówka pojawiła się o przyzwoitej porze (wyjazd z domu został poprzedzony ostentacyjnym obrażeniem się na nas kociości). Cała podróż była wzorcowa, odlot o czasie, przylot również co do minuty, pogoda piękna, zagęszczenie w samolocie na poziomie 1/3 normalnej liczby pasażerów. Dla mnie może tak być zawsze.
Tatko wydaje się jakiś taki ... niższy, mama jak zwykle, babcia wietrzy swoją śmierć. Wszystkie koty grubsze, psy poruszają się wolniej (Malinka zapuściła wąsy jak Piłsudski i szczecinę dzika na karku). Dom i ogród przeszły w ciągu ostatniego roku sporą metamorfozę (nowy tynk, zabytkowy kredens, zakątek z huśtawką zrobiony w miejsce starego bukszpanu). I tylko my ci sami. Po obiedzie poleźliśmy oczywiście na spacer, trochę na cmentarz do dziadka Bronka i cioci Stachy, trochę ogólnie napatoczyć się na oczy temu i owemu. Wyszło to z przytupem, bo przy cmentarzu spotkaliśmy kółko różańcowe przygotowujące bele siana (jakże to kreatywne) na gminne dożynki.
Wiemy od Marksistki, że pozer harmonijnie ułożył sobie z nią resztę dnia (rozmawialiśmy wieczorem), a chomik bezpiecznie biskupuje w swojej kurii. Fred już pochrapuje na nowym łóżku, odsypia dwie krótkie noce.
wtorek, 24 sierpnia 2021
616. Reisefieber.
Fred już około szóstej wyjechał w kierunku Ennis, ja wstałam godzinę później i jeszcze zrobiłam ostatnie sprzątanie w kuchni przed godziną zero. Kochany zadzwonił, gdy był kawałek za Dublinem, sączył kawkę z Insomnii i świecił błękitnym niebem. Pogoda była udana przez cały dzień, mało wietrzna i ciepła (przed pracą wysłałam w końcu list do Kildare, a przy okazji, kupując kopertę a4, natknęłam się na Martaszkę).
Już w pracy, na parkingu przed siłownią poznałam w końcu Marksistkę, która kiedyś napisała pracę dyplomową o dżdżownicach, a obecnie od dwóch tygodni jest irish artist certyfikowany. Ponieważ Fred obwoził naszego gościa po Drołdzie i naszej wsi, postanowiłam wrócić autobusem. Tak się złożyło, że do przystanku odprowadzili mnie Kejti i Alex. Dobre dzieciaki. A może złe. Dla mnie są miłe.
Marksistka zjechała z kurią, czyli ogromnym pałacem chomiczym:
A w nim japoński kolowrotek cichobieżny i w ogóle, wypas, przestrzeń i sztuka użytkowa. Marksistka zainspirowala mnie pożądaniem posiadania klawiatury logitech K380 w kolorze magenta. Oraz zburzyła chomiczą norkę, żeby sprawdzić, czy biskup dobrze zniósł podróż :
Bluzę naszej gościówy (z maryjką) wstawię później, gdyż fotka nie chce się teraz załadować, a laptop trzeba by już zapakować do walizki.
poniedziałek, 23 sierpnia 2021
615. Zen prostych czynności.
Ze stresu łeb w nocy boli, ale o ironio, dzień przywitał mnie pięknym wschodem słońca smyrającym po nosie. Poprzedził go sen o Fredzie (w szerokoskrzydłym kapeluszu), który zmierzał w kierunku wschodu nad morzem. Jeszcze było trochę gotowania głowy przed południem. Potem zdecydowałam, że zrobię, ile mogę i wyszłam na pogaduchy z Katlin (więc wiem, że wczoraj Bán upolował u Judżina wielkiego szczura). Pojechaliśmy z Kochanym na obiad do Termon (mąż wcześniej zrobił deep cleaning łazienki i żadnemu z nas nie chciało się gotować), a wracając do domu zahaczyliśmy o port:
A tam zwykły dzień pracy, zapach ryby z frytkami dochodził aż do parkingu na górce, kutry zwoziły swoje łupy i ostrożnie przeciskały się do cumowania, irenki czekając na smakołyki robiły w wodzie fikołki. Już podjeżdżając do portu widziałam, że góry zniknęły, nie tak jak w chmurze, gdy wiadomo, że gdzieś tam są, ale tak jakby ich nigdy nie było. Schodząc z mola po spacerze zauważyliśmy, że mgła morska z północy sturlała się w tym czasie po wybrzeżu i jest tuż obok:
Jeszcze chwila i staliśmy w jej zimnym objęciach.
Mgła dotarła do naszej chatki dobre pół godziny później, gdy już wybrałam do podróży kilka szczepek rojników i malusi odrost pilei (to będzie jedna z pierwszych akcji po powrocie "do lasu", sadzenie) oraz zrobiłam test nowego odkurzacza. Potem zaczęłam myć blaty kuchenne i dawno mi to tak dobrze nie zrobiło. Myślę, że z okapu usunęłam historyczny kurz, który zbierał się tu od czasu zamontowania go przez Krisa nieboszczyka. Wynosząc na kompost zeschłe róże odkryłam szczurze tajemne przejście z ogródka Judżina i fakt kiełkowania cyklamenów (dwóch z trzech, jeden nadal siedzi w bulwie przetrwalnikowej).
Wystawiłam ich doniczkę przy wejściu i schowałam cebulki narcyzów. Jesień.
Mgła została do nocy. Ciemno już. Ryszard, który delektował się dzisiaj rekonwalescencyjnymi spacerami jeszcze nie chce do domu i od godziny siedzi pod hortensją przyglądając się nielicznym przychodniom. Kolejny dzień gra nam któraś z płyt Bowiego z lat 70-tych. Wydrukowałam i wypełniłam wszystkie papiery podróżne, Fred jeszcze nurkuje w swoich szafach z ubraniami i zwleka ze sprzątaniem biurka.
niedziela, 22 sierpnia 2021
614. Nie lubię pracować.
Teoretycznie dzień można nazwać owocnym. Od rana pranie (szaro jest i ciepło), lodówka prawie czysta i ubrania w szafie sensownie uporządkowane. Niemalże dokończyłam pisać sprawdzian dla mojej grupy i niemalże skreśliłam parę słów do Teaching Council. Ale stres i tak jest, z różnych powodów, zależnych i niezależnych. Kochany kupił nowy odkurzacz. Kot wyprosił wyjście na dwór. Jeszcze dwa dni paniki przedpodróżnej.
sobota, 21 sierpnia 2021
613.Podróż w przeszłość.
(kropelki dla Ryszarda okazały się naprawdę bezwonne i lekarstwo został przez kota bezproblemowo pożarte)
O jakież cierpienia! Postanowiłam, że dzień sobie maksymalnie umilę i zacznę od dobrego śniadania, z podsmażonymi pieczarkami i jajkiem z chrzanem. Nie dało się jednak ze sprzątaniem zwlekać, kiedyś trzeba było je zacząć. Przeglądanie jednej tylko szafki zaowocowało znalezieniem prawdziwych skarbów pośród których olej z wątroby rekina tasmańskiego to był tylko początek, aperitif, można rzec. Fred zatrzymał na razie pojemnik pełen zużytych igieł jednorazowego użytku (trzeba je zutylizować w szpitalu) oraz wyrzucił setki tabletek i tableteczek (część z nich to były jakieś magiczne mikstury od rodziny, których Kochany nigdy nie zamierzał brać do ust). Znalazłam sterylne, nigdy nie otwarte nożyczki do usuwania szwów (nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje) i sterty wspomagaczy przy chemioterapii. Na dnie szafki, której używam do archiwizowania dokumentów i trzymania leków, spokojnie spał PocketBook Pro 902 (rok 2010!), prezent od Wu. Fred kompletnie o nim zapomniał, gdy rozmawialiśmy o czytnikach, nigdy zresztą tego egzemplarza nie używał z powodu problemów z ładowaniem. Wystarczyła podmiana kabelka do ładowania i czytnik ożył! Na bogato :D Na tę chwilę wydaje się, że jest problem z wyraźnym wyświetlaniem tekstu. Możliwe, że zaszkodziło mu przechowywanie.
Wśród chaosu i cudów dnia (po południu wisiała nad wsią prawdziwa burza, która na chwilę pozbawiła nas połączenia internetowego) kupiłam w moim banku ubezpieczenia turystyczne dla mnie i Freda (na cały rok od razu), przeczytałam Czekoladki dla prezesa Mrożka (Noir sur Blanc, 2018), odprawiłam nas i wypełniłam formularz KLP. Pewnie jeszcze coś będzie, ale przynajmniej paszporty się odnalazły.
piątek, 20 sierpnia 2021
612. Deszczowy piątek.
Budzik nastawiony na siódmą, dopiero po kilku minutach przypominam sobie po co. Wizyta u weta na rano. Diagnoza: ugryzienie. Antybiotyk i przeciwbólowy w zastrzyku. Kropelki przeciwzapalne na kilka następnych dni.
Dzień był nieco deszczowy (im bliżej wieczoru, tym bardziej), ale i tak wybraliśmy się do Drołdy. Fred chciał sobie kupić skrzynkę na narzędzia, a tak prawdę powiedziawszy to pojechaliśmy się poszwendać po mieście. Po zakupie chleba, kociego kocyka, zasłony prysznicowej i skrzynki, zostawiliśmy samochód na miejskim parkingu i pod parasolem łaziliśmy po centrum miasta, bo lubimy. Zaszliśmy na kawę do Epik, miejsca powstałego po Canale zamkniętym przez covid. Ocena na minus, kawa gorsza, jedzenie bardzo podstawowe, więcej tam nie zajrzę. Gdy szliśmy ulicą portową wydawało mi się, że widzę przed sobą Majkela, i słusznie, bo zobaczyliśmy go ponownie siedząc w Epiku. Szedł z Alkoholowym Paddym, pewnie przyjeżdża do miasta, żeby się ubzdryngolić w jednej z licznych w Drołdzie borsuczych nor marki pub, z dala od wzroku sąsiadów. Smutne to.
A wieczorkiem rozmawiam sobie z Majkelową żoną przez messengera o nowych roletach, podróży do Polski i przede wszystkim o Ryszardzie Kocie, królu dramy. Pomiędzy obiadem (pieczona kaczka) i późną kolacją (chleb z truskawkami) przeczytałam trzy eseje Amosa Oza zebrane w Jak uleczyć fanatyka (Prószyński i S-ka, 2010). Niby mądre i praktyczne, ale ludzie tacy nie są. W każdym razie niezbyt często.
czwartek, 19 sierpnia 2021
610-611. Home.
Wczoraj Fred ostatni raz przed naszymi wakacjami zawitał do pracy, o szóstej rano, i po południu był już wolny. U mnie standardowo, tylko, że rano wyjazd autobusem, kawka w Simonie, a po pracy, w oczekiwaniu na męża, lunch na mieście.
Ze środowych wieści domowych najciekawsza jest taka, że w kuchni mieszka duży pająk kątnik. Wiem, bo na własne oczy widziałam jak wieczorem szybkim krokiem udawał się spod Fredowego biurka pod szafę z książkami. Spory okaz, nie napatoczył mi się taki na oczy przynajmniej przez dwa ostatnie lata.
Gdy pytają mnie, czy się cieszę, że lecę do domu, mówię, że tutaj też jest dom.
Dzisiaj byłoby pięknie, gdyby nie .... Bo w pracy spokój, po powrocie za progiem przywitała mnie karta EHIC o której już wczoraj dumałam czym ją zastąpić, jeśli nie pojawi się do wtorku, na dworze ciepło i wogle, a dodatkowo przed wylotem do Polski już nie muszę leźć do Centrum, biuro od wczoraj zamknięte na dwa tygodnie i cztery spusty. Same plusy. Jednakowoż, o poranku Ryszard wrócił trochę późno, bo była dziesiąta rano. Miał jakieś krople krwi na futrze, pomyśleliśmy, że to z myszy albo ptaka, ale zauważyłam też, że lekko kuleje na przednią, prawą łapę. No nic, kot po spóźnionym śniadaniu rozsiadł się w sypialni i takim go zastaliśmy po południu, tylko ruchy miał już wolniejsze i fukał, gdy próbowałam obejrzeć łapę. Więc wet zamówiony na jutro rano, my skonsternowani, kot nabzdyczony siedzi na parapecie i wygrzewa kontuzję.
___
edit 21:50 Wyprzedaże na koniec lata. Kochany kupił mi w czasie rejsu po sklepach dwie zielone, lniane bluzeczki Majestic Filatures (top w kocie łapki i luźna koszulka w tygrysy i palmy).
Jeszcze przed obiadem skończyłam czytać Solaris. Styl taki sobie, "patrzała" i "zasobniki" nie pozwalają zanurzyć się w tekście do końca, dialogi, szczególnie damsko-męskie takie, jakby autor siedział większość życia w szafie, ale patent na myślący ocean ciekawy, nawet dzisiaj.
Kontuzja nie wpłynęła na Rysiowy apetyt, liczę na to, że cała reszta bardzo się nie pogorszy, cokolwiek to jest. Na zakończenie dnia próbowaliśmy obejrzeć z Fredem Cóż za piękny dzień (2019), ale film z Hanksem był zbyt infantylny, żeby go wytrzymać w całości.
Pająk kuchenny jest faktycznie duży.
wtorek, 17 sierpnia 2021
609. Konstans.
Dzień podobny do poprzedniego, tylko w pracy musiałam się bardziej napiąć, bo tutoring, i tym razem to ja robię obiad (małżonek obudzony przeze mnie o dziesiątej, pięć godzin po tym, jak poszedł spać, zupełnie słusznie słaniał się na nogach). Po powrocie do domu zastajemy pod wycieraczką kolejną paczkę ze sklepu EMP — z trzech bluzek z kocimi motywami zostawiam sobie dwa T-shirty (Gothicana i Alchemy England), zaiste pielgrzymkowe (Fred wie w jakim kierunku zmierza moja stylówa).
Pod wieczór rozmawiam z tatką, który opowiada mi jak próbował ratować sarenkę z połamanymi nogami (zmarła w niedzielę). Proszę go, żeby przejrzał buty Freda pozostawione w domu, bo byliśmy tam tak dawno temu, że nasza amnezja wydaje się ciutkę usprawiedliwiona. Chyba oboje powoli w głowach kompletujemy bagaże.
Zatoki nadal dokuczają, z rana nie chce mi się wystawiać łba spod poduszki, dzisiaj stara metoda — inhalacje herbaciane. Fred poszedł spać jeszcze przed ósmą wieczorem (jutro wstaje dwie godziny przed świtem). Tymczasem zmierzch, książka lub film.
poniedziałek, 16 sierpnia 2021
608. Pogaduchy i praca.
Gdy się pracuje, nie chce mi się ma inny wymiar. Zaskoczyła mnie dzisiaj Martaszka, z którą chwilę rano pogadałam i postanowiłam ten kontakt kontynuować po południu (ponad godzinę ględzenia o różnościach!). Kochany miał dzisiaj pracę, ale później, więc wpadł po mnie, kupił steka i wyjechał w trasę dopiero po tym, jak zjedliśmy zrobiony przez niego obiad.
The Straw Woman, kolejny odcinek Midsomer Murders z siódmego sezonu, ładnie wypełnił mi czas prasowania. Zwyczajnie pozytywny dzień. Trochę pada i kot prosi o wytarcie papierowym ręcznikiem. Wieczorem produkuję pracowniczą papierologię i podczytuję Solaris (Biblioteka Gazety Wyborczej, 2008).
niedziela, 15 sierpnia 2021
607. Czy dobrze, że się cieszę i rolety, cz. 2.
Z rana grzebiemy się, wstawać się jakoś nie chce. W końcu piję zieloną, zagryzam pizzą i przed południem postanawiam zerknąć na Wirtualną Uczelnię. Odpowiedź na moje podanie, okazuje się, wisiało od kilku dni na stronie. Zgadzają się na nową umowę, podają akceptowalne warunki, do tego uwolnię się od Czesia Promotora! Czy dobrze, że się cieszę? To dużo pracy i do końca nie jestem pewna, co czynię, bo jeszcze nie mam pewności, że nie trafię z deszczu pod rynnę. Od razu napisałam do Gajówki, czy mnie jeszcze pamięta.
Nad morzem bezwietrznie, szaro i ciepło. Przed podjęciem próby ostatecznej przeprawy z roletami jedziemy na fish & chips z konsumpcją w porcie:
Po powrocie z przerwy obiadowej zbieraliśmy się niechętnie do zadania odkładanego od tygodni, ale w końcu wieczorem rolety są tam, gdzie normalnie powinny być, w oknie. Fred akurat kończył najważniejszą dłubaninę, gdy oddzwonił do niego Wu. Szwagier brzmi tak jakoś dobrze, mówi też, że wychodzi na prostą.
Rolety zasłonięte elegancko, w głośnikach Aya RL, czerwona płyta (1985), Kukiz śpiewa. I co to się z człowiekiem porobiło.
sobota, 14 sierpnia 2021
606. Deszczowa sobota.
Nadal trzymają mnie grzebiące się zatoki. Rano słyszałam Freda jak przez mgłę, gdy szykował się do wyjazdu po przyjaciół i rundki północ-lotnisko w Dublinie, ale nakryłam głowę poduszką i wstałam dopiero po jego wyjeździe. Zjadłam śniadanie, wypiłam kawę, obejrzałam kilka vlogów, kręciłam się po mieszkaniu dumając, czy wynosić pranie do ogrodu (skorzystałam z rady kociego barometru, który zagnieździł się w sypialni i dałam spokój; później faktycznie spadł deszcz przepowiadany przez Ryszarda). Kochany wrócił około drugiej po południu z baterią 321 do mojego Atlantica (natychmiast założyłam go na rękę), i darami od Ka&Jot. Jot jako PGDzD (porządna gospodyni domowa z demoludów) ma pod ręką wszystko, więc teraz to my będziemy musieli zjeść kilogramy marchewki i jabłek przed naszym wylotem do Polski. Dwie różyczki kalafiora natychmiast lądują w sobotnim obiedzie. Pół dnia myślę o podróży, o tym, że mogłabym lecieć już dzisiaj.
Tak w ogóle to Fred zastał mnie po powrocie z nosem w autobiografii Sinéad. Gra Van der Graf Generator Pawn Hearts (1971), gdy trę marchewkę. Kochany siedzi przed laptopem w swoich retro spodniach i czarnych szelkach do białej koszuli nadrabiając czytanie wiadomości, śliczny taki, jedną stopę trzyma na biurku. Obiad prosty i dobry, wylizujemy talerze do czysta, w trakcie opowiadamy sobie różności. Ten Years After 1st Album (2015). Rozmowa z mamą, ogłoszenie jej, że rezerwacja w pałacyku nad Bobrem została przez zięcia uczyniona i niech ona zrobi z tą wiadomością co chce. Wieczorem doczytałam Rememberings O'Connor do końca, z mokrą głową, kiwając palcyma pod kołdrą. Kilka razy opowiadam Fredowi o czym to jest, i czy Shane został wspomniany. Lektura dostarczyło mi sporo frajdy, chociaż raz po raz nie zgadzałam się z autorką. Potem opowiadamy sobie o rodzinnych patologiach.
piątek, 13 sierpnia 2021
605. Stawiamy na relaks.
Zarezerwowałam w Polsce wizyty u dentysty dla nas obojga. Pojechaliśmy też dzisiaj do Carlingford, głównie po to, aby zjeść obiad w Ruby Ellen (jak zwykle spałaszowaliśmy pieczone ziemniaki) i ładnie się ubrać (testowałam żeglarki i błękitną koszulę Lee, wygrzebałam też szalik w niebieską kratkę, lekki jak mgiełka). Czekaliśmy na możliwość zamówienia jakieś pół godziny, drugie tyle na obiad, ale nie szkodzi, nigdzie się nam nie śpieszyło. Aś nie było w pracy, ale przed lunchem weszliśmy do sklepu i kupiłam w nim Kochanemu granatowy T-shirt z głową byka z Cooley (anvil.organic; dołączył do kolekcji czarnej owcy i barana z wyspy Man).
Gdy wyjeżdżaliśmy z miasteczka, chmury przeszły przez Slieve Foy i zaczął padać drobniutki deszcz, w którym wracaliśmy przez góry na południe. Byliśmy umówieni na krótką wizytę u Ka&Jot. Żeby ich nie poganiać (jutro przyjaciele wylatują do Polski) wstąpiliśmy jeszcze do Costy przy Omniplexie. Gdzieś w drodze odezwał się do Freda menadżer i proponował mu zlecenia na dzisiaj wieczór, ale Kochany już obiecał przyjaciołom podwózkę na lotnisko i postawił na relaks. U Ka poznaliśmy sąsiada, który będzie w czasie ich nieobecności opiekował się psem. Potem wracamy do domu najdłuższą drogą, bo ma najładniejsze widoki.
czwartek, 12 sierpnia 2021
604. Zobacz jak wieje.
Lato odzwyczaiło nas od wiatru, więc głowa notuje: zobacz jak wieje. Gdy po mojej pracy zjechaliśmy do portu po rybkę na obiad, zaskoczył mnie widok falowania ogromnych mas wody za molem.
Dzień słoneczny przetykany szałerkami, po obiedzie Kochany musi pędem do Belfastu. Drzemkuję do późna, łapie mnie jakieś zapalenie lub alergia, prycham i nos mam zimny jak pies.
Kot łapał promienie słońca jak się dało, ja z głową w książce, Kochany obiecuje, że jutro jest już tylko mój.
środa, 11 sierpnia 2021
603. Czwarta rocznica? :)
Z rana What Power Art Thou (Cold Aria) z Króla Artura Purcella, w kilku różnych wykonaniach.
W pracy doczytałam do końca biografię napisaną przez Connaughtona, Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Uwaga podobna jak do poprzedniej próby biograficznej o Gallagherze — wszyscy go znali jako miłego człowieka i The end.
Fred już na mnie czekał, historia bowiem jest taka, że spadło mu z grafiku dzisiejsze zlecenie, więc po nocce Kochany podwiózł mnie do pracy, poszedł na obiad do Il Forno, zrobił zakupy, a potem razem podjechaliśmy na mój obiad do Termon. Wrap z kurzyną i szarlotka na ciepło z lodami, wszystko bardzo było pyszne.
Po powrocie do domu mąż zasypał mnie prezentami. Dostałam bukiet kwiatów, dwie pary butów Ecco (brązowe żeglarki i czarne rzymianki), wełniany pulowerek Polo Lauren w romby, wełniano-jedwabny szal Bally w biało-brązowe maziaje. Poza tym wylot do Polski zbliża się wielkimi krokami, więc Kochany usiłuje zarezerwować miejsce na pobyt w Dolinie Bobru (przy okazji mama mnie wkurzyła swoim stuporem w kwestii wyjazdu na weekend), a ja dopiero teraz przypomniałam sobie o możliwości wyrobienia karty EHIC.
Nom, w nocy ma nie być wody, więc ... szybkie mycie zębów i nie chce mi się nic oglądać. Zamiast tego będą Rememberings, autobiografia Sinéad (Penguin/Sandycove, 2021).
wtorek, 10 sierpnia 2021
602. Solówka.
Zaczęłam dzień od słuchania solówki w Walk on Hot Coals. Frustracja w związku z papierami mi się w głowie buduje i jedyny sposób, żeby się jej pozbyć, to pchnąć sprawę do przodu. Dzisiaj tylko telefon do mamy, żeby mi przeskanowała dwa papiery. Plusem dnia była późniejsza pobudka.
Prognoza pogody osłabia — mimo wszystko ciepło, oficjalnie na 99% nie będzie padało, a w mieście mżawka. Nie byłoby tematu, gdybym dzisiaj po sprawdzeniu prognozy nie założyła pierwszy raz nowej ramoneski. Piękna jest, zasługuje na lepszą aurę. Przed pracą croissant z kawą w Simonie, miejscu na 54 St Laurent (do pandemii pod tym adresem był Fifty4 Seafood Bar, z którego nigdy nie złożyło mi się skorzystać), stolik pod markizą i chwila rozmowy przez messengera z Luś.
Kochany pracuje niedaleko, o jedno miasto na północ, ale znowu się mijamy i widzimy głównie w telefonie. Siedzę sobie o tej porze i zastanawiam jak niehisterycznie zagospodarować czas przed snem. Być może Midsomer Murders (jeśli już, to The Maid of Splendour), a w łóżeczku doczytywanie biografii Rory'ego.
poniedziałek, 9 sierpnia 2021
601. Sama na gospodarstwie.
W środku nocy (przestraszona ciumkaniem i tuptaniem za oknem) odkryłam, że mamy jeszcze jednego sąsiada, dużego jeża, który na nocnej zmianie je pędraki wyjątkowo głośno mlaskając.
Fred wrócił o trzeciej nad ranem.
Po pracy, zamiast od razu pędzić do kuchni (głodna byłam, a jakże), popytlowałam z Katlin i Anną Emerytką odgrzewając sobotnią dramę. Złodzieje byli z pewnością Irlandczykami, bo jeden nawet zmierzał w kierunku sąsiadki i coś do niej pyskował. Przy okazji dowiedziałam się że to nie o cały katalizator chodzi, ale jakąś jego część, która podobno zawiera platynę.
A w domu Tom Waits i Closing Time (1973), dziwny obiad, chill out (by był idealny, gdyby nie pewien strup na głowie, bezustannie przeze mnie odkładany — więc jest drama i siedzenie nad papierami, jakbym conajmniej konstruowała bombę, a to tylko aplikowanie o uznanie kwalifikacji zawodowych) i rozminięcie się z Kochanym, który ponownie pokazuje mi stolicę wędrując na swojej przerwie w poszukiwaniu kawy.
niedziela, 8 sierpnia 2021
600. Odliczam.
Sobota zakończyła się dla naszych sąsiadów dramą. Przed jedenastą wieczorem złodziejaszki próbowały świsnąć Majkelowi, mężowi Anne, katalizator z samochodu, który stoi dosłownie 10m od naszego domu. Akurat oglądaliśmy film, nic nie słyszeliśmy. Na szczęście straż obywatelska starszych pań działa. Przyuważyła ich Margaret i zadzwoniła do Katlin. Ktokolwiek to był, zwiał bez łupu wystraszony przez starszą panią.
Niedziela za to bez wydarzeń. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad (kacze udka, młode kartofelki, kalafior z tartą bułką, pomidorki w śmietanie), potem rozmawiałam dłużej z mamą, która pokazała mi ogród i tatkę malującego starą huśtawkę, żeby była ładna, gdy przyjedziemy. Po południu Fred wyruszył w trasę — zaczął kolejną serię zleceń, będzie tego z sześć dni pod rząd. Małżonek pomachał mi z Dublina i pokazał jak króliki ruszają nosami. Pogoda w kratkę, z rana deszcz, potem trochę ładniej, nawet pogodnie. Dałam sobie spokój z przygotowaniami do tutoringu we wtorek, skoro i tak jutro jadę z laptopem do Centrum i będę tam coś klikała. Zamiast wynajdować sobie pracę, dość szybko wskoczyłam w szlafrok i obejrzałam Opactwo Northanger (2007) — widziałam tę adaptację kilka lat temu, nie jest bardzo zła. Jeszcze chwila, sen mnie jeszcze nie morzy.
sobota, 7 sierpnia 2021
599. J*bię to wszystko.
Refren nowej piosenki Peszek od rana w mojej głowie.
Po zaprogramowaniu prania mocne postanowienie spaceru. W zasadzie miałam wystawić Ryszarda do wiatru, ale gdy się odwróciłam na zakręcie, ciągnął za mną tak zrezygnowany, że zaczekałam i zrobiliśmy rundkę mamino-kocią po osiedlu. Spotkaliśmy pieska (pudelek) i kotka (czarny). Zawinęłam wokół domu zostawiając tam Ryszarda i ruszyłam dalej. Już wtedy wiedziałam, że złapie mnie deszcz. Mżawka. Po drodze złapał mnie też kotek:
Jeden pan pił kawę pod kawiarenką, dwóch wariatów siedziało w kajaku. Morze jesienne, plaża jak po sezonie. Czy wiesz, jaka jest jej miłość? To jakby mżył najdrobniejszy deszcz, w którym idziesz i nie wiesz, że pada, a potem czujesz, żeś przemókł do samego serca. Taka jest jej miłość, powiedziała Pawlikowska-Jasnorzewska.
Wyrwałam Kochanego ze snu dzwonkiem do drzwi, bo oczywiście nie wzięłam klucza (przed wyjściem szukałam go, znalazłam w kieszeni, potrzymałam w ręce i z powrotem włożyłam do kieszeni ... kurtki, która wisiała w korytarzu). Na obiad pojechaliśmy w siną dal. Nie było dla nas miejsca w Termon, i tak wylądowaliśmy w libańskiej Aishy, jako pierwsi klienci:
Po obiadku do TK Maxxa popaczać na rzeczy. A ponieważ oboje nas bardzo suszyło, do Costy na kawę (Fred) i earl grey (moi). To pierwszy raz od 2019 roku, jak usiadłam w środku tego przybytku. Na obiedzie i kawie przydały się nam zaświadczenia o szczepieniu — system działa.
Po ósmej Anne chciała zobaczyć moje włosy, więc staliśmy z nią pod daszkiem, chroniąc się przed deszczem (ona w piżamie) i rozmawialiśmy o naszym gościu zaproszonym na koniec sierpnia, o cudach ateistycznych, polskiej polityce i seksie grupowym. Dzień zaległego birthday party 2 x 2 się zbliża (gdy Fred będzie miał wolne).
Całą sobotę, gdy nie mówiłam, w głowie refren piosenki Peszek. Dla przełamania powtórek wyciągnęłam pierwszą płytę The Doors (klasyk, z której by go strony nie oglądać). A skoro tańczymy w kuchni (mój mięciutki Fred, w wełnianym kubraczku z Donegalu), i skoro The End, to Czas Apokalipsy (1979) będzie oglądany.
piątek, 6 sierpnia 2021
598. Piątek bezrobotny.
Z rana dalej leje i wieje, potem trochę lepiej (wieje bez lania). Od Katlin (wystawiłam na dwór nos na trzy minuty) dowiedziałam się, że Carmel to dziewczyna jej syna (Irlandia jest naprawdę mała), oraz, że wczoraj akurat siedziała na toalecie, gdy Ryszard wpadł się przywitać.
Pięknie rozkwitła mi orchidea, którą ponad półtora roku temu dostałam na pożegnanie w poprzedniej pracy:
Obchodzę się z nią bez ceregieli (kwiecie tym bardziej imponujące).
Fred ponownie jechał na nocną zmianę, tuż tuż za granicę, więc miał w ciągu dnia sporo czasu, i gadamy sobie, gadamy, gadamy. Ech, dobry dzień na reset.
czwartek, 5 sierpnia 2021
597. Lany czwartek.
Fryzjerka ma na imię Carmel, okazało się, że jest z mojej wsi i oczywiście zna Katlin. Swoją robotę robiła bardzo porządnie, włosy są do ramion i w moim własnym kolorze (dostałam na przetestowanie próbki szamponu do siwizny).
Poszłam do fryzjera o poranku, przed pracą, potem okazało się, że użycie prostownicy można sobie było darować. Pomiędzy Centrum i siłownią deszcz lał beuzstannie, ja w nieprzemakalnej kurtce i równie czarodziejskich trampkach, za to spodnie do wyżęcia i włosy zaczęły żyć własnym życiem. Na szczęście Kochany przyjechał po mnie po pracy (wrócił w nocy, ale już zdążył trochę odespać) i zrobiliśmy zakupy spożywcze. W pracy zaczęliśmy oglądać film Warrior (2011) z Nickiem Nolte. Nie dla mnie ta kiła i nie ciekawam zakończenia.
Wieczorem długo rozmawiałam z mamą, a po wyjeździe Freda do Drołdy, z Luś (ponad dwie godziny o wszystkim). Kicham. To może jeszcze Sins of Commission, zobaczymy czy kolejny odcinek Midsomer będzie równie niedorzeczny, co poprzedni ;)
środa, 4 sierpnia 2021
596. Jedność ze światem.
Pan od bojlera się o poranku zgłosił, rychło w czas, bo po południu zaczęło na wybrzeżu wiać, jak już od wielu tygodni nie wiało. Fred zdołał naprawiacza wpuścić do domu przed swoim wyjazdem, więc wróciłam do ogrzewających się ścian.
Z obserwacji podróżniczych: gdy rano zatrzymałam się przy przystanku czekając aż autobus wykołuje na główną ulicę, ja i pewien gawron skrzyżowaliśmy spojrzenia. Siedział nad moją głową, zawahał się, czy nie odlecieć, ale najwyraźniej jestem z tych niegroźnych. W drodze powrotnej zaś, gdy jechałam autobusem do domu, osa leciała przez dłuższą chwilę w tym samym kierunku. Jedność ze światem. Są też inne spotkania. Para Polaków, stonka i pan w koszulce GKS Katowice, czekali na autobus do Monaghan. Przyglądają się nam, usłyszałam. Popatrz na tą, zaśmiał się pan, popatrz na tamtą, teraz już podniosłam głowę i zauważyłam brak piątki u zadowolonego giekaesa, który ogłaszał stonce, jak głupio tu wyglądają ludzie (nie to, co oni). Uśmiechnęłam się do jego potylicy najoczywistszym z moich pogardliwych uśmiechów (nie chciałam, aby został przegapiony), tak żeby mała mogła go trącić ramieniem, niby że niewidzialnie dla mnie. Wyciągnęłam książkę napisaną po angielsku (nie ułatwiam dodania 2 do 2, nie jestem z Armii Zbawienia). Przypomniały mi się wczorajsze zakupy i kobieta podobna do bohaterki filmu Freda, która po zapłaceniu rachunku przytrzymała jeszcze kolejkę deliberując, które paluszki będą najlepsze, bo polskie. Nie zawsze czuję tę jedność.
Obiad bez Kochanego, więc postawiłam na gotowce: minestrone i falafel wrap z Lidla. Takie sobie, jednak najlepsza okazała się herbata. A książka, którą zaczęłam czytać wczoraj wieczorem to Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Nic poza tym nie robię, zamiast zapychać głowę przemyśleniami, postanawiam odespać poprzednią noc, gdy z zimna turlałam się po Fredowej stronie łóżka.
wtorek, 3 sierpnia 2021
595. Wtorek chodzony.
Delektowałam się dzisiaj chodzeniem. Z przystanku do Centrum, z Centrum na siłownię, z siłowni do polskiego sklepu, ze sklepu do przystanku. Nawet dwa razy do mnie machano z samochodów. Gdy zmierzałam do pracy rozpoznała mnie Martaszka (zdziwiłam się, że jest na Wyspie), a gdy po pracy szłam na zakupy, Fred akurat zmierzał na swoją zmianę.
W pracy dobrze, przy okazji też poznałam z rana Sinead, która robi masaże (akurat byłam przefasonowana po marszu z nierównym obciążeniem, a ona bardzo miło się moim przefasonowaniem zainteresowała).
Nareszcie umówiłam się do fryzjera na czwartek rano (ostatnie godziny z mopem na głowie). Po pracy same miłe rzeczy i odcinek MM, trochę głupiutki, The Fisher King. Trzeba przypilnować gościa od bojlera, bo nie oddzwania, jakoś to zsynchronizować z naszą obecnością w domu. A teraz chill out i kiełbasa z dziczyzną w akompaniamencie ogórka małosolnego. W głowie mi szumi. Bez żartów. Najbardziej przeszkadza mi to wieczoram, bo mózg niezajęty niczym sensownym, zajmuję się tym dziwnym zjawiskiem.
poniedziałek, 2 sierpnia 2021
594. Poniedziałek wolny, ale zajęty.
Złożyłam podanie na uniwerek. Przeżywam to bardziej, niż trzeba. Ale też wiadomo, odpowiedź może namieszać w grafiku roku (nie, żebym miała jakiś ścisły). Kochany, pomimo tego, że dzisiaj jest bank holiday, po południu pojechał do pracy. Następne dwa tygodnie w planach mojego męża to regularne wyjazdy "do roboty", tak jakby zatrudnienie "casual" zamieniło się nagle w "full time". U mnie tymczasem na dwoje babka wróżyła — ośrodek z powodów obostrzeń covidowych jest prawie pusty, na dodatek Luiza i jej noga, na dodatek urlopy pracowników, na dodatek studentów tylu, co kot napłakał. Jutro więc niewiadoma, oględną odpowiedź na moje pytanie dostałam pod wieczór, więc ... oglądam Midsomer Murders (Bad Tidings, ładny tytuł), gram online w cribbage i gadam do siebie.
Dzień szary, dom coraz chłodniejszy.
niedziela, 1 sierpnia 2021
593. Pierwszy sierpnia w Glendalough.
Pobudka po piątej, wyjazd ok. ósmej, po przyjeździe Aś. W towarzystwie The Cure (do) i The Pogues (z) pojechaliśmy w trójkę naszym samochodem. Byliśmy na miejscu o całkiem znośnej godzinie, ruszyliśmy na szlak przez Paulanass, i tutaj czekała nas miła niespodzianka: nie było obowiązkowego okrążania drogi, którą ostanio udało się nam przejść w całości cztery lata temu (Spinc and Glenealo Route). Zaliczyliśmy wszystkie punkty widokowe naokoło Upper Lake, a nawet odbiliśmy na jakiś czas na szlak do Lugduff. Tym razem nie pomyliliśmy go z niczym innym, byliśmy na górze, zleźliśmy z góry, naokoło wrzos kwitł, jagodziska obrodziły. Wracając do szlaku ku Glenealo napotkaliśmy gościa który zamierzał na Lugduff spędzić noc pod namiotem. Mówił fajnym północnym akcentem.
Pod cmentarzem byliśmy ponownie przed szóstą. Tym razem w drodze powrotnej nie udał się nam przystanek w restauracji Wicklow Heather (dzikie tłumy). Przygarnęła nas dopiero knajpa Byrne & Woods w Roundwood. Niewykwintna i z kwadrans czekaliśmy na stolik, ale miłe mi było wytchnienie i słońce ogrzewające plecy.


















































