piątek, 31 stycznia 2025
1872. Piątek ...
czwartek, 30 stycznia 2025
1871. Lubię cię, czwartku.
O trzeciej już ciacham pieczarki i cukinię do sosu na spaghetti. Dzień dobry :) Kochany zawiózł mnie do Jamy i przywiózł do domu. W czasie mojej pracy, gdy ogarniałam papiery i czynnik ludzki, małżonek obalił kawę i wybrał się na zakupy. Wyszłam do Czarnej, kupiłam dwie kawy, poczekałam na Kochanego zjeżdżającego z Lidla; wypiliśmy rozmawiając i rozglądając się po ludziach. Pogoda piękna (choć z rana niezły ziąb), jasno, na północnym horyzoncie góry drzemiące w technikolorowej mgle.
Wracając do pieczarek, skoro pociachane, cukinia zmiękła, a sos zaczął się redukować, mąż przejął ster trąc cheddar i gotując pastę. Wcięłam się ino na momento, międzynarodowo:
— Ach, dokańczaj, ja tylko chciałam rozłożyć makaron, gdyż wiem że to jest an isssue (drzewiej Kochany bywał tak sfrustrowany walaniem się spaghetti po talerzu zbyt horyzontalnie, że kroił makaron nożem); Jakby to zobaczył Włoch, to co by powiedział?
— Mamma mia! zgadliśmy oboje.
— Hiszpan powiedziałby caramba, stwierdził mąż.
— A co z Francuzem? pociągnęłam.
— Merde, dokończył Fred ze znawstwem.
W ogródku znajoma czereda szpaków i wróbli (które pojawiają się razem z jednym panem ziębą). Rano na Freda czatowały gawrony. Dopiero dzisiaj zauważyłam jakie one mają śmieszne portki: gdy jest zimno, napuszają im się pióra na nogach i wygląda to jakby na dachu siedzieli poważni panowie w czarnych pludrach.
Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy dłużej, o smutkach (Malinka odmawia jedzenia i picia, chyba już z tego nie wyjdzie) i trochę o nadziejach (Maksiu jednak lepiej, jakoś się turla na swoich krzywych łapkach). Tatko wciął się na chwilę, pokazując ile na paterze jest mandarynek o których prorokuje, że do jutra znikną w maminym brzuchu.
U Junony byłam dwa razy, grubasinka wyczekuje na mnie siedząc na schodach. Niedawno bez grymaszenia zjadła kawałki ryby z kropelkami lekarstwa i dostała przysmaczek. Tak jak wczoraj, nad naszym osiedlem od strony morza wisi ogromny gwiazdozbiór Oriona. W sumie wiem, że nie nad naszym, że nad światem wisi, dla wszystkich, tylko, że ja to odbieram osobiście. Jak to było? Betelgeza, Meissa, Bellatrix, Alnitak, Alnilam, Mintaka, Saif, Rigel.
środa, 29 stycznia 2025
1870. Dobranoc, środo.
Fatalnie spałam. Wieczorem byłam dość zmęczona, zamiast czytać szybko zwinęłam się w kłębek. Kochany dołączył do mnie dopiero po północy, jego przyjście tak mnie wytrąciło z sennych marzeń, że o drugiej nadal się wierciłam. Musiałam wstać, wypić coś ciepłego, dopiero po jakimś czasie wróciłam do łóżka. Rano obudziłam się przed ósmą; w głowie zalegało mi zadanie do odhaczenia (Junona), poza tym Kochany miał przed południem zapowiedzianą wizytę u lekarza i martwiłam się jednocześnie wmawiając sobie, żeby się nie martwić. Turbacje umysłowe nie trwały długo, Kochany miał wizytę umówioną na 10:30, kwadrans później był już w domu. Z wyników nic nie wynika, hemoglobina dobra, małżonek mi nie chudnie, czyli bdb. Czyli trzeba zrobić jeszcze inne badania. Kiedy? Na razie jesteśmy na liście.
A słonko było ładne, za oknem ptaszyna kwili, więc wiadomo, że chce się wyjść/jechać przed siebie. Zaproponowałam kawę długodystansową i nawet nie musiałam Kochanego namawiać. Po kilkunastu minutach siedzieliśmy w samochodzie zmierzającym do El Paso. Gdyż kawa and naleśniki na nas oczekiwały:
Oczywiście spacer do księgarni, po drodze zrobiłam kilka zdjęć ozdobom zawieszanym na Imbolc. Z powrotem w domu o trzeciej. Po herbacie Kochany poszedł na drzemkę, mnie z kolei przyszło do głowy, że nie mogę się dłużej wymigiwać od zajrzenia w papiery. Zajrzałam; im bardziej zaglądałam, tym bardziej mnie wciągały. Tymczasem Kochanie moje wstało i za moimi plecami zaczęło pichciolić aromatyczny obiad (czosnek wypędza wszelkie zło).
Przed siódmą byliśmy najedzeni i gotowi na seans. Zapowiedziałam Anne, że wpadamy do kota na imprezę. No i tak, kota nakarmiona zasiadła obok nas, gdy usiłowaliśmy obejrzeć Back to Black (2024), biografię Amy Winehouse. Po jakiejś godzince zakończyliśmy seans (fajne były tylko krajobrazy wszelkie). Ach, już u siebie, cieplutko, Kochany szuka płyty Amy do nasłuchu.
wtorek, 28 stycznia 2025
1869. Coraz bliżej.
Rano siąpi. Miałam męczące sny podróżne, tym bardziej więc nie chciało mi się wstawać o wpół do szóstej. Ach!
I co moja śliczna żono, może zwagarujemy? zagadnął Fred przy zakładaniu ciężkich butów. Fajnie byłoby w takim deszczu jechać przed siebie. Drive, drive, don't stop! Ale zatrzymaliśmy się jednak, na dodatek przyczepił się do nas poranny niefart: gdy podjechaliśmy do Czarnej, drzwi kawiarni nadal były zamknięte, na głucho i drewniano. Kochany zrobił jeszcze jedno kółko po starym mieście i podrzucił mnie w miejscu, gdzie mogłam stanąć pod zadaszeniem. Sprawdziłam drzwi kawiarni za jakiś kwadrans, akurat gdy podchodziłam, obsada w liczbie jednej dziewczyny zdecydowała się otworzyć podwoje. Fred w tym czasie był już pewnie dawno pod swoją pracą w innej części miasta. Tak więc nie, nie uciekliśmy do Cork, nie dzisiaj :)
Po pierwszej byłam w domu again, najpierw autobus przeskakiwał przez kałuże (w drodze minęliśmy dwie wezbrane rzeczki), potem przeskakiwałam ja. Akurat na czas mojego powrotu przestało padać.
Czekam na Kochanego; kończę słuchanie drugiej księgi Prób. Obiad. Wizyta u grubasinki (z rana przyblokowałam jej automatyczny podajnik karmy, dzięki czemu panna Junona zjadła ze smakiem mięsko z saszetki razem z kropelkami homeopatycznymi; nie uważam, żeby woda podawana pipetką pomagała lub szkodziła, ale powiedziałam Anne, że będę podawała i podaję).
W kubku z rudym kotem naszykowałam sobie czarną herbatę z cytryną i brązowym cukrem, zerkam na niego, macam, czy jeszcze bardzo gorąca; odprężenie czuję w uszach; coraz bliżej do wiosny.
poniedziałek, 27 stycznia 2025
1868. Lucciolaaaa ...
Byłam u Junony cztery razy: przed świtem, o trzeciej (po gorącej zupie, prasówce, rozmowie z Kochanym via internaty), dwa razy wieczorem (za drugim, żeby jednak opróżnić miseczkę automatycznego feedera, która akurat teraz zdecydowała się przepełnić). Pogoda pod pieskiem, zacina deszczem tam i siam. Z przedobiedniej drzemki wybudził mnie gwałtownie dzwonek do drzwi, do Katlin wpadł gość, który wymierzał u sąsiadów grunt pod podjazd. Wymierzył i u nas, ale nie podał wiążącej ceny, zniknął w domu sąsiadów i już się nie pojawił (gdy tak stałam półtorej minuty patrząc jak biega z miarką, przewiało mnie do kości). Praca była, ale wiadomo, że zen, więc tu nie ma czego obtańcowywać słownie. Przy obiedzie rozmawiamy z Kochanym o polityce. Akurat teraz w głośnikach Maanam, płyta z osiemdziesiątego czwartego.
niedziela, 26 stycznia 2025
1866-1867. La di da oraz sztorm Herminia.
Sobota
Mroźny poranek bez jednej chmurki na niebie. Kochany musiał jechać do pracy; byczyłam się cały dzień wyjadając z miseczki biały ser. Po pracy mąż przywiózł szafę z Jysk, trzy spore elementy przenieśliśmy do kuchni, teraz zalegają na tapczanie motywując nas do szybszego zajęcia się sprawą.
Wieczorem niuchałam trochę w aktach IPN-u i przypadkowo, nie szukając tej konkretnie informacji, odkryłam, że jeden z moich pradziadków zginął w czasie powrotu z robót przymusowych. No ale i tu pojawia się zagwozdka. Znalazłam potwierdzenie wojennych losów babci Frani, ale nie jej rodziny. Prababci Heleny nadal nie ma. Jak to możliwe, że teść babci Frani jest w IPN, ona jest w IPN, a cała dalsza rodzina, pochodzenie matki, jak kamfora, jak w wodę kamień, choć przecież byli tam, jechali jednym wagonem?
Niedziela
Dobrze spałam (ciekawe?). Obudziłam się razem z Kochanym, który po ósmej zmierzał do pracy. Jadło, prasówka, kaffka, zadzwoniłam do tatki porozmawiać o pradziadku, przelałam kasę na WOŚP, w antologii wierszy Herberta dokończyłam czytać jego pierwszy zbiór, Struna światła.
Pogoda dla kaczek, w tę kaczkową aurę przebiegłam w południe drogę do Anne, żeby ją przytulić i pożegnać się przed jej trzytygodniową podróżą. Anne przeczytała książkę Hjorth (poruszyła ją) oraz poleciła mi ciekawą literaturę. Od dzisiaj Junona przechodzi pod moją opiekę (lista "sings to do" zostawiona na kuchence, w salonie lista jak obsługiwać piloty do telewizorni oraz zapas słodyczy w słoiku). Sąsiadka już wyruszyła w podróż, jej samochodzik wyturlał się z otuliny i przy ciągle rozkręcającym się wietrze zniknął w oddali.
Drugi raz zadzwoniłam do tatki, tym razem zaczęłam się zastanawiać, czy syn ciotecznego pradziadka, który miał zostać zamordowany na Ukrainie z całą rodziną, jednak przypadkiem nie przeżył. On ci to, nie on? Hm.
___
edit 19:45 Włos umyty, kot nakarmiony, obiad zjedzony, wszystko w kolejności wspak. Za oknem nadal pada i wieje. Najedzona mogę sobie dumać o rzeczach.
piątek, 24 stycznia 2025
1865. Sztorm Éowyn.
Wieje. Mapa wiatrów pokazuje, że w naszym zakątku o szóstej rano średnia prędkość wiatru mogła jednak przekroczyć 90km/h. So far so good. Od czasu do czasu szumy zamieniają się w ryki, na szczęście wieje od południowego zachodu, od lądu, więc nie bezpośrednio w drzwi frontowe (tak było późnym wieczorem, gdy nadeszła pierwsza fala). Podmuchy uderzają w dom pod kątem, nieco zmiękczone przeciskaniem się przez wioseczkę. Słucham RTÉ Radio 1, lotniska Shannon i Dublin pozostały otwarte, wyobraźta sobie ludziska! Pracownicy czekają, kiedy będzie można wysłać pierwsze samoloty, bo teraz niestety trochę wieje ;)
___
edit 12:20 jakiś czas po dokonaniu pierwszego wpisu wysiadło wszystko, brak prądu, brak sieci. Jak widać jednak będziemy żyli: ruszyło ogrzewanie informując nas, że Irlandia wraca do roboty. Nadal bardzo wieje, nie pada, jest jasno, natura przearanżowała nam przestrzeń rozrzucając po ogródku suche liście lucyfera złożone przez Kochanego na Rysiowej górce. Mimo wiatru kos stawił się na lunch, w nagrodę dostał od Freda jabłko. Właśnie zagotowałam pierwszą wodę w czajniku, a nie na gazie. Sztos. W tzw. międzyczasie na czytniku dokończyłam lekturę Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił Nikoli Sellmair & Jennifer Teege (Prószyński i s-ka, 2014).
___
edit 15:55 ach, ach, mąż uskutecznił obiad: kotlety wołowe własnymi rączkami ulepione, kartofflen, zasmażane buraczki. Po trzeciej zostałam przez małżonka obudzona słowami Kochanie, za pięć minut. I było za pięć minut. Pękam.
___
edit 18:50 kontakt z mamą był; świekra też właśnie zadzwoniła, o pogodzie rozmawiamy, bo wiadomo, pewnie tv Republika też nadaje o tragedii i chaosie :D
___
edit 20:00 W porównaniu z sytuacją poranną, obecnie wietrzyk, a na czystym niebie świecą gwiazdy. Czytam w The Irish Times jak tam ogólnie nasza mała wyspa zniosła wizytę miłośniczki koni. Na Mace Head zarejestrowano podmuch o wartości 183km/h. Nice.
Około południa zaczęliśmy z Kochanym składać teleskopową półkę łazienkową, niezłożona do teraz (ktokolwiek rysuje instrukcje, zlituj się człowieku, spójrz, czy to się zgadza z częściami!).
czwartek, 23 stycznia 2025
1864. La di da, la di da.
Wcale nie siąpi, kochana, stwierdził Fred manewrując Babcią przez mroczny i mokry krajobraz poranny. Nie siąpiło, lało; jechaliśmy z Davidem Bowie (jakiś nieznany mi koncert’78). W Czarnej kawa dla Kochanego na wynos, a dla mnie w filiżance z towarzyszącym jej rogalikiem z malinami. Oraz nowe fotele! Zanurzywszy się w jeden z nich przeczytałam kolejny rozdział biografii Herberta (kiedy ja to skończę? pewnie w maju, buuuu, a maj to nie miesiąc na takie cegły), po czym zaczęłam czytać wspomnienia Jennifer Teege, Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił. Krótka lektura, dynamiczny język, odtrutka na nudne życie Herberta.
O piątej telefon: Jesteś już w domu? Bo za godzinę zaczyna się sztorm. Jestem, jestem oczywiście, właśnie wcisnęłam w siebie kilka ruskich pierogów i czekam na Kochanego z podgrzewaniem jego porcji. Za godzinę sztorm wprawdzie dopiero dotyka paluszki hrabstw Kerry & Cork, ale niech będzie. Rzeczywiście Irlandia się sposobi na silniejszy wiatr, w Jamie odwołano piątkowe zajęcia (Szef spodziewał się zatrzymania komunikacji miejskiej), a na odchodnym zostałam poczęstowana Stay safe.
Éowyn. Biorę szybką lekcję wymowy (dzieciaki w Jamie nie miały pojęcia jak to się mówi, zakładały, że coś jak Ołen): /'eioʊwin/ = ejołyn. Zerknęłam, jakie są oficjalne ostrzeżenia na jutro, gdzie żółte, gdzie pomarańczowe, i tak dalej. Takie som:
środa, 22 stycznia 2025
1863. Kręcę się ...
... w nocy jak głupia, szkoda, bo dzień wolny, mogłam więcej wypocząć.
Znowu wyszliśmy na spacer, choć pogoda dzisiaj chłodna i ponura. Przed wyprawą zapukałam do Katlin; w drodze zatrzymał mnie Li, rozmawialiśmy o jego psie, o tym jakie łagodna Lucy ma szczęście i w ogóle. Li ma brodę jak święty Mikołaj i niewiele własnych zębów, oliwa z niego, ale zwierzęta chyba rzeczywiście lubi, poza tym razem z Ivą są raczej pogodnymi sąsiadami. Z Katlin sprawa była dłuższa, jak zwykle. Dałam jej zapasowy klucz do domu, bo jutro w czasie naszej nieobecności ma przyjść gość z councilu coś tam oszacować. Przy okazji podziękowałam wylewnie za rudy plecak, szalik i w ogóle (nie widziałyśmy się od początku roku). Gdy wspomniałam o wizytach Kochanego u lekarza, sąsiadka ściszonym głosem zaczęła rozprawiać o jakimś szarlatanie, który w okolicy leczy raka z bardzo spektakularnymi rezultatami. Katlin, czy to są narcyzy? zmienił temat bardzo sprawnie Fred. Rzeczywiście, okazało się, że to narcyzy wschodzą, co wiedzieliśmy od samego początku, ale dzięki temu rozmowa zeszła na pana, który będzie u sąsiadów robił wycenę wylewki pod miejsce parkingowe. Może wpadnie i do nas. Poza tym idzie sztorm bardzo groźny, w radiu państwowym ostrzegają. Zerknęłam na mapę, na razie prognoza na piątek rano brzmi: średnia wiatru ∼90km/h.
Na wybrzeżu widoki dalekie i ostre, latarnia morska jak szpilka, półwysep Howth unosił się nad wodą jak latający dywan pod który zamieciono śmieci. Zmiana aury kroi się w powietrzu jak nic. Doszliśmy do krokodyli i z powrotem (zimno), w międzyczasie z wody wyszła grupa morsów, więc w małej kawiarence przy plaży zrobił się przemarznięty tłum (zrezygnowaliśmy z kawy). W drodze powrotnej Fred kupił wątróbkę na dzisiejszy obiad. Kiedy siedziałam w sypialni słuchając audiobooka, Kochany zrobił pyszne jadło (wątróbka jagnięca, kartoffeln, kiszona kapusta z cebulą i kminkiem), zjedliśmy go przy dźwiękach Republiki, na drugi ogień poszedł Maanam.
Przypomniałam sobie, że dawno nie oglądałam rozgrywek sumo, nadrobiłam wieści z Kyūshū Basho (w listopadzie wygrał Kotozakura), ale to był szybki skan. Cały czas wisiało mi nad głową, że trzeba przejrzeć i ocenić materiały na jutro. Meh. Obrobiłam się do dziewiątej i teraz już tylko laba ;E
___
edit 21:58 Nie wpisałaś marchewki, powiedział Fred, do kapusty oprócz cebuli i kminku dodałem utartej marchewki i oleju. Dopisuję dla potomności. Żeby wiedziała!
wtorek, 21 stycznia 2025
1862. Zen, prezenta end spacer.
W pracy byłam. Wyszłam bardzo z siebie zadowolona (sytuację konfliktową zwaliłam na główną nie mrugnąwszy nawet okiem; wychodząc z budynku wpadłam najpierw na Bridżet, potem na Alis, a pamiętamy, co myślę o Alis, otóż dwa razy życzyłam happy new year używając tego samego small talku, że teraz ładnie, wcześniej brzydko, żyjemy, w święta byłam chora; żadnego ścisku w żołądku, humor wyśmienity, zen).
Kochany od razu zawiózł nas do domu. Gdy już zaczęłam się gnieździć z lekturami, mąż wręczył mi prezenta, skórzane rękawiczki (Labonia) w stylu lat 80. i składany taborecik (w kotki) dla żony za krótkiej, żeby sięgać na najwyższą półkę zawieszonej wysoko szafki. Obydwie rzeczy szałowo-stylowe.
Zamiast dużego obiadu posiorbaliśmy zupy, czytałam chwilę, po czym wyszliśmy z Kochanym na spacer. Po drodze spotkaliśmy Anitę z pieskami, starsza pani zatrzymała się na chwilę, żeby z nami uskutecznić rozmówkę dalekosąsiedzką o zwierzętach, pogodzie i plaży.
Ludzi było tak trochę, oraz (najprawdopodobniej, bo zdjęcia zrobiłam nieostre) stadko biegusów malutkich (tak się właśnie nazywają: little stins) sztuk pięć energicznie biegających w plumkającej wodzie łagodnego przypływu. Dzisiaj były kolejne przemieszczenia pogodowe, rano gęsta mgła, po południu chmura uniosła się i tak wisiała, dużo chmur, sporo zamieszania, a jednak nad wybrzeżem jasno i po plaży podążały za nami lub wyprzedzały nas nasze długie cienie.
___
edit 23:35 Ach, czytankę zakończyłam. Niewygodna Patrycji Volny (Agora, 2024), nieidealna, poszatkowana, ale warto, słowo daję. Zaskakująco szczery opis korby.
poniedziałek, 20 stycznia 2025
1861. Dzień o nazwie poniedziałek.
Rano dwa razy wylewałam herbatę, wyszła mi za trzecim, bo z papierka (liściasta pachniała tynkiem, mózg do niczego nieprzydatny lecąc na autopilocie nie był w stanie zarządzić dokładnego wypłukania sitka). W pracy robiłam swoje, przemykając w równym tempie do końca zmiany. Kochany przed południem był na pobraniu krwi, po południu podjechał pod Centrum i zabrał mnie na oglądanie farby, a wcześniej do Costy (kawa, chicken&chorizo flatbread). Wybraliśmy dwa potencjalne kolory kuchenne (no nie wiem, czy tak kuchenne wg typowej rozkminki, bo jeden się nazywa hot cherry, na razie Kochany kupił próbki). W drodze do samochodu zatrzymaliśmy się przy McSeanie popalającym papieroski i ucięliśmy small talk o wczorajszych przeżyciach (McSean pomagał Kochanemu wybrać kołki, czyli ma swój mikroudział w tym dziwnym sukcesie).
Pogodowo czary-mary. Gdy jechaliśmy do miasta, nad polami unosiła się warstewka mgły, wyglądało to trochę jak jesienny poranek w Polsce. Wczesnym popołudniem już normalka: w mieście jeszcze jako tako, na prowincji mgła jak mleko, cały cypel w morskiej zawiesinie.
Przymulanko niewielkie, czytam to i tamto (zaczęłam Niewygodną Patrycji Volny), robię obiad, rozmawiam z mamą (mama coś nie w nastroju, wybadywałam ostrożnie, ale się niczego nie dowiedziałam, może chandra niesprecyzowana, czyli coś podobnego, jak u mnie). Trochę słuchałam pana Montaigne'a dłubiąc brzydkie szkice ładnych ludzi, pokładałam się na łóżeczku, lub przeciągałam wydając dźwięki. Ekspresowo przejrzałam papiery na jutro i sposobię się do kolejnego napadu na łóżko. Kochany mi przypomniał, że narcyzy już kiełkują. Idzie ku lepszemu czyli.
niedziela, 19 stycznia 2025
1860. Przestawianie.
Obudziły mnie ptasie trele. Dopóki nie spojrzałam na zegarek, sądziłam, że to słowik. Ósma. Na słowiki chyba za późno :). Śniadanie było z gotowców, skorzystałam z tego, że paczka kabanosów jest otwarta i wcisnęłam parę, Kochany zjadł resztki wczorajszych bakłażanów obiadowych. Spodziewaliśmy się z rana Ka, przyjaciel przyjechał około dziesiątej; Kochany zrobił mu nową kawę, kenijską AA z Mandela Estate, bardzo dobrą, oczywiście tak, jak się należy, zmieloną ręcznie, zaparzoną w aeropresie. Potem siedziałam w sypialni czytając i nasłuchując kolejnych faz rozpierduchy kuchennej. Panowie przesuwali szafki wyżej, tak aby w przyszłości zmieściła się pod nimi dorodna szafa już zakupiona w Jysku. Oczywiście, trzeba było robić w ścianie nowe dziury, wiercić, a przede wszystkim szafki opuszczać i podnosić, więc to nie była praca dla jednego człowieka. Przy okazji odkryte zostały bantuskie techniki zawieszania szafek stosowane przez irlandzkich nieudaczników profesjonalistów; praca rozciągnęła się na cztery długie godziny walki z oporną materią i grawitacją.
Gdy po trzeciej odniosłam do Anne łom, ustaliłyśmy z sąsiadką, że od następnej niedzieli pilnuję księżniczki. Rak u Junony prawdopodobnie się przemieszcza (spuchł jej węzeł chłonny), ale koteczka ma się dobrze, będę jej podawała kolejne kropelki na spokojność maminą.
Jeszcze gdy panowie dłubali w ścianie, sprawdziłam, czy Borzalino jest dzisiaj otwarte. Kochany powiedział, że on w tym bałaganie obiadu nie gotuje, jakby mi w myślach czytał. Pojechaliśmy do miasta na różne smakołyki (zamówiłam minestrone i risotto grzybowe), napchaliśmy się tak, że obyło się bez deseru, i do domu. Ach, nic nie robiłam, siły nie mam, patrzeć na walające się lary i penaty nie mogę. Jeszcze planu na jutro brak, coś trzeba będzie spreparować w pozycji półleżącej.
___
edit 21:30 Kochanie moje ogląda sceny, które nagrał do pewnego projektu dłuższy już czas temu. Skontaktował się dzisiaj z jakimś gościem i wysyła mu te materiały. Ciekawe, co wyniknie z tej twórczości. Tymczasem przejrzałam swoje papiery pracownicze, jutro będę rzeźbiła w kupie :D
sobota, 18 stycznia 2025
1859. Skrót sobotni.
Późne wstawanie, późne śniadanie. Po śniadaniu intensywnie bawiłam się zakładaniem konta na Bluesky (porzuciłam konto na Threads) oraz marnowaniem czasu na denerwowanie się sprawami, które mnie w ogóle nie dotyczą. Kochany podobnie, więc w którymś momencie sobie o tym rozmawiamy. Po trzeciej, widząc już, że Ka dzisiaj nie przyjedzie, wyszliśmy na spacer nad morze.
Sporo ludzi z psami. Słońce zniżało się do spania. Robiłam zdjęcia morskiej pianie. Przyglądaliśmy się z Kochanym kamieniom i znaleźliśmy dwie ciekawe skały osadowe z fragmentami sfosylizowanych stworzonek (moje znalezisko po prawej, znalezisko mężowskie po lewej):
Do kieszeni. Chłodno, idziemy zakutani w milusie tkaniny i dobry jest taki spacer; po łażeniu wszystko lepiej smakuje, wiadomo. Na obiad bakłażany; trawiąc dobroci dodzwoniłam się do tatki; chwilę rozmawialiśmy o pogodzie, o zwierzakach (Malinka dostaje jeść z ręki jak klórowa, nie wstając z tronu zjadła tacie pół kotleta). Po jedenastej skończyłam na czytniku Autostopem przez Galaktykę (Zysk & s-ka, 2016) Douglasa Adamsa.
piątek, 17 stycznia 2025
1857-1858. Wolne/zajęte.
Czwartek
Kochany zawiózł mnie do pracy i zabrał z niej wczesnym popołudniem (mam dobrze w życiu). Do tego pogoda łagodna i słoneczna. Po trzeciej obiad zrobiony przez męża i Morderstwo najgorszego sortu (1964) oglądane z przerwą na jedzenie. Po wszystkim drzemka. Potem gadamy i gadamy, ociągam się z prysznicem, bo gadamy. Jeszcze chwila dla najnowszej Gosi ze Szkocji. Późnym wieczorem skończyłam czytać Pięćdziesiątkę Ingi Iwasiów (Wielka Litera, 2015). Kochany dostał tę książkę od swojej byłej dziewczyny; okazała się całkiem ciekawa. I pewnie przez mielenie wątków fabuły słabo spałam, choć sny miałam od czapy: śniło mi się, że przewoziliśmy z Kochanym koty. Samolotem. Ratowaliśmy je, one o tym wiedziały i były bardzo grzeczne. Budziłam się kilkakrotnie, przetykając myśli o książce dziwnym śpikiem wędrownym.
Piątek
Gdy ostatecznie otwarłam oko, była 7:40. Jeszcze myślenie o lekturze, układanie sobie planu czytelniczego z książek papierowych; na śniadanie resztki z wczorajszego obiadu; Kochany wstał trochę później i od razu miał wspaniały pomysł: pojedziemy na plażę, potem do El Paso na obiad i kawę. Wszystko to stało się prawdą, najpierw jednak wysłałam list motywacyjny (Szef sugerował abym to uczyniła pronto). Ka zadzwonił, jest trochę chory, ale może wpadnie jutro pomóc Fredowi w przestawianiu mebli.
Błękitna plaża niewyraźna, jej kontury rozmazane, małe klify jeszcze jako tako widoczne, ale gór w tle brak, nikły ich kształt przysłonięty mgłą można wziąć za miraż. Na dodatek był właśnie szczyt przypływu, który zabrał nam plażę, gdy dochodziliśmy do domu przy falochronie.
Do tego wiatr w twarz, gdy wracaliśmy do samochodu. A skoro plaży brak, nie zatrzymaliśmy się w porcie po drodze, tylko od razu pojechaliśmy do El Paso. W suszarni dostał się nam stolik w najdalszej głębi borsuczej jamy; mój obiad składał się z uramaki z awokado:
W zakątku kawowym w oknach zniknęły już malowane historie świąteczne, i czego ja się dziwię, przecież za dwa tygodnie wiosna; napoje jak zawsze bardzo dobre i ładnie wyglądające; rozchodziłam się w szwach, więc zamiast naleśników mała kulka o smaku biscoff:
środa, 15 stycznia 2025
1856. Słoneczna środa.
I pięknie. Po późniejszym śniadaniu wypuściliśmy się na spacer. Nie szliśmy tędy od kilku tygodni, więc choć to tak blisko, umknęło nam, że z wroniego drzewa oderwał się całkiem spory konar. Podeszłam zobaczyć jak to wygląda, czy przypadkiem jakaś ptasia hacjenda nie zleciała razem z nim; najwyraźniej nie tylko ja byłam zaciekawiona, pod konarem gniazdko już zdążył uwić sobie Mleko, który najpierw łypał na zbliżające się figury jednym okiem, po czym rozpoznawszy kto zacz, wylazł się przywitać tego dnia jakże pięknego:
Kochany musiał zajść do ośrodka zdrowia, żeby się dowiedzieć, co ma dalej robić (pobranie krwi w poniedziałek). Skoro to już zostało odhaczone, poszliśmy w przeciwnym kierunku, na rozsłonecznioną plażę. Przypływ właśnie zakręcał. Znaleziska różne:
wtorek, 14 stycznia 2025
1854-55. Los wyrobnika.
Z niedzieli na poniedziałek znowu sen o wakacjach i obawach, że przegapiłam moment na pracę. Co mi chcesz powiedzieć, mózgu? :) Była inauguracja rudego plecaka, naprawdę super jest, rozmiar i kolor powodują, że czuję się jak Muminka. W Centrum wszyscy chorzy, nie wiem czy jestem uprawniona do poczucia, że mnie to nie obejmie. Po powrocie do domu wzięło mnie na sprawdzanie prac, ryje mi już banię (pogoda? nieszczęść trwożne wyglądanie?), ale w sumie ok, zrobione, odhaczone, skończyłam po obiedzie, czyli tak około siódmej. A że z rana trudniejsze czytanki (ależ ten Herbert był łapserdak infantylny), postanowiłam sobie zapodać coś lekkiego i prostego, na ekran wjechało Morderstwo w hotelu Gallop (1963).
Po prawie ośmiu godzinach snu budziliśmy się dzisiaj powoli, pomrukując i masując się po pupach. Jednak piąta trzydzieści to okropny czas na pobudkę, nie wiadomo kiedy robi się kwadrans później i zamiast się zastanawiać, czy jest odpowiednia pogoda na śniadanie na tarasie, "a może trzeba by tak przejść do innego skrzydła pałacu podziwiać deszczowe widoki, kochanie", zbieramy się w sobie do robienia rzeczy podobno niezbędnych. Los wyrobnika. Kawiarnia, kubek dla Kochanego i wracam świńskim truchcikiem; literatura. Po pracy (uśmiecham się spokojnie do moich głośnych matołów) znowu pędzę na złamanie nogi, bo za kwadrans odchodzi autobus. W domu wyciszam się, opróżniam kosz na śmieci, daję żarcie ptakom, jem jogurt, oglądam Ahoj zbrodnio (1964), żeby po pół godzinie zacząć skrollować internaty (coś o szatlenkach), gdyż się okazuje, że sequele bywają już nie takie fajne. Kochany wrócił do domu i od razu włączył Disintegration (1989).
niedziela, 12 stycznia 2025
1853. Wolny przepływ energii.
Ach, i słonecznie było przez chwilę.
Całkiem sprawnie złożyłam nadkibelnik, nie wymagało to ekstra siły. Tylko nie przymocowałam go do ściany, Kochany zatrudni wiertarkę w wolnym czasie, jeśli w ogóle. Przy robieniu obiadu (wcześnie zaczęłam, sos do fusilli może poczekać, zresztą nawet lepiej, gdy się trochę przegryzie) obejrzałam Śmierć ma okna (1961) z Margaret Rutherford (ona i jej mąż, postacie nadzwyczaj interesujące). Nie mogłam natomiast obejrzeć grubych sióstr nawiedzających UK — nie mogłam, gdyż mnie odrzucało, dziewiąty odcinek szóstego sezonu jeno przeklikałam. Bardzo ciekawe, nagle i niespodziewanie, może to z początkiem 2025 (nowy rok, nowa ja ^..^) moja tolerancja na głupotę i ostentacyjne prostactwo radykalnie spadła. Coś jest na rzeczy, kilka dni temu skazałam na banicję z FB dwie dalekie znajomości, które zawalały mi feed politycznymi durnotami. Klik lub dwa, poof. Jakaś okropna matka dzieciaka, którego kiedyś uczyłam. Jakiś kolega z SP, którego nie widziałam lat 35 i pewnie już nie zobaczę.
Katlin o mnie pytała, nie widziała mnie od powrotu (na spacery nie chodzę, tylko łażę do pracy, albo nawet przemykam). Na tyle zamulałam, że dopiero teraz przyjrzałam się jej prezentowi podchoinkowemu. Mała, ruda plecakotorba firmy Roka, zrobiona (jak głosi etykieta) z recyklingu plastikowych butelek. Świetnie, użyję jej jutro (stary plecak, który też zresztą dostałam od Katlin 3 lata temu, idzie do przepierki).
Zanim jeszcze moje Kochanie wróciło do domu, zadzwoniłam do rodziców, zapytać jak bardzo ich przysypało. Rzeczywiście biało, ale dają radę, mama w porządku, albo kłamie, tatko nadal smarka, Malineczka nie za bardzo chce jeść, atoli jak się ma lat 100, wiadomo, że lekko nie jest i każde ziarnko grochu gniecie. Obiad, rozmowy, prysznic, lektura (Iwasiów wciąga umiarkowanie).
sobota, 11 stycznia 2025
1851-1852. Upadki i wzloty.
Puzzle i Apologia Rajmunda Sebonda :D Tak wyglądał piątek. Kochany w tym czasie robił rzeczy pożyteczne (zamówił szafę, kupił jedzenie). Faktycznie, torowanie działa, poza tym nastrój po kompulsji spada. Cały, calutki dzień układałam słuchając. I ułożyłam (przed jedenastą w nocy):
A dzisiaj jest sobota, świat za oknem bury i mokry, temperatura chyba poszła w górę, bo ogród przestał razić bielą; Kochany poszedł do pracy. Wypełniłam rubryki (nawet zrobiłam na tę okoliczność plan złożony z czterech itemów, żeby móc je odhaczać, komedia), przelałam kasę, kliknęłam enter. Poza tym przeleciałam się ze szmatą, wyprasowałam trochę rzeczy. Po wczorajszym osiągnięciu puzzlowym miałam zjazd psychiczny, ale się wyrównało. Kochany przywiózł nadkibelnik, może jutro złożę, jeśli to nie będzie nic skomplikowanego. Tymczasem w głośnikach album Kiss Me Kiss Me Kiss Me (1987).
czwartek, 9 stycznia 2025
1850. Układanka zimowa.
Z rana ciemno, że oko wykol. Kawiarnia, czytnik książek, praca, koniec pracy, spacer przez miasto (spotkałam dwóch byłych uczniów, byłam zdawkowo miła). Kierowca autobusu odjechał prawie dziesięć minut przed czasem. Gdy wróciłam na wieś, było jeszcze na tyle jasno, że zostawiłam w ogródku przekrojone jabłka dla pana kosa (rzeczywiście zaraz się pojawił i zaczął łakomie wcinać). Kochany wrócił z pracy ponad dwie godziny po mnie, wskoczył pod prysznic, a gdy wyszedł cały czyściutki i rumiany obiad był prawie gotowy. Rozmowa ze świekrą, potem rozmowa z rodzicami. Oboje jesteśmy przemarznięci, zalegamy, mruczymy, wygrzewamy się, pijemy ciepłe trunki. Rozłożyłam się z puzzlami. Tak jak na poprzednich od razu zaczął wychodzić kot, tutaj pani Christie się mi ukazała, po jakimś czasie odnalazłam też głowę. Czy mam wszystkie elementy to się okaże po następnych 50 godzinach ślęczenia :D
środa, 8 stycznia 2025
1849. Kolejny poranek ...
... obłożony grubym, białym szronem. Kochany zauważył, że za znikanie jabłek jest odpowiedzialna wrona, mąż przyłapał ją jak posilała się sprawnie przytrzymując sobie owoc wronim pazurem. Reszta czeredy jak zwykle, a pan kos nieśmiały. Zdjęcia zrobione przez brudną szybę:
Wyjechaliśmy. Najpierw do TK Maxxa po nowy kalendarz ścienny (pani na kasie pochwaliła Freda za outfit, napomknęłam jej zgodnie z prawdą, że to jest właśnie najelegantszy pan we wsi, a jam jego małżonka, muszę sobie jakoś z tym radzić), potem do Jyska na oglądanie mebli (mamy szafę na oku, w zasadzie witrynkę, trzeba podjąć decyzję jak zagęścić naszą dziuplę), był zakup dynksa w Homestore i jeszcze w Harveyu Normanie gapiliśmy się na maszyny do kawy robienia (Smeg się nam podoba). Następnie cofnęliśmy się do centrum miasta, żeby coś zjeść. Tutaj spotkały nas dwie niespodzianki. Po pierwsze Cedar Gate chyba znika z panoramy miasta, ściągnięto szyld, miejscówka jest w remoncie. Wobec takiego zwrotu akcji (dwa miesiące temu nic tego nie zapowiadało) Kochany wspomniał o The Merchant, przeszliśmy obok, sprawdzić lokal, a tam podobnie, ciemno głucho, nikogo nie ma w domu! Cóż nam pozostało, udaliśmy się do Il Forno. Menu jakieś takie wyskubane, bez mojego ulubionego makaronu, ale przynajmniej obsługa miła. Trudno, oboje zamówiliśmy pizzę i oboje wzięliśmy niedojedzone resztki do domu, żeby mieć jeszcze miejsce na kawę, gdyż po drodze Czarna przecież.
O trzeciej byliśmy kawy pełni i prawie gotowi do powrotu. Jeszcze tylko skręt do Szkota, do księgarni, gdyż puzzle 1000 za mną chodziły od co najmniej roku. Z wielu literackich historii obrazkowych wybrałam tę:
Żadnych książek tym razem, podotykałam kilka, ale byłam niezłomna ;) Kochany za to skręcił do dziupli z płytami, i skoro ja mam puzzle, to on ma najnowszą płytę cd The Cure, Songs of the Lost World (2024).
Kalendarz ścienny’25 już wisi, szkoccy koloryści, np. taki George Leslie Hunter:
... w głośnikach The Cure. Dobre to jest.
wtorek, 7 stycznia 2025
1848. W środku.
Przed południem skończyłam słuchanie Psa Baskervillów po angielsku; przyjemna, staromodna lektura. Dzień był słoneczny, więc miałam pomysł, żeby pójść nad morze, ale przeszło mi po pięciu minutach w ogródku, w czasie których otwierałam plastikowe wiaderka z karmą dla ptaków (ręce zgrabiały mi na sople lodu; okazało się, że powiewy wiatru bywają całkiem żwawe). Mleko przyszedł mi "pomóc", plątał się pod nogami i z entuzjazmem zareagował na zaproszenie do domu: nie dokarmiamy go, ale chciałam chociaż na chwilę odciągnąć jego uwagę od zbierającej się za domem ptasiej ferajny. Mleko pała wielką miłością do grzejnika w korytarzu, na moment przewrócił się na brzuch i oparł o niego łapy. Co jeszcze? Zdrzemnęłam się, część ubrań ze świątecznego wyjazdu wrzuciłam do pralki na easy wash, wysłałam CV z listem skleconym naprędce, zaczęłam czytać Iwasiów, zrobiłam obiad. Kochany wrócił przed szóstą; życie domowe ciurka regularnym strumyczkiem.
poniedziałek, 6 stycznia 2025
1847. Światłozależna.
Zimny, ponury poranek. Jakby współgrając z atmosferą ogólną rano w Czarnej zepsuł się ekspres do kawy i Kochany musiał odjechać bez kubka. Ja z kolei przysiadłam nad ciastkiem z malinami, o pysku suchym. Miałam dość czasu na czytanie i rozmyślanie, co teraz robić i jak to wszystko będzie. Kawa nie pojawiła się przez następną godzinę, cuszzzzz ;)
W pracy tymczasem miód i orzeszki, nudno jak uj, więc zmęczeni tym wszystkim skończyliśmy wcześniej, na dodatek Saren zaproponowała podwózkę do wsi, a ja nie byłam taka, i skwapliwie skorzystałam. Wyszło słoneczko, dupościsk weekendowy mi odpuścił. Po powrocie zajrzałam do ogródka z darami dla fruwajców (biedny kos, szpaczory faktycznie mu jabłka podżerają). Zmęczona umysłowo, zamiast zaczynać Iwasiów, którą mam już na stoliku przy łóżku na poszykusiu (jakby wykaligrafowała babcia Mania bardzo wolno i krzywo, gdyby musiała), odpaliłam audiobooka The Hound of the Baskervilles Conan-Doyle'a w czytaniu Grega Waglanda (do wieczora wysłuchałam połowy).
Gdzieś w środku dnia Anna do mnie napisała, czy mogę zaopiekować się Junoną przez trzy tygodnie (pomiędzy styczniem a lutym). Nigdzie się nie wybieramy (Kochanego czekają wycieczki po lekarzach, ale to nic całodobowego, jak się teraz zdaje), więc oczywiście. Z innych rozmów, Wu zadzwonił do Freda, przypomniał sobie, że nowy rok przecie. Rozmawiałam też z mamą, zimno już jej trochę schodzi, ale nadal cherlactwo i smarkactwo w domostwie rodzinnym.
niedziela, 5 stycznia 2025
1846. Ciemny, ...
... wietrzny i deszczowy dzień. Kochany wyjechał na zakupy; przemieliłam parę papierów; nie chciałam zaczynać niczego nowego, ciężkiego, na liście mam książkę Iwasiów, ale to w nowym tygodniu. Tymczasem, pod nie-wieczór, gdy już się zmierzchało, ale jednak było jeszcze wcześnie, z nudów zamówiłam osiem ebooków, mix książek, które dawno temu chciałam przeczytać z takimi, które na liście znalazły się dopiero kilka dni temu.
sobota, 4 stycznia 2025
1845. Topniejąca ...
... białość zalegała, z każdą godzinę mniej jej i mniej, na niebie za to szarość. Pożegnałem się z tematem kocim, po wczorajszym serduszku złamanym zdecydowałam, że nie będę dalej szukała i nic już się nie wydarzy w tej fabule. Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać Ten się śmieje, kto ma zęby Zyty Rudzkiej (W.A.B., 2022), dzisiaj po śniadaniu kontynuacja; bardzo ciekawa, nietypowa lektura, zdecydowanie z takich, które wciągają, choć to tylko mielenie myśli. Resztę rzeczy (szkoła, aplikacja) zostawiłam na jutro, dzisiaj myśli zbyt rozproszone, tylko Rudzka mi wchodziła i faktycznie skończyłam lekturę o ósmej. Muszę zwolnić, dobrych książek nie czyta się haustami.
piątek, 3 stycznia 2025
1844. Trzeci stycznia.
Obudziłam się po piątej. Idąc myślą za ciałem wstałam wypiłam herbatę i przejrzałam blogi, żeby się odpowiednio zmęczyć. O siódmej (nadal ciemno) wróciłam do łóżka na dwie godziny. Miałam sen w którym byliśmy z Kochanym w Krakowie, w domu podnajmowanym najwyraźniej od eM, który nie był tym faktem zachwycony. Paradne; żadna uświadomiona myśl nie naprowadzała na taką senną fabułę. Po drugiej pobudce już jasno, za oknem mróz, trawniki i samochody, wszystko skrupulatnie pobielone.
Kochany wstał na późną kawę, akurat, gdy kończyłam słuchankę pierwszej księgi Prób Montaigne'a. Dałam jeść ogrodowym głodomorom (szpaki oczywiście już na mnie gwizdały). Po kawie Fred zabrał mnie do El Paso na naleśniki. Nasze ulubione miejsce było o tej porze bardzo ożywione, znaleźliśmy ostatnie wolne krzesła przy centralnym, dużym stole. Po posiłku (dla mnie było to drugie śniadanie) poszliśmy do księgarni, tej co zawsze, tak tylko, żeby rzucić okiem, czy pojawiło się coś wyjątkowo kuszącego (tak naprawdę nie mam miejsca na nic nowego, skoro tyle starego jest w kolejce czytankowej, wyjątek zrobiłabym dla Keegan i Hjorth), a przede wszystkim, żeby się przejść. Powrót do samochodu, szybkie zakupy w Tesco i dom.
Kiedy przygotowywałam bakłażany na obiad, Mleko do nas zawitał, na krótko przytulił się do kaloryfera w korytarzu. Znalazłam kotka do adopcji, ale nasz już niestety nie będzie. Poza tym wieczór filmowy: Śniadanie na Plutonie (2005) Neila Jordana.
czwartek, 2 stycznia 2025
1843. 02012025.
Ciężko się wstawało. Za wcześnie, buuu. Oczywiście obudziłam się tuż przed budzikiem i miałam nadzieję, że to jednak nadal środek nocy i mogę spokojnie przewrócić się na drugi boczuś. Nope. Czwartek mroźny, przed jazdą do miasta Kochany zeskrobywał szron z Babcinych szyb.
Praca bardzo miła, mogłam nawet wcześniej skończyć (początek roku należy zaczynać spokojnie ;)). W tym czasie Kochany kręcił się po mieście i wiadomo, co wyszło z tego kręcenia ... po pierwszej podeszłam do polskiego sklepu, pustego jak kościół, zaglądam tu, zaglądam tam, na co pan sprzedawca potakuje "jest, jest". Fakticznie, małżonek stał przed półką z herbatami :D Już nigdzie nie łaziliśmy, tylko hapinjujer i do domu. Ale oczywiście, jako się rzekło, skoro wcześniej zostawiłam Kochanego samego na mieście, czyli puezento dostałam: szare poncho z merynosowej włóczki (Aran Crafts), bajeczne. Niby, że na nowy rok.
Po powrocie do domu zrobiłam ekspresowy obiad (Fred w tym czasie nakarmił fruwających sąsiadów), zjedliśmy, napisałam przywitanie do Anne (jej samochód już stoi przed domem), oddzwoniłam do Anny z życzeniami noworocznymi, i w kimonko, gdyż niech będą błogosławione poobiednie drzemki. Obudziłam się tuż przed piątą, w ciemnym pokoju i z mężem chrapiącym (uwaga, to taka figura retoryczna, małżonek nie chrapał) przy boku. Po pobudce skończyłam czytanie Magicznej rany Masłowskiej (Karakter, 2024), świetna; nadrobiłam świąteczne filmiki Gosi ze Szkocji (jej przebój bardzo mnie konweniuje), potem prawie godzinę rozmawiałam z Luś, głównie o plotach i kotach, bezskutecznie próbując ją zainteresować literaturą. I skąd nagle po dziewiątej, no skąd?
środa, 1 stycznia 2025
1842. Oto mija
... pierwszy stycznia, czuję się, jakbym przekopała mały, zgrabny okop. Wstałam bardzo wcześnie, nad ranem ze zmęczenia nie mogłam spać, musiałam napić się herbaty i zjeść dwa jajka na miękko, żeby jako tako powrócić do nastroju spalniczego. W końcu się udało, ponownie wstałam dopiero przed jedenastą. Rozmawiałam chwilę z mamą, zjadłam owsiankę z czekoladą i wzięłam się za przygotowanie do jutrzejszej pracy. I może dobrze, od razu weszłam w tryb, że w życiu trzeba coś robić, niech to będzie dobra wróżba na ten rok. Kochany przygotował obiad, podczytywałam Masłowską, rozmawialiśmy chwilę z ciocią Ce (Fred zadzwonił z życzeniami). Na późniejszy wieczór byliśmy umówieni z Ka, więc jeszcze jedna drzemka. Po siódmej podróż do przyjaciół na ucztę kaszankową-oscypkową. Wizyta była kolacyjna, przed dziesiątą byliśmy z powrotem na naszej wsi. Głowa sama mi opada ze znużenia.
Przed domem nad osiedlem wyraźny gwiazdozbiór Oriona.
Postscriptum #1841.
W minionym roku zaliczyłam 12 lotów nad Europą w tę i z powrotem (styczeń, marzec/kwiecień, czerwiec, sierpień/wrzesień, październik, grudzień). Nareszcie wróciłam do ukochanych Karkonoszy, i to na trzy glorious days (czerwiec), poza tym spotkaliśmy się z kolejnym blogerem (Pan Od Espresso, super gość). Było też sporo mniej wysiłkowego łażenia (Czarna Góra w marcu, testowanie nowych butów), wykorzystaliśmy w tym celu nawet naszych gości (klify Moheru w styczniu, Grobla Olbrzyma w maju), usilnie też wracałam do dublińskiego ogrodu botanicznego (trzy razy). Wylot wrześniowy był związany z chęcią zobaczenia na scenie Jerzego Stuhra i Braciaka (nic z tego nie wyszło).
A skoro mowa o kulturze, byliśmy w tym roku na jednej operze (Salome), oraz sześciu koncertach o dużej rozpiętości stylów (w marcu Bach, w kwietniu PMJ czyli XX-wieczne retro, w czerwcu Damo & Big John oraz Spółka, obydwa w plenerze, obydwa folkowe, październik kameralnie z Voo Voo, listopad nieomal stadionowo z Nickiem Cavem). Nie pojechaliśmy na kolejny festiwal O'Czytani, mieliśmy wówczas gościa, ale jeszcze bardziej plan wydarzenia był dla mnie raczej nieciekawy.
Książki to bardziej udany fragment minionych dwunastu miesięcy. Na początku roku postanowiłam sobie, że przeczytam przynajmniej z pięćdziesiąt pozycji, wyszło 62, w tym 15 po angielsku. Czytnik listy nie zdominował (10 książek w czytniku + 11 audiobooków), ale niesamowicie zaostrzył mi apetyt. Wróciłam! :)
W temacie ogrodowym: straciłam mnóstwo cebul narcyzów i nie mam ochoty na kontynuację tego ryzykownego hobby (serce mi pękło po utracie Pipitów, poddałam się), ale cebule zostały zaopiekowane na zimę. Nowy rok jest pod tym względem niewiadomą.
2024 był również rokiem ważnych zmian kawowych. Kochany przerzucił się prawie w całości na aeropress, na dodatek we wrześniu szwagry przywiozły nam ręczny młynek do mielenia. Czyli ęą i alternatywa, prawie w całości kupowane kawy to single origin w ziarnach.
W pracy nieuchronnie ekscytacje, bo tak jak od początku roku wiedziałam, kontrakt kończył mi się w sierpniu (u Kochanego też zmiana pracy, z tych niespodziewanych okazji). Od sierpnia pracowałam wyłącznie w nowym zawodzie, najpierw w Jamie, potem doszły mi godziny w Centrum, wszystko to za mało, żeby mnie satysfakcjonować. Finansowo dwa dołki, pierwszy na początku roku: musiałam naruszyć oszczędności i wziąć kredyt, bo na amen padła nam stara Honda i w to miejsce pojawiła się Babcia (jesteśmy kontenci z tej kosztownej podmianki). Kolejny dołek we wrześniu, zaczęłam się z niego wydobywać dopiero w drugiej połowie października (zmiany nie idą tak, jak chcę, może za mało się starałam, ale powiadam sobie dziś, że będzie lepiej :)).
Na 2025 życzę sobie zdrowia w domostwie. Wszystko inne da się zrobić.





















