poniedziałek, 31 lipca 2023
1323. Podrygi.
niedziela, 30 lipca 2023
1322. Mżawka.
Otępienie magisterskie nadal nie chce się przenieść na kogoś innego. Wstałam jako druga, zrobiłam nam obojgu śniadanie (Kochany zapytał, czy będzie guacamole, bo on by chciał, żeby było; więc było). Poranek zasnuł się chmurami (koci barometr w ogonie też zapowiadał deszcz; Ryszard po śniadaniu walnął się w formie precla na łóżko i tak spędził większość niedzieli). Zamiast planować spacery, umyłam włosy i suszyłam je pół dnia mówiąc brzydkie rzeczy do laptopa.
Dopiero po późnym obiedzie (piąta po południu) wyszliśmy z domu (przy okazji Majk wyskoczył za próg i obwieścił nam triumfalnie Dublin won!). Kochany zawiózł mnie do Costy, a potem (widząc moją zmartwioną minę) obwoził mnie po hrabstwie aż do tego miejsca, gdzie był pas startowy dla trzmieli i gdzie nawoływały się ostrygojady:
sobota, 29 lipca 2023
1321. Między chmurami.
Śpię jak suseł, o dziwo mąż wstaje pierwszy. Kiedy się budzę kawa jest pita, a kot już napasiony po uszy.
Po śniadaniu i moim szukaniu mózgu w papierach poszliśmy z Kochanym na dłuższy spacer. Było tak, że zaczęliśmy wypatrywać okienka pogodowego, ale za pierwszym razem źle wycelowaliśmy. Już po przekroczeniu mostka dopadł nas deszcz, szybko wróciliśmy plażą do kawiarni; Fred wykorzystał ten kwadrans na napój, ja na ciastko.
Gdy chmura przetoczyła się nad nami i deszcz zaczął wpadać do morza, przypuściliśmy drugi atak i tym razem doszliśmy do falochronu.
Deszcz poświęcił nas ponownie, gdy byliśmy już w drodze powrotnej do domu. Odrobinkę. Super się szło. Potem Kochany pojechał na zakupy spożywczo-różane (bukiet białych róż, sztuk dwanaście), a kiedy wrócił zjedliśmy obiad.
Poza tym nic takiego się nie wydarzało. Fred rozmawiał z Perlistym. Kumpel opowieści gęsto okrasza kurwami, ale wyniki pływackie ma dobre (zachwyca się okularkami, które mu Kochany polecił), czyta Juwala Harari, tematy o szurach i chazarskich Żydach go wkurwiają, więc zaproszenia kolegów na piwo odrzuca, bo mu przestaje smakować, gdy słucha niektórych Polaków (i na zdrowie mu to wychodzi). Czy zobaczymy się z nim w Polsce? Może. Swoją drogą, też bym mogła przeczytać coś Harariego.
piątek, 28 lipca 2023
1320. Panie reżyserzu, panie reżyserzu ...
Stresior nadal jest, nie wiadomo za bardzo o czym, o wszystkim, magisterka i że w drugiej pracy sama jestem na gospodarce. Ale z tym drugim ludzie się zachowują, nie piszą, i dobrze, bo musiałabym im coś odpisywać. A z pierwszym to nie wiem, zmęczona jestem.
Skończyłam pracę o trzeciej, Kochany już się napływał i czekał na mnie na parkingu za winklem (szczęśliwie ominęłam ulewę). Na obiad pieczony plamiak + reszta wczorajszej sałatki, potem spacer z kotem i spacer nad morze. Najpierw zakręciliśmy do kawiarenki po flat white i lody (po dwie gałki, truskawkowe i słony karmel, pysznie), siedzieliśmy na wolnym powietrzu pod dachem pijąc, jedząc, rozmawiając i obserwując co na to wszystko chmury z lekka burzowe (było wietrzniej niż wczoraj i mroczniej, choć nadal ciepło), potem włóczęga plażą i tradycyjnie już w tym tygodniu powrót przez domki letniskowe.
Fred koordynuje swój nowy projekt, więc dzwoni po ludziach i nawet była rozmowa ze Zbyniem, który jak najbardziej poważnie wziął już urlop, żeby z moim Kochanym jakieś cuda wyczyniać. Małżonek mówi jednak, że i u niego widoki zamazane. Że też życie nie może się składać głównie z afterparty i zbierania oklasków.
czwartek, 27 lipca 2023
1319. Chłopak ze skrzydłami.
Spokojnie po wierzchu. Tzn. u mnie, bo Luiza wdała się w pyskówkę z nowym szefem kuchni i oboje dostali ustne upomnienie. Nie lubię go od pierwszej wymiany zdań, noszę ze sobą łyżeczkę do serka, żeby się go nie prosić o podanie.
Kochany dzisiaj pływał, potem poczekał aż skończę pracę i pojechaliśmy do domu (przez port, więc na obiad krewetki + sałatka grecka, którą Fred robi, gdy sobie fikam paluszkami w papuciach). W domu zastałam nową miskę dla kota.
Zaczynając zaś od poranka, ledwo zdołałam otworzyć oczy Luś do mnie napisała na messengerze z zapytaniem, czy możemy pogadać. W ciągu dnia schodziło, że nie mamy kiedy, zobaczyłyśmy się dopiero pod wieczór, pokazałam jej trochę naszego ogródka. Musiałyśmy jednak skończyć po siódmej, gdyż ...
środa, 26 lipca 2023
1318. Krowy, deszcz, radość i smutek.
— Jesteś śliczną dziewczyną, zagaduje mnie mąż siedząc przy kawie w Czarnej.
— To nie może być prawda, mówisz to pod wpływem ciastka (ciastko było pistacjowe).
wtorek, 25 lipca 2023
1317. Żyćko.
Pracka, pracka, coś tam w papierach. Fred przywiózł mnie do domu, postawił pod nos steka. Potem godzinne spotkanie online z niejakim Kubą, który mógłby być moim synem, ale nie jest, więc cóż robić. Po siódmej spacer z Kochanym nad morze (a także spacer z kotem, wiadomo). Cieplej niż wczoraj, w kurtce nawet się trochę zmachałam. Będę jeszcze mieliła słowa i klikała litery.
poniedziałek, 24 lipca 2023
1316. Nurt podskórny.
Rozwlekam poniedziałek w nieskończoność. Szukam w notatkach wczorajszego dnia i wcale go tam nie znajduję.
Kochany wrócił na basen po 3 latach (długo musiał szukać w szafie gatek do pływania), zabrałam się z nim do Gronji, żeby doprecyzować moje obowiązki na dwa tygodnie jej nieobecności. Po kawie w Czarnej rozstaliśmy się z mężem na ponad dwie godziny; każde z nas zrobiło, co tam miało w planach, potem razem poszliśmy na zakupy w polskim sklepie i wróciliśmy do domu. Po późnym obiedzie (łazanki) chwilę klikałam na stronie pracowniczej (żeby nie musieć robić tego jutro), po czym wyszliśmy z Fredem na wieczorny spacer nad morze.
Depczemy plażą i przez osiedle domków letniskowych, nad głową formacje chmur:
Chyba się stresuję r z e c z a m i, ale stres płynie nurtem ukrytym, na wierzchu robię zieloną herbatę z żurawiną granatem oraz jem witaminy w żelkach.
niedziela, 23 lipca 2023
1315. W proszku.
Niby się skupiam, ale nie skupiam się. Niby myślę o tym, ale nie myślę. Od pisania pracy wolę oglądanie Bernadette opowiadającej o edwardiańskich operacjach plastycznych.
Kocia miska się stłukła i trzeba było pożyczyć miskę jeżową.
Pod wieczór rozmawiamy z Kaś Matką Kotom, która pokazuje nam swój koci balkon (i też zauważa, że Ryszard zmężniał wagowo; poza tym uświadamiamy sobie, że dobrze byłoby założyć profile zaufane, dopisuję to do zadań "na wyjazd").
Wieczorem Fred chciał obejrzeć jakiś film i nieszczęśliwie padło na Bajona Limuzynę Daimler-Benz (1981). Jest w nim wszystko, co lubimy (dramat, historia, dobrzy aktorzy), a i tak kiła. Od strony psychologicznej w ciągu pierwszego kwadransa bieg przez płotki bardzo mało prawdopodobne, pojawia się Maja i znowu gada Zanussim, potem jest jeszcze nudniej i hermetyczniej. Długo się nie męczyliśmy, seans został przerwany za obopólną zgodą. Z nieudanego oglądania wyniknęła ciekawa dyskusja o filmach :)
sobota, 22 lipca 2023
1314. Spokojna sobota.
Kiedy otworzyłam oczy, Fred już coś gmerał w kuchni (mózg go obudził z informacją, że nie trzeba wstawać, to można wstać), kot jadł akurat drugie śniadanie, szemrała pralka.
Piszę coś tam. W tle Brassens, nawet wysłuchaliśmy dwóch wersji Les trompettes de la renommée. Kochany zapija się yerbą (dzień wolny jak w pysk strzelił), a wczesnym popołudniem wskakuje do łóżka na drzemkę.
W MyHeritage znalazłam nowe, bardzo ciekawe połączenie genetyczne z wieloma drzewami ludzi rozsianych po Europie. Nie ma pomyłki, jestem z nimi spokrewniona przez mamę, a jednak dotychczas żadna z tych osób nie wydaje się ani mieć przodków w znajomych rejonach, ani nazwisk znanych mi z mojego, całkiem rzetelnie opracowanego drzewa. Fascynujące. Fred podrzuca pomysł żołnierzy Napoleona.
Ka&Jot w Polsce, taplają się w sztucznym jeziorku, dochodzą do siebie po rwaniu zębów; jeszcze jakiś czas się z nimi nie zobaczymy.
Na obiad pojechaliśmy do Borzalino. Smacznie, jak zwykle (lody waniliowo-truskawkowe). Za oknem leje, nie leje, leje. Wygrało "leje", zmokliśmy w trakcie kilkusekundowego biegu do samochodu.
piątek, 21 lipca 2023
1313. Nareszcie.
To były dla Kochanego trudne cztery tygodnie, ale koniec z tym, przerwa. Tradycyjnie w piątek małżonek szybciej skończył zmianę. Czekał na mnie o trzeciej przed Centrum i zabrał karocą do domu. Zaraz po powrocie na wieś (tylko siku i już) poszliśmy na spacer, najpierw malutkie kółko z Ryszardem, potem większe kółko po wsi (nie skręciliśmy na plażę, bo zaczął na nas kropić deszcz, ciepły, ale stanowczy). Więc o:
![]() |
| Fred robi mi ukradkiem zdjęcia i mówi, że wyglądam masłowsko |
Pocztą przyszedł dyplom z pierwszego kursu TT (nice). Mąż robi obiad; jemy obiad. Słuchamy z Kochanym Cichej śpiewającej językami oraz Tony'ego Bennetta (zmarł dzisiaj), czyli potem Judy, więc i trochę cabaretowej Lajzy ... Faith No More ... Talking Heads (gdyż mamy rozrzut i gest). Kot siedzi na parapecie i przez otwarte okno sypialni zerka na mżawkę w ogródku powoli zasnuwającym się mrokiem.
czwartek, 20 lipca 2023
1312. Niebieskie buty.
Nad ranem śniło mi się, że wygrałam samochód na loterii (kupon nr 22). Ech, Fred mówi, że to świetny pomysł (nasz pojazd coraz bardziej stuka i puka). W Centrum szykuje się kolejna zmiana i to dość szybka. Lorejn złożyła wypowiedzenie (tak jak się zapowiadało już rok temu, dodatkowa praca dała jej lepsze perspektywy), zostaje u nas jeszcze miesiąc. A dzień miły na różnych polach. Spokojny czas w biurze, dobry lunch, łagodna pogoda. Założyłam dzisiaj buty, w których 4 lata temu chodziłam po Jarosławiu (robiło się mi od nich cieplutko na sercu). Obiad będzie dopiero kiedy Kochany wróci z pracy. Na razie Kot Najedzony; zapukałam do Anny, żeby się przywitać (Ryszard powlókł się za mną oczywiście, po czym siadł obok odwrócony tyłem i niezrażony wylizywał sobie ogon); nogi na krześle i picie herbatki z pokrzywy.
___
edit 20:30 po obiedzie, Kochany z kubkiem w dłoni. Od powrotu do domu muzycznie chodziły za mną lata 80-te. I proszę, słuchamy Lady Panku. Pierwsza płyta. Oraz ścieżka dźwiękowa z marchewkowego pola.
___
edit 21:10 z serii Mój Kraj:
Tak sobie przeglądamy z Kochanym IG Sekcji Gimnastycznej. Śmiesznostraszno. Z daleka pewnie zabawniej.
środa, 19 lipca 2023
1311. Codzienność.
Do drugiej u Gronji. Coś się kroi, że Rada będzie potrzebowała pracownika na pół etatu, ale jeszcze nie wiem, czy to jest oferta do mnie.
Dobrze pisze się mi późniejszym wieczorem, aż szkoda, że trzeba iść spać, żeby wstać o szóstej. Z drugiej strony bez pracy dni zlewałyby się w pojedynczy stan bezruchu, jest więc chyba lepiej tak, jak jest.
Wróciłam po trzeciej, wrzuciłam do pralki spodnie-dzwony na których rano zrobiłam sobie kawą małą plamę, zrobiłam herbatę, nakarmiłam kota (czekał na mnie w sypialni z założonymi łapulkami; przypomniało mi się, że w drodze na wieś przez okno autobusu widziałam dwa kotki śpiące na parapecie w jednym z małych, robotniczych domów), starłam ogórka na tzatziki, rozmawiałam z mamą.
wtorek, 18 lipca 2023
1310. Sąsiedztwo, kolendra, świekra, buty.
Z idiotyzmów: poprosiłam Anne, żeby sprawdziła, czy wyłączyłam palnik w kuchni, chociaż byłam prawie pewna, że tak zrobiłam. Najprawdopodobniej mój mózg się nudzi (wysłałam do sąsiadki tekst, gdy rano popijałam kaffkę na mieście).
Z rzeczy fajnych: pomidor i ogórek w kostkę, trochę posiekanej kolendry, kilka krążków czerwonej cebuli, łyżka soku z cytryny i łyżka oliwy, pieprz do smaku. Bardzo dobra sałatka do kilku plastrów wołowiny i kajzerki (lunch; staram się).
Ze spraw sąsiedzkich: kiedy wyglądałam przed domem, czy Kochany już jedzie, wypatrzyła mnie Katlin i przekazała mi paczkę, którą dostawca zostawił w deszczu pod frontowymi drzwiami. Przy okazji dowiedziałam się, że Anna Emerytka jest w szpitalu (ostatnio pluła krwią i generalnie to nie jest dobra sytuacja). Podzieliłam się z sąsiadką wypadkami rodzinnymi, njusem, co Anne robiła rano w moim ogródku i gdzie jest klucz, gdyby ktoś go potrzebował.
Jeszcze przed obiadem (ruskie pierogi, sałatka z pomidorami i kolendrą) Kochany zadzwonił do mamy i życzyliśmy jej urodzinowo. Świekrę zawiało, pomimo tego rozmowa trwała z pół godziny. Okazuje się, że w czasie naszego pobytu w Polsce nie spotkamy się w NA, bo Fredowa mama jedzie nad morze. Jeśli będziemy chcieli zatrzymać się w mieście, to chata wolna i możemy się rządzić jak pijane zające (zaskakujący obrót spraw).
Wisienka: w paczce przyszły trzewiki dr Martensa. Takie o, sekretnie zamówione przez małżonka, który (jak mu je podstawiłam pod nos, gdy przed wejściem do domu debatował z sąsiadką) powiedział surprise!:
poniedziałek, 17 lipca 2023
1309. Umiarkowanie.
niedziela, 16 lipca 2023
1308. Do przodu.
Wykorzystaliśmy okno pogodowe na długą łazęgę nad morzem (minęliśmy jaskółcze osiedle i doszliśmy do pierwszych domków letniskowych, żeby posiedzieć na falochronie; deszcz padał gdzieś przed nami i zapewne gdzieś za nami).
![]() |
| Pochówek kraba, wersja irlandzka |
Po powrocie do domu Kochany pojechał zrobić zakupy, przywiózł mi bukiet białych róż z goździkami i prezent w postaci fikuśnej bluzki w kolorze kawy z mlekiem (Wrap London). Potem telefony. Fred rozmawiał z Kuzynem Z Miasta Łodzi oraz ze Stu (zmiany życiowe, zdrowie). Odezwała się Usz (zrelaksowana po urlopie), ja wykręciłam do mamy (zrelaksowanej na urlopie), żeby wyprostować parę genealogicznych zakrętów (Witek czy Wicek?). Ryszard nie jadł przez cały dzień, dopiero teraz zaczął wylizywać nowy sos z tauryną. Weekend za weekendem zmierzamy w kierunku wyjazdu.
sobota, 15 lipca 2023
1307. Inaczej zwiariuję.
Wpis z dnia wczorajszego opublikowałam dopiero dzisiaj rano (przed północą byłam zbyt zmęczona, żeby zajmować się sortowaniem wydarzeń).
Jakiś czas po południu Fred oświadczył, że musi coś zrobić, bo inaczej zwariuje. Więc zrobił nam obojgu po zupie z Lidla, następnie wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy gdziekolwiek. Gdziekolwiek było w okolicach Drołdy. Najpierw chodziliśmy po znajomym parku zanurzonym w szarej pogodzie.
Spotkaliśmy na swojej drodze kilka par, pod jabłoniami leżały pierwsza opadłe jabłka, Generał nie zwracał na nas uwagi, tak był zajęty popołudniową toaletą.
Byliśmy też na kawie u Aury, w TK Maxxie (Fred kupił bluzkę dla mojej mamy) i w Tesco (teoretycznie po kocie żarcie, ale dvd z filmem 1917 też się jakoś znalazło w torbie). Po powrocie do domu było picie herbat oraz telefon do Krakusów z okazji urodzinowej (przyjaciele mieli "rodos" na balkonie wieżowca; ich Młodsza Latorośl ponownie złamała rękę niedawno złamaną). Wertuję statystykę od przodu do tyłu, od czasu do czasu wertuję też dokumenty z okolic Tarnogrodu (mądrala by powiedział, że robię kwerendę), jem obiad zrobiony przez Freda, przytulam Freda, piję herbatę z cytryną. Czekam na godzinę 22:18, żeby potwierdzić, że o tej porze włącza się tuner, zupełnie nieproszony (zauważyłam to jakiś czas temu, problemu na razie nie rozwiązałam; jutro wyłączę laptopa przed godziną 0 i zobaczę, czy o tej samej porze tuner nadal odpala; na razie nie mam innego pomysłu, bo też i za dużo o tym nie myślałam).
1306. Mám.
Najfajniejszym odkryciem piątkowego poranka było, że żubry online wróciły (będzie co oglądać, gdy zima przygniecie tęsknotą). Przed pracą zaszłam do Czarnej. Na mój widok baristka jeszcze robiąc kawę dla Flat White dostawiła spodek i łyżeczkę do podwójnego macchiato:
— The usual?
— Uhum
— Anything to eat?
— Nope, I'm dieting.
— That sucks, isnt it?
Nom, w drodze zastanawiałam się, czy jestem już podwójnym macchiato i proszę bardzo, jestem. Często gęsto przed dziewiątą spotykam tu grupę znajomych twarzy. Facet, który jedzie tym samym autobusem i tak szybko przebiera nogami, że zawsze jest pierwszy (flat white). Pani z krótkimi, ciemnorudymi włosami, czasami w towarzystwie mężczyzny, rozgadani wykładowcy teorii wszystkiego. Dwóch gości w wieku średnim (gdy wchodzę już siedzą zagnieżdżeni w fotelach po dwóch stronach przy wejściu). Starsze panie, wymieniają się obecnością, jedna bardziej sterana życiem i z ręką na temblaku. Czasem też młodzi przy stołach, zazwyczaj z rozłożonymi laptopami i notatkami szkolnymi. Tyle dobrego. Gdy weszłam do budynku Centrum, zaczęło padać i tak już lało cały dzień.
***
Kochany szybciej wrócił z Dublina, spotkaliśmy się na obiedzie w Cedar Gate, ja z mokrymi spodniami, bo regularna pompa. Po obiedzie (to co zwykle i lody czekoladowo-truskawkowe, Fred eksplorował) zajechaliśmy do domu, żeby się przebrać, i ponownie wyruszyliśmy w kierunku stolicy, która zaskoczyła nas poprawiającą się pogodą (w naszych okolicach deszcz naprawdę padał cięgiem, od momentu mojego wejścia do pracy z rana do wjechania w przedmieścia Dublina wczesnym wieczorem)
Jechaliśmy do Board Gáis Theatre. Kochany zaparkował tuż przy dokach na Pearse St. Było jeszcze trochę czasu (tuż po szóstej), więc poszliśmy do Czarnej z widokiem na doki (społecznie kolejne miłe doświadczenie, chociaż dla mnie już nie kawowe). Siedząc tak przy napitkach rozważaliśmy jakie rupiecie meblowe zostałyby przez nas ściągnięte ze śmietników, gdybyśmy mieli większy dom. Bardzo różne, eklektyzm byłby pełną gębą.
Przedstawienie bez antraktu zapowiedziane na wpół do ósmej zaczęło się z pięciominutowym poślizgiem. Widownia pełna. Mám w 2020 roku nominowano do nagrody Oliviera. Fabuła pozostawia wiele miejsca do domysłów opartych na emocjach i własnym doświadczeniu. Cormac Begley na koncertynie, zespół s t a r g a z e, z tancerzy najbardziej przyciągali mój wzrok Rachel Poirier i James Southward. Reasumując: nie streszczę historii, ale warto było jechać. Analiza tematu w drodze, wyczerpanie, prysznic, spać.
czwartek, 13 lipca 2023
1305. Czwartek przed ...
Pracę skończyłam godzinę wcześniej i udało się mi skorzystać z autobusu złapanego na przystanku innym niż zwykle (ulica Dżordża). Niebo wytrzymało z deszczem do momentu aż weszłam do domu (bardzo uprzejmie). Trochę mnie dzisiaj bolał brzuch (pewnie z powodu zbyt ciężkiego śniadania: resztek spaghetti bolognese suto naszpikowanego wołowiną i cheddarem), ale do późnego obiadu udało się mi sytuację rozgonić (przy okazji doinformowałam się, jak masować dwunastnicę; czego to się człowiek nie dowie, kiedy zachodzi potrzeba). Kochany przyjechał w mżawce, zastał mnie przy słuchaniu gry na koncertynie (i znowu czegoś nie znałam, to teraz znam; przygotowuję się psychicznie do jutrzejszego wyjazdu kulturalnego).
W rodzinie zachodzi przepływ informacji o dziwnych ruchach kuzynki, która niedawno straciła syna, więc oczywiście dyskutujemy, choć wiemy tyle, ile powiedział nam głuchy telefon (sytuacja jest raczej niekomfortowa). Reszta wieczoru upływa nam na przeskakiwaniu z tematu na temat: praca, Masłowska, robienie filmów, miecz Rydzyka. Skoro i tak budzę się w nocy kilka razy, położę się później spać, o!
środa, 12 lipca 2023
1304. W kratkę.
Podróż do biura faktycznie robi mi lepiej. Rozgościłam się, nikt mi nie przeszkadzał, bo Gronja w podróży, więc mogłam głośno gadać do siebie, gdy mnie dyjabli brali na stronę firmową.
Za oknem kolejny dzień w burzową kratkę.
Poszłam po biały ser do polskiego sklepu, potem nie zauważyłam, że wkładając do torby masło kupione w Tesco przebiłam nim wieczko pojemnika w którym był ser. Szkód za dużo nie było, torba do prania (może i lepiej). W związku z tym uwagę poczyniłam, że satynowe okładki książek są odporne na tłuste ciecze. Z innych uwag ogólnoludzkich, buty, które miały szansę stać się ulubionymi, puściły szew na halluksie. Psiakrwia! (w głowie mówiłam sobie inaczej, brzydziej jeszcze, i miałam pretensję do swojej stopy, oraz do całego świata w ogólności). A kiedy czekałam na autobus (spóźniony, bo kierowca musiał dopić kawę w kanciapie), Majkel się ze mną przywitał i zaczął snuć konfabulacje o tym, jak to pojechał do Dublina na darmo, a przecież jest freelancerem i każdy cent się liczy. Potakiwałam, okiem nie mrugnęłam.
Robiąc obiad obejrzałam kolejną teatralną kobrę z Chamcem, Umarły zbiera oklaski (1972). Przyjemne. Słońce zachodzi na zachodzie. Przygrywa nam Klaus Mitffoch.
wtorek, 11 lipca 2023
1303. Nieróbstwo.
Jutro jednak jadę do pracy, bo samotne lambardziarstwo domowe mi nie służy. Nad wybrzeżem krążyły burze przetykane słonecznymi kwadransami, w efekcie nie poszłam na spacer, za to po południu znużona nicnierobieniem położyłam się obok kota na deszczową drzemkę. Nieróbstwo było karygodne; szukanie wszystkich płyt dvd z filmami Woody'ego Allena do ustawienia na jednej półce się nie liczy (znalazłam ich 12, coś mało). Obiad zrobiłam do teatralnej kobry Klucze (1971) z Chamcem i Wiśniewską. Chwilę rozmawiałam z tatą, który siedząc przed domem pokazał mi towarzyszącego mu czarnego kota. Skończyłam czytać książkę-wywiad z Woydyłło. W międzyczasie Fred wrócił do domu, zjadł obiad, powiedział, że mnie kocha, wziął prysznic i zniknął pod kołdrą. Ryszard siedzi na parapecie, widać tylko jego podwinięte łapulki; po Kuchniosalonie latają jakieś muchy, niezbyt duże, za to budzące we mnie instynkt mordu; tyka zegar z nowego miejsca nad półką z filmami; pora przyłożyć skroń do poduchy.
poniedziałek, 10 lipca 2023
1302. Odblokowanie.
niedziela, 9 lipca 2023
1301. Pauza.
Pogoda zmienna, raczej ciepło, ale deszcze pojawiały się gdzie bądź. Po śniadaniu pojechaliśmy na kawę do Aury, potem do Carlingford na obiad (kolejna odsłona pieczonego ziemniara z wołowiną):
Spacer do mola, kółeczko przez zamek. Skoro byliśmy już tak blisko Północnej, nie omieszkaliśmy podjechać do Newry, głównie po kocie żarcie. Po powrocie do domu pomogłam Fredowi zamontować w sypialni wieszak na płaszcze (teraz mamy całą jedną ścianę zawaloną wiszącymi ubraniami wierzchnimi, wygląda to trochę jakbyśmy nie używali szaf na ubrania, co jest oczywiście nieprawdą), odkręcić nóżki od telewizora i zawiesić zegar w nowym miejscu. Dzień polegał głównie na zadowolonym chodzeniu za rękę tu i tam, po znanych i wielokrotnie pokazanych kątach, więc nie ma nic do opisywania. Odpoczęłam.
sobota, 8 lipca 2023
1300. Senna sobota.
Domowy, powolny dzień. Chwilę grzebałam w ogródku przed domem (wycinanie przekwitłego łubinu). Kochany był na zakupach (pamiętał, żeby kupić truskawki, przytaszczył też ze sklepu piękny, masywny wieszak ścienny). Do konsultacji statystycznych w ogóle nie byłam przygotowana (nawet się wcześniej zdrzemnęłam), ale popołudniowa rozmowa trochę mi rozjaśniła rzeczywistość (analiza czynnikowa i wykres osypiska doprawdy cycuś). Przez cały dzień nie mogłam się dodzwonić do rodziców. Kiedy byłam już poważnie zaniepokojona, okazało się, że oboje cały dzień siedzieli w ogrodzie i dopiero co wrócili ze swojego "rodos". Oraz inne ważne rzeczy ... pierwszy raz zobaczyłam u nas fruczaka (przyleciał na inspekcję lawendy). U nas, w sensie w tym kraju (w Polsce przylatywał do surfinii). Późnym wieczorem, gdy oglądałam Kocie ślady (1971) z Gajosem (kolejny kryminał oglądany wcześniej z fabułą tak niejasną, że jej nie pamiętałam) mama zadzwoniła jeszcze raz, żeby mi powiedzieć, że pozdrawiała mnie była dyrektorka z mojej poprzedniej pracy. Może coś się jeszcze wydarzyło, ale oczy same się mi zamykają (a Fred czeka, bo chce przeczytać i wiedzieć).
piątek, 7 lipca 2023
1299. Nie oknem, to drzwiami.
Dejwid, Kijan, Mark, Adam, Rebeka & Megan, Kirsty i Tobi ukończyli dzisiaj program i poszli w świat. Były dyplomy, foty, uściski, babeczki z przesłodkim kremem.
Po trzeciej Kochany dojechał do miasta i mogliśmy pójść razem na pizzę. Okazało się, że małżonek skończył pracę dość wcześnie i miał czas zabajerzyć po sklepach. Efektem tej aktywności mężowskiej są interesujące zakupy: oczyszczacz powietrza Rowenta, dwa woskowane płaszcze Barbour (dla mnie i dla taty), płyn do prania kaszmiru. I to wszystko przez to, że nie robię mu listy, co może kupować (zła żona, beznadziejna). Do tego Fred sfrustrowany, że ostatnio tylko praca/dom/praca/dom, kupił bilety na Mám (idziemy w następny piątek, bardzo się cieszę).
Pod wieczór tak byłam wyzuta z wszelkiego ewentualnego potencjału intelektualnego, że postanowiłam kontynuować dobijanie się starymi kreminałami i sięgnęłam po remake niedawno oglądanej kobry (Amerykańska guma do żucia, Pinky) o tytule Koniec sezonu na lody (1987). Najbardziej zachęciło mnie to, że kompletnie nie pamiętałam fabuły, którą już widziałam, co właściwe ilustruje moje zaangażowanie oglądacze. Ocena: słaby.
Amber wpada do nas bezustannie, przestawiam Rysiowe miski do Kuchniosalonu, ale to jej nie zraża (kilka razy właziła oknem, wyrzucałam drzwiami). W efekcie Rysiu spożywa kolację siedząc na środku kuchni, przygrywa mu The Exploited z tegorocznego koncertu w Łodzi.
czwartek, 6 lipca 2023
1298. Sny, kawy, deszcz.
Śniłam, że wyjechałam do Wro i zgubiłam plecak, musiałam pożyczać kasę na autobus od jakiejś ledwo znanej mi dziewczyny, o której byłam pewna, że poprzednio z pięć razy ją o coś prosiłam. Miasto było jakieś inne, nie moje. Czyli sen niemiły, z rodzaju tych, gdy mózg coś histeryzuje.
U sąsiada z prawej zamieszkał duży pies. Już wczoraj czekoladowy labrador przybiegł do nas cały wesolutki, włożył łeb przez drzwi i wyżarł Rysiowi z misek. Ale dopiero rano się potwierdziło, bo sąsiad wychodził z nim bardzo wcześnie na spacer. Do tej pory pies przyjeżdżał z dziećmi sąsiada, był zamykany w ogródku i robił harmider. Ale teraz został na noc, ciekawe, czy to tylko na wakacje. Widocznie śpi z panem w łóżku i jest szczęśliwy, dlatego wcale nie ujada.
Wracając do przedpołudnia, wymieniamy się z Kochanym zdjęciami:
W mieście było spokojnie, trochę na mnie pokropiło, ale żadnych sensacji (po powrocie do domu doczytałam, że dwa dni temu niektóre ulice w Drołdzie zalało w czasie oberwania chmury, na dodatek ulewa załamała dach nad M&S w którym czasami robimy zakupy). Już po drodze do wsi, przez okna autobusu, morze wyglądało na niespokojne. O co chodzi przekonałam się, gdy skręciłam na nasze osiedle. Zdążyłam dosłownie minutę przed sztormem. Czekając na Freda oglądałam Tylko umarły odpowie (1969) Chęcińskiego. Relacje damsko-męskie kulawe jak zwykle, ale fabuła kreminalna trzyma w napięciu (do tego bardzo dobry Filipski i plenery kręcone we Wro). Kochany wrócił z pracy, gdy skończyłam (w sam raz na późny obiad). Jesteśmy padnięci, Fred to wiadomo, ale dlaczego ja tak mam, nie wie nikt. Mogłabym przespać lipiec, tymczasem ciągle mam wrażenie, że coś m u s z ę robić. Nie lubię musieć. Bardzo nie lubię. W związku z tym oceniam sytuację negatywnie.
środa, 5 lipca 2023
1297. Środa z przerwą.
Poranny spacer i odczucie, że jestem trochę jak Padraic z Banshees: szłam najprawdopodobniej uśmiechnięta jak głupek, bo zamachała do mnie Anita siedząca w autobusie 168, i jeszcze ktoś z tylnego siedzenia, ale nie rozpoznałam. Machnęłam Gronji, która robiła coś przy oknie swojego skrzaciego domu. W drodze powrotnej przywitałam się z dwoma psami. Na plaży zupełnie pusto, poza kilkoma panami z furgonetki, którzy przyglądali się czemuś w nadbrzeżnej trawie. Pomyślałam, że może przyjechali po truchło delfina/morświna, które podobno walało się tu i tam na wybrzeżu z dwa tygodnie. Ale nie, goście od rur, nie ta branża. Zwłok zresztą chyba już nie ma, albo zajęli się tym ludzie, albo natura. Pogoda zmienna, gdzieniegdzie chmury ciężkie od deszczu, na plaży gnije zielone:
W drodze powrotnej kupiłam dwa steki za ponad €17. W południe obejrzałam starotę, Morderca zostawia ślad (1967) Ścibora-Rylskiego, o dziwo całkiem trzymający w napięciu kryminało-wojniak, pomimo tego, że kobiety w fabule to już tradycyjnie debilki (ostatnia rola Cybulskiego raczej nędzna). Nagle po południu powieki zaczęły mi ciążyć. Na chwilę przytuliłam twarz do poduszki ... wstałam (po kilu próbach) trzy godziny później. Najwyraźniej było mi to potrzebne, może w nocy tylko udaję, że śpię. Zrobiłam dobry obiad, posiedzieliśmy w swoim towarzystwie i Kochany już w łóżku, bo w tym tygodniu budzi się naprawdę wcześnie. Jeszcze chwila na herbatę z cytryną.
wtorek, 4 lipca 2023
1296. Meh.
Znowu zaczęłam płukać zatoki, co zarzuciłam nie wiem kiedy temu. Potrzebne, bo zatoki robią co chcą (czyli za dużo liberalizmu). Dzień minął spokojnie, spędziłam dwie godziny nad finansami (home office), potem grzebałam się jak mucha w smole robiąc małe rzeczy domowe i walcząc z pokusą pójścia na lody. Innymi słowy, wtorek przebimbany. Pod wieczór porządnie się rozpadało; kot spędził dzień śpiąc, albo kontrolnie wychodząc na dwór drzwiami, żeby zaraz wrócić oknem.
Wieczorem Kochany zadzwonił do cioci Ce zapytać jak się czuje. Chyba w końcu nie zapytał, po dwóch stronach kabla oboje z ciocią płakali do słuchawek. Za oknem nadal lekko kropi. Fred już poszedł spać.
poniedziałek, 3 lipca 2023
1295. Arghh!
Jeszcze wczoraj z wieczora dochtórka przeczytała mój tekst i odpisała z sensownymi uwagami. Przed chwilą udało się mi w terminie pchnąć ostatnie zadanie TT (z lukami, co mnie martwi, ale snu z oczu nie spędzi, bo są inne sprawy, które zrobią to skuteczniej). Mogę się poczuć jak na wakacjach. Tzn. do jutra rana, bo mam spotkanie z Gronją. Czyli dobrze, nie? A jednak ...
W nocy fatalnie spałam, zresztą Fred również (miałam wrażenie, że co chwilę zrywał się na równe nogi, potem opowiadał mi swój koszmar). Dzisiaj Kochany zaczął pracę w Carlow, i tak się będzie turlał codziennie, aż do piątku, po obwodnicy stolycy klnąc na korki.
Sekwencja przykrych zdarzeń mniejszych i większych:
Ryszard wędrujący po niedalekim osiedlu (dał się przywieźć do domu dopiero późniejszym wieczorem). Wiadomość o sąsiadce z Nowej Aleksandrii (w zeszłym roku ciągnęła torbę na kółkach po ośnieżonym osiedlowym chodniku; ucieszyła się na nasz widok tak serdecznie, że natychmiast ją polubiłam) — wylew, nie wiadomo, co będzie. Na nocny koszmar, korki, wędrownicze koty, załamane zdrowie miłej kobiety karta bijąca wszystkie inne: śmierć. Kochany zadzwonił do mnie w czasie pracy ... zmarł starszy syn jego ciotecznej siostry. Nastolatek. Widziany przeze mnie raz. Wu o wszystkim informuje, spokojnie, ale tąpnęło nim. Większości musimy się domyślać.
niedziela, 2 lipca 2023
1294. Do roboty!
Jedyna regularna aktywność dla zdrowotności, którą udaje się mi ostatnio utrzymać, to kwadrans ćwiczeń, głównie przysiady i brzuszki (z wyłączeniem dnia wczorajszego, gdzie brzuszków nie było, gdyż się mi nie chciało). Piszę. Między popijaniem kawy/herbaty i łamaniem sobie głowy, czytam opłotkiem za sprawą jakiegoś algorytmu FB, że już kilka dni mija, jak zmarł Major Suchodolski, przedstawiciel białostockiego patolandu. Nie znałam człowieka, a mnie to poruszyło. Kijowe niektórzy mają życie, i przykre.
Kochany zrobił spore zakupy spożywcze na kilka dni; sam, bo ja tworzyłam (i nawet coś tam się mi udało skończyć, jeden tekst wysłałam do dochtórki). Po obiedzie wzięliśmy się do swoich spraw, Fred do spania, ja do dalszego szurania nosem za inspiracją. Tak minęła nam niedziela. Jutro małżonek zaczyna drugi trudny tydzień pracy i wyjazdy/powroty o porach niemiłych.
sobota, 1 lipca 2023
1293. Nic ciekawego, bo gdyż.
Starałam się skupić na pisaniu, ale po prawdzie za pracę wzięłam się dopiero, gdy Fred wyjechał na spotkanie ze znajomym (takim długowłosym, który robi w sztuce i zagrał u męża w filmie) do Scarvy w hrabstwie Down. Za bardzo mi nie idzie, czy powinnam się zacząć stresować? Pomiędzy umysłowymi usiłowaniami podrygiwałam w kuchni do Maanamu. Kochany wrócił z Północy z truskawkami i składanką muzyki The Dubliners, zrobił pyszny obiad (pieczony łosoś, kartoffeln, sałatka grecka), który popiliśmy różową lemoniadą. Klikam, Fred podlał ogródek, kot większość dnia spędził w domu (trochę nie w sosie jest nasz Ryszard, z rana post, poza tym przyłapałam go na kichaniu).

































